„Ojeblik w pełnym zamyśleniu szlifowała się oddolnie na stopniach Białego Domostwa, odpędzając się od nowo wyklutych Mikroelficzków. Wkurzające, komarzopodobne istoty o pięknych skrzydłach, apetycie na wszystko co słodkie i dość wścibskim usposobieniu, nie dawały się łatwo zniechęcić. No cóż, ale włoski i szyjkowy kikucik trzeba było doprowadzić do porządku. Raz na jakiś czas, ale trzeba. W końcu przede wszystkim Ojeblik była kobietą. I to wiecie, taką prawdziwą, od początku do końca. Znaczy od czasu, gdy pozwoliła sobie na zeskoczenie z tej szyi… ech, to koszmarne wspomnienia!!! Lepiej nie myśleć…
Świat powoli szykował się do Świąt Wiosennych, które oczywiście, jak zwykle, kompletnie bagatelizowała i demonizowała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Miała w końcu uczulenie na allelujki i zawsze paraliżował ją strach przed wierzbowymi kotkami. Naprawdę. Od czasu tych koszmarnych godzin, a właściwie całego dnia, gdy zrozumiała, że na tym świecie zawsze będzie samotna mimo pozostawania w zamieszkałym budynku… samotna…
… samotna…
Ogólnie mówiąc był to skomplikowany świat. Z jednej strony łapanie zajączków i króliczków i malowanie im jajek, z drugiej jajka odmawiające współpracy, a i te wiecie, Zbuki. Nigdy nie wiadomo na co i na kogo się trafi pod skorupką. Co, jeżeli to ktoś, kogo nie chciałeś zobaczyć w swoim życiu? No i oczywiście był problem z Foczą Armią, która niszczyła wszystko, ale przecież Poprawność Polityczna… wiadomo, Opinia Publiczna… Dwa demony, z którymi jeszcze Pan Tealight nie wiedział jak sie mierzyć poza całkowitym odcięciem się od świata. Tak… Może i Wiosna nadchodziła, może i była wkurwiającą dziewczynką, ale świat już dawał popalić. Na dodatek Pan Tealight dobrze pamiętał smak gulaszu z foczki i foczki w plastrach i mrożonej, oj pamiętał i bardzo tęsknił za tym smakiem. Aż za bardzo…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Równoumagicznienie” – … bo nie mogą. Bo to przeca baby. Do garów je ino, rodzenia i dzieci odbierania. Tosz baby to nie mogą nic innego, nawet jak się chłop pomyli, to to i tak baby wina, że się… babą urodziła!!!
Oto i Mistrz zabiera się za równouprawnienie i jest GENIALNY. Jego bohaterka to może dzieciak, ale wiecie, w tym wieku, co to dogryźć się potrafi, choć nie do końca pojmuje się jak się dzieci robią, a i dopiec dorosłym i ogólnie wszystkich wyprowadzić z równowagi. No i jest jeszcze ona… dziwnie młoda, dziwnie inna, lekko taka specyficzna, wczesna Babcia Weatherwax!!! Obydwie dadzą czadu. W końcu mag może być kobietą! Chyba? A może jednak nie?
Jak zwykle dowcipna, jedna z wcześniejszych opowieści Dyskowych. Mądra, trzęsąca światopoglądem, zmierzająca ku stosunkom pomiędzy Babcią a pewnym Magiem, a i kąpiąca nas w takich osobowościach, że łeb mały. Tutaj każda postać, każda strona, każde słowo, jest ważne. Po to, by zrozumieć zasady wszelakiej równości między nimi i nami. Znaczy no wiecie, chłopcami i dziewczynkami. W końcu wszyscy nosimy kapelusze, czyż nie? Ino im mniej wygodnie na… miotle!!!
Nagle zrobiło się zimno, w powietrzu czuć mróz… a przecież nikt nie mówił, że pogoda się zmieni. Nikt nie wspominał o dziwnych zawirowaniach powietrza. A może nikt nie wiedział? Może nikt nie jest w stanie być pewnym… natury? Bo jak można być pewnym? szczególnie tutaj, na Wyspie. W miejscu, które zaprzecza wszelakim prawom, a podaje się wyłącznie instynktom. Miejscu, które trzeba kochac, bo inaczej zwyczajnie nie można. Nie da się… po co?
Z nieba lecą mokre płatki śniegu, niezdecydowane czy chcą być mrozem, czy jednak słodką mżawką. A może słoną? Kurcze, przecież nie wieje, więc może da sie sprawdzić… aj, mokra paćka, bardzo mokra i zimna. Szczególnie, gdy wpada za koszulkę! No ale, jak tutaj nie zażyć przyrody i zewnętrza? Nie da się. Trzeba. Może i wszelaka kwiatowatość zwątpiła lekko widząc co się dzieje, bita nocnymi przymrozkami i wszelką szarością, mglistością, a potem błękitem nieba… Jakby świat nie mógł się zdecydować. Kim być, co mieć, jak malować niebo? Może tym razem zdecydujemy się na zieleń? Podobno też w naturze występuje, więc czemu nie?
Nie da się zmienić natury. Po prostu się nie da, a wciąż wszyscy próbują i po co? Wyspa uczy, że jak wieje tak, iż łeb urywa, a ty wolisz łeb zachować, to wtedy z domu nie wyłaź. I tyle. Proste. Gdy tylko się o tym pamięta, jakoś tak wszystko daje się ze spokojnością leniwą przyjmować… jak pada, to pada, a popracuję w nocy, a poleżę z ranka. Jak nie pada, to popracuję i w dzień i w nocy, bo przecież kurna jestem pracusiem no!!! A jeśli pogoda jak dziś wszystko mgli, to idziesz w las i plażę, albo objeżdżasz Wyspę i znajdujesz miejsce, w którym niebo się otwiera i pozwala słońcu obmyć Wyspę kosmicznie skondensowanym promieniem.
KOSMICZNIE!!!
W tym jednym miejscu, paśmie nie szerszym niż dwa małe kroki, dzieje się dziwna magia. Dookoła gęsta mgła, a tam srebrzystość i złocistość mieszają się ze soba niczym cukier z żółtkiem i wyglądają nie mniej smacznie. Wszystko staje się dziwnie ociężałe od pozłoty i zaskakuje odcieniami. Tak prawie… niemożliwymi. A jednak, jakże naturalnymi? Zatrzymujesz się i kąpiesz w tej dziwnej światłości. Zaskakująco gęstej, jakby połączonej z mgłą, a może czymś, o czym serio nie mam pojęcia… jak to jakieś pierdy smoka, a ja im tutaj dorabiam metafizyczną wyściółkę, to sorry. Ale co tam, może serio czasem lepiej nie wiedzieć? Może?
Jak się okazuje, Wyspa może jedną stroną się chmurzyć i mglić, a nawet i lekko deszczyć, a drugą kąpać się w słońcu. I może miasto to jednak miasto, na szczęście, można łatwo się z niego wydostać i przejść po białej plaży. Piasek na niej sypki, drobniutki, ale ubity, więc nie wypluwasz po kilku krokach płuc…
Możnaby iść tak i iść, wydaje się, że tak naprawdę cała ta piazsczystość okala nie tylko Wyspę, ale i świat. Nie chcesz się zatrzymać, lekkie powiewy marszczą ci grzywkę… ale to z prawej, to z lewej naskakują na Ciebie kamyczki. Nie no… pewno, że nie skaczą fizycznie, ale kurna popatrzcie tylko na nie. Tutaj kawałek skały, a tam znowu pradawna cegłówka z dziurką, a tutaj szkiełko, które już od dawna jak szkiełko nie wygląda, a raczej jak klejnot prosto z Titanica. A tutaj krzemyk, a tam znowu kryształ… może i mleczny, może całkiem inny, ale jak bardo magiczny, a tu znowu kawałek filiżanki, któremu bliżej do szlachetnego kamienia, niż zwykłej skorupy… Usz, tyle tutaj skarbów, no nie można tak po prostu iść i patrzeć na te zderzające się ze sobą błękity, na przebłyski zielonkawe i bursztynowe podskakujące z falami, na owe wielkie głazy gdzie niegdzie poznaczone zielonkawą, fluorescencyjną prawie, naroślą. Na te skarpy piaszczyste – no akurat z tej strony piaszczyste, na te trawy bursztynowo-rudawe i na te kremowe i na te brzozy pniami białe, a górą… karminowe i fioletowe!!! Kamyczek mogę zabrać ze sobą, kawałek cegłówki powieszę na rzemyku i domaluję mu uszy, ale całą resztę złożę gdzieś przy duszy, wymoszczę nimi gniazdko, w którym wykluwają się pomysły.
Czasem wydaje mi się, że czas się zatrzymuje, ale gdy tylko nogi zaczynają boleć coraz mocniej, a na widok przymorskiej kałuży odczuwasz pragnienie rozumiesz, że on jednak upłynął. Może poza tą plażą, może gdzieś obok Ciebie, ale upłynął i gdy tylko będziesz chciał wrócić do świata, boleśnie zderzysz się ze skradzionymi minutami, a może i nawet… może godzinami? Czasem mi się wydaje, że mijają epoki, bo jakoś nie mogę się odnaleźć. Jakoś tak się gubię poza względna i wyględną dziczą. Dziczą, z której jednak widać wszelaką cywilizację. Może i zamgloną portowość, ale jednak. Nawet słychać jakiś kuter, chociaż nie widać… wody niosą odgłosy, ale wzrok już nie ten, a może to wszystko tak bardzo mnie mami?
A może nie trzeba wracać?




