Pan Tealight i Mokradełko…

„Małe, słodkie, zieloniuśkie. Mokradełko. Zwyczajność w wiosennym lesie, ale jednak… Zachwycająca. W każdym Mokradełku leży sobie Utopidełko i się moczy. Za nic ma przymrozki, czy wszelakie zimne wiatry, leżą sobie gołe takie, każde w swoim i wiecie, no i namakają. A jak już się namakną, to nie wyłażą, a namakają na zapas… w końcu lato idzie, susza się może zasuszyć, więc…

W znajomym Ojeblikowi – małej, uciętej główce Mokradełku, leżało Utopidełko bardzo takie malusie i milusie, miejscami owłosione, miejscami nie, lubiące truskawkowe czekoladki i truskawki w czekoladzie. Dlatego Pan Tealight często robił za jucznego muła i Utopidełko w Mokradełku z Ojeblikiem odwiedzał. I z czekoladkami oczywiście, ale wiecie, wracał już bez… szczególnie, jak kurcze ludzie się jakieś dziwne dookoła Białego Domostwa pętali, a z powodu wiosny cały dom dostawał kociego rozumu i ogólnie mówiąc nie baczył na obowiązki…

… dlatego lepiej było wyjść i Utopidełko nakarmić. W końcu toto przynajmniej nie gadało ino się moczyło. Czasem zabulgotało, czasem puściło bąka… a wiecie, że taki bąk spod wody to prawdziwie killer jest? Jak nie, to spróbujcie. Chociaż, może lepiej nie. Kto to wie, czy nie zabójczy taki specyfick. Mniejsza… Pan Tealight z Ojeblikiem nakarmiły w Mokradełku Utopidełko i powoli wracali do domu, gdy nagle…

… nic się nie stało. A miało. Wiecie, to jak z prognozowaniem pogody, a jednak, nic z tego. Chociaż może? Któż może być pewnym? Może jednak nie zauważyli? W końcu Przedwiecznemu to już wiecie za jedno, podobno widział wszystko, większość sam stworzył, ale Ojeblik… Widzicie, ona miała inne plany. I była bardzo, ale to bardzo zawiedziona tym faktem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7569 (2)

Z cyklu przeczytane: „Nadchodzi ogień” – … oj bo tak myślałam. No myślałam, że to będzie straszna kicha i tyle… ale się okazało nie być kichą!!!

Wprost przeciwnie!

Dobra książka! Co się na nią składa? Cokolwiek to jest, nie jest tym znane nazwisko niepisarza na okładce. Dlatego nie miałam jakichś dobrych przeczuć co do tego tomu. I choć darzę specjalną estymą Archiwum X, to jednak… nie. No nie mogłam się przekonać, czaiłam się i nie kupowałam, aż w końcu… no dobra! I nie żałuję!!! Oj nie, bo opowieść jest intrygująca. I chociaż chciałoby się więcej, to jednak chyba się nie da mieć i napięcia i więcej stron, wyjaśnień, opowieści.

Oto macie bohaterów, ona i on, przyjaciele i świat dookoła nich, który w każdej chwili może runąć. Przecież nie zdajemy sobie, my śmiertelni, sprawy z tego jak bardzo niektóre kraje balansują na krawędzi wojny. A co, jeżeli ktoś naciśnie mityczny guzik? Tylko co do tego mają dziwne ataki u młodych na świecie? Jak to powiązać? I zwierzęta? Czy uwierzyć w magię, czy jednak oddać ich zakładom zamkniętym?

Z jednej strony intrygująca, z drugiej dziwnie mityczne. Wydaje się, że wszystko jest jasne, oczywiste, z drugiej, na każdym kroku czai się tajemnica. Czy jedna kobieta, wątpiąca, może sobie z tym poradzić?

Wciągająca opowieść, ale jednak trochę za krótka. Szkoda, że tak wiele zostało opisane tak marginalnie. Szkoda, że nie poświęcono większej uwagi mitom i magii… szkoda, a jednak i tak dobra opowieść. I tylko to zakończenie, tak nie do końca, ale i tak jest w tym potencjał na niezły film. Może odcinek Archiwum X?

IMG_1966 (3)

Trochę nowości!!! Bo wiecie, wiosna w końcu…

IMG_6742

Słonko…

W oddali znowu jakieś perwerty coś wycinają, no sorry, ale nie rozumiem po kiego ciąć coś, co wyżej nie urośnie. A niech se rośnie! Dosadzajmy! Nie ścinajmy! No przecież tlen sie sam ludzie nie zrobi!!! Ale… nikt mnie nie słucha. Idę znajomą droga i jej nie poznaję. Wkurza mnie brak znajomych pni i gałęzi, zaglądam w zdjęcia i widzę je ponownie. Czy można porównać tęsknotę za pniem do tęsknoty za człowiekiem? Pewno niewielu to rozumie. Można…

Ścieżki wczesnowiosenne zaczynają się kwiecić. Tu zawilce, tam przylaszczki, tam coś na kształt chwastu, a tam znowu te niebieskie takie, co kompletnie nie wiem jak się zwą… piękne wszystko. Krzak wielki, pachnący pokrzywą z różowymi kwiatkami wiszącymi, no cuda wianki i ptaki oczywiście. Schylasz się, by sfocić coś tam, kwiatka jakiegoś pewnikiem, dziwnie połamany, bo od dwóch godzin leżałeś w krzakach, by dobrze uchwycić te cholerne krokusy… a tu kot. Skurczybyk jeden dobrze się zakamuflował. Wielka i włochata bestia, co to bardziej przypomina rysia, niż mruczka, wyłania się zza przechylonego drzewka, z udeptanej pod siebie hałdy liści, fuka na mnie i umyka, ale nie daleko… Dobrze wie, że to jego grunt, a ten wkurwiający człowiek połazi, poszeleści trochę i sobie pójdzie. A wygrzane miejsce wciąż tutaj będzie…

Uciekam, kot wraca na swoje miejsce, sprawdzam, czy w coś nie wdepnęłam i zachwycam się. Nie, nie gówienkiem, na szczęście sie obeszło smakiem, ale ową dolną zielenią i środkową bursztynowościa lasu… górą błękitem. No po prostu niesamowitym klejnotem… w świecie, w którym jeszcze na drzewach liści nie ma to zapiera dech w piersiach. Czy gdzie się ów dech ma, no wiecie… Bo to coś więcej, niż piękno. Górą czysty błękit, który przecinają pączkujące gałązki w różnych barwach potem rdzawości i bursztynowości wciąż jeszcze trzymających się gałęzi listków, a w dole strumień/rzeczka, błękitno-niebieska, kobaltowa miejscami, gdzie niegdzie odbijająca coś, czego nie ma, a na brzegach ta zieleń czosnkowa… soczysta i mocna.

Zaskakująca zieleń, utęskniona mocno.

IMG_2457 (2)

A na plaży piasek i ten cholerny błękit. Tak bardzo mocny, niesamowity, tak pewno właściwy dla klimatu określanego jako… cieplejszy. Tak trudno w niego uwierzyć. Tak trudno się nie zapatrzeć. Tak trudno… żyć bez niego. Nie widzieć, nie wracać, nie słyszeć fal, nie bawić się kamieniami, nie stąpać w piasku.

Tak trudno.

Nie znaleźć kolejnego kwiatkach w przesuszonej trawie. I zakochać się w oczekiwaniu na coś innego. Bo chociaż przydarza się to co roku, to jednak już zwątpiłeś, że znowu będzie to możliwe. Że znowu będzie i jaśniej i cieplej i zieleniej. Że zmienią się kolory, zapachy, nastroje wszechświatów. Że znowu… Ludzie mijają się z tymi dziwnymi uśmiechami. Wypełzają ze swoich chatek, zrzucają skorupy, a niektórzy wskakują do wody. Pośród śladów na piasku znajdziesz różniste obuwia, ale i bose stopy, ptasie pazury, kocie i psie łapy. Nagle słyszysz szczeknięcie i plusk, potem kolejny, wiekszy. Psiak płynie, skąpany w tej całej niebieskości i dopada patyczka. Potem znowu i znowu i znowu. W końcu jemu raczej nie jest zimno.

A Tobie?

Siedząc na piasku, na nagrzanych kamieniach, na owych tworach przeszłości, gładzonych wszelaka atmosferycznością, patrzysz na statki na cichej niefalistości. Na owej gęstej, kobaltowej toni. Jak to wszystko działa… zastanawiasz się nie wiadomo po raz który, wątpiąc w fizykę i chemię i Bóstwo Wszelkiej Wyporności. Może tak naprawdę to nie woda, a zbiór mocnej niebieskości? Włazisz i cię nasącza, koloruje tak, że zaczynasz przypominać Pikta. Wsadzasz palec i malujesz sobie wzorki, nabierasz jej w garść, wlewasz do pojemniczków i… kolor nika. Wlewasz w siebie, wcierasz i zostaje w tobie na zawsze. Pozwoli Ci juz zawsze za nią tęsknić.

Bo gdy raz nasączysz się Wyspą, to umarł w butach. A wszystko wina słonka? Ale przecież błękit nie znika, gdy zamykam oczy. Włazi mi w sny, kąpie się w moich myślach, naznacza sobą każdy mój krok, każdy ruch, każdą… fantazję.

IMG_7269 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mokradełko… została wyłączona

Pan Tealight i Kolejne Zwiastowanie…

„Wiedźma Wrona Pożarta oglądała Dogmę, więc… facet w kiecce w koroneczki, wysoki może, ale dziwnie babski w urodzie i pierzący się wszędzie kurzymi piórkami nie zrobił na niej wrażenia. Zbytniego. Chciała poprosić kubełek pikantnych z KFC, ale uznała, że może to niezbyt dobry żart.

– Chciałem omówić warunki zapłodnienia!

– Własnego? Obojnak?

Spojrzał na nią dziwnie.

Chciała dodać, że może mieć nieobopólną końcówkę, ale wyglądał tak poważnie, że… poczuła, iż znowu jest rasistką, seksistką, no i czym tam jeszcze, ksenofobiczką? Ale nic to. W końcu anioła nikt nie oskarzy o bezprawne wtargnięcie. Czujecie taką sprawę w sądzie? Albo nakaz zbliżania się dla aniołów? Gdzie tam! To nie przejdzie. Nigdy? Dlatego postanowiła się nie odzywać i dalej wpierdalac czekoladki, oczywiście się nie dzieląc. Bo przecież, czyż nie byłoby to kuszenie, na pewno seksualne, w końcu to afrodyzjaki… anielskiego posłańca?

– Promocję mamy.

Kusił, a i tak wciąż nie była zainteresowana. Za to zaczęła się zastanawiać nad odwróceniem tej sytuacji. Nad kobietą zwiastującą facetowi, że będzie ojcem. Że już zaraz, już teraz, on ją dotknie mieczykiem, oba porodzi i on się będzie musiał zajmować. Usz… od razu to trąci przymusem, gwałtem nawet, ale w przypadku kobiety zwą to kurwa DAREM? Are you ficking kidding me?

Zdenerwowała się Wiedźma Wrona Pożarta, choć feministką nie jest.

Na obiad Chowaniec i jej Misisynek mieli rosół.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2756

Z cyklu przeczytane: „I stał się cud” – … ona i on. Bo przecież tak się zaczynają wszystkie historie. Małe miasteczko i połączone losy, a na dodatek skąpane w słodkiej, lekkiej paranormalności. A może tylko wierze?

Kto to dokładnie wie?

Ona wie, że kobieta, z którą przyszedł go zniszczy, a on chociaż ostrzeżony… nie wierzy. Czy sprawdzi? Czy zaufa dziwnej kobiecie ze sklepu? Jak zaufać… przywidzeniom? Paplaniu durnej baby? Uwierzyć w nowe, odrzucić stare?

Przewidywalna obyczajówka, dla miłośników słodyczy wszelakiej. Wiecie, moc dialogów, garść gadania do siebie i zero opisów. Nie rozumiem, dlaczego to są opowieści ze Smoky Mountains, jeżeli owych gór tam całkiem niewiele. Za to są ludzie… ludzie z przeszłością i ci z przyszłością, wszelako sie znający i wpadający w znający się pojemniczek małomiasteczkowości, nowi. Zwyczajność znaczy się. On nie kocha i jest całkiem nieprzekonany, a ona wierzy w wizje.

Dla wielbicieli gatunku.

IMG_1652

To tak… poświątecznie na Wyspie troszkę ciszej. Ino do maja, ale co tam, korzystajmy. Las powoli rozkwita, wszystko się zieleni, a aromat gówienka napolnego bardziej… eee świadomy. Wiadomo: ekologia. Tudzież inaczej zwana codziennością z czasów mej… ekhm miłości. No wiecie. Czasy się zmieniły. Czy jakoś tam…

Weekend świąteczny był i przeminął. Wszystko się przebudziło na chwilę, a teraz, po tym lekkim zachłysnięciu się zmiennością i przemijaniem, sezonowością, powtarzalnością i tak dalej… ale nic to. chwila chwilą, Turyścizna wróci już na stałe kilka miesięcy w maju, a na razie czas na cudowne krokusy, które wciąż wyłażą dzikusowato, wszelkie dzwonki w lesie, przylaszczki… po prostu bajka!!! Cały dół lasów zaczyna kwitnąć. Plenią się małe zielonkawości i kwietności. Jakby tutaj, wciąż wszystko było dzikie. Poddane wyłącznie naturze, olewające wymyślone, ludzkie prawa… Szczególnie teraz, po dwóch mokrych nocach i szarych dniach, jakoś tak to wystrzeli. Nie tylko przylaszczki, które zdają się być wstępem do wszystkiego z tą swoją kobaltową, ultramarynową niebieskością, ale i cała reszta kwiatów. Fiołki też podniosły już łebki przekrzykując się zapachami z żonkilami, a do tego winogronka… kurcze, jak oficjalnie zwą się winogronka? No i oczywiście czosnek… ekhm, dość specyficzne złożenie aromatów!

Nie mogę wytrzymać w czterech ścianach, chociaż kocham naszą Chatkę. Coś mnie woła, coś goni, coś nakazuje założyć bluzę i iść, gdziekolwiek. Pomacać to i pomacać tamto, dotknąć, sztachnąć się i wyczołgać w szafranach… W tej całej niewinności i wszelakim niepamiętaniu. Bogatej wspomnieniowości i intuicyjności, ale i dziwacznym przemądrzałym, młodocianym marudzeniu, że przecież, ja już wiem wszystko, niczego się uczyć nie mogę, przecież wiem, może i wszystko jest dla mnie nowością, ale… przecież jestem młody, więc…

Co wiosnę to samo!

Ponowne uczenie się początków, pierwsze kroki, pąki i liście, te wilgotne miejsca na gałązkach, które obiecują… przyszłość. Tak fajnie się im można poddać. Tak miło, gdy wszystko jest znowu początkiem, gdy wciąż ma się szansę, drugą, trzecią… piętnastą nawet. Bo dlaczego nie? Przecież świat kończy się co wieczór i zaczyna co poranek. Można wszystko odmienić… można zapomnieć o tej całej pogoni i zwyczjanie narwać sobie czosnku w lesie i dołożyć do serka. Może nie przed jakimś spotkaniem z żywymi, ale z wampirami – na pewno zadziała. Zresztą, jak zobaczycie ile kosztuje wiązka tych chwastów w Kopenhadze, oczywiście zrywanych u nas, to od razu się Wam zachce czosnku. Taki to nagle luksus z wieloma zerami…

IMG_2761

Remonty.

Dzieją się i tutaj.

Wiadomo, sprawy się mieszają, sprawy się kompletnie komplikuja, a na dodatek dziury w drodze. Dwie postanowiły zamieszkać pod moją Chatka, ale jakoś tak wiecie, no psuły widoczek, dodatkowo nie płaciły czynszu i ogólnie kłótliwe były, więc Chatka wniosła o ich usunięcie. Wyspa zdecydowała o przeniesieniu, ale wiecie, no jakoś tak nie do końca się dogadały, dziury zdecydowały się na zalanie i botoks, oraz częściowe umoralnienie, znaczy tam naprostowanie, więc…

Zaczęło się.

Przyjechali w okolicach siódmej rano. Bezczelność dla kogoś, kto pracuje w domu i nocki zarywa, całkowita znieczulica, Wam powiem! Odziani w wyprasowane ciuszki, oczywiście… wiedzieli co mają robić, bo kilka dni wcześniej, wszelako potajemnie, może i nocą, może ukradkowo zaglądając mi w okna… ktoś pomalował nam asfalt w dziwne, niecałe takie prostokąciki. Jakby kurcze ktoś wolał się upewnić, że dobrze wcelują. Jakby dziur nie było widać tak normalnie? No wiecie, na pierwszy rzut oka, tudzież opony może? Namacalnie? Organoleptycznie?!!!

Przyjechali i oczywiście wzięli się do roboty. Przez dwie godziny walili, piłowali i musztrowali nawierzchnię. Gdy skończyli, moim podbitym, zaspanym i umęczonym oczetom ukazały się ogrodzone pomarańczowymi pachołkami, blimkającymi światełkami, większe dziury. Ja naprawdę nie rozumiem tego świata! I co? To jak te plomby starodawne? Zostawili fleczery w nich zatrute, czy co? Dlaczego nikt dziur nie zakleił? Rozumiem, że tu na Wyspie raz malują, potem zatykają, potem sprawdzają, a potem przychodzi ktoś pogłaskać, pojmuję rozdział pracy i płacę dla każdego, ale kurde, jak wjechać do carporta?

No nic… dziś znowu szaleli od rana… SNU!!!

IMG_0808

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kolejne Zwiastowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Księżniczka z wielką…

„Cały problem był w modzie. No wiecie, to to coś straszne, co wlecze się za człowiekiem jak ten smród przysłowiowy i po prostu wkurza. Niby go czujesz, niby powinieneś się przyzywczaić, a nic z tego. Nos wciąż ci przypomina, oczy łzawią, skóra piecze… bynajmniej ona istniała. Księżniczka z Wielką i nie chodziło o to, że z Wielką pochodziła, znaczy wiochy takiej, oj nie, widzicie, ona miała po prostu obszerną…

A czy to jej wina, że na nim usiadła?

Księciunio w mordę jeża!!! Mikry wypierdek z Niewiadomojakiejkrainy. Jak można być tak niewielkiem, chudym i do tego jeszcze… oślizgłym? No i zwinnym kurcze! Wdrapał się do wieży, spała w sukni, bo chłodno było, przysiadł na zydelku, może i zasnął… ona go nie zauważyła. Obudziła się na koński rwetest pod okienkiem, i gdy tylko załomotali w drzwi, przysiadła na zydelku z wrażenia, no niczego nie zauważyła. Niczego… wzuła buciki, tak po prostu i zbiegła za nimi. W końcu wolna. Zauważyła konia, zamieszanie, ludzi szukających księcia. Ale… tak była zafascynowana niebem, blaskiem, wszelką zielenią, zapachami, nawet nie wiedziała, że wiosna zaszła już tak daleko w swoich zachowaniach. Niczego nie wiedziała, nie widziała. Nie mogła sie odnaleźć w tym nowym ciele, przytyła, zapadła się w sobie, dziwne, że w ogóle ktoś chciał ją wyzwolić po tylu latach. Tylko, gdzie on był? Gdzie?

Najpierw psy ją obszczekiwały, dziwnie od tyłu, a potem jedna z jej dwórek, które nagle się skądś wykluły… młode, szczupłe i dziwnie różowo-brzoskwiniowe stworzenia, wkurwiające smarkule, zemdlała. Znaczy pisnęła najpierw, krzyknęła, wzburzyła chmury i jakoś tak, widzicie, no padła… To wtedy, gdy spojrzała przez ramię, zauważyła różowo0błękitne buciki na długich, szczupłych łydkach, wystawjące jej ze spódnicy… w tamtym miejscu. Zaśmiała się dziwnie, przypominając sobie to powiedzenie: daj dupci pięć groszy, to ci puści… zaśmiała się krótko. A potem się rozpłakała, gdy wbrew wszelkim zasadom dworskiej etykiety, zaczęli jej wyciągać go z…

I to przed ślubem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0918 (2)

Z cyklu przeczytane: „Źródło” – … drugi tom dylogii, czyli zakończenie? A może jednak będzie coś więcej? W końcu kroją się wiedźmy z wróżkami i pierun wie, kto tam jeszcze! No możnaby… ale czy się wyda? Trzeci tom dostępny w formie ebooka, autor oczywiście wyprodukował więcej, ale…

Takie to miłe czytadło, bardziej obyczajowe wiedźmowe, niż magia akcji, ale wiecie, czasem trzeba. Oto i ona, co nie miała mocy, a teraz ją ma. W ciąży, zakochana, poszukująca siostry… pod opieka rodziny i niesamowitej Matki lekko wyklętej… oto i one – wszelakie moce, które nie wiedzą, jak radzić sobie z nią samą i oto… rodzina. Moc tak naprawdę najwyższa i jedyna. I oczywiście oto jest miasto, ale i światy, których nie możecie odnaleźć na mapie. I jeszcze oczywiście ona – granica, bariera, obietnica…

Miłe czytadło z bardzo, nadmiernie, przerażająco naiwną, niedopracowaną główną bohaterką, która wciąż wpada w te same pułapki. Einstein by się uśmiał. Niby ma moc, a jednak nic się nie zmieniło. Niby jest w ciąży, a jakoś kompletnie o tym zapomina. Niby go kocha, a wciąż wątpi… niby wierzy, a jednak jest na tyle głupia, by jakoś tak się wciąż łudzić… Na szczęście można czasem o niej zapomnieć i pozwolić się porwać jedynej wartej zainteresowania, cudownej i pełnej mocy damie… oczywiście mowa o niej, pięknej i przekornie wrednej miejscami, pełnej miłości, ale nie mówcie, że o tym wiem, Matce Jilo. Oj, o ileż bardziej pasjonująca byłaby ta historia czerpiąc wyłącznie z tych, którzy są… DOROŚLI!!! I gdyby ktoś się przyłożył, bo tych malutkich, pasjonujących a nieopisanych wątków jest tak wiele!!!

Dla lekko podrośniętych wielbicielek Sabriny nastoletniej czarownicy! Co? Też uwielbiałam ten serial. Ale ze względu na Salema i ciotki!!!

IMG_1965 (3)

Wychodzi człowiek na spacer, a tam krokusy…

Śledzą mnie, lezą za mną, gdy się odwracam, widzę jak się jeszcze poruszają, chociaż niby siedzą w ziemi. Sa tutaj na leśnej ścieżce i na tej biegnącej do małego, białego domku przy rzeczce… Niczym jakieś grzybki halucynogenne zdają się mnie ku sobie przyciągać. To one… fioletowe, purpurowe, niebieskie prawe, z ciemniejszymi żyłkami, żarzącymi się, pomarańczowo, miejscami nawet ceglasto lekko, czubeczkami-środeczkami… One… przekleństwo mego życia – KROKUSY!!!

Oczywiście, że piękne, że zaskakujące, że jakoś takoś niesamowicie się rozwinęły, niczym dywan na mojej ścieżce, piękne, wstrząsające swym nagłym się pojawieniem, a jednak… strach wzbudzające. I dlaczego? Czyżby niegdyś krokusowy potwór zabrał mi ukochanego misia? A może gorzej? Dwa misie? Bo gdy patrzę na ten dywan, tylko miejscami, niczym cerami, majaczący bielą nielicznych białych pąków… coś jest we mnie nie tak. Ale i tak padam na kolana o pstrykam. Migawka trzaska z dziwnie niegrzecznym łoskotem, grzesznie mącącym ciszę i ptasie trele, za mną szumi rzeczka, na kolanach już pojawiają się mokre plamy, jak nic znowu trzeba będzie gacie zmieniać, ale tak to jest, jak focisz na leżąco… Co jest takiego w krokusach, że trwają tak naprawdę tylko chwilę. Nie może być za mroźnie, ni za ciepło, bo inaczej… umierają. Może to i sprawka słońca, zazdrosnego o te ich pręciki i pyłki?

Wspinają się całą armią na skarpę pod białym domem, nie bacząc na urokliwość miejsca, mają jakieś rozkazy… ale, czy zdążą? Może czas im się skończy? Może zacznie padać, a Wyspie znudzi się to podglądanie i po prostu machnie na nie swym porannym oddechem, a one… zdechną. W końcu ona może wszystko, czyż nie? To chyba dlatego człowiek, siedząc na wzgórzu, na klifie, na skale, patrząc na te wciąż nagie drzewa, a jednak już rozpykające się pąki, forsycje i drzewa śliwy, na te białe… krzaki przyleśne… Nosz kurcze, jak co roku mieszam ich nazwy… tarnina? Czy czeremcha? A nie, jednak tarnina. I pachnie… kurcze, jak te krzaki pachną! Bo w końcu tym jest wiosna, zapachami i kwitnieniem. Ale kwitnieniem w tych kolorach wszelakiej niewinności, pastelach i cudownych, młodzieńczych bielach i różach…

Ale najważniejsza jest ta młodziutka zieleń… niewinna taka, jeszcze nie nadpsuta, wciąż pełna nadziei i dumna z tego, że wszystko wie. Wmówiono jej, że wszystko może… pomyłki i złamane nadzieje dopiero przed nią…

IMG_1245 (2)

Lotnisko…

A tak, mamy lotnisko, nad którym wcale się nie lata nisko, ale lata się oczywiście małymi samolotami. Lotnisko to oczywiście sprawa taka, jak w innych miejscach, czyli ma pasy i beton i oczywiście ogromną, ogrodzoną połać, ale… jak w niewielu miejscach jest też piaszczysta skarpa i woda. Wzlatujesz, wzlatujesz, właściwie malutko wzlatujesz, a już kurcze masz pod sobą ten wielki błękit. Co niepokojące, to to, że skarpa poddawana jest naturanej erozji. Fale biją i biją i walą, no i w końcu podgryzają skarpę raz z tej, raz z tamtej strony. Ostatnia zima ujawniła piękną pomnarńaczowo-ochrowo-żółtawą skałę. Niesamowitą, ostrą w barwie, z intrygującymi inkluzjami i żyłkami kwarcu. Coś pięknego i niepokojącego zarazem. Może woda odkryje kolejnego dinozaura?

Może niegdyś Wyspa zwyczajnie straci połowę siebie?

Jest w Wyspie coś, co przypomina wciąż i wciąż i wciąż o trzech sprawach: przemijaniu, śnieniu i zabawie. W dziwny sposób tutaj te trzy wymiar trwają obok siebie nie narzucając się sobie na wzajem, nie kłócąc się i nie kopiąc dołków. No chyba, że chodzi o jakieś sadzonki, wiecie, na wiosnę, to każdego jakoś korci, coby coś przysiać, sflancować, czy chociażby zasadzić. Przyznajcie, że Was też korci? No dalej… chociaż jedną doniczkę? Chociaż przesadzić roślinki na parapecie? Ja już uzewnętrzniłam swoją wiosenność, co kosztowało mnie zrujnowane paznokcie – ale co tam, odrosną – oraz oczywiście dwa worki ziemi. He he he!!! Ale co zrobić, jak w babie coś ogrodniczego śpiewa!? No co zrobić? A zresztą, po kiego się opierać atawistycznej potrzebie sprezentowanej nam przez neolitycznych przodków? Siej…

Wyspa się tylko ze mnie śmieje i wcale się Jej nie dziwię… Jak sobie pomyślę, jak my ludzie wyglądamy z boku, to sama się kielczę. Bo w końcu dla kogoś, kto żyje właściwie od zawsze, ludzie, wciąż myślący, że są tacy wyjątkowi i niepowtarzalni, to kpina po prostu i mocny kompleks boskości. Bo tak z boku patrząc, to są w nas tylko te same pragnienia i zwątpienia, te same błędy i wtopy… Jesteśmy naszymi rodzicami i dziadkami, chociaż tak bardzo się staramy… obiecaliśmy sobie w dziciństwie nie popełniać błędów starych i co? Nic z tego! Kanał!!!

Ale nic to… krokusy nadchodzą!!!

IMG_0397

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżniczka z wielką… została wyłączona

Pan Tealight i było tak…

„No serio tak było, przysięgam jak bum cyk cyk i wszelakie tam… patrzcie, nawet nie krzyżuję palców, ni nóg, czy innych kończyn i wcale, a wcale jelit, czy czegoś tam! Zresztą, nie czepiajmy się szczegółów, że nie mam, czy coś? No bez urazy! Promise!!! Tak było i nic tego nie zmieni. Nie chodzi nawet o to, że każdy może widzieć jedną sprawę z różnych stron, no wiecie, jak w tej przypowiesci o słoniu i trzech ślepcach, co go obrzydliwie molestują seksualnie łapiąc za to i tamto. Serio, kto pozwala na to, by białasy molestowali biednego zwierzaka?

Czy to jakieś nowe porządki, czy co? Bo widzicie, wcale się w tym nie potrafię odnaleźć… a jak się gubię, to wyzywają mnie od dziwadeł, rasistów, ksenonów, balonów i wirników, czy czego tam… hamujących cywilizację, lub coś w ten deseń. Nie dają czasu na przystosowanie, rażą w oczy i dziobią, a jednak przysięgam, że właśnie tak było. Nie inaczej, nie bardziej podłużnie, poprzecznie, czy też mniej kolorowo, tudzież bardziej zapachowo, a może…

… Armia Krokusów podeszła pod Białe Domostwo i zapowiedziała zmiany w zarządzie, oraz wszelkie przejęcie mienia!!! A ja, Ojeblik – mała ucięta główka, postanowiłam naprawdę wziąć to wszystko w swoije ręce. Znaczy metaforycznie, no niech Wam będzie, żeby nie było, że nie jestem dosłowna! Że też pełnoczłonkowi mają takie dziwne zacięcie ku dosłowności. A jak mówię, że śmierdzisz, to niby, że nic, że jesteś urażony, lub nawet gorzej? Że nie rozumiem, bo nie mam nawet szyi? I co z tego, wielkie mi osiągnięcie, mieć dupę!!!

Armia Krokusów natarła nocą. Musiały się podkraść wredne parazyty, gdy wszyscy spaliśmy… nie ma innego wytłumaczenia. Podkradły się ziemią, zakorzeniły i wypuściły owe swoje purpurowe kieliszki, fioletowe i wrzosowe i białe, jakby nie były do końca zdecydowane, a może jednak tylko były nieprzekonane, czy fiolet to dobry wybór? Kto je tam wie. One w końcu porozumiewają się pyłkowo. Piszą w powietrzu i musisz czytać na wdechu, inaczej się nie… jak kichniesz po ptokach. A oni co? Nic! Mówię Wam, nic kompletnie. Wiedźma Wrona Pożarta leży pośród nich i choć ją telepie, nie wierzy w siebie i zwyczajnie stara się je spamiętać, a Szary Długi, Pan Tealight się znaczy, usiadł nad rzeką i spokojnie żłopał swoją kawę głaszcząc Wilkołaczka. Ślepi i dziwnie rozleniwieni… wiedziałam, że od nich pomocy nie zdobędę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4741

Z cyklu przeczytane: „Nad rzeką marzeń” – … nowa autorka, ale nie nowe opowieści. Ot po prostu cos o ludziach i dla ludzi z lekką nutką duchowości. Może nawet i paranormalności. A może tylko z ową iskra człowieczeństwa, która nie boi się powiedzieć: „wiem”.

Oto one dwie. Jedna zaczyna tak naprawdę życie, druga uważa, że czas na zmianę i odpoczynek. Matka i córka oraz całkiem nowe miejsce. Bliskość ludzi i natury, mierzenie się ze starymi demonami i zwyczajną codziennościa. Grace i Margaret rozpoczynają nową przygodę. Tylko, czy im sie uda? I w ogóle dlaczego się na to zdecydowały?

Opowieść typowo obyczajowa. Sympatyczna, pełna owych „ciepłych” ludzi, ale i tajemnic, które wyłażą wtedy, gdy się ich najmniej spodziewamy. Lekko spisana, pełna dialogów, niestety nie skrząca się opisami przyrody, a przecież Smoky Mountains podobno sa piękne? Szkoda… Raczej dla wielbicielek happy endów i przewidywalnych treści. Kolejna opowieść o niby innych rejonach, a przecież wciąż takich samych ludziach.

IMG_6840

Mała Wyspa, pewno nudna…

Wielu tak myśli. Moim zdaniem smartfony i internety są nudne, ale wiecie, to w końcu moja opinia. Tej samej, która kilka dni temu odnalazła dziwne miejsca w owej nudnej dziczy. Jeszcze owe małe wodne zameczki to pikuś, serio, nawet te malownicze bagniska, owe kobaltowe oczka, które gdy okrążacie zmieniają barwę na prawie złotą, pikuś. Owe huby wielkie na prawie przepołowionych brzozach, a co tam, tudzież dziwne, barwne sznurków plecionki na płocie… baja, tyż nic. Trzciny i bazie, pałki wodne dmuchające maciupkimi samolocikami, które to albo mami cię i prowadzą w kałużę, albo też zwyczajnie się czepiają, licząc na darmową podwózkę. Nic to. Ni trele ptasie, ni krogulec na drzewie, siedzący tam przez wiele godzin, jakby kurcze policjanci go wynajęli, by im może auta zliczał, a może obsrywać miał co trzeci, albo lepiej, focił tych przekraczających prędkość i potem sam, na własnych skrzydłach zanosił im fotki… No nic to. Nawet te pączki i kwiecia zaskakujące, to też nic. Wrony, które tutaj, gdy głodne, a nic im się nie chce, urządzają sobie na twych dachówkach taniec w drewnianych sabotach… nic to. A może owe dziwne katakumby? Nie no, nie mówię o kamiennych grobowcach i ruinach, a o owych zaskakujących ziemnych niby bunkrach, które udało mi się odkryć ostatnio na południe od naszej twierdzy.

Takie wiecie, spore nasypy, ale widać, że ręką ludzką robione, no znaczy wiecie, maszynowo miałam na myśli. A w tym nasypie trzy drzwi… 1A, 2A, 3A. Macam je, opukuję, na szczęście nikt nie otwiera. Oj pewno, że są zamknięte od zewnątrz, że kłódki na nich wiszą całkiem nowe, ale wiecie co, jakoś tak czuję, iż tak naprawdę otwierają się od środka. I coś tam za nimi się rusza…

Ogólnie mówiąc, niczego nie można być pewnym. Przecież coś w tych bunkrach musi siedzieć. Może to jakieś fajne potwory? A może zapasy na zimę stulecia? Czy jednak ktoś, kogo naprawdę nie chcecie zobaczyć? Kurcze, tyle się w głowie kotłuje… może w rzeczywistości to dziwne wejścia do podziemnej kopalni? Wiecie, prawdziwej, krasnoludowej takiej, w której ino niscy, muskularni goście z brodami i kobiety też, bo w brodach podobno oni mają równouprawnienie, oczywiście z toporami i tak dalej, no i coś, tudzież, czegoś tam szukają… Kurcze, muszę tam kiedyś zajrzeć. Może ciemną nocą jakąś, gdy w drzwi innym łomocą, a ja bez snu i w dłoni mej wiecie, ta broń i staję u drzwi ichnich i łubuduuuuu!!!

IMG_0219

Wszystko na Wyspie to taka podstawa do bajki. Facet, który właśnie stanął mi nad łbem to jak nic smok. I to ten z tych cuchnących i kopcących… oj tak, Kopenhawka se zjechała na Wyspę. Wiecie, taka wersja duńska Warszawki. Głośni, wielce tam księciowie i księciopanny i jeszcze ich mateczki i tatusiowie. Wrzeszczące dzieciaki, dziwacznie milczące, gdy przechodzą, pary… wielość ludzi, mnogość, tłoczność… jakby nagle atakowali nas orkowie w wielce tam ometkowanych szatkach. Boję się. Serio… to tak jakby Hunowie najeżdżali, czy wiecie, rodzina na święta, taka całkiem niezapowiedziana i mocno skąpo chciana…

No nic tam, bunkry się skończyły, taplanie sie w błocku dookoła Hammershusa raczej jeszcze nie. Nie mam pojęcia po kiego oni przenoszą i budują od nowa te cał utensylia: muzeum, stoiska, kawiarnię i kibelki. Co? Złe były? Uwielbiałam je przecież. A te kibelki, nosz cudne i spore, można się było doprawdy skupić. Ale nie. lepiej rozpieprzyć i wydać czyjeśtam pieniądze. Ogólnie mówiąc, nie wybierajcie tej drogi, no chyba że serio musicie. Raczej mocno depresyjna…

Aaaa!!! W końcu krzaki zaczynają kwitnąć… dokładniej to cudowne mirabelki. Piękne te kwiatuszki, maluńkie i jeszcze całkiem pojedyncze, ale urzekają. Niczym śnieg. W końcu może słonko wali, ale jednak przecież całkiem zimny wiatr i havgus na horyzoncie, lekko mrozi dupki. Turyścizna nie może się zdecydować, czy zdjąć kurtkę, czy jednak nie rezygnować z rękawiczek? Tacy oni niezdecydowani i prawie każdy trzyma w łapach wielkiego loda. I udaje, że go zjada. Połowa nie sprosta temu zadaniu, ale przecież nadzieję trzeba mieć, co nie?

Wiosna…

Ciekawe co przyniesie?

Deszcz, czy jednak żar przedwczesny? Kwitnienie wszelakie, czy jednak wyłącznie kichania, anginy i wszelakie alergie? Kto tam może to wiedzieć? Kto przewidzi? Czy na scenie jest jakiś jasnowidz? A może kilku? Bo się chciałam przy okazji tez spytać o numery w totka duńskiego. No co, no? Maszynka stoi obok przetartej na czysto, szklanej wystawki ze świeżymi ciastkami i pieczywem, powiem wam, że to koszmarny wybór. Czy zadecydowac o swoim bogactwie, czy jednak ino zatopić się we wszelakiej słodkości? Ten aromat bułeczek, słodkie marcepanowe coś, budyniowe gnieciuchy, czy jednak mała karteczka z numerkami? Coś namacalnego…

… czy nadzieja?

IMG_4855 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i było tak… została wyłączona

Pan Tealight i Once Upon…

„Pan Once Upon A’Time był mężczyzną eleganckim, który nie przytrafiał się codziennie. Nie zdarzał się ot tak na zakręcie dróg, ale wymagał i odpowiedniego czasu i aury, a i jeszcze wrzasku ptaszydeł wszelakich, tudzież i mglistych zawirowań, Utopców zawodzenia i Diabłów tańcujących w obrębie owej opowieści. I trąb jerychońskich, czy bardziej przyziemnych, jakichś dzwonów, grzmotów i… No zwyczajnie, facet jak miał wejście, to miał je z całych sił i mocy przerobowych, a nie tylko ino takie, na jakie było stać jego sponsora… Wiedział, co oznacza pierwsze wrażenie.

Tylko nie do końca rozumiał dlaczego miał je robić teraz i tutaj. Dziwny kawałek ziemi, ni cywilizacji, ni hipermaketów. Owce łażą dookoła i ciżemki bobkami swoimi mu nękają. Żadnej infrastruktury ino lasy i pola, skały i duchy. Dziwnym zdaje się, że właśnie tutaj się przebudził. Na stojąco, jak zwykle odprasowany i pachnący odpowiednio, a dookoła niego świeżo zlane gnojówką pola kiełkującej cebuli… O zgrozo!!! O abnominacjo! O złamany przenajświętszy kutafonie!!!

Smród to smród, ale przed tym nie można było uciec!!! I na dodatek ona, siedzi mu u stóp, podobnie chyba zadziwiona jak on sam i się trzęsie. Kupka totalnego nieszczęścia z nadwagą szczególną w górnych częściach ciała… Nie wiadomo, preskoczyć toto, bo niskie, czy tez jednak rzucić ochłapem w nią? Z drugiej strony co, jesli zaprawdę to wiedźma i klątwą jakąś odrzuci? Pierun wie co z nią zrobić, albo i wie, czego nie robić? Nosz kurcze… gorzej już serio być nie mogło… Aaaaa, padać zaczyna i szlag trafi koafiurę!!! No dobra, nie prześcigajmy się świecie w okrucieństwach!

PEACE!!!

A przynajmniej zdałby się namiocik z centralnym ogrzewaniem i orzeszki w miodzie. I krakersy z serkiem, jak już się ma zająć ową nieszczęśnicą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1996

Z cyklu przeczytane: „Księga Nefasa” – … boska. Cudowna, odświeżająca podróż w objęcia średniowiecza. Może i trochę ono cuchnie, może i ciągle na obiad fasola, ale… cudowna!!!

Oto jest opowieść, którą mógłby napisać Gall Anonim, gdyby mu jaj starczyło, by powiedzieć prawdę. Wyobraźcie sobie wyrywki z kroniki, a pod nimi… prawdę. O tym, jak było za młodych czasów Bolesława zwanego zwykle Krzywoustym. Męża pragnącego władzy, siły i potęgi. Wielkości. Ale poznajcie też Nefasa. Tego, który pisze i skrywa tajemnice. Wybitnego męża, szpiega i kochanka kobiety, która jest definicją słowa: niesamowita. Naszego narratora. Tego, który przyznaje się do kłamstwa oraz czynu, który tak naprawdę zmienił historię…

Niesamowita, barwna, plastyczna… kurcze, tego sie ni da ooisać, pasjonująca historia. Z jednej strony powieść historyczna, z drugiej fantastyka, z trzeciej, magia i miłość. Przywołanie prawdy o pogaństwie Polski, o bóstwach i siłach targających tamtą częścią Europy, oraz tym, czego historia woli… nie cytować!!! Wstydliwe odkrycie grzeszków większych i mniejszych.

Pasjonujące.

Książka nie tylko ciekawa, ale przede wszystkim DOSKONALE NAPISANA!!! Polecam serdecznie i tym od historycznych powieści i tym, którzy kochają magię i lubią dobrze skonstruowanych bohaterów zawsze skrywających coś w zanadrzu.

IMG_1968 (2)

Wszyscy gotują i piorą i okna myją, czy co tam, a moja pogańska dusza bierze jajo i idzie do lasu, a co. W końcu bez przesady, u nas ten czas jest mało świąteczny. Poza sąsiadem, który na kilku krzaczkach powiesił sobie kolorowe piórka, taki wyspowy zwyczaj tego czasu, to jakoś takoś no nic poza tym. Może i gdzie niegdzie marcepanowe jajka… A właśnie, co jest takiego w marcepanie, że u nas to do wszystkiego go dodają? Wie ktoś, bo ja nadal nie rozwiązałam tego problemu. nie żebym sie jakoś mocno starała, ale jednak. Trochę to intrygujące. Co ciasto, to marcepan, marcepan w tubach, marcepan w batonach i marcepan… O co chodzi z tym marcepanem? Czy istnieje tutaj jakieś bóstwo, które nim trzeba przekupić i ja o nim nie wiem? A może zwierzę, które wydziela ów marcepan, miejmy nadzieję innym otworem i wiecie, jakoś należy sprokurowac owe nadwyżki? Pierun wie, ale każda odpowiedź mnie przeraża!!!

Piórka piórkami, Turyścizna zjechała. Od razu wiadomo, że prom z Sassnitz rozpoczął swoje kursowanie, bo jest ich masa i wykupują ser. W sklepach tłok taki, że aż człek się gubi między alejkami, a na dodatek chleb wychodzi. Nie no… co oni tacy żerci? Czy to owo świeże powietrze, czy też raczej nasze wiktuały? No nie wiem, co o tym myśleć. Z drugiej strony przeciez o to chodzi, by Wyspa w końcu cos zarobiła, czyż nie? Tylko dlaczego zwiększa się od razu ilość petów na chodniku? No weźcie no. To tak absurdalne, jak pieprzenie o świeżym powietrzu i ładowanie sie z papierosem do lasu. Mieliście tak kiedyś? Idziecie sobie lasem, omijacie wybieg dla piesków, bo wiadomo on zawsze pachnie odmiennie, a tutaj wali na was dymna chmura… oczywiście na dwóch nogach. Częściej męska, sporadyczniej żeńska, ale tak samo wkurwiająca, bo dajmy na to wzięliście wdecha… no i teraz trzymacie, trzymacie, trzymacie i w końcu sorry, ale nie dotrzymacie, musicie popuścić i tyle…

I zaciągacie się dymowiskiem.

No cholery można dostać od tego dotlenienia!

Świat ogólnie mówiąc fajniejszy jest, gdy ludzie mu nie przeszkadzają. Gdy jedynie go czycą, pochylają się nad jego urodziwością… nad falami, nad kamieniami, nad drzewami, w których pniach zdają się być zatopione twarze. I to twarze szemrzące, twarze krzyczące, twarze jojczące…

IMG_4368

Uciekam od ludzi w dzicz…

Tam, gdzie święty kamień stoi. W lesie, w którym stoją wyłącznie proste drzewa, gdzie ściółka jest tak gruba, iż zdajesz się w niej zatapiać… i chociaż drobisz ładnie ścieżką zdaje ci się, że każda z gałęzi dotyka Ciebie. Głaszcze, poszturchuje… rozglądasz się, a żadnej gałęzi nie ma na wysokości twojego wzrostu, tyłka, dłoni. A jednak wciąż je czujesz. Macające, tykające, poszturchujące. Oto dowód na to, że zbliżasz się do Offerstena. Sporego, choć niskiego, omszonego, a jednak z widocznymi wgłębieniami, czekającego… na Ciebie. I chociaż we łbie może Ci się mieszać, czy tak naprawdę to Ty masz tutaj złożyć ofiarę, czy sam nią jesteś, tylko nie wiesz dla kogo… ale nic to. Jesteś tutaj, a to oznacza, że Wyspa chce Ciebie w tym miejscu.

Kamień… tajemnica, a może krzycząca w twarz oczywistość? Może intuicyjność aż podskakuje przypominając ci atawistyczną potrzebe posiadania dziewicy? Widzisz te pojedyncze monety umieszczone w zagłębieniach i wiesz, że nie jesteś sam, że wiara, to coś więcej, a może zwyczajne „wiedzenie”? Czy to tylko wiedźmy i magowie, czy jednak gromadka tych, którzy z dziada pradziada przychodzili tutaj i prosili… o wszystko. Nie tylko o płodność, nie tylko rozlewając krew i namaszczając głaz tłuszczem, ale przede wszystkim swą obecnością utrzymując przy życiu coś ważniejszego, tradycję. Miłą, może i dla niektórych dziwaczną, ale ci sami w końcu rzucają monety do studni oraz fontann, więc… cóż w tym złego? Metal to metal, czekolada to czekolada, a ciągłość chronologiczna stanowiska przejmująca!!!

Czyste pogaństwo.

Ino ludzie chcący pobachać się w przyrodzie i ci, co postanowili oderwać się od codzienności w swoich sommerhusach. Samotni panowie, samotne panie, może czekający na resztę rodziny, a i oczywiście same rodziny, dziewczynka na różowym rowerku, chłopczyk z rodzicami, wrzeszczący, niszczący moją cudowną ciszę nadmorską, wrzaskun pierniczony… a w tym wszystkim spokój zmarłego ptaszka, który właśnie tutaj postanowił odejść na piórczany spoczynek… Może spodobały mu się te kamienie, bo takie tu one cukierkowe. Piękne, niesamowite w tym jakże cudownie odsłaniającym się słońcu. I jeszcze owa ochrowa skała, którą odkryły pływy…

Takie to wszystko niesamowite.

IMG_6585 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Once Upon… została wyłączona

Pan Tealight i Trzydniówka…

„No dobra, niby to była legenda, ale mawiają, że w każdej, a i w bajce każdej jest, owa malunia prawda, więc czemu nie? Może i tak było? Może było naprawdę i w całości, a może jednak nie do końca? Któż to może wiedzieć? Kronikarzy przykrył wiekuisty kurz, ich członki rozsypały się w pył i opadły na jaskrawe skrawki pokruszonych kronik. I tyle tam z tej przeszłości. I tyle tam z tej przyszłości… Nikt niczego nie wie, nikt niczego do końca nie może być pewnym i wiecie, może i tak lepiej? Może i nadmiar wieści, nadmiar mądrości, wiedzy i wszelkich szczególików nie pozwoliłby nam cieszyć się teraźniejszością? Ową buła ze zwykłym masłem i ogórkiem, albo małosolnym ogórkiem, malinami z krzaka, truskawkami, młodymi ziemniaczkami i czekoladą i kolejną książką ukochanego autora i jeszcze spacerem, prezentem, wisiorkiem z kamyczka i samymi kamyczkami, tak samotnymi na plaży… I snem, oj tak, dobry sen to potrafi serio miło zmanierować cały dzień. I paczka, prezent przesłany pocztą, długo wyczekiwana niespodzianka, niby niespodziana, a jednak nie do końca… No wiecie, proste życie, czyli duszenie miłych chwil do końca, do ostatniej kropli, aż się owe Chwile przestają odradzać i umykają od nas gdzie Pies Je Lizał.

Przeszłość nas naznacza, teraźniejszość woli sobie z nami nie robić fotki, a przyszłość dobrze wie, że stanie się najpierw jedną, potem drugą, że ogólnie mówiąc niespodzianek już nie będzie, więc olewa sprawę i nie czeka. Oj nie, przyszłość to na nikogo nie czeka, jak ten pociąg, w którym biletem był ten zielony kamyk… kurcze, rozumiem różnorakie płacidła, ale kamyk? No chyba, że jakiś szlachetny, wiecie, kamyk z pagonami, zapaską i przepaską i piórkiem w czapeczce…

Że do sedna sprawy? No przecież już przechodzę… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki rodziła się całe dni trzy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8655 (2)

Z cyklu przeczytane: „Tak słodko” – … było „Tak blisko” i „Tak krucho”, więc czas na dopełnienie trylogii. Na coś romantycznego, nieprzesadzonego. Coś dla młodszych dorosłych, coś dla późnych nastolatków, czyli opowieść…

… o miłości.

Bo przecież o to chodzi. By znaleźć swoja połówkę. Boyce i Pearl chyba już znaleźli. Tylko, czy ona o tym wie? I czy on wciąż ma nadzieję? Bo przecież tak wiele ich różni. Ona jest taka grzeczna, a on… wprost przeciwnie, a jednak od zawsze coś ich do siebie przyciągało. Tylko, czy mogą ze sobą wytrzymać?

Trzeci tom serii to przeplatanka. Najpierw on opowiada, potem ona i znowu. Czas nie ma tutaj znaczenia, ciągłość chronologiczna nie istnieje. Retrospekcje i dzień dzisiejszy zdają się ze sobą mierzyć o to, kto własciwie prowadzi tę opowieść. Przyznam, że niektórych może to zniechęcić, ale… nie warto rzucać książki po pierwszych stronach. Warto się za to wczytać. Głęboko… w końcu okładka obiecuje słodycz, a i tłumaczenie urzeka elegancją. Warto… tak na wiosnę.

IMG_1678

Błękit nieba, te fale takie kobaltowe, gdzie niegdzie zawirowania piaszczystości nadają im turkusowej lekkości. I oczywiście skały i wciąż jeszcze gołe gałęzie, wszystko to sprawia, że chcesz stanąć na szczycie jednej z tych skał i zapatrzyć się w dal. Może i dojrzysz tam Szwecję, ale przecież nikt cię nie złapie na podglądaniu. Po prostu stać i być częścią tła, horyzontu, tudzież dla innych zawirowaniem mocy, czy wookim? No wiecie, zależy jak się wygląda, tutaj nie ma się co obrażać, każdy jest, kim jest… a zresztą… kto tam ma czas na przeglądanie youtuba czy innych instagramów, by dojrzeć swoje niezbyt apetyczne fotki. No i tutaj u nas jakoś Turyścizna jak już to foci siebie, albo widoczek, ale częściej siebie. Czasem się zdają wszyscy takimi mikrymi Koreańczykami z telefonikami, ale tak serio, to strasznie sporadycznie. Nie ma się co obawiać, że ktoś roześle Wasze fotki po sieci. No dobra, może zrobi, sama mam kilka artystycznych i wyrazistych, ale jednak nie wypuszczam ich w świat.

Czy Wyspa zapewnia prywatność? A bo ja wiem? Z jednej strony to Dania, więc wszyscy wiedza wszystko o wszystkich, jakoś tak wystarczy wbić adres i numerek z żółtej karty i już jest. Nikt sie chyba z niczym nie kryje. Nawet wszelakie złoczyńcy często sami oddają się w ręce policji i wiecie, no proszą o łagodny wymiar kary, naprawiają wszelakie zło i tak dalej. Płacą za szkody, sprzątają po sobie. Może to rzeczywiście efekt tej narkotyczności… no cóż, nie oszukujmy się, każdy ma problemy. Niektórzy uznają za odkrycie sianie cebuli na polu – a tak, mam na nią oko z Chatki, taka wiecie ekologiczna uprawa dla maluczkich, wielki wynalazek… a inni no czekają ino na dostawy z kontynentu. Sama się dziwię, czemu SKAT tak często sprawdza moją pocztę i to, bez urazy, ale tą całkiem i czysto europejską. Czyli niewymagająca sprawdzania!!!

No ale prywatność chyba jest. Można łazić na golasa można i do wody na gołego, poza plażami wiecie, strikte dziecięcymi, gdzie raczej ludzie tego unikają… Może jednak tak jest, że wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, więc nie ma czego ukrywać? Na przykład dobrze wiem, że sąsiedzi mnie nie lubią, bo nie dość, że jestem z innego świata, czyli Złym Świrudłem, co to sie tutaj nie narodziło, ale też zamotałam ich planami skolonizowania tej ulicy. No zwyczajnie chcieli całą rodzinę wprowadzić do socjalnych domków. Taka wiecie, uzurpacja terytorialna… a tu nagle z listy wyskoczyliśmy my i pupa z planów. A miało być pro rodzinnie.

IMG_1742

Ogólnie mówiąc wiosna…

Chociaż przyznam, że jakaś ta wiosna jest długa w swej początkowości. Trzy lata temu były hałdy śniegu, a teraz? Od dwóch miesięcy kwitną i marzną wczesnowiosenne kwiatki. Czuję się mocno skonfundowana, no sorry! Niby w dzbanku kwitną mi forsycjowe cuda, ale… niby i cieplej i sporadycznie ino chłodem zawiewa, ale ja jestem zwyczajnie niereformowalna. Nie kręci mnie wiosna radosna, dobra, może jak zacznie szaleć kwiatowo wszelaka krzewina, przemyślę tę opcje, ale mi tam się wciąż ckni za mrozem.

Przed czekoladernią tłumek niewielki, ale raczej miejscowi. Ten przyszedł z psem, tamten z dziećmi, no wiecie, co kogo kręci. Tu i tam spacerujące pary tudzież rodziny nawet… na tych trzeba uważać, bo często dzieciaki nazbyt blisko drogi podlatują, a tutaj wiecie, możliwości ostatecznego spotkania aż nazbyt wiele. Trzeba uważać… tylko w lesie nie trzeba. No dobra, może troszkę, bo jednak gdzie niegdzie korzenie, gałązki lekko sporawe, a co najważniejsze, to jednak i podmokłości. Odkryłam dziś takie stawy, strumyczki i wszelkie bajorka, że aż chce się być ptakiem i kurde gniazdować, a potem wpadłam w kamieniołoma. Przerażająco to zabawa, ale jednak zabawa. Mimo iż wiekszość Tubylców od poniedziałku ma wolne, to jednak niektórzy jeszcze szaleją w robocie i łupia sobie głazy. A są one cudowne. Piękny ten granit, aż chce się go wyszlifować. Ten koło Hammershusa jest srebrzysty, a może jasny i stalowy. A może jednak to taki kolor, jaki ma szron, wiecie, krystaliczny, nie do końca biały, raczeh prześwitujący, a jednak nie do końca, jakby pamiętał wszelkie zaprzeszłe ludziny a i lasy i puszcze i tajgi, tundry i bizony też, nawet smoki i dinozaury i ludzi… dobrych!!! No wiecie, wszystko to dzikie, zwierzęce i pluszowe miejscami…

Ogólnie mówiąc ferie jak nic. Pogoda śliczna, samochodów na ulicy tyle, że ja, mikry Tubylec uświadamiam sobie swoją maluczkość i dzikość. Odzwyczaiłam się od aut. Przez tyle miesięcy można było się zdrzemnąć na drodze i nikt mnie nie budził, a teraz to w te to wewte. Raz Niemcy, raz Szwedzi, potem troszkę Norwegii i znowu Niemcy. Wiecie, mają wakacje. Tutaj na Północy większość i tak ma wolny cały tydzień, więc dlaczego sobie nie poszaleć. I wypocząć…

… czy co tam teraz ludzie robią, jak mają wolne? Bo wiecie, wszyscy wynajmujący domki to sie pytają o WIFI. Widać w dziczy ich priorytety się nie zmieniają.

IMG_6342 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzydniówka… została wyłączona

Pan Tealight i Nieczekanie…

„Co tam gadać.

Świat był wiosenny, ludzie to nie do końca, a Wyspa, cóż, wybudziła się i była gotowa, coby sobie pobrykać. W Białym Domostwie ogólnie zaczęły się porządki, w ogródku Krecia Ekipa przekopywała grządki, pod bacznym okiem Ojeblika w swoim najbardziej OCD stanie, więc równiutko… ziarna były gotowe, sadzonki… I co z nich wyrośnie? Bo przecież, czy można wierzyć tym obrazkom na torebkach? Albo wiecie, tym dziwnym napisom? A co, jeżeli to jakiś potwory? A co, jeśli one nie są smaczne nawet z posypką i masłem? To na co ta cała robota?

Wiedźma Wrona Pożarta nie podzielała tego całego oszołomienia wiosennego. Tęskniła, i to całkiem otwarcie, za mrozem, śniegiem i wszelką zimowością. Nie chciała nawet przyjmować do wiadomości całego tego kwitnięcia, kolorów i ptaków treli. Nie chciała, ale przecież świat nie mógł tylko dla niej zmienić pór roku. No dobra, może i mógł, ale przecież jak to tak, tylko dla niej? Ogólnie mówiąc przeszła na tryb totalnego nieczekania. I to na nic. Ni na wiosnę, ni na lato… ni na w końcu zrzucenie brzuszka, spełnienie marzeń, wszelką powolność, powabność i cudowność.

Nieczekała.

Tak po prostu, zwyczajnie. Postanowiła skopać dupę Pysznej Nadziei i olewać cały ten proces. Chciała to, co chciała teraz i od razu, a z resztą sama sobie przecież umie poradzić, czyż nie? Zresztą, świat tak pędził, że właściwie go goniła, więc nie było na co czekać. Nie musiała. A może po prostu chciała znowu być inną? Kto ją tam wie? W końcu nawet jak coś mówi, czy myśli, to i tak nigdy nie wiadomo, czy naprawdę… a niech sobie nieczeka. Wszystko w końcu co ma się stać i tak sie stanie…

… jak urodziny.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8452

Z cyklu przeczytane: „W dziczy” – … przyjaźń. Dorastanie. Nastolatkowie i wszelkie dojrzewanie… Obóz edukacyjny, na którym spotykają się ci mniej, lub bardziej znajomi. Dosłownie w dziczy.

Oto Australia, a dokładniej świat jaki mamy tuż za oknem. Młodzieńcze zakochania i dramaty, które po latach wydają się być śmieszne… ale czy wszystkie? W końcu cóż śmiesznego jest w miłości i śmierci? I oto one: Holly, Sib i Lou. Każda przechodzi przez swoje trudności, każda ma jakieś demony, z którymi nie umie do końca sobie poradzić. Czyż nastolatkowie nie są wszędzie tacy sami?

Cudowna, ale nie trywialna. Wspaniała dla nastolatków, ale ich rodziców. Dla tych pierwszych, by zrozumieli, że nie są sami, a dla tych drugich… by sobie przypomnieli jak to było. I jak może być. Dziwnie normalna opowieść o uczuciach, które nie zawsze są tym, czego oczekiwaliśmy. O rodzinie, przemijaniu, byciu sobą… miejscami, aż nazbyt mocna, nazbyt plastyczna. Historia z owej granicy, na której dorosłość brutalnie styka się z przemijającą dziecięcością.

IMG_1690 (2)

Wypełzam z domu… i czuję… Czuję ową dziwną zmianę. Po prostu nie da się przejść obok tego jakoś tak. Jest wszędzie. i w powietrzu i w gałązkach, w wodzie i wszelkich powiewach. W owej słoneczności dnia poprzedniego i dzisiejszym, lekkim półmroku.

Jest wszędzie…

Czas sezonowania Turyścizny. Są tutaj… czuję ich. Widzę. Owe samochody jadące z nieprzepisową prędkością… jeszcze nie ma tych, którzy kompletnie nie potrafią skręcać i jadą 10 kilosiów na godzinę podziwiając widoki. Pewno, że też to robię, ale jednak… nie wtedy, gdy kurcze serio muszę do kibelka. No muszę i tyle. Mocno muszę. Wtedy strasznie mnie to wkurza. A może po prostu wolę jakoś tak się zatrzymać i się pogapić? Podziwianie Wyspy wyłącznie przejazdem nie jest tym czymś, na co bym się połasiła. Uwierzcie, próbowałam. Nie podobało mi się. Jakoś maszerowanie, przykucanie, dotykanie, wdychanie i wąchanie, to dla mnie prawda. Nawet kłus, bieg, a może tylko pociąganie zbolałymi kostkami, może mało eleganckie, ale jednak… to wolę. Chodzenie. Przysiadanie, przystawanie, spoglądanie na wszystko z innej strony, z góry, z dołu i z boku… to lubię i cenię. Bardzo mocno. To mnie uzależniło od siebie…

… ale na razie…

… sezon się zaczął. Może na razie ino ciurka, może i bardziej jest dla nielicznych, tych co w końcu postanowili zrzucić z siebie kołdrę, wycisnąć nos zza ścian i drzwi, może i bardziej dla Tubylców, ale jest. Otwarte lodziarnie i czekoladownie. Ale pachnie ten świat. Przez to, że nie mamy tego wszystkiego przez cały rok, jakoś chyba się inaczej to zauważa, ale czy ceni? Spoglądając na opatulonych osobników wcinających pierwsze lody w tym roku, myślę, że każdy wszystko dzieli na przed i po. Po sezonie, przed nim. W czasie suszy i nawodnienia… Czas, to tak naprawdę chwile, które albo bolą, albo daje się to jakoś wytrzymać. Lody jednak pomagają we wszystkim. Owoce grantu więc, czy pomarańcza, a może czekolada z bananem? Mięta czy jednak wanilia? Coś bardziej zwyczajowego, karmelowe ze śmietaną, czy jednak… sami wybieracie.

A Turyścizna? Cóż, czas na nią! I to też fajny czas, w końcu się moja wieśniowata wyspowatość zapozna z nowymi trendami w dziedzinie mody rowerowej i mody biegalnej. Kurcze, pomyśleć, że kiedyś człowiek potrzebował ino pepegów, a teraz mierzoczas, endomojdo, gatki z wkładką, gatki z przepuszczaniem, buty mierzące, buty ładujące komórkę, nad wszystkim dron mierzący kiedy to się Wam chce pić, a kiedy nie, bijomierz… a do tego gustowna biżuteria dla aktywnych. I po co Wam to wszystko ludzie? Co? No tak serio, po co?

IMG_2052

A poza lodami buła…

… i frytki. Nie jakieś takie z piekarnika, ale te superanckie, smażone w głębokiej, tłuszczowej kąpieli. Zwyczajność? Cóż, nie tutaj. Otwarte wrota niewielkiego kiosku, tuż zaraz przy plaży, przyciągają raczej miejscowych, którzy łapiąc smakowite buły z kotletem w końcu rozpoczynają czas niegotowania. A co! W końcu dziwnym trafem współczesność wymaga od nas ciągłego bycia w pracy, więc kto tam ma czas na takie pierdoły? Gdy tylko jakoś tam nie dam się porwac wiatrom, może i mnie uda się załapać na frytkę z milusim, keczupowym sosem i tym uczuciem się wakacjonowania. Bo wiecie, bez urazy, ale jak się mieszka w takim miejscu jak Wyspa, to tak serio wakacjonowanie się mamy troszkę dłużej, a dokładniej tak długo, jak Turyścizna nam pozwoli!!! Bo jak przystaną przyjeżdżać, to kanał będzie… sezonowanie jest fajne!!!

Poza żarciem oczywiście wszelką Infrastrukturę Turyściznaną szpecą pustki. Tutaj krzesełka wołają o zmiłowanie: przyjedźże człowieku, spocznij na mnie, tosz mnie się za tobą tak ckni niemoralnie!!! Tam znowu stoły marudzą coś o plamach, bez których serio wyglądają tak niemodnie w owym meblowym świecie. No i te okna, zza których nikt nie wyziera, by sprawdzić jaka to pogoda dziś nad wodą? Czy założyć gacie do pływania większe, czy jednak lecieć za Adamem? Hotele to wciąż jeszcze śpią, no dobra, może i większość z nich modli się, by w końcu ktoś je kupił, ale… w niebiosa podążąją hymny i wezwania do Bóstw Hotelowych i opiekę i dobrego osobnika, co odnowi troszku ściany i pobieli płotek. O jakichś ludziów odwiedzających, o trzaski i syki, o kuchnię parującą i suszące sie na balkonach ręczniki całkiem niekąpielowe. No bo u nas wiecie, na sprzedaż wszystko. Możecie nawet spokojnie zostać właścicielem hotelu. Dokładnie współwłaścicielem, ale spokojnie, hotel wygląda jak pałac! Warto serio. Widok na plażę, fale, cudowna sprawa…

To jak? Komuś hotel?

IMG_8571

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieczekanie… została wyłączona

Pan Tealight i Seks Wirujący…

„… wiosna.

Wiedźma Wrona Pożarta z dziwnym przekąsem i omdleniem wkurniczającym w swoich porażających ślepiach, spoglądała na żonkile. Zdawały się jej one demonami tłuszczowymi wątpiącymi w jej OGROMNĄ wolę zrzucenia boczków, udek i innych tam… uśmiechały się jakoś tak dziwnie, szyderczo. Jak nic nie miały dobrych intencji, znowu!!!Jakby wiedziały o tej czekoladzie i cukierkach i o lodach wciągniętych dziś po południu, i o frytkach i jeszcze cieście tężejącym w lodówce… ale przecież mówiła, że nie będzie go jeść…

Już nikt w nią nie wierzy? A może jej nie wierzą?

Wyspa się wiosenniła wyraziście. Raz zarzucała chłodem, wiatrem i wszelką mroźliwością, by potem nagle dobić do dziesięciu na plusie i zapocić. Ech, świat serio docierał do owego dziwnego punktu, w którym wszystko było takie… zabiegane. Takie się spieszące, by tylko rosnąć, zielenić się, kwitnąć, no i wiecie… płodzić, co nie? No co, no? Toż to całkiem nomralne, znaczy się płodzenie. Te seksy i sceny, które zawsze rumienią Wiedźmie Wronie już nie nastoletnie lica, trzeba przyznać, że nie umiała jakoś tak przejść obok nich obojętnie. Zawsze się zachowywała jak przy oglądaniu horrorów. Wiecie, jak wtedy, gdy niby patrzycie, ale tak naprawdę nie, że tylko udajecie, że patrzycie i niczego, ale to serio niczego nie widzicie, no właśnie tak.

Wiosna sprowadziła seks na Wyspę. Nie, żeby Wyspa jako taka była mniszką, czy coś, bez urazy… nie była, ale to, co teraz się działo wymagało osobnego wpisu w pamiętniczku. Serio!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6624

Z cyklu przeczytane: „Las cieni” – … yyy. Czasem się to zdarza. No po prostu, jejku. Nie można przecież zadowolić każdego, czyż nie? A może i można? No nie wiem, ale jak się nienawidzi głównych bohaterów od początku, to serio… dalej nie pójdzie.

A miało być tak pięknie!

Kanibale i rytuały, napaliłam się jak rolnik na nowy ciągnik, a tu co… kiła i mogiła, masa gadania, skąpe opisy i oni. Para od dupy strony. Czy wszyscy Francuzi sa tacy? No serio? Ona się masturbuje i pierun wie, doszła, czy nie, ale zasnęła, on bzyka co popadnie, ona jęczy, że rodziny nie ma, ale myśli głównie o butach, by potem nagle dowalić… że owa dziewka winna była dać się zgwałcić dla dobra innych.

Szlus! Nie mogłam dalej. Nie mogłam przejść przez te dziwne dialogi, jakąś taką obcesowość, nadmierną epatację współczensością i metkami, Przerzuciłam się na szybkie czytanie… oj ten autor, to raczej nie dla mnie. Zdarza się. Jakoś się z tym pogodzę i tyle. Nosz przecież nie da się zadowolić każdego, co nie? A już na pewno nie tego, kto czeka by w końcu morderca ubił główną bohaterkę!

IMG_1969

No jak nic słonko… ciepło się robi i coraz cieplej. Wszystko rośnie, suchości wszelkie znikają, ale trochę przeraża mnie ten brak deszczu. Wydaje się, że wilgoć wszędzie i wciąż, ale jednak od kilku tygodni nie padało… I chociaż włażąc do lasu natykam się na lekkie namoknięcia, strumyczki i kamienne misy wypełnione wodą, to jednak sucho jest. Nie przeszkadza to żonkilom. Co jak co, ale rosną jak na drożdżach. Chyba wystarcza im i tego słonka i tego chłodnego powiewu. Pączki wszelakie buzują i szeleszczą na gałązkach. Wydaje się, że gdy tylko zbliżysz ucho do gałęzi usłyszysz jak trzaskają. Jak pękają te ich ciemne skórki i wyłażą zmięte płatki kwiatów i maleńkich listków… zbliżam ucho i co? No kłócą się. Ten chciał być wyżej, tamten niżej, a ten pączek ino czatuje na sikorki, które trelują jak najęte, coby je uszczypnąć w pazurek. No fetysz chłopak taki ma. Nie oceniajmy!!! Po prostu lubi pazurki. Nie żeby wyłącznie sikorek, sorry, skusi się nawet na wrone, szara czy czarna, on na nie poleci.

Świat się robi taki bardziej zagmatwany. Już nie da się zwyczajnie iść poboczem. Ilość aut się zwięsza, ale zapatrzenie w wybrzeże wciąż jednak to samo. Może i påske nadchodzi, ale dla mnie to zwyczajne, duńskie rodzinne święto. Czas dla spotkań, spacerów, pogadanek, szwendania się, biegania, rowerów i oczywiście jedzenia. Ale bardziej wycieczek. Już widać, że Wyspa szykuje się na sezon. Ten początek sezonu to ili zaledwie ciurkanie Turyścizną, ale są. Obecni i widoczni. Bardziej głośni i lepiej odziani. Sommerhusy powoli migają czystymi szybami tam, gdzie właściciele sami sobie je myją, a w innych miejscach dopiero zamigaja, gdy wiecie… ktoś tam je umyje. W końcu Tubylec sporadycznie sprząta swoje podwoje. Raczej komuś to zleci. Każdy cały dzień w robocie, więc… życie, jak wszędzie indziej, ale święta uznają za rodzinne. I chociaż większość wybierze się gdzieś za granicę, to jednak i my jesteśmy zagranicą dla reszty.

Wyspa się budzi. Odrzuca kołdrę, ale jeszcze nie wstaje z łóżka. Jak najbardziej ma otwarte oczy, ale zebów jeszcze nie myje, o nie. Wstała tylko, przemknęła do kibelka, bo siusiu po spaniu to podstawa, a potem z powrotem na łóżko, łapie ciepło i przegląda gazetki. Może jeszcze podrzemie, może cos przekąsi, może wypije więcej niż tylko kuek herbaty, ale już nie zaśnie. Już nie będzie aż tak chrapać… No co? Że nie miałam pisać o chrapaniu? Ale co tutaj ukrywać, no! Nawet Rosjanie co się z naszymi nad Wyspą samolotami ganiają dobrze wiedzą i słyszą!

Że to ino zatoki?

Kurcze, no nie wiem, ale niech Ci będzie Moja Droga!

IMG_1751 (2)

W sklepowych szybach wywieszki informujące o otwarciu już w tę sobotę.

Nie wiem jak Wy, ale ja mam ochotę na lody i frytki. Może dla zwyczajowych osobników to, że wszystko rozrywkowe jest zamknięte to coś dziwnego, ale dla nas wcale nie. Dzięki temu przyroda jest serio wszystkim. Serio!!! I widzisz te sikorki i worny montujące już gniazda na gałęziach i kosy i zajączki i jeszcze te no… sareniska i dziwnie powyginane pnie, no rzekłabym iż całkiem kurcze obscenicznie powyginane. I te trawki i ostatnią jagódkę na gałązce, która to jagódka odmówiła współdziałania z grawitacją i zwyczajnie nie chce spadać!!! Czerwona jest taka, ot owocek mikry na długim patyczku, a jednak nie ośmielają jej pączki i słonko i całkiem nowy sezon.

Wiecie, że u nas påske to cały tydzień? No totalne lenistwo! Masa wolnego, wszelkie się spacerowanie i wielka odpoczywalność. A może tylko tak mi się wydaje? W końcu cóż wiedzieć mogę ja, zwykły troll podziemny, podkamienny ryjownik, no i wszelaki się chowacz…

Dookoła świeże, zaorane pola, wszystko jest gotowe. Może i drogi wciąż odrobinę zwichrowane, ale wiecie, ulepszają nas internetami. Znaczy no nie do końca nas, bo dziwnym trafem do mojej małej Chatki to kurna szybkiego łącza nie dociągną, ale co tam. Widać mi zawsze przypisana była epoka kamienia, więc się nie zdziwcie, jak zobaczycie mnie z moją kamienną tabliczką wystukującą rylcem kolejne tam wiedźmie przykazania. W końcu kazdy orze jak morze, znaczy niektórzy to nie orzą jak nie mają metki na rylcu, ale nic to, ja orzem… znaczy oruję? Oram!!!

W czekoladerniach już leją jajka… znaczy wiecie, jajka w formy leją, bez urazu, doklejają im mleczne zajączki i do tego jeszcze wiecie zajączki czekoladowe i czekoladę czekoladową i w ogóle. Cukierki dostają milusie papierki, tak jakby wszystko wraca do tej normy seozonowej powoli. Bardzo powoli… a już myślałam, że tym razem jednak nie wróci, że wiosna się nie zacznie, że zima nie skończy, że ta szarość wszelaka nas przytłoczy, że niczego innego, nowego nie będzie. Macie też tak? Bo ja mam… może to i zwyczajna wrośnięta depresja, może inne pomieszanie mózgowe, a może jednak nie? Może po prostu wszystko tak jakos… w pewnym momencie zdaje mi się, że wiosny nie będzie, lata nie będzie, jesieni cudownej i mojej kochanej zimy też nie. Że zostaniemy w tej szarości… a potem patrzę na morze, kobaltowe i dziwnie aksamitne dzisiaj i wiecie co, wydaje mi się znowu, że zimy to było za mało.

A słonko pali…

IMG_7252 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Seks Wirujący… została wyłączona

Pan Tealight i Wybudzanka…

„Jedni śpiewali kołysrajki, inni lulabajki, a jeszcze inni zasypianki i zasypki. Chociaż, może te ostatnie, to raczej nie do końca oralnie? No wiecie… czasem trzeba dotrzeć do osoby w jakikolwiek sposób sie uda. Tak naprawdę chodzi o efekt, czyli sen… bo jak żyć bez snów? No nie da się. Znikąd wtedy nadziei. Serio…

Jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą, to czasem miała problemy z zasypianiem, ale była to wyłącznie wina Chowańca. Wiecie, te jego nocne koncerty. Bez urazy, pewno, że się silnie uzewnętrznia artystycznie, ale jednak… kurde bez snów wiedźmy giną, nikną i sa tak wkurwione, że nie można z nimi żyć… Ogólnie mówiąc wiedźm to lepiej i nie usypiać i nie budzić, ale… przecież czasem każdy chce pożyć poza snem?

Chyba?

Pan Tealight zajmował się komponowaniem Wybudzajek od zawsze. Pięknych, mocnych i skomplikowanych. Słownych i dźwięcznych. Zdolnych nie tylko postawić na nogi człowieka, demona, czy krasnoludka, ale przede wszystkim zwyczajnie trochę dłużej być. Po prostu poza snem. Dać się łóżku czas naładować, pozwolić poduszce odpocząć, a kołderce się lekko wzruszyć. Skomponować się snom. Niektórzy uważali, że te dziwne utwory, często nawet niesłyszalne, pozwalały snom się pleść. Przygotowywać. Dopieścić, lekko wzruszyć, zamyśleć nad swoim istnieniem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1745

Z cyklu przeczytane: „Pierwszy dzień wiosny” – … ech. Widzicie, no czekałam. Długo czekałam na tę powieść, bo to i wydawca teraz inny i wszelako świat niechętny takiej fantasy… i co? No i kupa. dawno się tak nie zmęczyłam. Ale i zafascynowałam, bo przecież coś w tym jest. Kurna, dziewica dla smoka, świat magiczny wielce, smoki… czy wspominałam o smokach?

No dobra… autorka pióro ma fajne, dowcipne i dorosłe, co serio odświeża wielbiciela literatury po tych wszelakich narwanych nastolatkach. Jest też silnie zakorzeniona we wschodniej tradycji. Ofiaruje nam psotną bohaterkę, a przynajmniej taką ona miała być, ale coś się chyba skrewiło. Są bohaterowie, ale jakoś za bardzo zapatrzeni w siebie i wciąż do siebie gadający. Nosz kurde, gdzie są opisy, no. Jak nie wewnętrzny monolog, to dialog, a potem znowu… I na kiego mi te wszelkie dywagacje. Nosz dawno się tak nie wkurzyłam, serio!!!

…z jednej strony nie czytajcie, z drugiej czytajcie koniecznie, ale może od pierwszego tomu, bo na szczęście nowe wydawnictwo zaczęło od początku! Poznajcie „Przekraczając granice” i sami zdecydujcie. Bo w końcu to o to chodzi w życiu…

IMG_1967 (2)

Macie też tak? A może to dopiero przed Wami? Ta dziwna pewność, że co jak co, ale Wy z pewnymi butami nie chcecie mieć nic wspólnego! Na przykład z tymi tam plastikami, wiecie, co się je znosi pod prysznicem, ale jednak wyjście w nich do świata nie mieści się Wam pod kopułką… a inni kochają je nadmiernie? Bo ja chyba dorosłam do tego, by być pewną kilku rzeczy. Na przykład, że sandałki to nie są dla mnie, kroksy tym bardziej, a już drewniaki, to sorry bardzo ale się nie zginają, a ja potrzebuję butów, które się zginają! Nie mogę ubrać się w drzewo, oj pewno, że kocham je mocno strasznie, ale nie mogę nosić ich na stopach!

Nie da się…

A jednak tutaj typowe trepy, zwykle wiecie, czarne takie, typowo kutrowe, jak z owych filmików z francuskiego wybrzeża, gdzie każdy mężczyzna z fajką i w owych czarnoszkach drewnianych ze skórzanym wierzchem popindala. Jak oni się w tym trzymają? Jak nie wpadają do wody? Ale przede wszystkim… Co jest takiego w tym obuwiu, że nadmorscy go kochają? Przejdziesz się po mieście i znajdziesz kilka na progu. Zostawione, porzucone… Uzależnione od zewnętrznego świata, czy może niegodne wejścia w domowe progi? Bo przecież tutaj nie wchodzi się do domu w butach. Nie można! Nie wolno!!! Taka tradycja, czy raczej zwyczajność? Ale jednak owe buty… pozostawione tak na progu, jakiś dziwny smutek we mnie poruszają. Burzą fale, nęcą wiatry. Jakoś tak niczym owe szczeniaczki, co to ich nikt nie chce na fotel wpuścić, a one patrzą się ciemnymi, błagającymi ślepiami oraz mokrymi nosami cię trącają… Jak możesz im powiedzieć NIE?

No jak śmiesz?

Może jest w tych butach jakaś inna magia, której nie potrafię zrozumieć? Ja z tymi mikrymi stopami, krótkimi palcami, żesz księżniczkowe jakieś się mi zdały, co to ino w miękkie cuda, traktory wielkie, ale nie w drewniaki, ale i szpilki też nie, bosz przecież ja lubię być niska, mnie do nieba nie jest chętnie ni spieszno, sorry, może i nie po drodze nawet? Ale na plażę zimą w drewniakach? Serio? Kilka dni temu smagana mgłą i wiatrami spotkałam rybaka… samotnego na piaskach, zapatrzonego w owe piaszczyste zaiwrowania, sięgającego po muszelkę jakże maciupką w jego palcach i sprawnie balansującego w owych trepach. Nawet nie musiał z nich piasku wysypywać. Może i rzeczywiście posiadają one moc samoistnego się oczyszczania? Może i tak bardzo pragną ludzkiej bliskości, że godzą się na każdą nawierzchnię… albo, tylko one pozwalają i na morzu i na ziemi czuć się równo stabilnie dzięki mocy pradawnych drzew?

No sorry, ale jak tu nie myśleć o takich rzeczach? No jak? Gdy widzi się mężczyznę z dziwną tęsknotą spoglądającego w piękne, ale jednak zimowe fale, w owe brzegi puste i łódki wciąż jeszcze spokojnie drzemiące na drewnianych kosturkach?

IMG_0509 (2)

Częste… połowa nieba błękitna, bezchmurna prawie, a druga burzowa. Niesamowite światło zdające się walczyć o panowanie dobra nad złem. Ale cóż złego w tym źle i czemu złe jest zło? I dlaczego jednak złu też należy się życie? A może tak naprawdę nie ma ni zła ni dobra, tylko to, co komu tam pasuje, albo nie pasuje? Zapytajcie masochistę. Bo nieba to raczej lepiej nie pytać, patrzeć warto i bać się, bo jest w tej ciężkości chmur jakaś taka groza silna, pradawna, przedwieczna nawet. Groza, która dobrze wie, gdzie ciebie posmyrać, byś wyskoczył z gatek i pobiegł w całkiem niesiną dal… Tylko powiedzcie, dlaczego dal jest sina?

Błękit nieba w końcu obejmuje wszystko, słonko coraz mocniej przygrzewa i może nie będziemy mieli w tym roku wybujałych krokusów, wymarzły skurkowańce, ale żółte cuda trzymają się nieźle. Mimo przymrozków wszystko pączkuje, a ja się zastanawiam dlaczego północna Dania ma temperaturę o wiele wyższą niż my… ech te prądy i czary mary. Świat serio jest nieobliczalny, jakby ktoś, tudzież coś, robiło sobie to, co chciało i nie zważało na nic. A obiecali kurcze, że im dalej na północ, to zimniej, a tu co… kanał!!! Nic to, przecież się i tak nigdzie w podróż żadną nie wybieram. Czy bym chciała? Może… na szczęście nie mam dylematu, za biednam!

Czasem sobie myślę, że mogłabym serio spędzić cały dzień gapiąc się w niebo. Tak po prostu, leniwie śledząc chmurki, albo wglapiając się w ten szalony, pełny i energetyzujący błękit. Tylko, czy tak można? Czy się da żyć wyłącznie gapiąc się w niebo? No i jeśli Ziemia jest kulą, to przecież oznaczać to musi, że niebo jest i na górze i na dole, więc cytując klasyka „PIEKŁA NIE MA!!!”. Pozdrowienia od zombiaka Czesia!!! Nie bójcie się i gapcie się w niebo, czy te na górze, czy te na dole. Tak serio, to wszystko nie ma sensu. A przynajmniej ma go niewiele, a takie niebo to kurde raj po prostu, i to raj całkiem niesamowity.

Wiecie co… może i prawda brzmi w słowach o tym całym motylu, jego skrzydłach i wszelakich sprawach fatum i nie fatum. Może i jest w tym świecie coś jeszcze więcej? Nawet tutaj, na niewielkiej Wyspie. Pośród tych 40000 ludzików. Mniej więcej, oczywiście.

IMG_1632

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wybudzanka… została wyłączona

Pan Tealight i Mikry Kuźwa…

„Był wszędzie i zawsze. Jakoś tak udawało mu się podpaść i tym wychodzącym z łazienki i tym, którzy do niej wchodzili, zaplątanym w golf, wyłażącym z łózka nocą, na siku… i tym, co z siku wracali. Znaczy bez siku, bo się go pozbyli, ale wiecie, zaspani tacy. A i tym, którzy się go spodziewali też potrafił podpaść. Takie miał geny, podpadające pod podpadanie i tyle. Co miał zrobić, podpadał…

A zwał się Mikry Kuźwa.

Krasnalopodobny stwór o dziwnie skąpo owłosionej całej powierzchni ciała, o krótkich nóżkach i rączkach, a bardzo wydatnym brzuszku, jakiejkolwiek by diety nie uprawiał. Żył w Chatce Wiedźmy od zawsze, ale wiecie, no skrępowany był nowym, a i przyzwyczaić się musiał, no i jeszcze na dodatek onieśmielały go dolne partie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, szczególnie, gdy tak wyskakiwała z łazienki, wpadała do sypialni i miotała się w niewymowne i skarpetki… czy też te wiedźmy to zawsze skarpetki mają? A może ta jest taka specyficzna? Myślał o tym w bezsenne nocy, ale nie tak, jak się wam wydaje… Zastanawiał się nad wieloma sprawami. Górne pewno by już tak na niego nie działały, ale ponieważ domek miał w listwie przypodłogowej, nie większy niż dziecięca, mała piąstka, rzadko odwiedzał sufit.

W końcu dotarł do tego dnia, w którym się zdecydował. Stał właśnie za ceramiczną owieczką o jasnym runie i szaleńczo roześmianym obliczu i lekko zezowatych oczach, gdy opadła go ta pewność, iż… oto jest dzień. Tylko jak to zrobić? Wyczołgał się na zewnątrz, zagłębił w zamarznięty trawnik i znalazł pierwszą zroszoną stokrotkę, którą umieścił na wiedźmiej poduszce…

I czekał aż ona się obudzi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1350

Z cyklu przeczytane: „Pieśń wisielca” – … Oswald. Jak nic kurcze, po trzecim tomie mogę powiedzieć, że jest niezły. Pokrętnie mataczący pomiędzy pewną paranormalnością i zwyczajną kryminalistyką. Stara, detektywistyczna robota, więcej myślenia i łażenia niż CSI, a jednak…

Czy to tylko sprawka jego – głównego bohatera? Nie sądzę? Chociaz może? Inspektor nie poraża nie wiadomo jakim intelektem, jemu po prostu pewne rzeczy się przytrafiają, jest w nim owo coś więcej, tajemnica, co do której nie zostaliśmy jeszcze dopuszczeni. Silna i mroczna, może nawet bardziej przystająca do Archiwum X?

Wydarzenia z poprzedniego tomu, miłość, strata, kolejne śmierci, wszystko to toczy się dalej. On dostaje szansę, ona się budzi, a niesamowita postać mężczyzny, który nie jest kobietą sprawia, że widzisz te wydarzenia mocniej. Tak, Oswald jest mistrzem dialogów, niewybrednych komentarzy i dosłowności. Jego zbrodnie czuje się na sobie. Jego zbrodnie przerażają!!! Sa aż nazbyt… bliskie. Teraz zbrodnia ma twarz… każdego. nikogo nie mozna być pewnym, ale czy rzeczywiście wszystkiemu winna książka? I dlaczego ludźmi tak łatwo można kierować?

Świetna!!! Naprawdę niesamowita, w końcu dorosła powieść z dorosłymi bohaterami, którzy myślą… dorośle! W końcu coś, co nie poraża infantylnością, a jednocześnie nie boi se duchów na strychu!!!

IMG_1636

Czasem idzie sobie człowiek, idzie i idzie i po tym, jak przelazł przez świat wszelako zamieszkały, przez rozkopane Listed i Svaneke, no i wkońcu przez te wszelkie pustkowia, pola i płaskości… dociera do miejsca, które omiatają swoim spojrzeniem one. Dwie Wieże. Dwie białe, jedna jednak jest trochę mniejsza, druga większa, jedna z bulwą na szczycie i oknami, sprzedana i kupiona, druga chuda i zadziorna. Stoją tam i chronią, a może tylko prowadzą, przewodzą, czy jednak się z nas naigrywają, bo przecież pośród tych wydm można się zagubić. Część z nich biała, mączysta… stoją dookoła człowieka, a on czuje się taki malutki. Gdzieś tam kikut wyschniętego drzewa, z drugiej strony garść wysokich traw, ale poza tym nic więcej. Jeśli tylko uda ci się z nich wyleźć, a nie jest to łatwe, znalezienie ścieżki w tym zapiaszczeniu wymaga i Holmesa i Poirota, to zobaczysz całkiem inny świat. Wciąż pustkę, ale jednak zalesioną. To nic, iż owo zalesienie to wyłącznie niskie krzewinki i wrzosy, to nic… wiesz przecież, że tam w oddali coś szumi, a tam chcesz być, gdzie szumi. I jeśli tylko nie wciągną cię ruchome piaski, będzie okej. Będzie serio dobrze… więc idź!

Rusza człowiek wąską ścieżką przez wydmy, niby nie jest daleko, no przecież nie może być, może kilometr w prostej linii? A może jednak nie, przecież i w dół i w górę i znowu… czujesz się taki zagubiony, nagle rozumiesz, że pośród drzew czujesz się względnie bezpieczniej. Jakoś tak większe ukrycie sprawia, że jest lepiej. może to chodzi tylko o schronienie? Może nie chcę by ktoś mnie widział, miał jak na wysypanym mąką talerzu z resztkami poświątecznego indyka? I nagle zauważasz ślady na piasku, wyraziście zwierzęce, bez odciśniętego rozmiaru buta i mózg paruje od przemyśleń. Może to potwór? Może to coś, co wysysa mózg i zostawia ci główkę mocno lżejszą, a tobie jednak zależy na tych szarych i białych miazgach i cudach? Na przemyśleniach, pogardzanej inteligencji, no i tak dalej? Może jednak masz szczęście i to tylko zboczeniec? Kręcą go buty z dziwnymi wypustkami na podeszwie i haki kościane…

Jest coś w tych wydmach, co za kazdym razem mnie fascynuje i przeraża jednocześnie. Tym razem wybieram się w dalszą drogę i obserwuję linię brzegową, która sobie wytworzyła niezły atol z innej bajki. Nagle zamiast mączystego piasku mamy prawie beton, który w kilku miejscach się zapada i pragnie wciągnąć cię w swoje trzewia, po lewej jezioro oddzielone mierzeją od reszty morza, po prawej tylko reszta niskich zarośli, garść kikutów drzewnych… samotność, strach, dziwne nierozpoznawanie terenu i pragnienie dotarcia do czegoś bardziej… cywilizowanego. Ale… może to nie jest mierzeja, a zwyczajna, nawodniona nadmiernie depresja? Co jak co, moja depresja wyczuwa bliźniaczkę i strasznie mocno się puszy… małpa jedna!!!

IMG_0268 (2)

Piasek jest wszędzie.

Może i świat w całości jest zamglony, ale te piaski zdają się i tak zwykle pożerać światło. Słońce stara się przebić przez mgły, ale wszystko co widzicie, to dziwna, połyskująca srebrzyście kulka za mgłami. Piaski zdają się lekko zaniepokojone tym, że zniknęło ich oświetlenie, ale co moga zrobić? Nic? A może jednak coś? Poruszają niemrawo trawkami, ale w większości strasznie milczą. Dziwnie i przerażająco. Boję się… może cos planują? Może jednak jakiś potwór przemierza ich przestworza, ukryty pod pofalowaną powierzchnią? Zaraz, zaraz, zaraz… nie było czasem już takiej książki, a dokładniej książek? Diuna?

By dotrzeć do najpopularniejszej ścieżki Dueodde trzeba pokonać masę piachu, ale jak to zrobić, jeśli pod butami takie fajne płaskie kamyczki, z których mozna zrobić czadowe obrazki, pojedyncze muszelki bielą się wilgotnie, a te fale… może niewielkie, może i niezbyt wieczne, ale i tak zachwycająco turkusowe. A mówili, że kurcze takie kolory to ino na południu, cóż, jakby nie patrzeć, dla mnie to jest przecież południe! Dziwne i egzotyczne, pozbawione skał z jeziorem zamkniętym na czas lęgowy i masą pól, ale przede wszystkim ową płaskością i tymi wieżami. Tak naprawdę są trzy, ale z pasu pomiędzy wodą a piachem widać tylko te dwie… I od razu człowiek się czuje, że odpowiedniej ofiary Tolkienowi nie złożył.

Może jakaś dziewica?

Co takiego jest w tych piaskach na Wyspie? No serio? Jak można być tak miałkim, pylistym, a gdy tylko zbliżysz do nich oko widzisz, że wcale a wcale nic w tym nie jest jednokolorowe. Wszystko mieni się bielą, kremowościami i bursztynowościami. Trochę czerwonych, różowawych kropeczek, wspomnień po klejnotach… gdyby tylko oddzielić jedne od drugich i stworzyć taki obraz, aż mnie korci, ale już za ślepa jestem i ręce trzęsą się jak szalone. Kurcze, chociaż może spróbować? Na początek tylko z kilka kilogramów, może wydzielę kolejne kolory piasków Dueodde? Może uda się zbudować z nich nie tyle mozaikę, czy naścienny cud, a coś w rodzaju rzeźby? A może jednak szkło? Zmieszać te rozdzielone próbki i wypalić z nich kule, z których narodzą się motyle…

Świat okalająco Dwie wieże jest niesamowity. Z jednej strony drzewostan poskręcany, z górkami i wzniesieniami, ze ścieżynkami krętymi i ukrytymi w zaroślach chatkami… z drugiej te piaski. A mówili, że na piachu nic nie urośnie. Jaka ta przyroda niesamowita. I te ptaki, rozumiem, że wiosna i tak dalej, ale żeby tak ujadać? Ech te potrzeby gniazdowania, we wszystkich gatunkach takie same. Może u ptaków nie dach nad głową najważniejszy, ale…

IMG_0378 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mikry Kuźwa… została wyłączona