„A widzicie… podobno Kleopatra, ale nie tylko ona. Podobno kiedyś ludzie nie wrzeszczeli tak na mleko, ino czasem jedna z drugą wiedźmą zamówiła krowę i się owo mleko zsiadało, ale… Przez tak długi, niemiłosiernie długi czas uznawano mleko za genialne remedium, a dziś. Cóż, dziś są inne czasy…
Bardzo INNE.
Sklepik z Niepotrzebnymi był jednak miejscem, w którym właśnie owo pomijane i niepotrzebne, całkiem zlewane i omijane, miało swoje miejsce, więc i mleko. Niedawno zamieszkała tam, obok Glutenowej Siostry, Bogini Grubego Kożucha i Krowa Zawsze Dójka. Bogi niechciane, boginie nie do końca, siły na pewno, moce sprzymierzone i wiecie co… a odnalazły tutaj swoje powołanie. Obok Niechcianych Księżniczek, Królewien Pobestbifor i tych wszystkich, co jakoś nie wzdrygały się na widok mlecznej z ryżem, budyniu i zwyczajowej zalewajki, a wiecie, chciały wierzyć w wieczną młodość… A Pan Tealight to uwielbiał masło. No jak Chowaniec, z którym konkurował w lizaniu kostek, kochał masło!
Najnowszy produktem sił babskich wiekuiście niemogących usiedzieć w miejscu była „Maślanka z bąbelkami”. Butelkowana w ceramiczne, słodkie naczynka z różową wstążeczką i suszoną różyczką sprawiał, że skóra nie tylko bielała, ale i skrzyła się wampirycznie. Wiedźma Wrona Pożarta, która maślankę znosiła obok siebie, od zapachu mleka zwracała wszystko z miesięcznym cofnięciem, jakoś tak… nie była pewna tego interesu, ale przecież na Turyściźnie trzeba było zarobić, a opowieść o tym, jak to nocą bose dziewczęta latają po polach i doją motylki… sprawiała, że produkt naprawdę się sprzedawał!!! I to drogo!!!
A i wieczorami poruszenie dookoła Sklepiku było znaczne… od razu komary napojone, spokojne, więc wiecie, dwa w jednym!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Julia i Królewna Śnieżka” – … kochana. Naprawdę cudowna, niesamowita i taka prawdziwa.
Poznajcie Julię i jej pamiętnik. Właśnie w rodzinie pojawił się nowy członek – brat, no i mama źle się czuje, a tata, cóż, z nim też jest coś nie tak. A na dodatek Julia ma 12 lat, szkołę na karku i naprawdę nie wie, jak to wszystko ze sobą pogodzić, a bardzo by chciała. Bo… rodzina, to rodzina.
Piękna, niesamowita i prawdziwa, a jednak dopasowana do młodszego czytelnika. Tutaj padają słowa takie jak okres i depresja, a dziewczynki i chłopcy w szkole mają prawdziwe problemy. Z jednej strony zabawna, miejscami komiczna nawet, częściej jednak rozdzierająca, ujawniająca te prawdy dojrzewania i sprawy, o których nie mówi się dorosłym… a może tylko NIE WSZYSTKIM dorosłym?
Szczególnie polecam dziewczynkom między 9 a 12 rokiem życia. Naprawdę. Rodzicom też, w końcu może nie pamiętają…
Widzicie, istnieje pewna duńska strona, która bawi się w hotelowe duszenie. Znaczy no wiecie, nie to macane i ściskane, ale bardziej to buuuuu i whaaaaa!!! LOL Ostatnio zabrała się za duchy na Wyspie, a w szczególności o ducha pewnej damy Emmy Løfter… Ich zdaniem dana dama straszy w Svaneke. Gdy tylko Wyspa się dowiedziała, że tak o niej piszą, wzburzyła się, odmówiła deszczowania i… zmusiła naszą gazetkę do sprostowania. Otóż duch jest, ale po pierwsze była to Emma Augusta Løffler (1843-1929), a po drugie, mieszkała w całkiem innym hotelu! Ha ha ha, po całkiem na przeciwnej stronie Wyspy! W hotelu, który spłonął w 1980 roku, i którego nie dobudowano… w dziwnym i pełnym tajemnic wciąż szepczących w nadmorskich zagłębieniach – Hotelu Jons Kapel. Jeśli chcecie się zapoznać ze stroną zerknijcie na spøgelseshoteller.dk.
Co do duchów, to jak najbardziej są.
Dużo ich.
Wspomnianej wyżej malarki jednak nie widziałam, a może widziałam, tylko wiecie, jakoś tak uznałam ją za zwyczajnego… człowieka? Bo w dzisiejszych czasach coraz trudniej rozpoznać tych mniej żyjących. A raczej może tak zwanych martwych od tych, co to serio nie wiedzą z czym to życie jeść? No wiecie, jadących na rowerze i gapiących się w telefon, albo tych za kierownicą czworokołowca…
Duchy są.
Na każdym kopcu siedzi sobie jeden, a na niektórych nawet kilku. Piją herbatę, albo ciągną coś mocniejszego z flaszki ceramicznej i mają ubaw z życia innych. Bo widzicie, oni już to wszystko widzieli. Tak naprawdę nic się przecież nie zmieniło ino królowie, bogi i zabawki sa inne, a cała reszta: miłość, nienawiść, żądza, chciwość, zazdrość, nienasycenie, poukładanie, wszelka niespokojność… są takie same.
Siedzi sobie człowiek takim jasnym wieczorkiem na tarasie, zakutany w koc, bo choć dzień w słońcu dusił żarem, to jednak wieczór przyjemnie chłodny… i se morze wącha. Czasem, to sobie myślę, że ono morze może mieć mi za złe te wąchania, niczym wiecie, pies, czy inne zwierzę, co to liżąc cię pod ogonem mówi: dzień dobry, ale ja tam uwielbiam te wodorostowe aromaty.
Dziś morskość pachnie północą, mroźnością i śniegami. Jakąś taką lekko niedogrzaną jurtą i igloo, w którym ktoś chyba nie posprzątał po ostatniej imprezie. Fajnie pachnie, choć pewno nie każdy się ze mną zgodzi, co nie? Pachnie butwieniem, ale dopiero w tej pierwszej, wypływalnej z wilgoci fali i jeszcze solą oczywiście i może rozgrzanym piaskiem. I jeszcze ciastkiem z kremem, które ktoś zgubił… Fajnie pachnie!
Wakacyjnie.
Na czereśni już coś się czerwienie, durne solsorty wyżerają mi sadzonki choinek, a wronie odbija i zachowuje się jak kura. Nosz nie wie, ale to chyba jakaś młoda gościówka, bo taka wiecie nastroszona, jakby mokrą włoszkę na piórach miała, taka zelowana… włazi w trawę domagającą się skoszenia i się mości. Nic, ino jej dać troszkę czegoś na gniazdko i złoży jaja! Kurcze… a co jeśli będzie jak z na pół dzikim kotem, co to potem zostawia miłego człowieka ze stadkiem puchatych, głodnych, miauczących i srających wszędzie kulek? Nosz kurde no!!!
Ech… a może to tylko duch?




