Pan Tealight i Folkemodet…

„Zjechali się ludzie na Wyspę w ilości nadmiernie przytłaczającej, więc Wiedźma Wrona Pożarta przeszła w stan permanentnego maskowania. Nie dość, że ubierała się na czarno, to akurat jak zwykle, to jeszcze maziała sie po ryju taką ciapają, która nie dość, że kolorowała, to na dodatek jeszcze woniała odpowiednio, więc nawet jak ktoś ją zauważył, to wiecie… wolał się nie zbliżać. I dobrze, o to w końcu jej chodziło!!! Odsunąć od siebie ludzi! W końcu Tubylcy wiedzieli, że lepiej się do niej nie zbliżać, bo jak nie rzuci jadem z oczu – łatwiejsze, to się rozryczy, a z rycząca babą, to kurna pierun i tak wie co robić, więc…

Do Pana Tealighta przybyli goście. Załapali się na kurs Kopciuszkiem Wikińskim, bo w końcu jak politycy mogą, to dlaczego nie Przedwieczni? Wiecie, za darmo się znaczy. No, może trochę pokombinowali magicznie, nastraszyli co po niektórych. Lekko zmusztrowali, coś tam powiedzieli, coś podźwięczeli, coś… nakłamali. Coś. No wiecie, tak jak tylko oni potrafią, z tym spojrzniem: my wiemy wszystko, kompletnie wszystko, co było, co jest, co będzie i gdzie schowałeś te zdjęcia z wakacyjnej bibki, no i ten tatuaż, który starasz się usunąć…

Wyspa była zatłoczona, na szczęście tylko w swojej północnej części, więc jakoś tak, zwyczajnie, Wiedźmie udawało się przemykać i przenikać te wszelkie welony równoległych światów. Na szczęście ten po prawej, wiecie, tu za tym domkiem białym, z ciemniejszym piętrem i suchą brzozą przed oknami, no tu zaraz za tym kawałkiem ziemi, co się jej widzi idealnym na sad jabłoniowo-czereśniowy… jest Świat Wszelkich Pustek i Zwyczajnej Ciszy. I na jej szczęście, udało się jej dostać w nim pełne obywatelstwo! Tak wiecie, jakby się tam urodziła. No uznali, że ponieważ ten świat w rzeczywistości jest Wyspą, choć nie do końca, ale nią jest, i wyłącznie stąd można się do niego dostać, a i, a może przede wszystkim Pani Wyspy uwielbia w nim suszyć swoje owoce, więc… znajdzie się i miejsce dla niej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8341

Z cyklu przeczytane: „Czarodzicielstwo” – … o chciwości. Opowieść o kompleksie boga i wszelakim innych „uszczęśliwianiu”. Wiecie, o tym, że sie niektórym w głowach rodzi, iz wiedzą lepiej, więc zmienią świat, zaprowadzą swój porządek…

… zabiją innych myślenia.

Oto opowieść o dziecku, które nie mogło nim być. O dorastaniu przepełnionym nadmierną rodzicielskością, nawet jeżeli mówimy o lasce, ale… tak to już jest z ósmymi synami ósmych synów, czyż nie? No mają trochę przerąbane. Wolna magia i te sprawy, wszelakie możliwości… i całkowite niezrozumienie.

Jak zwykle pasjonująca, tym razem w roli głównej występują magowie, więc i Rincewind! A co! Jest i Bibliotekarz, stały element wystroju Niewidzialnego Uniwersytetu, magia, wszelaka rozpusta mocy i wstydliwe pragnienia.

A Wy co byście zrobili, gdybyście mogli wszystko? Nie chcielibyście zmienić życia i innym, aczkolwiek bez pytania? Czy zapomnielibyście, że ludzie często lubią to, co mają, choć Wam zdaje się to ino śmieciem?

IMG_2795

I połowa czerwca!!!

Jak to się stało? A pierun wie, ostatnio godziny mijają jak sekundy, a sekundy… przestały istnieć. Czas zapierdziela i mimo tych jasnych nocy, jakoś tak człowiek nagle się orientuje, że połowa roku za nim, a on wciąż w papciach w Mikołaje. Ale z drugiej strony, no czemu nie? co złego w całorocznym świętowaniu… Świąt? LOL

Czerwiec jak czerwiec, jedno wiadomo… gorąco. Serio. Ciepło bardzo, słonecznie, wietrznie trochę. Opalić się można w kilka chwil i zakończyć dzień w maślance. Chociaż jeśli chodzi o maślankę – koldskål, to polecam lody. Nie wiem jak oni to robią, a raczej postanowiłam uznać to za magię, ale smakuje jak sernik!!! Serio, jak sernik. Ale taki z kruchym spodem, pełen przypraw, drobiny czegoś cytrusowego, jakichś ziołowych machnięć, jak słoneczny wieczór, który jednak nie rosi czoła potem, a pozwala na zakutanie się w kocyk i przycięcie komara. W tych lodach jest coś tak dziwnie mlecznego, a jednocześnie lekkiego. Bo wiecie, to już nie tłustości, ale wciąż jeszcze ten dziwny, bezpieczny, atawistycznie znajomy odcień śmietany. Takiej milusiej, żółtawej, mocnej i mało płynnej. Gęstej, zapowiadającej nie tylko pieczenie, ale i smażenie…

Czterolatek potrącił sarnę?

A tak, oto wieści z pierwszych stron gazet! ŁAŁ!!! Oto i niesamowite doniesienie z duńskich dróg. No dobra, dokładnie wiejskiej ścieżki, którą podążał czteroletni kierowca, pod wpływem cukrów i przetworów mlecznych… ale bez przesady, nie fermentowany, podążał w swoim elektrycznym autku z prędkością zawrotną, jak dla niego… i wpadł na świeżutką, dopiero co narodzoną sarenkę. Policja nie ma pojęcia w jaki sposób ukarać go za mało ostrożną jazdę. No i wiecie, bez prawka! Niby byli rodzice, niby mama sarna do dziecięcia wróciła, ale…

… jak karać?

Bo wiecie, w lesie też trzeba zachować ostrożność. A w kraju, w którym sorry, ale większość pije i jedzie, no te kary winny być raczej widoczne!!!

IMG_2779

Folkemodet się zakończył.

Poza wszelakimi dziwnościami, należy zauważyć, iż Wyspa się wyludniła. Znaczy, nie że oni wszyscy wyjechali, no wyjechali, ale nie o to chodzi… w ten pokręcony sposób z okazji zjadu folków, wszyscy jakoś przenieśli się na północ Wyspy, więc cała reszta była dziwnie spokojna i pusta. No serio! Wczoraj w Gudhjem były wolne miejsca parkingowe!!! Aż dziwne, niespotykane, pokręcone to wszystko…

Oczywiście jak to na Wyspie, i tutaj mieliście wybór. Ekkodalen reklamowało się właśnie w taki sposób: wszyscy na północy, więc jeśli nie chcecie tłoków, chodźcie do nas. Do Doliny Echa, gdzie cisza, spokój, krowy jedzą trawkę, skały się zielenią, lesistości powalają malowniczością. Wdrapujecie się na ścianę doliny i nagle świat się zmienia. Prastarość zderza się z nowoczesnością, coś w zakątkach Gamleborga szepcze. Nie do końca namoknięta ściółka łka wąskim strumyczkiem. A Kamienne Trolle śpią i śnią. Może właśnie nas…

Drzewa, odziane w owe fosforyzujące mchy, wyglądają jak łapy smoków. Aż się człowiek boi spojrzeć do góry, bo może… może jeden z nich właśnie wylądował, a my to ino mrówki, na które całkiem nie zwracają uwagi. Chociaż, jeśli mówimy o mrówkach, to kurna, ale my mamy mrowiska! No jak kupa takiego smoka, powiem Wam, że tak w rozmiarze porażają. Wysokie, kopułowate, lekko spiczasto czasem sklepione. Wielkie! Niczym mały samochód, ruchliwe o tej porze bardzo. Lepiej nie stać zbyt długo i zbyt blisko, ale jeśli macie jakieś kości do oczyszczenia, to proszę bardzo, spokojnie się nie krępujcie!!! Mróweczki pracują tak na prawdę 24 na dobę!

A może Teneryfa?

Uruchomiono przelot bezpośredni, ale dla mnie to serio zdrada! Na jakiego Wam jakieś inne wyspy?!!! To po prostu jak bzykanie innej, gdy pod bokiem ma się rajcowną, inteligentną, zieloniutką i spokojną, czystą i piękną… żonę!!!

IMG_8153

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Folkemodet… została wyłączona

Pan Tealight i Parada Wielu Słów…

„Czasem, chociaż pewno częściej, niż się Wam wydaje, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki przeczesywała swoje półki, wietrzyła je, odkurzała, czyściła i polerowała. Może i były obwiśnięte i miały zakwasy, może mimo białości miały też widoczne rozstępy… ale były jej. Może nie ulubione, wolałaby więcej drewna, mniej sklejki i drewniane podłogi do tego i fotel, ale gdy się nie ma co się lubi, to wiecie, lubi się…

Gładziła, szeptała do nich i zapominała o tym, co zawierały. A dzięki temu zawsze mogła coś przeczytać od nowa. Bo to, że ją pożarły, to jakoś tak było jedno, a to, że ona czytała, wiecie… inne, nie tylko drugie. Z jednej strony one ją zżarły, z drugiej, ona wciąż je, więc brzmiało to ze wszech miar obrzydliwie, ale… takie życie. Taka budowa osobniczki, to co się będzie ograniczać?

Wszystko zwykło zaczynało się od tego, że uświadamiała sobie, iż ZNOWU brakuje jej miejsca. Bardzo, mocno i boleśnie. A raczej nie tyle brakowało miejsca na półkach, co raczej na podłodze, powierzchniach wyraziście płaskich, a i nagle Chochel przesadzał z architektonicznymi wynaturzeniami, tworząc dość wulgarne w wyrazie zameczki. Trzeba było więc coś zrobić. No trzeba… przekładać je, macać, przypominać sobie zapomniane. Znowu ich kosztować, zeżreć stronę, dwie, trzy… nie baczyć na to, że tak wielu gromadzi się dookoła niej, by zwyczajnie popatrzeć. I to całkowicie bez wyrzutów sumienia, jakbyście spoglądali na motylka, bzykającego motyliczkę. No przecież w ogóle byście nie uznali tego za TAKIE podglądanie, czyż nie?

Ale przecież każdy ma jakieś dziwactwa!!!

Każdy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1317 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kolor magii” – … bo ona ma kolory. Co nie? No ma!!! Zresztą, oto jest początek. Zaraz, powinnam napisać Początek, bo przecież to wszystko właśnie się zaczyna. Od Rincewinda i Dwukwiata, Pierwszego Turysty Świata Dysku!!! Bo wiecie, tak fajnie…

Poznajcie Świat Dysku. Taka tam płaska ziemia, wiecie. Żółw, słonie i kawałek czegoś, na czym mamy i kontynenty i państwa, niby odbicie owej bluźnierczej, okrągłej, ale z drugiej strony, hmmm… Poznajcie magów. Bo wiecie, magów, to zawsze warto znać. I oczywiście dziwne krainy i w ogóle wybierzcie się z nami na wielką wycieczkę, ogromną, pasjonująca podróż… która, co całkiem prawdopodobne, zakończy się mocną, niesamowitą, całkiem abstrakcyjną Apokalipsą!!!

Nietuzinkowe postacie, bohaterowie, co serio nie chcą nimi być i człowiek zdesperowany, by zrobić wszystkiemu obrazek. Do tego pewne przypadki wynikające z odmienności kulturowych, oraz lenistwa… pragnienia po prostu przeżycia, bez medali i tak dalej… smoki, magia, wątpliwości i częste wizyty Śmierci. Czyli wiecie, Pratchett. Jedyny człowiek, który pokazując na płaskie wytyka pękatym ich wady! Ale spoko, tak jak on wytyka, to nikt tak wytykać nie umie!!!

POLECAM!!!

Zawsze!!! A może szczególnie wtedy, gdy pękate życie Wam dopiecze i przestaniecie rozumieć dlaczego to wszystko tak nie działa!!!

IMG_2796

No to pada…

Może nie ulewnie, może i tak wciąż za mało, ale najważniejsze, że w ogóle pada! W innych zakątkach świata jakieś powodzie, wichury i inne dopusty boskości, a tutaj, no cóż… trochę pada. Fajnie, co nie? Znaczy fajnie, że pada, bez urazy, nikomu nie mówię, że ma mu padać, że jakoś tak ino padanie jest właściwe…

A tak, na Wyspie też istnieje poprawność polityczna. Ale prawda jest taka, że nawet jeśli cię głaszczą, to tylko wtedy, gdy im to pasuje, bo jak nie pasuje i są po godzinach pracy, to lepiej w drogę niektórym nie wchodzić. Szczególnie na Folkemodet. Ech… tak dziwnie się zrobiło. Jakoś tak przyciężko na Wyspie. Jedni nie zarabiają, inni zarabiają na tych, co zrobili coś za „dziękuję” i teraz mają wonty. No wiecie, serio jak wszędzie. Taka jest prawda, że ludzie to raczej wszędzie są sobą. Nawet jak kłamią, to po swojemu, nawet jak oszukują, wciąż są sobą… wszędzie.

Deszcz uderza o taras i przepędza nisseny, które właśnie zabrały się za polowania na mrówki. Wiecie, one w końcu też muszą jeść, a kurde ile można te zieleniny wpierniczać?! No ile?!!! Dlatego polują na mrówki. Ale dziś chyba nic nie będzie z tego polowania, więc ściągną swoje mikre, ale skrzydlate i bardzo kolorowe, pokrętności miniaturyzacji: smoczki pod siodło i wrócą w krzaki. Tam, gdzie mają hodowlę wróbli bojowych. No tam po prawej, w żywopłocie, między krzakim bzu, forsycją, a tym dziwnym dąbkiem, który rozkrzaczył się na trzy…

Bo deszcz na Wyspie szaleje… wszyscy się o niego modlili, między płotami krzakami widać było gołe tyłki tańcujące w błagalnych skrętach się płożące… proszące. O wodę, o krople, o owo niemyślenie o podlewaniu, no i w końcu jest, ale czy deszcz po prawie dwóch miesiącach posuchy, jeden deszcz, nieulewny, wystarczy?

Chyba nie…

Niestety nie.

IMG_1258

Gdy tak pada, strasznie fajnie się siedzi w drzwiach tarasu. Pewno, że jeszcze fajniejsze byłoby spore okno z takim siedziskiem, takie mi się marzy, że można z niego wyglądać, patrzeć na świat, nawet dotknąć go, ale wciąż być w domu… gdy jednak brak i okna i domu, to człowiek cieszy się tym, co ma. Tymi drzwiami, które częściowo siedzą pod okapem i rynną, ale jak wyciągniesz rękę, to już moczysz się w późnowiosennym deszczu. A może już letnim?

Siedzę i słucham deszczu… takie to oklepane, co nie? A jednak kurcze, takie wciągające. Muzyka i wykonawca: najlepsze na świecie i wiecie… nigdy nie jest to mokrzenie takie samo. Brzmi inaczej gdy się wyjdzie, inaczej, gdy dochodzą brzmienia ościenne, oszybowe i odachowe!!! Inaczej, gdy serio od dawna czekaliście na deszcz, inaczej, gdy macie go dość. I ptaki ucichły… jakby nie tylko nie chciały moknąć, ale przede wszystkim, zwyczajnie nie miały sił i śmiałości, by deszczowości przeszkadzać.

Czy wspominałam, że pada?

Mocniej i słabiej, zwalnia i sie potęguje… Aż kurcze słychać, jak ziemniaczki na polu piją. Serio słychać! Takie były mikre, a teraz, jak się opiją, no dopiero będzie!!! A pijcie maluchy, na zdrowie. W końcu ekologiczne macie być!!! Pijcie marchewki, pijcie buraczki… kapustek nie widziałam, ale też pijcie i kukurydzki, no i wszelakie zbożowe pędy! Pijcie drzewa, krzaki i rzeki!

Pijcie!!!

Sama też się napiję. W końcu ile można tańczyć w tej całej deszczowości bez picia? No ile?! no nie da się długo. Wszystko nagle w człowieku też pije. I skóra i włosy i oczy. Palce piją i nogi, ręce i dłonie, uszy i wszelakie korpusikowości. Może tylko mój laptop nie pije. Jak stary się napił przez przypadek, to kurcze całkiem oszalał. Więcej już chyba nie będę nikogo na wilgotność nawracać… LOL

IMG_6173

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Parada Wielu Słów… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Definicyjna…

„Tak było i już.

Ona była wiedźmą, zwyczajność w zwyczajnościach, całkiem stary przepis i serio bez nowoczesnych domieszek, no nigdy się na nie nie zdecydowała, i nie zamierzała tego zmieniać. Jakoś tak… nie podchodziły jej!!! No i wiecie, nie było jej stać! To powinno zostać głośno wspomniane. Czy gdyby mogła, gdyby ją było stać, może byłaby jak wszyscy inni? Bo… kto ją tam wie? Kiedyś serio eksperymentowała, jak onego czasu, gdy postanowiła zostać duszą towarzystwa.

Rany! Ale to był ubaw!!!

… wiedźmą.

Tu definicja jest jedna, ale długa, bogata w przypisy i dywersacje, dygresje i dziwne odcienie, ale jedna. Można się było zgubić, zawieruszyć w niej, mapy nie dodawali, ale była definicja. I chyba z tego powodu Wiedźma Wrona Pożarta miała na punkcie definicji pewnego specyficznego fioła. Lubiła, jak żona była żoną, matka matką, a kurna dziwaczka sobą samą! Bo wtedy jakoś wszystko było prostsze. Wiadomo było do kogo mówić: psze pani, a kogo unikać, bo na pewno wali kurami. Za zaciemnionymi oknami rosły pieczarki i wiecie… nikogo nie łapano za marychę.

Świat ogólnie dla niej… domagała się ram, ustaleń i porządków. Definicji, w których można się schować… i przeciwko którym można protestować. Oj tak, wkurzała ją ta współczesność właśnie przez brak owego protestowania!

Za cholerę nie mogła się w tym wszystkim odnaleźć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3000

Z cyklu przeczytane: „Carpe jugulum” – … za gardło! No bo widzicie, wampiry też się zmieniają. Ciężka praca popłaca, niektórym się wydaje, że może zmienić krwiopijcę w sałatkożercę.

Czy warto wierzyć w to, że niektórzy mogą się zmienić?

Król Verence właśnie ma ochrzcić swa pierworodną, o intrygującym imieniu, gdy wiedźmy przybywają. No dobra… powinny przybyć, a jednak coś/kogoś brakuje. Tylko dlaczego, przecież zaproszenia rozesłano, wszystkim, a jednak kogoś brakuje!!! Tylko… może tak ma być? Przecież one zawsze są trzy: Dziewica, Matka i ta no, której nazwy wymieniać nie można. Ale wampiry? Wampiry?!!! Oszalałeś Verence?!!! Kompletnie cię chłopie porąbało, nic dziwnego, że małe, niebieskie demony muszą zadziałać…

… nieprzemyślanie!!!

Jak zwykle dowcipna, jak zwykle przemądra i cudownie niepokorna politycznie. Inteligentna i z jajem, znaczy z jajnikiem bardziej, ale nie oceniam. Genialna. Wiążąca to co wiemy z tym, czym jesteśmy i to co opowiadają legendy z tym, co zdaje się być stałą w życiu tej planety. Wciągające i do końca niepewne, a jednak…

… poruszające. Bo pisanie Pratchetta to nigdy nie jest tylko jedna strona medalu. To zawsze są one dwie, równiutko przycięty brzeżek, zawieszka i oczywiście kilka słów od haftowanej we wzroki wstążki!!!

IMG_2794

Pochmurność i deszcz. Deszcz i pochmurność. Zwały kłębiących się niebios, mokrość, szarość, lekka spokojność i tak dalej…

A dupa, nic z tego!!!

Dobra, gwoli ścisłości i oddając sprawiedliwość niebiosom – kichnęły były one! Raz, dobra może dwa, ale z tego drugiego kichnięcia, to smarki w kułak już poszły, bo nam sie nic nie dostało. Oto i szumnie oraz dumnie zapowiadane deszcze. Sucho jest nadal, a może i bardziej? Bo widzicie, zdaje się, że roślinki też naprawdę czekały, wychlały co tam miały i teraz im wszystko smętnie powiewa i pochyla się ku ziemi… suchej ziemi. Jebana pustynia!!! I wrzątek…

Podobno znowu ma padać, ale wiecie co? Nosz kurde im już nie wierzę tym przepowiadaczom pogody i wszelakim, dziwnym wróżom. Po prostu, zwyczajnie im już nie wierzę!!! Dawno nie widziałam żeby wszystko tak marniało, nie tyle schło, co najpierw sie gotowało w sobie, a potem jakoś tak ginęło… ale najpierw nie osiąga swojej właściwej wzrostowości… jak w przypadku lubczyku zwykle bujnego, sięgającego na ponad 2 metry… a teraz mikrej krzewinki pustej w środku…

Susza strasznie wszystko niszczy i nie mówię wyłącznie o roślinach, dziwnie mikrych zbożach, problemach z ziemniakami i innych takich tam. Mówię o ludziach, którzy nagle kąpią sie we własnym zmęczeniu. Dziwnie są oklapnięci i sflaczali. Niczym te lekko nakłute baloniki, z których uchodzi powietrze, ale nikt nie wie którędy dokładnie, ani czym to załatać, bo przecież poślinić sie nie da, a tylko śliniąc, czy polewając wodą mmożna odnależć punkt skaleczenia…

Brak deszczu oznacza też nadmierną wrogość ptaszencjów, porąbane śpiewy i trele, oraz… co zaskakujace, wciąż zeszłoroczną ściółkę w lesie!!! A tak. Liście nie zbutwiały. Nie pojawiła się stała, tymczasowa warstwa dość wysokich, zielonkawych traw i krzewinek miękkich. Jakoś tak, nie ma dla nich miejsca, nie ma też i wody. A bez… bez próbuje zakwitnąć i straszliwie śmierdzi, niczym mieszanka moczu i bardzo wykorzystanych skarpet… ale to bardzo!!! Stojących, skruszałych, namoczonych, potem podgrzanych, skoncentrowanych. Bez urazy bezik, smaczności z ciebie lody, ale w tej suszy bardzo woniejesz. Aż rzekłabym, za nadto!!!

IMG_7217

Folkemodet…

Gliniarzy dostarczyła Cinderella!!! A tak, na takim wypasionym cudzie będą sobie bezpiecznie politycy i inne takie odpoczywać. I oczywiście… no sorry, ale w większości przecież gadać będą o… biedzie, wydając jednocześnie tyle kasy na to? Tosz pod namiotem spać kurna nie łaska!!! Albo chociażby w hotelu, czy domku? Nie, nosz przecież trza nam skajskrapera na wodach… pewno, że rozumiem iż ochrona kacyków zgromadzonych w jednym miejscu może być prostsza, ale idąc tym tropem, sorry jednak wysadzenie wszystkich w powietrze też, więc…

… dlaczego?

Czy się boję? Oj pewno, co roku! Folkemodet nie tylko oznacza nalot dziwnych ludzi na Wyspę, ścisk i hałas, ale przede wszystkim nadmiar policji i dziwnych służb szepczących sobie do ucha, a co najwazniejsze i najtrudniejsze… zerowy dostęp do lodów w Kalas-Kalas!!! No sorry, ale dotrzeć na północ raczej trudno. Polecam helikoptery i łódki, choć te drugie bardziej, bo już słychać, że przestrzeń niebiańska jest mocno obciążona lataczami szpiegującymi.

… więc trzeba wrócić na południe. Do Svaneke, gdzie łubiny na znajomym polu znowu przesycają powietrze tak niesamowitym aromatem, że aż człowiekowi świeczki stają z wrażenia w oczach, ryczeć się chce, znowu czuje zapach ciasta Babci i w ogóle… na ramionach lekki czas dni, gdy pole oznaczało zboże, na łące były krowy i wszystko było ekologiczne. Proste. Była ziemia, był dom, było bezpiecznie. Tak na mnie działa ten łubin, że z chęcią bym z niego nie wyłaziła. I z tej koniczyny, która dołem go oplata. Wiecie, tej zwyczajniej, o okrągłych brązowawo-kremowych główka i sporych liściach trójlistnych. Ona też pachnie… jak to, czego już nie da się odzyskać. Jak wspomnienia, te sny, co wciąż mnie kręcą, zapominanie złego…

Ogólnie mówiąc, nawet z ta susza, Wyspa wciąż rusza w człowieku oznaki wszelkiego uduszenia. Znaczy duszenia, no wiecie, że dusze mamy!!!

IMG_4815

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Definicyjna… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma tańcząca…

„Chyba tak to należało nazwać, naprawdę…

Chyba?

Bo widzicie, może nie była goła, jak tradycja chyba nakazuje, ale kamień był. Hmm, aczkolwiek kamień był jeden ino, choć sporawy, i miał koliste wgłębienia, ale nie był kręgiem z ostrymi szpicami wbijającymi się w niebo, który oddzielał wszystko od wszystkich innych i nie prowadził do zarażenia profanum baj sacrum, ale jednak… Było miejsce. Odpowiednie, choć z kamieniami deficyt, ale było, chyba… i była ona. Błagalnica. Prosinnica. Owa, wiecie osoba zdecydowana, by zrobić z siebie pośmiewisko i cyrk wielki, ogólnie zabawę dla innych, nie bojących się podglądać, a i nadmiernie wierząca, bo przecież bez wiary by się nic nie dało zrobić, kompletnie… Osoba i miejsce i oczywiście byt jakiś, który nie poczułby się tym wszystkim obrażony. Tak, to jest bardzo ważne. Bo widzicie, zdawałoby się, że owe bóstwa wszelakie i inne tam duchowości, sprawcze i tak dalej, to jednak no jakoś tak mają nie po kolei pod kopułą. Sami pomyślcie te ofiary, co nie? Tosz przecież rozumiem, że nie chcą tulipanów i stokrotek, a i serce bijące może jakoś inaczej się do tego składać, ale jednak… Serio? Truposze i to cięte odpowiednio? Albo te tam wyrocznie z flaczków! Podobno potem to ktoś zjadał, ale i są przypadki takich się marnujących! A jednak… wciąż to robili. A owe duchowości wciąż to przyjmowały? A może nie?

… ona tańczyła.

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta w imieniu spadającego deszczu tańczyła. Prosiła, błagała i takie tam…

Albo miała atak jakiś.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6466

Z cyklu przeczytane: „Ciekawe czasy” – … są ciekawe!!! No wiecie, wszyscy znamy to powiedzenie: obyś w ciekawych czasach żył… Znamy, czy nie? Ale czy poprawnie ono powiedzenie interpretujemy? A kto tam wie. Jedni uważają, że ciekawe czasy sa dobre, większość ino puka się w czółko.

Ja się pukam. Jam jest większość!!!

Jeśli czytaliści dwa pierwsze tomy serii, to znacie i Rincewinda i Dwukwiata. Tak, w tym tomie ponownie się spotkają. Tak, znowu jest dziwnie. Tak… jak najbardziej coś jest nie tak, ale jednak starsi panowie znowu gryzą i są WIELCY! Bo wiecie, jeśli kraj z innej strony Dysku błagam Patrycjusza o pomoc, to on owej pomocy udziela, nawet jeżeli pomoc ona domaga się sprowadzenia Maggusa! Wielkiego Maggusa, który ma zmienić pewne, wielce waleczne sprawy…

Czy Rincewind jest waleczny? No wiecie, Bagaż jest!

Jak zwykle Pratchett idealnie przypominam nam mity i sprawy wstydliwe z wstydliwej historii człowieczeństwa. Czepia się wojen, dziwacznego pragnienia gromadzenia złota i innych tam kosztowności, walk wszelakich, przemocy i dziwnego niezrozumienia dotyczącego religii. Ale tym razem dostaje się też tym, którzy uważają, że zawsze mają rację, tym, co to natrętnie pokazują swoje albumy z wakacji i… no wiecie, gdy też w tym udział biorą magowie, to wiadomo, będzie wybuchowo!

IMG_2797

Trochę nowości! Wiadomo, praca to praca, co nie? LOL Mamy i to i tamto, a to się już kończy, a to dopiero zaczyna!!!

IMG_5546

A jak się nie było na Targach Warszawskich, to się można pocieszyć LOL

IMG_5506

… torbami!!! Wiecie, tak serio, to nie lubię zgromadzeń ludzkich, ale lubię, kocham materiałowe torby, bo plastiki mnie wkurzają i robią mi pryszcze!!!

IMG_5594

Port w Nexø…

Byliście? Tak, to owo miejsce, do którego zawija Rzygolot z Kołobrzegu!!! Owo mityczne stworzenie, dziwnie nie do końca działające na burzliwych wodach Morskości Dookoławyspowej. Mieszanka smoka, krakena i całkiem niewinnego płazińca, serio!!! Szczególnie jak te rowery spuszczają, takie to wszystko malutkie. Takie nieprzystające do ogromu promów. Dziwnie zagubione…

Tak, oto jest port.

Spory bardzo. Port z miejscem na łódki, ze sporym basenem remontowym, suchym dokiem, w którym niegdyś była ta drewniana łajba, co się w końcu twórcom znudziła i tymi ogromnymi, srebrnymi silosami, czy co to tam jest. Z ową żółtą ścianą muzeum, z działkiem poczernionym, bombką, co już nie buchnie, jakimś śmigiełkiem, tudzież tym czymś co kiedyś napędzało łódki… z dziwnym parkiem po prawej, który widać jak się wpływa, bo przeciez tutaj wszystko jest takie… płaskie. Serio, to własnie wyróżnia to miejsce – płaskatość. Maleńkie domeczki, śliczne niesamowicie, ale i te mnogości wszelkich baraków. No wiecie, tych co przechowują łódki, czy inne rzeczy, towary, czy co tam jeszcze. Nie zaglądałam…

Po lewej płaszczyzna wielce tam plażowa. Ale jeszcze wcześniej Smrodliwy Rezerwat. Serio warto nie oddychać zbyt głęboko w tamtych rejonach, serio!!! Ale jeżeli lubicie takie klimaty i wszelkie podglądactwo, to polecam niewielką, ale wystarczającą, dość nieźle zbudowaną widokową wieżę. Bo wiecie, chyba ptakom nie przeszkadza to, że się na nie gapicie, gdy one brodzą, a nawet chodzą po wodzie… składają jajka, tylko latają, nie przebierają we wrzaskach i całkiem nie dbają o smrodek rozkładających się wszelako dumnie, morskości.

Ptaki…

… ciekawe co one myślą, gdy słyszą, jak wiatr w/na masztach gra. Bo tutaj, w Nexø słychać je najbardziej, najmocniej. Może i przez ową płaskość, może i przez ciszę, szczególnie niedzielną, może i jest w tym coś więcej?

IMG_2020

Muszę przyznać, że słuchanie owej muzyki, szczególnie w bardziej wietrzy, sztormowy dzień, szczególnie, gdy niebo się zbuntuje i wiecie, wciąż będzie dość niebieskie i słoneczne… osz kurde jak połączenie Halloween i Jula! No serio. Z jednej strony temperatura i wianie, z drugiej te potępieńcze dźwięki, a jednak niebo błękitne, jakby snieżne, jakby… W tym porcie jakoś wszystko się ze sobą splata, niczym wiecie, te tam warkocze cebulowe. I czasem zapachnie odpowiednio też.

Z portu oczywiście od razu trafiacie na rynek miasta i w inne intrygujące miejsca, ale o tym kiedy indziej. Na razie po prostu popatrzcie na te wszelkie łódeczki małe stateczki. Nie znam się na nich kompletnie, są dla mnie wciąż magicznymi ptakami, którym serio dziś akurat latać się nie chce. Bo przecież i kto je zmusi? No kto? W tym porcie zderza się ta mechaniczna konsumpcyjność, tymczasowość wycieczek i to dziwne parkowanie… wiecie, na dłużej. Z suszącymi się ręcznikami, z oczekiwaniem…

I strach o to, jakie będą fale. Bo przecież tutaj tak płasko, a mewy tak często kłamią, gdy się je zapytać o prognozę pogody na tym tam dalekomorzu.

Pączusia? Bo od niedawna w porcie stoi różowiutkie autko, w którym za 10 koron możecie nabyć donuta, ale nie tylko. Uważajcie jednak, bo chociaż godziny otwarcia są przedstawione, to gdy tam dotarliśmy interes się właśnie zwijał i… że tak powiem tyle z pączusia. Ech!!! A już myślałam, że zadam kulinarnego szału na Facebooku! No wiecie, te smaczne foty i tak dalej… ale nic z tego. Człek się musiał obyć smakiem. Ech, serio czuję się zamieciona pod klientowy dywan, a z drugiej strony, może zwyczajnie dziewczynie nie chce się tam siedzieć w niedzielę, jeśli wszędzie takie pustki.

Szczególnie w przypadku odkrycia maryśki w Tejn taki donut może wydawać się potrzebny, czyż nie? LOL A tak… Chowaniec będąc w robocie, która ponownie wymagała od niego błąkania się po Wyspie i dżetlagowania… widział policjantów z doniczkami. Przypomniało mu się Breaking Bad, zaśmiał się w duchu, a potem w gazecie przeczytał, że… no miał rację!!!

IMG_2881

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma tańcząca… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma w Krainie Czarów…

„Siedzieli przed Białym Domostwem.

Niczym wiecie, stare małżeństwo popatrujące ze skrzywieniem na podrzucone im wnuki, z którymi serio nie chcą mieć dziś żadnych kontaktów, ale przecież dziecku się tego nie powie, jakoś niewyględnie tak, ogólnie niegrzecznie… a wkurwiające smarkacze dziwnie genetycznie domyślne, wiedząc to wszystko doskonale, no co starzy czują, podkręcają głośniki w swoich małych i licznych gardziołkach! Nosz kurde raj no, późna wiosna, ciepełko, ale i chłodny wiaterek, przespać się chcesz, wylenić za te czasy, w których tego robić nie mogłeś, ale nie…

Świat na to nie pozwoli.

Ona miała na sobie to co zwykle, on zresztą też. W szerokich fotelach nie przypominali człowiekokształtnych, a raczej jakieś dziwne twory zwinięte z samych siebie, obtoczone w coś dziwnego, smażone i całkiem nicniemogące. Nie chcieli i chcieli zarazem… to była ich własna Kraina Czarów. Wiedźmy Wrony i Pana Tealighta. Całkiem nietuzinkowa, nawet jak wiecie na takie krainy oferowane w tych dziwnych gazetkach, które przynosił Listonosz… te sponsorowane, tworzone z okazji jakiejś premiery, tudzież wiecie, coś w deseń z czegoś innego…

Ale w końcu Wiedźma Tej Wyspy nie mogła być zwyczajna też i w tej sprawie, czyż nie? Mogła mieć kubek z herbatą, w której nie pląsały króliczki, mogła mieć tylko swój mózg i lekko zasypiające oczy, a potem… no wiecie, żadnych królowych, bo i spadające głowy bardzo chlapią, a ona to lubi i cicho i bardzo czysto, choć może bez przesady, ale wiecie, no bez… owych drących się pań, świń pod łapy, walki, bitew, a jeżeli chodzi o smoki, to raczej takie ciche. I raczej wielkie, ale ospałe. Raczej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4820

Z cyklu przeczytane: „Blask fantastyczny” – … ech! I pomyśleć, że zwykle wszyscy uznają „Straż!Straż!” za tom pierwszy… To nieprawda, ale z drugiej strony, czy jest to aż taka szokująca nieprawda?

Nie.

Ale jednak „Kolor magii” lepiej przeczytać najpierw! Serio!

… wtedy będziecie wiedzieli, dlaczego właśnie w tej chwili, na początku, nasz niesamowity Rincewind umiera. Hmmm, ale może nie do końca. Podobnie zresztą Dwukwiat. Osobnik turystyczny. Ciekawski i wkurzający, no i ten tam z nóżkami. No Bagaż! Kurcze, moje marzenie! Umierają. Oczywiście, że wiecie, iż nie do końca, bo przecież to dopiero początek książki, ale… w końcu na kolejnych stronach może być gorzej. Naprawdę gorzej, ale też możecie spotkać nowe światy, nowe, dziwne rośliny gadające, tych, co chcą was skrócić o głowę, albo Conana! I jeszcze dziewicę…

Nie wiem dlaczego wciąż wracam do powieści Pratchetta.

Po prostu tak jest, że on ma najlepsze kawałki i na dodatek jeszcze receptę na wszystko. Serio, gdy stworzą Kościół Płaskiego Terry’ego, zapiszę się, bo… facet rozumie, a raczej rozumiał, wiedział, posiadał niesamowitą inteligencję, a jednocześnie zdolność do niewyśmiewania wszystkiego. Choć z tej książki często się posikacie. Ale bez urazy, to ino, no to takie tam dbanie o zdrowotność pęcherza, wiecie. Dyskretnie i tyle. Nikt się nie obraża, a faceci z kiełbaskami w bułce już czekają na rozwój wydarzeń… bo przecież zawsze są jacyś sprzedawcy przekąsek i suwenirów, gdy dziwna gwiazda zbliża się do płaskiej ziemi i grozi zniszczeniem teraźniejszości.

IMG_2792

Dziwny świat…

Zimno, 10 stopni, a słonko wali. Północny, nie tyle wiatr, co raczej dziwnie skumulowane i przyciskające się do skóry powietrze sprawia, że jakoś tak skóra odłazi od tłuszczu, czy tam kości na łokciach… i mrozi członki. Z jednej strony wrząco, z drugiej jednak kurde nie i człowiek już nie wie, czy będzie padać, czy w końcu może przestanie o tym myśleć, bo przecież ile kurna można tak ciągle o tej wodzie, opadach, atmosferach… ciśnienie lata w górę i dół i… co się dzieje z tym światem? To takie ciężkie, że po wrzącym dniu nie spada z nieba woda, mimo chmur…

Co prawda nie tańcują już tak z gnojówką po polach, ale i tak czasem coś zawieje. W dziwnie mroźnej aurze, jakoś tak nie ma to sensu i człowiek się gubi. Nie wie, czy to czas na ubieranie choinki, czy jednak malować pisanki, bo przecież na pewno nie jest to wstęp do wakacji, czyż nie?

Obiecali deszcz… zachmurzyło się, niby nie ma słonka, niby deszczu też nie, a sąsiad w ogródku obok walczy z krzaczkami. Ciekawe co mu sorbiły, no i wiecie, jakie one mają uzbrojenie? Czy to piechota, czy jednak konnica, ciężkie, czy lekkie, a może łucznicy? Albo wiecie, podjazdowo, z przyczajki, a może na magię walczą? Bo na torty, znaczy na jedzenie raczej nie, jużby były mewy i wrony. Te to zawsze wiedzą kto i gdzie ktoś coś je. No wiecie, taka rasa…

No nic.

W końcu każdy czasem musi sobie powalczyć. Powiedzieć, że już ma dość, że więcej nie zniesie, że jakos tak to wszystko dookoła mu napsuło krwi, że już nie może… wybuchnąć może nawet? No nie wiem. Jakby sąsiad wybuchł, to i tak znowu mewy i wrony. Bo wiecie, nic się nie może zmarnować, co nie?

IMG_7477

Niedziela w mieście…

Wielkie miasto, szeroko się rozlewające po nabrzeżu. Z jednej strony port, logiczne, no i smrodliwy wielce rezerwat ptaszków, z drugiej pola, lekkie płaszczyzny, znaczy wiecie, Nexø. Pełne małych, a może raczej kolorowych i względnie niskich domków. Uliczek całkiem mało szerokich, dziwnych placyków, domków do siebie przytulonych, tych nielicznych z ogródkami, z murkami, bez murków, wiecie, jak kto lubi. A może raczej jak kto odziedziczył?

Niedziela… oznacza pustki. Wszystko jest pozamykane, nawet nowy, różowiutki donutshop, który chcieliśmy odwiedzić, właśnie zamykał swoje podwoje. Szkoda, ale cóż… nie będzie zdjęcia z donutem! Może innym razem. Jeśli chodzi o całą resztę, to cisza, spokój, w pobliżu portu w jedynym miejscu, gdzie możesz się nacieszyć względnym fastfoodem, jakoś tak parka tylko siedzi i całkiem możliwe, że to znajomi znajomych właściciela. A co…

Pustki. Senność. Nikogusieńko.

W końcu mogę sobie pooglądać mury, a jest na co patrzeć. Te kolory, owe zmienności, te lekko łuszczące się ściany i wiecie, te właśnie odnowione. Szachulcowa, czy mur pruski, a może wariacja na temat? Ech, śliczne to takie, ale jednak łapię się na czymś dziwnym docierając do Świętego Głazu, że… dla mnie za nisko. Dla mnie jednak nie da się stanąć na palcach i zobaczyć morza, więc coś jest nie tak. Po raz kolejny stara maksyma, że nawet na Wyspie każdy znajduje swoją małą wyspę, się sprawdza.

Architektura po prostu sprawia, że musisz się zakochać w tych domkach, a nawet jeśli płoniesz dotykając bramy kościoła, to i w jego bieli też. Jakoś tak. To wszystko serio wygląda jak domek dla lalek. Tylko ta budowa Lidla niezbyt… po kiego było burzyć ten fajny budynek? No po kiego? Po to, by postawić pudełko? Niefajnie!!! Co złego w domeczkach kolorowych, w owych ogródeczkach pielęgnowanych lub nie, w działeczkach, wielkim cmentarzu, w owych pustkach, koniu na łące, łące, która chyba też wciąż jest miastem? No i ten rezerwat…

Rezerwat ptaków w Nexø, to coś… smrodliwego! PRZERAŻAJĄCO!!! Jeżeli się tam wybierzecie, warto jednak no wiecie, mieć w chusteczce zduszone zioła. Działały na nogę Henryka VIII, podziałają i na to… troszeczkę. Aż człek nie do końca pojmuje owe cudowne, przepiękne domki i zyjacych w nich ludków – szczególnie pozdrawiamy przeniesamowitego pana z brodą, który przeraził nas ukrzyżowanym na ścianie misiem. Naprawdę niezła stylówka, sorry, że uciekłam! Co do ptaków. No wiecie, niska woda, nagromadzenie różności się z kupę przemieniających, wiadomo, natura… ale ten aromat! Oj nie, tutaj w życiu bym nie mogła mieszkać, choć widok niesamowity!!!

IMG_4815 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma w Krainie Czarów… została wyłączona

Pan Tealight i Listonosze…

„Wszyscy wiedzieli, że Wiedźma Wrona Pożarta kocha pocztę.

Kocha budynki poczty, stare znaczki lizane, koperty, a przede wszystkim wiadomo – kartki! Kolorowe, szalone, składane i zwykłe pocztówki. Może i jest uzależniona od suwenirów, ale… może i bardziej od dostawania poczty. Wiecie, od listów, kartek, maleńkich podarków z dziwnych stron świata, których jej żołądek nie byłby w stanie udźwignąć, a psychika na samą myśl opuszcza tę sferę myśli. Od paczek i pudełek, przesyłek puchatych i włochatych, od tych maleńkich, intrygujących, po te ogromne, których sama nie dźwignie i na pycha prowadzi je do wnętrza Chatki.

No kocha to.

I mimo wszelkich dziwnych obaw, że w końcu kiedyś dostanie coś, co wybuchnie, zje ją, albo się dookoła rozpełznie, mimo klątw, które wielokrotnie od razu usuwała, mimo wszelkich dziwnych pór, kiedy to przesyłki do niej docierały… nadal czekała. I Pan Tealight podejrzewał, że tak naprawdę czekała na coś innego, na coś więcej nawet, coś, czego nikomu nie wyjawiła… a jednak on, jako Przedwieczny i w ogóle, samowolny i samozwańczy badacz onej wiedźmowatości, coś podejrzewał… Reszcie wystarczało podglądanie jej radości, gdy tylko coś mogła odpakować… a może w tym właśnie znajdowała się odpowiedź na wszystko? Wiecie, w owym rozrywaniu, rozklejaniu, owej dziwnej nieporządkowości, tej chwili, kiedy można śmiecić i jest okay! I nikt nie krzyczy, znaczy w niej samej…

… bo wiecie, zwykle krzyczało!

Bardzo głośno!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0915 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kości zmarłych” – … bam! Po prostu. Poprzedni tom jakoś mnie nie porwał, chociaż porywający był, ale jednak nie mogłam się do końca w nim odnaleźć, ale w tym… od razu zaskoczyło. I nie chodzi tylko o McLeana! Oj nie… raczej o ową ponadnaturalność…

Kolejne zabójstwo, kolejna sprawa. Dla inspektora  McLeana praca to życie, więc nie bacząc na ostatnie wydarzenia i wciąż rwące biodro, bierze się za jej rozwiązywanie. Oczywiście los mu nie ułatwia, ni przełożeni, ni kolejne sprawy. Czy tatuowany mężczyzna może mieć coś wspólnego z samobójczą śmiercią polityka? Przecież to dwa światy? Ale może… tylko jak odnaleźć wątki i splątać je w obraz przeszłości, jeżeli ci popędzają, a inni znowu podejrzanie mu pomagają?

Nasz bohater nie jest już tą osobą, którą poznaliśmy w pierwszym tomie serii. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele wciąż trwa. Samotny, dziwnie gotycki, a jednak wyposażony w odlotowe auto i flaszkę święconej wody… musi sobie dać radę! Bo przecież ona musi kiedyś wrócić, ma nielicznych, ale jednak przyjaciół i kotkę.

Ale, czy na pewno?

IMG_1947 (2)

Burza…

Wiecie, niby niebo pociemniało, ale nie pada… ktoś ponad nieboskłonem przetoczył z pięć beczek piwa, a może i dziesięć. Widać mają tam mokrą imprezę, ale się nie dzielą. Ot, spadło kilka kropel, policzyć można, potoczyło dźwiękami, jak przy wojskowych manewrach, które to nadal gdzieś tam chyba, bo czasem poleci jakaś seria, i tyle. A nadzieja była wielka. Chmurzastość piękna i ciężka, w końcu odcięcie od tego rąbanego słonka, ale… nic z tego.

Susza trwa.

Burza nie doszła, albo doszła gdzieś indziej. No serio, popatrując tak seksualnie, to u nas ta burza miała pierwsze objawy, ale dojść, to doszła raczej na kontynencie. I nagle po raz kolejny człowiek sobie przypomina teksty o mikroklimatach, specyfice wysp i takie tam. Jednakowoż należy przypomnieć, że traktaty owe zwykle opisują burzliwości, wietrzności i wszelakie kieleckie, a jednak…

Ciepło mi…

Oczywiście, iż zdaję sobie sprawę ze swojego marudzenia, ale jak przypomnę sobie te teksty wielce tam Turyścizny o tym, że tutaj CIĄGLE leje, to mam ochotę po raz kolejny wylać im na łby po wiadrze pomyj. Bo wiecie, w dzisiejszych czasach jak ktoś był w jednym miejscu przez chwil kilka, to od razu kurna EKSPERT, co nie? Szczególnie po wakacjach pleni się owych znawców Grecji, Italii, czy czego co tam teraz popularne jest… podobnie z Wyspą. Tak, przyznaję się do tego, że podglądam… ekhm, wpisy Turyścizny i strasznie się kielczę. A bo to wielce, że tu zawsze rower ma pierwszeństwo – CZYŚCIE PODURNIELI?! Albo lepiej, że turysta ma zawsze rację – kurna, serio? Albo inne kwiatki… Sorry, ale oglądanie Wyspy w tak zwanym sezonie to logiczna ułuda i mit. Miraż i wszelakie tam karawany… wielbłądy i takie tam! Przykro mi miśki, ale każdy czas się wakacjonowania, to i czas na rąbane Wakacyjne Oskary!!!

Tak… Wyspa też gra w sezonie. I czasem, jak sama bawię się w Turyściznę kupując magnesy, nie wierzę…

IMG_0882

No nie wierzę, że to wszystko tak naprawdę… nie istnieje.

Czasem człowiek zakłada jakieś dziwne wdzianko i stara się wtopić w tłum. Zwykle biorą go za Niemca. I nie, nie ma tutaj żadnych dziwnych wynaturzeń, zwyczajne i wyliczalne prawdopodobieństwo. Tych turystów najwięcej, więc i lepiej zacząć od tej mowy nim człek wrzuci sobie angielski. Po prostu… i choć może to niektórych razić, mnie czasem wkurza, ale nic nie zrobisz. Zresztą i po co?

Ale jest i druga strona medalu…

Turyściźnie zbyt często się wydaje, że jak oni są na wakacjach, a Wyspa to wyspa, oznacza to, że wszyscy inni na nich są też. Czyli: każdy ma czas na lenienie się, każdego można rowerem potrącić i mruczeć pod nosem różne rzeczy, bo przecież któż ciebie zrozumie… ekhm, no niestety zrozumie. Zwykle, jeżeli za tobą zrobiło się dziwnie cicho… oznacza to, że zrozumiał ów tył aż nazbyt wiele!!!

Nagle, z dziwnym zaskoczeniem, człowiek sobie uświadamia, co takiego niesamowitego widzą niektórzy wyłącznie w siedzeniu przed domem i obserwowaniu świata. Bo gdy naturę, wraz z jej urzekającą zmiennością, obgapiać można i należy ciągle, to jednak ludzie… a bleee! A jednak, niektórym to odpowiada. I tak Tubylcy siadają, mieszają się z Turyścizną, a potem wiecie, mają pomysły na książki, czy jakieś tam. Może jednak, podobnie jak na Islandii, i tutaj wszyscy winniśmy zająć się pisaniem? Nie o tym, że netu nie ma, ale o tym, jak intrygujący może być…

… sam człowiek. Przyjezdny. Bo wiecie, lepiej nie pisać o swoich, jakoś tak, to raczej mało bezpieczne!!! Serio!!!

IMG_7241 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Listonosze… została wyłączona

Pan Tealight i Jasnowy Wybuch Głowy…

„Jasno…

Wyspa kąpała się w swojej jasności dziennej i nocnej, wiadomo, jak co roku…  a jednak jakoś w tym Wiedźmie Wronie Pożartej bardziej owa jasność grała na nerwach. No nie potrafiła jej znieść. Zasłaniała się, buntowała, sprzeczała z całą owa naturowością, doskonale wiedząc… że i tak przecież przegra. Na dodatek była jeszcze susza. Brak wiatrów, sztormów i deszczy serio nie pomagał…

Jak tu być sobą, gdy natura serio nie pomaga, gdy nie sprzyja? No jak? Sami pomyślcie, jak może się zwolennik zamrażarki trumiennej może odnaleźć w wiekuistym wrzątku? No jak? Przecież to jest zwyczajnie straszne…

Gdzie wichury, grzmoty i ulewy? No gdzie? Gdzie lubczyk wysoki jak trzy Wiedźmy i oczywiście róże buzujące i ogólnie mówiąc brak potliwości, bo przecież to tak bardzo jest niegodne, by ona z taka pozycją, miała tak przeciekać!!!? Przecież to serio nie uchodzi się czerwienić tak przeraźliwi na ryjku, gdy wszyscy inni cudnie się karmelizują, złocą i brązowieją?

Jasno jest…

Nie dziwota, że trochę się jej we łbie pomieszało, że przestała z domu wychodzić, że nagle zaczęły ją przerażać i ukochane kamienie i drzewa i po prostu tuptanie noga za nogą, łapa za łapą, jakoś tak nagle… zniknęła. Zapodziała się, wyblakła może, wypociła samą siebie, a nawet i wymazała z codzienności. Tylko, czy to jest możliwe? Może wyłącznie zagubiła się w tych wszelkich i dziwnych pomiędzyświatach mało równoległych, bo wiecie, one nie miały linijki… a dokładniej, to w nią nie wierzyli. Jakoś tak. Wiecie, inni nie wierzą w płaską ziemię i potęgę makaronu, więc…

Można i nie wierzyć w to!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6344

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna z sąsiedztwa” – … brutalna. Prawdziwa. Przerażająca. Dla ludzi o mocnych nerwach. Odzierająca mit o niewinności dziecka do cna. Już nie spojrzycie na wczesnego nastolatka jak na… niewinne dziecko.

Narrator to młody nastolatek. Dopiero wkroczył w ten czas, w którym wydaje się, że można wszystko, a rodzice to jedyne przeszkody w osiągnięciu wszystkiego… poznaje dziewczynę i wszystko się zmienia. Traci niewinność, ale nie tą, o której myślicie. Raczej wiarę w bezpieczeństwo, w to, że niektórzy dorośli naprawdę potrafią być dobrzy, być rodzicami. Obserwuje jak jego najbliżsi znajomi zmieniają się w nastoletnich, wyzbytych wszystkich zasad, człowieczeństwa… złoczyńców. Czy sam się nim nie stanie?

Wstrząsająca, potworna książka, co gorsza, na podstawie autentycznych wydarzeń. Brutalna. Naprawdę musiałam w pewnym momencie przerwać lekturę i pooglądać różowe księżniczki i lukrowane cukierki…

Oczywiście, jeżeli oglądaliście film o tym samym tytule, nic Was nie zaskoczy. Gdzieś w głowie mi się kołacze, że poza tym filmem był jeszcze jeden, ale nie mogę sobie przypomnieć tytułu… coś o rodzicach, którzy zostawiają dwie dziewczynki pod opieka kobiety z kilkorgiem własnych dzieci. Zakończenie było podobne. Po takich lekturach i filmach, jakoś… nikomu już nie można zaufać.

IMG_8151

Susza…

Według badań to był najgorętszy maj od trzydziestu paru lat. I jak na razie widoków na deszcz nie ma… a przecież połowa czerwca biegnie k nam jak szalona. Jakby jej płacili, jakby coś miała dostać na mecie…

Wszystko szaleje.

Z jednej strony lasy oczywiście zielone, ale solsorty doprowadzają w nich mnie do zawału… wielokrotnego. Nosz kurcze, żeby takie małe ptaszki robiły tyle hałasu grzebiąc sobie w ściółce, albo szukając czegoś na drodze, tudzież ścieżce, czy w kupie zaprzeszłych listków… Dolna warstwa bez deszczu nie wzrasta, podobnie zresztą z różami. Urosły do połowy i ani hu hu dalej. Nic z tego… Albo dzikie gołębie. Wiecie, gniazdują sobie, no i okej, ale dlaczego to one dostają zawału, gdy przechodzę pod drzewem i mnie, ich niewidzącą, doprowadzają do współczulnego odczuwania?

Ogólnie mówiąc w ogródkach susza, w lesie susza, w suszy susza i cichosza sobie owa susza suszy. Człowiek się budzi i wie, że susza, nie ma już nadziei na to, że popada… nawet jak trafi mu się lekko chłodniejszy dzień, to i tak… nie pada. Nie wieje też mocniej, nie czyści się przybrzeżność, ogólnie mówiąc… jakby kurcze wszystko przez tę suszę tak jakoś… zamarło, wymarło i w proch się odmieniło.

I wiecie co? No ilość robali się koszmarnie zwiększyła!!!

IMG_0202

Namiotnik czeremszaczek się na przykład pojawił…

Znacie te koszmarności, coś jak poplątanie jedwabnika z gigantycznym pająkiem, no i oczywiście wizja odcinka Z Archiwum X, kiedy to Mulder i Scully wylądowali w lesie i znaleźli tam ten wielki KOKON? No właśnie… dodajcie to do siebie w jednej misce, zmieszajcie, ale nie rozbijajcie, koniecznie drewnianą kopyścią!!! Po wymieszaniu uformujcie równe kuleczki, takie wielkości pięści, no i ponasuwajcie je na krzaki i króciutką, wyschnięta trawę pod nimi…

Oto macie to, co spotkać można w Rønne. Poza rodziną łabędzi pokonującą rondo, oczywiście niezbyt zgodnie z prawami ruchu drogowego, ale… gdzieś musieli przejść, czyż nie? Oczywiście, że zatrzymali ruch i ogólnie nagle uświadomili ludziom, że przecież kurde nie ma się gdzie spieszyć – nie, nie było żadnych karetek – poza tym… takie były kurcze urocze!!! A jeśli chodzi o pajęczynowate cuda… czy raczej przerażające wersje cukrowej waty, już wiecie, na patyczkach, coś jak to, co Fiona Shrekowi zrobiła na tych patyczkach, pamiętacie może?

Wyobraźcie sobie cały szpaler krzaków obwieszony tym cudactwem. I oczywiście trawkę pod krzaczkami. Nosz kurde, niczym szron. Już ma człek nadzieję na to, że może jednak zima wróciła, ale nie… to ino robale, czy też dokładniej cos takiego białego – ćmowatego… i jeszcze małe robaczki!!! Jak najbardziej kripi!!!

Czy robali będzie więcej? Może nas w końcu zjedzą i tyle… kurcze, będzie tego, susza, robale, plagi Egipskie, tudzież może raczej plagi Kopenhaskie? No bo sorry, ale spora część Europy tonie, a my? Nosz, czyż nie można się podzielić wodą z potrzebującymi? Na przykład moimi różami i sadzonkami choineczek?

IMG_0338 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jasnowy Wybuch Głowy… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Zagraniczna…

„Nie żeby tak mogła zwyczajnie.

Nie żeby jakoś tak po prostu możliwym było, żeby sobie gdzieś pojechała. Nie. Wcale! NIGDY! No przecież jak ona sobie to wyobrażała, co? Znalazła miejsce, które pokochała na zabój, zawsze, a na dodatek jeszcze odnowiła się jej pępowina, i takie obrzydliwe tam… ale jednak, chciała coś zobaczyć. Coś? Jakby jej nie starczało? No co może Wyspa o tym myśleć? Co?

Coś?

Coś… małpa jedna!

Prosiak z rusztu! No ale przecież, no ale może jej pozwolić? Może zwyczajnie tak popuścić sznurka, lejce przestać ciągnąć, jakoś tak zwyczajnie i niech leci. Przecież daleko nie poleci. I tak ją wybuja i tak będzie się czuła jak kupa, więc czemu nie… to w końcu tylko jeden dzień i kawalątek nocy. Wyspa kiedyś żyła bez niej, czyż nie? Mało z tego pamięta, bez zamętu, bez owego potrząsania dzwoneczkami, ale kiedyś to coś było. Było… Wyspa pamięta. Niech płynie do tej Szwecji…

Wyspa i tak będzie w niej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3300

Z cyklu przeczytane: „Wyspa strachu” – … skandynawsko. No wiecie, popularność skandynawskich kryminałów wciąż na topie. Może trochę zmalała, może nie jest to już nowość, ale wciąż mają wielu wielbicieli.

Gotlandia… to tutaj toczy się akcja kolejnej historii z Północą w tle. Wiecie, pełnej specyficznych ludzkich zachowań. Poprawności, ale i dziwnej prawdziwości w narracji. Oczywiście wszystko zaczyna się od zwłok i starszego pana, bo przecież czemu nie. W owej otoczce świata, który dzieli swoje dni pomiędzy miejscowych i przyjezdnych, pomiędzy sezon turystyczny i czas poza nim… Znalezienie zwłok w takich okolicznościach przyrody to nie codzienność… i nasz bohater, gliniarz, właśnie na to liczył gdy przeprowadzał sie tutaj z rodziną.

Inspektor Broman mnie nie urzekł, nie powalił. Nie lubię go. Jakoś tak nic w nim mnie nie pociąga i nie trąca. Zdaje się być jednak ożywczym powiewem, jeśli spojrzymy na innych, literackich detektywów. Poprawny i wiedzący czego chce. Bez dziwnej przeszłości, ale czy na pewno? Do tego ten świat, zderzenie niewinnych z okrutnymi zbrodniami… poraża. Ale… jednak nie czyta się tej książki jakoś tak dobrze, jakoś tak płynnie. Trochę miejscami zdaje się, że inspiracja Theorinem jest aż nagminna, ale z drugiej… może tak tylko mi się wydaje? Może… w końcu to dopiero początek, a zbyt dobrze wiem jak dziwne mogą się innym wydawać wyspy.

IMG_2000

Człowiek wyjeżdża, opuszcza Wyspę na chwilę, sekund pięć i wiecie co, zderza się z tym światem dość boleśnie. Nie, nie chodzi mi o małe miasteczka i wioski przy wybrzeżu, one wciąż wyglądają jakoś spokojnie i znajomo, ale te miasta… większe i wielkie, przerażają. Ale… to pewno tylko ja, wciąż ściskająca w sobie obraz Szwecji sprzed nastu lat. Dziwnie wolnego świata brnącego ku zagładzie, w którym wszyscy brali wspólne prysznice. I wiecie, jakoś tak czuli się wolni…

Tego już nie ma. Czy jestem sentymentalna? Pewno tak, ale czy jest to właściwe wyłącznie dla wieku… pewno jest…

Na prom wsiada się o świcie. Pięknym świcie, ale wiecie, zależy kto jak tam sypia… wciąż obiecuję sobie sesję zdjęciową z takim świtem, ale o czwartej nad ranem to ja zasypiam. A przez te jasne noce serio kiepsko mi to idzie… ale może? Może jednak? Olać spanie i wybrać się w trasę dookoła Wyspy?

Może…

W końcu dzięki takim momentom nagle sobie uświadamiam, że może jednak warto zarwać kolejne noce i wypuścić się na poszukiwanie światła, słońca i świeżutkich pędów zbóż wszelakich, które wyglądają serio jak jakieś niesamowite twory z innej planety. Puszyste i pełne oczekiwania na twoje wnętrzności. Bo przecież muszą się czymś żywić, co nie? No muszą!!! A poranność wszelaka, właściwie ledwo zauważalna pośród tej całej jasności, sprawia wrażenie tak delikatnej, niczym wiecie, nowonarodzony prosiaczek. Niby wie, że już wylazł, ale wciąż ma nadzieję, że może tak naprawdę nikt go nie widzi? Może jednak wsadzą go do środka? Tak to jest z tymi porankami o tej porze roku na Wyspie. Inaczej, bardziej zaskakująco, mniej presji, bo w końcu i tak jest jasno…

Ale co tam… świat przecież jest niesamowity wciąż i ciągle…

IMG_2923

Wciąż są takie miejsca na Wyspie, które nie do końca znam, albo zaledwie wiem, że… istnieją. Jak ta kopuła w Allinge, albo cząstki wybrzeża, które zachwycają, jak tylko się odważysz tam zajrzeć. A serio warto zleźć z utartych ścieżek i…

… dać się porwać inności.

Kopuła w Allinge jest rzeczywiście niesamowita i warto ją sobie obejrzeć dla widoków z niej, zapachu drewna i pewno dlatego, że sorry, ale jak czegoś nie wymyślą, w ramach użyteczności jej, to oczywiście ją zburzą. Tak to tutaj działa. Wiecie, jak z krową co mleka nie daje… szast prast i po wszystkiemu. Szkoda kopułki, bo tak fajno połyskuje w słonku, morze z niej widać i pewno jak sztorm jest, to nieźle śpiewa, ale… cóż zwykły człowiek zrobić może?

Wybrzeże w kierunku Hammershusa jest dość niechodliwe, no przynajmniej przez ową cząstkę pomiędzy Allinge i Sandvig, choć trudno tutaj wyrazić jakiekolwiek „pomiędzy”. Bo wiecie, jak Gudhjem i Melsted, wszystko tutaj zlewa się w jedną całość, ale w okolicach Sandvig czuć coś takiego jak w Międzyzdrojach. Ową dziwną, lekko mnie rozstrzeliwującą, niesamowitą nieciągłość. Domki zwykle uśpione, samotne i łaknące człowieków, którzy oczywiście przybywają pomieszkać w nich wyłącznie w okresie letnich wakacji… te trawiaste trawniczki, którymi zajmuje się ktoś inny. Dziwną pustkowość i morza szum i owe koszmarki architektoniczne, które wkradają się pomiędzy śliczne domki, jak ta czarna kostka z drewna… ech…

Czy jestem tradycjonalistką? Hmm… nie! A może tak?

Ta część Wyspy zawsze kojarzy mi się z większą wakacyjnością. Co dziwne, nie plaże, nie lasy, nie te wszelkie utensylia, ale właśnie Sandig i Allinge, no i Tejn z tą swoją dziwną atmosferą zbyt wielu kościołów, hoteli i sommerhusów… jakby zawsze był tutaj ktoś, kto wart jest nawrócenia, albo ktoś, kto mocniej imprezuje. No i teraz mają swoją własną tajską knajpkę. Hmmm… ze złotymi cudami przy wejściu i widokiem na tą niesamowitą, długą plażę… białą… spokojną.

Ciekawe jak to wygląda o świcie… i pomyśleć, że kiedyś mieszkałam tutaj przez miesiąc. Cały czas padało…

IMG_2020

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Zagraniczna… została wyłączona

Pan Tealight i Glutowy Problem…

„Dzień wstał jak zwykle okropny.

Serio… jak tak można tylko to ciepło, gorąc właściwie, żadnych chmur, noce jasne, wyspać się porządnie nie można. Nie no! Tak się nie da żyć. Plaża pod nosem, Turyścizny jeszcze nienazbyt wiele. Koszmar, co nie? Z piekarni dochodzą zapachy poszerzające tkankę tłuszczową… nic ino leżeć pod brakiem chmurki i żreć. Lody, bułeczki, duńskie ciastka, które wciąż nie były w stanie mi wytłumaczyć dlaczego tak je ktoś nazwał. Karmel gęstnieje w powietrzu, cukierki się zwijają, a z czekoladowni bucha kakao…

Tak źle się dzieje na Wyspie!

Tak źle!!!

I nie ominęło to też jej. Ni Pana Tealighta, ni wszelakich niepotrzebnych. Trudno to było jednak zdefiniować… no źle było. W ogródku Chatki Wiedźmy ogólnie to coś źle też się działo. I na dodatek działo się całkiem źle wiecie, bez certyfikatów, wyszkolenia, wszelakiego obycia w zawodzie! JAK TAK MOŻNA?

Po pierwsze ktoś zjadł ogórki! Nie bacząc na jej fantazje erotyczne z nimi związane, zwyczajnie wziął i je zeżarł. Zeżał ich przyszłość i dziwne przygody, no spożył, strawił pewno, zmienił na dziwne kroki w swym życiowym tańcu… Pewno, że dopiero z nasionek się one wydobyły, no ale jednak kurcze, jak można tak życie ledwo poczęte skonsumować? No jak? I co? I będzie teraz Wiedźma Wrona Pożarta żyła w swym cąłym bezogórkowiu! I będzie jęczała i stęczała i wzdychała za nimi… za skórką zieloną, za lekką szorstkością i tymi małymi kolcami. Za czubeczkami zakończonymi zwiędłym, pomarańczowym kwiatkiem… A poza tym Dekapitatorka Stokrotek wzięła, pufnęła i…

… zdechła w dymnej aurze.

Oczywiście ogródek postanowił nagle wykazać swoją antropomorficzność, nazwać się Bizumiał Stawienny i pójść na całość. Nawtykał wszelkiego zielska, trawek i rdzawych kwiatków, czerwonawo-burgundowych zielsk i oczywiście tych Psychodelicznych Margarytek. Co jak co, ale podejrzanym było nagłe zniknięcie Stokrotek… może się zmutowały, może wyewaluowały, a może to one je wiecie… zżarły?!!! Pierun wie, ale trawy wybuchły, dmuchawce wraz z nimi, wszystko postanowiło olać wrodzone wysokości i poszło na całość. Rosło, telepało się w bezwietrznej aurze, a na dodatek umożliwiało wszelakie się lęgnięcie wszelakiemu robactwu…

Ale do czasu! Mruczała sobie pod sporym nosem Wiedźma Wrona i wkurzała się na Solsorty, które wyżarły jej sadzonki choinek… No serio źle się działo w całym świecie, a na dodatek i nosie niskiej Wiedźmy! Gluciło ją!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0233 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niemy krzyk” – … i tak i nie? Serio. Z jednej strony intrygująca opowieść, kryminalność lekko zalana psychologicznością i to po obydwu stronach: ofiary i detektywa, ale… Widzicie, czasem historii nie wystarczy wymyśleć, nadać jej imię, wyrysowac drogę, ochrzcić bohaterów… trzeba ją też umieć napisać.

Naprawdę napisać.

Oto historia, która zdaje się być odbiciem dzieciństwa naszej głównej bohaterki – zakochanej w motorach – Kim Stone. Policjantki, która nie potrafi się zatrzymać, nim nie doprowadzi sprawy do końca. Nim nie znajdzie tego… kto zabił. Ale sama też mierzy się ze swoimi demonami codziennie. Nie dziwota, że woli zakryć nadmiar myśli i wspomnień pracą. Gdy tylko zaczyna rozumieć, że dziwne morderstwa mogą być czymś więcej, postanawia nie czekać na pozwolenia.

Od razu chce dowiedzieć się prawdy.

Intrygująca fabuła, gorsze wykonanie. Za nic nie można polubić głównej bohaterki, wejść w jej życie, w jej skórę. Nie do końca też „widzimy” co się dzieje, bo opisy pozostawiają aż nazbyt wiele do życzenia… z drugiej strony natłok obrazów, płytkich, a przecież pełnych emocji, sprawiają że sie człowiek gubi. Do tego krótkie rozdziały, okrojone słowa… Ta powieść mogłaby być naprawdę niesamowita, gdyby napisał ją ktoś inny. Ktoś, kto naprawdę umiałby wejść w tę historię.

Czy warto? A czemu nie!? Jeśli wytrzymacie początek, potem już poleci, pomogą pewne wewnętrzne przemyślenia jednego z bohaterów. A wina i kara? Cóż, gdy czyta się historię molestowania nieletnich, zawsze chce się komuś przypier…

Czyż nie?

IMG_8142 (2)

Czasem człowiek wiecie…

… nie tyle że tęskni, chociaż może i tęskni, ale jakoś tak no kisiel mu się skończył, a i po drugiej stronie morza też mają fajne ryty naskalne, więc… wsiada w proma. W, nie na, bo zwyczajnie w niego bardziej wjeżdża od dziwnej strony i tam pozostawia swoje autko. Nie no, pewno, że można z buta i bez auta, ale czasem zwyczajnie się nie da, gdy przypomnisz sobie, że w IKEA nie byłeś już wieki… więc wsiadasz, i starasz się nie myśleć o tym razie, jak Leonora zaczęła przeciekać, albo o tym, gdy nagle, ciemna nocą, zimową, wysiadła energetyka – też na niej – i wszystko było ciemnością, azaliż kurcze, na pełnym morzu ową ciemnością było wielką, pełną i nader silnie bujającą, budzącą lęki atawistyczne, całkiem zapomniane, przez cywilizację rozmyte… Nie myślisz, bierzesz pigułki i zastanawiasz się jak rozwiązać problem strachu.

Leonora jest serio całkiem zgrabna, chociaż szybka, to sorry, ale Australijczycy nie robią statków na morza północy! Buja, psuje się często i fale robi Szwecji, ale jednak… jako szybsza i zapłacona milionami, więc musi pływać. A człowiek w niej. Bo raczej nie na niej, jest dość szybka, więc nie dość, że wieje i mało bezpiecznie, to jeszcze wiecie, pacnie kogoś ryba, syrenica jakaś, czy co…

Mniejsza… siedzi sobie człowiek w promie i zastanawia się nad tym, co tu robić. Może czytać, może sie zdrzemnąć, zjeść coś, wypić, ale… może też pójść do sklepu, a wolnocłowy u nas jest intrygujący. Niczym prom nie opuści wód duńskich, czekolady nie dostaniesz, a potem to wiecie, problemy z pićku. Śmieszne to wszystko, ale co jak co, opłaca się zabawić sie w tym niewielkim miejscu. Dlaczego? Bo tutaj jest większość rzeczy, których nie możesz dostać na Wyspie. Nagle te dziwne wycieczki promowe niegdyś pomiędzy Polską a Danią, nabierają sensu. I już jakoś człowiek rozumie dlaczego Rzygolot z Kołobrzegu nazywa się… no jak się nazywa. Ale serio, wejście do wolnocłowego dla człowieka przyzwyczajonego do braku zbytków we własnym spożywczym, to coś niesamowitego. Wiedzieliście, że oni mają tam takie rózne rzeczy, pachnące, kremujące, zaskakujące, modelujące i na przykład wielką torbę Skittlesów!!! Ostatnio po raz pierwszy ich spróbowałam i kocham! He he he! Nie ma co… ale nawet na starość człowiek może sobie znaleźć nowe zboczenie…

A może to tylko wina promu, strachu i niebycia na ziemi… Wiecie, woda jest piękna, niesamowita i potrzebna, jest częścią nas, a jednak jakoś tak, tak jakoś strasznie przeraża. Bardzo strasznie.

IMG_0063

I Szwecja…

Szwecja to w ogóle wygląda jak Wyspa. No przynajmniej w tych miasteczkach przylegających do nabrzeża od naszej strony. Nic dziwnego, że kiedyś pływał fajny stateczek do Simrishamn. Pomijając fakt bujania, to musiało być to intrygujące, serio. Tyle morza, mała łupinka – no dobra, nie taka mała, ale jednak. Od lądu do lądu. Z jednej strony niby widać tę Szwecję, ale jednak po wodzie całkiem to długo. Ale wiecie co, chyba raczej warto. Na przykład po to, by posłuchać Szwedów. Bo oni tak cudnie śpiewają! No serio, zapodajcie sobie szwedzki, czyż to nie niesamowita muzyka. W porównaniu do duńskiego wprost poraża lekkością i melodyjnością. I wiecie co… nawet można coś zrozumieć znając odrobinę duński. Nawet można się dogadać, chociaż po ichniemu szkłod to lód… znaczy no wiecie glas…

Wielkie miasta niestety przerażają wielością ludzi, wszechobecnymi rowerami i wszelako rowerowym przymusem. Nagle już przyjemność staje się nakazem i jakoś tak no mało nęci. Ale ja i tak z buta, to co mi tam!? Tuptam sobie po Malmö, Lund, Simrishamn… i tyle tego. Będzie. Teraz IKEA! Ale wcześniej dziwne spostrzeżenie… Pamiętacie czasy jak Szwedzi porażali wolnością? No kąpali się nago i wychowywali się bezstresowo. Cóż, wynik tego taki, że teraz powala ich własna poprawność polityczna, a ich młodzież nie ma wjazdu do wielu miast Europy. Bo tacy wolni są i w ogóle… robią co chcą, co im się podoba, no i jak im ino wygodnie nie hołdując żadnym ideom poza swoimi. Nie ma już SZWEDZKOŚCI. Łosie mają oklapnięte łopaty i ogólnie… nawet na kiblach nie ma oznaczenia, że to kibel. W końcu obecnie każdego coś obraża.

KAŻDEGO!!!

Dziwny ten świat. Zamiast sklepów z pamiątkami, sztuką, tudzież szwedzkim rękodziełem taki niedzielny turysta jak ja widzi ino te wszelkie sieciówki, sklepy z garnkami, czy inne tam niepotrzebne. Na szczęście znalazł coś w Ystad!!! Polecam CINNOBER! Serio, strasznie przesłodki sklepik! No niestety, ale ja muszę mieć łosia i magnesa i kartki jeszcze oczywiście!!!

Przebiegając przez IKEA miałam wrażenie, że jestem w Maroku, czy innej tam Afryce, ale widzicie. Takie mamy czasy. A gdzie dzieci kukurydzy?

IMG_0076 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Glutowy Problem… została wyłączona

Pan Tealight i Biesy w Maszynie…

„Deusy się skończyły…

Nie można ich było nigdzie dostać, a nawet nigdzie spotkać. Po prawdzie nie do końca wiadomo jak one powstawały: rodziły się, pleniły, ulęgałkowały na drzewach i krzakach, wykrztusiwały się z jamy jakiegoś potwora, który miał wiecie, problem z zatokami, z łona wielce zwiastowanego, tudzieź z pryszcza na dupsku wieloryba. Wiele było teorii. Nikt nie widział, chociaż pewnikiem Pan Tealight tylko udawał, że nie wie. Wiecie, z nim to tak zawsze. Trzyma to wszystko w sobie, nie wypuszcza, a potem jak co do czego to… BUUUUM! No wiecie…

A jednak bez deusów kurcze trudno się robiło te wszystkie teatrzyki w podziemiach. Pośród połyskujących mchów, zbyt wielu statystów i wszystkich serdecznych zaciekawionych, którzy wydali garść koron, by coś zobaczyć. Wiedźma Wrona Pożarta oczywiście miała pomysł i zapytała biesy, czy byłyby zainteresowane… były. Problem w tym, że nie do końca się do tego wszystkiego nadawały.

Po pierwsze biesy były bardziej włochate i ich kłaczki wkręcały się w wirówki, śrubeczki i inne, mniej identyfikowalne trybiki. Po drugie miały problem z nietrzymaniem moczu na miejscu, a po trzecie… cóż, one zwyczajnie były aż nadmiernie wystrzałowe. Nadmiernie chętne do pracy i ogólnie nadgorliwe! I jakoś tak nie chciały z niej wychodzić. Dobra, robiły dźwięki, zgadza się biedny wybraniec zwalał się na scenę i kończył akcję z wybuchami i dziewicami, ale… widzicie, one nie kończyły!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0277

Z cyklu przeczytane: „Komornik” – … nie. A tak bardzo się napaliłam na tę książkę. Nie macie pojęcia jak bardzo. No bo koniec świata, cała ta apokalipsa, która się Bogu mocno spierniczyła i koleś – heros. Ale… ech nie.

Nie sięgnę po kolejną część.

Oto jest apokalipsa. Aniołowie mordują nieźle, chociaż dziwnie miło. Ogólnie mówiąc wychodzi na to, że są… idiotami. I jest on. Nasz bohater, który przyjmuje posadę komornika, bo w końcu coś robić trzeba, a i przecież jakie miał inne wyjście, gdy stało się TO… gdy to zobaczył.

Świat w rozsypce, ruiny, wszelakie niedobitki.

IMG_0707

Ale tak to bywa przy apokalipsie, czyż nie? Pewno. Najpierw nikt nie wierzył, że to koniec, że naprawdę… a teraz to już trochę poniewczasie. Co nie znaczy, że niedobitki nie będą próbować. Będą… w końću człowiek jednak przypomina karalucha, czyż nie? Wystarczą relikwie, więcej klęczenia, a może… magia?

IMG_0708 (3)

Problem?

Cóż… bohatera znielubiłam od samego początku, bo był tak dziwnie kalkowaty.  No nic w sobie nie miał nowego. Czegoś, coby sprawiło, że odcinałby się od innych. Najpierw biegał, potem przez większość stron skakał, bił się, przeżywał… wiecie, on mało śmiertelny jest, więc ma z góry. Do tego te anioły, którym chce się przypier… Ile można tak tylko patrzeć jak on kogoś napier… No, może niektórzy tak lubią, ja chyba jednak potrzebuję więcej treści i sensu. Czegoś więcej zwyczajnie. I trochę innego języka. Kurcze, ależ ze mnie wymagający czytelnik!

IMG_0706 (2)

Jasno…

Kurde, ale jest jasno.

Zamykasz oczy, a tu jasno, wszystko wyłączone, a wciąż jasno… Jasno jak… w no tej no, ech, nie wiem no jasno. Noc oznacza jasno, ale takie przez ciemne okulary, wiecie, wiesz że jasno, wiesz że to cię wkurza, ale jednak starasz się to przetrwać. No bo niby jakie masz inne wyjście? Nie da się tego wyłączyć, nawet za zasłonami wiesz, że ta jasność wciąż tam jest. Ptakom się miesza pod kopułkami, rzuciły się na moje sadzoneczki choinek, wredne latawice. Nie no… pewno, że łatwiej znaleźć coś smacznego w miękkiej wilgotnej ziemi, niż zapierdalać na pole, ale co tam, po co się poświęcać dla rodziny? Lepiej wyżreć moje piękne, centymetrowe choineczki!

Wkurzające solsorty!

Jest gorąco.

Strasznie gorąco nawet. Gdyby nie ten lekki wiaterek, bryza cudownej wilgotności, to słonko jak nic by na wypaliło na wiórki. A głupio by tak było się sfajczyć przez tym cyrkiem zwanym Folkemodetem! Powiem Wam, że Allinge to oblepili kablami. Wszędzie jakieś gniazdka, a drzewka mają WIFI. No ja nie wiem jak oni z tym wszystkim zdążą, ale na razie wszelkie roboty drogowe wstrzymano. Drogi w tamtym rejonie już użyteczne, aczkolwiek powiem Wam, że warstwa kurzu na oknach i ścianach kamieniczek i domków jest ogromna. Gruba niczym kożuszek Rosjanina… wiecie, takiego z brodą i saniami… no prawie Died Moroz! Wszystko wygląda dziwnie poszarzale. Zwyczajowe kolorki zdają sie być posmutniałe i zamyślone… czekają na deszcz jak nic, no i na kogoś, kto umyje ścianom okna!!! W końcu Folkemoded to jednak święto, czyż nie?

Policja w pogotowiu.

Burmistrz Wyspy też… szczególnie po ostatnich problemach z Rosjanami. Coś serio nazbyt nad nami latają, a na dodatek przyjeżdżają na Wyspę, bo podobno to ONI MAJĄ tutaj jakieś świętowania? Tubylcom krew zawrzała, co przy tych temperaturach nie było trudne, ale… Winni nie pojawiła się na świętowaniu Rosjan. Jakie będą konsekwencje tego, pierun wie, ale Rosjanie ogólnie trudni są w temacie II wojny światowej. Wystarczy spojrzeć na historię Polski.

IMG_0173

Wspominałam już, że gorąco?

Zieleń bucha i pufuje, a na dodatek kwitną te krzaki, co to tak strasznie śmierdzą. Wiecie, małe, białe kwiatuszki, zebrane w takie kupeczki… aromat przypomina stare skarpety, stojące, zmieszane z moczem po szparagach i pierdem po bigosie. Serio… taki ze mnie kurna koneser!!!

Susza miażdży wszystko, ale co do deszczu, zdania są podzielone. Raczej go nie będzie, ale jednak wiecie, niektórzy mają nadzieję. W końcu już mamy czerwiec, a to oznacza wzrost zmotoryzowanych na drogach. I to tych, co jeżdżą pieruńsko wolno!  Jakby im się wydawało, że poruszają się po trasie widokowej, z maksymalną prędkością 20 kilosków na godzinę! A przecież tak nie jest. Po prawej stronie przekwitnięty czosnek niedźwiedzi, po lewej kwiaty Królowej… margarytki oczywiście. Środkiem zaś ponownie gnają motocykliści. Kurcze… czemu tak głośno?

Przy drodze już można nabyć pierwsze tegoroczne cuda. Oczywiście stoją obok fantazyjnie zapakowanych przetworów. O czym mówię? No o ziemniaczkach. Maleńkie skurczybyki, ale cudownie smaczne i takie niewinne, a jednak spragnione wrzątku i odrobiny masełka. Może i koperku, no jak kto woli! Ciekawe, czy w ogóle zdarzą się jeszcze jakieś nowalijki przy tym całym przesuszeniu i oczywiście żertych zwierzakach. Po kiego tu siać i sadzić, gdy one i tak wszystko zeżrą? A na dodatek kurde… jasno.

Tęsknię za normalną nocą.

IMG_0170

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biesy w Maszynie… została wyłączona