Pan Tealight i Niebieski Anemoner…

„Nigdy nie wiesz co się stanie.

Nigdy nie możesz być pewny tego, co się wydarzy, nigdy nie możesz być pewny tego, do czego nie dojdzie, chociaż szykowałeś się tak długo… nigdy… Tak, nigdy jest najpewniejszym elementem tego świata. Ale na Wyspie NIGDY zmienia się w COINNEGO. Jakoś tak… Bo tylko tutaj wyłazisz z domu skąpany w smrodliwość koprofitkowej ekologii by odnaleźć skarby… Wystarczy zleźć z pól, opuścić to, co maszynami macane i wedrzeć się w las. A tam położyć się i pozwolić wzrastającym, budzącym się roślinkom, po prostu gilgotać. Może i kilka z nich wrośnie we mnie i w końcu zamiast pryszczatości obrosnę w płatki?

Tak naprawdę leżysz na starych liściach, które doznają swojego przeobrażenia i sam też się zmieniasz. Ale nie na coś nowego, raczej jakbyś w końcu wiedział kim jesteś i po co jesteś. Jakbyś widział nie tylko mapę, ale miał w głowie wyryte wszystkie potrzebne ścieżki. Jakby Wyspa przywracała nie tylko intuicję, ale wprost atawistycznie w końcu sprowadzała cię do ludzkiego poziomu… tam, gdzie wszystko zdaje się być bardziej normalne, a nawet i łatwe? Możliwe i samosięspełniające…

Wczoraj spotkałam najbardziej niesamowitego Przylaszczka. Najbardziej niebiesko-kobaltowego. Połyskującego i owłosionego. Dziwnego, zaskakującego… bo przecież co jak co, ale amy ich tutaj trochę. Wyłażą z owej pokręconej starotrawości wysokiej, kryją się przy pniach, a nawet siedzą w owych spróchniałych. Wolą miejsca, które je chronią, które sprawiają, że mogą się czuć bezpiecznie… ale i pięknie. Powalać czystością płatków i czarownością tych pręcików zakończonych perłowymi kuleczkami. Ale ta Przylaszczka była inna. Jej listeckzi były ciemniejsze, płatki bardziej połyskliwe. Jakieś takie większe, dziwnie pachnące… jakieś owłosione takimi drobinkami srebra. A pręciki… coś było z nimi nie tak. A może raczej tylko i wyłącznie coś było innego.

Coś wyspowego?

Bo widzicie ten mutant, ten Niebieski Anemoner nie miał w sobie nic z fioletowości, czy błękitów zwyczajowych w płatkach, ale przede wszystkim coś było w tych perełkach. Coś różowego, jakby naprawdę wyszły z morza… jakby wciąż jeszcze czekały na wyklucie. I mimo całej smrodliwości ekologicznej buzującej na polach, odważnie sztachnęłam się kwiatkiem i padłam. Padłam na trawki i szczypiorki, na czosnki i wszelakie przyszłości życia… padłam i wpadłam gdzieś w Wyspę. Wtoczyłam się, wtuliła, wrosłam. Gdy się ocknęłam, leżałam na Sercu Wyspy.

Wielkim i wilgotnym, czerwonym, purpurowym, a nawet… nie wiem, prawdziwym, żyjącym… Bijącym oczywiście. Bijącym, pulsującym. I tak jak dotąd zawsze to bicie mi przeszkadzało, zawsze mnie przerażało, zawsze budziło wszelkie lęki… Ale tym razem rytm był inny. Miły i cichy, zecydowany, ale i dziwnie wrażliwy. Przyjacielski, a może jedyny prawdziwy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3273 (2)

Piękności…

Wszystko się tak rozwija.

Wszystko się budzi, chociaż może i powoli, chociaż może i dziwnie markotnie mimo słonka, mimo wiaterków i pokropywań… jakoś tak leniwie. Przeciągają się i zawilce i przylaszczki i stokrotki. Chociaż jeśli chodzi o stokrotki, to kurna mutanty są z nich jedne. Podobnie fiołki. Nie wiem dlaczego, ale chyba w jakimś wybielaczu topione były, bo kurna z fiolecików opłukane, białe takie. Albo i całkowicie białe albo takie z lekką fioletową nutą, albo ino końcóweczką sfioleciowiałą. Pierun wie o co chodzi, ale myślę sobie… że może to zombie? Wiecie, wdarły się w lubiący mój trawnik klan Fioletowych Krzykaczy Ciszy i modulują genotyopy. I niszczą fiolety, burgundy prawie i purpury… i chrzczą je na biało. A może to serio religia? Wiecie nie zombie, ale właśnie wiara nowa, taka wybielająca? Bo chyba nie moda, co? W końcu zawsze trafiał się jakiś biały… ale to co teraz widzę, to jakaś pasja, jakaś napaść, jakieś wszystko. Ale stokrotki to wiecie, mamy wciąż te w wersji całorocznej! No nie wiem jak, ale dziouchy przetrwały!!! Choć może to chłopcy? Jak się rozpoznaje płeć u stokrotek? Pod pręcik im zaglądać, czy jednak bezczelnie od razu tak pod korzeń?

Zawilce i przylaszczki powoli rozwijają się w dywan… latający! Bo wiecie, na Wyspie nocą dywan kwiatów podnosi się i leci sobie. Nikt nie wie jednak gdzie. Jakoś nikomu nie udało się go prześledzić. Nikomu nie starczyło ni siły ni wyobraźni by po prostu siedzieć w lesie i czekać i patrzeć… i nie zasnąć oczywiście. Nawet trolle spod mostków zdają się nie być pewne tego intrygującego, okresowego zjawiska. Nawet one… a przecież podobno zawsze są czujne? Zawsze? A może jednak kwiaty same nas usypiają? Może jednak nie chcą być widziane, może jest w tym jakaś największa tajemnica wszechświata? Albo i więcej coś? Lek na zło całe?

Może…

IMG_5162 (2)

Czasem się zastanawiam, czy ta Wyspa to ino mnie tak obuchem traktuje codziennie? Czy tylko ja to czuję… widzę, smakuję…

Chociaż chyba nie.

Wczoraj spotkałam na pustej drodze inną duszę, rozmarzoną, rozpatrzoną, wdychającą świat pełnymi płuckami z cebulką. Hmmm, a może ino wątroba z cebulką? Ale to z czym podają płucka? Jedliście… Ekhm, więc wdychającą… Bardzo sympatyczna była to dusza, która wcale się nie zdziwiła mojej dziwnej, fotografującej pozycji. Wprost przeciwnie, stwierdziła, że ona też tak robiła. A teraz… widać jej przeszło, czy coś? A może po prostu już tego nie potrzebuje? Bo ja chyba tak. Potrzebuję tego bliskiego, namacalnego doznania. Dotykania się z Wyspą. Macanek i pogłaskiwań. I oczywiście i wzdychań i wdychań. Bo przecież jak można inaczej? Gdyby tak człek się mógł zwyczajnie na golasa położyć i po prostu być? Ekhm… no dobra są mrówki. Wczoraj niczym legendarna Telimena doznałam nazbyt bliskiego z nimi spotkania. Założę się, iż uznały mnie za intrygującą przyszłość w mrówczym cateringu. Bo przecież cóż innego mogła sobie taka pracowita, zawsze myśląca o własnej grupy przetrwaniu mrówka, pomyśleć? No przecież dla nej ino mrowisko się liczy, dla niej to serio tylko wspólnoty doznania… ot natura wiecie. Proste rozwiązanie. Jak się da, trza do zjeść i przetrwać…

A jednak chociaż czasem i przeżuwam Wyspę, to myślę sobie, że chyba w życiu czegoś więcej potrzeba niż chleba z masłem i czekolady. Może to i nadmierna komplikacja życia, ale wiecie, jak se skomplikujesz, tak se popłyniesz. Szczególnie teraz, w tej całej ekologii nawożenia… eeee śmierdzi. No sorry Wyspo kochana, nadal cię kocham, nadalśty moim bóstwem najwyższym i największym, ale śmierdzisz. Ekhm, woniejesz kupencją dziką mniej i bardziej swojską. No po prostu… a może dzięki temu ludzka jesteś bardziej, ekhm albo krowista? No nie wiem…

IMG_5162 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebieski Anemoner… została wyłączona

Pan Tealight i Miś Gustafff…

„Czarne koty… żaby i ropuszeńki, węże nawet, no i sowy, tak oczywiście i sowy. Do tego może szczur lub mysz, czy coś w ten deseń. No bo co jeszcze? Pająki? Może i w innych krainach czarna kura, czy coś w ten mroczny, gdakający deseń… może i czarny wieprzek, nie wiem. Wiecie, nawet mogą być i wilkołaki, wampiry i inne tam zmiennocielesne. I jeszcze jakieś zmiennoskórne… ale pluszak?

Skorpiony i mary, wszelkie zmory i dżumy oraz szerszenie, pszczoły i oczywiście szarańcze… ale nie pluszak kurna! No bez przesady!!! Wiedźmy nie mają na wyposażeniu pluszowych misiów o słodkich, różowiutkich łapkach, takich puchatych, mechatych i czesancyh. Ze szklanymi oczkami, z plastikowycmi albo tymi haftowanymi czarniawą nicią… Nawet jak kochają zombie te misie, to i tak. No bez przesady!!! Są jakieś normy! Są jakieś oczekiwania narodów!!! Ale nie… przecież ona musi być inna. I jeszcze jak się człek przyzwyczaił do tego małego polarnego dookołapiętów ogryzacza, to rok temu przyśnił się jej wielki. Spory miś polarny z wielką głową, brzuszkiem i łapami. Śnił się jej, śnił i śnił i jakoś tak było wiadome, że coś to oznaczać musi. I spojawił się on… Gustafff. Gustafff Olafffson.

Tak po prostu przylazł, powiedział, że sobie ją wyśnił, że ją kocha i się z nią ożeni!!! Tak… jak się okazuje są i takie pluszaki. I od tego czasu, mimo wszelakich sprzeciwów, skazanych nim wybrzmiały na niepowdzenie, Chowańca Wiedźmy, Gustafff sypia z Wiedżmą Pożartą Wroną, jada z nią, wykonuje dziwne czynności i wszędzie za nią łazi. Na dodatek ubrany w ciuszki dla wyrośniętego ludzkiego dzieciaka, zdaje się być Turyściźnie właśnie nim. Dzieckiem, oj słyszelibyście te sarkania i protesty w wielu językach, gdy Ptaszydło majta nim na wszystkie strony, albo upycha w torbie! No jak można tak dziecko traktować!!! He he he… no bynajmniej od roku obok niskiej i tak Wiedźmy Wrony Przez Książki Pożartej (co to ostatnio jęczy, że czytać nie ma co, bo ino szity wydają) chodzi miś rozmiar pół metra. Chodzi w swoim uszatym kapturku i porciaszkach i wciąż wszystkim tłumaczy, że Ptaszydło jest jej, że to historia miłosna bardziej niż love story i że serio… niech się gapić przestaną…

Ot i wymóg tolerancji!!!

A ty? Czy akcpetujesz związki pluszowe?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2753

Z cyklu przeczytane: Aleksandra Ruda – … więcej. Pragnę jej więcej. Po prostu nagmiennie więcej, wiele więcej, mocno więcej… bo Olga jest super. Zadziorna i inteligentna, jednocześnie zakochana, a z drugiej strony nietrzeźwie patrząca. Kochająca wypić i zjeść i wyraziście olewająca własne zewnętrze… i ma nekromantę! I półkrasnoluda!!!

Dlaczego dalej się tego cuda nie wydaje? No dlaczego Fabryko Słów? A może inne wydawnictwo by się skusiło? Bo to naprawdę świetna seria. Zabawna i lekka, przerażająco dowcipna w wschodnioeuropejskim stylu… i z wódeczką!!!

Olgę poznajemy, gdy zaczyna studia. A dokładniej bierze swoje życie w swoje ręce. Przeciwko rodzinie, przeciwko innym. Decyduje się na wstąpienie na Uniwersytet… i powoli zaczyna rozumieć, czego a magii tak naprawdę szuka. Te dwa tomy to jej uniwersytecka przygoda. Czas zabawy i rozrywki, czas przygód i decydujących starć. Czas przyjaciół, a w szczególności pewnego półkrasnoluda i  uzdrowicielki, oraz… miłości oczywiście. No i czas… w którym w jej życiu pojawił się pewien nekromanta. Strasznie zadziorny, strasznie dziwaczny, a na dodatek zawsze zbyt blisko. Oto… magia i szkoła w jednym. Wkurzający wykładowcy i nakładane złośliwie uroki, a wszystko okraszone humorem, przez który prychacie herbatą na siedzacych na przeciwko. A potem oni oddają, o przecież też muszą poznać Olgę!!!

Tutaj nie chodzi tylko i wyłącznie o to, że każda z postaci je sobą, mam jaja i inne elementy wytroju zewnętrzno-wewnętrznego. Chodzi o język i o traktowanie czytalnika nie jak półgłówka, co to widzi ino rozmemłane oczęta i śmieje się wyłącznie z przypadkowych pierdnięć… chodzi o całą atmosferę, która przez cały czas utwierdza nas w przekonaniu, że nawet jeśli ktoś przez przypadek zginie podczas tych przygód, to wiecie, zawsze będzie można go ożywić i ponownie skopać mu dupę!!!

Aleksandra Ruda może i stworzyła te powieści z maleńkich, powiązanych ze sobą opowiadań, może i wiele jeszcze może się nauczyć, ale… ona czaruje. Po prostu sprawia, że chcecie czytać, chcecie być w tym świecie i odpoczywacie. Nawet wtedy, gdy kolejny zombie ciągnie was za włosy. Albo ktoś ułożył wasze śpiące ciało na katafalku… z kwiatkami… tak po prostu, bo byliście na podorędziu. Widzicie, tutaj wszystko jest możliwe, wszystko może się wydarzyć, a jednocześnie problemy bohaterów są takie… ludzkie. Nawet jak jest się trollem, czy orkiem. Ale nie elfem…. widzicie, z nimi jest serio coś nie tak!!! Ha ah ha!!!

IMG_6089

Lany Poniedziałek?

Ech… były czasy, gdy młodzieńcza ma wnętrzność chciała być zlana. Ech, co to były za czasy przesłodkie, gdy dzieci nie szły od razu do łóżka, ale najpierw robiły podchody, wystawały przy furtce, trzepau, wysyłały młodszego brata, by przytargał dziewczynę i połaziła z nim po drzewach. Gdy człowiek czasem się rumienił, gdy nagle dotknął przez przypadek ręki tej drugiej osoby… Gdy po prostu się czekało. Gdy najpierw się było z tą osobą, poznawało ją, bawiło się. Gdy zwyczajnie było się dzieckiem? Gdy owa seksualność po ekshibicjonistycznych wypadach z okresu bardzo dziecięcego, kiedy pytanie: a co to masz? było jak najbardziej na miejscu… a potem te czasy dziwnego zawstydzenia, gdy hormony szalały, gdy wszystko dziwaczało, gdy już nie można było zwyczajnie się bić z chłopakami… Gdy nagle ktoś cię pocałował, bo taka gra był dziwaczna, gdy nagle ktoś po prostu i teraz masz w sobie tylko wspomnienie tej chwili, trzepotania serca…

No właśnie w tych czasach Lany Poniedziałek był ważny. Ważne było to by być oblanym… problemy się rodziły, gdy do oblewania brali się wujkowie i rodzice, w końcu nie o to chodziło, czyż nie? Nie o to, całkiem nie o to, ale nie rozumiał tego nikt… nikt z dorosłych. Dlatego zgrywało się nielejka w domowych pieleszach, a potem, udając lękliwość i nieświadomość dnia dzisiejszego w jednym ciele, wypierało się siebie samego na zewnętrze i kończyło w rowie. Uuuu… śmierdzącym, albo zwyczajnie wymorusanym w śniegowej kupie. Bo czasem śmigusy były i po śniegu, a co! Albo z auta ktoś nas w końcu oblał, albo… Czy rzeczywiście wszystko zamykało się w oczekiwaniu i zainteresowaniu? A może li ino w hormonach? Kto to wie? Kto wiedzieć może? Przecież już nie jesteśmy tamtym człowiekiem, a jednak… Lanie było jak komplement. Nawet taki niewybredny z ust pana malującego ściany, podgwizdującego sobie jakąś świńską przyśpiewkę… Lubiłam te pogwizdywania i komplementy. Potrafiły przywrócić rumieniec na najbardziej zmęczone, żeńskie oblicze… Ale dziś to pewno dyskryminacja. Czy coż? Więc czy dziś jeszcze leje się wodą na całego? Tak podrywanego? Czy wciąż wolną kochanej dziewuszce wrzucić za koszulkę żabę albo ślimaka? Czy?

Czasy mamy bardziej skomplikowane niż spis operacji plastycznych Kim K.!!!

IMG_7846 (2)

Lany Poniedziałek na Wyspie…

… to zwyczajny poniedziałek. Wciąż wolny i rodzinny, wciąż ogródkowo spacerowany. A jutro do roboty Królu Złoty. I ty srebrny i brązowy też!!! Bo widzicie, równość rządzi w tym świecie najbardziej. Czyli zwyczajne „nie wychylaj się”. Może nie ma kubłów wody tańcujących, może i nastolatki normalnie spraszają sobie chłopaków na noc do domu, a co więcej, nawet z nimi mieszkają… ojapierdole!!! to jednak… nie ma zalecania się. Nie ma owego flirtu cudownego, nie ma tej całej słodkiej ooczki, która sprawia, że nawet oblech czuje się piękny. Szkoda, co nie? Tylko sama Wyspa wciąż powtarza, że kocha. Rzuca w ciebie kamyczkami w kształcie serca, prezentuje dziurki w krzaczkach w mało wymagających abstrakcyjnego myślenia kształtach, a nawet robackzi zmusza, by w liściach wygryzały serduszka. Jakby chciała nadgonić niezborność ludzką, nagłą amnezję w dziedzinie się sobie wzajemnego przypodobywania. I udaje się jej. Coraz częściej widuję ludzi trzymających się za rączki. W wieku, jak to mawiają, poprodukcjnym… wciąż w sobie zakochanych, a może jednak od nowa zakochanych? Jakby ponownie zauważyli, że można i że chce się. Szkoda tylko, że takich par wciąż za mało, wciąż niewiele. Ci młodsi to wiozą swoje laski na rowerach w formie wężykowej karaway… znaczy on na przodzie, ona za nim z wyrazem mordu w oczach, bo przecież u pań ta cała infrastruktura jest całkiem odmienna… wiecie, tam na dole… I sika się inaczej!!!

Na zewnątrz zimne słonko smaga tych… co w wodzie.

A tak, masa ludzi w wodzie. Co prawda może i mają na sobie zabawne, gumiacze ubranka w czarnych barwach, a i tak wyglądają jak spragniona fal namacania drużyna CSI próbująca zebrać odciski z fal… ale są w wodzie. Wleźli dość daleko, głęboko. Fale ich chłoszczą, a oni niby nic ino zarzucają te spinningi, czy inne cuda, ino tymi żyłeczkami z patyczków machają w wietrznej Wyspy powierzchowności… Znowu rozpoczął się okre rybołapania. Znowu zwyczajnie włażą w toń i próbują coś na żyłkę, na haczyk, ułapić. Czy to sport, czy jednakowoż kiszek potrzeba? A może tylko zabawa? Bo gdy wychodzisz w morze, a jednocześnie trzymasz się kaloszkami dna, to jednak wciąż jesteś na ziemi, ale i dziwnie od niej oddalony… to w końcu jesteś wolny tak. Jedyne o co dbasz, to zarzucić wędkę, poruszać haczykiem i starać się nie zmoczyć za bardzo. Jedyne, co cię obchodzi, to ty sam. Twoje bezpieczeństwo, twoje ciepło i dostęp do tlenu. Wolny jesteś niemożebnie tylko z takimi problemami, tylko z takimi celami. Nagle wszystko jest określone, nagle wszystko wiesz, wszystko c masz… masz. I tęsknotę w sobie kryjesz, by w końcu wrócić do domu i zanurzyć się w wannie z ciepłą wodą. I odpocząć…

Bo przecież pracowałeś.

IMG_5531 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miś Gustafff… została wyłączona

Pan Tealight i Ropuszka Pandory…

„Świat nadmiernie wierzy słowu pisanemu.

Może i czytać umieć przestaje, ale wierzy… jakby te słowa i litery, a jeszcze lepiej, szkrobane cudzą ręką szlaczki nieczytelne, dymiły aż magią. Wielką magią. Niewyobrażalną magią. Nieopisywalną, niezrozumiałą nagle mimo wszelakiego dostępu do nauki. Do zeszytów i ołówków. A przecież wystarczy coś zmienić, szczególnie w tych współczesnych czasach, gdy kolejna kopia pokrywa starą i nikt już nie wie, nikt nie pamięta, nie ma dowodów na to… co było. Jakie było i dlaczego w ogóle do ciebie przypełzło kładąc się na twojej kanapce z rzeżuchą, serkiem i mocno wędzoną kiełbaską… na białym chlebku z masełkiem…

Bo widzicie, nic nie było takie, jak się nam mówi. Nic takie, jak opisali kronikarze, gawędziarzy zaskórnicy… nic takie jak uczyli. Nie oszukujmy się. Człowiek wtedy, a człowiek teraz, jest taki sam, ale człowiek wtedy, z tamtymi wydarzeniami nie może być zrozumiany przez tego, który szuka wyłącznie bohaterstwa, albo… zwyczajnego, znajomego skandalu!!! Nie da się…

I dlatego nikt nie pamięta o ropuszce. Ropuszce Pinkidorze. Maleńkiej płaziowatej gadzinie w kropeczki. Z grubiutkimi udkami, ciałkiem kulstym, malutkiej, a jednak dziwnie potężnej, gdy przychodziło do kochania. Takiej w kolorach ziemistych, ale z zielonkawymi oczkami, dziwnie połyskliwymi, jęzorem długim i ogniście czerwonym, oraz różowymi plamkami… widzicie, wysypką jakby… może to wirus, a może od natury ostrzeżenie, którego nikt nie słuchał? Którego mała Pandora nie widziała, bo od małego nie rozróżniała kolorów.

Widzicie, księżniczka Pandora choć piękna, była niska i strasznie zakompleksiona, a i na umyśle względnie podrażniona. Gdy pewnego dnia, rozmyślając nad miłością w przypałacowym ogrodzie spotkała ropuszkę… zakochała się w niej. W końcu odnalazła przyjaciela, tak samo niechcianego, tak samo nierozumianego. Polubiły się i dogadały od razu. Ropuszka zamieszkała w szkatule wyściełanej glonami, lekko błotnistej, tak jak lubiła, karmiona muszkami w cukrze oczywiście była, a w zamian kochała swoją przyjaciółkę bezgranicznie. Nawet wtedy, gdy już po zamążpójściu wyszły na jaw owe odporności, a raczej ich braki… że tylko Pandora była odporna na te zarazy ropuszki? No kto mógł o tym wiedzieć, wstyd się przyznać, że żabon wszystkiemu winien… więc wiecie, wymazanao RO…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2520

Z cyklu przeczytane: „Bóg, honor, trucizna” – … więcej. Więcej chcę i nie chcę czekać!!! Kurcze, kto to widział, żeby czekać trzeba było!!! Bo przecież to dopiero początek. Ot tom pierwszy, ledwo dym unoszący się znad ogniska, para znad pokrywki, zwiastująca bardzo dobrą kolację, której się nie oczekiwało.

Foryś ma to do siebie, że lubi nie mówić do końca. Nie odkrywać wszystkiego, pozostawiać masę niedomówień, jakby był dumny z tego, że on wie, a czytelnik to nie… a i tak się go czyta. Bo wciąga. Bo mami. Bo tworzy osobowości, które zaprzeczają nudzie schematów. I nie inaczej jest z tym tomem. A to tak naprawdę pierwszy tom trylogii!!! Pierwszy…

Oto ona.

Ideał! A przynajmniej tak mnie uczyli na lekcjach historii. Ot najbardziej romantyczna para wszechczasów. Marysieńka. Kobieta, która sprawiła, że Jan III Sobieski nie był tylko hetmanem. Nie był tylko władcą… stał się ikoną kochającego męża. Idealnego partnera… Oj, to idealizowanie! Nie bójcie żaby, Foryś nie będzie idealizował. Oj nie, on po prostu pokaże wam i miłość i prawdę i… coś więcej. Bo przecież opowieść, tkana na znanych nam faktach historycznych, jest czymś więcej. Romansem wyobraźni i tego, co znane. Tego, co przypieczętowane wiekami opowieści. Ale nie bójcie się. To nie obarczone wymyślonymi normami pisanie. To nie historyczna opowieść z jakimiś dodatkami… to cholerna sensacja! To thriller, a jednak nie rażący pokręconymi ideami. To… powieść. Roztapianie się powolne w rzeczywistości i włażenie w inne czasy, inne opowieści. To… intryga. Królewskie ideały, pragnienia kobiet, siły, które tak naprawdę nie leżą w dłoniach, które o to podejrzewamy. Oto ukazanie delikatnej pajęczyny… oto świat, w którym tak wiele nici, wspiera innych wiele. Tylko… kto jest pająkiem?

Wspaniała powieść. Porywająca sensacja, chociaż nosząca dziwne suknie i pończochy… na męskich łydkach.

IMG_9690

Ekhm… no to Turyścizna atakuje.

Nagle w sklepach, a i innych miejscach, dzikich bardziej, tłok. Potęga mowy wszelakiej i mało idealnych nieuśmiechów. Jakoś tak w tych rejonach smuciej się robi. Szalejąco bardziej i mało spolegliwie. Jakoś tak… ale za to w lesie nadal cisza. Oczywiście jak się nie natkniecie na kilkoro przeraźliwie wrzeszczących bachorów. Kurde!!! Ciszy człowiek chce, a tu co… oczywiście kurna wychowanie bezstresowe. Ja tam nie wiem, ale mnie chowali tak, że w lesie wrzeszczeć nie można było. Ale co tam. Przecież na czym się znasz człowieku. Przemykam się między powalonymi drzewami, ciesząc się, iż nadmierna błotność wygnała stąd turystów z wielkimi plecakami. Aj kto to widział wdzierać się do wąwozowatości Blaskinsdalen z takimi tobołami. Tutaj na ścieżynce dwa ludzie z ledwością się wiminą i to tylko gdy jeden się odchyli i ułoży mało równolegle do skał. I tyle. Ale wiecie, nie ma tego złego. Bo tam, w tych skałach cudowne pierwiosnki są… i oczywiście sławetne przylaszczki. Niebieściucho kobaltowe, lekko fioletowe, lekko dziwnie bordowe, lekko niesamowite. Chciałoby się zawisnąć nad nimi i tak fotki robić, ale się kurcze… nie da.

Czasem zwyczajnie się nie da.

Jak już znikną obcy z innej planety, matplanety, czy innego Nostromo, znowu można po prostu macać, smyrać i wdychać Wyspę. Po cichu. Szepcząc, do wciąż dziwnie niepewnych zawilców, coby się w końcu otworzyły na ten świat. Obiecując im, że będzie lepiej, serio, no i ta cała posępna człowiekowość… wróci do siebie, żeby mogły rozkwitnąć i znowu uczynić śnieg. Znaczy zaśniegować lasy na Wyspie. Tak na amen i do końca. Otworzyć te słodkie białe i żółte, a czasem nawet bordowo-fioletowe mordki i pokazać wszystkim gdzie pieprz zimuje, a żółte wnętrzności lśnią. I pachnieć. Bo widzicie, w tym roku odkryłam, że owe wczesne kwiatuszki… pachną. Pachną dziwnie subtelnie, uroczo. Jakby nie musiały się starać, jakby robiły to tylko dla siebie. Bo przecież… nie mają konkurencji. Nie muszą zbawiać pszczółek, nic nie muszą. Tylko wygrzebać się spod zimowej jesienności oipadłych liści i połamanch traw, muszą. Wydostać te swoje urocze gałązki i listeczki, takie pietruszkowe… Nie muszą się starać. Przecież wciąż jeszcze gałązki są gołe, więc dlaczego pachną?

Dlaczego aż tak pachną?

IMG_2226 (2)

Pomiędzy zeszłoroczną liściowością wybijają się wszelakie trawki. Dumne ze swojej zielonkawości, śliskie i jakby oliwione. A może po prostu w ziemi nowe łóżka do opalania zdeponowali? Wiecie, ale takie na chlorofil, co nie? Żadne tam brązy! W końcu to wiosna. Stawiamy na radosne pastele i wszelako jazgotliwe zielenie. I na rąbki żółto-czerwone wtykane w pączki. A tak dla jaj wiecie, coby sobie urozmaicić świat. W końcu niebiosa obtoczyły się błękitem wszelako nadmiernie błękitnym, więc czemu nie! Wszystko to tak ślicznie do niego pasuje!!! Wszystko układa się w taką romantyczność wszelkaich początków uczucia… a do tego ptaki. Głośne i natarczywe, ćwierkające, jodłujące, śpiewające. Dające z siebie wszystko. I gniazdeczka już czkekające na rodziny. I skowronek nad polami się unoszący i w stronę słońca trelujący, jakby serio gdzieś miał to, by jakąś pannę do gniazda ściągnąć… A może rzeczywiście go panny nie obchodzą? A może ma jakąś, a ta akceptuje to, iż jej wybranek wielbi też inną? Jakoż nie wymaga wyłączności od chłopa, na podorędziu ma wróbeka niecnotę…

Może i słonko wali i srebrzy wszystko i złoci. Może i gdy w nim się stoi ciepełko miłe poci ciało, gdy wdrapujesz się na kolejny stok, pokonujesz nierówną, wąską ścieżkę i dziękujesz światu, że wciąż jeszcze możesz… może… Może i nawet to już kwiecień, i wspomnienia wrzących Wielkanocy w sobie nosisz, a może i nawet straszliwie takich letnich, może… Prawda jest jednak taka, że kurcze zimno pieruńsko. Ot może się i zgrzejesz skacząc od kamienia do kamienia, od korzonka do korzonka i potem skłon, buziak w glebę, gdy trzeba przejść pod zwalonym drzewem, ale jak tylko w cień wleziesz, jak ino słonko nagle gdzieś z ciebie zniknie, to przypominasz sobie o rękawiczkach. Może dlatego wciąż jeszcze cała leśna kwietność taka jest markotna we wzroście?

Może?

Piękne te błękitności spowite mrozem. Wietrznym mrozem takim, uszczypliwym bardzo, drażniącym i w nosie gluty utwardzającym. Ale i tak pięknie i pachnie to co jest kwieciem… może kurcze dlatego tak pachną, bo mało ich? Może są tak naprawdę z kosmosu i po prostu za wszelką cenę chcą przywołać nowych? Może i tęsknią za wspólną dywanowością? Może? Bynajmniej, gdy ponownie ląduję dupskiem w błocku, wydaje mi się, że mam pierwiosnka… dopiero po pewnym czasie rozumiem, że jest ich więcej. Wiecie co? Te pierwiosnki, to ściema, wam powiem. Kurcze jako dzieciak pokazywano mi kwiatki i mówiono jak one się nazywają i dałabym sobie łeb uciąć i nie wymienić na nowy i lepszy, z włosami bujniejszymi wiecie i cerą taką szklanką-porcelanką no wiecie… włosowy kompleks mams traszny serio… O czym to ja, a pierwiosnki, więc serio wydaje mi się, a raczej pewna jestem, że pokazywane mi pierwiosnki wyglądały inaczej, nie jak zmutowane prymulki!!! Czuję się taka oszukana. Nie, no pewno, że ślczne są i kolorki radośnie fioletowe i żółte mają, ale wciąż kurcze… Pewni jesteście, że to pierwiosnki? Tubeczki takie z falbankami. Czadowy pomysł Mamuśki Natury, to jej oddać trzeba. Zabawne takie, jakby serio ktoś je z czarownej inaczej krainy wywabił i tutaj sklonował. No bo… serio, to są pierwiosnki. Czy one nie powinny mieć takich płatków innych i takich cieńszych gałązek i listków innych… i…

Gdy się w końcu wylezie z wąwozu, to po prostu magia rośnie…

Piękne te skały i cała linia brzegowa i Szwecja w oddali, nad którą chmury i chmurzyska niczym kładziona łyżką bita śmietana, się łożą. I ta morskość spokojna, ot tam najwyżej maleńkie falowanie, jakby ktoś po praniu zapomniał tafli wyprasować. Zresztą, po co tam prasować, takie cudnie falowane o wiele lepsze przecież jest. Naturalne… piękne. I puste. Widzicie, w zasięgu wzroku żadnego pływającego metalowca czy drewniaka. Ale ponad niefalami są one. Wrzeszczące, krzyczące i dziwnie pisklujące mewy. Gniazdują, czy nie, ale jak tak cień mewy nad człekiem się nagle rozprzestrzeni, to się ino modlisz nagle nawrócony, by cię nie obsrały. Bo cień mają wielki i mroczny. Znaczy każda z nich ma cień. No może jeden mają i sobie wypożyczają, czy coś… nie wiem. Bo mroczny jest. Bo taki dziwnie zaćmiewający słońce, jakby mógł wszystko, jakby po prostu władał, ale jednak pozwalał wszystkim na codzienne niesubordynowania? Jakby… było w tym coś więcej, a przecież to tylko ptaki, tylko cienie, tylko słońce i światło, tylko morze…

Może?

IMG_4719 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ropuszka Pandory… została wyłączona

Pan Tealight i Sztorm Siódmego Dnia…

„Wykluł się z małej pisanki.

Tej kijkiem zanurzanym co chwilę w wosku na ogniu, maczanej. Tej szpileczką na jego końcóweczce dźganej. Owej zawijasami falistymi pokrytej… tutaj lekko zarysowanej, na czubku iksem oznaczonej, a z drugiego końca kuleczką. Trochę większą, nie rozpuszczoną, pszczelim woskiem pachnącą… a potem w cebuli topionej. Chyba wszystkiemu winna ta cebula. A dokładniej te pomarańczowo brązowawe obiereczki. Bo przecież gdy jeszcze dziwnie biała nagość jajka, śnieżna taka bez grudek, znaczona była woskowymi, lekko zielonkawo-bursztynowymi liniami, przecinkami, kropkami, niby językiem jakim, może i elfim… może i językiem? Nic się nie działo. Nic się nie zaczęło, gdy ugotowane jajo obsychało, a dłonie i oczy uzgadniały gdzie i kiedy jaki znak postawić. Nic się nie działo, gdy wosk się nagrzał, a człowiek przy piecu odchrząknął i rozpoczął pracę… nic, gdy po raz pierwszy naznaczył jajko…

A może wszystko zaczęło się od snu?

Nie, nie tego z wybuchającą bombą atomową i dziwnym płaszczem, z ową falą, którą Wiedźma Wrona Pożarta, nawet jak już się obudziła, wciąż czuła na swojej skórze. Może i była chroniona, a jednak… nie powinna była tego śnić. I w ogóle dlaczego teraz? W dniu, w którym wszelakie świętowanie winno być zabronione. W piątek, który przecież ogólnie mówiąc smutkiem winien być zasłany… śmierć wielu piskalczków i babek piaskowych i gotowanych i sałatek warzywnych i jaj i znowu jaj i ich jaj też oczywiście. I jaj… wspominaliśmy o jajach? Wiedźma Ptaszydło szczerze i od zawsze nienawidziła tego okresu. Jakoś tak. Napastujące ją allelują – wierzbowa witka z kotkami – ciotki w okresie młodości małomłodej, skutecznie jej obrzydziły ten czas. Potem księżowie, co to twierdzili, że dziecię należy oswoić z rodzajami biczów dostępnych na przełomie er… a i w ogóle, ten smutek wymuszony. Jakby kurna nie wiedzieli, zapomnieli, że wszystko kołem i to się jak zwykle ze skałą odrzuconą od nowa zacznie i potoczy…

Wiadomo, no zombie jak zombie no!!!

To musiał być inny sen, czyż nie? Nie mógł być ten o stole, bo gdy się Wiedźmie stoły i krzesła śniły, to był to koszmar największy… Co jak co, ale ona uważała i stół i krzesła za zło przez człeka złego wynalezione. Bo i po co komu coś, co sprawia, że do ziemi się nie sięga girkami? No po co? Jak ktoś krótki, to sami wiecie… trudności ma. A i jak tak dyndać przez długi czas i jeść z innymi? Oni mlaskają, plują i ogólnie mówiąc źle to wygląda… i jedzenie… nie. To nie mógł być ten sen.

Nie, to nie mógł być ten sen. Nie ten sen przerwał wiatr stukając w dach i domagając się uwagi. Nie ten…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8865

Z cyklu przeczytane: „Każdy musi płacić” – … dobre. Naprawdę dobre. Zaskakujące, prędkie, z jajcem i powalającymi osobowościami. Usz takie „średniowieczne” fantasy. Z podtekstami oczywiście, bo jakby nie, to byłoby nudno!!! I z zaskakującym dopracowaniem… ALE…

No właśnie, dlaczego kurna zawsze musi się spojawić ona. Majestatyczna  potężna… Czytelnictwa Boga Ale?

Tym razem chodzi o obszerność. A dokładniej o jej brak. O jakieś zagubione strony, a może i tomy, bo przecież musiały być kurcze!!! W to, w co wkroczyłam z pierwszymi stronami, nie moża tak wejść. Bez przygotowania, bez mapki, opisów… bez pejzaży i historycznych uwarunkowań, bez biografii jakiś, bez charakterystyk. Bez ludzi! Bez ich żyć i lini, które połączone tłumaczą, dlaczego… dlaczego tak się to potoczyło. A i potem… co się do koziej wólki stało z tymi ludźmi i państwami? Przecież część z nich trzymała się na krańcu swej ścieżki, inni znowu na nią dopiero wkraczali…

Oto świat, lekko pomieszany, lekko średniowieczny, nie do końca, wymieszany. Jakby do wielkiego kotła ktoś wsadził średniowieczną niepewność i siłę, skropił to magią, dorzucił do tego intrygujące, utworzone przez siebie klony kościelnych formacji, no i ich. Bohaterów!!! Niesamowitych, wytworzonych przez nieznane dla nas sfery i grupy, wierzenia i nacje… Tak naprawdę niczego nie wiemy, a jednak mnie to kręci. Ona, potężna i zagadkowa, wstawienniczka. On – dowódzca Pięści… znali się. Do tego wykwalifikowany morderca, koronowane głowy i specyficzny bastard… o którego przeszłości też wiele się nie dowiemy. Ale jest jeszcze młodziutka dziewczyna…

Dlaczego?

Cała masa postaci, w których można się rozsmakować, których postępki wzbudzają w nas różne emocje… chcę ich więcej, chcę mocniej i tak, rozumiem dlaczego ktoś mógł przywołać w porównaniach dzieło Martina, ale… ALE!!! To ino rozdzialik! To nawet nie powieść, ale jej część, trochę nadmiernie wyrwana z kontekstu! Niech ktoś to naprawi! Bo to dobre jest. Nawet czytane w ten sposób, wyrwane niczym okno z jakiegoś świata, po którym nikt nie chce nas oprowadzić… intryguje. I nie opisami, bo ich zwyczajnie, jątrząc moje rany, brak… ale nimi. Bohateami. I sytuacjami, stworzonymi powiązaniami, politycznymi i społecznymi formami. Niby zakonami, niby znanymi… a jednak jakże intrygująco… potwornymi?

Szkoda… Szkoda, że nie ma więcej. Że wycięto i opisy, że odebrano mi owo uczucie rozsmakowania się… Wciąż przeglądam strony wierząc, że może przeoczyłam poprzednie tomy i przeoczyłam następne…

… wciąż.

IMG_4917

Maundy Thursday – Skærtorsdag zaskakujące…

Po polsku to tylko Wielki Czwartek, na dodatek nie WOLNY Wielki Czwartek, ale całkowicie pracujący, a u nas zaczynają påskeferie. Wyłazi człowiek z domostwa, zachodzi do stolicy i co… i kurcze wszystko pozamykane. Ludzie się szlajają, przyjezdni najczęściej oczywiście i szukają jedzenia. Oj pewno, mogą pójść do restauracji, ale co z zakupami? Za to w kilku (na Wyspę) sklepikach otwartych… kolejki. Jakby koniec świata miał nastąpić, wszystko znika z półek. Usz, nawet miśki z serduszkami na klacie wybywają. Nawet niechciane owocki, tudzież inne tam sporadycznie spożywane. Ot widzicie… święta się świętuje. Co nie znaczy, że w sobotę niektórzy nie pójdą do roboty, bo pójdą. Jakoś tak w owym świętowaniu Påske jest przerwa jakaś. Widać owo oczekiwanie na Zmartwychwstanie przytłacza, że trzeba czas robotą zatkać? No nie wiem… Ja tam wolnego nie mam.

Takam niereligijna.

Na drzewkach w różnych miejscach jajca się kołyszą, bo wieje mocno, więc nieruchomo siedzieć nie chcą. Bujają się na całego, nagle udowadniając człowiekowi, że wszystko jest możliwe, a i jajo takie, całkiem nieptasie, może zawędrować do gniazdka. Bo widzicie… ptaki w najlepsze gdzieś mają to całe świętowanie i boskości i się gniazdowaniem zajmują. Na przykład w moim ogródeczku – czytaj trawnik – siedzi sobie choinka, pod choinką sterczy rodzina trolli. Mamusia, Tatusia i dwa dzidziusia… i co? A to, że od kilku dni atakują ich wrony. Przylatują, podbiegaką, podchodzą i cichaczem dziobem ŁUP ŁUP ŁUP… i w mózgi trolle łupią i włoski im wyrywają. Bo tak, na głowie trolle włoski mają… I wrony te włoski w dzioby i jak utoczą niezły kłakowy kłębuszek, to do gniazda… Ja rozumiem, że kryzys w świecie, ale serio!!!? Czy moje trolle, a dokładnie ich cząstki, mają stanowić nowe mebelki z IKEA w gniazdku? A może kurcze tak we wronich gazetkach o wnętrz wystroju napisano, coby latały i łapały i… skalpowały? To ja je karmię, a one mi kurcze trolle molestują grzesznie?!! AAAAA!!!

No mniejsza.

IMG_2149

Miało być o czwartku przecież, a i o piątku być miało. Bo widzicie, jakoś to wszystko jest inaczej. Jakoś wydawało się, że człowiek wie co to znaczy, jak inni wierzą, ale może i nie wie. … „from Latin mandatum or mendicare, or Washing of the Feet”… nie wiedziałam. Przyznaję, że nie wiedziałam. Zresztą po naszemu jest podobnie: „”Skær” betyder renselse, heraf navnet skærsilden”. Czyli wszystkiemu winne są stopy? No dobra, może i sandały patrząc ku genezie obrządku… Wyobrażacie sobie, że idąc w gości, na śniadanie wielkanocne musicie zdejmować szpilki i pończochy, bo służba będzie wam pięty szorować? Hmmm, może i byłoby ciekawie? Chociaż z tego co wiem, to większości pogoda się oziębiła, więc może i kozaczki i grube skarpety w wełenki owczej? Dlaczego po polsku to się nazywa ino Wielki Czwartek? A nie… dbania o higienę dzień? Możnaby reklamować wtedy te taśmy na nagniotki, halluksy, no i wiecie, scruby wszelakie i kremy na spulchniania…

W końcu w dzisiejszych czasach wsio na sprzedaż jest.

Może i świat konsumpcyjny, ale u nas w sklepie ino kilka papierowych jajek i kika czekoladowych zająców kica. Tak serio, to poza wielkimi kokardami na lampach, w odcieniach słonecznego żółtka, nic o świętowości nie świadczy… poza Turyścizną, która jak zwykle uważa, że po prostu są tutaj panami, królami i ogólnie mówiąc koronowanymi głowami. Albo i innymi częściami ciała. Cóż, no taki świat, no takie zachowania. Przyjeżdżają i tyle. Na pewien czas zdaje im się, że kurcze… no właśnie co? Jak to jest, że Turysta poza swym miejscem zamieszkania, gdzie oczywista jest ino Mieszkańcem, zdaje się być całkiem innym człowiekiem? Cóż, może i nie mają Bagażu, ale… szkoda, że nie są Dwukwiatem. Z nim pewno byłoby zabawniej. Ech… Mniejsza, nasza Turyścizna należy do tej głośnej i raczej typowej. Tej co jjem śmieci i narzeka. Co marudzi, wsadza wszędzie nos i nie potrafi być średnio wychowaną społeczną jednostką. A może anstyspołeczną? Czy ja jestem… no tak, ale ja jestem chora psychicznie!!! Mam jakieś wytłumaczenie, co nie? No mam przecież…

Good Friday?

Miało być o piątku przecież, więc zajrzyjmy… po angielsku jest on dobry? Dobry… a po naszemu długi!!! Cóż. Dania ma widać inne postrzeganie tego co dobre. Co dobre musi być długie, a może odwrotnie? Co długie dobre być musi?

Ekhm… a może tylko może być?

IMG_4711

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sztorm Siódmego Dnia… została wyłączona

Pan Tealight i Zaglucona Ona…

„Trzęsie się Chatka Wiedźmy.

Bardzo się mocno trzęsie, ale i dziwnie. Nie jakby wiatr nią miotał, nie jakby powietrzne moce się boksowały z murami i dachem… raczej jakby oddychała? Ale dziwnie i spazmatycznie, nie jak zwykle z lekką chrypką, chronicznie raczej chorobliwie… suchoty zaściankowe, czy coś? A może po prostu coś ma z żołądkiem, w końcu jej jakiś wredny kot zaszkodził!? A mówiłem nie żreć z futrem, opalać nad ogniem, mówiłem!!! Mówiłem, ale kto mnie słucha? Pan Tealight jest taki stary, pewno życia nie pamięta, mówią… Sarkają ino, jęczą i marudzą…

Dziwnie brzmią moje kroki na owym zamszonym wiedźmim trawniku. Mokro tutaj, coś się ciągnie niczym ślimaczy śluz. O co chodzi? Głupio tak przez okno zaglądać, ale co tam, stary jestem, zwalę na demencję czy coś tam. Czasem pomaga to, kim i czym się jest. Chociaż widok roznegliżowanej Wiedźmy Wrony Pożartej raczej nie należy do urokliwych, to jednak, sprawdzić trzeba. O jest, wala się po podłodze znowu, oj coś się jej majta u kichola, oj… NIE!!!

Gdyby nie Ojeblik, mała ucięta główka, świat żyłby nadal nieświadomy tego, co się wydarzyło po dziwnym omdleniu Pana Tealighta na skutek wybrzuszenia ścian Chatki Wiedźmy. Zresztą, o tym wolała nie wspominać, głupio tak obgadywać przedwiecznego, nawet jeżeli to podglądacz i zboczeniec. Nawet jeżeli się z nim mieszka, żyje i ogólnie mówiąc… jest się rodziną. I nawet jeżeli znajduje się go w tak niedalekiej odległości od nader zasmarkanej kobiety w wieku średnim i wątpliwym odzieniu. Kto wykorzytuje chore kobiety? No kto? I to… stare?

Nadchodził Straszny Czwartek, dzień poprzedzający Długi Piątek… trzeba było postawić zasmarkaną i kichającą przeraźliwie, sypiąc dookoła krwawymiswymi wnętrznościami, Wiedźmę Ptaszydło na mniej lub więcej, nogi. Może i na zewnątrz wiało i lało, ogólnie mówiąc pogoda nie była nadmiernie wiosenna, ale w końcu ktoś powinien był pomalować rosnące w Ogródeczku Nadmorskim jajeczka!!! A Ojeblik to od zawsze bała się jaj…

Nigdy nie wiadomo kiedy i co się z nich wykluje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3748 (2)

Z cyklu przeczytane: „Coś do ocalenia” – … trzecia. O podróży i o miłości, bo przecież zawsze u Carmack jest miłość. I o problemach na trakcie rodzice – dziecko. I o młodej dorosłej ze znanej nam grupki młodziaków…

I o miłości… i o życia dziwnej słodyczy. No i w ogóle słodziutka taka ta opowieść. Młoda dwudziestka, co o kasę się nie martwi, masa facetów, z których oczywiście tylko jeden się jej podoba. Do tego konflikt rodzinny, który z łatwością można naprawić… sorry, ale to nie dla mnie. Może i powieść miejscami jest zabawna, może i lekka jest szalenie i wielu ocyści zatrwożone codzienności, ale mnie wkurzyła. Zwyczajnie nie trawię dorosłych z TAKIMI problemami!!! Aż chce się zakrzyknąć: dziewczyno ciesz się życiem, kurna, przestań marudzić!!!

Oczywiście, jak w tej serii bywa, spotkacie tych bohaterów z poprzednich części, ale uwierzcie mi, to nie poprawi jej wędrowniczej narracji. Ot kolejne kraje, kolejne miasta ona i on… w ucieczce przed całym światem. I jeśli od razu na początku nie domyśliliście się jakie on ma problemy, to sorry, ale… no dobra, może was zakończenie zaskoczy. Nie, wcale nie pragnę, by wszyscy w życiu mieli pod górkę, ale bez przesady, odrobinę realizmu by się zdało. Po bajki to ja do Andersena chodzę, przynajmniej u niego czy u braciszków Grimm, trochę krwi się leje w nieocenzurowanej wersji.

Zwyczajnie ta powieść jest odrobinę naiwnie głupkowata. I chociaż takie właśnie są późne nastolatki i wczesne dwudziestki, to nie chce się wierzyć, że AŻ takie są… i że takie przeżywają? Hmm… może to gatunek chroniony?

IMG_5618 (2)

Wieje…

Co chwilę w dach Chatki uderza wielka Wietrzna Pięść. Nie majta w okna, nie bawi się już wisiorkami na zewnętrz, tyko boksuje się z dachem. Chciałoby się sprawdzić, czy kurcze znowu dachóweczka się nie obluzowała, ale strach wyjść. Bo z wiatrem szorstkim, dość chłodny deszczyk przybył. Zima? A może po prostu staroświecki koniec marca? Kilka lat temu wciąż jeszcze śnieg leżał. Robiłam sobie śnieżny, urodzinowy torcik ze świeczką. a teraz poprzekwitały najwcześniejsze wiosenne kwiaty, schowało się słońce, tylko wiatr majta Wyspą. I w takich momentach wciąż mam wrażenie, że Wyspa pływa, że tak naprawdę wcale nie jest tylko cząstką tej ziemi przytwierdzoną do środeczka rozgrzanego i płynnego, że nie jest tylko i wyłącznie elementem całości, ale tak naprawdę czymś innym. Napowierzchniową wyspą, która pływa. Która nie trzyma się jednej szerokości i długości geograficznej, ale tak naprawdę wciąż podróżuje. Może i w głąb kosmosu? Może wcale nie jesteśmy już na Ziemi? Może znowu przeskoczyliśmy w nocy, dzięki większemu powiewowi… na Planetę Demonicznych i Depresyjnych Zarazem Jednorożców? No wiecie, tych dziwnych, co malują się na czarno, albo ciemnoszaro tudzież głęboki granat i tak po prostu srają na tęczę?

Wyspa zaskakuje taką zmiennością, że trudno uwierzyć, iż wciąż jest tym samym. Spoglądam na jej zdjęcia sprzed prawie stu lat i dziwuję się. Bo widzicie… niewiele się zmieniło, a miejscami właściwie nic. Może i jest lepsza droga, może i są nowe znaki, ale poza tym wciąż drzewa, wciąż pola i linia brzegowa. Oj pewno, jeśli chodzi o drzewa, to jest ich teraz więcej. Jak rzadko w obecnym świecie, Wyspa porosła bardziej. Wspina się coś po kamieniach, jakby odnalazło receptę na życie bez ziemi… pewno, że człek wie, iż gleba to niesamowita sprawa i nawet na kamieniu coś urośnie, ale jednak, wciąż zachwyca. Są nowe domy, ale i te stare. Jedne odnowione, inne znowu tylko pomalowane i z wymienionym dachem. Nowa słoma pyszni się doookoła komina. A z komina jak niegdyś trochę dymu leci… i choć większość energii bierze się z wiatraków, to jednak. Tak niewiele się zmieniło.

Brak dziwacznych zmian oznacza bezpieczeństwo.

IMG_2217

Niestety wietrzność nagminna oznacza, że dotarcie na Wyspę jest utrudnione. A miejscami właściwie, nie oszukujmy się, raczej niemożliwe. A tutaj sezon przedwczesny się zaczyna, lody znowu smaczne jak zawsze, czekolada zastyga w formach a i ciepłe cukierki niczym bułeczki… czekają. Może świat nie pachnie jeszcze lakridsem i marcepanem na okrągło, ale coś się zmieniło a aurze. W sklepach pojawiają się tacy, których widuje się sporadycznie, a i tacy, całkowicie nieznani. Nagle… częściej widać ludzia na horyzoncie. Jak oni tutaj dotarli? Cóż? Biorąc pod uwagę, że uznaje się Wyspę za świat poza światem na lotnisku w Stolicy, to pewno promem. Tylko że wielki, mocarny Hammerodde posiedzi sobie dłużej w naprawie, Villuś oczywiście na takie fale niezbyt, a Eleonora, no cóż, wiecie jak to jest z kobietami. Fale robią!!! Zostaje więc tylko dumny Povl Anker. Pawełek Kotwica, a może Piotruś, raczej nie obpłynie wszystkich kierunków, no się nie rozstroi… znaczy rozstroić się moze nerwowo, ale z jednego trzech nie uzyskasz. To nie obiadek z Jezusem!!! Zresztą, Turyścizna jedną sprawą, a co z jedzonkiem dla nas bidulkowych Mieszańców Mieszkańców? No gdzie mój serek, jeżeli tutaj nikt z mleczka go nie zrobi? Gdzie mój jogurcik? Chlebek może jeszcze robią, ale cała reszta… czarno to widzę. Nawet mięska nie będzie, bo jak to ubić? A ryby nadal w foczych łapach i brzuchach!!! Głodem chcą nas umorzyć, czy co?

Promy oddajcie…

Kto pamięta dostojną Pomeranię? Oj to było cudo nie prom. Ogromne, gigantyczne wprost, miało fajne kajuty i prysznice czaderskie. Może i zaćpana przespałam większość pływania, ale wspominam ją z nostalgią. Bo widzicie… wydawać by się mogło, że to taka żegluga bardziej śródlądowa między Wyspą, a Stolicą, czy Szwecją… jednakowoż prawda jest taka, że wody u nas zdradliwe. I nie chodzi tylko o wybuchy, trzęsienia a i pozostawione po wojnach niespodzianki w zatopionych wrakach. No i morskie potwory!!! A co! Przecie nie można zapominać o mniejszych i większych morskich kreaturkach. Zadziwiająco żywotnych i zaskakująco intrygujących. Może i nieczęsto łapią kogoś za klejnoty i wciągają w głębiny, ale są tam…

Ciekawe czy one mają mdłości, jak wiatr tak falami buja?

IMG_2184

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaglucona Ona… została wyłączona

Pan Tealight i Spook Trójca…

„Najpierw była jedna.

Magiczna i niebieściutka w swej błękitności, i zasilana siłami, o których nawet Wiedźma Wrona Pożarta nie miała pojęcia. Siłami, których moce każdy odczuwał, ale jednak wolał o tym nie myśleć, nie marzyć, nie tykać tematu… Po prostu były i okay, ale jeśli chodzi o interpretacje nieposelskie, tudziż inne tam badania i organoleptyczne dociągłości… to nie dla mnie.

Nie, dziękuję!!!

Najpierw była jedna Spooka.

A potem ona jedna samotna, nie chciała być już jedną i zawezwała ku pomocy i do pomocy dwie swoje braciosiostry. Bo widzicie… spooky’i jako takie nie mają płci. Znaczy ogólnie mówiąc uznają się za męskie, ale jednak się rozmrażają, znaczy rozmanażają, więc coś musi być… może jest jak z krasnoludami? Wiecie, niby wszystkie krasnoludy mają brody i wyglądają męsko, ale niektóre mają makijaż i paznokcie pociągnięte krwistą czerwienią, więc… Ogólnie mówiąc, jeśli chodzi o płciowość, to Wiedźma Wrona Pożarta nie myślała o tym, a raczej starała się nie myśleć, ale prośbę Spooki rozpatrzyła… zaakceptowała potrzebę Chatki ku posiadaniu większej ilości strażników wiekuościeświecących i sprowadziła jeszcze dwóch. Dwie znaczy… no wiecie, teraz są ich onych trzy!!! I stoją blisko Wrót Chatki, aczkolwiek nie wchodząc w drogę Ceglastemu Krasnalowi… nie wnikają w jego postępowania, ani tam wszelkiej obronności jurysdykcje, strzegą Ponadczasowej Małżeństwa Skrzyni.

I świecą.

I migotają i zmieniają swoje jednorakiej kształtem, ale całkowicie niesubordynowanej, kolorowości.

Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona po prostu chciała zawsze wiedzieć, jak trafić do Kiblownacji, ale… przecież w tym miejscu, na tej Wyspie, nic nie może być tylko i wyłącznie… trasą szybkiego ruchu w kierunku Studni Życzeń. Czyli no kibelka… wiecie każdy musi czasem… Jednakowoż. Jeżeli chodzi o spooky’i, to było w nich coś jeszcze więcej. Coś ponad czas i ponad granice postrzegania. Coś, do czego nawet Pan Tealight nie chciał się przyznać… Coś tworzącego, coś myślącego i widzącego, coś więcej, coś ponad wszelkie zamyślenia. Nawet te tutaj, w Chatce Wiedźmy. Miejscu, gdzie Trzech Druidów W Misiowych Kształtach wiodło niekończące się dysputy dotyczące wyższości czekolady białej nad całkiem czarną i tej milki mlecznej w łatki, nad wszystkimi innymi. Ale jednak głupio było się tak zapytać świecących, napodłogowych duszków, o co im w życiu chodzi i dlaczego tak bardzo lubią spoglądać na wszystkich od dołu strony… w której to stronie tak często dupsko i inne sprawy widać było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8066 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni pociąg do Babylon” – … mroczna. Spoglądając na okładkę, nawet nie czytając opisu… czujemy smutek. Otwierając tę powieść to uczucie się nie zmienia, a jednak… zakończenie przypomina nam, że jeśli przetrwamy, jeżeli tylko zdecydujemy, że jest to możliwe… możemy żyć dalej.

Dwie przyjaciółki i dojrzewanie.

Jak zwykle pełne perturbacji. Poznajemy je wtedy, gdy docierają do owego momentu, w którym niczego już nie można powstrzymać. Gdy nie ma już ich… jest tylko ona. Młodziutka dwudziestolatka, która z chęcią wróciłaby w czasie, by wszystko zmienić. By inaczej poprowadzić swoje życie. Ona, wciąż zmagająca się z demonami przeszłości, wciąż chodząca do terapeuty… gdy jej przyjaciółka umiera, czas się cofa. Śmierć jednej, nagle pozwala drugiej zawalczyć o swoją przyszłość.

Masa jest powieści, które mają za zadanie uprzytomnić współczesnej młodzieży jak to jest z dojrzewaniem. Co się dzieje, gdy skrewimy, gdy pójdziemy nie tą drogą co trzeba, ale nie wszystkie są na tyle… depresyjne. A może powinnam powiedzieć… prawdziwe? Bo przecież świadomość tego, że te nasze wypadki z przeszłości od zawsze będą wisieć nam nad głową, może pozwolić uchronić nas od nich. A nawet jeżeli nie, to może chociaż pognać demony przeszłości w siną dal? Bo przecież to przytrafia się każdemu z nas. Kochamy i chcemy być kochanymi… dorastamy.

Żyjemy…

Brutalna miejscami, trochę może i przegadana, ale na pewno dobrze trafiająca we współczesnego odbiorcę. Pełna retrospekcji, niczym spowiedź, a jednak… jakże o wiele bardziej wstydliwa. Oto obraz stawania twarzą w twarz z tym, co nas ukształtowało i… szansa na lepsze jutro. Może trochę bardziej wybaczające samej sobie? Może trochę bardziej… normalne?

IMG_5597

Przylaszczki i zawilce…

Przyszłam na świat w świecie, w którym na stokach wąwozów, w lasach i wszelakich ustroniach, zawsze się kwieciło. Wiosna zawsze oznaczała kwiaty. Nie liście, nie nowe pędy, ale właśnie kwiaty. Pokrywające to, co wciąż jeszcze nie zbutwiało, to co wciąż jeszcze zdawało się być takie zimowe… ale nie śnieżne. Pamiętam te fascynujące, głaskane promieniami wczesnowiosennego słońca dywaniki. Wyrastały z nich wciąż jeszcze nagie pnie i gałęzie. Z pączkami, ale jednak zapatrzone nie w błękit nieba, ale właśnie w ową kolorowość u ich korzeni. W te biele i żółcienie… owe kobalty i fiolety. W te różowości wszelakie, niewinne jakże i młodziutką, naiwną zieleń liści… Każdy poranek był niczym wkraczanie w nowy świat. Inna droga do szkoły, inna cudowność przyrody. Ptaki ponad mną, kolorowości pod moimi stopami. Pewnie, że szło się niczym bocian czy czapla, starając się nie nadepnąć na żadną z owych cudowności, ale czasem po prostu się przystawało i wąchało świat. Jednak najlepsze były powroty, bo wtedy można było zerwać kilka kwiatków. Nie po to, by umieścić je w dzbanuszku, tam w końcu siedziały gałązki, ale po to, by kilka pączków i rozłożonych siedmiopłatkowych zawilców, wsadzić pomiędzy strony książek. By zaschły, by pozostały na zawsze niczym pamięć o chwilach, które nie powrócą.

Widzicie, od zawsze poszukiwałam swojego miejsca na ziemi… a to oznaczało masę przeprowadzek. Jako dzieciak nie wolno mi było powiedzieć NIE… jako tak zwany dorosły, w końcu mogłam powiedzieć: znalazłam.

Znalazłam swoje miejsce na ziemi.

IMG_4126

Oj tak, Wyspa jest taka, jak miejsce, w którym przyszłam na świat. Aczkolwiek owo miejsce, wciąż dochodzi do szoku po owym wydarzeniu. Chyba nigdy nie zrozumiało, dlaczego akurat jemu przytrafiłam się ja. Cóż tak złego uczyniło, by owocować… wiedźmą? A może tylko się tak kryguje? Bo przecież kogo tam obchodzi kto gdzie się narodził? Czy wciąż określają nas miejsca narodzenia… de domo, nee… da Vinci? Kiedyś, gdy człek rodził się i żył w tym samym miejscu, miało to znaczenie, a teraz, gdy wszyscy odradzają kolejne wędrówki ludów… trudno za człowiekami nadążyć. A jednak mi udało się w Wyspie odnaleźć właśnie miejsce, które nazywam moim pierwszym. Wąwozy, skały, kwiaty. Szum wiatru, wyspowość, odosobnienie. A i zmienność sezonów. Bo widzicie, ja urodziłam się w sanatorium, a to oznaczało stałą zmienność. Wyspa się zmienia regularnie mniej lub bardziej i w tym siedzi i gnieździ się moja spokojność. Korzenie? Może i korzenie? Kto to tam wie, jak to ze mną jest?

Tak, Wyspa to sezony, ale i śmierci i narodziny Tubylców.

Typowy Tubylec jest niesamowity. Właściwie, by nim być, prawdziwym Autochtonem, prawdziwym mieszkańcem, krwią wyspowych żył i jej oddechem… cóż, trzeba tu się urodzić i wymagane jest, by przodkowie też przyszli na świat na Wyspie. Trzeba narodzić się i zaakceptować fanatyczne oddanie Wyspie. Inaczej nie można. Inaczej się nie da. Trzeba być dumnym ze swojej Wyspy i całkowicie jej tylko oddanym. A na dodatek fajnie mieć gaard. No wiecie, może i bez krowinek, może i z małym ateliere w byłej oborze, w stodole zaś z galerią, ale jednak. Wielkie, zamknięte w kwadrat, czy imnny prostokąt miejsce. Odgraniczone od innych, otoczone laskiem i polami. Ze studnią… i starym orzechem, lub kasztanowcem. Może i pomieszczenia gospodarcze to tylko mury, może i pola od dawna są tylko kukurydzą i zbożem wynajętym, ale jednak. Wciąż jest to posiadłość. Własność. Mój i tylko mój kawałek Wyspy. Można zrobić z niego prostotę, w nielicznych wypadkach może i szaleństwo kiczowate… ale wszędzie widać, iż jest to tylko i wyłącznei moje. Ze spłodzenia i z narodzenia, z przodków mniej lub bardziej pamiętanych i z ich kości. Potu i krwi.

Nowy na Wyspie, choćby kochał ją najbardziej, choćby czcił w niej wszystko i doceniał każdą szarość i każdy kolor… nigdy nie zostanie poważanym Tuziemcem, czy też Krajowcem. Nie da się. Możesz mieć wszelkie papiery i całe życie tutaj przeżyte, ale jednak… ci najstarsi, ci tutaj urodzeni, prawdziwi, nigdy cię nie zaakceptują. Możesz nawet kupić gaard, ale jeśli jesteś nie stąd, nigdy do końca nie przybierzesz tych barw. Nie dla nich. A jednak… przecież istnieją ci, którzy chociaż tutaj się urodzili, to jednak olali to boskie miejsce. Są tacy, którzy uciekają, tłumacząc to… życiem, innym światem, możlwościami. I to nie tylko młodzi, nie tylko ci, którzy zdają się mieć jakiś powód. Są przecież i ci miejscowi sezonowi. Tacy, którzy mając dość zimna, deszczu i wiatru wybierają Majorkę i Ibizę. FUJ!!! Wybierają je, by potem jęczeć, że na Wyspie nie ma tego i tamtego, nie ma mostu, nie ma imprez, zabaw i chlania, nie ma wszelkiej niespokojności… więc dlaczego tam się nie przeprowadzą? Aaa… bo po pewnym czasie zmieniają zdanie i z podkulonymi ogonami wracają mówiąc, że cóż, byli w innym świecie, ale jednak ktoś ich do owej inności przymusił.

Ktoś im kazał… ktoś…

Ludziom to nigdy nie dogodzisz… a Wyspie?

Kto dogadza Wyspie?

IMG_4138 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spook Trójca… została wyłączona

Pan Tealight i Sezon na Mrówę…

„W sosie może, albo truchełka na słonku prażone? Ale kurcze słonko marnie przygrzewa mimo tych swoich wybuchów, więc może raczej wiatrem suszone? Solone morską pianką w zalewie wczesnowiosennych kwiatów? Albo w cukrze, na słodko tak, w całkowitym ulepku, w kożuszku…

Nadszedł czas, gdy Armia Mrówek Frykuśnych powróciła do krainy żywych bardziej, zwanej zwyczajowo Chatką Wiedźmy. Do Krainych Tych, Kórych Można Podgryzać. Owych, Którzy Mają Cukierki, Dziwnych Ludzkich Osobliwości… a to oznaczało Wiedźmę Wronę Pożartą… truchełka produkującą. Bo bez urazy, nie da się być niskim człowiekiem i nie zabijać. Nie da się żyć w świecie, w którym nagle wszystko opadają owe dziwne, ruchliwe stworzonka. Nie da się śnić spokojnie ze świadomością, że one tutaj są, chodzą, łażą i łachocą tymi mikronóżkami. Mają ich przecież nazbyt wiele. A te czułki? Wirujące, wibrujące, macające dziwnymi, lekko kulistymi końcóweczkami. Noc im nie przeszkadza, jakby pracowały na zmiany… i może w rzeczywistości włażą na śpiącego człowieka i macają go. Bo przecież on nie protestuje. Może i czasem się poruszy, może i czasem coś pod ową skórą mu zadrży… ale nie protestuje. Nie mówi NIE. Chociaż po mrówczemu NIE jest dość skomplikowanym słowem. Wymaga zbyt wielu dotykania, kopania, trącania, macania i ogólnych posmakowywań…

Człowiek śpiący jest kopalnią skarbów dla Armii Mrówek.

Ale nie mówcie JEJ o tym.

Znaczy nie na głos. Nie jakoś tak plastycznie… Po prostu milczcie. Nawet, gdy truchełka spowijają Dywanikowość Chatki, nawet gdy już nie można przestać dmuchać, chuchać i po prostu się otrzepywać…

Nie mówcie.

Świat przecież potrzebuje odkryć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2666 (3)

Z cyklu przeczytane: „Świadectwo kości” – … matka. Miłość matki do dziecka wydaje się nam być… logiczna? Cóż, ja jak bohaterka tej powieści, nie do końca w nią wierzę. W ową mistyczną bliskość, zrozumienie…

Amaia przeszła już wiele w swoim życiu, ale dopiero teraz, gdy trzyma swojego malutkiego synka w ramionach, naprawdę zderza się z matczynością. Z uczuciami, które targają nią, młodą matką, ale i córką kobiety, którą ją zabiła. I obiecała, że ją zje!!! Tym bardziej, gdy matka ponownie powraca w jej życie, niestety wraz z nowymi zwłokami, kośćmi, pragnieniami i lękami. Z nowymi wydarzeniami w owej specyficznej dolinie, któr jest przecież jej ojczyzną. Ponownie pani inspektor – doceniona, aczkolwiek wciąż musząca coś udownodnić – musi zmierzyć się z mitami, legendami i profanacją.

Drugi tom trylogii… cóż, przyznaję, że jeszcze lepszy niż pierwszy!

Akcja zagęszcza się, wiemy coraz więcej o przeszłości naszej bohaterki, ale też pojawiają się nowe pytania. Może i męczą ciągłe wątpliwości powracającej do pracy matki, jej dywagacje na temat karmienia piersią, ale jakże są one adekwatne do treści książki. I to połączenie strony mitycznej ze współczesną codzienności… mocne, urokliwe, a może jednak przerażające? Z jednej strony prac detektywa, z drugiej kobieta, kóra jest kochaną, ale i nie do końca rozumie samą siebie. Nie do końca pojmuje to, co się z nią dzieje. Nagle, będąc dorosłą ponownie staje twarzą w twarz z dziecięcymi lękami i wcale nie są one mniej… okrutne w swym przerażeniu. Urzeka nas zawadiackość starszych pań i ślepota niektórych… Ale najbardziej szokuje ona… matka. Matka, która nie kocha swojego dziecka i powiązane z tym wydarzenia z przeszłości, która naznaczyła życie nie tylko tej jednej, małej rodziny… i zło.

Zwyczajne zło.

Właśnie… zło. Czy naprawdę istnieje coś takiego jak zły człowiek? A może wszystko jest tylko chorobą? Gdzie jest granica? Kim byli agoci? Czy wstyd z przeszłości, wciąż drąży ową małą społeczność? Czy religia narzucona zmiażdżyła tak naprawdę to, co kryło się w jaskiniach i lasach doliny? A może tak naprawdę… zło nie jest tym, co się wydaje złe? Może należy zmieszać definicje? Napisać nowe?

Niesamowita, ale nie do końca kryminalna rozprawa z przeszłością. Bardzo dobra powieść, bardziej etnograficzna, czy antropologiczna, niż będąca tylko i wyłącznie opowieścią o zbrodni. Śmierci, zwłokach… morderczym szale. Co z tym wszystkim ma wspólnego jednookie bóstwo? Kim jest kobieta z burzy?

Warto się przekonać.

IMG_4922

Sztorm nadchodzi.

W powietrzu wisi cisza, którą bardzo chce się zapełnić. Ale z drugiej strony głupio tak jakoś wyleźć na trawnik i zacząć śpiewać, tudzież na chodniku odtńczyć sabotową polkę. Dlatego robi się te dźwięki subtelniej. Ot coś wypadnie w kuchni z rąk, albo po prostu kichać się mocniej chce… albo przyrodniczą pogadankę o bardzo okrutnych zwierzątkach puszcza się odrobinkę głośniej… Ale i tak cisza otula, ciśnie i lekko poddusza. Wiesz, że nadchodzi sztorm. Większy niż taka codzienna zawieja, mocniejszy, może i jednostronny, może i całowyspowy… Coś w głowie łomocze, coś w seru się wzbiera, niby zawał, a jednak nie. Nie wiesz tylko jednego… czy owa nadchodząca wietrzność cię rozbawi, przydupi, a może jednak zatka zatoki i odbierze ochotę na wszystko? Jaka będzie ta wietrzność? Jakie będą te fale?

Cisza wcale nie jest fajna. Tak jak nie zawsze uśmiech wzbudzają niespodzianki. Wiecie jak to jest… ktoś myśli, że was zna i przynosi wam małego pajączka w prezencie, a wy kochacie tylko węże… No tak, to coś w tym stylu. Oczekiwanie na to, co z jednej strony się zdarza i jest znajome, ale z drugiej, zawsze jest inne. Przeraża, ale jest też czymż, bez czego nie można żyć… Jak dla niektórych bicie serca. No dobrze, dla mnie. Jakoś jest to dźwięk, który budzi we mnie tak przeraźliwy, borczący lękiem strach, że staram się go unikać. Może dlatego nie przepadam za ciszą? To znaczy kocham ciszę, ale dla natury cisza jest całkiem czymś innym, niż dla człowieka… W naturze cisza ma drzewa szumiące, ptaszki ma dziobiące i oczywiście ćwierkające i jeszcze ma pąki strzelające, trawę rosnącą, ryby szepczące, przeszłość wciąż tętniącą pomiędzy kamieniami i pniami. Duchy chcące pokazać światu teraz, że wszystko już było… oto jaka jest ta zwykła cisza…

Ale teraz cichość jest dziwna. Jak swędzenie w miescu, w którym serio nie sa się podrapać, do którego nie dosięgniesz…

IMG_4658

Sztorm nadchodzi…

Podobno trwać ma cały tydzień, co oznacza, że święta będą raczej ciekawe. Nic, jak tylko brać koce, kołdry, zapas jedzenia i zaszyć się w domowych pieleszach. Ciepłych i bezpiecznych. Słychać jak wiatr przzechadza się po dachu. Jak nie uderza, nie młóci i nie wali, nie porusza wszystkim, ale wprost to wszystko ugniata swoimi wielkimi stopami. Naprawdę musi mieć niezłe kajaki. Czasem jak tak tańcuje na szczycie dachu, to cały świat się ugina. Cały świat napiera na moje własne, wychuchane bezpieczeństwo, jakby chciało mnie nastraszyć… bo chyba raczej nie wtargnąć do środka, co? Czasem wszystko dygocze, „chodzi” i dziwnie rechocze. Ale nie jak ostatnio, gdy wysadzali coś tam pod powierzchnią morza… a wysadzali kilka dni temu. Po prostu, bo mogą. Bo mają morze i sobie w nim bombardują światy. Wiatr ma swoje sposoby, by poruszać tym, co nieruchome, albo unieruchamiać to, co z urodzenia tańcowalne.

Człowiek przyzwyczaja się dość szybko do owego dziwnego huku i mieszania powietrza. Do tego, że gałęzie się nie poruszają, a drzewa przy drodze wszystkie, jak jeden mąż i żona, pochylają się w jedynie słuszną stronę. Może i innym wiatr przeszkadza, ale ja łapię się na tym, że nawet gdy jest to ów sztorm drażniący i doła przynoszący, nawet jak łęb pęka i zatoki mi pulsują, to jakoś bez niego jest gorzej. Bez owego dziwnego, łaskoczącego i łachoczącego dźwięku. Bez tego ciągłego pokłaniania się Wyspie. Bez tego tulenia się do ziemi… łykania kamyczków…

IMG_5261

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sezon na Mrówę… została wyłączona

Pan Tealight i Pielgrzymkowa Panienka…

„Kapliczki, stojaki, wazony z kwiatami i ołtarzyki…

Porozrzucane gdzie niebądź girlandy dziwnych frędzli i oczywiście świeże płatki kwiatów, rozsiane po wszelakiej powierzchni… zawsze zdawało mi się to takie okrutne, żeby kurcze fryzjerską bezlitosnością w religijnym zapędzie naznaczać biedne kwiatuszki… Kastrować, dekapitować, golić… Może i miała Mała Wiedźma śliczną, nazbyt króciutką sukieneczkę białą, koszyczek i żółte buciki – sorry takie były czasy, innych nie było – ale jednak… bolało mnie to. Pewno, pięknie było, ale jednak!!! Nawet w owym zapale sypania ich, w owym całkowitym zacięciu bycia w końcu kimś ważny i potrzebnym, nie zwracaniu uwagi na gościa z monstrancją, pewno król jakiś, i całym tym korowodem, na te flagi i posążki, na te niby świętości…

Tylko te kwiatki!!!

Niby była w tym jakaś specjalność i wyjątkowść, ale jednak… coś było nie tak. Owo dziwne niezrozumienie pulsowało i bąbliło się w główce Małej Wiedźmy, ale nikt jej nie słuchał. Nikt nie rozumiał, nikogo nie obchodziło. I wtedy, w cieniu owej malutkiej Małej Wiedźmy, pojawiła się ona… Pielgrzymkowa Panienka. Dziewczątko pyzate w falbianiastej nader spłowiałej kiecce, z koszyczkiem zawieszonym na szyi pełnym dziwnych chrupek, czy też pianek, z loczkami blond na główce, oczkami błękitnymi, rumieńcem wydętym… gryką zaplątaną w owe jaskrawo śnieżne rajstopki i świerzopem. Czy też świerzopą? Pod ogon nikt nie zaglądał. Walić tam, że niektórzy uważali, że to była roślinka, w rzeczywistości był to malutki, młodziutki prosiaczek. Różowiutki niczym świt i pieszczotliwie tłuściutki z blond szczecinką. Zawsze biegł dookoła jej gołych, znaczy nieobutych stópek.

A ona się o niego nie przewracała.

Pielgrzymkowa Panienka mogła się zdawać dziecięciem anielskim, ale w rzeczywistości była naczyniem zła specyficznego… Boginią Procesyjnej Celebracji. Pocieszycielką wszelakich do wyznań zmuszonych, niechętnych spacerowiczów… ożywicielką dusz płatków ukrzywdzonych. Tą, która gotowa była spopielić słonecnzymi promieniami tych nadgorliwych, a nie chcących zrozumieć co czynią, ale i tą cieniem obdarzającą owych, którzy pragnęli obecnością swoją ucieszyć kochanych. Była po prostu. Wraz ze świerzopem przechadzała się wzdłuż rozgniewanej śpiewnie celebracji i spluwała przeżuwanymi gdzieś w głębi siebie chrupkami. Jej koszyczek zdawał się być owym Stoliczkiem, co Samsięnakrywał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7627 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niewidzialny strażnik” – … no nie wiem. Na początku zaczęła mnie irytować. Już nie wiadomo, czy to serio kryminał, czy jednak opowieść o kobietach dla kobiet, z kobietami i ich problemami. Rodzinami… a potem zrozumiałam. I troche mnie to oszołomiło. Dotarło so mnie, że tutaj wszystko ma swój cel, swoją drogę i swoją parę butów.

Ona, to młoda inspektor gdzieś w krainie Basków. On… to idea, legenda i mit. Religia, którą starało się zabić chrześcijaństwo, ale chyba nie do końca zwyciężyło. Problem? Ciała młodych dziewcząt upozorowane w przerażający sposób. Jak najszybciej należy odszukać sprawcę, a przynajmniej tak by się wydawało. Widzicie, to główny problem tej książki, że w rzeczywistości samej pracy policyjnej nie ma tutaj wiele, ale za to opowieści o rodzinach, wymykających się tajemnic z przeszłości, aż nazbyt wiele. Jest wiekowa ciocia z kartami tarota, są trzy siostry i masa problemów. Oraz pragnienie… Czy rzeczywiście na wszystko są w stanie odpowiedzieć mity i legendy? Magia? A może tak naprawdę, tutaj, w tym miejscu, to co tak określamy, wciąż jest codziennością?

Magiczna i szalona opowieść, co do której niektórzy powinni się przekonać. Może i nie do końca policyjna, może i akurat ta jej strona nie zniewala, ale jednak wciąga, porywa i matacze naszą zmysłowością. Nagle mamy ochotę zapoznać się z własnymi mitami, wejść głębiej w sny i cienie, które się poruszają, choć nie ma nikogo lub niczego, co miałoby w sobie taką moc.

IMG_4926

Gdy się ma urodziny na Wyspie… cóż, najważniejsze to nabyć ciasteczko. No wiecie, niby można samemu zrobić, ale to specjalne, urodzinowe ciaseczko, raczej należy kupić. Jest wielkie, antropomorficzne, a raczej przypominające kreślony drżącą ręką nowego gliniarza obrys zwłok rozjechanych na… placek. Wielkie, tłuściutkie i kolorowe. Płaskie i tłuściutkie i budyniowe… Czy wspominałam, że tłuściutkie jest? No to wiecie, ot taka duńska tradycja. Nie może też oczywiście zabraknąć flag, bo w końcu one są zawsze i wszędzie, niezależnie od imprezy czy solenizanta. W końcu wszyscy winni wiedzieć gdzie są… No i oczywiście ogłoszenie w gazecie!!! Ha ha ha, najlepiej ze zdjęciem. Ale nie bójcie żaby, nawet jak nie pamiętacie, w którym domku babcia, co obchodzi stówkę, mieszka… poprowadzą was flagi i girlandy!!! A co! Urodzinki, imieninki, wszelakie rocznice, a już szczególnie ta specjalna dwanaście i pół, jeżeli chodzi o małżonków, wymagają oprawy. Dom należy ucharakteryzować, powpinać wstążeczki i dorzucić flag. A najlepiej zakupić całą flagową girlandę. W wymienionych w ogłoszeniu godzinach oczywiście czekacie na życzenia i prezenty. Bo przecież po coś to wszystko się robi. W domu oczywiście kawa gotowa, a i coś mocniejszego… a do tgo ciastka i ciasteczka i ciasta… a najlepiej przy okazji zareklamować jeszcze swoje hobby… I voila!!!

Happy Wszystkotam tu ju!!!

Życzy się oczywiście szczęścia i wszelkiej szczęśliwości, jakby w jednym małym zwykłym tillykke zawierało się wszystko to. Jakby niczego więcej nie było potrzeba, albo raczej wszystko więcej się miało już? Nie wiem. Wciąż się tego uczę. Owej tęsknoty ludzi za człowiekiem. Za wspólnotą, gadaniem… jakby wszyscy tutaj byli nazbyt samotni, wyziębieni w zwykłym, błagającym o plemienność, wspólnotę i ogólne gromadności… człowieczeństwem. Ale wiecie… czasem mi się wydaje, że chodzi tylko o ciasto. Jakby każdy, korzystając ze swobodnej kaloryczności świąt wszelakich, pozwalał sobie na odstępstwo od diety. Dzisiaj u tego sąsiada, za kilka dni u drugiego, a za miesiąc u mnie. I dzięki temu wciąż jemy ciastka!

Może w rzeczywistości Maria Antonina była z Bornholmu?

IMG_4658 (2)

Dziwna ta wiosna tego roku. Niby było ciepło, ale jednak nie było… niby kwiatki wybuchły, ale jednak na krótko, a wszelakim przylaszczkom czy zawilcom, to w ogóle się wyłazić nie chce, pierwiosnków tyż nie ma. A przecież to wszystko zwykle stąpało liniowo po sobie. Jedno stykało się z drugim, jakby przekazywało sobie wzajemnie jakiś olimpijski płomień, tudzież siłę życiową… ale przecież to wciąż wiosna, pąki na drzewach powoli pękaą, forsycje się prężą w swoim lekkim niezdecydowaniu… niektóre wylazły i się żółcą, inne wciąż schowane w zielonkawych skorupkach. Tylko stokrotki, jak zwykle, rosną po prostu. Może w życiu trza być stokrotką. Po prostu rosnąć, gdy można, a gdy nie można i tak próbować, ale na niższym pułapie?

A może po prostu stokrotki tylko przeżyją…

Wyspa tak, jakoś na coś czeka.

Jakby zamarła. Wiatr nią szarpie, a ona nic. Jakby stwierdziła, że nie podda się w tym roku jajkom na drzewach i zajączkom i innym tam kolorowym kazamatom. Jakby czekała na coś lepszego. Na coś słodszego od marcepanowych polew i oklejanek, jakby bardziej łamliwego od pustych jajeczek, co w środku nie mają nic, kompletnie nic? I chociaż w największych ze sklepów zaczął się już ruch i krzyczą nalepki – przyjdźcie już w tę sobotę – to jednak wciąż… czeka. Nie na te lody znowu kręcone i posypywane, nie na te cukierki, nie nawet na ową słodkość wypełniającą swoim lepkim ciężarem porty… na COŚ innego. Nie na ludzi, nie na zmiany, które przecież i tak ponownie ją naznaczą. Nie na te nowe posadzone drzewka, które jeszcze neizbyt mocno trzymają się swoimi korzonkami jej podłoża, nie na nowe rybki, foczki, czy ptaszencje. Na COŚ widocznego tylko i wyłącznie dla niej. Dla niej specjalnego…

Wyspa to czucie.

Uczucie i smakowanie. Wąchanie i nierozumienie… to stan umysłu, bicie serca, dziwne dodatki do powietrza i inne cząstki w krwioobiegu. Jakby coś niezatapialnego, coś nielatającego, a jednak… unoszącego się. To wszystkie te zmysły, które na codzień tak naprawe odstawia się na tor boczny… i cała masa nowyc. Jakieś tam przeczuwanie i jakieś doświadczanie, namacalnowanie i chmurkowanie. Zmysł nierozumienia i potworności, oraz dziwny, zaskakujący zmysł podchowywania się. Ale o tym kiedy indziej. Na razie idę polizać Wyspę w tych wszystkich bardzo intymnych miejscach, bo mogę, a Ona się na to zgadza!!! Ale i tak przecież kurcze mało o niej wiem. Nawet doznając jej całkiem cieleśnie, organoleptycznie, żująco i trawiąco… wciąż się na tym łapię, że mnie zaskakuje, że coś ze mną robi, nie tylko manipuluje, ale przede wszystkim niczym chrzanionym, starodawnym jojem się bawi.

Hmmm… chyba mi to nie przeszkadza?

IMG_6226

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pielgrzymkowa Panienka… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Szuflada Smaków…

„Hmmm…

… właściwie, to dlaczego te smaki są tak ważne, jeżeli cały świat jest na cholernej diecie? Ci bez glutenu, ci bez robaczków, tamci bez mięska, a ci znowu polują ino na upadłe owocki, które podobno same się zabiły? Pewno, jak się dowiedziały, że skończą w żołądkach takich wariatów, to wiecie… skoczyły z gałązki!!! Wolały śmierć nagłą, w boleściach nawet najgorszych, niże bycie pożartym, samkowanym, byciem pocieszeniem, wytchnieniem, karmieniem prostym…

Tak.

Świat diet się rozrósł. Jeden z drugim uznaje dietę za religię i nie tylko nawraca, ale ogniem glutenowym macha innym przed nosem, straszy wysypkowym potępieniem, jak się skusisz na hamburgera. Ogólnie mówiąc… kaszana. Chyba dlatego smaki zaczęły ściągać do Białego Domostwa. Ale jednak nie zostały tam długo. Dokładnie, to zostały do momentu przybycia Wiedźmy Wrony Pożartej, która od zawsze boi się żywności, stołów i krzeseł, uroczystych obiadów i kolacji oraz śniadań świątecznych, wszelakich przejawów jedzenia w towarzystwie, tudzież odziewania się spod igiełki i nitk… Owych ubiorów wyprasowanych, gali i pokazów. Tych morderczych łokci trzymania, używania odpowiednich sztućców do odpowiednich cudactwa… żadnego smaku, żadnej radości… a jak wyrzygasz, musisz to zjeść. Tak, miała i takie wspomnienia, jednak, czy dlatego właśnie smaki postanowiły założyć kolonię w kuchennej szufladzie Chatki Wiedźmy? Czy tylko to było powodem?

Drażnienie?

Niczym maleńkie, puchate wiewióreczki, znaczy włochate dwunogi z krótkimi przednimi łapkami, wielkimi, puchatymi ogonami i uszkami malutkimi z kiteczkami, na niewielkich łebkach. Czarnymi oczętami, noskami ruchliwymi, języczkami różowiutkimi skrytymi w pełnych ostrych ząbków pyszczyskach… Niczym wiewióreczki w różnych, nawet dziwnych olorach, po prostu za nią pobiegły, a potem… Jakoś tak się wgramoliły do Chatki, jakoś dziwnie, jakby odkrywały swój świat i zajęły ogromną, głęboką szufladę pod lodówką. Pełną zapomnianych gwoździ, srebrnej, wielkiej miski, pokręconych narzędzi o nieznanym przeznaczeniu i klamerek drewnianych.

Dlaczego chciały mieszkać z nią? Postanowiły tylko się uśmiechać słysząc to pytanie. Wprowadziły do szuflady masę koców, choinkowe światełka i garść chrupek kukurydzianych… i stwierdziły, że im tutaj będzie najlepiej!!!

Z czasem, Wiedźma Wrona zaczęł udawać, a może naprawdę nie zwracać na nie uwagi, a w zamian one po prostu tak nie chrupały. Podrzucała im migdały i rodzynki, a one po prostu smakowały dookolne powietrze i lekkimi pierdami wzmacniały aromat… wczoraj oddechy smakowały frezjami!!! Jakby sama Wiedźma Wąchawica postanowiła przypomnieć sobie dzień z przeszłości, który właśnie tak smakował. Jakby ta, którą Wiedźma Ptaszydło spotkała na początku swej drogi, postanowiła sprawdzić co tam u jej zaskakująco nietuzinkowej akolitki. A może czas przyszedł na kolejną podróż w przeszłość… w dzień, który wyrażał tylko smak i aromat?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4915

Z cyklu przeczytane: „Zgon” – … a się wahałam. Bo wiecie znowu o młodzieży. A ile można!? Jakby serio po dwudziestce się już było nudnym, gotowym do życia pośmeirtnego osobnikiem. Jakby trzydziestki były już mumiami!!! A serio nie jesteśmy! No przynajmniej niektóre z nas… albo i wszystkie? Dlatego się wahałam. Bo ile można w tej młodziezówce siedzieć? Ale było w promocji, właściwie za darmo, więc czemu nie…

I nie żałuję.

Więcej, naprawdę dobrze się bawiłam, a to wszystko za sprawą języka. Bo chociaż w opowieści przodują młodociani przestępcy… znaczy się sorry, pokrzywdzone dzieciątka nastoletnie, to jednak smarkacze serio są dojrzali i mają w sobie ikrę. Są zadziorni i inteligentni, sarkastyczni, a i świat, w którym żyją, kręci… I choć serio fabuła jest raczej przewidywalna, to wciąż mami jak Harry Potter wspólnotą, szkołą i tym czymś, co wiąże… tajemnicą, magią, innym człowieczeństwem. Światem, w którym chciałoby się żyć. Nawet jeśli trzeba macać zmarłych. Albo meduzy…

Chociaż książka niewielka, chociaż miejscami pełna niedopowiedzeń i nie do końca dopracowana, to jednak urzeka. I czym? A no słownictwem. Brakiem nastoletniego rozmemłania i tajemniczośćią. Bo chociaż okładka zamknięta, książka odłożona na półkę, to jednak cała historia dopiero się zaczęła. Opowieść o tych, którzy zbierają dusze, dzięki którym możliwe jest życie PO… tak naprawdę dopiero się rozkręca. A już, mimo natłoku młodzieży zetknięcie się ze starszymi zadziornymi, mnie powaliło!!! Jorika w dłoń i do czytania!!!

IMG_4919

Korek…

Miewamy korki, szczególnie, gdy większa część Wyspy stara się wydostać ze stolicy, znaczy z Ronne i dotrzeć do swoich domków. Korek zwyczajowy na Wyspie składa się z kilku pojazdów i trwa chwileczkę. No sorry, to mała Wyspa, drogi ma fajne, a i ludziom nie chce się na nich wciąż siedzieć. Wolą przemieścić się z miejsca A do B i tyle. A potem wsiąść na rower może, albo zwyczajnie z buta się powłóczyć… Ale tak, jak najbardziej człowiecze korki też mamy, ino tylko w sezonie. To tak jak z sezonowymi truskawkami. Wiecie są są są i w końcu ich nie ma, a potem znowu są, ino że wielkie i z Hiszpanii i wcale tak fajnie nie smakują. Tak jest z Turyścizną. I czy zabiorą nam promy, czy nie, wciąż jedno wiadomo, tutaj pusta droga, ścieżka, czy szczątkowy chodnik, to nic dziwnego!!! Lepiej… czasem wchodzisz do slepu, a tam ino kasjer!!! Strach aż się między półkami rozglądać, bo jak się zgubisz – choć sklep niewielki, żadne tam Tesco, to jednak coś się pod pachą miota. Bo jak się zgubisz, to kto cię znajdzie, jeśli nikogo więcej tutaj nie ma? Patrzą się tylko na ciebie pojedyncze kartki, okurzone lekko, zapomniane. Dwa magnesy przyczepione do niewielkiego stojaka i zestaw przecenionych klapek. I trzy dziwne puszki… chyba z psim jedzeniem?

… więc jakie mamy korki? Przecież kurcze wino w kartonie!!! Na plaży od czasu do czasu trafi ci się pozostałość po zagranicznej libacji, ale poza tym z korkami deficyt. Idziesz i idziesz i idziesz i mija cię jedno autko. No dobra może dwa, ale po chwili orientujesz się, że facet tylko zakręcił i wraca. Czy pustka jest dziwna dla współczesnego świata? Chyba tak… oj przynajmniej Turyścizna trochę się dziwuje i czasem depnie za bardzo na gaz, dzięki czemu jeśli chodzi o mandaty, to policja ma na czym zarabiać. Ale wiecie, nie nerwowo. Po prostu zwyczajnie i z uśmiechem, a jak nie, to od razu prawo jazdy proszę!!! No chyba że… Widzicie, mamy takie tam zjazdy tak zwanych starych aut, z którymi oczywiście jest jak z kobietami w dzisiejszych czasach… znaczy stare wciąż piękne i na chodzie, a młode to złom. No i one czasem robią piękny korek w stylu paradnym. Aż miło popatrzeć… Pewno wielu to szokuje, może i dziwi, tych jednak, którzy widzą te same samochody pod Netto, z przyczepionym koszyczkiem z tyłu i dwiema kapustami, raczej tylko z uśmiechem kiwają głową znajomym.

Korek, to jednak to coś, co jest sporadyczne i nie zabija.

IMG_6552

Co do zabijania, to oczywiście Wyspa jako wyspa posiada gatunki endemiczne przerażających potworów. Poza mną oczywiście… A dokładniej chodzi o pajączka. Siedzi se w skale i tyle. Widać dobrze mu tam. Co do groźnych zwierzątek i tym im podobnych, to są ludzie. Z powodów mi niewiadomych, niestety są ostatnio też psy. Spore i spuszczane ze smyczy. Nie zawsze właściciel zdąży, więc chyba trza zacząć trenować biegi. Albo chodzić w zbroi, tudzież takowych ćwiczebnych ochraniaczach, czy coś? Mamy też stwory wodne, które w sezonie mogą sparzyć, ale nie tak jak podatki, nie ma boja! Chociaż, jak wszystko zacznie się tak rozmrażać, to pierun wie… może i będą tutaj krokodyle? W końcu kiedyś były tutaj, dlaczego nie miałyby wrócić?

I dinozaury.

Ogólnie mówiąc, raj na ziemi.

Gdyby tylko… no właśnie… gdyby tylko kurcze wszyscy to rozumieli, a nie próbowali ów raj jeszcze „ulepszyć”. Jak to jest, że nikomu właściwie nie da się dogodzić? Ni zielonymi wzgórzami, ni niebieskimi wodami, ni nawet tymi rzeczkami czystymi… skałkami różowymi z kryształkami. Błękit nieba i filuterne kształty obłoczków i kwiatki w lesie jeszcze pączkującym i kamyczki w kształcie serduszek. Jak to jest, że nikomu nie da się po prostu wyjaśnić, że tyle wystarczy? Że więcej nie trzeba? Nie trzeba plastikowych motylków made in china, ni owych torebeczek z nadrukiem, ni nawet owych wielkich sklepów i oczywiście tych karuzel i dziwacznych, zaskakująco nieludzkich rozrywek. Nie potrzeba rzeczy, by naprawdę dobrze się bawić.

By po prostu odpocząć…

Bo co złego w miejscu, które TYLKO ładuje baterie, pozwala wleźć w siebie i dokonać niezłego remanentu, no i oczywiście wzmocnić cielesność? Co złego w tym, by być TYLKO tym? Ech, mówię wam, ludziom to się nie dogodzi. Jak dajesz im rękę, oni chcą też drugą i kawałek wątroby i do tego nereczki w sosiku i nadziewane płucka… najlepiej z ciężkim sosikiem i młodymi ziemniaczkami z koperkiem. Nie zapominajcie o kościach, w końcu rękodzieło w najlepsze wraca pod strzechy i klepki dachowe!!! Można z nich zrobić niezłe grzebienie, broszki, medaliki, wisiorki i igły oczywiście!!! A może i coś większego, no zależy z jakich kości…

IMG_7337 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Szuflada Smaków… została wyłączona

Pan Tealight i Poszczutne Jajo…

„Nie wiadomo kto je znalazł.

Po prostu nie wiadomo. Może i nie chcą się tersz przyznać po tym, co się wydarzyło, a może zapomnieli zwyczajnie? Może ich głowy miłosiernie odcięły im dostęp do owych myśli… A może to ono samo? Jajo? Sprawca początków i końców, zadziwienie i wieczyste odpowiedzi na pytanie: Co było najpierw?

Wielkie było, to mu trzeba przyznać.

Takie dziwnie eliptyczne, a jednak po boczkach kuliste. Wysokie, ale i dziwnie przyziemne. Dobrze się kręcące, świetnie turlające, ale jednak wciąż jajeczne. Chociaż… Wiadomo, że do pewnego momentu nie można na pewno stwierdzić, co jest w środku. Jajka stronią od prześwietleń, chociażby je straszyć chorobami płuc i innymi dodatkami, ale chyba było to jajko. Ni białe, ni kremowe, ni nakrapiane… w końcu jaja mają to do siebie, że skorupka za młodu nasiąka, potem trąci, ale i różne odbarwienia ma. To była totalną pisanką… znalezioną przez kogoś, przytarganą do Białego Domostwa i otoczoną koszyczkiem ze świeżych brzozowych witek… z kotkami!!! Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta uciekła tego poranka znad herbatki z Panem Tealightem z takim wrzaskiem. Aż Żona Lota się obkruszyła. A Księżniczkom Królewnom zwyczajnie włosy zaczęły wypadać. Wiedźmy z Pieca uskarżały się na brak wapnia, a Smok z Komina na mało połyskliwą sierść… choć wszyscy przysięgali, że dotąd był raczej łuskowy chyba. No ale… zmienność przecież wiosenną jest porą.

… pisanką.

Nie kraszanką, nie skrobanką, nie drapanką, nie oklejanką, nie nalepianką czy ażurką… Było prawdziwą pisanką. Patyczkiem, w którym osadzono szpilkę, po prostu woskiem pociąganą… a potem topioną i podtapianą w kolorkach. Aż w końcu lekko natłuszczaną, czasem ocieplaną, by nadmiar wosku odebrać, a może i nawet paznokciem szkrobaną? Może… bynajmniej czerwoniutkie Jajo było. Miejscami bardziej burgundowe, a na jego powierzchni pyszniły się białawe małpy  papugi, trzy słonie połączone ogonami, a może i cztery… trawnik, domek, bambusowa ścieżka i robocik. Możliwe, że było coś jeszcze, ale widzicie… od czasu znaleziania jajo się nie ruszało. Po prostu siedziało w koszyczku i groźne łypało niebieściutkimi oczkami.

Ale coś było z nim nie tak. Coś dziwnie z niego tchnęło, coś jakby chciało otoczyć wszystkich kolczastym drutem i wytłumaczyć niezbyt merytorycznie działanie Wydmuszek na Dusze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9590 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zaginiona wyspa” – … niesamowita. Po prostu powalająca. Bliższa przygodówce, niż powieści sensacyjnej. A może… a może wszystko przez owo pragnienie odkrywania tajemnic? Wiarę w to, że przeszłość pozostawiła nie tylko swoje mądrości pisane, ale i ukryte mapy skarbów najprawdziwszych?

Co chcielibyście odkryć? Skarb piratów? A może jednak dowód na to, że człowiek wziął się z kosmosu? A może jakąś magiczną miksturę?

Gideon wybierając się w tę podróż dokładnie wie, czego szuka, ale czy wierzy… widzicie, z wiarą jest różnie. Nawet specyficzna jej cząstka, ta nie odnosząca się do bóśtwa, ale wiary w spełnienie marzeń, jakoś u niego nie działa. Ale… gdy w wyniku wszelkich perturbacji i dziwnych zleceń w końcu trzyma w rękach dziwną mapę… nie wierzy. Nie wierzy do końca. A czy niedowiarek może tak naprawdę odnaleźć skarb?

Mocna, pasjonująca, niebezpieczna przygoda. Dzika, pełna człowieczeństwa pozbawionego norm, kierującego się pasją… zaślepionego. Pokręcona, zwracające się nie tylko ku początkom chrześcijaństwa, ale głębiej, tam, gdzie rozbrzmiewał stukot rylców na ostrakach. Księga z Kells, Iliada, Odyseja… Wszystko się łączy. Tylko… czy odnalezienie skarbu w rzeczywitości uzdrowi cały swiat? Czy uzdrowi samego Gideona Crew? I kim jest jego dziwna, tajemnicza partnerka? Czy można na niej polegać, a może… ma własne plany?

Czy warto dać temu światu wszystko?

IMG_4916

Pierwszy dzień wiosny…

Sądząc po ostatnich dniach, człek spodziewałby się raczej lekkiego upału z podmuchami chłodu, a tutaj zawieje i zamiecie. Z ciężkiego, szaro-stalowego nieba stańcowują płatki śniegu. Raz gęściej, raz rzadziej. Drzewa uginają się pod naporem wiatru, a na drzwiach podskakują wszelakie zawieszki wystukując swój własny rytm. Może to i wiosna, ale czy radosna aż tak? Nadchodzi ten moment, kiedy niepewność wzrasta. Kiedy nagle przerażenie się umacnia… że zielone nie wyjdzie z gałązek, że już na zawsze będzie tak goło i smutno. Dziwnie ponuro, a jednak… może nie smutno, a refleksyjnie? Bo po kwiatkach zwiastujących już prawie ni śladu.Jakoś tak zniknęły, jakby ich nigdy nie było. Może mi się przywidziały, może się przyśniły?

Może?

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonki nie dzwonią!!!

Może i wiosna, ale łeb urywa. Mroczne, dziwnie gęste morze na horyzoncie zdaje się naierać na Wyspę, ale ta się nie poddaje. To w końcu nie jej pierwszy raz. Przetrwała już tyle wiosen i zim, że serio, wie co robi! Wie jak się schować, jak zasypać dziurki, przez któe do środka wciska się jej natrętny chłodek i jak wyciągnąć odnóża sięgając do wnętrza ziemi, by zwyczajnie się zagrzać. Z kominów na dachach wciąż jeszcze unoszą się opary dymków. Może i rachityczne lekko, ale w końcu nie ma to jak ogień. Prawie w każdym domu stoi jakaś koza, tudzież piecyk. Światło ognia, pierwotne, podstawowe, dziwnie znajome… zdaje się ładować domowe baterie. A jak ktoś nie ma pieca, to wiecie, zawsze są świeczki!!! Kocyki powracają do użycia, gdy dachy zdają się uchylać pod uderzeniami wiatrów. Po ulicach błąkają się przerażająco nieliczne dusze, raczej wiecie niskopienne, które zakutane w kaptury zapomniały kupić chleba na sobotnią kolację. A zmrok sobie zapada. Dziwne…

… jego wiatr nie rozwiewa, jak kominowych duszków…

IMG_3387

Ach niedziela…

Kiedyś człek wiedział, będąc małym knypkiem… znaczy młodym, bo wiecie jeśli o mnie chodzi, to nie urosłam, że kościół ponownie odbierze nam tleranek. A i kino familijne! Pamiętacie wstawanie o szóstej rano, coby ino potem móc zwyczajnie pogapić się w telewizor? Nie robiliście tego? A ja tak. Szczególnie u Babci. Jakoś ona rozumiała… Czyli czym byl ten cały kościół? Przykrym obowiązkiem, spacerem przed śniadaniem, tudzież zrobieniem dobrze dorosłym? Bo niczym więcej przecież. Dla dorosłych może i było w tym coś jeszcze, ale dla zwykłego dzieciaka… okay, z czasem pojawił się i strach, gdy nagle sotsy i pieielna łąki zaczęły w wyobraźni szaleć, ale… we wczesnym dzieciństwie odbębniało się coś, by dorośli się uśmiechnęli. Poklepali cię po pleckach, że dobre z ciebie dziecko… a może we wnętrzu owej młodej duszy siedziało przekonanie, że jeżeli ja coś zrobię, to oni w końću pozwolą mi obejrzeć więcej bajek? Ach te pokręcone umysły!!! A mawiają, że dzieci takie niewinne, a takiego wała. Ja chyba niewinna byłam nigdy. Za Świętego Nigdy!

Była w tej niedzieli dziwna, wiążąca, urągająca zdrowemu rozsądkowi, jakaś taka pętająca, pakująca człowieka w miód, niby słodki, a ruszać się nie można… jak bagno trochę, wciągająca. Niby jest ktoś, kto mógłby pomóc, ale… Była w tej niedzieli niegdyś narzucona świętość. Bolesna i krępująca. Taka, jaką chciało się odrzucić, jakiej się nie rozumiało. Nie miała nic wspólnego z dniem wolnym od pracy, oj nie dla dziewczynki przynajmniej… była raczej wielkim kłamstwem, czymś mamiącym, czymś… niezrozumiałym. Była w tej niedzieli niegdyś świętość, a teraz jej nie ma. Odrzucenie owej świętości szalenie mnie uwolniło. Bo widzicie, teraz każdy dzień jest dla mnie święty… przez Wyspę.

Wiecie, że na Wyspie są kościoły. Są te wielkie, od razu udowadniające swoją boskość, ale i wszelakie zbory… a jednak owa świętość tutaj, to raczej rodzinny obiad, spacer, albo zwyczajne domowanie się. Przy nader kiepskiej pogodzie… czyli wiatery, deszczośniegi i tym podobne, to raczej Tubylcy w domach siedzą i techniką się cieszą. Hobby mają, piwo warzą, pędzą, co tam pędzić chcą. Pieką, gotują… po prostu żyją. Ale bez urazy, pod kościołami bywają i niewielkie koreczki, gdy się wierni zjeżdżają. To jednak raczej w sezonie, bo poza nim… Widzicie, dzwon na kościele w Gudhjem dzwoni, ale ja go nie słyszę. Jakoś bardziej zawsze zwiduje mi się stojąca, bielona kaplica, której teraz już nie ma. Ot maleńkie ruinki, kilka kamyczków w prostokącik ułożonych. Przylegający do niej niewielki cmenatrzyk, zawsze pełen kwiatów, ale sporadycznie żywych dusz. Co więc jest świętością i niedzielą? Natura… a może jednak tylko tak sobie wmawiamy? Nie, na pewno natura!!! Bo w końcu w niej widać świętość. Widać? Czuć!!! Tak, czuć jeszcze bardziej. Po prostu coś człowieka gilga w duszę i nakazuje złożenie ukochanego smakołyka w kamiennym wgłębieniu, jakby wydrążonym łapą wielkiego, kamiennego trolla. Dopraszające się ofiary… Tu nie tylko chodzi o kamienie od wieków będące przedmiotem czci, obmywane krwią i tłuszczami, napitkami pojone, karmione mięsem. Raczej o całą Wyspę…

Niedziela…

Przerażają mnie wciąż niedziele. Związany z kościołowatością przymus sprawił, że je znienawidziłam. Mówią, że to tylko sprawa końca wolnego, że to owo uczucie przypominające, że jutro znowu do pracy… ale nie, dla mnie to strach. Obawa, że znowu każą mi być kimś, kim nie jestem i czcić coś, co zdaje się nie czcić mnie. Krępować się na zawołanie i zginać grzbiet, chociaż biją tylko słowami i narzucają grzechy popełnione przez tych w proch obróconych. Bo przecież tak jest… Wyspę kocha się inaczej. Wyznaje na całego. Poddaje się, ale też i pyskuje, bo można… Czy jest to religia? A czemu nie? W końcu to człowiek tworzy religię!

Dlaczego więc nie spisać kolejnej księgi?

IMG_3478 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poszczutne Jajo… została wyłączona