Pan Tealight i Pudło ze słoniami…

„Miała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki dziwne, całkiem niewielkie, chociaż i przepastne… pudło ze słoniami. Wiecie, no tak na pamięć je miała. A może raczej na zapominanie je miała?

Kto ją tam wie?

Pudełko było miejscami różowawe, z brązowymi i kremowymi paseczkami, brązowym wieczkiem, zamykane na srebrzysty zatrzask. W środku słonie miały całkiem miękko i wygodnie chyba. Zresztą, każdy z nich, by zapobiec wszelkim interakcjom, zapakowany był we własny woreczek z zielonym sznureczkiem. I nawet trąby z niego nie wysuwał, uwierzcie mi! Nie chciały być razem, a z drugiej strony jakoś tak nie umiały bez siebie wszystkich razem, no w kupie żyć. Pudełko było ich domem. Fascynującycm pałacem, w którym miały wszystko… czego potrzebowały. Małe, szare, ręcznie malowane, herbaciane słonie…

Każdy z nich miał swoje wspomnienia, każdy trzymał je gdzieś pomiędzy ogonem, a trąbą, mocno, ściskał w sobie. W owej skórce pofałdowanej, pod uszami ogromnymi. Te nosiły w sobie pamięć dzieciństwa, tamte zdarzeń nie z jej życia, a te znowu tylko to, co chciała niepamiętać. Bardzo chciała… Tak naprawdę wciąż była gotowa na nowe i wciąż ją to zaskakiwało… ale przecież wszyscy mówili, że trzeba pamiętać, że żyje się ino wspomnieniami…

Nie rozumiała tego.

Bo po kiego pamiętać coś, co już było, co nie wróci, co tak naprawdę w tej chwili serio nie ma żadnego znaczenia. Wtedy uskrzydlało, teraz sprawia, że widzisz w sobie wyłącznie nowe zmarszczki i strzykające kolana. Tak naprawdę to fajne, co sie dzieje, ma wypełnienie i zalety wyłącznie wtedy, gdy się dzieje. Lepiej czekać na coś takiego, co sie wydarzy, niż tylko wspominać to, co dawno pokrył już kurz… Zresztą, to wszystko tak bardzo, i tak często, boli!!!

Nie, Wiedźma Wrona Pożarta nie przepadała za swoją historią. Niektóre momenty były wyczesane, ale serio wolała czekać na nowe. Miłe i fascynujące, pudełka otwierane, łzy radości… Oj nie, nie potrzebowała pamiętać, wolała czekać na nowe…

Słoniom było wszystko jedno.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5459

Maj zaczął się gorąco prażąco. Ludzie kochający zimę, czyli w liczbie sztuk jednej, czytaj JA… poczuli się cholernie oszukani! No bo serio, tak od razu do żaru? A co ze strefą przejsciową? No wiecie, tym czasem nastu lekkich stopni, które jednak nie chcą rezygnować z rękawka, ale kurde nie! No przecież my to od razu musimy iśc na całość. Się nie zgadzam! Ale, co ja tam mogę?

Gdy wszystko tak kwitnie, nagle i mocno, człowiek uświadamia sobie jak doskonały system mają drzewa owocowe. jedne już dawno zrzuciły płatki, zaopatrzyły sie w listki i się uwzględniają powoli owocując, reszta, jak jabłonie, dopiero się płatkuje. Piękna i zapachowa! Ech, cudne te stare jabłonie z powykręcanymi, ciemnymi, nawet czarniawymi gałązkami. Takie one zdają sie być wiekowe, takie wiedzące i serio potrafiące odpuścić. Zwyczajnie olać sprawy i przypierdolić im ogryzkami. To moja nadzieja na starość. Znaczy wiecie, na następne lata, że w końcu każdy może się nauczyć…

Przyroda na Wyspie z taka lekkością i łatwością odzwierciedla całe to dojrzewanie ludzkie. Bo w końcu czym się my ludzie różnimy od roślinek? Korzonkami? A może jednak tylko zapachem? Serio. Gruba kora odcina od zewnętrza, coroczna zmienności oliściowienia tłumaczy moje humorki i okazjonalne pragnienie czegoś nowego. Na przykład koszyczka z kwiatkami… Wiecie, u nas był Dzień Matki dopiero co i do sklepu – zwyczajowy sam – zwieźli kwiatki. Potem na Facebooku każdy je może pooglądać, bo gdy w okolicy półtora sklepa na krzyż, to inaczej się nie da. I nic w tym złego. Takie to dziwnie fajne, gdy nie ma się zbyt wiele. Mówią, że od przybytku głowa nie boli, ale ręce od wycierania bibelotów, na pewno!!!

Wiosna… ciekawe jakie będzie lato. Coraz bliżej do zimy – wot i się pocieszam. Siedzę przy otwartych drzwiach na balkon chłonąc lekko zachmurzona aurę dzisiaj i słyszę morze. Gdy stanę na palcach, to nawet je zobaczę. Takie to wszystko absurdalne, nie do uwierzenia. Oj, pewno że zdaję sobie sprawę z tego, że żyję tutaj już kilka lat i codziennie walczę o to, by dalej oddychać… ale jednak, wciąż nie wierzę. Gdy muszę gdzieś wyjechać, nawet na drugi koniec Wyspy, zawsze uspokaja mnie dopiero widok Gudhjem, Melsted i ukochanej plaży, zwanej Słimu!!! Te małe domki i błękity naprawdę potrafią mnie uspokoić. A może to tylko jakaś iluzja?

Zmyślna bardzo?

IMG_3791

Czasem się zastanawiam jakby to było zobaczyć teraz Wyspę po raz pierwszy… nie trzymać w sobie tych intrygujących wspomnień z czasów, gdy drzwi tutaj nie były zamykane, gdy zostawiony rower znikał sporadycznie, gdy wszystko jakoś tak było inne. Gdy nikt nie traktował tego skrawka ziemi jako punktu dla odpadów ludzkich i atomowych. Kurcze…

… nie wiem jakby to było…

Oj oczywiście, że mnie to wkurza. Dania traktuje Wyspę jako owo siedlisko wszelkich odpadów. Tia, zrzucają też uchodźców. Obecnie spacer po Rønne nie nalezy już do takich, które chciałabym uskuteczniać, a w południe trudno nawet pomyśleć o tym miejscu jako o Północy. Strach? Obecny!!! Oczywiście nic nie wolno powiedzieć, bo od razu jesteś rasistą. Jakoś tak nagle ci co sie boją, uznawani są za cholernych pojebów i totalnych bezmyslnych trepów. Cóż…  może i jestem jednym z nich. Całkiem możliwe. Ale jak jeszcze usłyszę raz, że oni się nudzą i nie mają rozrywek… to wybuchnę i wtedy problemy się skończą. Będziecie mogli obserwować Etnę Bis na Bornholmie. Opluję wszystko wrzącym jadem z zaciekła radością… wyrzuty sumienia będą potem…

Bo coś mi się wydaje, że urodzenie się w Polsce generuje wyrzuty sumienia. Po pierwsze, bo znasz polski, po drugie, bo chodziłeś do szkoły i serio tam wtedy jeszcze uczyli, a po trzecie boś biały i z Polski, a to zawsze zmuszało do wszelkiego pełzania i przepraszania za to, że się żyje. Tubylcy tego nie robią. Oni zwykle milczą, jeśli chodzi o Turyściznę, to ta ostatnio ignoruję. Mam dość tego, że za mną łażą i chcą… gadać. Dość tego, że gdy robię zdjęcia i potrzebuję spokoju, oni stają za mną i dyszą mi w kark, więc… śpiewam. Głośno śpiewam ze słuchawkami w uszach. Bo sorry, ale ludzie z moim zajebistym i wyczesanym wachlarzem stanów lękowych muszą w cholerę walczyć ze sobą, by w ogóle wyjść z domu. Nie ma obowiązku robienia za małpę w cyrku, jak chcecie małpy, zacznijcie płacić – będzie mnie stać na lepsze leki i psychiatrę, a nie jęczeć, że drogo, że was nie stać i tak dalej… Sorry, ale jeżeli już przyjeżdżacie tutaj i pakujecie się do jakiejś galleri, to grzeczność nakazuje kupienie durnej pocztówki. Nie stać Was, to nie kupujecie obrazka, ale… doceńcie ludzi, którzy kurna z tego żyją. Którzy starają się by to miejsce było czyste i spokojne. Serio nie rozumiem tego łażenia… Wiecie jaki jest problem numer jeden? Otóż większość z nas zna więcej niż jeden język i doskonale rozumie co pieprzycie pod nosem… jeżeli brak w Was kultury, wypad na Ibizę! Tam mają grubszą… korę!!!

No tak… zjeżdżają się. Turyścizna. Nie no, pewno i są miłe przykłady tej nacji, czyli każdego z nas poza granicą domu, ale ja jeszcze nie spotkałam. A ci ostatnio sa wybitnie chamscy i nieokrzesani. Serio, jeśli brak Wam dyskotek wciąż polecam Ibizę!!! Tutaj przybywa się dla spokoju. Polecam kosztować owego specjału. I lodów… genialne są miejscami!!!

Pokora i Grzeczność…

… zaczynam podejrzewać, że ktoś wybił te boginie jakiś czas temu, spalił ich ciała, a popioły, bo zakaźne, jakoś tak nie rozwiał, ale zwyczajnie utopił w czymś i wmurował to w podziemia, do których nikt i nic, nawet woda, wstępu nie ma.

IMG_0180

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pudło ze słoniami… została wyłączona

Pan Tealight i Wróżka Wyspuszka…

„Skrzydełka, trzy podbródki… suknia jasnoróżowa z halkami ozdobionymi koronkami, długie gacie zdobione szydełkowymi zawijasami, pelerynka z piórek… Do tego koafiura na głowie, blond oczywiście, z powplatanymi w nią perełkami, kamyczkami, piórkami i podrygującymi w sobie ino znanych nutkach, wszelkimi szmatkami. I ta malutka tiara na czubku, srebrzysta, wymiatająca dziwnym, wewnętrznym światłem. No i oczywiście wiecie… miała różdżkę. Srebrzystą, dostosowaną kolorystycznie do kolczyków i naszyjnika z diamencikami – czy innymi szkiełkami – całkiem długą, ale wiecie, wciąż nie przeciążającą naszej bohaterki. Z maleńką gwiazdką na czubeczku, cukierkowo różową, co to przy poruszeniu pyłek jakiś z siebie wypuszcza. Jak nic coś halucynogennego, ale co w tym złego. Trza sobie życie ulepszyć, czyż nie?

Jednak najbardziej intrygujące są w niej te buciki. Ciżemki na cholernie wysokim, cieniutkim obcasiku. Wiecie, takie lekko ciemniejsze niż reszta stroju, wpadające już w purpurę… wysokie dość, a jednak zgrabne, lekko wycięte w listkowy kształt i z zawiniętym, długim czubkiem. Trzeba mieć wielkie jaja, by tak po prostu w nich się pojawiać w świecie piasku i błotka. No i ten speed. Znaczy wiecie, prędkość z jaką się unosi, niby wysoko, ale jednak nie do końca pokazując to, co niewymowne. Szybko, ale też dziwnie dostojnie, jakby potrafiła być damą w każdej sytuacji…

Wszyscy wiedzieli, że ona istnieje, ale… nikt jej dotąd nie widział. A jednak wiedzieli przecież jak wygląda, może tylko nie pamiętali?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2179

Z cyklu przeczytane: „Litr ciekłego ołowiu” – … boski! Zresztą, od dawna wszelakie osobistości „znające się na literaturze” uważają właśnie krótką formę za najlepszą u Pilipiuka. Jego zbiory opowiadań są wyczekiwane, rozchwytywane i od razu konsumowane. Zanczy czytane…

No przynajmniej u mnie. Od razu, gdy wieści się poniosły po necie, że kolejny tomik już zaraz się ukaże, zamówiłam. Niestety przeczytałam od razu i… i znowu czekam. Czekam na kolejne opowieści o Stormie i Skórzewskim, o specyficznych odkryciach, ćwiczeniach szarych komórek, o zagadkach i temu, co zapomniane. Bo jak każdy z nas archeologów, Pilipiuk uwielbia powoli odkrywać swoje… ekhm, walory, oczyszczać je, opisywać, a dopiero potem wyjmować. Jego opowiadania, czy to stara Rosja, czy wszelako współczesna Warszawa, a może znajomy Lublin… są in situ. Właściwie włazicie w nie i nie inaczej jest w tym tomie, więc natknąć się tutaj możecie i na zombie i na dziwne czerwie, na stworzenia, które nie do końca są ludźmi i tych… którzy pozdrawiają nas z przyszłości.

To po prostu rozrywka, która wymaga zastanowienia się, ponownego przejrzenia wiadomości szkolnych, tudzież pogrzebania w internecie. To miniaturki, które są doskonałą kopalnią wiadomości z przeszłości, ale i w pewien, nadzwyczajnie nostalgiczny sposób ofiarują im… pamięć. U tego autora stare jest dobre, pewne i niezwykłe, a nowe strasznie ułomne. I ten język i bohaterowie…

Po prostu zacznijcie czytać opowiadania Andrzeja Pilipiuka! Zwyczajnie, ale od początku! Od pierwszego tomu opowiadań, bo inaczej cała przyjemność nie będzie pełną. Opowiadania często mają kontynuację, a szkoda to przegapić.

IMG_8146

Spacer…

… wciąż torami, których już nie ma, a jednak wciąż słyszę ten usypiający stukot. Stuk tuk, stuk tuk, stuk tuk… Wyobrażam sobie, jak to było jechać tutaj, powoli, pomiędzy skałami wysokimi, z cienia do słoneczności, poprzez pola, wzdłuż kanału, w szemrzącej wodzie, pomiędzy polami pełnymi zawilców i pni… krętym strumieniem, na lekkim podwyższeniu, z jednej strony wyżej niż trawy, z drugiej jednak wciąż na poziomie dziwnie chronionym przez Wyspę. Jest tak dobrze, spokojnie, melodyjnie i baśniowo. Aż kurcze nie zdziwiłaby wypożyczalnia dyń i szkoła kopciuszków.

Szkoda, że kolei na Wyspie już nie ma, a z drugiej strony unikamy też i zadymienia i hałasu. Kurcze, z trzeciej strony, jednak może fajnie by było… Chociaż idzie się po ścieżce tak miło. Jeden, czy dwa rowery przed nami, po prawej jakieś mokradła, po lewej znowu skała. Teraz pole, las się skończył, nasyp zmalał, w oddali gospodarstwo. Na gałęziach masa ptactwa. Takie to wszystko baśniowe, szczególnie te owocowe drzewa, takie puchate białymi płatkami. Człowiek już nie wie, czy to czereśnia, czy jednak jabłoń, a może jakaś mirabelka kurcze… wystarczy to, że pięknie jest. Ale zaraz nasyp  wraca, kręta ścieżka prowadzi gdzieś w inną Narnię… zostawię ją sobie na potem, może potrzebna będzie nić Ariadny?

Słońce przygrzewa coraz bardziej, błękit nieba zdaje się wyparzać ze mnie wszelkie zmartwienia. Kurcze, no gorąco, choć to wciąż tylko początek maja. Z prawej gromadka brzózek puszy się swoim nowiutkim listowiem, a dołem znowu masa żółtego kwiecia i orchidea i jeszcze maleńka kokorycz, zagubiona pośród owego, wciąż noszącego w sobie wspomnienie stukających kół, powietrza… Nad mokradłami coś dziwnie zakrzyczało. Jak nic w końcu coś się wykluło z tych niebieskich jaj, co to nie wiadomo kto je złożył… Może lepiej o tym nie myśleć…

Ale czy trzeba się bać?

No chyba nie? W końcu w tym miejscu tak bardzo wszystko jest możliwe. I skały w kształcie krzyczącej twarzy z nieoogolonymi policzkami i gałęzie, które okazują się być czymś lekko sie poruszającym. I ta wszelaka krętość i ta pagórkowatość i wrzucone w to skały… kurcze, to wszystko wygląda jak z cholernej bajki! Jak to jest możliwe, by w tak niewielkim miejscu zawrzeć wszystko co piękne?

IMG_1314 (2)

Bizonica się nam narodziła!!!

Sto lat malutka!!! Ciekawe, że się polskie bizony tak ładnie nam mnożą, no ale warunki mają, lasy sa, podmokłości są, no i drzewka i innych gnębicieli brak. Czasem z daleka ktoś sfoci, ale co tam, każdy kurna jest teraz celebrytą, więc cierpią. Jak inni. Trzeba przyznać, że to intrygujący widok, takie wielkie ssaki na takiej małej Wyspie. Już konie i krowy mnie przerażały, a teraz te włochacze…

Takie zdają się być magiczne.

Jak ten żółty trznadel, który przysiadł właśnie na gałęzi. Złociusiutkie cudo. Człowiek serio zapomina, że nawet w tej części świata mamy kolorowe ptaki. Żółte, niebieskie, złote nawet, rdzawe miejscami… Śpiewające oczywiście, aczkolwiek. Wiecie, no zawsze jest jakieś ALE. Większe, lub mniejsze i całkiem niepiwne. Tym razem zwie się ono trele o czwatej kurna nad ranem!!! No tak, ptasie piosneczki o tej porze, bo wiecie, u nas te jasne noce, więc walą na całego, są wkurzające. Nie da się tak po prostu rajcować się owymi odgłosami, gdy padasz na maskę i masz serio ochotę dorwać cholernego sopranistę i zwyczajnie skręcić mu kark. Oj pewno, że potem masz mocne wyrzuty sumienia, bo to ino ptaszki, śliczne takie… ale…

Ubijcie śpiewających za wcześnie!!!

Myślicie, że nie doceniam ptasiej kultury? Ależ oczywiście, że ją doceniam, szczególnie, gdy siedząc na kiblu wsłuchuję sie w wrzaski potępieńcze młodych wróbli, zawsze głodnych. Ja rozumiem, że oni rosną, ale kurna, tyle żreć? Gdzie one to mieszczą? A może tak naprawdę nocą ich ciała się powiększają i pochłaniają tych, którzy nieopacznie poleźli na spacer pod gwiazdami? Wiecie, w rzeczywistości są ogromne, ale pod wpływem błąkających się dookoła ludzi słonecznych promieni, maleją na dzień?

Może? To przecież Wyspa…

IMG_0182

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wróżka Wyspuszka… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Klumper…

„Każda rodzina ma takiego osobnika. Wiecie, spraszać go trzeba, wysyłać mu kartki i strasznie nie wolno o nim zapominać przy wszelkich okazjach, a jednak… jakoś nikt go nie trawi. I to dosłownie. Podobno kiedyś połknęło go jakieś Ohydne Wężowisko, ale zwróciło nim dotarł on do jego trzech par migdałków!

Taki właśnie był Pan Klumper. Osobnik nie do końca poznany i nie do końca znajomy. podobno był jakimś tam pociotkiem Pana Tealighta, ale on sam nie pamiętam z kogo, albo czego… właściwie, powinno było go to zastanowić, ale jakoś tak owe myśli go omijały. Może to właśnie powinno było zwrócić na coś uwagę? A może nie miało zwracać uwagi? No, kto to wie? Zwyczajnie, Pan Klumper był członkiem rodziny i tyle. Znosiło sie go, jego cebulowo-czosnkowy zapach, dziwnie wychudłą sylwetkę, a jednak steatopygia obecne. Może uznawanie go za wujka nie było do końca poprawne? A może zwyczajnie było… kto to tam wie? Po prostu… jakoś pytania, dywagacje, wszelkie niepewności, się go nie trzymały. Zresztą, nie był taki uciążliwy…

Przychodził czasem, jak dziś.

Ot tak, bo przecież czemu nie. Zrywał stokrotki, znosił w słoikach z łąk radosne, dmuchawcowe głowy, a potem wracał do siebie. Gdzieś mieszkał, ale gdzie? Nigdy się nie zgadało na ten temat, zresztą, on w ogóle niewiele mówił. Zwykle się uśmiechał i wtykał głębiej słuchawki w swoje małe uszy. Czego słuchał? Zwykle czegoś melodyjnego, a już najbardziej kochał boysbandy. I fajno… Bo przecież czy serio trzeba nadmiernie się opowiadać wszystkim, nawet rodzinie?

Niektórzy mawiali, że zamieszany był w dziwne porwania nad Burzliwą Wodą, ale niczego mu nie udowodniono. A raczej… jakoś tak zwykle to z głowy takie myśli uciekały. Jakoś tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3201

Z cyklu przeczytane: „Nevermore 3” – … i koniec. Kolejna seria, dość kultowa i zaczęta kilka lat temu, dobrnęła do końca. Czy szczęśliwego? Cóż, uznaję za szczęście to, że w ogóle ją wydano, a co do treści… nadal jest mrocznie!!!

Pamiętacie Isobel? A przystojniaka z mrocznością dookoła? A Poe? Jeżeli nie, to nie ma boja, Wydawnictwo nie tylko wydało trzeci tom trylogii, ale i wznowiło poprzednie dwa, więc znajdziecie je na półkach. A naprawdę warto, bo to, co zwykle opisuje się jako YA, tym razem jest czymś więcej niż tylko „kocha niekocha”. Czymś mroczniejszym, czymś bardziej artystycznym, czymś przypominającym wycieczkę do ciemności po tego, kogo się pokochało. Walkę ze wszelkimi przeciwnościami, a wszystko pod skrzydłami najsłynniejszego z kruków!!!

Bo to przecież nie tylko opowieść o uczuciu, ale pewnej baśniowości w naszych życiach. O owych wszelako dostrzeganych kątem oka mrocznościach, przekleństwach, przeszłości, która nigdy nie ustępuje. Trylogia Nevermore, to nie tylko opowieść o miłości i nastolatkach, to historia pewnej dojrzałości, upartego dążenia do celu i walki o to, co najważniejsze… prawdę i samego siebie. Cudownie ułożona, niczym najbardziej misterna fabuła, trylogia łączy nie tylko YA, opowieśc dla nastolatek, thriller i horror, ale przede wszystkim pozwala autorom z przeszłości nie zostać zapomnianymi…

… jednak, czy w ogóle można zapomnieć E. A. Poe?

Nie!!! LOL

A samo zakończenie… cóż, jednym przypada do gustu, innym nie… dla mnie jednak było doskonałym kompromisem pomiędzy współczesnością, a nastoletniością, pomiędzy baśniowością, a zwykłymi, ludzkimi uczuciami… Ponownie spotykamy tych już znanych, ale i tych, którzy tylko nam mignęli w poprzednich tomach. Znowu zaciera się granica pomiędzy magią, strachem, a wolą przetrwania i znowu… czeerleaderka musi pokonać samą siebie. Ale tym razem do końca i na zawsze.

Do ostatniej strony…

Będę tęsknić za tymi bohaterami i tą specyficzną stylizacją. Serio!!!

IMG_3609 (2)

Nowe jedzonko!!! Bo przecież trzeba jeść, co nie? Nie da się inaczej… na dodatek niektóre z tych tomów to moje wyczekane…

IMG_8128

Jezioro, droga, pola… i po prostu człowiek idzie. I właściwie ciepło mu, bo przecież słonko grzeje, ale nie za gorąco, bo chłodny wiaterek też robi swoje. Po prawej jakieś jeziorko, czy też staw, na nim kołysze się niewielki… eee ponton chyba z ojcem i synem. Taki to wiecie, czas świąteczeny na Wyspie, gdy możesz po prostu być rodzinnym. Nie martwić się tym i tamtym, zwyczajnie posiedzieć w przyrodzie. Podjechać rowerem do miejsca, w którym jeszcze nie jadłeś kanapek, albo tak jak ja… po prostu iść.

Bo ja wiecie, wolę chodzić. Można przystanąć co chwilę i coś pstryknąć, można tak po prostu być, wąchać i macać te płateczki… bo ta droga, którą stąpam niegdyś była koleją. Dziś już nie ma śladu po torach, nawet zardzewienia brak, po prostu tylko prosta ścieżka, dość szeroka, wyminąć się można, wiecie, jak to na wąskotorówkę… ale to musiała być fajna trasa. To jezioro po prawej, po lewej pola teraz kwitnące owa specyficzną, walącą po ślepiach żółtością rzepaku. Tutaj mały, biały domek z szopą, tam dróżką do kolejnego. Stoją sobie w takim specyficznym oddaleniu, jakby serio nie chciały do końca być obraźliwe, że niby się alienują tak, ale kochając swoją samotność i czując się zwyczajnie dobrze tylko ze sobą i drzewami, polami, widokami szerokimi… są.

Idzie sobie człowiek i ocieniają go same kwitnące drzewa. Jakby kurde serio zapłacił za wypasioną weselną ucztę i teraz szedł do ołtarza. Zerkam na siebie, bo ni białej sukni, ni welonu, do tego w łapie flaszka z wodą… ale co tam, jak już opłacone, to pójdę! Ino ten ołtarz mnie przeraża. Ostatnio stanęłam w płomieniach ładując się do kościoła w celach zwyczajowo archeologicznych!!!

No nic… drzewa pachną, wali ta aura wszelkiej słodkości mi na dekiel, tutaj strumyczek, tam jeszcze ostatnie zawilce, garść dzikich tulipanów… krzaki białe, jak by ośnieżone, a przecież to ino tarnina. Nawet nie wiesz kiedy minęło kilka kilometrów, bo zapatrzyłeś się w owe brzózki obsypane połyskującą, ostrą zielenią. Wszystko to jakieś takie nadspodziewanie piękne, sięgające gdzieś ku przeszłości, gdy to słali człowieka do szkoły polnymi drogami, a on wtedy z wyrywał z piaszczystych zasp fajne trawki z długimi korzeniami i plótł im warkoczyki…

Wyspa serio potrafi być nostalgiczna… bo by ukoić moje nerwy podsyła mi dziwonię. Tia, też nie miałam pojęcia, że takie ptaszki istnieją, a może miałam pojęcie, ale wiecie, jakoś tak wcześniej opisywałam je ino jako wróblowate? Nie wiem, ale gdy taka parka obrabia mi przywleczone przeze mnie gniazdko, znalezione późna jesienią, piękne i misternie wykonane, które oddałam światu umieszczając je na choince… jakoś mnie to rozczula strasznie!!! Znaczy jedno obrabia, drugie siedzi w wysokiej trawie i obserwuje. Jak nic podejrzewam, że one wiedziały, iż nam kosiarka zacznie dymić w kilka dni później. próbowały powiedzieć… ale, bariera komunikacyjna zadziałała!!!

IMG_3504 (2)

Hałas…

Obudził mnie w nocy. Koszmarna mieszanka kombajnu z ogromnym helikopterem. Wyłażę przed dom, a tam nic, tylko niebo, gwiazdy i ten hałas. Dopiero Chowaniec odnalazł źródło hałasu, a potem oczywiście zajrzał w internet. Po raz pierwszy na własnych uszach dowiedzieliśmy się jak brzmi poszukiwanie osoby zaginionej na morzu – port w Melsted. Dudnienie, tętent, koszenie, i oczywiście te skrzydła miotające powietrze… w oddali, a raczej nie tyle oddali, co za krzakami migające światełka niebieskie i te ogromne szperacze. Szukające, miejące nadzieję…

Zaginiony, prawie siedemdziesięcioletni mężczyzna, który był tutaj na krótkich wakacjach, niestety został odnaleziony już martwy. Łowił ryby. Wiecie, o tej porze często się ich widuje w gumowych ubraniach, stojących w wodzie, daleko do brzegu, z kijkami… To już drugi w tym roku. Uważajcie na siebie! Morze to nic spokojnego, a w szczególności tereny dookoła Wyspy. Kryją nie tylko krakeny, syrenice i utopce, ale przede wszystkim dość zdradzieckie dno. No i wiecie, wraki po rosyjskich łodziach podwodnych…

Przez całą noc… nawet jak już znaleźli ciało i wszystko ucichło, zniknęły też światła wozów i łodzi… w powietrzu unosiła się dziwna niepewność. Bo chociaż był to pierwszy raz, to przecież też był to znak, iż owych razów może być więcej. Oczywiście, że zdaję sobie sprawę z koszmaru jaki przeszła żona rybaka, a raczej nie chcę myśleć o tym bólu, o informowaniu dalszej rodziny… czekaniu. Ale dla mnie była to tylko przerażająca noc dziwnych myśli i snów, gdy już wszystko ucichło, bo tutaj noc jest ciemna. Czarna i smolista, gdy niebo nie rozświetla się gwiazdami. Cicha… chyba, że akurat trafi się jakaś zwierzyna, czy rolniczy atak na plony. Człowiek z czasem tak bardzo przywyka do owej wszelkiej ciszalności, że nie umie już żyć tak jak kiedyś: z łoskotem tramwajów, światłami wielkiego miasta, stukotem aut, ciężarówkami na nierównym asfalcie.

Człowiek przyzwyczaja się do ciszy…

IMG_8030

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Klumper… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwny Gość…

„Właściwie, to bez urazy, ale Wiedźma Wrona Pożarta od zawsze była antygościowa. Jakoś tak nie lubiła spraszać ludzi do domu, nie lubiła łazić innym po pokojach i sikać w cudzych łazienkach, a już spotkania na zewnątrz były dla niej wizją przyszłego piekła. Mniejsza, że tatuś Szatan tam… no nie mogła z żyjącymi i tyle. Obce oddechy, obce dupska kalające jej Studnię Życzeń, obce wszystko… No tak było i już. W końcu pozwoliła sobie to zrozumieć i dzięki grzmieniu o tym na prawo i lewo, głównie w postaci pisemnej, jakoś nie musiała przepraszać… wiele… Ale Wyspa miała na to inne spojrzenie. Lubiła Turyściznę, wiedziała jak z niej korzystać, a i z łagodną swoją naiwnością karała śmiertelnie i krwawo tych, którzy nabroili.

Ale jednak gdy ten Dziwny Gość pojawił się na jej ciele… zawahała się. Poczuła coś, czego od dawna się wystrzegała. Miała refluks! I dziwne uczucie w żołądku, a na dodatek jeszcze czkawkę. I przeczucie miała. Nie potrafiła jednak do końca stwierdził, czy chodziło wyłącznie o niego, czy o coś więcej, bo drzewa owocowe kwitnęły, więc… trochę nią mroczyło. Bardzo nawet…

Właściwie, czy ktoś go zaprosił, czy sam tak jakoś się spojawił… Gdy Ojeblik – mała, ucięta główka spotkała go na swojej, leśnej i pełnej zawilców drodze – akurat zbierała ich łebki na Zawilcową Nalewkę, którą pędziły Niechciane Księżniczki… przeraziła się. Jakoś tak. Był duży taki, owłosiony, o ciemnej, ogorzałej twarzy… wielkiej głowie i ogromnych uszach!!! I miał warkoczyki!!! Ozdobione kokardkami, dziwne futerko z krótkim rękawkiem i szalik, który dziwnie nie do końca otaczał jego szyję. Serio, był zaskoczeniem! Bardziej przeraziło Ojeblika to, że leżał tak na ścieżce i gapił się na nią, niż jego oryginalny, intrygujący wygląd. Serio!!! Jej krzyk sprowadził wszystkich z Białego Domostwa, ale… dziwnego Gościa już nie było, gdy tam dotarli.

Nie szukali go, ale Pani Wyspy odczuwała coraz większe zaniepokojenie. Przeczucie nie mijało i rzucało się na sny Wiedźmy Wrony Pożartej. Ostatnio śniła sie jej śmierć w wypasionej pelerynce skomplikowanie połączonej, pewno faszionowo, z lekkim peniuarem, tudzież szlafroczkiem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0358 (2)

Z cyklu przeczytane: „Akademia Dobra i Zła 3” – … bajki się kończą. Wszystkie. Nawet te co rzucają ino, że „żyli długo i szczęśliwie”. Kończą się… i oto kolejna seria zamyka swoje podwoje, a ja wciąż jedną nogą w niej…

Opowieść o przyjaciółkach, zaczarowanym lesie, zaczarowanej szkole i wszelako zamagicznionych osobowościach wciąż zaprasza z półek. Nawet jeśli już dawno dorośliście, pieluch nie pamiętacie, a nawet nastoletniość to dla Was przeszłość… zajrzyjcie do owej trylogii. Serio!!! Poznajcie przyjaciółki, specyficzną szkołę bohaterów książkowych i pełną niespodzianek fabułę, bo… to jedna z tych opowieści, w których do końca nie wiecie co i jak, kto kogo lubi, kto kogo kocha i kim naprawdę jest.

Zatopcie się w magię, zakochajcie w pięknym języku i nietypowym humorze. W owej specyficznej niegrzeczności właściwej tylko autorom, którzy pozwalają swoim boahterom decydować o fabule. Bo to z jednej strony bajka, dla większych dzieci i dla tych, którzy zapominają powoli jak to jest być niedorosłym… ale też zwyczajna przygoda, odnalezienie siebie, odpowiedź na pytanie: czym jest przyjaźń, przeznaczenie i dobre zakończenie. Czy warto do niego dążyć po trupach?

Naprawdę warto!!!

IMG_6828

Mistrzostwa Wyspy w jedzeniu lodów. Ktoś chętny? Chociaż, gdy ja to napiszę, pewno już będzie po wszystkim, co nie? Zresztą i nagroda kijowa: jedzonko dla czterech osób. Skąd ja wezmę cztery osoby? I to żerte takie, bo przecież szkoda tak nic nie zjeść, co nie? Jak już spraszają i nagradzają, nie wypada no!!! Przecież w dzisiejszych czasach wszyscy kurna są ino na diecie. Ten na bezmięsnej, ten bezcukrowej, bezmącznej, bezjedzeniowej, bezjajecznej, bezpłciowej… No i tylko 10 minut? Niektórzy wolą sie delektowac, a nie tak żreć na siłę… No nie wiem.

Co o tym myślicie?

Zainteresowani?

Na Wyspie zbliża się czas Folkemodetu, czyli wiecie, takie tam zebranie folków, znaczy ludzi i wiele gadania. Głównie o polityce i polityce i jeszcze tej no, polityce. Dla takiej małej Wyspy to wielkie obciążenie. Czasem mi się wydaje, że to całe gadanie, zebrania i pogawędki tak jej ciążą, że zwyczajnie się zanurza coraz bardziej i bardziej i bardziej i w końcu wystaje jej ino maszt i Rytterknægten i nic poza tym. A ludzie wciąż gadają i mają gdzieś jej zmieszanie. Bo Wyspa rozumie interesowność, ale jej nie lubi. Rozumie potrzeby zmian, ale nie kuma potrzeby wycinania drzew, by postawić cos, co już istnieje, czego nikt nie potrzebuje, tylko dlatego, że EU dała kasę na takie coś. Ech… wiecie, każdy ma problemy. Ale na najazd folków jesteśmy chyba gotowi. A może nie? Nie mam pojęcia. Policja bynajmniej już ćwiczy, ale robotnicy kładący te wszelkie w ziemi ustrojstwa raczej się nie spieszą. Ciekawe, czy objazd, wkurwiający strasznie w Allinge, zostanie do czasu spotkania. Ciekawe…

Mniejsza z polityką! Wolne! Długi weekend! Cudownie! Może i trochę jak dla mnie za ciepło, ale co tam. Kwiatki rosną, kwitną i szaleją. Wszystko pachnie, chyba że zwyczajnie wtranżolicie się w chmurę opadu gównoklarnego znad jakiegoś pola, wtedy oj sorry. Wymioty możliwe. Ale poza tym pięknie. Coraz bardziej rozpukuje się na żółto rzepak. Te jego zielone doły, błękit nieba, słonko i morze w oddali, kurcze… jakie to chrzanienie piękne. Do tego kwitnące drzewa owocowe, wszelkie krzaki, których nazw jeszcze nie odkryłam, pączkowanie, no i ta zieleń…

Ja piernicze!!!

IMG_1316 (5)

Kukułka szerokolistna… to moje najnowsze odkrycie. Stała sobie w towarzystwie znajomych i rodziny w lesie, zaraz obok pierwiosnków lekarskich. Znaczy prymulek tych!!! Wiecie, mają liście jak prymulki, ino wyższe sa i kwiatuszki mają maciupeńkie i żółciutkie jak słonko. Taka fioletowa sobie stała, troszkę młodością przypominała łubin, ale liście miała inne… z czasem chyba owe kwiatuszki się od części głównej odrywają, odstają od niej i pojawiają się dzwoneczki. Kurcze, znaleźć coś takiego na obrzeżu lasku… zwyczajną, czy też niezwyczajną orchideę. Może serio życie przyrodnika fajne jest? Tutaj orchidea, tam znowu szczaw zajęczy rosnący na skale, w mech zaczepiony, chwytający owe drobinki ziemi, jakie mu się tam z wiatrem dostaną, mieszając korzeniami owe szyszki, listki i wszelkie wiecie… butwienie.

Tym bardziej, że jasne noce się zaczynają, więc serio można zamarudzić na spacerze. Oczywiście warto pamiętać o tym, że sklepy w większości wciąż ino pracują do wczesnych godzin wieczornych, więc jak pustka w lodówce, to serio kanał… no i Turyścizna powoli pączkuje i prądkuje, więc wiecie, ser żółty znowu atakują… Warto zrobić przy tych jasnych nocach jakieś wczesniejsze zakupy. Wilczy głód czeka, w końcu jak się tyle człowiek ślaja po świezym powietrzu…

Bażant mi przeszedł za oknem… właśnie. Tak o, bo wiecie, bo może. Coś mi się zdaje, że bażantowe pogłowie się zwiększyło, gdzie się człek nie obejrzy tam one i perliczki. Miotają tymi długaśnymi ogonami, ciągną je, ale jednak nie do końca tykając ziemi, jakby były wiecie, za dobre na owa zwyczajną trawę, ścieżkę i drogę. Kurcze, niczym kury, ino te piórka mają bardziej złote takie… A jednak, trochę to dziwne, czyż nie? Wielki, tłuściutki bażant, idealny na półmisek… z ziemniaczkami, koperkiem. Kurcze, chyba nigdy kurcze nie jadłam bażanta, a Wy?

Dieta dietą…

Festiwal chórów w Gudhjem oferuje ucztę dla uszu. Ekhm, jakby ktoś, to wiecie, kierujcie się za głosem… Wszystko u nas rośnie, płodzi się i kwitnie, więc nie dziwota, że w ludziach się potrzeba do pienia naradza?! Czyż nie?

IMG_3792 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwny Gość… została wyłączona

Pan Tealight i Mentorka Syrenich Pień…

„Znaczy Wiedźma Wrona Pożarta ogólnie wyć potrafiła. Dostojnie, może i mało melodyjnie, nawet na werblu nie umiała jak należy, wiecie pałeczkami tak rytmicznie i jedną i drugą bębnić, zawsze w końcu się gubiła, jakby jej zlepione ze sobą strony nie potrafiły współpracować, albo choć robić tego samego… ale wyć umiała. Jakoś tak przerażająco, czasem wysoko, czasem dziwnie nisko, to biła szklanki, to tłukła kamienie na drobny pył… Ale śpiewać? Kiedyś śpiewała, ale to było dawno. I całkiem możliwe, że tylko się jej przyśniło. Teraz czasem sobie nuciła, ale by uczyć pienia…

Nieee… Ale jednak nie było innego wyjścia.

No do kogo miały pójść jak nie do niej? Pewno, że mogły sobie poszukać kogoś, i może by nawet znalazły, ale Wiedźma Wrona Pożarta była tak jakoś pod płetwą… Ułapiły ją jak się szwendała po skałach, zbierała wspomnienia innych i mieszała je z odchodami Starych Praszczurów, by wiecie, stworzyć w swojej Spiżarni sławne Wonne Mościwości, które to miały bardzo wiele niesamowitych właściwości, ale… nie o to chodzi… Chodzi o bardzo zdesperowane Syrenice łapiące Wiedźmę, ciagnące ją na skały daleko sięgające w głębiny morskie i proszące o lekcje Trelów Uwodzących. I o Wiedźmę strasznie się rechoczącą, aż do zachłyśnięcia, bo przecież co jak co, ale kurde ona i uwodzenie! Świat się śmieje!!! Świat popuszcza…

Dopiero po chwili, gdy już się uspokoiła, a one przestały tak się rzucać, zrozumiała, że nie da się inaczej. One chciały młodych, dziarskich rybaków, a Wiedźma Wrona powrotu w miarę suchej formie do domu… Musiały się dogadać. A jednak… wieści niosą, że trwające ponad tydzień lekcje sprawiły dziwne ubytki w ptasich grupach, ucieczkę Foczych Ławic, a nawet sprowadzenie dziwnego, Jadowitego Wieloryba, który zakochał się w Wiedźmie, a raczej w jej głosie i… postanowił nie odchodzić. Poza tym wiele Tubylców zaczęło się uskarżać na lęki nocne, a część nawet postanowiła zgłuchnąć… ale przecież to nie mogły być one?

Co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0931

Rozgrzewa się Wyspa… tak całkiem nagle i od razu mocno, jakby nie umiała odnaleźć tego, co pomiędzy, co by ładnie grzało, ale nie parzyło, opalało, ale nie topiło… Wczesnowiosenne kwiaty znikają w tempie zatrważającym ofiarując miejsce mleczom. Wszędobylskim, puchatym żółtym główeczkom, które… ozłocą każdy nos. Jeśli potrzebujecie cieniu do powiek, to zwyczajnie, zamknijcie oko i wetknijcie je w mlecza!!! Spróbujcie, ale uwaga na pszczółki i bączki.

Ciepło mi…

… w lesie w dziwnych podrygiwaniach gną się zawilce. Niby dywany, a jednak kurcze nie trzeba odkurzać. Puchate i przepiękne, zdają się być wyłącznie czymś dla wybranych, a jednak… i mi, owemu specyficznemu człowiekowi, maluczkiemu przy boskości natury, wolno go dotknąć. W powietrzu coś pachnie i całkowicie nie mam pojęcia co to. Ale, czy to ważne? Ważne, że kurcze nie śmierdzi!!!

Wszystko jest takie spokojne. Jakby oczekiwało kolejnego długiego weekendu, bo przed Danią aż cztery dni laby. Znaczy wiecie, wliczając weekend oczywiście. Już widać zwiększoną ilość nieznajomych na ulicach. Rodziny z dziećmi, panie z panami, panów samotnych, lekko woniejących ciepłym, skórzanym siedziskiem… a tak, oto i czas koszmarnie głośnych motocyklistów, z jednej strony mnie fascynują, z drugiej sprawiają, że moje uszy chowają się do czaszki. Ech… i zaraz po mojej ciszy, ale może jeszcze uda mi się wsiąknąć w zawilcowy dywan? W końcu za chwilę zniknie, ot po prostu zapadnie sie sam w sobie, powróci do swego fascynującego Świata Podpoddziemia, by tam zwisać sobie z sufitu…

Wyspa się grzeje. Wystawia kamyczki, budzi mrówki i wszelkie inne robactwo ku pracy. Chwasty mają się dobrze, a pojedyncze, czerwone tulipany rozrzucone w pokręconych krzakach, zdają się być dziwnymi płomieniami, które wcale nie parzą. No i jeszcze grusze i jabłonie i czereśnie… ech, takie to wszystko ulotne. Niczym te dziewice z zaprzeszłości, panny młode, wiecie… na chwilę przed nocą poślubną. Gotowe na to, ale jednak nie do końca pragnące zmiany. Może dałoby się zatrzymać to na zawsze? Młodość, niewinność, zapach i ciszę? Może?

IMG_2775

Człowiek przyzwyczaja się do tej ciszy, samotności, do owej pustki, gadania do kamieni, drzew i po prostu bycia… nagłe zwiększenie ilości osób na Wyspie co roku powoduje dziwny szok. Nagle przed domami, dla których charakterystyczne były puste kosze na śmieci, pojawiają się samochody, wszędzie dziwny ruch. I tu i tam otwarte okna, wszedzie ruch pszczelich i wszelako inaczej bzykających latawców… ech, tak by człowiek uwalił się na głazie i zdrzemnął…

Nie no, nie da się. Tyle do obejrzenia, a ten moment, kiedy zieleń zaczyna, kiedy kwiaty wciąż jeszcze są na gałęziach, szybko mija, więc do aparatów! Do wąchania nowego, macania zielonego i wciągania w siebie tej ciszy, która już niedługo znowu będzie trudniejsza do odnalezienia. I zapatrzyć się na wróble i wszelkie inne małe, śpiewające ptactwo. Jakie one wyluzowane, a przecież obrotne i robotne. To szpaki się człowiekowi rozłożą na trawniku, niczym cholerne klejnoty, to wróble się na nie rzucą, albo te inne wróble, albo… wiedzieliście, że sikorki tak potrafią trelować? A makolągwy, kurcze, jak ślicznie albo te no… zięby. Idzie człowiek lasem, a tam taka parka urzęduje na dróżce. Pewno ziarenka im spały na rozgrzany piach i taki fastfood mają, lub cos innego… nawet nie uciekają zajęte swoją robotą, całkiem nieciekawe ludzi… I dzięcioł i wrona. Jedna właśnie przytargała na lampę kawał padliny. Skrzy się padlina czerwono na lampie, bo lampa z takim daszkiem, więc na ruszt się nada, podsmaża się… wrona najpierw wlazła mi w miętę, potem w oregano, zerwała liść z poziomki i wraca do swojego mięska. Doprawia je? A może ino ściemnia?

Zje w końcu, czy poczeka, aż jej ono skruszeje?

Na wysokiej czereśni pojawiły się mgliste poświaty… znaczy kwiaty, ale serio nie wyglądają jak kwiaty. Raczej jak niby specyficzne, zgromadzone pod lekko czerwonawymi liśćmi. Piękne takie… niewinne. Młode i smarkate. Ciekawe, jakie będa w tym roku z nich czereśnie? A może w końcu narodzą się z nich smoki? Bo przecież serio, wszystko tutaj jest możliwe. To Wyspa… gotowa na Turyściznę, na wszelką wakacyjność, na kolejne wspomnienia, marzenia i dziwne historie. Owe pokazy mody rowerowej i biegalnej, ale i te dziwne szaty zwyczajowych Spacerowiczów…

Oj, będzie się działo.

IMG_8093

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mentorka Syrenich Pień… została wyłączona

Pan Tealight i Mrówcza Wiedźma…

„W podziemiach Chatki Wiedźmy, bez urazy, ale nawet ona sama nie wiedziała, że je ma… a może wiedziała, ale to wstydliwe, jeżeli chodzi o budynki, no wiecie, że się tam coś ma? A ona jest przecież damą, więc starała się o tym nie myśleć, tego nie uznawać za istniejące i rzeczywiste, i ogólnie mówiąc… jeżeli to robiła, to to nie istniało. I właśnie w owych przestrzeniach całkowitego nieistnienia, niczym Bibliotece Niewidocznego Uniwersytetu, mieszkała Mrówcza Wiedźma.

Mrówcza Wiedźma była Pierwszą Istotą. Niektórzy mawiali, że może i była Matką Pana Tealighta. Istotą cichą, niewychylającą się, całkowicie zamkniętą w swoich korytarzach, tunelach i zagłębieniach, pomiędzy jednymi jajeczkami a drugimi, w których oczywiście mieszkały Pradawne Dusze… otoczona zawsze Mrówczymi Oddziałami Wnuczków… Po prostu była. Zwykle wyłącznie śniła, o tym co było i co będzie, całkowicie abstrahując od tego, co jest. Jakoś jej to nie interesowało, a może była już znudzona błędami, zawsze tymi samymi, które popełniali ludzie? Może w snach i wizjach szukała czegoś interesującego, dla czego warto było się obudzić…

Ale wiecie, czasem wstawała, odziewała siebie w swoje mikrokrasnoludkowe ciałko starej babuleńki w barwnych chustach, z różowymi policzkami i siwymi włosami lekko rozczochranymi pod chustą… i tuptała na górę. By przepędzić Zwyczajne Mrówki z Chatki Wiedźmy i popatrzeć na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki… wiecie, dla rozrywki. Nic wtedy nie mówiła, wypijała naparstek zielonej herbaty z poziomkami, zjadała okruszek czekolady, lub dwa, zabierała pięć listków mięty i odchodziła z tym dziwnym uśmiechem, który mówił: wiesz, że ja coś wiem i że ci tego nie powiem, ale wiesz też, że wiem tyle, iż to czyni mnie straszną.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1347

Z cyklu przeczytane: „Osobliwy dom pani Peregrine” – … no tak. Wiecie, czasem słyszy człowiek o książkach, ale jakoś nie ma czasu, potem nie ma ich na stanie w księgarni, zaczyna wsłuchiwać sie w przebąkiwania o filmie i w końcu… ją ma. Dopada do niej i…

… boi się, że to nie będzie to.

Na szczęście w przypadku pana Okupa, jest dobrze. Jakoś tak Ransom Riggs mnie musnął swoja wyobraźnią. Z jednej strony nie wprowadza w literaturę nic nowego, ot dziwadła, osobliwości, niesamowitości… z drugiej jakoś fajnie je porządkuje, wpasowuje w naszą codzienność. Nadaje im ludzkie twarze, a może to nas odziera z ugładzenia?

Oto on, wnuczek, który nie wierzył dziadkowi i dziadek, który skapitulował, nie opowiedział wszystkiego, bo przecież… będą się z niego śmiali. I podróż i dom, który jest inny, niż wszystkie i bohaterowie, prawdziwi. I magia, niesamowita. I oni… osobliwi. Większość z Was przecież wie, czego może się spodziewać po tej powieści. Pięknie wydanej, gruba oprawa, dobra czcionka, zdjęcia, słowne rozpasanie. Czas na zastanowienie się nad wszystkim, pomieszanie czegoś, co wciąż jest baśnią, ze współczesnym, nastoletnim niedopowiedzeniem. Gwałtowność młodości, specyficzne dostojeństwo dorosłości. W tej powieści jest wszystko… także to, że gdy zamkniecie strony dziwnie zaczniecie spoglądać na loczki małej sąsiadki…

Na majówkę jak znalazł!!! Ale ja spodziewałam się czegoś więcej…

IMG_0704

Trolling…

Zaczęło się. Przez Tejn nie można przejechać, bo oczywiście u nas parkowanie jest uliczne. Znaczy wiecie, można, trzeba, nie da się inaczej, parkuje się na ulicy, więc parkują po jednej i drugiej stronie, nie myśląc i nagle kurcze konia z wozem, tragarzem i dyniami temu, co to wszystko jakoś ogarnie. Podobny ścisk na wiekuistej granatowości morza. Na szczęście dziś niezbyt mocno się burzącego. Tu i tam mkną biało-srebrzyste strzały. Opienione dołem, jakby serio ścigały je delfiny, krakeny i rekiny. A może i coś więcej? Może serio spotkali je… SYRENY!!!? Może jakoś oparli się ich pieniom, a teraz próbują wydostać się z zasięgu, ale jakoś tak zwyczajnie nie mogą trafić w port, bo te ryby im przeszkadzają? No te, co to je łowić mają, więc nie trafiając łowią i łowią i łowią, rzucane żyłki motają się na ogonach, płetwach i pierun wie czym tam jeszcze… w końcu mutacje z Fukuszimy, to całkiem dzisiejsza sprawa… A ludzie na brzegu ino się patrzą i dziękują Własnym Opatrznościom, że te ich w morze nie wypchały. Bo sorry, ale jak się patrzy na owe łódkowe strzały tak wzbijające się w górę i w dół, i znowu góra i dół, i znowu góra i… to wiecie, paw wysoce gwarantowany!

Tudzież obligatoryjny.

Ciekawe jednak jak się syreny ulepszą w pieniach, wiecie teraz są takie technologie, to może i im się w końcu trafi jakiś smaczny, młody i jędrny kąsek? A może tak naprawdę każdy z tych stateczków, łodzi, kutrów, czy jak to się zwie, najpierw składa im w ofierze jakiegoś młodego, barczystego, umięśnionego i śniadego chłopaczka? A potem chudeusza w brylkach, bo przecież syrenice to baby, a baby lubią to i tamto, a inne jeszcze coś innego. Dla tych starszych może jakies kocięta wodne? No pierun wie, a może robótki ręczne? No i co z trytonami, tudzież męskimi syrenami? Czy w zwyczajnej, kłamliwej dobie wszelkiej równości łapie się też białogłowy i ofiaruje… wiecie, w imię owych dobrych, wielkich połowów? Bo przecież owi waleczni panowie z patyczkami moczonymi w wodzie, to raczej sami się nie poświęcą, czyż nie?

… cokolwiek złożyli lub nie, jak zmoczyli fale krwią, tudzież posmarowali je miodem, wypłynęli… I łowią. Oczywiście nagrody ino dla tych, co powalą jury rozmiarem, wiecie, jak zwykle w tym całym męskim świecie. Dlaczego nie dla tego, co złowi rybkę o najładniejszym pyszczku? Albo taką, co potrafi ugotować obiad i będzie świetnym narybkiem, znaczy nabytkiem, dla jakiejś młodej mamuśki? Kołysankę zaśpiewa dzieciom, a potem zwyczajnie utuli je i wiecie, kolację zrobi. Bo tak serio?

Po co łowicie te ryby?

Serio?

IMG_5608

Poczty

No tak… może ktoś mi wytłumaczy, w jaki sposób to wszystko działa, że poczt, w znaczeniu budynków pocztowych – działających, Dania ma już ino cztery. 4!!! Wyobrażacie sobie 4 poczty na cały kraj? I pewno też niedługo je zamkną. Jeśli będąc w Danii będziecie chcieli wysłać list, to życze powodzenia. Szukajcie w Kvickly i Sparze stoisk ze znaczkami, może pomogą?

Czy naprawdę poczta jest tak niedochodowa? Serio? Przecież ludzie tyle rzeczy kupują przez internet! No i… kurcze, a może nikt już nie wysyła listów, kartek i paczek tylko ja? Ja z tego mojego epokokamiennego zakątka? Może? Może rzeczywiście nikt już tego nie potrzebuję? Słów napisanych ręką, kartek z podróży, emocjonujących kilku słów skreślonych w jakimś zakątku, którego nigdy sami nie zobaczycie. Przesłanej niespodzianki. Czegoś niewielkiego, innego, niesamowitego: muszli z plaży, bursztynka, wisiorka z dziwnym kamieniem, kamyka w kształcie serduszka od babuleńki stojącej ze sowim kramem przy zakurzonej uliczce Mexico… Liścia zasuszonego. Kawałka zabawnie uformowanego drewienka, lub maski od tego starszego pana, lub torebki wyszytej w koraliki przez niewidomą dziewczynkę, nawet nieświadomą cudu, jaki Wam naprawdę ofiarowała za te kilka monet…

Czy mogę żyć w świecie bez poczty? Za chuja nie!!!

W Kopenhadze coroczna wizyta Bornholmu…

Wiecie, takie tam „osfajanie”. A może próba wytłumaczenia dlaczego jedni muszą płacić tyle za coś, co u nas rośnie sobie za darmo? Kto to tam wie, jest jednak jakieś wydarzenie, czyż nie? Ma być reklama? A może przypomnienie Danii, że nie składa się ona wyłącznie z owego zakątka otoczonego wodą? Kto to tam wie? Miejmy nadzieję, że jednak nasi zarobią. A co… W końcu o to w tym wszystkim chodzi!

Ech…

IMG_4703 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mrówcza Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i On Zapomniany…

„Był taki jeden z Turyścizny… I chociaż cała wiedza o nim dawno już odeszła w morze, on sam wciąż tutaj był, wielce radosny z tego miejsca i swojej względnej niewidoczności. On Zapomniany z Turyścizny. Ten, który nie chciał wrócić do domu… bo tak mu się tutaj spodobało, ale mama i babcia i żona młoda tak go namawiały, że wsiadł na prom, jednak gdy nie patrzyły, bo młody steward akurat miał awarię rozporka, on sam rzucił się w morze i… utonął dla nich. Ale gdy ino tonąć zaczął, zaczął też błagać Panią Wyspy, by go przyjęła. Początkowo była sceptyczna. No bo sorry, ale jeżeli koleś nie potrafi najpierw odmówić babci, potem matuli, która go z sąsiadką żeni, a potem małżonce, to co z niego dla Niej będzie? Długo się zastanawiała co zrobić, a on zwyczajnie wisiał sobie utopiony nie do końca, ale i dziwnie radośnie żwawy pomiędzy Umarciem Totalnym, Zwyczajnym Nieożywieniem i Nieumartością Niekrwienną. Bo widzicie, może bab słuchał się za bardzo, ale jednak cierpliwość miał…

I w końcu…

… więc został kamienną ławką. Zagubioną w leśnych odstępach, niedostępną, bo po kiego mu nadmiar ludzi, pod którą spotykały się wiewiórki w celach kopulacji, lisy, by znieść zdobyte jajka i oczywiście Miniaturowe Żuberki – nowe takie, genetycznie niemodyfikowane cuda. Słodkie i włochate. No mówię Wam cudne pierdzioszki!!! Aż człowiek chciałby mieć jednego w domu, albo lepiej piętnaście… oczywiście do czasu, gdy zaczynały wydalać, bo kupy maluchy walą jak wielkie żubry i wiecie, nawożenie nawożeniem, ale nie każdy ma tyle ogródka…

Został ławką i to mu wystarczało. Oczywiście jego trzy kobiety powróciły na Wyspę upomnieć się o swojego niewolnika, ale Pani Wyspy nasypała im gryzących, przedburzowych mrówek w gacie i tampony, potem wpuściła je w pokrzywy, zostawiła w czasie suszy na zasranym polu, by w końcu przypomnieć ile tutaj się płaci podatków… wolały wrócić do ssiebie i zająć się stewardem. Podobno serio im jakoś sie układa. Za wnukiem-synem-mężęmbyłym nie tęsknią…

Ale wiedzcie jedno… Pani Wyspy rzadko zgadza się na takie przypadki, zmiany i wszelkie gmatwania. No, chyba że jesteście słodcy i przymilni, albo fanatyczni jak Wiedźma Wrona Pożarta… ale nikt poza nią nie jest taki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4619 (2)

Z cyklu przeczytane: „Lato nad jeziorem” – … kolejna. Kolejna opowieść Eriki James. Nazywają takie opowieści obyczajami, jakby… miały uczyć nas obyczajności? A może o obyczajach innych ras, narodów i tak dalej? Bo przecież, o co innego może chodzić? No chyba nie o to…

O miłość?

Floriana, Adam i Esme… Eurydyka. Oj tak, Erica uwielbia specyficzne, nietuzinkowe imiona i bohaterów, którym nie zawsze przytrafia się happy end. I zaskoczenia i miejsca, które mieszają nam w głowach, i które wpisujemy na listę: do odwiedzenia kiedyś. Tak właśnie jest teraz. Bo to lato nad jeziorem będzie bardzo interesujące. Szczególnie z takimi bohaterami. Takimi po przejściach, oczywiście w większości sercowych. Bo wiecie, gdy człowiek trochę pożyje, to jakoś właśnie ono dziwne, walczące o prym w nas, serce sprawia najwięcej problemów.

Poznajcie interesujące osobowości, każdą z inną historią, innymi przejściami i przyszłością, o którą wszyscy muszą się postarać. Tylko… czy uda im się przełamać? Odepchnąć od siebie demony przeszłości, znowu uwierzyć w drugiego człowieka, wybaczyć, powiedzieć samemu sobie, że wszystko może być znowu inaczej… może pięknie nawet?

James potrafi pisać tak, że nawet błacha codzienność nabiera jakichś żywszych barw, a każda scena ma swoje ramy. Z jednej strony nie przeinacza codzienności, nie wybiela wad, a z drugiej w jakiś dziwny sposób udaje się jej znaleźć w każdym coś dobrego. Jakby dawała każdemu jakąś szansę, jeśli tylko on powie, że chce się zmienić. Tutaj każda wina otrzymuje karę, a niewinność zawsze jest doceniona. I ten język. Bez wulgaryzmów, z lekką nutką owej Austinowej urokliwości okolic wszelkich. Po prostu cos bardzo… może nie do końca tylko kobiecego, ale na pewno obdarzonego ogromną wrażliwością. Naprawdę interesujący… obyczaj.

Obczaj obyczaj? LOL

IMG_3610

I mamy maj.

No dobra, mamy maj prawie. Dookoła unosi się dyskretny urok ekologii, znaczy wiecie zwykły aromat gnojówki. W tych sprawach, jak człowiek się mocno zaciągnie, serio można zostać ekspertem. Bo wiecie… u nas jeżeli chodzi o użyźnianie, to bez boja, spokojnie idziecie na wysypisko i w zamian za trawkę dostaniecie wypasione cuda do ogródka. Podobno wszystko rośnie po nich, jak po sterydach jakichś!!! Mamy coś owczego, ale w tej sprawie, to trzeba mieć swoje kuporobki. a serio, moje doświadczenia dowodzą, że tam, gdzie owce kupkają i trawę zjadają, nie ma problemu z nadmiarem traw, kleszczy, a na dodatek kurcze, grzyby rosną wielkie! Ale bez urazy, jak baraninka Wam nie odpowiada i nie możecie znieść wełny, prosze bardzo wzbogaćcie się w kupy krowie. A co? Zbierałam jako dzieciak. Brało się je, namaczało, albo zwyczajnie rzucało na grządki…

Dla tych bardziej leniwych końskie boby w formie lekko płynnej, które są do zdobycia na wysypisku śmieci. Uważajcie, bo strasznie są ostre. Jeżeli ich nie rozcieńczycie, jak nic wypalą wszystko. Najlepsze są suche, ale komu się chce łazić po drogach i ścieżkach i zbierać? No komu. Pewno, że masa tego i lasy piękne buzują zieleniami, ale jednak… Działają. Tylko… dlaczego wciąż czuję kurze kupy? No dlaczego? czyżby była to najnowsza odmiana nawożenia? A może w kurczym gówienku jest coś bardziej specjalnego? Jakieś wzmacniacze? Czary mary dla korzeni, owocków i liściejów? A może… kury ostatnio urosły take, że mają gabaryty słoni?

Ogólnie mówiąc… nie pachnie różami, a mówiąc o różach, na szczęście władze poszły po rozum do… no gdzie tam się idzie po rozum, Tesco czy jednak jakie Kvickly? Netto? Bynajmniej poszły po rozum, dostały go w całkiem dobrej cenie, a może i na kredyt, kto to wie kto to będzie spłacał? I czy dostali ten mózg w kawałkach? Znaczy wiecie, dla każdego coś, czy jednak mają wyłącznie jeden, bo po co na to płacić i kazdy sobie go nosi co jakiś czas na chwilę? Ekhm… bynajmniej chyba go używają, bo zrezygnowali z tych cholerstw chemicznych z Monsanto by tępić dzikie róże. Może się i płodzą, ale kurna nie lepiej zrobić z nich różane olejki, tudzież dżemik z owocków, niż zwyczajnie plenić chemikaliami? One są takie piękne!!!

IMG_4551

Maj…

Cóż można powiedzieć o maju, poza tym, że zwykle jest majowy. Wiecie, mai się to i tamto, zieleni, kwitnie… szczególnie jeśli chodzi o namioty tych wielce wytrzymałych. Kolorowe i wielkie, wiecie, lekko przerażone, bo przecież to wciąż nie lato, nie wiedzą do końca co tutaj robią, ale jednak stoją. Dzielnie stoją. Widzę jak bardzo nieciekawe mają miny. Jak niektóre się boją, bo mają takie radosne kolorki, a tutaj czasem mocniej powieje, a czasem i popada, więc… boją się. Aż człowiek chce przytulić biedne namiocie kwiatki. Przynieść im kocyki i herbatke w kubkach z uszkami. I jeszcze może pogłaskać te z chrapiącymi w środku…

Maj. Zwyczajny miesiąc, czyż nie? Może i ma majówki, tudzież wolne w różnych krajach, ale co tam. Że ciepło i dłużej jasno? A kogo to obchodzi, jak chce się ino spać? Nie będzie mnie pogoda zmuszała do aktywności fizycznej! No tak nie można, no! Są chyba jakieś prawa i obowiązki, tudzież opowieści o zniewolonych przez naturę? Są?

A może jednak wciąż będzie padać i zimno będzie i lato odwołają? No przecież kurcze mamy to jakies tam ocieplenie, czyli w rzeczywistości ma być zimniej, czy jakoś tam? Bo co takiego wszyscy widzą w lecie? Sami pomyślcie: poci sie człowiek, strasznie poci, odwadnia, parzy i poci znowu, śmierdzi i musi pić i myć się częściej i zakładać ciuchy, które wszystko odsłaniają, każdą tajemnicę, bliznę, każdego wągra i siniaka. Każdy wałeczek, spring roll, czy jakoś tak. No i siadać trzeba na rzeczach zwykle chłodnych, które teraz parzą jak nie wiem co, jak: kuchenka, palnik i wzrok teściowej, gdy widzi twój sposób robienia ryby po grecku. Człowiek się opala, ale myśli ino o czerniaku, w lesie tylko o kleszczach, a nad wodą o Fukushimie i wszelakim zatruciu, dziurz eozonowej i o tym, że tamta laska super wygląda w tym stroju, a on ma ino półtora metra…

Kocham zimę!!!

Może być nawet jesień!!!

IMG_2757

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i On Zapomniany… została wyłączona

Pan Tealight i Deszczowa Wiedźma…

„Padało. W końcu padało.

W końcu końca, no i w ogólnym sedesie wszelkiego istnienia pojawił się na Wyspie deszcz. Wiedźma Wrona Pożarta, obrażona, że bonusowy śnieg z weekendu jej nie doszedł, postanowiła coś z tym zrobić. Najpierw miała zwyczajnie przespać deszczowy dzień, potem zapolować na Lodowego Smoka, co to czasem przelatywał nad Wyspą, by zwyczajnie sobie popierdzieć, jakoś w tym miejscu zawsze miewał wiatry, ale… nie wyszło jej. Chciała oczywiście zrobić za jego chłodną pomocą własny śnieg…

No kurde, ale nie wyszło.

Dlatego zwyczajnie zaczęła… robić nic. Nie była w tym dobra i ogólnie mówiąc strasznie ją korciło, by wyrwać chwasty mimo chlustającego z niebios gradu. Naprawdę strasznie, ale nic ją korciło. Wielkie Mityczne Nic. Po prostu Totalne Nic, miejscami okraszone kołdrą, poduszką, zapatrzone w sufit i czasem popijające coś z flaszki, która jest nic, więc i ono  jest nic… nicą? A może nickiem? No widzicie, nie da się. Zawsze przecież jest wredne myślenie, dlatego zwyczajnie, jak codzień zwlekła się z łóżka załączyła wodę na herbatę i nie dbając o mycie zębów, w końcu Chochel pojechał z, nieświadomym tego, Chowańcem do pracy, a Pluszakom było wsio rawno, w końcu one nie wyłaziły z łóżka, zapatrzyła się w deszcz spływający po szybie. W owe koleiny wilgotności, strumienie i wodospady, pojedyncze kulistości łączące się w jeden potok, a potem znowu, niczym Wiarołomni Wiekuiści Rozwodnicy, pozostające same. W tą całą porządną nieporządność, która tak bardzo ją senniła…

Powinna była coś robić, czyż nie? Ale przecież patrzenie też się liczy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4704 (2)

Z cyklu przeczytane: „Gen atlantydzki” – … tomiszcze. Uwielbiam duże, grube książki. Uwielbiam się wtopić w historię, nawet jeżeli jest ona nadmiernie przerażająca. Rzeczywista, pociągająca za sznurki atawistycznych lęków współczesności.

A. G. Riddle doskonale wpasowuje się w tę definicję, ale i zaskakuje. Porusza temat dość świeży, aczkolwiek nie do końca nieznajomy… pochodzenie współczesnego człowieka. Bo kto z Was wie, że tak naprawdę pochodzimy od niewielkiej grupy przodków. A może nawet… od jednego? Teorie się mnożą i mieszają, a autor doskonale pomiędzy nimi lawiruje. Tutaj trochę mitów, tam badania genetyczne, archeologiczne i etnograficzne. Miesza chciwość człowieka z „kompleksem boga” tkwiącym w niektórych z nas. Rozpasanie naukowców z tymi, którzy wątpią, niepewni tego, czy jednostka powinna władać większością. Genetykę z nazistowskim postrzeganiem ludzkości. Rzuca nas po całym świecie strasząc końcem… dla rozwoju ludzkości.

Czy można zabić większość, by zaliczyć skok cywilizacyjny?

Kim jest człowiek?

A może czym?

Powieść niestety składa się z masy krótkich rozdziałów i właściwie nie posiada jednego, głównego bohatera, choć za takich starają się uchodzić Kate and David. Krótkich rozdziałów nie trawię, a Kate i David nie są na tyle dobrze opisani, bym mogła ich polubić, czy nawet coś do nich poczuć. Ich ciągła pogoń za dziećmi zdaje się być jakąś pomyłką. Są jak ten Indiana Jones, całkiem nie mający wpływu na hitlerowców. Do tego brak opisów… no klęska, a jednak klęska, która intryguje, bo jeszcze nikt nie pokusił się o tak KOSZMARNĄ wizję. Wstrząsającą! Wizję dziwnej, pradawnej instytucji, która za nic ma maluczkich wobec tzw. wyższych dóbr. Są zakłamani fanatycy, naukowcy nie baczący na człowieczeństwo, badania nad autyzmem i mutacje, pytania o boga… Ale tak naprawdę przede wszystkim jest tutaj straszny bałagan. Nie każdy może się w tej powieści odnaleźć. Niektóre zabiegi autora mogą denerwować, niejasności, mdli bohaterowie, ale… jednak warto. Nie umiem tego wyjaśnić, ale chociaż sposób pisania drażni, to jednak sama historia, wyjście z sytuacji przeludnienia, mnie kręci. Pewnie, że to obrzydliwe, ale co, jeżeli ta teoria jest prawdziwa…

Kolejny tom jeszcze w tym roku.

IMG_3607

Pada, ale fajnie, bo pada!!!

Widzicie, dotąd kropiło, więc fajnie jest. Co prawda Wyspa jęczy, a dokładniej jej kierowcy, że przy takiej temperaturze, to trzeba będzie wrócić do opon zimowych, ale co tam. Może i ci z Turyścizny, co to dziś się błąkali pod naszym wiatrakiem zmarzną – miejmy nadzieję, że nie przyjechali pod namiot – ale nic to przecież. W końcu chyba spora część Europy szaleje pogodowo, więc… raczej wiedzieli? No, znając ludzi, pewno nie. Miejmy nadzieję, że wynajęli sobie domek w Novasolu. Taki z kominkiem i widokiem., Z drzewami za oknem, może piaskiem trochę dalej od schodków, może… w lesie? Albo to wielki gård? No wiecie, kwadratowo, tudzież prostokątnie zamknięty zabudowaniami placyk z drzewkiem, czasem i studnią. Na pewno pomalowany na krwisty kolor. Może z krzakami wciąż zamkniętych bzów, może brzozami dookoła stawu, łączką, może i klombem…

Ech. Nic na to nie poradzę, że domki u nas to odrębna historia.

Śliczne są i kolorowe. W większości miejsc mamy nakaz, by budować tylko tak, nie inaczej, by malować domy wyłącznie w kolorach ziemi, a i stronić od balkoników… nie wolno mieć płotu, nie wolno tego i tamtego, pewno dlatego to wszystko wygląda tak słodko. Zwykle kolory kremowe, brązowe, czerwienie i pomarańcze, sporadycznie coś niebieskiego, jak ten dom przed Hasle, a raczej całe obejście w odcieniach baby blue. Albo kobaltowy dom w Svaneke? Zwykle jednak, oczywiście pod cudownymi dachówkami, mamy ceglaste tworki pruskie, i oczywiście szachulcowe, bo przecież wszystko się trzyma, szczególnie, jeśli popatrzymy na monstrualne gårdy. Wielkie, niby odmienne księstwa, wraz ze swoimi władcami, złą królową i na pewno jakimś czarnoksiężnikiem, co to z nią sypia i wiecie, ma wpływ na swój mały świat…

Odmienna opowieść to zabudowa miejsca pełna miniaturek. Tak maleńkich domeczków przytulonych do siebie, malowanych pastelami, że aż człek sprawdza, czy nie nadepnął jakiegoś Lilipucianina. Albo te miniaturowe chatynki, oczywiście z sufitami które naruszają moją przestrzeń… nawet MOJĄ przestrzeń półtorametrową, w których się duszę. I te ogrody, ogródki, kwiaty i trawniczki…

Ino kurde wszystko takie niskie! Poza kilkoma budynkami tych, którzy mogli sobie pozwolić i na mury grubsze i na okna wyższe… pałacowe, lekko mocniej koronowane przestrzenie. Ale oczywiście, że mamy kilka budowli wysoce nowoczesnych. Jak to drewniane, czarne pudełko na północy… dziwne, z białymi szpitalnymi wnętrzami, w których nie ma nic poza żyjącym tam minimalistycznie Panem Minimalizmem, który serio czuje się bardzo samotny…

PS. Nie, nie łażę ludziom po domach. W kilku mieszkałam, a reszta tutaj…

IMG_7494

Za psa samotnie biegającego po dzielni bulisz… za psa nie na smyczy teoretycznie też, ale wiecie, niewielu o to dba. Niewielu też zbiera po sobie kupy, tudzież chociaż je zakopuje w krzaczkach, no przecież nic trudnego ziemią potraktować kupkę! Jakoś się ludzie zbiesili i olewają wszystko… Może serio nikomu się już nic nie chce? Wszelkie inicjatywy upadają, każdemu nowemu dajemy rok i jeszcze się nie pomyliłam…

Może to jednak wina tej pogody? Wiecie, w stylu: wszystko co umiem dam ci w jednym dniu. Najpierw pada, potem słonko wali, wieje, grad, lekki mrozik i w końcu coś dziwnego… znowu żar. W końcu jeśli pogoda taka zmienna, to dlaczego nie ludzie? Tutaj zwyczajowym zabiegiem względnie dorosłego osobnika jest ciagłe poszukiwanie siebie. Jakby serio wszyscy byli tacy pogubieni? Zaobserwowane zjawisko polega najczęściej nie tyle na ciągłej zmianie hobby, ale… pracy! Ha ha ha! Mnie uczono, że jak już dostaniesz robotę, to się jej należy trzymać, ale tutaj… nigdy w życiu. Raz w roku spokojnie można przenieść się z jednego miejsca w drugie. Historyk staje się pielęgniarką, podróżnik rolnikiem wyspecjalizowanym. W końcu zwykły kurs robi z ciebie profesora, więc czemu nie… oczywiście wyłącznie dla urodzonych w Danii!!!

Ostatnio podesłano mi artykuł jakiegoś gościa, który większość czasu spędza w Meksyku… o tym, że moja Wyspa taka jest bura i nudna jesienią. No oczywiście, że mnie kurna wkurwił!!! Bo jak można nie widzieć piękna w nagich gałęziach, filuterności pni i oczywiście mchów… miniaturowych lasów i porostów. I jeszcze morza, które serio przesadza czasem z barwieniem się w okresie Wszelkiej Bezlistowości. Jak można być zaskoczonym porami roku? Rozumiem, że gość mieszka w wiekuistym żarze i względnej pustynności, ale nie wiedzieć o porach roku? Co oni tam książek nie mają, albo chociaż tych no… internetów? Mniejsza. Niestety jestem fanatyczką zakochaną w lodach czereśniowych i granatowych. Tudzież granitowych, bo to taki nowy żart. Lody z granitowego plastra! LOL

Znowu pada… może olać robotę i się przespać? Przecież nikt mnie nie podejrzy!!! No dobra… poza tym bażantem, który ostatnio nagminnie mnie podgląda przez drzwi na taras. Mówię Wam, jak nic zboczeniec. Żeby podglądać wronę? Czy to już jest mocne zwronienie? Czy jednak ino lekki odchył od równi? Kurde, nawet jak pada przyłazi. Robi hałas u sąsiada, a potem się gapi…

… może go zjeść?

IMG_7890

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszczowa Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Chomik Wiedźma…

„Czasem tak się jej robiło i tyle.

Wiadomo, ludzie, nawet jeśli wiedźmy, to wciąż są to bardzo chorowite stworzenie. Tutaj je przewieje, tam bakcyle opadną, albo wirusy, tudzież zwyczajnie biologia przypierniczy i już… po człowieku. Kurcze, jacy ci ludzie krusi są, jacy dziwnie łatwi do uszkodzenia… Oj, oczywiście, że dziwne wahania pogodowe na pewno miały z tym coś do czynienia, ale żeby od razu tak puchnąć. I to tak wyraziście niejednorodnie i nierówno!!!?

No jak można?

Bezczelność!

A przecież Pani Wyspy się tak stara! Jak można tego nie docenić? Jak można tak puchnąć i nie wyrażać swojego zapotrzebowania na pogodową różnorodność? A może to jakaś apatia? Nie? To chociaż epidemia? Z jej strony, wiedźmiej, naprawdę Wyspa się tego nie spodziewała! Że nie zostanie doceniona za wszelką temperaturową różnorodność. Że najpierw słonko i upał, że taki ma rozstrzał Celsjuszowy, a potem mróz i śnieg. A może Wiedźma Wrona zwyczajnie się obraziła, bo nie do końca ją śnieg ten musnął? Ale przecież mogła się przejść dalej, no mogła!? Kurcze, a może nie mogła? Marnie wygląda i grzeje tak, że każdy grad przy niej zamienia się w parę…

Wyspa nie była pewna tego, dlaczego jej Pierwsza Z Wiedźm tak bardzo nie wyraziła zadowolenia szronem i przymrozkiem. A może jednak to transmutacja? Zaklęcie jakieś rzucone, może należy ją egzorcyzmowac, skąpać w miodzie, potem obtoczyć żądłami? Może jednak to pomoże? Ale co, jeśli to tylko klątwa? Może samo przejdzie? Gorzej, jeśli genetyczna wpadka i tak już jej zostanie? Głupio tak z taką nierówną, spuchniętą jedynie po lewej stronie wiedźmą się prowadzać. No przecież trzeba mieć jakieś normy. To w końcu w pewnym sensie, porąbana i mało atrakcyjna, ale jednak wysoce patriotyczna, nacjonalistyczna, tudzież zawodowo chorobliwa i frikowa, ale jednak dość wizualna… twarz Wyspy!

Rozterki wszelkie bujały się nad Wyspą, a Wiedźma Wrona Pożarta nawet o tym nie wiedziała, ino puchnęła, chomiczyła się i cierpiała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7888 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zombie.pl” – … bo tak. Wyobraźcie sobie, że świetnie się bawicie, budzicie się rano, a tutaj zombie. Zwyczajność? Ale przecież to tylko w filmach, bajkach, spiskowych teoriach, czy jakoś tam…

Zombie nie ma, nieprawdaż?

Nasz bohater budzi się w świecie, w którym każdy chce go zjeść. Cóż, na dodatek w Polsce, co sprawia, że wszystko jest odrobinę bardziej skomplikowane. W głowie ma jedno: wrócić do domu, do żony i synka. Tylko jak? Jak poradzić sobie w świecie, w którym słowa: „you wanna piece of me” są prawdą? Zwykłą codziennością? Jak poradzić sobie w miejscu, w którym nic już nie jest ważne. Ni zawartość portfela, ni osiągnięcia…

Trzeba przyznać, że powieść zaskakuje.

Nie mamy tutaj naukowych dywagacji, nie ma dociekań kto lub co to sprawiło, poza kilkoma chwilami rozmyślań,  nikt nie stara się ratować świata. Na dodatek nasz bohater, to straszna… dupa. No sorry no, może wiele osiągnął w biznesie, ale jako osoba, ech, szkoda gadać. Na dodatek postępowania, jego wybory są dość dziwaczne. Znienawidziłam go od początku, ale może o to chodziło? Kolejne spotkane postacie wprowadziły mi jeszcze większy zamęt i nagle mnie uderzyło: cholera, przecież to właśnie tak mogłoby wyglądać. Właśnie tak!!!

W Polsce…

Przerażająca lekko opowieść uderzająca w socjologiczność i ową dziwną nieporadność jednostki, ale też i ułańska fantazję Polaków. W ich religijność i wieczystą potrzebę zniewolenia. Kurcze… na pewno kontrowersyjna ze sporą ilością latających elementów nieumarłych. Dobrze napisana, ale szokująca! Raczej dla odważnych!!!

Jakby etnograficzne rozpoznanie Polaka pod wpływem nagłe zzombienia…

IMG_0710

Śnieg…

Padał śnieg. Padał w Szczecinie i Niemczech, w Danii też, jakieś 15 centymetrów nawet. Zasypane żonkile, narcyzy i tulipany. A u mnie co? Nic… Nie no, żeby nie było, pod Klemensker był śnieg, ale w Melsted słonko i piękna, dramatycznie wyrysowana na błękicie kobaltowo-szklista chmura. Trawa zielona wzbijała się ppod sam nieba skłon, ale nic to, żadnych mrozów, żadnych śniegów, nic… nawet deszczyku obiecanego, kompletnie nic! Czyżbym nie zasłużyła na śnieg swoim zimie poddaństwem? No weźcie no!? Jak można mnie było ominąć?!!!

Nie ma śniegu i nie było. Może i aura lekko zimnawa, trzy stopnie powyżej zera raczej chyba zwyczajowo nie zdarzają się w końcu kwietnia, ale… to przecież natura. Wystarczyło spojrzeć na jabłonie nie chcące wypuścić kwiatków i od razu czuć, że coś z tą pogodą jest jednak nie w ten deseń. Że to jeszcze nie lato. Czereśnie tyż nic nie wypuszczają, magnolie wciąż zamknięte. Widzicie, one wiedziały i się nie otwierały! Albo, coś w ten deseń? No nie wiem, ale przyznaję, że zieleń mnie znowu zaskoczyła. Pojawiła się wszędzie. Może i te listki wciąż takie nieodprasowane, ale co tam. Przecież za kolejną chwilę będą znowu prościutkie, tudzież skaładane. Jak te kasztanowe. Pomyśleć, że takie wielkie liście mieszczą się w takich maleńkich pączkach? Śliskich i mocno kleistych? Albo te brzozowe? Widzieliście jakie są pomięte?

Kto je prasuje?

A kto krochmali?

Wiosna, jak nic! Zielonkawa radośnie i niewinnie, szalenie miejscami, a nawet i podejrzanie? Wyłażą liście i kwiaty, pączki przekwitają i zawiązują się owocki… Dlaczego to wszystko tak szybko się zmienia? Dlaczego? A co jeśli zmarzną? Co, jeśli wszystko już zakwitłe po prostu, zwyczajnie zniknie?

Szczególnie po tym przymrozku?

IMG_7530 (3)

Wyspa…

Miejsce, w którym serio wszystko się może wydarzyć, gdzie wszystko jest możliwe, a i wszystko się może nie wydarzyć. Gdzie turkusowość fal i białe plaże biją się o laur najpiękniejszej z różowymi i skalistymi, z kobaltowymi, ciężkimi falami. Jakby już nie były pewne, że mogą być najpiękniejsze, że każda potwora znajdzie amatora… Jakby pragnęły dowodó? Korony i berła, tytułu…

Panowanie przejmują nad ciszą kosiarki.

Przycięte drzewa i kwiaty z zabawnymi minami w układzie gałęzi, spoglądają na ludzi męczących się spacerując za maszynami, lub starającymi się nie zasnąć, gdy jeżdżą na tych śmiesznych, małych traktorkach. Natura musi mieć wielki ubaw patrząc na ludzi. Naprawdę. Na te wyrywania chwastów spomiędzy płytek chodnikowych, układanie kamyczków, wysypywanie, albo usuwanie nadmiernych wysypów… Ech, wszystko to jest takie pogięte!!!

Właśnie spadł grad, teraz znowu słońce. Jak nic podniosą lament wielbiciele spiskowych teorii dotyczących zmian klimatycznych. A klimat na to co? A robi co chce. Pewno, że ludzie śmiecą, brudasy z nich straszne i produkują szit ogólny, ale jednak… czyż świat nie zmieniał się od zawsze, czy jednak Etna pierdząca nie smrodzi bardziej? A może to ino wina krowich wydzielin? Ech… kto to wie? Nikt. Serio, nikt nic nie wie. Poza Wyspą oczywiście, bo ona wie wszystko, ale nikt jej nie słucha. I czy to ma znaczenie kto co wie i co sobie myśli? Przecież znaczenie ma tylko to, co jest… a jest chłodno, zimno nawet, przymrozkowo miejscami.

Świat i ludzie, ludzie i świat… jakbyśmy byli czymś odrębnym? Z Wyspą sorry, ale tak się nie da. Po prostu. Albo jesteś nią, albo spier… znaczy wypad z baru! Ale w końcu klimat to cała ziemia, więc i tak nam się oberwie. A może świat potrzebuje właśnie takich zmian? Może zwyczajnie o to chodzi, by coś było pustynią, co było morzem, a pustynia wodnym rajem? A może…

Czasem serio jestem pewna tylko jednego: my ludzie wiemy tak bardzo mało.

IMG_4844 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chomik Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Kiszot Bezdon…

„Właściwie, to Wiedźma Wrona Pożarta podejrzewała, że Wyspa ma gdzieś grawitację i w pełni swojej niesamowicie zadufanej kobiecości, zwyczajnie sobie lata, skacze z kwiatka i fali na kwiatek i falę, i ogólnie mówiąc, robi co się jej żywnie podoba.

Bo może.

No i oczywiście ma wiatraki.

A jeśli ma wiatraki, to wiadomo, że zalęgną się jej Kiszoty. Nosz kurcze! Przez tą całą ekologię i odnawialną energię, świat doprowadził do narodziny nowych gatunków… a może tylko odrodzenia sie tych zapomnianych? Już nie polujących na Wołki Mąkowe, a raczej tylko na skrzydła. Zazdrosnych, bo przecież sami nie potrafią latać, na dodatek mają małe, chuderlawe Koniczki, na których sie poruszają… i tyle. Sami się ino tocza, nóżki mają pałąkowate, niezdolne do biegania czy tańców. Rączki długie i chudziutkie i brody, wszyscy mają brody przykrywające ich prawie nagie, bezwłose ciała. Co z rozmnażaniem? A kto to wie… nikt nie będzie przecież prowadził badań!!! Może pączkują, może są z jaja… podobno rodzą się na koniach, ale czy konie to ich matki?

Brrr!!!

Obkrzykują jeden z drugim Dostojne Wiatrakowości, nazbyt dla nich wysokie, nazbyt wietrzne, niedostępne, jakby serio nie do końca zdawały sobie sprawę ze swojej pokurczliwości. Pieśni układają, wiersze, każdy tyż ma swoją Dulcyneę… jakąś Boginkę Niecielesną, która się im pod wpływem ziół wszelakich i wielce frywolnych ukazuje, ale poza tym ubaw roku tak na nich spoglądać. Choć i trochę niedobrze sie robi, szybko biegają pokurcze… oczywiście poza nim. Zawsze przecież jest jeden… ten nazywa się Kiszot Bezdon.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5805 (2)

Z cyklu przeczytane: „Trzy sypialnie, jeden trup” – … Roe. żadnych wampirów. Lekkie uzbrodniowienie i poszukiwanie mieszkania. Ech… na dodatek miłość, całkiem nagła i pastor. Kurcze, niektórzy to serio mają rozterki amoralne!!!

Kolejny tom serii o Aurorze już nie bibliotekarce. Nasza młoda bohaterka ma kupę kasy i własciwie nic do roboty. No bajka kurcze! I ona się nudzi, serio? Mamusia co prawda stara się wkręcić ją w nieruchomości, ale Roe się opiera i całkiem się jej nie dziwię. Co to za obrządek, coby w pokazywanym domu znajdywać trupa…

Jak zwykle śledztwo, które właściwie bez zadnych poszlak doprowadza do schwytania mordercy i tyle. Nic nowego, nic ciekawego, nic, kompletnie nic. I pomyśleć, że i z tego Harris zrobiła serię… Kurcze! Może jak zrobią serial, to da się to jakoś spożyć? Ktoś chętny? Jakieś stacje? W końcu brak opisów i głębszych myśli ułatwia pracę reżyserom i scenografom! Pole do popisu, jak nic!!!

PS. Można czytać od którego miejsca się chce. Nic tu nie ma znaczenia.

IMG_0709

Tegoroczny Store Bedadag się skończył, ale… dorwałam zapiski dotyczące obchodzenia owego Dnia Modlitwy datowane kilka dobrych wieków wstecz… Między innymi nakazywało się wtedy (a wszystko przez Christiana V – 1686) modlitwę, zakazywało pracy i podróży wszelakiej, ale i zabawy!!! Nakazywało zamknięcie karczm i piwnic… Hmmm, ogólnie mówiąc umartwiać się i na klęczkach święty dzień odpukiwać! A co dziś… Cóż, dzisiejsze czasy dzięki temu, że to był piątek, charakteryzują się bułą – nadal z kardamonem, albo, dla tych bardziej pogańskich lodami z kardamonem, spacerami, rżnięciem trawników po raz pierwszy w sezonie i… lenistwem. Psa wyprowadzić, sprzątnąć doookoła siebie, no wiecie… zwykły, wolny dzień. Nawet nie wiem co się dzieje w kościele. Nie mogę tam wejść, bo zaczynam dymić…

Serio!!!

… więc dlaczego wciąż to świętujemy? Tradycja, czy jednak pragnienie zerwania się z roboty? Bo, nie oszukujmy się, tutaj religijność to spacer po lesie, a taki las nie wymaga przestrzegania dziwnych zasad. Nie śmiecić i nie niszczyć, to wszystko, poza tym: oddychać, bawić się, wąchać i podziwiać. Słuchać ptaków, wytrzeszczać gały na te ich kolory i wiecie, być… Ale dlaczego wciąż te święta? Nie żeby było to coś złego, każdy musi co jakiś czaas odpocząć od roboty, zająć się domem, tudzież obeżreć lodami i cieszyć się tym, że rano nie trzeba wstawać, a jednak wciąż świętujemy rzeczy, sprawy i wydarzenia, które serio mało kogo obchodzą.

Mniejsza.

Był długi weekend i to jest najważniejsze! A w maju kolejne przed nami! Nie pytajcie o co chodzi, na szczęście w kalendarzu wsio wypisane. I tak każdemu zależy na wakacjowaniu się. Większość z Tubylców Wyspy wyjeżdża na jakieś wakacje zagraniczne, czego nie rozumiem, ale niech im będzie. Mnie zatyka za każdym razem, jak złażę z Gudhjem do Melsted. Wystarczy mi. Kocham ten Mniejszy Kraniec Świata, nawet jeżeli trza się bić o butelki w Kvickly. No wiecie, nietrujące takie…

Mniejsza… kolejny długi weekend już wkrótce!

IMG_5688

Pogoda na dziś… specyficzna.

Niby ciepło i lekko wieje, a jednak… kurcze te chmurki! Zielone rażąco pola walą po gałach opierając się ciemnej, ciężkawej chmurze. Ech, a te obłoki, wiadomo, że one raczej deszczowe, miejscami dziwnie kobaltowe, ale jednak te kształty. Tu ludzik Michelin, tam znowu łabędź z lekko rozwianymi skrzydełkami i chorobliwie wrednym pyskiem… dziobem się znaczy, tam goła baba, a tam falliczny obrzęd pogański z wszystkimi najważniejszymi gusłami i bóstwami. Oj, nie ma co, dziś niebo ma w sobie wszystko. I nic to, że nagle zaczyna lać. I z błękitnego nieba i z tego lekko chmurzastego. Uciekać, czy jednak przeczekac, w końcu plaża tak korci…

Zwykły spacer.

Twardy piasek, sypki wyłącznie miejscami, sprawia że idzie się całkiem małoboleśnie dla dupki i ud. Idzie się i idzie i wcale nie ma znaczenia, czy człowiek gdzieś dojdzie, czy ino będzie zbierał te maleńkie, falowane muszelki? A może zaskoczą go zwłoki ogromnego łabędzia z wyżartym jeno jednym miejscem, jakby ktoś go dorwał i wyssał mu ino watrobę, albo te no… płucak! Może w okolicy działa jakiś Pożeracz Łabędzi? A może ino łabędzić? Nad głową rozlega się wrzask dwóch Łabędzich Strażników patrolujących nieboskłon. Szukają kogoś? A może już znaleźli i wyrównali rachunki? Ale ja mam czyste sumienie, raczej uciekałam przed tymi gadzinami niż je konsumowałam, więc idę dalej. Bo i co robić, gdy chmury jeszcze daleko, a malownicze taki, po prawej turkusowo-błękitno-kobaltowe morze, po lewej niewielkie, piaszczyste wydmy z pojedynczymi drzewkami owocowymi, za nimi chatki letniskowe, cudowne, drewniane, malownicze, malowane w radosne farby, jakże zachęcające by ino się uwalić na takim tarasiku, przykryć kocem i zwyczajnie pójść w kimę. I nie wracać…

Tak bardzo korci mnie i woda i piasek.

Możnaby popływać nie zważając na zimno, wiatery i chmury zbliżające się coraz bardziej. Wielkie, ciężkie, brzemienne wodą, która może mnie nie rozpuści, ale kurde, no jak mogę ryzykować? Przecież to świąteczny weekend. Głupio byłoby złapać teraz jakąś anginę czy coś? A nie, ją już mam, więc może jednak się skusić, ale co z zezwłokiem łabędzia? Jeśli nagle te kołujące olbrzymy stwierdzą, że to moja wina… Ooooo… uratowana przez nadciągające chmury, uciekam.

Bo przecież deszcz deszczem, ale kto tam wie co z tego nieba dziś spadnie? Może jakaś kara za niekościelność? Brrrrrr!!!

IMG_5692

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kiszot Bezdon… została wyłączona