Pan Tealight i Żerty Market…

„Znaczy… no dobra, weki wekami, ale żeby robić z tego Żerty Market? No serio!? Przecież nie wystarczy dla wszystkich. To co robimy na Wyspie, robimy ekologiczne na Wyspie, a nie na eksporty, importy, przewężenia definicyjne! Wot to tylko tak, no wiecie na Czarną Godzinę i jej wredną Siostrę Czarniejszą… I ich bliźniaczkę, no bliźniaczkę obydwu, ale nie że trojaczki, Sodomię Gomorię. Bo przecież trzeba być przygotowanym, świat ułudnie jest tylko pobłażliwy dla tych, co nie mają odpowiedniej spiżarni i wiecie, takich tam. Kilograma mąki i cukru i wiader z wodą…

Świat nie był jednak gotowy na weki z Wyspy. Oj nie. Gorzej, świat sprowadził sobie specjały z innych krain specyficznych i serio, Wyspa nie miała nic przeciwko! Zupełnie nic. Okazało się nagle, że smakują jej śmierdzące serki i te wielkie połcie szynki, które robiły za poduszki krasnalom. I jakoś tak fajnie podglądać ludzi, którzy nagle budzą się ze swoich swojskich upodobań i sięgają po wędzone w boczku migdały…

Ale tutaj jak zawsze coś musiało pójść nie tak. I poszło. Przecież nie mogło sobie darować takiej możliwości, czyż nie? Głupio by było nie skorzystać, potem pluć sobie w brodę i tak dalej… dlatego coś spryskało wyspowy wszechświat, poddusiło jego duszę, przemieszało moce wszelakie i…

Oto i Market…

… co zżerał ludziów.

Bo przecież i marketom wolno odczuwać głód!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0678

Z cyklu przeczytane: „Bogowie, honor, Ankh-Morpork” – … właśnie. Co zrobić, gdy nagle między krajami pojawia się wyspa? Kto będzie nią władał? Kto będzie panem i władcą? I dlaczego nie Ankh-Morpork?

Oto opowieść o polityce. O zawiści, ludzkich pamiętliwościach, opowieściach o wojnach i wszelakich mordobiciach. O inności sąsiadów… no wiecie, o współczesności. Oto jest ta książka, którą wszyscy powinniśmy przeczytać. Niekoniecznie przegryzając do tego kebaba, czy inną pitę…

Oto opowieść o życiu. Odmiennościach i o tym jak bardzo, przerażająco wszyscy, ale to wszyscy jesteśmy… tacy sami! Tak, dokładnie tacy sami. Może wierzymy w dziwnych bogów, może przerażamy sami siebie, mamy wady większe niż nasze ega, ale przede wszystkim… jesteśmy tacy sami. Czy warto się więc przez to naparzać po łbach? Zbroić i wszelako strzelać jedni w drugich?

Na co komu taka wyspa?

IMG_8369

Znacie tę dziwną pogodę, gdy okolica zdaje się nie być pełna tlenu, azotu i takich tam, a deszcz lekko kropi? Wiecie, to, gdy nawet nie wiecie w którym miejscu kończy się wasz pot, a w którym zaczyna deszcz?

No to taką mamy.

Człowiek nie wie, czy leżeć gołym na totalnej glebie, czy jednak przemyśleć sprawę ogolenia się, a potem zdjęcia skóry. No wiecie, takie tam letnie rozrywki, co nie? Pewno jak wszedzie, chociaż nie wiem. Sama zafundowałam sobie lekko leniwe dni. No wiecie, takie, które nie powinny pocić, a jednak i tak pocą…

Spacerując uliczkami człowiek powoli zapomina, że ta Wyspa potraf być pusta. No cóż, masa wydarzeń, ciągle jakieś biegi, jazdy, wyścigi i nie wiadomo co. Ci rzucają kółkiem do celu za cukierki, a tamci się ścigają za loda. No serio, za loda! No dobra, może i dwa, tego nie wiem, ale lody są… nagrodą. Ludzie ogólnie mówiąc szalenie są aktywni. Wiem, że świat jęczy o tym, iż większość spędza czas przyrośnięta do telefonów i tym tam podobnych, ale serio… jakoś tutaj nie bardzo. Może jakoś Wyspa wymusza na nas powrót do starożytności?

Może?

Może jednak świat nie jest taki… jak wszystkim się wydaje? Kurcze!? Może? Przecież te wszelkie media mogą kłamać. Chyba?

IMG_2979

Wyspa jest dla aktywnych.

Czy aktywujecie się poprzez medytacje i jogi, czy bieganie i rower, zawsze uważajcie na stare samochody z lekko leciwymi kierowcami w środku. A tak, z powodu wszelkich klubów i wyścigów owych niesamowitych maszyn, większość z nich jest w raczej ciągłym użyciu. Jedno, takie cudo jak ta czarnulka z bajki: „Auta” regularnie jeździ po zakupy do Netto. Gdy człowiek tak przemyśli jakie są różnice w cenach pomiędzy Netto, a resztą sieci, to wiecie… zdaje się to być lekko zabawne.

U nas auta wiekowe, szczerze są codzienne. Jakoś tak… wiecie, zwyczajnie jeżdżą i czasem człowiek nie wie, czy mówić: „Pan dzwonił, milordzie?”, czy jednak tylko i wyłącznie zajechać czymś z serii „AlloAllo!”? Dookoła brak szalonych dzieł współczesnych architektów, więc nie jest trudno. Może i zboże niższe niż niegdyś, może i na morzu mogą się pojawić dziwniejsze skrzydła i flagi, ale jednak… tak naprawdę wszystko wciąż jest, no wiecie, przynajmniej wierzchem, takie jak niegdyś.

Tak łatwo się na Wyspie zagubić… w czasie. Aż nazbytnio łatwo. Jakoś tak zapomnieć o tych wymyślnych technikach i wiecie, wszelakich apsach. Jakoś tak odpłynąć w normalność zastanawiania się czy to coś, to ono ziele, które mama kiedyś pokazywała i którego nie pozwalała jeśc, czy może jednak to drugie… wiecie, no owo, które mogliśmy przeżuwać idąc na spacer. Bez urazy, ale apki do tego nie zawsze działają. Nagle się okazuje, że ono zioło, to nie stąd i w ogóle powinno rosnąć gdzieś indziej.

Ale wciąż… łatwo się zagubić. I tylko migający kolesie na rowerach, ścigających się nie wiadomo po co, jakoś tak, zwyczajnie, w tych dziwnych ciuszkach, rozmywają moją ułudę. Ale się świecą… ech!

IMG_8161 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żerty Market… została wyłączona

Pan Tealight i Panowie Drakulowie…

„Nie pojawili się nagle.

Nie było wielkiej kuli ognia, czy latających dywanów ze słoniami, ni karocy czarnej, zaprzężonej w czarne smoki i takie tam… nie było żadnych romantyczności. Ni pierwszej kropli krwi, ni kolesia zmieniającego się w nietoperze, czy w wilka. Oooo taki byłby fajny, choć pewno zostawiałby masę sierści, ale…

… coś za coś!!! Co nie? Chcesz słodkiego wilczka, musisz mieć i dobry odkurzacz, tudzież nie wiem, jakieś takie wymyślne coś, co samo jeździ i zbiera kłaki? No wiecie, takie, co na nim kot siedzi, ale bez kota… I oczywiście jeszcze fajne szczotki do czesania. Wot i specyficzna romantyczność, co nie?

Nie było też pełni księżyca, znaczy wiecie, była kilka dni temu, choć nie pamiętam ile, więc ni nazbytnich gwiazd, ni nadmiaru świecenia nocnego, odbijającego się bekiem w wielu gardłach… Kompletnie nie było nic. Nic, co by usprawiedliwiło wylęgnięcie się Panów Drakulów z tego, co miało być wiedźmim, pachnącym groszkiem. Wiecie, owymi szalonymi, czepiąjącymi się pętami wszelakiego pachnięcia. Pastelowymi, białawymi, kremowymi i różowymi, lekko się czerwieniącymi i prawie niebieskawo niebiańskimi… no groszkami no!!! Pachnącymi. Pączki pojawiły się normalne. A najpierw oczywiście te dziwne pędy zielonkawo-szarawe, które niespodziankowo wynurzyły się z pomiędzy zdychających bratków…

Ale teraz, gdy tak pomyśleć, to kurcze, czemu Panowie Bratkowie już powyzdychali? Czy przyszedł ich czas, czy jednak to oni… no wiecie, jakoś tak ich podessali?

Jakoś tak?

No ale… przecież nie o to chodziło? Przecież miały być kwiatki. Nawet pączki zaczęły wypuszczać te chmurki płatkowe, owe falbaneczki, niczym materiał na kieckę dla Calineczek, ale… gdy tylko Wiedźma Wrona Pożarta wsadziła w nie nosa, zaciągnęła się i tak dalej, pierwszy z nich chwycił ją za nos! Kolejny kopnął w wargę, a ten trzeci, wiecie, ten z wysuniętymi zębami, capnął za ucho!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2994

Z cyklu przeczytane: „Łups” – … bam! Ciach i rach!!! No bo czemu nie? Można? Można… i dolina. Na dodatek chodzi o Tę Dolinę, na której wiele lat temu odbyła się bitwa, o której każdy wie coś innego… i obraz…

Czyli wiecie, polityka i gatunkiwizm w Świecie Dysku! A dokładniej oni… trolle. Wielkie, porośnięte mchem i ograffitowane i krasnoludy. Niesamowite i brodate w płciach obydwu. Czy wiedzą, co wydarzyło się w Dolinie Koom? Nie. Wiedzą tylko tyle, ile przekazały im pieśni i opowieści. Ani trolle ani krasnoludy nie wiedzą, a jednak… wystarczy powiedzieć słowo i zaczną się walki.

Vimes ponownie musi nie dopuścić do zła największego. Problem w tym, że jednak też co wieczór musi przeczytać bajkę swojemu synkowi. I uwierzcie mi, nie przepuści żadnego czytania znanej już na pamięć książeczki. Bo to przecież czas Samów. Małego i dużego Sama. Specjalna magia rodziny…

Poruszająca, porywająca i boleśnie prawdziwa szczególnie w dzisiejszych, niespokojnych czasach. Opowieść o głupocie i słowach, o obrazach, tajemnicach i tym, co najważniejsze: miłości i rodzinie, braterstwie, pokoju… Jedna z najważniejszych powieści Terry’ego Pratchetta… przynajmniej moim zdaniem.

IMG_8372

Bagna…

Tym razem Spelingemose. Tak wiem, pisane też jako Spellinge Mose i Spælinge mose i… pewno można znaleźć jeszcze inne formy… wiecie, tutaj ortografia to nader umowna sprawa. Ostatnio jeden z polityków udowodnił to ponad wszelką normę, ale nie o tym miało być…

Oto są bagna.

Tym razem postanowiliśmy zaatakować je z drugiej strony i zgubiliśmy się dwa razy. A tak, idąc od szosy przy polu golfowym łatwo się zgubić. Możecie jak my wleźć na pole i wdrapać się na jakąś górkę, potem stwierdzić, że się nie da, a z braku mostków i jeszcze opadów wspaniałych, oczywiście nie da się przejść głębokim rowem, więc… cóż, dookoła. Zacznijmy raz jeszcze… mijajmy pola, lekko zbyt mocno nasiąknięte niedróżki, które w końcu zmieniają się w coś lekko drogowego, ścieżkowego, jakby stadko bardzo chudych krasnoludków urządzało sobie tutaj coś na kształt joggingu…

Idę, nie tonę.

Na razie. Tak naprawdę cała ta droga, to wciąż jeszcze nie bagna, a jednak… skałki porośnięte lekko fluorescencyjnym mchem, cudownie pokręcone drzewa, też lekko omszone, kształtne liście, dziwne oczy zerkające na ciebie i z prawej i lewej i jeszcze te uderzenia… schylasz się mimowolnie, bo przecież to mogła być piłka! W końcu dookoła pola golfowe! Ale te drzewa, są takie mistyczne. Magiczne, baśniowe, jakby porozrzucali je tutaj wszelacy dziwnie scenografowie i teraz się dziwią, daczego miast pięknej dziewoi o smukłej, kolorowej postaci, drepcze nią, pocąc się, średniowiekowa wiedźma…

Sztuczne jeziorko po prawej, kilka drzewek na misternie wystrzyżonej powierzchni, a dookoła mojej ścieżki… te wymykające się wszelkim miarom i wagom, wyznacznikom i formom, niesamowite drzewka. Trawy, poszumy, szeptania…

IMG_0507 (2)

Tupta człowiek i się napatrzyć nie może. Tym skałom, płaszczyznom gołoborzowym, takim niesamowicie wymuskanym srebrzystościom, szarościom i mleczanom, które tylko gdzie niegdzie porastają karłowate brzózki i dęby. I te trawy… ułagodzone, ugłaskane i wszędzie mrówki, więc nie zatrzymasz się, by cyknąć przepiękny, brzozowy, żółty listek, bo jak nic cię zeżrą… Wielkie mrówki.

I w końcu jest…

… coś na kształt jeziora, z jednej strony mały, wytyczony pałkami akwen, w którym w krzakach zauważycie sporą łabędzice. Siedzi na gnieździe i spogląda na nas podejrzliwie. Oczywiście, nie jest sama. Może wydaje się, jakby czekała na kuriera, który przywiezie jej pizzę, a może ten jej mąż spoglądający na nią zza krzaków wysłany został po lody, rybę i słoik korniszonów, ale ponieważ wie, że serio do sklepu go nie wpuszczą, to… czeka. Aż się jej odechce.

Uciekam.

Jakoś łabędzie i ja, to niezbyt dobre połączenie. Wyczuwają i misia we mnie i wronę. I wcale nie chcą mnie tutaj, więc idę pomiędzy ważki. Niebieskawo-błękitne. Jedne się bzykają, kurcze, całkiem umiejętnie to robią, bo zaczęły na gałązce i tak jakoś, może i z pomocą wiatrów, a może dzięki, ekhm owemu połączeniu… bo w końcu odlatują, wciąż wiecie, w jedności. Wciąż się bzykając, a może jednak ważkując? Poza nimi oczywiście cudownie pachnący mjødurt… a raczej pachnąca wiązówka błotna. Dziwna nazwa dla takiego cudu aromatyzacji. Podobno dobra jest na wszelkie moczopędzenia, gorączki i grypy, napotny, ale i przeciwreumatyczny… a jednak najważniejsze, jak cudownie, niesamowicie pachnie… Te maleńkie, kremowe kwiatuszki chciałoby się zjeść. A może najpierw umoczyć w czekoladzie?

W końcu czemu nie?

Nad głowami lata nam cos niesamowicie drapieżnego, chłodny wiatr chłodzi i ziębi czasem, a słonko wypala ostatnie pomysł, ale pięknie jest… tyle łażenia, a tak pięknie jest. I tylko en powrót prze pole golfowe sprawia, że choć droga prosta, to idę się czołgając. No wiecie, wciąż mam w sobie wizję lecacej, morderczej piłeczki!!!

IMG_0660

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panowie Drakulowie… została wyłączona

Pan Tealight i Cienie…

„Ludzi spragnione cienie wyległy na wyspowe ulice i ścieżki. I tu, gdzie świecie i tam, gdzie światła nie ma, one są. Wielkie i mniejsze, dziwnie rozdygotane, dziwnie drżące, dziwnie… asymetryczne. Jakby światło, które ich nagromadzenie wzmagało, nie było do końca pewne tego, co robi, no i czy w ogóle dobrze robi… I pewno tak było. Bo cieni spojawiła się dziś cała masa. Gęstwiny były nimi obłożone, ale i dziwne, odkryte miejsca były ich pełne. Niczym dziwne, czarniawe kożuchy, które spełzły z barwionego mleka, albo tego od całkiem weglowej krowiny.

Cienie miały tylko jedno zadanie. Tylko i wyłącznie jedno… znaleźć człowieka i się go trzymać. Być z nim zawsze, podglądać i sekretnie dotykać. Bo cienie nie lubią być same, one garną się do ludzi. By dobijać ich, odbijać im i wszelako wskazywać droge światła… które wcale nie sprawiało, że cienie sie rodziły, o nie, to cienie pozwalały czasem mu się obmywać. Wiecie, dla higieny…

Wylęgły cienie…

A bo przecież wakacje, to taki dobry czas, by znaleźć sobie nowego człowieka!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3062 (3)

Z cyklu przeczytane: „Maskarada” – … na pewno znacie. No „Upiór w operze”, taki musical. Pamiętacie? Oj na pewno. Gość w masce, wiele wody w piwnicach i wiecie, trójkąt miłosny. No to…

… nie do końca jest to to, ale, bardzo blisko. Bardzo podobnie, bardzo… Co prawda piękna dziewczyna nie jest wiedźmą, ale przyszła wiedźma jest wszystkim głosami. Oto ona! Agnes Nitt, która po odejściu Magrat dostąpić może bycia tą trzecią… tylko, czy ona tego chce? A może nie wie czego chce i te pozostałe dwie z łatwością ją naprowadzą na drogę rozsądnego myślenia? Albo…

Oto i jest kolejna przygoda ze Świata Dysku. W roli głównej ONE – wiedźmy. I opera. Specyficzne miejsce, a może żywy byt… i jeszcze miasto. Oraz oczywiście inni ludzie, zwyczajowo poboczni i człowiek-kot. Bo przecież czemu nie?

Można wszystko!

Oto opowieść o ludziach, specyficznych normach i społecznościach oraz o sztuce… i o tym, jak kłamliwą być ona potrafi!!!

IMG_7815

Wieje i gorąco.

Nosz kurcze, można zwariować. Taka pogoda, że nie dość, iż nie wiesz, czy całkiem się rozebrać, czy jednak dołozyć ciuchów. Siedzisz w porcie, siedzisz na plaży, wdrapujesz się ścieżkami do wszelkich wszechświatowych zakamarków i… pocisz się. A potem w gardle coś smera i kicha się, i w ogóle.

Ale na szczęście oto czas na market. Taki wiecie żywieniowy i wielce europejski. Co prawda z tej całej Europy byli wyłącznie Włosi, Francuzi, odrobina UKeja i wurst, ale nic to. A! Jeszcze Finowie, ale ze swetrami. Cudne były, serio, ale kupowanie swetrów i rękawic w duchocie nie jest czymś smacznym. Podobnie z Polakami… ci przywieźli metalowe figurki. Zabawne, serio przesłodkie, ale całkiem niesmaczne. No… chyba że macie żołądki zdolne trawić takie zabawne cuda. Spokojnie, Włosi też obok mięs, serów i ciastek mieli buty. Ale jednak obok. A i Belgia jeszcze była, ciasteczkowa i waflowa… fudge z UK, fish and chips. Mój pierwszy raz…

Dlaczego takich fajnych marketów nie robi się częściej? No serio? Nawet można by wynająć prom i tak ich wozić w te i wewte. Mięsa i sery w większości oczywiście te długo dojrzewające, więc… przetrwałyby. Suszone owoce, przetwory. No i te zarąbiste sweterki. Dlaczego nie ma takiego wielkiego statku, który mógłby kursować po morzu i tak po prostu zawijać do portów i wiecie, pozwalać wszystkim na zabawę.

Bo taki market to jak wakacje… i to całkiem zagraniczne! Tutaj wszyscy mówią po włosku, tu jakiś hiszpański ogryzek. Fiński mnie fascynuje, fajno, że magnesy przywieźli! Ha ha ha!!! A te zapachy, połacie szynki i wszelakich luksusów, których mój żołądek i tak nie zazna, bo od długiego już czasu nie trawi mięsa, ani go na owo trawienie finansowo nie stać. A te sery… nosz jak stojące skarpety, a i z bławatkiem i pestkami dyni i czego tam jeszcze. Pleśniowe i twarde i…

Cuda!!!

IMG_0504

Wyspa moja… taka mała i taka wielka.

Właśnie znaleziono nową roślinkę. No dobra… nowa dla Wyspy. Ceratocapnos claviculata. Może nie nowa dla świata, dla nas nowa. Ciekawe czy ino przejazdem, ot zaczepiła się korzonkiem, czy jednak na stałe?

A może ona też na market? Wiecie, pojeść sobie i ta dalej. Te wafele i mrożony jogurt ją przygnały i jeszcze ten dziwny koleś podrywający Tajkę. Ekhm, serio? No weź no!!! A jak ci ktoś wyżre fudge z miseczek?

Cóż… mała Wyspa, więc i rozrywki takie, a nie inne. I sporadyczne. Ale, żeby nie było, ludzie serio dopisali! Było ich całkiem sporo, jak na zwyczajny dzień. Może i w większości to Turyścizna, ale mam nadzieję, że też się dobrze bawili. A teraz czas wrócić do codzienności letniej. Namiotowej. Do zwykłych wakacyjności, urlopów i wiecie, takich tam. Leżenia na plażach, spacerów, grania w golfa…

Czy taki market państw wielu stanie się nową tradycją na Wyspie? A pierun wie. Na razie czarno to widzę, chociaż z drugiej strony… lubię czarny. Dlaczego to właśnie czerń uznaje się za oną pogrzebową? No dlaczego? Przecież w innych miejscach jest to biel? Czerń jest taka niewinna, szczególnie, gdy na plazy pojawia się w formie maleńkich, cudownych kawalątków muszelek zmieszanych ze starymi, wygładzonymi perełkami węgla. Jakie to piękne tworzy kształty, jakie obrazy, jak fascynująco szepcze o podziemiach, gnomach i księżniczkach, które wolały elfy mało zielone…

Ech… na markecie czerń wystąpiła wyłącznie na serach i w postaci węglowej, co to skropiona tłuszczem z wurstów zalewała swą aromatycznością Rønne. Ech, co to był za market! Kurcze!!!

IMG_6156 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cienie… została wyłączona

Pan Tealight i Spa Maślankowe…

„A widzicie… podobno Kleopatra, ale nie tylko ona. Podobno kiedyś ludzie nie wrzeszczeli tak na mleko, ino czasem jedna z drugą wiedźmą zamówiła krowę i się owo mleko zsiadało, ale… Przez tak długi, niemiłosiernie długi czas uznawano mleko za genialne remedium, a dziś. Cóż, dziś są inne czasy…

Bardzo INNE.

Sklepik z Niepotrzebnymi był jednak miejscem, w którym właśnie owo pomijane i niepotrzebne, całkiem zlewane i omijane, miało swoje miejsce, więc i mleko. Niedawno zamieszkała tam, obok Glutenowej Siostry, Bogini Grubego Kożucha i Krowa Zawsze Dójka. Bogi niechciane, boginie nie do końca, siły na pewno, moce sprzymierzone i wiecie co… a odnalazły tutaj swoje powołanie. Obok Niechcianych Księżniczek, Królewien Pobestbifor i tych wszystkich, co jakoś nie wzdrygały się na widok mlecznej z ryżem, budyniu i zwyczajowej zalewajki, a wiecie, chciały wierzyć w wieczną młodość… A Pan Tealight to uwielbiał masło. No jak Chowaniec, z którym konkurował w lizaniu kostek, kochał masło!

Najnowszy produktem sił babskich wiekuiście niemogących usiedzieć w miejscu była „Maślanka z bąbelkami”. Butelkowana w ceramiczne, słodkie naczynka z różową wstążeczką i suszoną różyczką sprawiał, że skóra nie tylko bielała, ale i skrzyła się wampirycznie. Wiedźma Wrona Pożarta, która maślankę znosiła obok siebie, od zapachu mleka zwracała wszystko z miesięcznym cofnięciem, jakoś tak… nie była pewna tego interesu, ale przecież na Turyściźnie trzeba było zarobić, a opowieść o tym, jak to nocą bose dziewczęta latają po polach i doją motylki… sprawiała, że produkt naprawdę się sprzedawał!!! I to drogo!!!

A i wieczorami poruszenie dookoła Sklepiku było znaczne… od razu komary napojone, spokojne, więc wiecie, dwa w jednym!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0510 (2)

Z cyklu przeczytane: „Julia i Królewna Śnieżka” – … kochana. Naprawdę cudowna, niesamowita i taka prawdziwa.

Poznajcie Julię i jej pamiętnik. Właśnie w rodzinie pojawił się nowy członek – brat, no i mama źle się czuje, a tata, cóż, z nim też jest coś nie tak. A na dodatek Julia ma 12 lat, szkołę na karku i naprawdę nie wie, jak to wszystko ze sobą pogodzić, a bardzo by chciała. Bo… rodzina, to rodzina.

Piękna, niesamowita i prawdziwa, a jednak dopasowana do młodszego czytelnika. Tutaj padają słowa takie jak okres i depresja, a dziewczynki i chłopcy w szkole mają prawdziwe problemy. Z jednej strony zabawna, miejscami komiczna nawet, częściej jednak rozdzierająca, ujawniająca te prawdy dojrzewania i sprawy, o których nie mówi się dorosłym… a może tylko NIE WSZYSTKIM dorosłym?

Szczególnie polecam dziewczynkom między 9 a 12 rokiem życia. Naprawdę. Rodzicom też, w końcu może nie pamiętają…

IMG_5495

Sprawa duchowa…

Widzicie, istnieje pewna duńska strona, która bawi się w hotelowe duszenie. Znaczy no wiecie, nie to macane i ściskane, ale bardziej to buuuuu i whaaaaa!!! LOL Ostatnio zabrała się za duchy na Wyspie, a w szczególności o ducha pewnej damy Emmy Løfter… Ich zdaniem dana dama straszy w Svaneke. Gdy tylko Wyspa się dowiedziała, że tak o niej piszą, wzburzyła się, odmówiła deszczowania i… zmusiła naszą gazetkę do sprostowania. Otóż duch jest, ale po pierwsze była to Emma Augusta Løffler (1843-1929), a po drugie, mieszkała w całkiem innym hotelu! Ha ha ha, po całkiem na przeciwnej stronie Wyspy! W hotelu, który spłonął w 1980 roku, i którego nie dobudowano… w dziwnym i pełnym tajemnic wciąż szepczących w nadmorskich zagłębieniach – Hotelu Jons Kapel. Jeśli chcecie się zapoznać ze stroną zerknijcie na spøgelseshoteller.dk.

Co do duchów, to jak najbardziej są.

Dużo ich.

Wspomnianej wyżej malarki jednak nie widziałam, a może widziałam, tylko wiecie, jakoś tak uznałam ją za zwyczajnego… człowieka? Bo w dzisiejszych czasach coraz trudniej rozpoznać tych mniej żyjących. A raczej może tak zwanych martwych od tych, co to serio nie wiedzą z czym to życie jeść? No wiecie, jadących na rowerze i gapiących się w telefon, albo tych za kierownicą czworokołowca…

Duchy są.

Na każdym kopcu siedzi sobie jeden, a na niektórych nawet kilku. Piją herbatę, albo ciągną coś mocniejszego z flaszki ceramicznej i mają ubaw z życia innych. Bo widzicie, oni już to wszystko widzieli. Tak naprawdę nic się przecież nie zmieniło ino królowie, bogi i zabawki sa inne, a cała reszta: miłość, nienawiść, żądza, chciwość, zazdrość, nienasycenie, poukładanie, wszelka niespokojność… są takie same.

IMG_4473 (2)

Siedzi sobie człowiek takim jasnym wieczorkiem na tarasie, zakutany w koc, bo choć dzień w słońcu dusił żarem, to jednak wieczór przyjemnie chłodny… i se morze wącha. Czasem, to sobie myślę, że ono morze może mieć mi za złe te wąchania, niczym wiecie, pies, czy inne zwierzę, co to liżąc cię pod ogonem mówi: dzień dobry, ale ja tam uwielbiam te wodorostowe aromaty.

Dziś morskość pachnie północą, mroźnością i śniegami. Jakąś taką lekko niedogrzaną jurtą i igloo, w którym ktoś chyba nie posprzątał po ostatniej imprezie. Fajnie pachnie, choć pewno nie każdy się ze mną zgodzi, co nie? Pachnie butwieniem, ale dopiero w tej pierwszej, wypływalnej z wilgoci fali i jeszcze solą oczywiście i może rozgrzanym piaskiem. I jeszcze ciastkiem z kremem, które ktoś zgubił… Fajnie pachnie!

Wakacyjnie.

Na czereśni już coś się czerwienie, durne solsorty wyżerają mi sadzonki choinek, a wronie odbija i zachowuje się jak kura. Nosz nie wie, ale to chyba jakaś młoda gościówka, bo taka wiecie nastroszona, jakby mokrą włoszkę na piórach miała, taka zelowana… włazi w trawę domagającą się skoszenia i się mości. Nic, ino jej dać troszkę czegoś na gniazdko i złoży jaja! Kurcze… a co jeśli będzie jak z na pół dzikim kotem, co to potem zostawia miłego człowieka ze stadkiem puchatych, głodnych, miauczących i srających wszędzie kulek? Nosz kurde no!!!

Ech… a może to tylko duch?

IMG_2987 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spa Maślankowe… została wyłączona

Pan Tealight i Parne Przejawy Codzienności…

„No było…

Może pojawiło się nadto wcześnie, może i tak by marudziła, gdyby zaczęło się miesiąć później… może… Nie, no wcale przecież nie ganiła Pani Wyspy za to, wcale a wcale, ale jednak… może? No bo widzicie, nie mogła tego wytrzymać. Nie czuła się z tym dobrze, wszystko ją męczyło, mroczyło, marudziło i doprowadzało do skraplania. No i najgorsze było to, że nie mogła pić wrzącej zupy, a miała na nią taką straszną, ogromną, wielką ochotę!!! Świat serio jej nie rozumiał i guzik miała, znaczy duży guzik, znaczy… kurna, no pewno, że jest lato, ale przecież Wyspa leży na jakiejś tam północy, to do cholery różowatej z wstążeczkami: Gdzie jest jej śnieg?!!!

Gorąco było!!!

Wszystko ją oblepiało, lgnęło do niej, a na dodatek pojawiły się te wkurzające miniaturowe żmijki-robaczki. Wiecie, te czarne jak węgielek całkiem, lekko połyskujące, chitynowe… Zwinne i wkurzające. Najlepsze jednak, że nie gryzły tylko i wyłącznie jej, ale właziły tez pod monitor laptopa i tam sobie urządzały pijackie imprezy. Pewno, że przy takim rozmiarze, to jakoś tak niewiele im potrzeba było, kichnęła Wiedźma Wrona Pożarta na nie eukaliptusem i już były urąbane, ale… Widzicie, no kurnde po pijaku układały się w dziwne literki. A Wiedźma Wrona pisała często z zamkniętymi oczami. Wiecie, myślała o czym śinnym, a jej łapy se tak tam jakoś paluchami poruszały i grało… ale ponieważ na pamkę były wyuczone, więc jakoś no klikały i grało…

… a potem nagle wychodziło, że to dwuznacznie świntuszkowate słowa są.

A wszystko przez ono gorąco. Żar, parowanie, nawet jak czasem coś ostatnio kropiło, to w powietrzu robiło ino takie chmurki. Mało co docierało do ziemi, a nawet jak już, to po chwili było to ino wspomnienie…

Gorąco…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4749

Z cyklu przeczytane: „Alice” – … ten tom jest inny. Bardzo inny, bardzo specyficzny, bardziej mroczny, babski nawet… Taki magiczny, czarowniczy, wiedźmowy. Wiecie, pełen kobiet, do których lepiej się nie zbliiżać.

Oto jest jej opowieść. Nie Toma, ale jej, Alice. Dziewczyny w spiczastych butach, która staje między młotem i kowadłem, różdżką, a dołem, wiedzą a władzą. A przede wszystkim, pomiędzy miłością, a rodziną.

To chyba jedna z moich ulubionych części serii „Kroniki Wardstone”. Inna, nietypowa i wyjaśniająca tak wiele. Dorzucająca brakujące puzzle to owej układanki, która wciąż się… trochę powięsza.

IMG_5489

Padało dziś.

Prawie bez przerwy, prawie cały dzień.

Znacie zapach kropel uderzających o rozgrzany chodnik? Albo szosę? A może w dzisiejszych czasach ludzie już nie wachają świata? Może wolą te swoije tam sztuczne aromaty? Może… to teraz zakazane nawet, bo ostatnio w tym świecie to, co uznawał człowiek za normalność od dzieciństwa, teraz jest złem wcielonym… więc może spotkało to i deszcz? Może…

Ja za to polazłam na spacer w deszczu… niestety parne powietrze mocno nadszarpnęło moje płucka. Podejście pod Gudhjemową górę omal mnie nie zabiło. I nagle już ten cudowny, oszałamiający zapach wszelkiej deszczowości, miałam za nic. No cóż, mamy lato, a to oznacza, że parność i deszczowość mogą występować razem. I występują. I strasznie mnie wykańczają. Myślał se człowiek, że kurna północ w równik się nie może zamienic, a tutaj… proszę bardzo!!!

Na ulicach oczywiście Turyścizna.

Polskoszczebioczący jej członkowie nie wiedzą jak się jeździ na rowerze, ale to pikuś. W rowie lezy samochód, bo przecież po kiego nam rozważna jazda, dostosowanie się do warunków pogodowych i takie sprawy? Nic to… sobota to u nas oczywiście czas zmiany turnusów. Wydaje się, że ludzina z ulic trochę znika, że jakoś tak puściej, ale to tylko ułuda. Oni tu są!!! Mewy też… i wrony.

Co zrobić z takim pięknym, deszczowym dniem? Może lody? Albo spacer? Albo i to i to, bo dlaczego nie? Wszystko dookoła łapczywie nasiąka. Naciąga wilgoci niczym ta torebka herbaty. Wiecie, taka zwyczajna, tania… zieleń nagle staje się być lekko ociężała, dziwnie nazieleniona i napuchnięta. Drzewa stają się większe, procesy gnilne na pewno mają się też dobrze…

IMG_4601

Koldskål…

Znacie maślankę? No wiecie, to coś, co zostaje po wytrzęsieniu masła… Tutaj to przysmak. Ale nie taki zwyczajny. To coś w rodzaju sztuki. Coś niczym miks wszelakich przypraw, dobrych życzeń i dziwnej lekkości… Właściwie, po odmaśleniu płynu powinno zostać cudowne i specyficzne… NIC. A jednak W Danii tworzy się z tego magiczny koldskål. Płyn, z którego powstają genialne lody, czadowe „serki smakowe” oraz wszelkiego rodzaju słodkości. Dla mnie lody smakują jak… sernik. Ale no serio! Taki genialny, mocny sernik na kruchym cieście. Taki doprawiony, ale bez rodzynek. Grzeszę tym cudem, gdy tylko mam taką możliwość, ale dziś… dziś był koldskål z truskawkami i nie wiem co powiedzieć.

Bo to było serio cudowne!!!

Prawdę mówiąc, na Wyspie serio można nagrzeszyć. Można leżeć na piasku i nic nie robić, łazić cały dzień po skałach, śpiewać sobie pływając i nie dbać o modne ciuchy oraz makijaże. I można zjeść dużo lodów, napaść sie cukierkami i czekoladą… i na przykład odkryć nagle to, że w Gudhjem mamy teraz nie tylko Kalas-Kalas, ale i lody ze Snogebæku. Podliczając… cztery. A tak, mamy cztery lodziarnie w mojej maleńkiej mieścinie. Hmmm, nie za wiele? Ale co tam. Trzeba będzie się wybrać do obydwu, no i oczywiście spróbować nowego!!!

A… ważne! Podobno w przyszłym tygodniu ma mieć miejsce wypasiony market ze specjałami ze świata. Już się nie mogę doczekać. Czuję się jak jakiś dzikus, serio. Wielki, ogromny, gigantyczny dzikus, co to niedawno dopiero odkrył i koło i ogień, a teraz nagle rzuają w niego ajpadem i innymi ustrojstwami. Serio. Wychodzi na to, że życie w dziczy, w której łatwiej o robala, niż te tam, szpilki, jest uzależniające i sprawia, że mózgownica mocno się od znanego odcina.

Najważniejsze, że padało!!!

IMG_9854

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Parne Przejawy Codzienności… została wyłączona

Pan Tealight i Gubiąca Kolczyki…

„Była srebrnouszną, która śniła opowieść o Niebieskookich, dziwnych tworach, ludzkokształtnych, a jednak, nie ludziach… Była tą, która dzwoniła uszami, której wiatr nie dmuchał, ale prawdziwie grał na wiszących z małżowin sreberkach… Była… też tą, która jako jedyna na Wyspie natrętnie i nagminnie gubiła swoje kolczyki. Serio, nie miała pojęcia dlaczego tak się dzieje, ale fakt to fakt…

Wyspa była usiana jej kolczykami. To miejsce na przykład, z którego skradziono Wielką Jabłoń, było tym, które zgubiło długą, srebrną gwiazdkę. Na plaży Słimu zniknęło kilka kolczyków, między innymi te ukochane, kwiatkowe… A tam, no za rogiem, to dziwnym trafem poszły się paść te szkliste…

A może… a może jednak wcale ich nie gubiła? Może uciekały od niej, od tych uszków, natłoku, od ciągłej, telepoczącej się pracy, od brzęczenia i smerania? Albo… był niewidzialny, ale i całkiem niewielki złodziej, który uwieszał się na nich i po prostu ciagnął, ciagnął i ciągnął i wyciągał? Czy one tęskniły wtedy za nią? Za Wiedźmą Wroną Pożartą? A może… próbowały do niej powrócić?

Bo ona tęskniła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9949

Z cyklu przeczytane: „Panowie i damy” – … one. Elfy. Piękne, cudowne, wzruszające, poruszające, dominujące, ale jakże słodkie. Niesamowite i…

STRASZNE!!!

A tak, oto w końcu przyszedł czas na to, by wybrzmiała prawda! Prawda o nich samych. Zaklętych w kamiennych kręgach, złośliwych, utrzymujących ludzi przy życiu tylko na czas zabawy. Popatrzcie w niebo, czyż nie spadają z niego płatki śniegu mimo… lata? Mimo tak radosnej chwili, jaką jest ślub byłej czarownicy i błazna? Tylko, kto uwierzy w jazgotanie starszych dam: Niani Ogg i Babci W.? No kto?

Niesamowita, zakręcona, pełna subtelnych wtrętów z przeszłości, opowieści niedopowiedzianych o życiu tej najstarszej, o jurności średniej od jeża i o niej, najmłodszej, która… która właśnie nie do końca jest pewna, czy chce być królową. Ech, te kobiety!

Oto są czarownice i magowie, siły natury i byty wszelakie, falliczne kształty i takie tam… wiecie, no przecież wszystko ma w sobie dwie kulki i armatkę, czyż nie? Ekhm, prawie wszystko! Oto jest i magia i głowologia, przygoda, emocja i dyskretne puzzle, które dopełniają ich historię… wiedźm!

Jak zwykle należy uważać na możliwość zmoczenia się podczas lektury!!! LOL

IMG_7814

Karetki…

A tak, główna zmiana na Wyspie w sezonie, to karetki. W zwyczajny czas raczej ich człowiek nie słyszy. Kompletnie. No może raz na kilka miesięcy. A teraz, z powodu Turyścizny i oczywiści ukropów, są… ich dziwny dźwięk wdziera się w tą całą naturalną naturalność niczym jakiś alieni dźwięk. Przynależący do innego świata, całkiem niepasujący do wron zrzucających mi na głowę jakieś dziwne, nie pierwszej świeżości, nie do końca opisywalne szczątki… Do ćwierkolenia, świergolenia, do tych wszystkich ptasich treli, kolejnych miotów ptaszyn pod naszym dachem, w kominku od wywietrznika, w dziwnych zakamarkach…

Aż człowiek nagle przypomina sobie o własnej śmiertelności. O bólu, cierpieniu, o tym wszystkim co jest i co będzie… bo przecież ból przeszłości już jakoś stracił na ważności, więc… karetki.

Po raz kolejny w gazetach problem uchodźców…

Problem?

A może jednak coś więcej? Bo przecież… No dobra. Jestem biedna, byłam, ale mieszkanie na Wyspie było tą jedyną sprawą, dla której warto było rzucić wszystko, sprzedać… a tak, zwykły człowiek nie może przecież ot tak się przeprowadzić, co nie? Nawet w EU, nie da się. Tralalalalala!!! Jeżeli spyliłeś wszystko, załadowałeś resztę na autko i wyjechałeś, nagle uświadamiasz sobie, że po pierwsze wynajem to koszmar na Wyspie. Koszmar finansowy oczywiście. W sommerhusach spać cały rok nie można, na dodatek też nie masz autka, bo ponownie musisz za nie zapłacić tyle ile w Polsce… więc żyjesz na kwaśnych jabłkach z ogródka i kluskach z mąki, wody i soli. Można? Można… warto, jeśli robicie to dla tego, co kochacie… w końcu Wyspa jest piękna, czyż nie? A uchodźcy? No cóż, w dziwny sposób ludzie pustyni nie doceniają wody! Mają gdzieś chłód drzew, spokój i pokój. Nie chcą Wyspy… i to wkurza. Poinformowani o przeprowadzce trzydziestolatkowie tak się wkuli słysząc słowo Bornholm, że pobili wszelkie służby…

Cóż… wkurza mnie to. Bo sorry, ale jestem z tych, co wiedzą jak to jest, gdy człek się boi i gdy nie ma niczego do jedzenia, i gdy pojawia się ten ktoś, kto chce ci pomóc, to bierzesz wszystko co ci dają i całujesz ich w zimne pięty…

Widać, za mało byłam biedna?

IMG_9963 (2)

Kocham ten wieczorny chłodek. Jakąś taką północność w powietrzu, którą Wyspa kończy czerwiec. Już za progiem lipiec! Gotowi na urlopy, czy jak ja, zwyczajnie jakoś tak lubicie pracować i… nie lezycie na plaży? Serio!? Co ludzie widzą w smażeniu się na piaskowej podkładce? I czernieniu, czerwonieniu i różowieniu? No co? Czy po prostu nie toleruję nadmiernego ciepełka, gorąca szczególnego, czy może…

… aż taką jestem dziwaczką?

No co! Kocham zimno!!!

W powietrzu oczywiście wisi sobie parny żar i człowiek czuje, dość wybitnie, że ten dzień raczej spędzi bezproduktywnie. Szczególnie, gdy już od w pół do siódmej remontują człowiekowi carport. I sąsiadowi, którego ustrojstwo styka się głośno z moją sypialnią… więc, no wiecie, w hałasie człek i tak nie ruszy… nie da rady. Trzeba wstać, i zabrać się do roboty. Można by uciec od hałasu w las, ale gorąc za bardzo przeraża… i ten południowy wiatr. Tia, południowego wiatru nie rozumiem. Gorącego, dziwnie piaszczystego, takiego wiecie, bardziej piling niż ino podmuch…  pustynna to rzecz, to wszystko. Lekko dusząca zapachem piramid, mumii i pradawności papirusowej. Słychać w niej krokodyle kłapanie, trąbienie słoni i strzykanie w żyrafich szyjach…

Afryka!

W wietrze jest wszystko. Naprawdę! Każda kraina, każdy inny świat, każde wspomnienie, marzenie, myśl jak najbardziej pokręcona. Wiatr ma gdzieś granice, trochę plącze się w górach, ale zwyczajnie GPS mu ostatnio trochę się rozstroił. Kocha gry komputerowe i naturalne, zwiewne krainy. Ma oczywiście też fetysze… szczególnie damskie uda jakoś tak mu działają na wyobraźnię… a jednak tutaj, nad Wyspą, jest jakiś jeszcze bardziej dziwaczny. Maca każdego, wdziera się w niewinność Turyścizny, szczególnie ten południowy… bo północy, to już nie…

IMG_0882 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gubiąca Kolczyki… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienne Trolle…

„Leżały.

Jedne takie gołe całkowicie, wiecie, kompletnie gładkie, albo ino odrobinę chropowate swoimi krystalicznymi wstawkami, wtrętami i żyłkami czegoś mineralnego inaczej. Inne znowu włochate mocno, lub miejscami, plackowato włochate. A właściwie, kurcze, to nie wiadomo czy one wolały włoski, czy nie włoski, znaczy raczej meszki, czy jednak… kurcze, trudno je spytać, gdy tylko mruczą, gdy ona je gładzi, gilgocze, pieści dziwnie dwuznacznie, ale każdy tylko się odwraca i wiecie, no… rozumie, tak? Miała srebrzysty grzebyk, bo z jej awersją do złota, to wiecie, nie można było inaczej… i je czesała. Z włosem i pod włos, jak chciały. Jakoś wiedziała, mimo iż wcale nie mówiły.

Nic a nic!!!

Opowiadała im bajki, nuciła kołysanki, śpiewała mocniej, nie do końca niefałszywie… ale nie protestowały. Nigdy sie nie zdarzyło, żeby któryś z nich uciekł, czy ją ugryzł. No chyba że ten, co leży przy Pałacu Mrówczym, wiecie tym z basenem, dwudziestoma garażami i wielką suszarnią odwłoków. On lubił, gdy one go tak podgrywały, gdy go łaskotały i uznawały za swój podnóżek. Kurna, submissive jakiś, czy coś? No poza nim, to nie. Nie protestowały.

A u tamtego, Mrówkolovelasa, to i tak była ich wina, więc się nie liczy…

Przychodziła do nich, ale tak zwyczajnie, wiecie nie jak matka, ale raczej jak ta ciotka, której można opowiedzieć o wstydliwościach, która nie zakapuje i w ogóle… prawie przyjaciel, ale i coś więcej. Na pewno nie wsadzisz jej żaby za kołnierze, ale… Wiecie, ta ciotka, którą to matka z chęcią by wykorzystała, ale się boi, że gdy wróci, domu nie będzie, z piwnicy ino szczątki, a na podwórku kółko wypalonej ziemi informuje o wizycie alienów… albo lepiej, dzieci nigdzie nie może znaleźć, ino z piekarnika wystają ogryzione nogi w tenisówkach, które przy niej kupowała sąsiadka dla swoich łobuzerskich bliźniaków w zeszłą sobotę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4471

Z cyklu przeczytane: „Wijec” – … już prawie. Prawie koniec tej opowieści. Prawie… ale jeszcze nie. Jeszcze 3 tomy. Tylko, czy aż?

Oni dorastają.

W powieściach Delaneya bohaterowie zmieniają się naprawdę. Uczą, dojrzewają, ale nie raptownie. Nie dziwacznie i nadnaturalnie, raczej… jakoś tak logicznie, po prostu. To co widzą, zmienia ich, to co zabijają, zostawia swój ślad, to co zabili inni, uczy często, by czasem… odpuścić.

Nasz główny bohater mierzy się z coraz większymi zadaniami. Uświadamia sobie „kłamstwa”, a może raczej niedopowiedzenia tych dorosłych – mistrzów. Plącze się, kocha i nie do końca pojmuje zło i dobro, jak jego nauczyciele. On – uczeń stracharza.

Cały cykl jest niesamowity i naprawdę może być rozrywką i dla tych trochę młodszych i starszych. Jakoś tak… Delaney potrafi pisać dla wszystkich. Z jednej strony nie wulgarny, z drugiej tez nie maminsynkowy, rozdziabany dziecinnie, sepleniący…  prawdziwy. Dobitny miejscami. Poruszający i przerażający! Świetnie spisany, plastyczny i lekko mroczny cykl! Dla każdego!!!

IMG_5485

Niby wieczór przynosi jakieś ochłodzenie, ale bez urazy, nadal piecze. I wiecie co? To pieczenie mnie przeraża, bo to nie jest zwyczajowe tam się lanie żaru z nieba. To raczej coś, co spopiela rośliny i to serio, na popiołek. Wiecie, niczym to coś, co niektórym w Środę Popielcową czółka naznaczają…

Słońce na pewno ma jakies luki w naszej ozonowej ochronce i jest źle. Nie przesadzajcie z tymi podróżami poconymi w okolicach wszelakiego południa, serio nie warto. I szczególnie uważajcie na kleszcze… w dziwaczny sposób przyroda zaczyna mi przypominać film „Zdarzenie”. Film może i dziwaczny, pokręcony i z cholernie kiepską grą aktorską, ale… dowodzący tego, że roślinki też wiele potrafią.

Dlatego jak nigdy pozwalam sobie na gnicie w domowych pieleszach! Mniam! Serio, naprawdę można na nowo odnaleźć w sobie szczególnie leniwe zwierzę, gdy się sobie na to pozwoli, uwierzcie mi! Sama próbuję! Żadnej napinki na kilometry i Endomonda, żadnych porywów wszelakich, żadnych… no niczego. Po prostu ściany, które pozwalają, które chowają, które odcinają. No za nic nie jestem zwierzem socjalnie dysponowanym. Za nic, serio!!! Wolę jednak w domu, schowana… nawet z tym wkurwiającym zwierzakiem za ulicą, co szczeka jakby mu płacili, albo owym dziwnym pojebem, którego należy zlikwidować… co to lata dookoła i strzela.

Co się kurna dzieje z tym światem?

Oj pewno, że wiem o decyzjach UKejów i innych tam, ale co mi to, zwykłem zjadaczowi sałaty tak naprawdę mówi? Nic, guzik. Mimo całych internetowych rozgrywek i tak człek się uczy, że gówno może i wszystko gówno daje. Ale za to wie, że dobre gówno po przebudzeniu serio cudnie wpływa na wszelkie perystaltyki myśli!

IMG_4619

Świat już dawno stanął na głowie i macha uszami bo dostał na to papiery, że właśnie tak powinno być – serio, od najwybitniejszych instytucji i naukowców z całego świata. No co, nie wierzycie?

Dostaję własnie niezłej cholery z powodu… ptasich trelów. Nie no, oczywiście że piękne i tak dalej, iż sama natura i ekologiczne, ale jak się tak przeraźliwie drą, to atawistyczne uczucia, od praprapraszczura mego nakazują mi ową durną, melodramatyczną, płodności jurnej pełną gadzinę złapać i zeżreć. I to razem z piórami. Nie ma we mnie nic z tego bajorka lotosowego, puszystego kotka i leżących na tęczowej łące jednorożców. Jest za to we mnie wkurw i ma się serio dobrze. Co innego trele dochodzące z lasu, który jednak oddzielony jest ode mnie płotem, a co innego taki wkurzający gość piejący z mojej czereśni! Założę się, że mi zeżarł część z nich, albo i obsrał! Bo one to kurna złośliwe są. Po tym jak mi wpierdoliły sadzonki choineczek zmieniam swe ptasie zdanie!

Gorąc wprowadza mnie w nader wkurwiony stan. Nosz… waleczny nawet.

A Wyspa? Wiecie co? Ostatnio to chyba i sama ma tego wszystkiego dość i wcale się jej nie dziwię. Nie ma tez motyli… Co to za rok bez motyli? Pszczół tak niewiele, bączków ino kilka… co się dzieje z tym światem? Maków i bławatków brak, na polach zboża, które sięgają ino człowieczych łydek… i te pola kukurydzy, które nagle aż nazbyt przypominają te horrorowe, wiecie dzieci kukurydzy i inne tam. Był też taki horror o polu, a na środku był dom i maszyna do szycia, co to było?

Ciepło!!!

IMG_4472

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienne Trolle… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Czasu…

„No nagabywał ją.

Listownie, macalnie zboczenie i namacalnie względnie akceptowalnie chyba. Wyskakiwał jak ten czub z pudełek, piekarników, lodówki, pogryzał jej aurę i cień macał… przymilał się, kusił, a ona nic. No niente i nada. Kompletnie go olewała. Nie chciała za nim chodzić, nie chciała biec, czy choćby się skradać, przyjaźnić ni knować. Wciąż wyrywając się z nastawionego na nią koła, no wkurwiała go maskymalnie. Próbował ją nęcić, przekupić, próbował więzić i wymyślnych salach tortur i tam… no nakłaniać ku sobie, a ona kurna NIC!!! Próbował ją nawet przekupić, a kurde… no nie wyszło. Na początku już myślał, że to już i w ogóle, że się uda, że opłaci…

Ale nic.

Za cholerę nie mógł jej ku współczesności nastawić. Ku komputerom, telefonom przyklejonym do ręki, ku czipom i wszelkiej, nieludzkiej telewizorności. No nie chciała. Ona wolała ołówki, listy pisane ręką, choć pismo miała horrendalnie obrzydliwe i mniej czytelne niż linearne i inne tam glify. Kartki z nalizanym znaczkiem lubiła, wciąż świętowała wynalezienie koła, a książki ino w papierze. Choć mogło być gorzej, kamienne tablice i zwoje z Qumran…

Ona jedyna mu się opierała… Wiedźma Wrona Pożarta.”

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3877

Z cyklu przeczytane: „Wyprawa czarownic” – … boska. Tak, chyba jest jedną z moich naj opowieści ze Świata Dysku. Chyba? A może jednak nią jest? No nie wiem. Kurcze, nie wiem!!! Jak tu zdecydować?

Znowu one, wiedźmy. Trzy oczywiście, wiecie: ona dziewica, matka, no i ta, której nazwy lepiej nie wymieniać, a już na pewno nie przy Babci W.!!! Właśnie umarła jedna z czarownic i, jakoś tak, to właśnie tej najmłodszej z nich dostaje się pozycja Wróżki Chrzestnej, a co za tym idzie… wyprawa do Genoi. A tak, nasza trójca wyjeżdża aż tak daleko. Miotły gotowe, kot pewno tez pojedzie…

Ale… jak to mają NIE dopuścić do ślubu? I o co chodzi z tymi lustrami? Kto je śledzi? Kto mota historie, kto sprawia, że biedny wilk staje się… ludzki?

Niesamowita, przekomiczna, wciagająca opowieść o tym, że nawet w bajkach nie powinno się motać. Że każda historia ma swój początek i koniec, a magia magii nie równa. I jeszcze o suwenirach, pisaniu kartek z podróży i oczywiście o złych siostrach… bo takie istnieją, naprawdę!!!

IMG_7813

Gorąc, gorąc, gorąc…

No wiem, szczyt monotematyczności, ale już nie mogę patrzeć na zdychające roślinki. To strasznie dobijające i dowodzi tego, że serio z roślinkami jak ze zwierzakami. Żyją, czują i tak dalej, więc całe te żywieniowe hocki klocki są pomyłką, ale…

No jest gorąco.

Strasznie, obrzydliwie. Coś, jak mieszanka piekarnika i rozgrzanej patelni, które najpierw walą cię w twarz, a potem zwyczajnie, tak jakoś owijają się dookoła i już wiesz, gdy zasłaniają ci twarz, że nawet skok w fale nie pomoże. Może i lekko schłodzą one skórę, ale jakoś tak, no za nic nie rozwiążą sprawy.  Nie daje się oddychać, myśleć, trawić. I chociaż możesz mieć dostęp do częściowej chłodziarki, znaczy wiecie, przełącza się warmepumpe na chłodzenie i jakoś działa. Ale tylko do 18 stopni!!! I na dodatek drogie to cholernie, więc i tak pocisz się w nocy, a w dzień, nawet pod tym siedząc, jakoś tak wiesz, jakoś tak masz to zakodowane, że jest gorąco…

… i jesteś rozmemłany, drżący i wkurzony. Nawet nie poszedł na Sol over Gudhjem, bo zwyczajnie nie dał rady. A podobno super było. Znaczy jak zwykle. I nawet jeśli moja chłopsko-królewska dusza nie pojmuje współczesnej kuchni, a jedzenie to dla niej wciąż ino paliwko, choć może być smaczne i w ogóle, to jednak maz na talerzu plus garść chwastów obok i po środku kawałek mięska, który z lupa szukasz mikrym swym widelcem bojąc się, iż jeśli kichniesz, to… ucieknie…

Można nie rozumieć dzisiejszych gotowaczy, ale jednak… zaraz, a gotowacz, to nie był ten co w buduarach i gotowalnie damskie strzegł? a nie chyba, mniejsza… Dzisiejsza kuchnia nie polega na najedzeniu się i tyle. W końcu po raz pierwszy ta część świata marnuje żarcie, więc można se kleksić na porcelance!

IMG_3793

W końcu wczoraj wieczorem troszeczkę popadało, ale… to tak, jakby ktoś lał wrzątek na Wyspę. Straszne to było, ale cóż… trza przetrwać i tyle. Byle do zimy!!!

Sezon się zaczął.

Jak nie patrzeć mamy lato. Czas wszelakich zabaw, głośniejszych imprez, niechcianej muzyki w czasie ciszy nocnej i tak dalej. Nawet stało się coś dziwnego. Coś serio tutaj mało spotykanego – sąsiadka po skosie nabyła sporego psa, a może i zawsze go miała, ale wiecie, nie mieszkała tutaj… bynajmniej bestia ujada strasznie i jest to dość wkurzające. Pomijamy fakt tego, że psiak jest nowy i biega sobie za żywopłotem, który nie jest do końca płotem… i jakoś tak mam wizję kolejnej pogoni policyjnej za czworonogiem. Co prawda nie wolno już strzelać jeśli bestia pojawi się na twojej posesji, no ale… kara za psa bez smyczy jest łeb urywająca.

Tak, psiaki powinny być właściwie zawsze na uwięzi, ale jednak mało kto tego przestrzega. Wkurza to, tym bardziej u przyjezdnych, którzy myślą, że kurde mogą wszystko… bo jeśli serio nie mam nic przeciwko psiakom na plaży, takim wiecie leżącym, czy pływającym, to biegająca bestia rozpierdzielająca cudze zostawione rzeczy nie jest fajna. Tym bardziej na plaży, na której serio gacie nie są obowiąkowe!!! LOL

IMG_3815

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Czasu… została wyłączona

Pan Tealight i Narodziny Bogów…

„Ogólnie mówiąc…

… ona była jedną z tych, a może jedyną, która budziła Bogów. Tych zapomnianych, porzuconych, tych mało przebojowych. Nie tych, co to teraz są na topie, żadnego mainstreamu, jak zawsze. Tych innych. Wiecie, tych całkiem innych. Coś w niej jakoś tak ich wołało, jakby wysmykiwała sie z niej lina przyciągająca, wołająca, nucąca na tyle wkurwiająca melodię, ze trzeba było w końcu wstać i pacnąć grajka. Dlatego wstawali i to robili. A ona, no cóż, ona zwyczajnie przyjmowała swoje przeznaczenie. Albo, coś w tym mało pochmurnym mniemaniu.

Czy robiła to świadomie?

Dla wielu nie miało to znaczenia. Dla innych wielu miało to znaczenie, a ona nie wiedziała. Znaczy, może dokładniej. Nie wiedziała… kiedyś. Kompletnie sobie z tego nie zdawała sobie sprawy. Po prostu wiecie, jak zwykle chodziła tutaj i chodziła tam, wspinała się na drzewa, właziła na płoty, skracała sobie drogi, wpadała na zapomniane głazy, a potem wracała w wąwozy. Wiecie, te wiosną zakwiecone. Oj, ale to były kolory. Wszelakie pastele, niczym zgromadzenie Najwyższych Bogiń Wszelakości. Coś niesamowitego, coś wielkiego, coś powalającego… taka zapatrzona w te kwiaty, dziwnie nie zwracała uwagi na pnie o ludziowych kształtach, na kamienne fiutki, wszelkie zakrzywione dłonie wyłaniające się spod mchów…

A one się budziły.

Czy sprawiało to jej gadanie, a tak, zawsze gadała sama do siebie, albo do tych wiecie, Mocno Niewidzialnych? A może jednak coś innego? Nucenie pod nosem? Ten dziwny zapach, który czasem się do niej mocno przyczepiał i nic nie miał wspólnego z higieną? A może dziwne nakrycia głowy, którymi karała ją Królowa Matka Zła? Tego nie wie, ale oni się budzili…

Niby nic wielkiego, ale… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki to nader uczuciowa osobowość i uważa, że jak już budzi Bóstwa, to winna im jest jakichś, no wiecie, zwyczajowych wyznawców!!! Nawet jeśli miałyby one je zjeść. Serio! Jak już sie obudzili, powinni dostać jakieś dziewice!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0361

Z cyklu przeczytane: „Czas żelaza” – … masakra. Powiem Wam, że czasem człowiek juz traci nadzieję i… pojawia się coś nowego. Pojawia się szokująca powieść, dokładnie trylogia, ale wiecie i trylogię trzeba zacząć od początku. A ów początek jest aż nadmiernie obiecujący!

No dobra, zakochałam się i tyle!!!

Oto opowieść z nie do końca wiadomego okresu tej części świata, który zwiemy Wielką Brytanią. Poznajcie naszych bohaterów: wojownika, wojowniczkę, dziewczynkę i świat, który oczekuje najazdu Rzymian. Zawieszony w niepewności. Pełen wciąż swoich bogów, swoich wierzeń i swoich własnych tradycji. Druidzi stoją obok władców, zwykli ludzie obok tych, którzy nie sa w stanie wpasować się w jakiekolwiek definicje. Fatum zdaje się mieć własny pomysł na tą opowieść…

Świetnie opisana, waleczna i krwawa, dosłowna, ale bez przesadzonych i przydługich scen walki, mądra i szalenie… akuratna. A tak, świat tamtych dni mógłby tak wyglądać. Naprawdę! Zatopienie się w owej przeszłości doprawdy nie pozwala sie oderwać od stron. Czytacie, przypalacie obiad i zawalacie terminy… ale nic to. Bo drugi tom już w księgarniach, a trzeci na dniach!

Nic to!!! Czytajcie, bo warto. Czytajcie, jeśli lubicie przygodę, historię, magię, fantasy, ale i gdybania na temat tego, co by mogłoby być…

IMG_0713 (3)

Gorąco, sucho, ja pitole!!!

Chyba nie pamiętam takiego lata, by serio jakoś tak nic nie rosło. Przez tą garść lat, gdy dane jest mi dosadniej spoglądać na zmieniające się pory roku, jakoś tak… no nie. Pamiętam najfajniejszą zimę, pamiętam tak deszczowe lato, że drewno pleśniało, a to co materiałowe pokrywało sie intrygującym, lekko zielonkawym kożuszkiem, ale takiego nieurodzaju, to nie pamiętam. Koniec czerwca, a spora część zbóż już dziwnie żółta. Na dodatek brak maków i bławatków, które przeniosły się na jedno, jedyne pole, pełne…. rzepaku!!!

Na szczęście ogłoszono właśnie urwanie chmury!!!

Oficjalna strona pogodowa, znaczy wiecie, te tam prognozy, cuda wianki i całe te wróżby sróżby…. przewidywane ulewy dla CAŁEJ Danii!!! Całej? Skacze sobie człowiek z radochy, planuje już, co zrobić z czasem, którego nie wykorzysta na podlewania tych ogródkowych szczątków, a nagle… doczytuje mocniej, zauważa pewne niedokreślenie na rycinie, pewne niezaciemnienie… No oczywiście! Jak zwykle!!!

Cała Dania nie włącza w siebie Wyspy.

A tak, Dania jako taka uwielbia pomijać Wyspę. Wiecie, nie dopisywać, usuwać z magnesów krajowych, przycinać, lekko mrużyć oczy i ogólnie mówiąc… olewać. Nie wtedy, gdy trzeba zwalić gdzieś odpady radioaktywne, ludzi niechcianych, tudzież napiętnować wszelkie specyficzne zachowania… A tak, moja piękna Wyspa, to takowy wiecie, chłopiec do bicia!!! Niestety… Aczkolwiek nie wtedy, gdy mamy wakacje. I chociaż większość uznaje za nacjonalistyczne wakacje na Ibizie, czy innych Majorkach, to jednak, spora część Duńczyków ląduje wciąż tutaj. Zapominając o braku dotacji na drogi, o dziwnych zachciankach rolniczych, czy też… owej niesamowitej inności, której nie da się wepchnąć pod jeden wskaźnik. Wiecie, po prostu korzystając, zużywając, a potem jak wracają do tych swoich Kopenhag, zwyczajnie zlewając…

IMG_4290

Tak, jak najbardziej jestem zgryźliwa, zjadliwa i wkurzona!!!

Po pierwsze wraz z Turyścizną wzrasta śmiecenie. Spora część z przyjezdnych osobników w dupie ma wszelkie prawa i powinności, jak na przykład rozbijanie namiotu gdziekolwiek. Nie, nie wolno. Są miejsca, nawet kilka darmowych, co więcej, są takie fajne drewniane chatki w Almindingen, gdzie można się rozłożyć tylko ze śpiworem, macie miejsce na ognisko i ogólnie mówiąc jest milusio… ale jednak nie. Na co to komu, lepiej przecież rozłożyć się gdziekolwiek i kurna zdeptać młode drzewka. Nosz bo przecież myśmy Turyścizna, co nie? A już tumany rzucające pety, czy spore papiery na ziemię, nosz kuźwa miodowa mać!!!

Co bardziej wkurza?

Darmowa Turyścizna!!!

Oto są oni. Osobnicy, którzy decydują się wydać małe, cudowne, okrągłe NIC na wakacjach. Czyli wiecie, wszelkiego rodzaju sępy, mamuty i kurzu tumany. Co to serio wolą wydać na jebany błyszczyk, lakier do kłaków i wypasione sprzęty, zamiast dać zarobić tym, co po nich będą musieli przywrócić wszystko do życia. I nie, jak najbardziej nie mówią tutaj o Polakach. Ojojojojojojjjj… co jak co, ale wszystkie nacje są w tym względzie takie same. A już Niemcy potrafią przywieźć i swoje pyry! W worach!!!

Nie wiem co się dzieje z ludźmi poza tak ich zwanym domem. Serio. Dlaczego zmieniają się w świnie, prosiaki i wąsate flądry? Może to sprawa genów? A może jednak zwyczajowe, wszelako swojskie niechlujstwo? Może to, iż wakacje dla większości oznaczają… bycie nieludziem? Może… Nie wiem. Nie rozumiem tego, podobnie jak nikt nie rozumie, z Tubylców, dlaczego moje wakacje spędzam tutaj. Na Wyspie. I nie, nie tylko dlatego, iż mam fioła i przerażają mnie podróże, tudzież ogólnie mówiąc mnie nie stać, albo azaliż… no nie wiem, coś innego.

Ale tak serio? Na co mi coś innego? Plaże są. Pogoda jest. Znajome kąty, a jednocześnie możliwość wyłączenia netu – jest!!! Czyż nie jest to maksymalnie ekologiczne? No pomyślcie. He he he!!! Tylko ten gorąc!!!

IMG_9831

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Narodziny Bogów… została wyłączona

Pan Tealight i Te Światy…

„Ogólnie mówiąc, było ich wiele.

Mnogo…

Strasznie dużo!!!

A ona, z czystej, durnej ciekawości, sobie je macała. Bo wiecie, innych chętnych nie było, a światy niczym koty, lubiły być głaskane, drapane za uszkami, leciutko trącane i oczywiście lubiły mieć dostęp do nóg głaszczącego. Wiecie, by sie poocierać, by tak jakoś cię okłaczyć, a na koniec wbić pazury… byś cierpiał!!!

Wejście do światów mieściło się naprzemiennie, albo przy Lodowej Połaci Lilijek, albo wiecie, na Skałach Rozmyślań, tam w tym takim zagłębieniu, w którym też należało zostawić czekoladki dla trolli. Dla tych Kamiennych Trolli, oczywiście. A jednak ona zawsze wiedziała gdzie będą i kiedy się otworzą. I choć niektórym się wydawało, że dla niej one jakoś tak, no zawsze się uchylą. Zawsze jakoś tak przycupną, zwolnią, zwyczajnie ją wpuszczą, ale tylko ją… i to jej mamrotanie.

A ona?

Ona tak po prostu uwielbiała patrzeć, jak to one się ze sobą zazębiały, jak fastrygowały swoje granice, jak się wzajemnie łatały, jakby… nie było już możliwości, by powstały nowe. Jakby w świcie było tylko i wyłącznie to. One. Już, i niczego więcej. Już, i zwyczajnie wszystko się skończyło. Już… Jakby na tym świecie nie było nikogo, kto chciałby zaszaleć ze swoją wyobraźnią, a może tylko ona nie potrafiła się wyartykułować tak, by magia zaskoczyła? Może?

A ona? Tylko spoglądała… czasem dotykała. Muskała ich cząstki, całości, gładziła, pieściła, łaskotała. I łatała. Pomagała im utrzymać się w całości, chociaż, azaliż wszelako nogą była z haftowania i szyków modowych. Choć tylko podstaw liznęła w zasadach szydełkowania i innych tam drucianych tańców… nie była dobra. Była raczej, jedyną, która je czuła, widziała i nie uciekała w krainę naukowości, lub religijności. Nie chłostała apokalipsami, grzechami wszelakimi, po prostu… była ciekawa.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4355 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zbrojni” – … ludzie miasta. Strzeżący Ankh Morpork! Dzielni i… od dziś zróżnicowani. Wszelako niecodzienni.

I na dodatek Vimes się żeni!!!

A tak, jeżeli chodzi o straż tego polis, to ma ona coś w sobie. I nie chodzi tylko o stanięcie w obliczu takich zbrodni. Powoli, cios za ciosem umierają członkowie gildii. Ale dlaczego? I po co? Czy jest w tym jakiś system, a może potrzeba jednostki? A może jednak marzenie o przeszłości chmurnej i górnej, koronnej i prawodawczej? Ale przecież ma się odbyć ślub!!! W końcu to radosne wydarzenie, czyż nie?

Tylko… kto zostanie komendantem?

Cudowna opowieść o praworządności i rycerzach. Może nie mają już zbroi, ale przecież mają woje przysięgi i pałki! Historię i idee. Może i niegdyś byli dość nieokrzesani, ale od czasu przybycia kaprala Marchewy, coś się w nich zmieniło. Coś się wzmocniło. Może Nobby nie urósł, ale jednak, stał się kimś większym! Potężniejszym. A samo miasto, cóż, ono jak zwykle działa po swojemu.

Bo wiecie, może!!!

IMG_2644 (2)

No to wakacje!!!

Zdaję sobie sprawę z tego, że mieszkając tutaj, zawsze mogę sobie je zrobić. Wiecie, wyleźć w las, na plażę, czy skały… i po prostu poudawać. Jakoś tak, mieszkając na Wyspie, jest łatwiej się wakacjonować. Ale… to tylko ułuda. Kłamstwo straszliwe. Bo przecież wieczorem zawsze wracasz do pracy i jakoś tak, musisz wszystko nadgonić. Jak to jest, że ta współczesność, pełna maszyn, co to pomagają nam żyć… jakoś tak straszliwie zmusza nas do pracy w pracy, pracy przed pracą i pracy po pracy?

Ale jednak czuje się te wakacje. Coś w powietrzu się rozleniwia, więcej ludzi na ulicach, a co najważniejsze: auta na drogach!!! Ha ha ha!!! Podpatrując na tablice widzimy, że i północ i południe, a i wschód i zachód już na Wyspę zaglądają. Na plażach ci pojedynczy, ostrożni, dzielni… chociaż. Nawet przy takim nagrzaniu i lekko chłodnych nocach, woda jest ciepła. Gęsta od minerałów, solanek wszelakich i innych tam cudów. CUDOWNA! Wczoraj wskoczyłam. Z wyjściem z wody było gorzej. Nosz kurde, ale zimnisko!!! Ha ha ha! Ale cudnie i tak.

Chyba dziwnie pojmuję wakacje. Znaczy tak serio, w pełni to chyba byłam na wakacjach raz. Znaczy wiecie, za względnie człowieka dorosłego. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić tylko i wyłącznie odpoczynku. No cholery dostaję jak mam leżeć. A już opalanie, kompletnie nie dla mnie. Chodzenie, może być, uwielbiam, jak najbardziej, ale po pewnym czasie człowiek się męczy i powinien odpocząć, ale jak to zrobić, gdy mózgownica szaleje? Domaga się pisania i malowania? Nadmiernie myśli, tworzy historie, no pałęta się pod deklem, męczy i nerwuje!!!?

No to patrzę…

Wiecie, na tych, co potrafią się wakacjować. Leżących, siedzących i sączących wszelako różne napoje, podjadających to, czy tamto. Jak człek nie ma wakacji, to se chociaż popatrzy, co nie? Windowshopping działa podobno, więc może podglądający rowerującą i opalającą się Turyściznę, jakoś i ja… no odpocznę? Może to wiecie, przez osmozę podziała? No, warto spróbować!

Ale… gdzie Wyspa wybywa na wakacje?

IMG_1240 (2)

Sterowiec nad Nexø…

A tak, wczoraj można było się trochę steampunkować, czy zwyczajnie zachwycić, a może i przerazić, widząc takową maszynę nad miastem. Ale, nie ma boja. Wiecie, jakieś tam badania, cuda wianki. Nie, raczej nie planujemy uruchomienia nowej trasy przelotowej w kierunkach Polski!

Sorry!!!

Po sprężenie się z okazji Folkemodetu, sklepy odetchnęły. Wiecie, zwolniły trochę w okolicach Allinge, jakoś tak odpoczywają. Przecież nawet w pełnym sezonie nie ma tam takich tłoków, jak na folkowe spotkanie. Lekko się wszystko dookoła rozleniwia. Nawet kolesie remontujący dachy zaliczyli jakieś takie opóźnienie… co najmniej kilkumiesięczne!!! Może się opalają zamiast pracować? A może i oni czują to coś w powietrzu, może działa to na wszystkich… i jakoś tak fajniej zostać w łóżku, nie ruszać się w ogóle, nic nie robić?

Ech!

Może ktoś otulił Wyspę czarem Totalnego Lenistwa? Bo jakoś tak czuję, że nawet w mojej głowie zbyt wielu myślom się nie chce. A może to po prostu lato? I te bale stojące dookoła, znaczy sorry, no ogniska. Dobra, jeszcze nie ogniska, bo do ogniska potrzebna i wiedźma i ogień, ale wiecie, stosiki patyczków, drewniaków i wszelakich połamańców. Gotowe. Czekające… na Sct. Hansa oczywiście!!!

Ciekawe jakie będzie to lato? Gorące, czy łagodne? Wodniste, czy jednak znowu zakwitniemy? A może jednak będzie i takie i takie? Pozwoli się podpiec, ale i nocą nie ukropić? A może…

Lata nie będzie? No bo wiecie, ta Winter, co to coming, w końcu no… jakoś w końcu dojdzie!!!? LOL

IMG_4291

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Te Światy… została wyłączona