Pan Tealight i Żerty Market…

„Znaczy… no dobra, weki wekami, ale żeby robić z tego Żerty Market? No serio!? Przecież nie wystarczy dla wszystkich. To co robimy na Wyspie, robimy ekologiczne na Wyspie, a nie na eksporty, importy, przewężenia definicyjne! Wot to tylko tak, no wiecie na Czarną Godzinę i jej wredną Siostrę Czarniejszą… I ich bliźniaczkę, no bliźniaczkę obydwu, ale nie że trojaczki, Sodomię Gomorię. Bo przecież trzeba być przygotowanym, świat ułudnie jest tylko pobłażliwy dla tych, co nie mają odpowiedniej spiżarni i wiecie, takich tam. Kilograma mąki i cukru i wiader z wodą…

Świat nie był jednak gotowy na weki z Wyspy. Oj nie. Gorzej, świat sprowadził sobie specjały z innych krain specyficznych i serio, Wyspa nie miała nic przeciwko! Zupełnie nic. Okazało się nagle, że smakują jej śmierdzące serki i te wielkie połcie szynki, które robiły za poduszki krasnalom. I jakoś tak fajnie podglądać ludzi, którzy nagle budzą się ze swoich swojskich upodobań i sięgają po wędzone w boczku migdały…

Ale tutaj jak zawsze coś musiało pójść nie tak. I poszło. Przecież nie mogło sobie darować takiej możliwości, czyż nie? Głupio by było nie skorzystać, potem pluć sobie w brodę i tak dalej… dlatego coś spryskało wyspowy wszechświat, poddusiło jego duszę, przemieszało moce wszelakie i…

Oto i Market…

… co zżerał ludziów.

Bo przecież i marketom wolno odczuwać głód!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0678

Z cyklu przeczytane: „Bogowie, honor, Ankh-Morpork” – … właśnie. Co zrobić, gdy nagle między krajami pojawia się wyspa? Kto będzie nią władał? Kto będzie panem i władcą? I dlaczego nie Ankh-Morpork?

Oto opowieść o polityce. O zawiści, ludzkich pamiętliwościach, opowieściach o wojnach i wszelakich mordobiciach. O inności sąsiadów… no wiecie, o współczesności. Oto jest ta książka, którą wszyscy powinniśmy przeczytać. Niekoniecznie przegryzając do tego kebaba, czy inną pitę…

Oto opowieść o życiu. Odmiennościach i o tym jak bardzo, przerażająco wszyscy, ale to wszyscy jesteśmy… tacy sami! Tak, dokładnie tacy sami. Może wierzymy w dziwnych bogów, może przerażamy sami siebie, mamy wady większe niż nasze ega, ale przede wszystkim… jesteśmy tacy sami. Czy warto się więc przez to naparzać po łbach? Zbroić i wszelako strzelać jedni w drugich?

Na co komu taka wyspa?

IMG_8369

Znacie tę dziwną pogodę, gdy okolica zdaje się nie być pełna tlenu, azotu i takich tam, a deszcz lekko kropi? Wiecie, to, gdy nawet nie wiecie w którym miejscu kończy się wasz pot, a w którym zaczyna deszcz?

No to taką mamy.

Człowiek nie wie, czy leżeć gołym na totalnej glebie, czy jednak przemyśleć sprawę ogolenia się, a potem zdjęcia skóry. No wiecie, takie tam letnie rozrywki, co nie? Pewno jak wszedzie, chociaż nie wiem. Sama zafundowałam sobie lekko leniwe dni. No wiecie, takie, które nie powinny pocić, a jednak i tak pocą…

Spacerując uliczkami człowiek powoli zapomina, że ta Wyspa potraf być pusta. No cóż, masa wydarzeń, ciągle jakieś biegi, jazdy, wyścigi i nie wiadomo co. Ci rzucają kółkiem do celu za cukierki, a tamci się ścigają za loda. No serio, za loda! No dobra, może i dwa, tego nie wiem, ale lody są… nagrodą. Ludzie ogólnie mówiąc szalenie są aktywni. Wiem, że świat jęczy o tym, iż większość spędza czas przyrośnięta do telefonów i tym tam podobnych, ale serio… jakoś tutaj nie bardzo. Może jakoś Wyspa wymusza na nas powrót do starożytności?

Może?

Może jednak świat nie jest taki… jak wszystkim się wydaje? Kurcze!? Może? Przecież te wszelkie media mogą kłamać. Chyba?

IMG_2979

Wyspa jest dla aktywnych.

Czy aktywujecie się poprzez medytacje i jogi, czy bieganie i rower, zawsze uważajcie na stare samochody z lekko leciwymi kierowcami w środku. A tak, z powodu wszelkich klubów i wyścigów owych niesamowitych maszyn, większość z nich jest w raczej ciągłym użyciu. Jedno, takie cudo jak ta czarnulka z bajki: „Auta” regularnie jeździ po zakupy do Netto. Gdy człowiek tak przemyśli jakie są różnice w cenach pomiędzy Netto, a resztą sieci, to wiecie… zdaje się to być lekko zabawne.

U nas auta wiekowe, szczerze są codzienne. Jakoś tak… wiecie, zwyczajnie jeżdżą i czasem człowiek nie wie, czy mówić: „Pan dzwonił, milordzie?”, czy jednak tylko i wyłącznie zajechać czymś z serii „AlloAllo!”? Dookoła brak szalonych dzieł współczesnych architektów, więc nie jest trudno. Może i zboże niższe niż niegdyś, może i na morzu mogą się pojawić dziwniejsze skrzydła i flagi, ale jednak… tak naprawdę wszystko wciąż jest, no wiecie, przynajmniej wierzchem, takie jak niegdyś.

Tak łatwo się na Wyspie zagubić… w czasie. Aż nazbytnio łatwo. Jakoś tak zapomnieć o tych wymyślnych technikach i wiecie, wszelakich apsach. Jakoś tak odpłynąć w normalność zastanawiania się czy to coś, to ono ziele, które mama kiedyś pokazywała i którego nie pozwalała jeśc, czy może jednak to drugie… wiecie, no owo, które mogliśmy przeżuwać idąc na spacer. Bez urazy, ale apki do tego nie zawsze działają. Nagle się okazuje, że ono zioło, to nie stąd i w ogóle powinno rosnąć gdzieś indziej.

Ale wciąż… łatwo się zagubić. I tylko migający kolesie na rowerach, ścigających się nie wiadomo po co, jakoś tak, zwyczajnie, w tych dziwnych ciuszkach, rozmywają moją ułudę. Ale się świecą… ech!

IMG_8161 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.