Pan Tealight i Syrennica…

„Może i był Przedwiecznym, może i zaskakiwał niektórych swoją szaro-stalową włochatą, wełnianą aparycją, brakiem rysów twarzy i nie tylko, oczu brakiem, uszu brakiem… ogólnym brakiem w odzieniu, ale co by tam miał zakrywać…

Pan Tealight.

Może i był tym wszystkim, no ale… lubił też się pobawić na plaży. Szczególnie teraz, gdy wiatr właściwie unosił go nad falami, drobinki piasku mile łechotałay w zwyczajowo niedostępnych wszystkim miejscach. Po prostu chciał się lenić. Jakoś tak wakacjować jak cały świat. Bo chociaż tak naprawdę w życiu nie zaznał dłuższego niż pora na herbatkę, a i ta z przerwami, oddechu tylko dla siebie, to jednak widok owych zwłok i dziwnie zniechęconej Wiedźmy Wrony Pożartej, podziałał na niego budująco. Postanowił ot tak zwyczajnie spędzić dzień na plaży. Poznając moce smażenia, moce pławiania się i wszelakiej ekshibicjonistości. A bo widzicie, jak ostatnio odkryli z Ojeblikiem, serio są na Wyspie miejsca, o których słyszeli, ale nie wierzyli…

Plażę Nudystów!!!

Tak właściwie w ramach nudyzmu, to Ojeblik – mała, ucięta główka, miała szczególnie niesprecyzowane pojęcie. No sorry, ale jeżeli podejmujecie decyzję o zrzuceniu kadłubka, to płacicie taką cenę, że… nie wiadomo co odkryć na takiej plaży! A w ogóle, to kurcze czy nie powinien ktoś tutaj postawić jakiś znaków, czy coś? Biedna Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, oczywiście WYŁĄCZNIE z powodu swojej dziwnowzroczności, wpadła na takieg… a że niska, więc, no jeżeli chodzi o męskie golasy, wiecie… serio, przydałyby się jakieś tabliczki!!! I jeszcze wyłączenie zooma w aparacie Wiedźmy Ptaszydła!!! No tak, z tym jej robieniem zdjęć, to serio są problemy, których człowiek, tudzież jego natrętnie najwyższy fragment, by się nie spodziewał…

I poszli na plażę.

Pan Tealight spacerował i budował zamki z kompleksem fallicznym, Wiedźmy z Pieca taplały się w błockowatym piachu, święcie wierząc w magię, a Królewny Niechciane to gadały z Mikrokrewetkami, podobno chiały kręcić kolejny odcinek Aliena, czy coś? Bo widzicie na Wyspie są krewetki, ino takie na pół ząbka. No nażreć się tym nie da, no i skaczące one są, ale są… bez urazy, mamy wszystko! Dzięki!!! A w Białym Domostwie Smok z Komina wraz z tymi, którzy odmówili smażenia, albo zwyczajnie nawiali, sprzątał… polerował, czyścił i szperał w śmieciach…

Serio, już nawet Wiedźma Pożarta twierdziła, że lepiej się smażyć… no dobra, ona akurat chciała sprzątać, ale to ona… Nisseny i krasnale plemiona, trolle co przyjechały na wywczas z Innych Stron Świata, a i sam świat… bawił się na plaży, bąki puszczał i latawce, a niektórzy to nawet złoty deszcz – żesz no z sikawki!!! A Anioły to były tak niegrzeczne, że przy nich Diabelcom aureolki rosły!!!

Oranżadką!!!

A dookoła, niby i w tym miejscu i poza tym były nygusy i nagusy i jeszcze dziwnie świecące się narządy, a na gładkich, polerowanych piaskiem i falami kamulcach siedziały Syrennice, no i cykały foty owym dziwnym nielubiącym odzień zwierzętom… nawet Panu Tealightowi!!! Nie ma już żadnych świętości na tym świecie… bo widzicie jedna z nich, to chciała dotknąć jego półdupka!!!

TAK PŁETWAMI!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9300 (2)

Z cyklu przeczytane: „Błękitny labirynt” – … zabiją? Ale znaczy, że co… tyle czekałam na kolejną część, a oni go zabiją!!! Ale nie mogą przecież, czy mogą? Ci autorzy to potrafią być w końcu potworami!!! Ale Pendergasta? Przecież on jest nieśmiertelny? A może nie? Może tylko nam się tak wydaje?

Jestem w straszniej kropce… Brakuje mi kilku części tej niesamowitej serii: „Siarka”, „Taniec śmierci”, „Relikt”, „Księga umarłych”… i innych książek tych autorów „Testament”, „Jennie”, „Kanion tyranozaura”, „Eden”. Gdyby ktoś coś, to ja z chęcią!!! Bo wiecie co? Ten duet, a czasem i osobno, potrafią mnie porwać. Jak, w dzisiejszych czasach ino garstka pisarzy.

Tym razem ponownie opowieść jest emocjonująca i niepewna. Po raz pierwszy Pendergast daje ciała!!! Ale to na całej linii i chociaż wiemy, że zabito mu syna, to jednak… przecież nie moglibyśmy podejrzewać go o jakieś uczucia, czyż nie? Mimo pomocy starych znajomych, wszystko wydaje się motać, dzięki czemu ponownie wkraczamy w skomplikowaną, fascynującą historię ogromnej rodziny (i fortuny) agenta FBI. Ale przede wszystkim powracają oni – bliźniaki.

Bardzo dobrze skonstruowana, ponownie pełna zagadek i niesamowtych rozwiązań, powieść. Odrobinę sensacja, trochę kryminał, ale przede wszystkim wciąż opowieść o rodzinie. O miłości do niej, o fanatyzmie i dziwnie pojmowanej lojalności. O niepewności i pytaniach w stylu: czy warto żyć dalej, więcej… Dobrze napisana wprowadza na naszą scenę ponownie intrygujące żeńskie człowny historii. Mamy nadzieję, że dwie panny pozostaną z nami! Tyle już przeszły, tak bardzo się zmieniły… nagle czytając dociera do mnie ile to czasu upłynęło od „Reliktu”!!! Muszę w końcu dorwać ten tom!!! Dowiedzieć się, jak bardzo zmienili się oni wszyscy…

Ta książka ponownie zabierze Was tam, gdzie mrocznie, przywróci pamięci najstraszniejsze wydarzenia przeszłości, ale i da trochę nadziei. Na nowe opowieści… bo przecież tyle jeszcze może się wydarzyć.

IMG_2218

Wakacje…

Co prawda dziecięcia u nas mają tych wakacji już niewiele, sierpień to szkoła, ale… jeżeli chodzi o młodzieńcze zachowania, to raczej wszystko jak wszędzie. Sąsiadka z boku, w wieku około kilku lat, ze wskazaniem wciąż na różowe rowerki i baloniki, lubi śpiewać. Robi to w wersji operowej i nie żałuje płucek. Najgorsze jest jednak to, że robi to rano… znaczy wiecie, rano, jak na próbującego odespać wszelkie zaprzeszłe zarwane nocki, osobnika. Pieje i treluje, wyje też, a jak się przewróci, chociaż to częściej jej młodszy dwuletni brat, no to ryk jest dosadny. Czyli normalne życie!!! LOL Zastanawiam się jak bardzo ich dzieciństwo różni sie od mojego i dochodzę do wniosku, że poza ojcem, który z chęcią się z nimi bawi, skacze na bombę do malutkiego baseniku i tak dalej… to jest jak u mnie. Bez urazy, ale chyba też śpiewałam. No dobra, wiadomo, w moich czasach trzeba było być cicho, ale „Chłopcy radarowcy” lecieli w repertuarze, aż się odpowiednie służby mną zainteresowały.

Ale wakacje to wakacje…

Siedząc w maleńkiej kawiarni patrzę na dwie blond główki chylące się ku sobie. Ona ma włosy splecione w warkocz, a on nie. Ona i on. Ona lekko skłania głowę na jego ramię, on sie przytula… ile mogą mieć lat? Piętnaście? Może i mniej. Nie robią nic ponad to, jemu się oczy śmieją, ona jest chyba trochę mniej zakochana, jakaś taka zgryźliwa, ale może to tak jest z nami babami, że czasem jesteśmy? A może ona ma dość tych lodów? Gapienia się w przestwór morskości, ot prawie Szwecję widać… Ale mi chodzi tylko o te ich włosy! Białe. No u niego bardziej złoty blond niż ta kukurydziana biel, która fascynuje mnie najmocniej. Chciałabym pomacać, ale głupio tak podejść do kogoś i poprosić: czy mogę pomacać cię po głowie? A już dziecko to w ogóle… A jednak był to jeden z powodów, dlaczego ciągnęło mnie zawsze na Północ. Chciałam sprawdzić, czy owa biel włosów jest możliwa i naturalna. I jest. Oj może i geny mordują się i wymierają, może i dziwnie nagle Północy nie wypełniają ludzie genetycznie do jej wahań przystosowani, ale co tam…

Biel kukurydzy.

Najdziwniej wygląda u nadmiernie dorosłych panów!!!

IMG_0780

Manewry chyba, czy co?

Znaczy co roku są takie dziwaczne, które zwożą na moją Wysepkę całą masę owych khaki wozów, mężczyzn bawiących się w wojnę, dziwactw, wystrzałów. Żesz zabraliby się za sprżątanie dna morskiego, a nie kurna ino dorzucają śmiecia! Niech u siebie tam hałasują w USA czy innych Niemcach!!! Po co u nas? Tosz to się nie godzi zażywać kąpieli, pływać, starając się nie zatonąć fala za falą goni, a tu nagle jak nie jebutnie, jak nie gruchutnie… I nie ma znaczenia to, że ogólnie kiepsko robią na mnie dźwięki w typie silników, radyjek w autach, głośnych muzyk słuchania itp… zwyczajnie strzelanie to nie coś, co da się wpasować w wakacyjnie rozluźnienie! A pewno, może ja ino ową wakacyjność udaję, ale… inni nie. Przyjechali wypocząć, a nie na kurna wielonarodowy pokaz natarcia na Normandię!!!

Ogólnie mówiąc powiem Wam pogoda piękna. Nocą zimno milusio, więc da się spać bez upałów, a za kilka dni podobnież ochłodzenie jakieś. W nadmorskich miejscach żywieniowych największym zainteresowaniem cieszą się… kocyki!!! A tak, wiecie takie co się je pożycza, coby jednak nie zamarznąć na owej pięknej, ale wiewnej nadmorskości. Ogólnie mówiąc, nie ma co narzekać. Dzięki temu, że upałów koszmarnych nie ma morze nie zakwitło i spokojnie można się pluskać. Bez obawy o chełbie morskie, różniste cuda parzące przybyłe z innych zaświatów – tych cieplejszych – no i inne tam bakterie i dobijaki!!! A gęściutka woda taka, że tylko się nasączać. Aż człowiek czuje, jak jednoczesny pilling dzięki owym mikrodrobinkom piasku i nasączanie mikroelementami daje mu większą siłę i młodość tę tam… wiekuistą!!! Jakoś tak wszystko nagle jest i w powietrzu i w wodzie i w piasku i tlenie i kamieniach, w które lepiej nie przydzwonić z siły całej dostępnej, palcem od nogi…

Za to w sprawie nocy, wciąż mamy deficyt ciemności. Ale to przecież dopiero druga połowa lica, czyż nie?

IMG_0340

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Syrennica… została wyłączona

Pan Tealight i Chciane Niechciane…

„To było jak tortura tortur największych.

Albo wymyślny przyrząd, który naprawdę z jednej strony sprawia, że czujesz się dobrze, gdy o nim myślisz go pragniesz, bo niby nowe i wszelako różne możliwości, coś nawet może i nowego… a potem to ciebie dotyka i potykasz się o białowłose dziecko i już wiesz… miasto nie jest dla ciebie!!!

Tiaaaa…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki udała się do miasta! Gorzej, nawet do samej Stolicy! Udała się tam niestety w sprawach całkiem dorosłych, nudnych i przerażających. Wcale nie kupić cukierki, czy bukiet pędzli… ale zajrzeć do Banku. A widzicie Bank ostatnio tęsknił za ludziami, więc stwierdził, że i onej dziwnej, czarno odzianej osobie, krótkiej nad wyraz z wielką torbą, uprzyjemni życie. Nawet z tej okazji, że ktoś taki, kto serio ogólnie mówiąc wygląda, jakby wykluł się właśnie z nader mrocznej materii jajecznej, z epoki co najwyżej serio brązu, chociaż może nazbyt jedzie kamieniem… no więc z owej okazji wystawił dwa pomarańczowe, wysoce plastikowe pieski…

Nieszczekające!!!

Korciło Wiedźmę Wronę, by sprawdzić, czy ją uniosą, korciło podrapać i zażądać: daj głos!!! Korciło ją wiele więcej, ale nadmiernie się bała. Zresztą najpierw jej Przyboczny – Pan Strach – wysłał ją w poszukiwanie kibla. Gdy w końcu, przez cały czas krzyżując nogi dotarła do niego, oczywiście odpychając od siebie wszelkie uczucia parcia i odzwolnia się od zniewolenia, potliwe zimności i gorącości… oczywiście był zajęty. Żeby nie było, po naciśnięciu guzika się okazało, że drzwi się otwierają nawet wtedy jak ktoś jest w środku, osz taka tam rozrywka, wiecie, jak nie możecie się wysikać, to ktoś was wyrwie z zamyślenia wiszącego nad klopem, baby tak robią, no i oczywiście… na szczęście, jakoś poszło. Ale wiecie, przy takim nagromadzeniu cudów, do Banku Wiedźma Wrona dotarła trzęsąca się bardziej. Nie pozwoliła nikomu, ni Chochelowi, ni Ojeblikowi pójść ze sobą. Nie chciała, nie mogła… ten cały slalom pomiędzy leniwymi ludziami, pachnącymi inaczej, ruszającymi się niczym muchy w smole, dzieci biegające w te i wewte i wrzeszczące i ludzie palący…

Zbyt wiele.

A wiecie, że teraz jak się pocicie i trzęsiecie w Banku, to nie jest tak: czy pani pmóc? Ale od razu: jesteś terrorystą, na ziemię, w kajdany!!! A ona nawet nie miała telefonu. Nawet, zwyczajnie, kompletnie. Było minęło? A może jednak… Nie zauważyła Wiedźma starań Banku, nie usłuchał, nie zauważyła. Bała się. Może i mogliby potem się umówić, albo pójść na spacer i do lasu? Zapoznać wzajemnie? Może on dawałby jej długopisy i ołówki – choć w dzisiejszych czasach to kto to ma? Nie ma kwitków zabawnych, ani owych resztek po wyrwanych listkach? Pamiętacie ogryzki ołóweczków, jakie były słodkie, albo te grzbiety związane, albo sklejone, jaka to była magia…

Zabawa…

Nie ma zabawy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8852

Z cyklu przeczytane: „Następczyni” – … ha! Znaczy wiecie, miała być trylogia, ale… już nie ma trylogii. Kiera Cass – czy to pędzona popularnością, czy jednak naprawdę pomysłem na ciąg dalszy – postanowiła, że książek będzie pięć. A raczej pięć w głównym wątku, a do tego nowelki i planowane nowelki z dodatkami: „Happily Ever After”. A wszystko dlatego, że czas nie stoi w miejscu.

Może i świat jest trochę inny, ale nie ma już kast z pierwszych tomów. Maxon i America zmienili ten świat, ale… nie wszyscy są zadowoleni. No wiecie, nie da się wszystkim dać tego, czego pragnęli. Nie ma takiej opcji. Nie da się ot tak zmienić w 20 lat wszystkiego. Mimo dobrych chęci, utopia się nie narodziła. Ludzie znowu się buntują, więc… może znowu Eliminacje? Ale tym razem to ona, pierwsza z bliźniąt, Eadlyn, zostanie tą, która ma wybrać sobie partnera spośród młodych mężczyzn.

Tylko, że… eee, no ona wcale o tym nie marzy!!!

Poznajcie księżniczkę, która nie ma w sobie chyba nic z rodziców. Jej trzech braci, znajomych wam bohaterów „Rywalek”, „Elity” i „Jedynej”… wszyscy dorośli. I mają dzieci. Gorzej, w ogóle są tacy… brdzo dziwnie starzy!!! Ech, aż czytelnik czuje jak siwieje, ale przede wszystkim poznajcie młodą, upierdliwą, zapatrzoną w siebie bohaterkę, szkicującą kiecki i myślącą tylko o tiarach. Jakoś dziwnie się uchowała owa latorośl Americe. Bardzo dziwnie.

Jak zwykle opowieść, w której mało opisów, wiele dialogów i dziwnych manipulacji, walki między obowiązkiem i dobrym wyglądem. Eeee… takie tam dorastanie po raz kolejny i huśtawki nastrojów. I pewno, że wiecie już od początku jak się ta cała historia potoczy. Nie da się inaczej… chociaż będzie trochę zaskoczeń. Jednak jak poprzednio oto opowieść dla dziewcząt w odpowiednim wieku, chociać, może i dla takich, które w wakacje chcą pomarzyć o księciu? Prosty język może zniechęcać, ale…

… język jak bohaterka, wiecie.

IMG_0624

Siedzę sobie na skałach i lody wpierniczam. Powiem Wam, że naprawdę niewiele człowiekowi do szczęścia trzeba, no dobra, jak zostałam niedawno poinformowana – nie unifikujmy, nie uogólniajmy – więc, człowiekowi takiemu jak ja… niewiele potrzeba. Nie musi kulać obiadu, ino zje sobie frytki z wróblami. Nie żeby były nadziewane, czy coś. Wiecie, takie wróble raczej saute… czy jak to się pisze, no na powietrzu pędzone, Turyściznę objadające, ogólnie mówiąc całkiem i wyobraźliwie utuczone i lekko spolegliwie ku człowiekom się garniące… Usadzone tuż obok ciebie i gapiące się owymi połyskliwymi ślepkami, owymi młodymi dziubkami, albo i starszymi… Nie no, pewno, że ich nie żremy, chociaż serio możnaby bo populacja napęczniała ponad wszelki stan, a rynnie chyba już trzecie pokolenie w tym sezonie się wykluło… po prostu one się przystawiają do naszego żarcia. Kochają frytki. Kładziesz frytkę takową obok siebie i czekasz, a te małe frotte, puchate ręczniczki, znaczy wróble, przychodzą. Powyginają się przez chwilę, trochę za kolibry porobią, aportują nawet!!!

A potem nagle cień się nad tobą człowieku jedzący rozpina i co…

… i nagle po prostu rzucasz te frytki byle dalej od siebie, byle dalej i jeszcze dalej!!! Bo co jak co, ale mewy uważają, że też są milusimy, puchatymi ptaszkami i też chcą aportować i jeść obok ciebie, no na tym samym stole i siedzieć na krzesełku i w ogóle!!! I jeszcze kolibować i ogólnie mówiąc wciąż nad tobą powiewać w oczkiwaniu, albo i no bezczelnie wymuszać zakończenie owego oczekiwania… Mewy… Tia! Są jak te gigantyczne pieski, które koniecznie chcą być noszone i siedzieć ci na kolankach!!! Problem w tym, że jak stratują, a i zdarza się im, że gdy są w locie, to wiecie… no po prostu zwyczajnie muszą te tam silniczki oczyścić i… srają!!!

Ale i tak idziesz na te frytki.

Chyba serio sprzedawca w okienku już wie, że ptaszarnia cię obeżre, więc w porcję jakoś tak wliczone są kawałki do podzielenia się… Idziesz, siadasz i zwyczajnie, po prostu jesteś szczęśliwy patrząc, jak te małe puchate skurkowańce proszą, a potem porywają te odłożone dla nich kawałki. Biją się o nie, jak sprytny wygrywa i ten trochę bardziej odważny. Nie ruszasz się, bo zwyczajnie chcesz, żeby były bliżej ciebie. Chcesz popatrzeć, w końcu dowiedzieć się jak wzlatują i jak siadają. Jak trzymają te malutkie łapki, gdy lecą, co robią ze skrzydłami? Jak otwierają dzióbki, jak się uśmiechają, a jednak… jak wciąż są czujne. Wystarczy, że się ruszysz, że mocniej mrukniesz i kichniesz, umykają na dach, ale zaraz powracają. Jeden krzyczy na resztę, kilku obserwuje z góry…

… i co do szczęścia więcej potrzeba?

IMG_7963 (2)

Siedzę na skałach i jem lody…

Boskie lody, cudowne, no po prostu nowy orgazm w natarciu, a serio mnie żeby tak natrzeć, to trzeba potrafić… i one potrafią. Kalas-Kalas… niewielki budyneczek, przytulnie drewniane wnętrze, gdy za chłodno, można rozpalić… do tego co prawda tylko kilka rodzajów lodów, ale za to jakie!!! Boskie i cudowne. Dla zboczeńców świeżo palona, mielona, czy co tam zacz kawa… Można usiąść w środku i gapić się przez wielki okna, ale nie warto, lepiej wykorzystać te kilka kolorowych ławeczek, albo przycupnąć w trawie, albo na boskich, różowo-szarych skałach, albo lepiej – na cudownych, boskich, zajebistych drewnianych schodkach! Mięciutkich, miodowych takich, ciemnych… zwróconych w stronę morza i skał, w stronę nierówności i portu. W stronę wszelkiej spokojności Sandvig, która to mieścina naprawde potrafi spokojnie usnąć. I spać… i nucić przed snem, a jednocześnie zachwycać kolorami, bajecznymi domkami, kilkoma miejscami dla brzusznej radości… ale przede wszystkim spokojnością.

No więc siędzę na skałach i lody żrem. Bo nie jem, ja je pożeram i pochłaniam, wciągam w siebie nawet. Cudowne są takie, świetnie ukręcone, a jednak nie miałko-ciepło-słodkie. Nie. One są bosko zimne, mrożące rozgrzane wnętrze. Czarny bez, znaczy się wiecie ta tam hyćka, do tego jabłka, czerwonow-zielonkawe skórki miniaturowe i truskawka. Miejmy nadzieję, że owo natrętne i uciążliwe coś co mnie uczula w truskawkach tym razem mnie nie ułapi… a zresztą, za ten smak można pocierpieć.

Lody…

Wiecie, siedzi sobie człowiek i gapi się w morze, bo może. Lody mu wtykają się w bardzo wstydliwe miejsca, ogólnie mówiąc nie ma na co narzekać… chociaż wiele bachorów, ale jednak, nie można tak wciąż… zresztą, przecież smarki za niedługo wrócą do szkoły, ha ha ha!!!  O cudowny świecie! Ale to piękne!!! SZKOŁA!!! A ja to mogę jeść lody kiedy chcę i ile chcę, bez pozwoleństwa mamusi!!! HA HA HA!!!

No i wiecie… siedzi człowiek i jest niesamowicie. Te kolory, to niebo niby błękitne, a jednak ma takie krechy różnorodniste, różne i muskające serce. A te skały, a ptaki, a łódeczki, jakież one są zabawne i poetyckie. I te sznurki i te wszelkie cuda wianki, co ja nawet nie wiem do czego je używają ci poławiacze nieczęści, ale jednak… cudne są takie. I te małe chatynki nadmorskie i ta mikrominilizacja wszelaka…

I tylko lody TAKIE DUŻE!!!

IMG_8673 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chciane Niechciane… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmi Triathlon…

„Niby nie ma ścieżki, ale wszyscy wiedzą, niby nie ma trasy, ale koce już leżą. Niby serio nawet, ona sama nieświadoma… ale wiecie Wyspa już gotowa, kawę w termosie też trzyma. Są ciastka i kruszonki, są cukierki i muza, kanapki są, nawet z ogórkiem, jaja gotowane na twardo, całe pudło ciasteczek kruchych, lodówki z napojami tylko dla dorosłych, lizaki i gryzaki, no i woreczki od chorób lokomocyjnych… Ogólnie mówiąc gotowi wszyscy… ogólnie mówiąc serio nie jest źle. Może i uczestniczka ino jedna, ale i tak, niepoliczalnie tak, zabawy wiele!!!

Byli gotowi.

Stali w większości na ogromnych, dobrze wyczesanych i wciąż jeszcze pracujących, kopcach mrówczych, na drzewach wisieli, uczepieni do pni, do pieńków takich omszonych, na głazach porozkładali namioty różnokolorowe, na wąskich kładkach dla rowerów, na owych schodkach chwiejnych, pod krzaczynami jagodowymi, na grzybniach wciąż pulsujących od oczekiwania…

Wszyscy tam byli.

Jeszcze nim zdecydowała się na kolejny, całkiem nieplanowany, intuicyjny spacer, oni już widzieli. Wiedzieli. Byli gotowi. Chcieli zobaczyć jak dyszy i się poci, jak zlewa się potem i jak bardzo czerwieni nie tylko twarz. Jak po prostu zawsze chce siku, gdy ktoś staje na jej ścieżce i jak bardzo zawsze wdeptuje tam, gdzie nie trzeba. No i najlepsze. Przy takich miejscach zawze było najwięcej obserwatorów…

Tam, gdzie nie można było zejść normalnie, gdy miało się tak krótkie nóżki, no i oczywiście trzeba było robić to na czworaka, na dupie, albo ogólnie mówiąc wszelako nieuwzględniając postawy wyprostowanej, narzuconej homo sapiens sapiens… tam gromadziło się ich najwięcej. Wprost powietrze rzęziło, dławiło się i ogólnie nie liczyło już na apopleksję, od owych magicznych stworów. Widzialnych mniej lub więcej, gotowych na wszystko… niektóre miały nawet pieluchy, by tylko śmiech był aż nader… obfity! Nader, nader obfity!!!

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… wybrała się na intuicyjn spacer. Wiodły ją zmysły i wszelaka niepewność… a Wyspa się śmiała.

Zresztą, nie tylko ona!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8758 (3)

Z cyklu przeczytane: „Pamięć wszystkich słów” – … magia. Boskość gawędy, misteria w tworzeniu bohaterów, no kurna Tolkien, Szekspir, wszelako miejscami Pratchett, do tego trochę Cichego Donu i Zbrodni i kary…

Wiem…

Możliwe, iż nie będę w stanie nawet opisać owego kolejnego Wegnerowego dzieła, ale to nic. Ci co go poznali, sięgną po tę pozycję, czekali na nią i się nie zawiodą. I choć może wolą tą drugą część pogranicza, to jednak i tak utoną. Zakręcą się pomiędzy zabawą bogów i dziwną niepokornością ludzi…

… i nie pożałują.

„Północ-południe”,„Wschód-zachód”, „Niebo ze stali”… to były moje odkrycia. Odpowiedź Piszących Bóstw, owych Awatarów Pióra Prawej i Lewej Dłoni, na moje jęczenia, że kurna nie ma co czytać. Że nie da się wyżyć ino z tych pojedynczych autorów, którzy wiadomo, potrzebują czasu, by karmić mnie… na dodatek zbyt szybko umierających… Nie oszukujmy się! Autor dobry, zmieniający nasze poglądy na świat i samych siebie, karmiący nasze sny, nie jest w stanie pisać kilku książek rocznie! NIE!!! Dlatego musisz mieć kilku ukochanych autorów. A jeśli jeszcze nie włączyłeś do tego stadka Roberta Wegnera… to przemyśl ową sprawę. Bo on nie tylko potrafi pisać. Nie tylko stworzył intrygujący świat, który choć posiada znajome sfery, strefy i społeczne normy, to wciąż zaskakuje. Pełen legend i mitów, magii i… oczywiście bogów, którzy wtrącają się do wszystkiego, jak niegdyś w seriach Dragonlance czy Forgotten Realms. Ale Wegner jest więcej! Jest ponad to wszystko bo nie dość, że oddaje nam bohaterów, kilku, których życia się między sobą przeplątywują, nie dość, że kształtuje ich mocną kreską, nie pozwalając sobie na olewactwo choćby najmniejszego z nich… to jeszcze oddaje każdemu z nich cząstkę siebie. I wiele może was zaskoczyć!

Można czytać osobno, ale wiecie co? Najlepiej Wegnera smakować w całości, od początku, dać sobie czas… zatopić się niczym owa mucha w bursztynie i po prostu… zwyczajnie czytać!

IMG_7485

Triathlon.

Biegu biegu,
chlapu chlapu,
rowerowe łapu capu!!!

Ha ha ha! I deszczyk. No sorry, może i w planach mieliście w niedzielę wyłącznie owo biegusianie, pływanie i rowerowanie, ale przyroda miała deszczyk. Pewno, na początku było nawet i duszno, więc pierwsze etapy wyścigowania przeszły dość spokojnie, niestety potem… no włacha przyszedł i deszcz i woda z nieba. I to wcale nie manna z malinkami!!! Przyznaję, że jazda, gdy drogi lekko skonfundowane dwunogami na poboczu, jest raczej wyczerpująca. No nie wiesz, czy owego biegnącego zasapańca brać na maskę, czy do środka. A jak już pada, to kompltne rozterki moralne przeżywam! Utarło się we mnie, że jak ktoś moknie, to podwieźć należy… i jakoś trudno mi w sobie owo utarcie zalać kremikiem, że to przecież oni sami tak chcieli. Bo w duszy coś gra i pomrukuje, że może nie chcieli? A może ich zmuszono? Zły Czarnoksiężnik powiedział, ze dostaną rękę pięknej Arabeli ino wtedy, gdy dobiegną do celu, bez podwózek. Bo widzicie, oni już w promocji dostali prawie całą księżniczkę, ale kurna i bez pierścionka i bez tej ręki, a serio… przy praworęcznej niewieście, to jednak potrzeba i prawicy!!!

Inaczej bida… dlatego tak biegną.

Triathlon traithlonem, bynajmniej jak to mówią „było, minęło”. Wybiegli z Nord Havna w Gudhjem i tyle ich widzieli. Bo jak wracali to tak lało, że niewielu było, by to podziwiać. Asz już najbardziej szkoda mi było panów policjantów, którzy mokrzyli się na skrzyżowaniach. No to trzeba mieć zaparcie i kochać naprawdę te odblaskowe kamizeleczki…

Jagódki.

A są… po raz pierwszy od wielu lat, znaczy siedmiu jakichś, dopadłam jagódek. Dopadłam ich przed turystami i przed autochtonami, przed miejscowymi mniej lub bardziej, dopadłam ich!!! Brawo ja!!! Kwaśne pieruńsko były, ale jednak były. Wielkie i cudne. Ukryte pod owym baldachmimem z zielonych listków, jakby gdzies pod nim były i korytarze magiczne i krasnale katakumby, a może i kościół, czy coś? Ale najważniejsze było to, że gdy się wsadziło łeb pod owe baldachimy, to były tam jagódki. No dobra, miejscami wcale nie do końca jeszcze dojrzałe, może i kurcze lekko zielonkawe i czerwonawe, zamiast głębokiej granatowości i lekko atłasowej czerniczości… ale cudne to było uczucie, znowu jak za dawnych czasów umorusać się owockami. I nie baczyć na lejące się z niebios strugi wody, nie zważając na zimno, ani nie myśląc o tym katarze, który się dostanie na drugi dzień! A może i kurna angina, bo coś w gardle i z uszami mnie łomoce…

Kamyki do potrząsania.

Lubię je. I chociaż szczerze wierzę, że to śpiące trolle, które lekko skamieniały z powodu wieków, to jednak wciąż mnie fascynują. Legendy twierdzą, że to wielc tam sprawka podziemnych ludków, albo szatanków, tudzież innych mocy, które serio gdzieś targały te głazy, ale jednak wiecie… jakoś w oparach czasów, mgieł i trudnych warunków pogodowych, po prostu się i wysmyknęły z łap, odnóż i innych tam wypustek trzymających… Za każdym razem fascynuje mnie jak bardzo ludziom zależy na tym, by głazy się poruszyły. I jak bardzo są zasmuceni, gdy jednak nic się nie dzieje… i jak bardzo uradowani, gdy jednak, wiecie, się poruszą! Dlaczego tak niewielu z nich wie, że wystarczy im zaśpiewać. Przy kołysankach ślicznie się kolebią, ale jak fałszujecie nieziemsko… podnoszą swoje boczki, podkasowują granitowe opaski i umykają gdzie nie tylko pieprz rośnie, ale i sól kwitnie!!!

IMG_8657 (3)

Las

Kocham… Nie rozumiem jak można go nie kochać, a już w ogóle jak można z niego nie korzystać. Oj pewno, że są tam robale, ale to jest właśnie EKOLOGIA ludzie!!! Zjeść i dać się podgryźć!!! Chciałam napisać MOŚKI, bom strasznie cięta na współczesność, ale chyba sobie daruję. Opowiem Wam za to jak było w lesie. Pięknie. Niby niezbyt stary, niby tylko lesistość, ale brak pięter, gdzie niegdzie ino kępka ciężkich od owoców jagodników, no i głazy… GŁAZY!!! Ale piękne! Cudowne i omszone. Śpiące trolle czy smoki, a jednak przecież cokolwiek nie powiecie, magiczne. Pełne czegoś, co tchnie sacrum! Wymaga pokłonienia się i jakiejś pielgrzymki, ofiary, dziewicy co najmniej… Po prostu tak jest. Wiecie, że ci przed nami byli tutaj i wierzyli, karmili wyobraźnię i wiele więcej. Byli i czcili, kochali i bali się…

Pałer reńgers!!!

No to tak… w ostatnie dni naprodukowaliśmy tyle prądu, że stykłoby codziennie nie tylko dla nas, ale i jeszcze sporej częście świata! Serio!!! Może i kolejne ustawiane wiatraczki kosztują z 35 milionów, ale za to kurcze… wieją. Znaczy kręcą się!!! No i robią prądek. Tak serio, przy dobrej pogodzie, to nie tylko wystarcza nam je dla nas, ale spokojnie moglibyśmy zmagazynować ją na potem. Gdyby tylko… powiedzcie mi, dlaczego nie magazynujemy takiej energii? Może to i kolejna teoria spiskowa, ale żyję już tak długo, by zauważać nazbyt nieentuzjastycznie, iż kolejne teorie okazują się być… bolesnym kopniakiem w dupę. Nader nazbyt boleśnie prawdziwym. Dlatego znowu pytam: serio nie można stworzyć baterii?

Wiecie, sorry, ale jakoś Wam nie wierzę…

Świat jest pełen cudów. Kurna, dlaczego nie zaczniemy o nich pamiętać? Tak po prostu? Nie pozwalać innym wmawiać, że ino apteka leczy? Ech! Chyba serio dobrze, że nie mam telewizora i unikam gazet… się są dobre na zdrowotność.

IMG_8658

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmi Triathlon… została wyłączona

Pan Tealight i Kompleks Tatusia…

„Miała ten kompleks wielki i włochaty, zbrojny w przemiany i wszelakie naszywane łatki. W cery robione bardzo dygoczącą, niewprawną dłonią i zawsze nie tą nitką, która winna była łatać dziury. Ogromny był ten kompleks i pulsujący. Wiecznie żywy, a jednak… kiedyś przybierał znane formy, zbroił się w dodatki wyciągniętę z połykanych książek… Z czasem stał się jednak wyłącznie pragnieniem małej dziewczynki, która bardzo chciała, by ktoś mówił NIE, by przytulał niewprawnie nie umiał czesać, nienawidził wszystkich facetów i zawsze był gdzieś blisko. Wzrastał, tył, oblekał się w nowe i nigdy nie zapominał o starym… i po prostu się dostosowywał.

Kompleks tatusia. Marzenie, pragnienie i ciągłe szukanie. Wiegachne zapełnienie dziury, która tak naprawdę nigdy w ten sposób nie chciała być zatkana. Poszukiwania człowieka? A może jednak raczej idei? Może czegoś, co nigdy nie było dla niej? Może tak naprawdę tylko… powód do kolejnych marzeń. Naznaczenie coraz większej samotności i dziwne oddalenie od świata…

Ale wiecie, ten Kompleks, to zawsze był przy niej. Powiewny i duchowy, ale jednak i przytulący się i głaszczący, niczym lekko niezauważany, natrętny kochanek, który za kija młotka nie wiedział jak się wziąć za wyjaśnianie tego, co mogłoby ich łączyć, gdyby tylko kurcze wiedziała…

Wiedźma Wrona Pożarta… oczywiście.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9320 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ewangelia krwi” – … czerwono. No właściwie to nie wiem, znaczy nie do końca. Znaczy pewno, linia krwi może mieć wiele znaczeń, ale… o co chodzi z tym? Z ewangeią? No i z wampirami i Jezusem? A tak, znowu ten temat.

Znowu…

No dobra, może nie do ZNOWU końca, ale jednak znowu. Oto ona i on, tak będzie oczywiście coś między nimi i dziwny zakonnik/ojciec/coś w habicie, tajemnicze znalezisko, trzęsienie ziemi i wkrótce jej zagłada… Oczywiście ona ma problem z kościołem, ale kocha swoją pracę, on jest zwykłym żołnierzem po przejściach, a ksiądz… to cała tej książki historia. Bez urazy, są intrygujący… ale…

Oto kolejna pogoń po świecie, od jednego znaleziska do drugiego. Tutaj chcą od ciebie krwi, tam znowu ino kości. Ogólnie mówiąc przeszłość ponownie naznacza teraźniejszość, a ich troje zostało przeznaczone, by otworzyć pewną księgę, ale nie tylko oni pragną ją znaleźć!!! Jak zwykle przewidywalna fabuła, ale specyficzne – co należy zaznaczyć – zakończenie. Intrygujące nawiązania do historii i znalezisk, ale… trochę za mało owej naukowości. Jakby pogoń i sensacyjność w stylu gry komputerowej była dla autora podkładką… Za każdym razem wydaje mi się, że gdyby dorzucić tutaj opisów, wejść odrobinę głębiej w osobowości, odrzucić pewne elementy, pozwolić sobie na więcej niedopwiedzień… byłoby lepiej. Bo tak to mamy tylko historię o goniących się wampirach i ciągłym szukaniu tajemnych wyjść…

No dobra, nie każdy jest wampirem sensu strikte, ale jednak… ponownie sensacja, nie do kńca adekwatna do tego, co powinni czuć maluczcy. Nagle wszyscy mają siły nad podziw podziwowe, a i ci co umarli nigdy do końca nie są… no umarli. Czyli wiecie, wszystko w temacie religijności! Dla sensacji można!

IMG_7484

Plaża.

Gdy wieje plaża jest twarda. Znaczy ta kamienista to wiecie, zawsze twarda, ale ta piaszczysta to nie zawsze… często taka grząska i mieciutka, jakby człowiek właściwie w mące leżał. Może lekko krystalicznej, ale mące. Pilling za friko ma, różne tam muszki, co się w sezonie milusio lęgną, by karmić wróbelki ciałem swoim… no i krewetki czasem. Ruchliwe mniej lub bardziej. Jak przyniesiesz jakieś naczynie, to spoko będzie obiadek! Bogaty w białko i piasek. A tak, bo to prawda największa, że kurcze piasek włazi wszędzie i pozostaje tam na zawsze. A jak już ci się myśli, że jednak się go pozbyłeś, że jednak kurcze w końcu spokój będzie, że nie ma go już, że nie jesteś bytem krystalicznym i mocno kwarcowym. No i wtedy znajduje kolejne kamyczki nie powiem gdzie. Ekhm, no właśnie tam, ale ja tego nie powiedziałam!!!

Ale jak wieje, oj jak wieje i duje, gdy fale mimo wszelkiej płaskości i tak znajdują w sobie moc, by przywalić… piasek lata. Niczym jakaś burza piaskowa, niczym na Saharze, czy gdzieś tam przy piramidach, nagle wszystko smakuje piaskiem. nagle wiesz jak czuł się Egipcjanin szamając swój cheleb powszedni i ścierając uzębienie. Wciskają się kryształki wszędzie. W nieuporządkowaność myśli, w bicie serca, w owe wszelakie marzeniowatości, które nie chcą się nikomu i niczemu poddać. W to co niematerialne sie wciskają i naznaczają sobą to, co całkiem dla większości materialne jest… Tak po prostu wraz z tym całym jodem i niesamowitą zdrowotnością włażą w człowieka i go pilingują… z durnot, które pozostawili w nim inni ludzie. Tacy, co to zawsze twierdzą, że MUSISZ i POWINIENEŚ i w ogóle BEZ TEGO ŻYĆ NIE MOŻESZ. Tak, z tego Wyspa najlepiej czyści powiem Wam. Jest jak to, co nastaje po orgazmie. Owa wszelaka spokojność olewawczości… czyli wszelkiemiwisizmowanie w obecnymmymstanie. Po prostu. Bo tylko tutaj znalezieie na plaży zwyczajnego kamyka dla kogoś może stać się początkiem i końcem wyprawy po skarby. Ze wszelkimi ewolucjami zmysłów i stanów nieskupienia. Bo Wyspa wie, no i posiada wszelkie niesamowite możliwości, które sprawiają, że choć nie wiecie co Was boli i bez czego żyć można, to oddychacie swobodniej, gdy to z Was usunięte.

Ci pochowani w budce ratownicy też to wiedzieli, ale przy temperaturze wody + 17 i powietrza + 14 woleli jednak siedzieć w swojej paskowanej wieżyczce. W końcu kto by tam ryzykował kąpiele w falach i piaskowaniu? No raczej nikt. Nawet psa do wody byś nie zaciągnął. Ale spacerowanie, nim piach całkiem nie zapchał oczu, a wiatr myśli i poczucia kierunków nie wywiał ze łba, było miłe.

IMG_6528

Nowy sklep

Ha ha ha, oto i jest wydarzenie sezonu. Żeby nie było, byłam i podobało mi się owo wydarzenie! Cudnie tam jest. Maleńki może sklepik, ale wyglada jak IKEA i pachnie jak IKEA i papierowe torby ma… jak IKEA niegdyś, gdy miała te czadowe rameczki drewniane! Cudne takie, pamiętacie te czasy? No więc nowy sklepik w Rønne (SG) pachnie drewnem i sporo owego drewna w sobie ma, a poza tym mydło i powidło i świeczki. Serio, anwet dosłownie. Pomiędzy pudełkami z zupkami chińskimi, puszkami cukierków, herbatami i ziołami, świeczkami i pojemniczkami, pudełkami, dywanikami, pluszakami i cudownymi akcesoriami dla maści wszelakiej artystów… są i mydełka. Do tego kartki z własnym DIZAJNEM, własny DIZAJN w ramkach i ogólnie… DIZAJN.

Aczkolwiek przyznaję podobało mi się wszystko, to przy dobrych kanwach i pędzlach, bawełnie i kolorach doznałam lekkiej arytmii. Z wrażenia. I z całkiem miłych jak na ową szerokość geograficzną cen!!! Chciałabym tam wrócić po kartki i kanwy, po bukiet pędzli, co to mi się marzy od dawna, bo ja miękkie tak lubię o włosiu cienkim… no i po cieniutkie takie, bo nie chce mi się włosów z siebie wyrywać.

No i po zapach, co nie?

Ogólnie mówiąc… większość uważa, że Bornholm, to Dania, a to oznacza, że na kasie śpią. Eeee, u nas takie bezrobocie, że szok, a na dodatek szkoły likwidują, bo dzieci brak, no i dyrektor by się zdał do szpitala i ogólnie mówiąc bida z nędzą… i dlatego sprowdzaja Lidla! Ja już nie rozumiem tego świata!!! Przecież mamy tutaj tyle sklepów. Serio na tyle ludzi wystarczy ich niewiele… więc po co nowy? Dlaczego tylko ja tego nie rozumiem? Mówią, że towary będą tańsze, że przecież bieda i tak dalej… a podatki? A płace? A nacjonalizm? Chyba nie rozumiem tego świata. Nie lepiej kupować ziemniaki z pola niż z Niemiec? Albo truskawki z Wyspy, a nie z Hiszpanii? Gdzie w kurzą mordę jest moja mleczarnia? No gdzie?

Ech… Jedno rozumiem. Trzeba przetrwać te zatłoczone supermarkety teraz w sezonie, dzieci, które robią co chcą, na co ja jako dzieciak w życiu bym się nie poważyła, potem wyrastające na dorosłych, którzy robią co chcą i serio, jak wszędzie w dupie mają prawa i etyczności…

IMG_2908

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kompleks Tatusia… została wyłączona

Pan Tealight i Sandłicz z Rycerzem…

„Była Mielonka z Babuni i Krajanka z Dziadunia. No i boska Szyneczka ze Studenta… strasznie żylasta i wielce tam cienka, chudzinka na kościach właściwie, ale była. No nic nie przebije Mielonki ze Studenta Turystycznego, czy Wątrobianej zez Sąsiada!!! Ech te smaki dzieciństwa. Jak się sobie poprzypomina owe czasy nauki, gdy tylko owe dyktanda się liczyły, małe egzaminy i to, coby nie złapali, gdy się będzie wracać ze szkoły do domu… i zapominało o zadaniach domowych. Gdy pachnąca gumka była wszystkim, no i fajne kredki, no i farbki i brak zeszyta i zawsze brak długopisa i jeszcze oczywiście… nie, zmieniane papucie były tylko raz?

Się tak Niechcianym Królewnom wzięło na wspominki domów, gdy to były malusie i młodziusie, jeszcze bez klątw, wież i smoków, bez potworów i zmieniania się nocą, czy też dniem… no i bez wrednych Tatusiów Koronowanych i równie wrednie stoczonych Koronowanych Mamuś… Jeszcze były tymi dzieweczkami, co to nikt o nich nie myślał, nikt sobie łba nimi nie motał. Umiały już mówić i chodzić, po pałacowym parku biegać i ganiać się z pieskami. Po prostu… być. Wyjadały wtedy chleb z cukrem z kuchni, dostałwały zniszczone marcepanowe głowy, takie, którym oko wypadło, czy uszy miały trzy… wiecie. I po prostu były. Świat był dla nich pełen smaków i kolorów i nie dziwiła ich wcale Kanapka z Rycerzem. Albo Sandłicz z Puszkowanym Panem, jak to ze śmiwchem dziwnym, dorosłością dopiero rozszyfrowanym, grzmiała Kucharka Królewska. Grubiutka, przecudna kobieta, która gdzieś miała etykiety… ale nie dziecięcość wkrótce uciemiężonych dam.

Bo widzicie, świat składa się ze smaków i zapachów z przeszłości, do których bardzo pragnie się powrócić, ale nie można… co nie znaczy, że przestajemy się starać. Ona to wiedziała, wkrótce uwięzione królewny i księżniczki nie, więc… po co było je uwiadamiać. Po co mówić jakie to życie najczęściej może być? Lepiej nakarmić je Sandłiczem z Rycerzem i nie mówić, że wszyscy, naprawdę wszyscy bez koronnych należności, czy też innych zależności… i tak hodowani są na czyjś pokarm.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2695

Z cyklu przeczytane: „Podziemny labirynt” – … mój pierwszy. Znaczy mój pierwszy Rollins. Bo widzicie doatarłam do tego momentu w życiu, gdy… nie mam co czytać. Niby wydają tego tyle, niby wciąż piszą, tłumaczą, a wszystko to jednak… jakoś mnie nie przkeonuje. Może to wina Fabryki Słów, która zrezygnowała z wydawania czadowych autorek zza wschodniej granicy? A może jednak tylko wina tego, że drukuje się wszystkich… a mało kto umie tak naprawdę pisać? A może ino moja wina, bo za użo czytam? Nie wiem…

Postanowiłam spróbować Jamesa Rollinsa.

Nadgryźć trochę. Ot miałam i ochotę na rozrywkę i magiczność jakąś i przeszłość wciąż ucapioną do naszej teraźniejszości. Chciałam nauki i przygody i jakiejś pogoni za nieznanym… i to wszystko tutaj jest, no może z tą nauką trochę krucho, ale wiecie co, mimo wszelkiej przewidywalności – bo po kilku książkach tego autora już zaczynam zauważć schemat – ale to jest przygoda!!! Czyta się szybko i płynnie, czeka na kolejne trupy, nie spodziewa się zbyt wielkich wynalazków, ale…

No właśnie, jest ALE… to nie jest Preston i Child. Brak w tym czegoś więcej, ale nie brakuje pogoni, przepychanek, balansowania na granicach pomiędzy życiem i śmiercią, no i wszelkich niesamowitości. Tym razem głębie wulkanu, dziwne znalezisko, no i zaginieni ludzie. I potwory i wszelakie niewyjaśnione, ale przecież możliwe. Dobra opowieść dla samej rozrywki, ale chyba nie mojej. Moja rozrywka jednak wymaga więcej pytań, niepewności i niesamowitości i… troch lepszego języka.

Ale wiecie co? I tak spróbuję więcej.

IMG_7481

POKARM! Znaczy z cyklu: Czym się Wiedźma karmi…

IMG_2205

Wieje.

Czasem aż tak wieje, że człowiek zaczyna się bać… jakoś tak inaczej. Bo z jednej strony jest chłodniej, więc strasznie się chce tego wiateru i oczywiście chłodu, więc człowiek próbuje się nim nasycić, a z drugiej jest ten strach… straszny on jest!!! Dziwny i podejrzliwy. Jakby macał was swoimi powiewami i sprawdzał. Czy na to reagujecie, a może na tamto, a może jednak trzeba na was rzucić całkiem odmienną posiłkowność posiłków i zaatakować z innej strony? A może wystarczy tylko przypomnieć wam dziecińśtwo? W moim przypadku serio nie potrzeba obrazów, wystarczy mój własny mózg, boję się właściwie non stop… ale wiatr i tak potrafi mi dokopać na tym polu. Kurcze, w momencie, w którym zdawało mi się, że serio jestem w bojaźliwości ekspertem, wiatr… wichurowaty i huraganowaty, udowadnia mi, że wcale nie. Nawet do Magistra od Bojaźliwości wiele mnie jeszcze nauk dzieli. I egzaminów – ustnych!!!

Ale najstraszniejsze nie jest to stałe wianie, czy ducie. Nie są owe dziwne pojękiwania, powarikwania, no i wycia… nawet nie owe dudnienia w przemdiotach, o których istnieniu i muzykalności już dawno nie pamiętacie. Najgorsze są owe wiatrowe kule, które Olbrzym z Christiansoe rzuca w nas. Wiecie se łapie wiaterki, kula w wielkich dłoniach, przy okazji lepi pogryzaną watą cukrową, co ją ma w takich maleńkich pudełeczkach przytroczoną do grubego paska na biodrach… eee więc raczej biodraska? No i jak je kula sobie, to cukrem się one lepią… a widzicie, bo on uzależniony jest od cukru, ale ino tego z buraków. Twierdzi, że owych nowomodnych cudów to nie trawi. No sami możecie sprawdzić w odchodach, całkiem tam są te nowoczeności niestrawione, a niektóre w papierkach i to jeszcze z metką!!! No więc kula te wiatrowe kulki, cukier z paluchów je podlepia, a potem jeb jeb jeb w Wyspę! Może i ona lubi taki masażyk sobie czasem zamówić, ale co jak co, mój dach niezbyt chyba…

No to wieje.

Co do deszczu, to mówią, że coś w nocy padało, ale im nie wierzę. Taka ostatnio jakoś małowierna jestem. Już nawet Święty Tomasz to przy mnie super optymista!!! Sucho wszędzie, trawa nie rośnie, tosz ja nie wiem, czy to normalne jest!? No nie wiem!!! Jęczą niektórzy, że jednak mało ciepła, a ja się pocę? Co jest ze mną nie tak? A może to jednak to globalne ochłodzenie? Bo przecież ocieplenie globalne miało robić zimno, co nie, więc ocieplenie powinno chyba…

No nie wiem…

IMG_4626 (3)

Sezon turystyczny w swoim maksimum i już widać, że niektórych w przyszłym roku nie bedzie, a inni to się pojawili. Z tych drugich, to mamy śliczny nowy malusi sklepik z cukierkami w Allinge – w porcie. Wiecie idzie się tak na nos. Cudnie wali tam anyżkiem, więc raczej trudno się tam nie znaleźć. I ceny przystępne, ale ino gotóweczką, więc pamiętajcie. Przy okazji w tych dniach można sobie posłuchać jazzu! Ale chłopcy dają, no aż rybki same wyskakują, a przyjezdni i przypłynięci tańcują i się bawią. Może i trochę w niektórych miesjcach głośność szaleje, ale serio można się rozerwać!!! I to za darmo!!! Można przy okazji coś zjeść i wypić…

Co do zamykania, to jeden z moich ukochanych sklepików ma wyprzedaż 50%… jak sprzedadzą, a widząc po ruchu, sama tam zajrzałam i nie wyszłam z pustymi rękami, to raczej szybko im pójdzie. Drobne sreberka, sztuka wszlaka i świetlista. Ech!!! Będę tęsknić. Jakoś nie mam nadziei na to, że w tym miejscu powstanie kolejna taka biżuteryjno, sztukowo-metaloplastyczna perełka. No wiecie, taki ze mnie niedowiarek kompletny. A może zwyczjanie nie lubię zmian? Bo jakoś tak nigdy nie zmienia się coś na lepsze. Zwykle jednak owo „lepsze” innych dla mnie jest ino koszmarem… ale przecież od zmian nie da się uciec, czyż nie? A może się uda? Może zwyczajnie mam niedobre buty, a może wykładzina mnie wstrzymuje, może powinnam zacząć trenować, a może jednak wystarczy nauczyć się latać, czy zainwestować w jakieś rolki lub deskę?

A może jednak łódkę od razu?

IMG_2820

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sandłicz z Rycerzem… została wyłączona

Pan Tealight i Japierdziele…

„No więc wakacje…

Nie wychodziło jej to całkiem. Po pierwszym dniu już była zmęczona i wykończona!!! A chwasty za cholerę nie chciały rosnąć szybciej. Na dodatek Sąsiad z Boczka, zwany Kaszlakiem też wszystko powyrywał, więc nie można było do niego wpaść i zwyczajnie mu ich podpierdzielić! Przesadzić sobie i w ogóle… mieć robotę. Uchechtać się, zwyczajnie wykończyć zwyczajową, bardzo ręczna robotą i…

… się nie wakacjonować.

Widzicie… ot w końcu się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki domyśliła, w końcu opadły na nią opary, a i wielkie strugi, wiedzy, dlaczego nigdy na wakacjach wakacjowych nie była. Nosz za kija i grzybka nie umie leżeć i pachnieć! Osz niedolo ludu pracowniczego, genów popierniczonych!!! Co to nie potrafią nieruchawo spoczywać i nie dbać o nic i dbać o nic… Czyżby miał być to dowód – pierwszy, a jedynie jedyny wymagany na to, że nigdy nie będzie księżniczką? Ani królewną, królówką, czy też choćby hrabianką… bo pieprzona lady to bez urazy, ale za mało jak dla niej!!!

Za nic w świecie nawet przywiązana, przymurowana i sklejona, spętana i zamroczona, nie potrafiła ot tak po prostu być ino. Gorzej, nawet zwyczajowy spacer nie mógł się obyć bez celu, bez wizji, bez owej przyświecającej mu gwiazdki i żłóbka na końcu ścieżki, no i może jeszcze dwóch wielbłądów po drodze. Ale czy to oznacza, żesz z Dziada Pradziada, Genetycznie Niereformowalnego Przodka, skazana jest li że ona ino… na wszelaką niewolniczość swych pracowniczych chuci?

Pan Tealight uwalił się pod Czereśnią Strażniczką z Ojeblikiem – małą, uciętą główką nasmarowaną masełkiem – i postanowił zwyczajnie odetchnąć i jak zwykle… pozwolić Wyspie płynąć swym torem. W końcu serio, czasem trzeba zaakceptować pewne rzeczy, jak tą, iż Wiedźma Wrona nie potrafi być na wakacjach. A już wyjazd na nie tosz wielka klęska jej współzawodniczących ze sobą osobowości. A durnie tak pakować zamroczoną prochami osobę w samolot, by potem nagle wiele, zbyt wiele, stóp nad ziemią zrozumieć, że jest ona jak Alien i wypala w poszyciu dziury… Ona zwyczajnie jest jak ten pies, który przyniesie, zaniesie, będzie służył, ale za cholerę nie pojmie na dłużej niż sekunda komendy: LEŻEĆ!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8654 (3)

Z cyklu przeczytane: „Geek Girl. Japońska katastrofa” – … współczesne opowieści. Kilka dni temu zmarła Krystyna Siesicka. Pamiętam, że gdy byłam w odpowiednim wieku, czyli wielce tam wieki temu, dziewczyny zaczytywały się w jej opowieściach. Ja wolałam Winnetou. Ale widziałm je czytające… przeżywające. Czy dziś ktoś jeszcze aż tak przeżywa czytane strofy?

Geek Girl to seria na czasie, ot pewno i marzenie wielu dziewcząt. Być i mądrą i modelką! To właśnie przydarzyło się naszej bohaterce – a i samej autorce. Wiedzieć aż nazbyt wiele, a jednak wciąż być… niedoinformowaną. I wyjechać do Japonii! Być zakochaną, mieć Najlepszą Przyjaciółkę, aczkolwiek może nie? Poznawać nowych ludzi i wpadać w nowe problemy… oczywiście są też rodzice, choć to jest skomplikowane i Babcia i… wszystko dzieje się tak szybko, a może zbyt wolno? Bo widzicie wiedzieć nie oznacza być mądrym. No dobra, nie do końca.

Szybka, zabawna, wzruszająca opowieść. O współczesności i owej zwyczajnej, codziennej zwyczajności. O wpadkach i cudach, o pracy i obowiązkach oraz wszelakim dojrzewaniu. Opowieść o mówieniu: przepraszam, dałam ciała i o przyjmowaniu przeprosiń. Opowieść o uczeniu się życia… Spisana krótkimi zdaniami, prawie w rytmie Twittera, obrazowo, bez nadmiernych obciążeń, zbyt wielu słów, zbyt wielu obrazów, a jednak i z miejscem na naukowe dygresje.

O dziewczynie, która najlepiej siebie podsumowuje: „Jestem modelką i udaję diplodoka.”

IMG_9498

Motory…

No taki czas, że się zjeżdżają. I maszerują potem w wielkich czarnych butach, w skórzanych, czarnych spodniach, w skórzanych, czarnych kurtkach srebrnymi ćwiekami nabijanych… a dookoła nich na wpół gołe inne ludzie. A oni niczym te czarne róże. No i ja też. Ino że ja, w bawełence! Przemykamy się oni i ja, oni lekko tchnacy spalinami, ja jak zwykle pluszem, farbami i pachniuchem z misia… przemykamy się pomiędzy tymi kwiatami. Owymi spalonymi na czarniawo, na brunatno, na różowo, na czerwono, plamiasto mniej lub bardziej, albo na razie bladzi i kremowani bardzo, albo tacy wiecie… malowani solarkami, albo samoopalaczami. Oni odziani są w powiewne szatki. Jasne szatki. kwieciste i kolorowe, barwne i ruchliwe. Znaczy niektórzy mają takie bardziej przylepione do skóry, ale nic to. Też mają kolorki. No chyba że trafimy akurat na rowerzystę w tych wypasionych butkach do pedałowania, co to w nich chodzić nie można. Mówię Wam ubaw roku! Ej te drogie cuda techniki pedałowej, to jednak kurcze serio są uciążliwe!!! Wszyscy… i my czarni i oni kolorowi, pachnący nadmierną witaminką D, jakoś tak przepływamy od cienia do cienia. Pomiędzy barwnymi chatkami, pomiędzy pnącymi się powoli malwami, które ostatnio mają nawet czarniawe kwiaty, niczym ino jedne rodzaje baletnic z Jeziora Łabędziego.

Turysty…

Turyścizna zawsze mnie rozbawia. Dziś… o urodzie Dunek. By nader miła Turyścizna z Polska! Siedzę sobie na schodkach przy ulicy i widzę jak podjeżdża malownicza grupka. Weseli i w ogóle strasznie mili i nagle słyszę nad uchem, a pani spogląda gdzieś przeze mnie: Wiesz co? Ja nawet lubię urodę Dunek. Podobają mi się. Mają taką surową urodę. A pewno. Co jak co, ale Dunki mają dość specyficzną urodę. Może i lekkko męską, mocno wysportowaną, dziwnie sprężoną do działania. Ostra a nawet czasem gryzącą… a jednak i dziwnie miękką. Ech! Pewno to te wikingowskie geny? Albo te motory! No wiem, znowu motory, ale serio strasznie kurde głośne są. Zawsze byłam wielbicielką takowych cudów, ale jednak… ostatnio mnie hałas przeraża nazbyt mocno. I jakoś i motory mnie zniechęcają.

Ale czarny nadal kręci.

IMG_4552 (3)

Z polityki…

Specem od nauk wszelkich w rządzie, całkiem oficjalnym, został kreacjonista! Powiem Wam, że co jak co, ale się świat zawalił! Może i w Polsce pewne zawirowania są na porządku dziennym, ale nic z tego kochani, sorry, wariaci są na całym świecie!!! Jednakowoż powróćmy do duńskiego problemu… w świecie, w którym raczej nie ma religii poza ową zwyczajną nacjonalistyczną kościelnością, no i oczywiście duchową duchowością, krasnalami w pniach drzew i młotkami Thora. Co jak co, ale w kotłowaniu wszelakich mitów, jakoś serio bliżej Wyspie do Odyna niż Jezuska. A teraz… voila! bozia stworzyła świat, więc obcinamy kasę na badania!!!

Wszystko do Watykanu!!!

Z kroniki policyjnej…

Po pierwsze kradziejstwa. Najważniejsze i najmocniej ohydnym było kradziejstwo ze sznura stroju total bikini! Sama jestem podejrzana, bo mam fioła na punkcie fotografowania prania. Cudzego i swojego. Ale bez przesady, dotykanie cudzych gaci to już chyba inne zboczeństwo! Kolejne kradziejstwo odbyło się pod prawie moim oknem, znaczy w Melstedgaardzie. Zakosili kasę. Krowy, owce i kury chyba nie protestowały, a pieska nie mają. Mają za to niebieski kibelek przyrodniczy, znaczy wiecie, taki poza domem głównym, wygódkowy… no wiecie, drewniane, ale i murowane, bez przesady, wyższe standardy…

… kasa bynajmniej paść się nie poszła.

Oczywiście jak zwykle ktoś znowu wjechał do morza. Rozumiem, że może poczytał o Panu Samochodziku, ale bez przesady. Nie każdy ma wypasioną amfibię!!!

IMG_4236

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Japierdziele… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Wakacjonująca Się…

„Najpierw przynieśli młotki, obcęgi i sznury. Zestaw kajdan, niewielkie dyby z wyściółką z różowego futerka, potem pejczyki i jakieś takie ustrojstwo, co to nikt nie wiedział jak się nazywa, a jednak każdy wiedział… jak tego używać. No i deskę. Taką w wersji Żelaznej Dziewicy ino, że z drzazgami. No i dół wykopali ale to porządny, nie takie coś tam, ale od razu wielce tam latrynę na stado żarłaczy. I oczywiście też napary nastawili i opary zaczęli produkować. Ale najważniejsze, że pochowali ciężkie dwie pary buciorów i gacie, a w tych, co to je miała na sobie to dziurę zrobili. I jeszcze… a tak, jeszcze mieli takie ostre patyczki, którymi nastrożyli ścieżkę prowadzącą z Chatki Wiedźmy…

… a wszystko po to, by były wakacje.

Były i wszelkie tasiemki, linki, wielki sznur z dzwoneczkami, alarm ruchowy i mózgowy, oraz taki, który wykazuje, czy się za wiele myśli. Nawet pas cnoty znaleźli, ale nie do końca wiedzieli, czy się przyda. No przynajmniej na razie, bo wiecie, w końcu dopiero dziś się wszystko zaczęło. Nawet palenisko jeszcze dobrze nie nasyciło się białawą czerwienią, a i Madejowe Łoże należało odkurzyć. Były paliki, takie wiecie co się krowy do nich przyczepia i pęta do pętania koni. Były i spowalniające kosteczki, takie tam zielsko sprasowane, a nawet czymś, co miało koty odpędzać, Ojeblik wraz z pomocą tych, co mają ręce, obsadziło trawniczek. Nie żeby Wiedźma Wrona Pożarta na to reagowała, ale wiecie, pierwszy raz, więc wszystko trzeba wypróbować! Po prostu po wizycie, nader zaaferowanego i poznaczonego otarciami, Pana Tealighta apteka na Wyspie zaświeciła… zmęczonymi pustkami.

Zasieki powoli się rozkładały z takiego fajnego zestawu BDSM dla niskich. Wiecie, mniej materiału, ale bardziej kłujące… i oczywiście były też taśmy, tasiemki, skocze i inne plastry. W końcu przecież te decybele też potrafią dobić spokojność wszelkiej, nieuporządkowanej wakacyjności. Lepiej być przygotowanym.

A wszystko to przez wakacje…

Tiaaaa… Ponieważ Chowaniec Wiedźmy miał, po raz pierwszy właściwie, urlop, Jej Wielce Niespokojna i Nazbyt Ruchliwa Wiedźmia Mość… została zmuszona do wakacjonowania się. Ino za kiego grzyba nie wiedziała jak to robić. I kto to widział, coby na plaży leżeć tak bez roboty, bez plewienia, ustawiania, sprzątania, ftografowania, pisania, gotowania, zmywania, czyszczenia… bez umartwiania się i ogólnego pracowania, ot leżeć dla leżenia, opalania się i smażenia i to całkowicie i kompletnie bez racji grillowania i bez serka czy przypraw!!! Jak tak można? Toż to całkiem nienaturalne, niemożliwe i szeroko akomentowalne!!! Bleee?

Dlatego wiecie… jeżeli są pomysły na sali na pętania, to chętnie!!! Chociaż wielki plakat zrobiony przez Smoka z Komina: Jak nie będziesz leżeć i się lenić, to ci każemy lecieć na Hwaje chyba zadziała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7047

Z cyklu przeczytane: „Pomyłka Stracharza” – … nauki. Cóż, przyznam się Wam, że uznaję tradycję czeladnictwa za niesamowicie przydatną. Ech! Te czasy, gdy mistrzowie nie zdradzali swoich tajemnic w tutorialach, a przekazywali je wyłącznie swoim najlepszym uczniom… gdzież one odeszły?

Jeżeli chodzi o kolejny tom Kronik… to tutaj nadal trwają. Młody Tom pobiera nauki, kuszony jest przez pewną wiedźmę i… lekko terroryzowany potworami. Ale to w końcu jego świat i jego fach. Poza tym wszystko idzie do przodu. I to w nowej szacie graficznej. Jednym się podoba, innym znowu mniej niż pierwsza, ale pierwszej już całej pewno nie dostaniecie, więc… Tak, zwyczajne nauki. Nie żeby jakiś app miał, czy coś! No kompletnie nic z tego! Skóra do skóry, rana do rany. Ekhm…

Wraca wciąż problem filmu pt: „Siódmy Syn”… no więc nie, nadal nie ma on nic wspólnego z cyklem. Poza imionami bohaterów… nic. Sorry! A nawet i więcej niż nic. Tak serio nie mam pojęcia dlaczego reklamują go na książkach. To zwyczajne kłamstwo i tyle. Ale przecież marketingi rządzą?!!!

Tym co czytali poprzednie tomy przedstawiać nie trzeba, tym co by chcieli… cóż, nie warto. Bo przecież Wam raczej zwrócić uwagę należy na pierwszy tom, a nie na ten… mocno kolejny.

PS. W księgarniach już niedługo 13 tom serii – w starych okładkach. Gdyby ktoś chciał sę wyrwać do przodu!

IMG_9501 (2)

Cisza w eterze…

I upał. Zdawać by się mogło, że to wszystko zaraz po prostu… zaśnie. Nie wybuchnie, nei wytopi się, ale zaśnie. Śniąc o zimie oczywiście. Ale to tylko moje widzimisię… bo przecież w takim ukropie to się nie da spać!!! Za nic w świecie. Jak tutaj się zakotwasić w łóżkowości, jak się zwyczjanie zaiwnąć w kołdry, jak zakopać w poduszkach? Jak? Nie da się… ale z upałem nie wygrasz. Tak jak jeszcze można nałożyć na siebie kolejne warstwy kurtek, swetrów, koców, czy czego tam jeszcze, to za nic nie da się po prostu i zwyczajnie… rozebrać się z samego siebie! No nie da się. Próbowałam. Nie można też się zmieścić do lodówki, ale za to można zrozumieć, że i lodówce nie chce się chłodzić przy takim ukropie! Serio, zaczynam wierzyć w to, że ona jest na jakiś Bahamach i po prostu opala się na plazy! No grzeje, nie chłodzi!!!

Fale bez wiaru…

Podobno jedyne co można zrobić w taki upał, to plaża. Nie wiem kto to wymyślił, ale serio? Z upału na patelnię? A co to ja jestem jakieś danie jednogarnkowe? A może raczej jajeczko. Ino poczekać i będę nie tylko lekko ścięta!!! Ale nie dla mnei te numery. No nie umiem leżeć na plaży. Serio! Kompletnie nie potrafię. Wkurza mnie to, narasta we mnie dziwne napięcie, muszę coś zrobić, porobić, dokonać… włażę z powrotem do wody, która choć czysta lekko niepokoi mnie przybrzeżnymi pyłkami… czyżby już kwitnąć miały jakieś parazyty? Znaczy glony, algi i morskie bławatki? A może to tylko coś tam, co się przywiało z daleka? Bo przecież wiatru nie ma, więc… cóż, może zwyczajnie wielkuśny jakiś łoligator ze sobą to przywlókł? A może to sprawka owych wszelakich łódek, łódeczek, kajaczków, stateczków, żaglowców i kij wie czego jeszcze, co o wiele lepiej ode mnie unosi się na poweirzchni niemąconej falami wody? A może jednak… nie, no chyba nie jesteśmy w Mordorze, co? Albo kolejnej opowieści Thomasa Covenanta Niedowiarka? Nie, chyba to nie to. Chociaż? Któż może być tego naprawdę pewnym? Tak dokońca i na zawsze… Ja nie. Szczególnie, gdy już obfotografowawszy ową niewidzialną linię, owo na nowo narodzone połącznie między morzem a niebem, ową nieuchytną, niewidzialną moc kopuły… wracam do domu. Przez las iglasto-brzozowy. Pełen wydmowej zmienności. Napatrzyłam się na lekko fioletowy, miejscami kobaltowy czy też ultramarynowy lekko błękit, namoczyłam się w czystości, nasączyłam… idę i wysycham, jak na złość. Jakbym tak naprawdę nigdy nie zaznała wodności.

Jak to jest, że upał to zawsze potrafi dopiec? Nawet jak przed chwilą drżałeś osobniku w toni raczej północnoleżącego morza? Ech… więc idę tylko i idę, kopię szyszki cudne, przemykam się wąskimi ścieżkami i podziwiam stojące między prostymi, sosnowymi pniami trawy… Cieniutkie, różnozielonkawe patyczki zakończone piórkowymi miotełkami. Kurcze jakie to piękne, srebrzyście-fioletowe w jeszcze nie do końca zachodzącym słonku. Jakie niesamowite. Inne i dziwnie nietutejsze. Pełne, a jednak i puste. Lekki horror vacui wypełniający przestrzenie między wysokimi drzewami, które dawno już nie oglądały swoich korzeni daleko w górze nosząc swoje korony.

IMG_9483 (2)

Leonora.

Piasek, robale i glony. Powiem Wam, że nie rozumiem owej plażowej popularności. Oj pewno, wiosną, czy w innych roku porach miło jest, ale gdy się wszystko patelniuje, to chyba ni dla mnie. No i jak na tym leżeć i się piec? Tak robić nic? Nie potrafię!!! Dlatego gdy juz się namoczę i napatrzę na olory, odrobię zadania mniej lub bardziej niedomowe, przyłapię kolejnego kgolasa ponownie zastanawiając się, czy jednak nie mamy gdzieś tu plaży dla nudystów… wracam do domu. Ale nim wrócę, doznaję dziwności nad dziwnościami, nowości… Oto w świecie totalnie wrzącym i bezwietrznym pojawiają się w morskości całkiem wysokie fale!!! Wysokie i nagłe, raptowne, dziwne zawirowania w owej ukropiastej ciszy. Zaskakujace migotania i grzywacze wkurzone, bo wybudzone ze swojej wszelkiej nieistniejącości.

Skąd one?

A z Leonory!!! Leonory Christiny!!!

Oto i jest kobieta, która sprawia, że nie tylko ziemia drży, ale i wody się wzburzają. Już nawet nie dotykam tematu kilwateru i co ona tam pod spódniczką nosi, ale wiecie co? Ona w więzieniu siedziała!!! Ale to było dawno, dawno bardzo temu i nie do końca wiadomo… co i jak? Czy Ulfeldt był zdrajcą czy nie, czy jednak było to tylko zamieszanie, czy słuszna sprawa jedno wiadome jest na pewno! Ona siedziała na Hammershusie za politykę (1660-1661), a my teraz mamy prom nazwany jej imieniem. Prom wyprodukowany w Australii, który na dodatek jest katamaranem, często się psuje – pewno jakaś klątwa – no i ogólnie mówiąc nikt nie potrafi wytłumaczyć na co Wyspie nowy był prom zamiast odkupić od Polski boską Pomeranię? Na co był prom, który co prawda mknie, ale też buja się i raczej nie przystaje do specyficznych, północnych wód. No sorry, ale taki cięższy prom, jak ten, który spokonie przywiezie was z Niemiec, może i wolniejszy, ale i pewniejszy! I jakoś taki bardziej elegnaci i przestronny.

Może sarkastycznie lekko, ale…

Fale?

A tak.

No więc Leonora robi fale! Kosmiczne! Przypływa do portu oddalonego ode mnie o dwa kilometry, jak nie więcej, a mnie zalewa! No dobra, mnie zalewa jeżeli akurat jestem na plaży z tej strony, ale taką Szwecję to zalewa konkretniej. Nie znam się na żegludze, wiem ino jak puszczać pawia, ale też nigdy dotąd obserwowanie promów nie wymagało stania daleko od linii brzegowej. To dość intrygujące, gdy wiatru nie ma, a fale są… dziwne. Jakieś takie… nie do końca normalne. Podobnie jak to powietrze. Wrzące i gorące, z zapachem, który sprawia, że rozglądasz się za bijącymi się grupami cuchnących skarpet i rybich oddechów… i jeszcze prania, co się zebździło. Yyyyy…

IMG_8003

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Wakacjonująca Się… została wyłączona

Pan Tealight i Anioł Liniejący…

„Właściwie to… no nie miała pojęcia dlaczego tam się pojawiła. Obok tej nieznanej rzeczki, płytkiej, o dziwnie poukładanych kamiennych brzegach, gdzie sprasowane masy skalne starały się o pierwszeństwo w konkursie na super klocki.

I wcale nie przegrywały z LEGO.

W owej matni wszelkiej potliwości, gdzie dołem spływała na wysokie trawy o filuternych, pędzelkowatych główkach, a górą opadał na nią, jakby w zamian, jakby to jednak była grzeczna wymiana, wrzący mrok zielonych, drzewnych koron. Serio… człowiek nie powinien błąkać się po Wyspie w takie upały, a już Wiedźma Wrona Pożarta to w ogóle!!! A jednak była tam i on tam był, siedząc na niskim brzegu, szukając wilgoci w ledwo przesączającej się przez głazy wodzie… Głupio było tak po prostu obok niego przejść, więc bąknęła:

– Co robisz Aniele?
– Nogi sobie moczę.
– Liniejesz?
– Linieję.

Siedział w tej przemoczonej, siąpiącej się dołem kiecce. Z wielkimi, lekko zrezygnowanymi skrzydłami… z aureolką dziwnie kryjącą się w liściach, no i rozrzuconymi dookoła srebrzystymi włosami. Pieruński piękniś no! Wiedźma Wrona Pożarta to zawsze miała kmpleks na punkcie swojego głownego owłosienia, że wiecie piórka ino takie, że czacha prześwituje, że ogólnie mówiąc licho i krótko… nic dziwnego, że mimo widocznego na ślicznej twarzy cherubinka zboleniu, ją jednak coś szarpnęło wewnętrznie. Opanowała się i przysiadła. Oddała nawet swojego cukierka. A potem…

… wróciła z nim do domu.

Z nim.

Hmmm, stróż, czy nie stróż, ale bezrobotny był, a ona w potrzebie. To jakoś tak wyszło no, że polazł z nią. Liniejący taki… A może to tylko sprawa odżywki, kto tam wiedzieć może?  No i serio, czy anioł to nie powinien mieć na skrzydłach piór? Ehm, może się i mody w niebiesiech zmieniły… Wiedźma Wrona Pożarta się nie znała ni na modach ni na niebiosach. Jakoś jej nie pociagały. Chociaż koncepcja faceta w spódniczce tak… namawiała Chowańca, ale ten się wzbraniał i jak zwykle w total golasie latał!!! Taki wiecie, niecywilizowany kurka…

A anioł… cóż, miał na imię Hank, a reszta na pewno nie będzie milczeniem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3709 (3)

Z cyklu przeczytane: „Minionki” – … hmmm? Powiem tak, nie do końca pojmuję wydawanie brzydkich książek w tych czasach. I to dla dzieci! I nie chodzi o papier, bo uwielbiam cięższy i lekko pierwotny, ale raczej o pewną niedbałość. Bo nie da się zachęcić dzieci do czytania tylko i wyłącznie wkładką z kolorowymi fotosami filmowymi, czy garstką biało czarnych rycin. Nie… w opowieściach o tak silnych osobowościach jak Minionki… trzeba czegoś więcej.

A tego tutaj nie ma.

Są słowa, ale bez owych minek, bez ich ruchów, bez tych oczęt i uśmiechów… trudno jest stanąć obk Kevina. Jakoś tak nie do końca jest to możliwe by wczuć sie, by po prostu być żółtym!!! By zaszaleć! Bo przecież każdy z nas chciałby mieć takich kuzynów, no i tatę jak Gru… co nie? Chyba po raz kolejny… dla mnie jak w przypadku Dzienników Bridget Jones – film ponad książką!!!

Dla zdesperowanych i posiadaczy dzieci, którym nie przeszkadza to, że nie potraficie poprawnie wymówić: „banana”!!!

IMG_9500

Wszystko zwalnia…

Upał sprawia, że świat spowalnia. Jakoś tak. Nie jest ogniem, który szybko wszystko pożera i zmienia, który niszczy, ale i pozwala się odrodzić większym, innym, a może tylko mocniejszym? Nie. Upał na Wyspie, który ostatnimi czasy zdarza się coraz częściej, jest ciężki i oblepiający. Lekko duszący i umiodniający. No cóż, słowotwórstwo na Wyspie to prosta sprawa. Pewnych rzeczy nie da się zwyczajnie opisać czymś, co już istnieje. Upał jest i daje się odczuć… jest niczym żar. Obecny, a jednak jakże nie do końca ognisty. Wrzący, parzący, ale lekceważący, bo przecież to jeszcze nie płomień. Odbarwiający skarpetki i gacie. Zabierający kolory.

Upał sprawia, że klimatyzacja jest bogiem… oczywiście tam, gdzie jest. W większości miejsc wciąż włada tylko to, co możliwe, dostępne dla każdego – czyli cień. Ale bez urazy, może i odetchnąć w nim idzie i niezbyt jest drogi, ale wciąż… gorąco. Bez cienia pali, w cieniu sprawia, że ubogacasz się w ułudę… iż możłiwe będzie po prostu przeskoczenie słonecznych plam i jakoś dotarcie do domu. Jakoś? Oj nie… upał nie odpuszcza. Co prawda wieczór przynosi chłodek w granicach marznących stóp, no i 15 stopni, ale wciąż wiesz, że o poranku wróci żar. Po prostu.

Bo może, bo to jego czas, bo w końcu mamy lato, czyż nie?

Bóstwo Klimatyzacji ma się dobrze. Oj, ale dobrze się ma. Przynoszą mu w darze wszystko, niektórzy to nawet dziewice sprowadzili z jakiś zamorskich krain. Chociaż nie wszyscy w to wierzą, bo wiecie, dziewica w dzisiejszych czasach to specyficzny produkt… oj, bardzo specyficzny. Bóstwo Klimatyzacji najbardziej to lubi dostawać ciastka. Oj takie z budyniem i marcepanem, albo kremowe torciki, co to wciąż jeszcze dotknięte są słońce, w których już lekko zaczynała polewa się wykoślawiać i podtapiać. Gdzie owe tworzone miękką czekoladą kształty zaczęły tracić swoją wyjątkowość. Albo te cuda, rumowe kuleczki, sypane kolorowymi mysimi kupkami… oj za nie to Bóstwo Klimatyzacji zrobi dla was nawet cholerny lodowiec!!!

IMG_3990

Lato mamy…

Jak nic musi być lato bo coś mi ogórki zeżera. Powiem Wam, że jeśli chodzi o przydomowe ogródki, to na skale mało co rośnie. A i kuchnia jeśli chodzi o nawozy, to kurka wodna na drodze ino końskie boby, a mnie uczono, że lepiej zbierać krowie placki!!! Ekhm, a tak, i taką edukację przeszłam i tak dziwne wieści mam w sobie. Cóż, może nie ma się czym chwalić, ale kto z Was zbierał z Babcią krowie placki, no kto? Ha ha ha!!! Ja zbierałam. Może by teraz pomogły moim ogóraskom w doniczce. Cóż, może gdybym sadziła w trumience? Bo widzicie u nas się takie wampirze zakątki robi zamiast ogrodu. A takie trumienki wypełnione ziemią, niczym owe dla Draculi Hrabiego szykowane, gdy do swojej ukochanej płynął… pamiętacie? Bo ja tak. Jakoś we mnie utkwiło. No i owe trumienki trza wypełnić kupną ziemią, a potem sadzić i siać. I czekać i modlić się, coby nic nie zeżarło, bo żerty świat mamy… oj żerty. Widać moje ogórki bez wampirzego zakątka trudniejsze życie mają. Niczym dzieci bez ajfonów, czy coś? Nastolatki bez tabletów? Nosz nie mam pojęcia co w dzisiejszych czasach jest kartą przetargową młodych i wzrastających… technika, czy ino kasa? Bo chyba raczej nie książki?

Lato mamy?

Oj chyba tak, bo w sklepie znowu wykupują ser gouda. Nosz ja nie wiem co oni tacy serowi no? I dlaczego inne rodzaje sera traktują tak po macoszemu? Może owa Tryścizna wie coś, czego ja nie wiem? A może jednak nie wie… Spoglądam na tych, któzy wynajętli maleńkie domki i mieszkanka, na tych, którzy wracają do swoich sommerhusów. Jedni odkrywają Wyspę po raz pierwszy, inni znowu uznają, że ją znają i siedzą tylko i się smażą. Nieliczni mają plan i pragną dotrzeć do każdego miejsca na liście. Nie zamierzają pozostawiać niczego przypadkowi. W końcu wiele jest do obejrzenia. Ja planuję ptaszki!!! Serio!!! Te bardziej drapieżne. Mój pierwszy raz poza tym jednym razem, gdy coś na kształt myszołowa zaglądało mi w okno.

Cóż… zobaczymy!

IMG_3965 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anioł Liniejący… została wyłączona

Pan Tealight i Wątpiąca Wiedźma…

„Siedziała i wątpiła…

Właściwie tym zajmowała się od jakiegoś czasu, a bajki znikały. Tak ot zwyczajnie. I religie czuły się mocno otępiałe i duchy i marzenia i nadzieja dostawałą w dupę… bo chociaż zawsze ją w sobie ludzie mieli, to potrzebowała… WIARY!!! A ostatnio tylko w niej można ją było odnaleźć. Jakoś tak zawsze miała w sobie miejsce nawet na to, co niezrozumiałe. Nawet na to, co wykluczone…

Siedziała i wątpiła…

W drzewa i morskości, w drogi i ich systemy prowadzenia się, ale też i w chodniczki, które jakoś, no wszystko przez te zdarte płyty!!! W niebo wątpiła i w piekielności, bo na dworze upał panował taki, że zakutała Chatce wszelkie otwory i próbowała ciemnością chłód jakiś wyworzyć. Na pewno i niebo w końcu roztopili i co jak co, ale prędziej barbacue jakieś jej skołują, niż miłą, lodową grotę. I dlatego wątpiła też w kosmosy i alienów i spaghetti i nieplątające się sznureczki i linki. Bo widzicie… nawet to, podobnie jak ta bogini od zakleszczających się w szufladzie sztućców Pratchetta, miało swoje bóstwo. Nazywało się Bezmajtek Zawisza i było starszym panem. Bardzo rosłym i jasnym, odzianym po kapitańsku z pękiem linek i węzłów na nich.

Ekhm…

Siedziała i wątpiła…

Zresztą nawet jak wstała i usiadła na Studni Spełniającej Życzenia, cóż, nadal wątpiła. Wątpiła w trawienie i wypróżnianie. W religie wątpiła i zwykłe objawienia. W to co matematyczne i to, co całkiem nieudowodnione. To co jest i to co było i… co będzie, a może i nawet w samą możliwość przyszłości wątpiła? I możliwość możliwości też wątpiła, a nawet w to, że… wątpiła wątpiła!!!

Pan Tealight nienawidził okresów, gdy ona, jego prywatny okaz ku wszelakiej obserwacji, jego źródło uciechy i rozrywki, czyli Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była Wiedźmą Wątpiącą. Nosz linie mu się zacierały, kąty matowiały, a Ojeblikowi we włosach połyskiwał łupież… na szczęście upał powinien zelżeć… może i wkrótce? A jak nie, to cóż, może do zimy?

Siedziała i wątpiła… w siedzenie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9482 (3)

Z cyklu przeczytane: „Z przyczyn naturalnych” – … zaskoczenie? Raczej tak. I nie tylko samym bohaterem, który jest nader problematyczny i chcę go poznać bardziej i bardziej i jeszcze bardziej… nie tylko z powodu pokręconej zbrodni, ale przede wszystkim z powodu… hmmm, pewnej przerażającej zapowiedzi.

Owego c.d.n.

Pierwszy tom serii Oswalda wciąga. Nie tylko zbrodnią, koszmarną, nie tylko powiązaniami, oraz walką między dobrym a złym gliną… głównie osobowościami. Postaciami, które intrygują, pełnymi, ale wciąż chowającymi coś w zanadrzu, co sprawia, że nie można się doczekać kontynuacji. Głównym bohaterem, facetem przed czterdziestką, któremu chyba w życiu nie udało się wszystko… do tej pory. Chociaż, czy to może coś zmienić? No i jeszcze przeszłością, z której otrzymaliśmy zalewdie okruchy i pod skórą czujemy, że wiele na nas jeszcze czeka…

Powieść spisana prosto, może trochę pozakręcać nazwiskami i jeśli nie dopilnujecie kto zmarł, a kto wciąż żyje, może pomieszać, ale warto. Bo chociaż wstrętnie domyśliłam się na początku kto z czym i dlaczego to i tak się bawiłam. Bo zakończenie nie jest tym, za co się wydaje, a morderca… cóż, udowandnia, że nie tylko X Files powraca z niesamowitością. Także i w kryminałach wciąż jeszcze siedzą duchy!!! Może i powieść nie powala fantazyjnymi CSIowymi dawkami, może i głównie trochę komputerów i pradawne detektywienie, ale chyba i wielbiciele nowoczesnych technik powinni zrozumieć, że prawdy można dojść inaczej… rozmawiając z ludźmi, szukając odpowiedzi, grzebiąc w nie zawsze chętnej… przeszłości. Będąc kierowanym ręką ducha, jednak… czy tylko jednego? A może to przeszłość inspektora nim kieruje? Nie zbrodnie…

IMG_9470

Ciemność.

Nie ma jej. Czuję się przez to nadmiernie naświetlona, dziwnie zapuchnięta blaskiem. Czasem mi się wydaje, że nawet w cieniu coś pod skórą mi błyszczy. Jakby mnie napromieniowała owa bezciemność. Jakbym już serio przeniknęła się światłem. Ale nic z tego, serio nie da się żyć taką dietą, a przynajmniej ja nie mogę.

Tęsknię za Ciemnością, tak mocno za nią tęsknię, przerażająco. Noce właściwie teraz nie istnieją, Ciemność prawdziwa i znajoma, lekko chłodna, dająca wytchnienie, zwalniająca nas z pośpiechu, nie zapada. Jakby miała wolne, czy coś. Może siedzi na jakiś Hawajach, czy innej Jamajce, siorbie sobie niewyględnie drinka z palemką, tudzież inną tam pasarolką, no i oczywiście podgląda ratownika. Tego przystojniaka pakowanego, masnarowanego oliwką tak, że jak się zanurza – sporadycznie – to dookoła niego tworzy się niezła olejowa, tęczowa plama. A jak się kurna mięśniak błyszczy, gdy dobiera sie do tej blondyneczki. Nosz niczym psa… eee obroża!!! Usz kurcze osobnik serio nie daje się po prostu spuścić po poręczy, zwyczajnie chce blondyneczki, więc i ją dostaje. Asz ona się rumieni, bo przecież z niej taka Monika… A w oddali, tam gdzie fale się lekko załamują, oj mimo, że Ciemność na pleckach leży, to i tak widzi, w okularkach się jej odbija wszystko – wielki rekin pożera otyłą matronę w różowiutkim stroju. Wiecie, przecież należy dokarmiać zwierzątka. Wolność rządzi to tam… jak to było?

A!!! Tolerancją! Przecież nie można nawrócić rekina na wegetarianizm i soję, no to by było niehumanitarne i odzwierzęcjące. A człowiek… zrobi się nowego. W końcu człowiek człowiekowi nie jest rekinem… zresztą i rekin też człowiek, jeść coś musi. Hmmm, czasem wstępując w fale mam dziwne uczucie, że coś tam jest. Coś więcej ponad to, z czego zdajemy sobie sprawę. Coś może innego, większego, bardziej sprytnego…

Upał…

Serio wrząco. Co prawda wieczór przeobraża się w milusi chłodek, ale w kościach czuję, że i jutro będzie parzyło. Trzeba zawczasu przygotować sobie i cień i własny kubełek lodu. Albo dwa! Jeden na głowę, a drugi na nogi. Bo przecież tak fajnie byłoby się w ogóle schować do losówki. Może nawet zmrozić. Krioterapia…

IMG_2916

Czy z powodu ciepłoty, czy zwyczajnego mocobiegania właśnie przebiegł sobie… eee bieg, znaczy wyścig. Tym razem pod wezwaniem softiceów! Znaczy wiecie tych kręconych z maszynki. Niegdyś to się chyba lody włoskie nazywało? Wiecie, takie w wafelku… tylko że tutaj się je jeszcze polewa czekoladką, albo posypuje czymś, lub zwyczajnie wywraca do góry nogami i wtyka w jakieś słodkie cudowności. Nic dziwnego, iż w ich imieniu ludzie chcą biegać? Nic dziwnego… ale wieczorem. Może z powodu ciepłoty, a może jednak by i tym pracującym dać szansę? Nie wiem. Pobiegli, poklaskali, pobawili się, wrócili do domu. Ot zwyczajność. Niczym zwiększona ilość autokarów na krętych, wyspowych dróżkach. Do tej pory nie rozumiem w jaki sposób one się u nas mieszczą? Jak one działają na tak małej Wyspie? Jak jej się rozpukną no? Za każdym razem, gdy mnie mijają, wydaje mi się, że są za wielkie. Za potężne, za wysokie, za szerokie. Kompletnie tu nie pasujące. Niczym Guliwery na kółkach w mojej lilipuciej krainie. A może to tylko moja, lilipucia perspektywa?

Górą niebo jest błękitne, środkiem jakieś kremowe, lekko nawet zielonkawe, a dołem jagodowo-różane. Jakieś takie zmienne i zmieszane, ale jednak wciąż w każdej warstwie zachowującą swoją odrębność. Piękne to… i jasne wszystko. Dochodzi 22ga, a wciąż jasno. Ptaki nadal tańcują na trawniku, zbulwersowane lekko jeże wyłażą ze swoich liściastych skryjówek. Może i zmrok, ale jak to kurcze teraz rozkminić… czy noc to już, czy jednak nie noc? A może północek, tudzież, na dwojebabekwróżek?

Czas na łóżko, czy nie?

Ludziszcza się cieszą z upałów. Mięta pomarańczowa focha zaś rzuca, bo mimo jej całej pomarańczowości, to jednak kurde wcale jej to nie odpowiada. Cóż, widać nie każdy cytrynowy lubi gorące klimaty, czy coś? Jeżeli chodzi o mnie, to liczę na to, że za kilka dni znowu powrócą moje chłodniejsze aury. I deszczowe i ogólnie mówiąc nie tak parzydełkowate.

IMG_6985

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wątpiąca Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Smok Nieogrodowy…

„W tym sezonie Smoki Ogrodowe nadmiernie się rozpładniają, ale podobno to dobrze, bo są przydatne.

Chodzą sobie i tymi ustnymi miotaczami ognia palą chwasty. Ciągną za sobą człowieka, bo wiecie trzeba te priorytety mieć, niewolnik dobra sprawa, a na dodatek pozory trzeba zachować dla tych, co na Wyspie są ino od czasu do czasu. Smoki nie pozwalają sobą ot tak po prostu zarządzać, oj nie. Może i są miniaturowe i podpisały umowę na wypożyczanie wszelakich ludzi z Panią Wyspy… szczególnie teraz, gdy tak milusio jest z żarze lata palić chwaściki na betonie, uparta zieleninka, kurcze, ale to lubią…

Może i wygląda to dziwnie, gdy baniasty smoczek ciągnie za sobą człowieka, a ten wielki pojemnik z podgryzką dla zwierzaczka, ale co tam. Przecież kto uwierzy, że to nie jest ino człowiek wypalający pojedyncze mleczyki wystające spomiędzy chodnikowych płyt i załamań asfaltu? Może i dla wielu to alien po prostu, który seryjnie nie do końca rozumie, że natura zawsze da radę… może? Bynajmniej Wam mogę powiedzieć, że to Smoki Ogrodowe. Plenią się owe dziwne, zmienne i różnorodne, nosz każdy inny, niepodobny do rodzica ni do jaja… Rosną całą wiosnę i wczesnym latem gotowe są, by mieć zwierzątko. Znaczy się wiecie, człowieka. Bo przecież jak inaczej wychować młodzież, co nie? Zwierzątko, opieka i praca. Uczą się i bawią.

Wyprowadzając swoich ludzi i przy okazji zajmując się zabawą… są niesamowite. Takie cudowne, milusie, jedyna w swoim rodzaju… oczywiście jeśli tylko je zauważysz. Jeśli tylko pozwolisz sobie nie myśleć o wszechpanowaniu człowieka nad wszystkimi i wszystkim, ale czy i sobą samym?

Oczywiście w ogródku Wiedźmy Wrony Pożartej było inaczej. Bo przecież!!! Ona to nie umie się przystosować, no za nic!!! Zresztą, ktoś musiał przecież pilnować Wrót Wszelakiej Piekielności. Nie żeby nikt stamtąd nie wyłaził, oj nie, przecież jako niekwestionowane Dziecię Szatana musiała się kontaktować z Tatusiem… wątpliwym może, ale jednak wskazanym przez Matkę… Raczej, by nikt tam nie właził. Potwory muszą po prostu trzymać się diety!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2686 (2)

Z cyklu przeczytane: „Pamiętnik Zuzy-Łobuzy. Inwazja królików” – … ekhm! Oj wiem, że dla dzieci, no ale sami posłuchajcie: „Nazywam się Genowefa Kupczy (…) Ponieważ jeszcze tego nie wiecie, uprzedzam was, że każdy, kto sobie żaruje z mojego nazwiska, umrze długą, bolesną śmiercią.”

Taaak… wiecie, że greckie wino smakuje jakby dzik nasikał na choinkę? Bo ja nie wiedziałam. No i, że najlepszym sposobem na chłopaków jest prcyhanie, gdy jest się w czwartej klasie, ma braci bliźniaków i nieruchawego żółwia. I mamę i tatę i przyjaciółkę oczywiście. I sąsiadów… dziwnych sąsiadów i oczywiście marzenia. Bo przecież one są takie ważne. I problemy…

Już dawno nie jestem w wieku Zuzi, ale ubrechtałam się strasznie. Z tych rysunków niepewnych, szaleństwa i naturalności. Z owej normalności dziecięcego świata. Ot zwyczajności. I chociaż jej rodzice mają domek w Danii, co jest obciachem – a nam zdaje się rajem – to jednak Zuzia jest zwyczajną dziewczynką. I wiecie co… chyba za taką zwyczajnością tęskniłam! Książeczka po prostu rozczula mą stareńką duszę. Owym prześlicznym wydaniem, tymi zdaniami prostymi, światem, w którym małe potknięcie jest tragedią, a dorośli to zło. Naprawdę… jeśli nie dla dziecka, może kupcie dla siebie? By przez wakacje znowu poczuć się… młodziej!

IMG_9502

Pochmurność…

Niby parność, a oszukańcza taka. Od czasu do czasu człowieka podwieje tak, że sprawdz szybko czy ma na sobie gacie, bo czuje się bez… Nie wiem co jest w tej parnej pogodzie, ale dychać się nie chce. A już dwa dychy to wyczyn monstrualny!!! A wszystko to bez słonka. Może rzeczywiście i będzie w końcu lato, ale wiecie, jeżeli chodzi o mnie, to może i być zima. Jakiś lodowiec, albo i trzy? Czemu nie? One takie śliczne są i zimniutkie. Czujecie jakie drinki by były intrygująco niesamowite? Ino parasoleczkę dorzucacie i proszę Hawaje, aaaaa nie do końca!!! Niestety my nie Titanic, więc wiecie trza się smakiem obejść. Nie żeby nie było co pić na Wyspie. Wiadomo, w sklepach co jest to jest, ale po domowych zapleczach Wam powiem… cuda!!! Tutaj pędzą coś po barokowemu, tam idą w średniowiecza. Nalewki i piwka, napiwki i zalewajki, ogólnie mówiąc bimber pewno też jest, ale sama na niego jeszcze nie trafiłam. Do tego wszelakie wódeczki i spirytualia mocniej uduchowione, a tutaj, pomiędzy sennepem i rapsoliem, znaczy musztarda i rzepak, stoją sobie piwka. Bo przecież wszystko można. Esz człowiek pamięta te piwa na patyczkach. Widzieliście jak se chmiel rośnie? Asz to jest baja. Mogę nie lubić, wymiotować od zapachu podobnie jak od kawy, ale urokliwości roślince nie można odmówić. Usz na Wyspie wiecie, nie da się hodować chmielu. No za wietrznie jest! A po zawietrznej też wietrznie, więc nie ma mocnych, ino te figi i winorośla i blobery obecnie… ale pamiętam owe pnące się w niebiesia tyczki i te zielonkawości przygaszone się pnące tam niczym alieny pragnące powrócić do domu… ET PHONE HOME!!!

He he he!!! Oj inaczej z tytoniem bywało. Kurcze chmiel chmielem, ale te domki oplecione tytoniowym liściowiem wyglądały magicznie. Jakby nagle wszystko po prostu zmieniło się w szuwarkowo-bagienną wioskę. Szeleszczącą miejscami, a jednak niestraszną ludziom. Dziwnie kostropatą może, ale jakże pięknie komplementującą owe błękitności i biele chatek. I te rysuneczki wokół odrzwi i okiennic i owe cudne, drewniane, okiennice same, takie koronkowe…

… stara jestem?

Nie wiem, ale te współczesne pola pełne owej maciupeńkiej zbożowatości trochę mnie przerażają. Dla porównania mamy na Melstedgaardowym polu wysadzone stare plony, stare ziarna. Pełne i maków i bławatków i rumianków i kąkoli. Takie wyższe, takie specyficzne, koszone oczywiście kosą. Bo przecież… dla Wyspy to pradawność. Może i ja jestem pradawna bardziej, niż się mi zdaje, bo pamiętam wujka normalnie bawiącego się z kosą. Pamiętam snopki, które wiązało się ręcznie, sianokosy, wspólnoty, dziwne pary znikające za zbożowym kopcem… dziecię nie wiedziało co tam zachodzi, wtedy w końcu dziecko było ino dzieckiem i tyle…

IMG_6931

Ptaszydłowić się…

Do dziadków zjechały się wnuczki. Znaczy wiecie, przyznaję, iż wolę mieszkać w spokojnej dzielnicy, gdzie większość raczej starsza, gdzie cisza się liczy i tak dalej, ale… ale mamy już przecież wakacje. U nas zaczynają się trochę wcześniej i o wiele wcześniej się kończą. I oczywiście maluchy się zjeżdżają. Od razu dźwięki w świecie ulegają zmianie. Nie żeby aż bardzo źle, nie o to chodzi, ale o młode ptaki… bo to ich pierwszy raz. Nagle w nadmiarze widzą niskich ludziowatych i nie mogą się napatrzyć. Pewno, że rodzice im powiedzieli z czym to się je, a raczej jak to się obsrywa, ale jednak. Teraz widzą po raz pierwszy i głosami je naśladują. Ale mojej nowej wronie Wrzaskunie nie niskie ludziny na głowie, oj nie, ona postanowiła chyba zostać kurą, albo wróblem, no nie wiem. Pisałam już, że odgłosy wydaje kaczące bardziej, niż wronie. A nawet i dusząco-nadgorliwiujące? Czy coś… Bynajmniej teraz Wrzaskuna dodaje do swojego repertuaru wokalnego i ruch sceniczn. Aż nadzwyczajnie sceniczny, no muszę małpę nagrać!!! Wygląda jak kura. Ale serio chodzi i dziobie i nie ucieka, a potem dupskiem w trawnik i się czochra… ale to jeszcze nic, po chwili zmienia się w psa i to raz na brzuch raz na plecki, a potem znowu i od nowa. Jakoś skrzydła jej nie przeszkadzają, pazurami macha w przestrzeni.

No ja już nie wiem? Ptasie GMO?

Przechadzam się ścieżkami, po bokach których jeszcze nieścięte, wysokie trawiszcza. Żesz jakie one piękne, jakie różnorodne!!! Zaglądaliście ostatnio w trawiaste krzaki? Nosz jakie cudne końcóweczki mają pędzelkowe, różnorodnie różniste takie. Nawet fioletowe, nawet rdzwe i czerwonawe. Takie pędzelkowe, pierzaste i zmienne. A jak je potrząśniesz… oj pewno i klezcze spadają, ale ważniejsze sa te ziarenka. Jakie to wszystko pierwotne, jakie piękne. Nie do odmalowania!!! Zmienne i cudownie różnorodne. I jeszcze nieprzycięte dla Turyścizny. I jeszcze wolne i falujące i takie malowniczo tulące do siebie naprawdę  wszystkich… A tak, za chwilę przyjadą ci z kosiarkami i będzie po wszystkiemu. Będzie wygodniej, ale jednak mniej czegoś, jakoś tak na chwilę sztuczniej, bo przecież wszystko odrośnie, bo przecież to natura. Ale są jeszcze Smoczykarze. Dziwni męscy osobnicy z butlami z gazem, plujący ogniem. Dziwnie zamyśleni, stojący przy chodnikach, przy owych załamaniach betonu, smoły, czy czego tam użyto do utwardzenia powierzchni. Stoją tak i plują ogniem, niczym ja w PMSie LOL Albo i gorzej. No stoją i trzymają tę rączkę i plują ogniem, a pod ogniem roślinki się uginają i zmieniają w popiołek środowy… a potem wyrastają z nich jescze większe roślinki!!! I ALLELUJA!!! Dlatego serio tego nie rozumiem. Nie lepiej przyklęknąć i po prostu wyczyścić powierzchnie? Tak zwyczajnie, po pierwotnemu zagłębić w ziemi pazury, czy haczkę?

IMG_9562 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smok Nieogrodowy… została wyłączona