Pan Tealight i Panowie Drakulowie…

„Nie pojawili się nagle.

Nie było wielkiej kuli ognia, czy latających dywanów ze słoniami, ni karocy czarnej, zaprzężonej w czarne smoki i takie tam… nie było żadnych romantyczności. Ni pierwszej kropli krwi, ni kolesia zmieniającego się w nietoperze, czy w wilka. Oooo taki byłby fajny, choć pewno zostawiałby masę sierści, ale…

… coś za coś!!! Co nie? Chcesz słodkiego wilczka, musisz mieć i dobry odkurzacz, tudzież nie wiem, jakieś takie wymyślne coś, co samo jeździ i zbiera kłaki? No wiecie, takie, co na nim kot siedzi, ale bez kota… I oczywiście jeszcze fajne szczotki do czesania. Wot i specyficzna romantyczność, co nie?

Nie było też pełni księżyca, znaczy wiecie, była kilka dni temu, choć nie pamiętam ile, więc ni nazbytnich gwiazd, ni nadmiaru świecenia nocnego, odbijającego się bekiem w wielu gardłach… Kompletnie nie było nic. Nic, co by usprawiedliwiło wylęgnięcie się Panów Drakulów z tego, co miało być wiedźmim, pachnącym groszkiem. Wiecie, owymi szalonymi, czepiąjącymi się pętami wszelakiego pachnięcia. Pastelowymi, białawymi, kremowymi i różowymi, lekko się czerwieniącymi i prawie niebieskawo niebiańskimi… no groszkami no!!! Pachnącymi. Pączki pojawiły się normalne. A najpierw oczywiście te dziwne pędy zielonkawo-szarawe, które niespodziankowo wynurzyły się z pomiędzy zdychających bratków…

Ale teraz, gdy tak pomyśleć, to kurcze, czemu Panowie Bratkowie już powyzdychali? Czy przyszedł ich czas, czy jednak to oni… no wiecie, jakoś tak ich podessali?

Jakoś tak?

No ale… przecież nie o to chodziło? Przecież miały być kwiatki. Nawet pączki zaczęły wypuszczać te chmurki płatkowe, owe falbaneczki, niczym materiał na kieckę dla Calineczek, ale… gdy tylko Wiedźma Wrona Pożarta wsadziła w nie nosa, zaciągnęła się i tak dalej, pierwszy z nich chwycił ją za nos! Kolejny kopnął w wargę, a ten trzeci, wiecie, ten z wysuniętymi zębami, capnął za ucho!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2994

Z cyklu przeczytane: „Łups” – … bam! Ciach i rach!!! No bo czemu nie? Można? Można… i dolina. Na dodatek chodzi o Tę Dolinę, na której wiele lat temu odbyła się bitwa, o której każdy wie coś innego… i obraz…

Czyli wiecie, polityka i gatunkiwizm w Świecie Dysku! A dokładniej oni… trolle. Wielkie, porośnięte mchem i ograffitowane i krasnoludy. Niesamowite i brodate w płciach obydwu. Czy wiedzą, co wydarzyło się w Dolinie Koom? Nie. Wiedzą tylko tyle, ile przekazały im pieśni i opowieści. Ani trolle ani krasnoludy nie wiedzą, a jednak… wystarczy powiedzieć słowo i zaczną się walki.

Vimes ponownie musi nie dopuścić do zła największego. Problem w tym, że jednak też co wieczór musi przeczytać bajkę swojemu synkowi. I uwierzcie mi, nie przepuści żadnego czytania znanej już na pamięć książeczki. Bo to przecież czas Samów. Małego i dużego Sama. Specjalna magia rodziny…

Poruszająca, porywająca i boleśnie prawdziwa szczególnie w dzisiejszych, niespokojnych czasach. Opowieść o głupocie i słowach, o obrazach, tajemnicach i tym, co najważniejsze: miłości i rodzinie, braterstwie, pokoju… Jedna z najważniejszych powieści Terry’ego Pratchetta… przynajmniej moim zdaniem.

IMG_8372

Bagna…

Tym razem Spelingemose. Tak wiem, pisane też jako Spellinge Mose i Spælinge mose i… pewno można znaleźć jeszcze inne formy… wiecie, tutaj ortografia to nader umowna sprawa. Ostatnio jeden z polityków udowodnił to ponad wszelką normę, ale nie o tym miało być…

Oto są bagna.

Tym razem postanowiliśmy zaatakować je z drugiej strony i zgubiliśmy się dwa razy. A tak, idąc od szosy przy polu golfowym łatwo się zgubić. Możecie jak my wleźć na pole i wdrapać się na jakąś górkę, potem stwierdzić, że się nie da, a z braku mostków i jeszcze opadów wspaniałych, oczywiście nie da się przejść głębokim rowem, więc… cóż, dookoła. Zacznijmy raz jeszcze… mijajmy pola, lekko zbyt mocno nasiąknięte niedróżki, które w końcu zmieniają się w coś lekko drogowego, ścieżkowego, jakby stadko bardzo chudych krasnoludków urządzało sobie tutaj coś na kształt joggingu…

Idę, nie tonę.

Na razie. Tak naprawdę cała ta droga, to wciąż jeszcze nie bagna, a jednak… skałki porośnięte lekko fluorescencyjnym mchem, cudownie pokręcone drzewa, też lekko omszone, kształtne liście, dziwne oczy zerkające na ciebie i z prawej i lewej i jeszcze te uderzenia… schylasz się mimowolnie, bo przecież to mogła być piłka! W końcu dookoła pola golfowe! Ale te drzewa, są takie mistyczne. Magiczne, baśniowe, jakby porozrzucali je tutaj wszelacy dziwnie scenografowie i teraz się dziwią, daczego miast pięknej dziewoi o smukłej, kolorowej postaci, drepcze nią, pocąc się, średniowiekowa wiedźma…

Sztuczne jeziorko po prawej, kilka drzewek na misternie wystrzyżonej powierzchni, a dookoła mojej ścieżki… te wymykające się wszelkim miarom i wagom, wyznacznikom i formom, niesamowite drzewka. Trawy, poszumy, szeptania…

IMG_0507 (2)

Tupta człowiek i się napatrzyć nie może. Tym skałom, płaszczyznom gołoborzowym, takim niesamowicie wymuskanym srebrzystościom, szarościom i mleczanom, które tylko gdzie niegdzie porastają karłowate brzózki i dęby. I te trawy… ułagodzone, ugłaskane i wszędzie mrówki, więc nie zatrzymasz się, by cyknąć przepiękny, brzozowy, żółty listek, bo jak nic cię zeżrą… Wielkie mrówki.

I w końcu jest…

… coś na kształt jeziora, z jednej strony mały, wytyczony pałkami akwen, w którym w krzakach zauważycie sporą łabędzice. Siedzi na gnieździe i spogląda na nas podejrzliwie. Oczywiście, nie jest sama. Może wydaje się, jakby czekała na kuriera, który przywiezie jej pizzę, a może ten jej mąż spoglądający na nią zza krzaków wysłany został po lody, rybę i słoik korniszonów, ale ponieważ wie, że serio do sklepu go nie wpuszczą, to… czeka. Aż się jej odechce.

Uciekam.

Jakoś łabędzie i ja, to niezbyt dobre połączenie. Wyczuwają i misia we mnie i wronę. I wcale nie chcą mnie tutaj, więc idę pomiędzy ważki. Niebieskawo-błękitne. Jedne się bzykają, kurcze, całkiem umiejętnie to robią, bo zaczęły na gałązce i tak jakoś, może i z pomocą wiatrów, a może dzięki, ekhm owemu połączeniu… bo w końcu odlatują, wciąż wiecie, w jedności. Wciąż się bzykając, a może jednak ważkując? Poza nimi oczywiście cudownie pachnący mjødurt… a raczej pachnąca wiązówka błotna. Dziwna nazwa dla takiego cudu aromatyzacji. Podobno dobra jest na wszelkie moczopędzenia, gorączki i grypy, napotny, ale i przeciwreumatyczny… a jednak najważniejsze, jak cudownie, niesamowicie pachnie… Te maleńkie, kremowe kwiatuszki chciałoby się zjeść. A może najpierw umoczyć w czekoladzie?

W końcu czemu nie?

Nad głowami lata nam cos niesamowicie drapieżnego, chłodny wiatr chłodzi i ziębi czasem, a słonko wypala ostatnie pomysł, ale pięknie jest… tyle łażenia, a tak pięknie jest. I tylko en powrót prze pole golfowe sprawia, że choć droga prosta, to idę się czołgając. No wiecie, wciąż mam w sobie wizję lecacej, morderczej piłeczki!!!

IMG_0660

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.