„No było…
Może pojawiło się nadto wcześnie, może i tak by marudziła, gdyby zaczęło się miesiąć później… może… Nie, no wcale przecież nie ganiła Pani Wyspy za to, wcale a wcale, ale jednak… może? No bo widzicie, nie mogła tego wytrzymać. Nie czuła się z tym dobrze, wszystko ją męczyło, mroczyło, marudziło i doprowadzało do skraplania. No i najgorsze było to, że nie mogła pić wrzącej zupy, a miała na nią taką straszną, ogromną, wielką ochotę!!! Świat serio jej nie rozumiał i guzik miała, znaczy duży guzik, znaczy… kurna, no pewno, że jest lato, ale przecież Wyspa leży na jakiejś tam północy, to do cholery różowatej z wstążeczkami: Gdzie jest jej śnieg?!!!
Gorąco było!!!
Wszystko ją oblepiało, lgnęło do niej, a na dodatek pojawiły się te wkurzające miniaturowe żmijki-robaczki. Wiecie, te czarne jak węgielek całkiem, lekko połyskujące, chitynowe… Zwinne i wkurzające. Najlepsze jednak, że nie gryzły tylko i wyłącznie jej, ale właziły tez pod monitor laptopa i tam sobie urządzały pijackie imprezy. Pewno, że przy takim rozmiarze, to jakoś tak niewiele im potrzeba było, kichnęła Wiedźma Wrona Pożarta na nie eukaliptusem i już były urąbane, ale… Widzicie, no kurnde po pijaku układały się w dziwne literki. A Wiedźma Wrona pisała często z zamkniętymi oczami. Wiecie, myślała o czym śinnym, a jej łapy se tak tam jakoś paluchami poruszały i grało… ale ponieważ na pamkę były wyuczone, więc jakoś no klikały i grało…
… a potem nagle wychodziło, że to dwuznacznie świntuszkowate słowa są.
A wszystko przez ono gorąco. Żar, parowanie, nawet jak czasem coś ostatnio kropiło, to w powietrzu robiło ino takie chmurki. Mało co docierało do ziemi, a nawet jak już, to po chwili było to ino wspomnienie…
Gorąco…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Alice” – … ten tom jest inny. Bardzo inny, bardzo specyficzny, bardziej mroczny, babski nawet… Taki magiczny, czarowniczy, wiedźmowy. Wiecie, pełen kobiet, do których lepiej się nie zbliiżać.
Oto jest jej opowieść. Nie Toma, ale jej, Alice. Dziewczyny w spiczastych butach, która staje między młotem i kowadłem, różdżką, a dołem, wiedzą a władzą. A przede wszystkim, pomiędzy miłością, a rodziną.
To chyba jedna z moich ulubionych części serii „Kroniki Wardstone”. Inna, nietypowa i wyjaśniająca tak wiele. Dorzucająca brakujące puzzle to owej układanki, która wciąż się… trochę powięsza.
Padało dziś.
Prawie bez przerwy, prawie cały dzień.
Znacie zapach kropel uderzających o rozgrzany chodnik? Albo szosę? A może w dzisiejszych czasach ludzie już nie wachają świata? Może wolą te swoije tam sztuczne aromaty? Może… to teraz zakazane nawet, bo ostatnio w tym świecie to, co uznawał człowiek za normalność od dzieciństwa, teraz jest złem wcielonym… więc może spotkało to i deszcz? Może…
Ja za to polazłam na spacer w deszczu… niestety parne powietrze mocno nadszarpnęło moje płucka. Podejście pod Gudhjemową górę omal mnie nie zabiło. I nagle już ten cudowny, oszałamiający zapach wszelkiej deszczowości, miałam za nic. No cóż, mamy lato, a to oznacza, że parność i deszczowość mogą występować razem. I występują. I strasznie mnie wykańczają. Myślał se człowiek, że kurna północ w równik się nie może zamienic, a tutaj… proszę bardzo!!!
Na ulicach oczywiście Turyścizna.
Polskoszczebioczący jej członkowie nie wiedzą jak się jeździ na rowerze, ale to pikuś. W rowie lezy samochód, bo przecież po kiego nam rozważna jazda, dostosowanie się do warunków pogodowych i takie sprawy? Nic to… sobota to u nas oczywiście czas zmiany turnusów. Wydaje się, że ludzina z ulic trochę znika, że jakoś tak puściej, ale to tylko ułuda. Oni tu są!!! Mewy też… i wrony.
Co zrobić z takim pięknym, deszczowym dniem? Może lody? Albo spacer? Albo i to i to, bo dlaczego nie? Wszystko dookoła łapczywie nasiąka. Naciąga wilgoci niczym ta torebka herbaty. Wiecie, taka zwyczajna, tania… zieleń nagle staje się być lekko ociężała, dziwnie nazieleniona i napuchnięta. Drzewa stają się większe, procesy gnilne na pewno mają się też dobrze…
Koldskål…
Znacie maślankę? No wiecie, to coś, co zostaje po wytrzęsieniu masła… Tutaj to przysmak. Ale nie taki zwyczajny. To coś w rodzaju sztuki. Coś niczym miks wszelakich przypraw, dobrych życzeń i dziwnej lekkości… Właściwie, po odmaśleniu płynu powinno zostać cudowne i specyficzne… NIC. A jednak W Danii tworzy się z tego magiczny koldskål. Płyn, z którego powstają genialne lody, czadowe „serki smakowe” oraz wszelkiego rodzaju słodkości. Dla mnie lody smakują jak… sernik. Ale no serio! Taki genialny, mocny sernik na kruchym cieście. Taki doprawiony, ale bez rodzynek. Grzeszę tym cudem, gdy tylko mam taką możliwość, ale dziś… dziś był koldskål z truskawkami i nie wiem co powiedzieć.
Bo to było serio cudowne!!!
Prawdę mówiąc, na Wyspie serio można nagrzeszyć. Można leżeć na piasku i nic nie robić, łazić cały dzień po skałach, śpiewać sobie pływając i nie dbać o modne ciuchy oraz makijaże. I można zjeść dużo lodów, napaść sie cukierkami i czekoladą… i na przykład odkryć nagle to, że w Gudhjem mamy teraz nie tylko Kalas-Kalas, ale i lody ze Snogebæku. Podliczając… cztery. A tak, mamy cztery lodziarnie w mojej maleńkiej mieścinie. Hmmm, nie za wiele? Ale co tam. Trzeba będzie się wybrać do obydwu, no i oczywiście spróbować nowego!!!
A… ważne! Podobno w przyszłym tygodniu ma mieć miejsce wypasiony market ze specjałami ze świata. Już się nie mogę doczekać. Czuję się jak jakiś dzikus, serio. Wielki, ogromny, gigantyczny dzikus, co to niedawno dopiero odkrył i koło i ogień, a teraz nagle rzuają w niego ajpadem i innymi ustrojstwami. Serio. Wychodzi na to, że życie w dziczy, w której łatwiej o robala, niż te tam, szpilki, jest uzależniające i sprawia, że mózgownica mocno się od znanego odcina.
Najważniejsze, że padało!!!




