„Jedyny i niepowtarzalny, a jeśli dobrze mu sie opłacisz, nie będzie bolało. Nigdy już. Tak po prostu. I oczywiście, jeżeli wiesz, że… jesteś pewien, no zwyczajnie nie masz w sobie nazbytniej małoochotności, obrzydzenia, do ludzi wyglądających jak dwunoga jaszczurka. Lekko zielonkawych z krostami i ustami wciąż złożonymi w tak zwany ciup, szerokimi, wilgotnymi… ciemną, ograniczoną jamą. I oczywiście nie boisz się całowania w różnych miejscach i dotyku oślizgłości… i to dokładnie w tym miejscu, w którym boli… Widzicie, Pain Sssuker usunie każdy ból. Czy to stan zapalny, czy jednak tylko zwykła, pogodowa migrena. On to odbierze. Czy to zawał, czy złamana ręka… czy tylko złamane serce? Tak, usunie nawet ten ból, który może pomniejszyć wyłącznie czas. Wyłącznie długi, ciągnący się, nieubłagalny czas.
Zabierze każde rwanie i mącenie, każde palące, czy ciągnące się uczucie. Nie będzie bolało, chociaż będziesz pamiętał. Tylko, jaka to różnica? Zdrada, oszukaństwo, kłamstwo… pamiętasz o tym wszystkim, ale już nie boli. A może lepiej, jeżeli boli? Lepiej, jak możesz ten ból czymś otępić? Może przysysający się, chudziutki, niski mężczyzna o obrzydliwym zapachu, dziwnie spotniałej nietrzeźwości i mocnej pleśni, to zło, nie dobro? Może tak naprawdę Pain Sssuker, to koszmarny wyjątek? Mutacja nienaturalna? Pragnienie, marzenie wykrzyczane przez zwijającą się co miesiąc, rzygającą dziewczynę? A potem, gdy ból nie nadchodzi, gdy znajomego rwania w podbrzuszu już nie ma… tęsknota? Strach? Koszmar… Ból? Tak bardzo fizyczny, tak dziwnie pozwalający oderwać się od codzienności, prosta wymówka, zrozumiała dla każdego, kto widzi twoją poznaczoną potem, bladą, a nawet zielonkawą twarz, która znaczy wymiotami każdy kosz na śmieci…
On istnieje, a jednak niewielu cieszy jego wizyta…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Krew stracharza” – … kolejny. Zastanawia mnie w jaki sposób seria, własciwie skierowana do nastolatków, tak bardzo fascynuje dorosłych? W jaki sposób akurat ten autor potrafi tak pisać… że nie czujemy się głupkami, że naprawdę się boimy…
Tom 10. Trzy jeszcze i może dowiemy się, czy Złego można pokonać? Może zrozumiemy dlaczego wiedźmy są takie, a nie inne i dlaczego mężczyźni są… sobą? A może jednak Tom nie jest w stanie sprostać temu zadaniu? Może jest tylko chłopcem. Nie mężczyzną? A może tak naprawdę jest jeszcze ktoś, na kim możemy polegać? Może w tej historii czeka na nas coś więcej?
Seria Kroniki Wardstone jest niesamowite. Trzynaście tomów jest pewnym ewenementem i wydaje się, że serial oparty na tych książkach, prawdziwie, mógłby być hitem, ale… może książki wystarczą? Dzięki temu tylko my wiemy jacy oni są! Jacy byli i będą. I… to jeszcze nie koniec! Kolejne książki tego autora już się tłumaczą. Okładki gotowe, tylko… poczekać!!!
Czasem się zastanawiam dlaczego…
Dlaczego świat się kręci tak, jak się kręci.
Dlaczego czas płynie zbyt szybko i herbata kończy się podobnie, nazbyt prędko. Czekolada też się kończy jakby zjadała siebie samą… wszystko się kończy? Wszystko się kręci, a może jednak czasem dałoby się wrócić w czasie, w przestrzeni i zwyczajnie zjeść ten placek Babci raz jeszcze? Albo makowca? Albo andruta, oj tak… zwyczajnego, wymagającego dużo mieszania, andruta. Dlaczego nie można? Dlaczego nie da się wrócić do pewnych wrażeń, a jednak wciąż to czuję… gdy tylko zaliczam wzgórze nad Gudhjem i widzę tą całą riwierę, to mnie zatyka. mieszające się błękity, niebieskości i turkusy z brązami i zielenią pól, a potem i drzew. I jeszcze te perełeczki, kolorowe domki i dachy i… ludzka nicość wszelaka. Cisza, samotność względna i oczywiście chmurki wszelkich inspiracji. Jak można się nie zachwycić, no nie da się. Wydaje mi się, że wciąż wracam do tego pierwszego dnia, gdy zobaczyłam Wyspę i poczułam sie jak w domu, po raz pierwszy. Dziwnie bezpieczna, w końcu spokojna i trzymająca strach na długiej i bardzo zwiewnie ruchliwej, ale jednak smyczy…
Tak, wciąż się zachwycam i mnie zatyka. Niekoniecznie wtedy, gdy drałuję pod górkę, a tu mamy ich całkiem sporo. Po prostu stajesz i się dziwujesz i siąpisz nosem i zachwycasz. I jeszcze chcesz być w kilku miejscach w tym samym czasie wszelkiej słoneczności. Oj tak… jestem monotematyczna i jeszcze zakochana. A może opętana? A może zwyczajnie niewiele mnie do tego mojego: dziwacznego i całkiem inaczej w świecie definiowalnego szczęścia, potrzeba? Może po prostu łatwo mnie zadowolić miśkiem i przyrodą? I książką, oczywiste, więc nawet o tym nie myślę. I może dziwne jest wymagać tego od całej społeczności? Po prostu by przestali jęczeć i zachowywać sie dziwacznie. I chcieć tunelu, zakładać knajpy, w których całymi dniami jedynimi odwiedzającymi są… właściciele!!! No i jeździć ponad 200 kilomosów na godzinę! No kto to widział? Z drugiej strony, wiecie jakie u nas mandaty policja ściąga? Jak tylko w okresie ferii zjadą się wysoko zadzierający nosa Kopenhażanie, po prostu kasa gliniarska w szwach puszcza. No i ona… hmmm, nie mam pojęcia o co chodzi w polityce, ale co myślicie o politykach dymiących w mediach społecznościowych, a potem nie potrafiących zwyczajnie przyjąć na klatę, że są dupkami i jakoś… przeprosić. Oj nie, teraz w modzie jest zamykanie konta na Facebooku czy Twitterze i uciekanie. Jakby mogli się schować, jakby mieli nadzieję, że wszyscy zapomną? Cóż, internet co godzinę ma nową aferę, ale bez przesady, to mała Wyspa. My raczej… mamy pamięć stada słoni!!! I to takich dobrze wykarmionych.
Wyspa się zmienia…
Przyznaję, że tym, co zawsze urzekało mnie w Wyspie była jej względna niezmienność. Bierzecie biało-czarną fotkę z zamierzchłej przeszłosci długich sukien, protestanckich fryzur i wszelkiej rybackości… i widzisz te same domy, płoty i skały. Drzew ino jakoś mniej, bo wiadomo, one są tutaj dość nowe…
I łabędzie…
Jedzie sobie człowiek autem i właściwie jest przyzwyczajony do tych białawych pól. Do zielonkawości, ale i biało-szarych plam. Dziwnych, lekko ruchliwych, gdy tylko uchylisz okno, zrozumeisz, że zarówno wrzaskliwych. Ale ta plama była większa, jakoś taka bardziej dostojna, dziwnie… wymuszała pokłon, uderzenie czołem o kamienie i jeszcze wystawienie ręki z darem, a drugiej, by władca pokornie nas zlinczował, bo na pewno coś tam nabroiliśmy, no na pewno… A to TYLKO łabędzie!!! Spore stadko, dziwnie nieruchawe. Jakbyśmy im przerwali rozmowę, może i spisek to, może i jakiś atak planują, a może po prostu… chciały sobie pomilczeć?
Kto to tam wie, jak to jest z łabędziami? No kto?
Jaja z klatek mają być zakazane na Wyspie? Ciekawe co z tego wyjdzie. Ta cała ekologia… wiecie, dziwnie się obudzić pewnego dnia i dowiedzieć, że teraz świat dzieli sie na ekologiczny i ten nieekologiczny. Kiedyś, gdy jeszcze koń ciagnął pług, a świnka z krowinką nawoziły jabłonki, wszystko może pachniało inaczej, ale za to było ekologiczne. Zimna woda z głębokiej studni, nawet latem tak zimna, że szkliwo pękało na zębach i wyprowadzało się wraz z dziećmi… i wnukami. Pamiętam zapach polnych pomidorów, drapiące ogórki, nosz jak pokrzywki no, marchewki brudne ot otarte o portki i zjadane. I jeszcze te groszki zielone, mięciutkie, słonecznik podkradany z ogródka, nawet jak jeszcze nie był do końca twardy, a łuski skrywały specyficzne mleczko… Takie to było wszystko kiedyś normalniejsze. Takie… wolne. A kury… wiadomo, były. Bałeś się koguta, bo raczej nie on Ciebie, miało sie kilka niosek, zbierało jaja, a jak nie pozbierało, to były kurczaczki. Z czasem można było sobie przywieźć małe, śmierdzące kulki, które wygrzewały się pod lampą, by potem zmienić sie w rosół. Karmiło się toto wszystkim, pożerało kamyczki dla lepszego trawienia… i nawet wiem jak oporządzić cos takiego na mokro, lub sucho… I wiem jak smakuje żołądek czy łapy.
Była li to ekologia? Czy normalność?
Dlaczego?




