Pan Tealight i Wielce Niebieska Dziura…

„Zasysała ją, ale nie tak…

Powoli, ale ciągle. Widzicie, poczuła znajomą, zakochaną w niebieskościach duszę i zwyczajnie postanowiła, że pociągnie do końca… Że nie popuści. Że jakoś tak, no da radę. Nie ma się co dziwić. Jak znajdujesz coś, co cię kręci, bierz i ciesz się tym, aczkolwiek nie jeżeli ono coś należy do mnie, bo w ryja. A Wielce Niebieska Dziura zafascynowała była Wiedźmą Wroną Pożartą, więc sobie ją przyciągała.

Na początku powoli, delikatnie, właściwie miękko zbliżała się do niej niezauważona. Niszczyła przestrzeń między nimi, miażdżyła ją, wszelako dezaktywowała, byle tylko dotrzeć i wziąć ją sobie. Bo chciała. Zakotwiczyła się jakoś w jej codzienności i niczym łańcuch kotwicy, oczko po oczku…

Bo widzicie, na świecie istniały różne dziury, a pośród nich najdziwniejszą była ta Niebieska. Ta mocno nietuzinkowa i całkiem jedyna. Ta, która mieniła się bławatkami na krawędziach, a w głębi śniła granatem letniej nocy. Ta, która nigdy nie pytała co zniszczyć… która zwyczajnie miała inne plany.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6237

Z cyklu przeczytane: „Przeklęty metal” – … oj nie. A pokochałam Kornewa za jego poprzednie powieści miłością wielką i mocno pożądajacą kolejnych opowieści, więc gdy dowiedziałam się, iż kolejne wydawnictwo daje mu szansę…

I chyba zwyczajnie miałam za wielkie oczekiwania, a może jednak kurcze nie? A może… nosz nie wiem co o tym myśleć, ale mam całą masę ale jeżeli chodzi o ten tom. Począwszy od nieadekwatnego opisu na okładce, serio ten ktoś chyba przeczytał tylko kilka pierwszych stron, na pewno nie całość, po samych bohaterów i w ogóle. A… bo widzicie, bohaterów jest cała mnogość i zwyczajnie się zgubiłam. Tak naprawdę nie mam pojęcia o co chodzi w tym świecie, Dobra wiem, magia i jej brak egzorcyści i ci demonowi, ale poza tym nie rozumiem niczego.

Najgorszy problem? Natłok bohaterów. Nadmierna gadanina, zbyt mało wiadomości, opisów. Nie zdołałam polubić żadnego z tych dziwnych facetów, a już kompletnie nie rozumiem braku różnorodności w nich. I serio, kto tu dobry, a kto zły? Komu kibicować, a kogo potępić? I jak wybrać tego neutralnego…

Oj nie.

IMG_5334

Chłodniej niby, a jednak wciąż zdarzają się one pokręcone parności. Ale wiecie, sierpień, czyż nie? Koniec lata, niby żniwa, niby wszystko po kolei, a jednak…

No dobra, odbiegamy od pogody, zajmimy się pocztą duńską. A tak, wystawmy świeczkę! Poczta duńska odeszła od nas śmiercią nagłą, ale jednak spodziewaną. Te burzenia oddziałów, owe zamykania okienek, ten dziwny… wysłać coś większego, co wymaga okreslonej liczby znaczków, albo pokwitowania, dostępne wyłącznie w 3 miejscach na Wyspie. I nie, nie są to oddziały, a raczej malutkie stanowiska, na których serio niewiele uzyskacie… odpowiedzi też. W okienku przemiła, ale jednak już wątpiąca w swe istnienie, pani. Tak, nawet ona tego wszystkiego nie rozumie. Bo nawet jeżeli jakoś łykniecie te podwyżki, które w ostatnich miesiącach tak wywindowały ceny, że łeb mały – 25DKK za zwykły list?!!! – to jeszcze zmiana żółtości na niebieskości drąży problem w patriotycznych duszach Duńczyków. Aż stworzyli zestaw reklamówek z wątpiącymi młodymi Wikingami. Albo czymś w tym rodzaju, męskim rodzaju…

Poczta duńska została wykupiona przes PostNord. Czyli żółte autka będą niebieskie, żółte rowery też niebieskie… skrzynki zostają czerwone, ale… najśmieszniejsze jest to, że ceny się nie obniżą do tych szwedzkich! Nope! Bo i po co? Niech mnie ktoś oświeci jaki był sens w sprzedawaniu się komuś, kto jest tańszy? No jaki? Okay, rozumiem próby obniżenia cen promów, bo te walą już na maskę permanentnie, ale… Nie rozumiem tego świata, kartki świąteczne wyślę ze Szwecji. Jak ktoś wysyła ponad setkę to 25DKK a jakieś 12DKK ma znaczenie. Sorry ma patriotyczności!!!

Wiecie co… naprawdę nie rozumiem świata, a ten, który zaoferuje mi wysłanie mejla z wakacji, albo esemesa oberwie zwyczajowego plaskacza w policzek. Chociażbym miała kurde podstawić sobie stołeczek, albo podskoczyć i sama oberwać z cycka własnego. No sorry. Nie rozumiem.

IMG_6984

Łapię się na tym, że niczego nie rozumiem, a jednocześnie nie potrafię odpowiedzieć na zarzuty w stylu: nie kochasz nowych technologii, przecież to cywilizacja itp. Nie umiem. Po prostu nie mogę rozmawiać z ludźmi, którzy nie myślą po swojemu, którzy nie potrafią pofilozofować, którzy nie mają w sobie historii…

I w związku z tym mam przesrane.

… się więc nie dziwcie, że lepiej mi w lesie. Albo na własnym trawniku, obleganym przez szpaki i wróble. Nosz naprodukowało się ich chyba w miliony tego lata. Latają w kółko nad Chatką, by nagle, w dziwnym poruszeniu opaść na mój trawnik… a potem się napirzają oczywiście, bo czemu nie? Leją się, ale pióra nie lecą tak bardzo. Widać, że to one nastolatki, rozpieszczone do granic możliwości i kilku starszych… nawet nie starają się wyglądać na takich, którzy cokolwiek mają do powiedzenia. Dzioby spuszczone, stoją dziwnie drżąc, pewni, że sobie nie poradzą, no ale…

Widzicie…

Świat tak naprawdę jest powtarzalnością zachowań. Pszczelich, ptasich, robalowych i kwiatkowych. Nic nowego w nas ludziokształtnych. Kompletnie, nic nowego. Aż do znudzenia, kompletnie nic… dlatego najlepiej zjeść sobie smażonej rybki, popić czymś wyskokowym, niekoniecznie z procentami, a potem pójść na spacer. Albo poleżeć. Wiecie, małe przyjemności. Małe piękności, cudowne rozbujania codzienności. Mniejsza ilość obcych ludzi, więcej spokojności…

Powolnośc wróci na Wyspę, musi! Owo zapatrzenie się w nią samą, owo dziwne uspokojenie się, ten brak nerwowości… tęsknię za tym. Jesień i zima, najcudowniejsze cudowności tego Mniejszego Krańca Świata. I fale szpaków nad głową i oczywiście to światło, wybaczające każdą zmarszczkę i fałdkę…

IMG_6991

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielce Niebieska Dziura… została wyłączona

Pan Tealight i Fantom z rowera…

„Serio?

No oczywiście, że kilka razy o tym myślała, że pewne rzeczy ją do tego skłaniały, że one dziwnie się błąkające jednoślady, że te dziwnie kałuże, te siodełka, pedały, one zdobione koszyczki pasujące do murków… że wszystko to jest jakoś tak nie do końca, jak jej mówiono. Nie do końca tak, jak myślała, że jest, nie do końca. Naprawdę. Nie do końca tak, jak mówią inni…

I pewno miała rację. Zresztą, zawsze ją miała, co było cholernie irytujące, ale całkiem nieprzydatne. Całkiem, więc spoglądając na kolejna parkę zaczepioną kierownicami o dzikie całkiem, rozpostarte drzewka jarzębin, po prostu zmrużyła oczy i udała się w swoją stronę. A tam, żadnych ludzi, nikogo, kto by je pedałował, oczywiście. Gdy wracała, nadal tam stały, ale w innych pozycjach, lekko innych…

Czasem niektóre jakoś tak za nią jeździły. Dziwnie sie skradały, by w newralgicznym punkcie zwyczajnie opaść na trawę, albo podeprzeć płotek. Umiały to robić bez zmrużenia lampki, serio. Bez szczęknięcia opon i gruchotnięcia szprych. Były ciche i dziwnie nieprzeniknione, ale przede wszystkim… niczym one dzikie mustangi. Bezludzkie. Kompletnie niesiodłane. Kompletnie!!!

A może w rzeczywistości Wyspa pełna była takich rowerowych stad? Wiecie, takich maluchów niesiodłanych, takich dzielnie przemierzających ścieżki i trawniki, ulice, ale i skały… Dzielnych, dzikich, ale i dziwnie zafascynowanych tymi ludziami i tymi dziwnymi, przyjezdnymi, oswojonymi rowerami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4506 (2)

Z cyklu przeczytane: „Między wierszami” – … Webber. Tammara Webber. W jakiś sposób udało się jej zdobyć popularność pisząc o kobietach i dla kobiet, a może raczej dla onej dziewczęcej części, nastoletniej cząstki nas, która nigdy nie odchodzi? Nigdy do końca?

Jej poprzednia seria stała się przebojem nie tylko nastolatek, ale i całej rzeszy kobiet, które wciąż wierzą w miłość. Co jednak najbardziej w jej pisaniu ujmuje? Cóż. Może to ta delikatność, może jednak owa prawdziwość, a może spoglądanie na sytuację ze wszystkich stron? Może? Tym razem oto opowieść o celebryach. Osiemnastolatku, który poznał już życie od tej najbardziej niegrzecznej strony i dziewczynie, którą pokochał, która o go rozumie. Reid i Emma. Świat filmu, reklam… brutalności międzyludzkiej, walki o każde ujęcie…

Czy możliwe wciąż jest człowieczeństwo między nimi? Zwyczajowe? Nastoletnie uczucie? Czy można cofną czas? A może nie warto? Może mleko już się wylało…

Może…

IMG_5638

Książki!!!

Bo przecież, bo czemu nie, bo każdy ma jakąś pracę, co nie… znaczy ekhm, pracę za którą coś więcej zarabia, niż satysfakcję naukową.

IMG_5634 (2)

Wieje.

Wieje Wyspa cudnie wieje. I dobrze, że wieje, bo wkurw maksymalny się nad nią wzbiera. Bo przecież kurde no! Bo przecież… aż nie wiem co powiedzieć! Bo znowu nas gnębią. Bo oszczędzać mamy, bo w ogóle kurna, no na co nam biblioteki? Bo przecież one są całkiem niepotrzebne, przecież kurna nikt z nich nie korzysta, a ci wszelacy ludzie, to zwyczajnie zabłądzili pewnie… Wiecie co, dla mnie to w ogóle wkurzająca gadka. Przede wszystkim pamiętać należy o jednym – książki tutaj, w ciągu pierwszego roku – mniej więcej – to koszt kilkuset koron. Można dostać się na fajną promocję… i złapać coś poniżej 200 DKK, można, ale dla większości zwyczjqaowych ludziów książka, to jednak cholernie droga sprawa. Dlatego biblioteki jako takie są niezbędne jeżeli chcecie państwa myślącego choć troszkę. Ale może i o to chodzi…

Wieje.

Widzicie, kurcze chłodzi nam czaszki, gdy nam przywalają z tymi bibliotekami, a potem informują, że kibelki publiczne też pozamykają poza sezonem. Bo kurna, przecież my tutaj serio nie sikamy. No w ogóle. Nasz mocz zamienia się w kryształki i diamenciki, którymi zwyczajnie wylepiamy ściany naszych magicznych chatek i tyle. Dzięki temu mnie płacimy za prąd i takie tam… Dobra, rozumiem, że utrzymanie sporej części kibelków poza sezonem to pusta kasa, ale zamykać te przy porcie? Znaczy co? Każdy z rybaków i tych szusujących na falach ma robić TO po staremu? Za burtę?

Oczywiście… tia, wszystko rozumiem, ale jak wydaje się na durne rzeźby, to jakoś kasa jest. No i na tych, o których mówić mi nie wolno, bo przecież współczesność charakteryzuje brak wolności słowa… Nie no, cholera jasna, nie rozumiem. Obserwuję powolny upadek onej turystycznej fasady Wyspy od około 2006. Różnica między 2003 a 2006 była ogromna. Jak skok w przyszłość… wszystko się rozwijało, cholerna złota era, a potem rok po roku kolejne upadki. Tej inwestycji nie będzie, tutaj zaoszczędzimy, a co najgorsze – wprowadzimy wolną rękę dla wszelakich oprysków i nieekologicznych hodowli i upraw!!! Serio? Szkoda, że podatku od eko nie obniżymy, jak już tak lecimy. Bo żebym pod nosem miała nowość taką, wiecie, uczyli się o niej w Portugalii, wielkie studia, ogromna kasa, by ino się powiadomić o tym, że chwasty wyrywac można ręcznie, a świnka chodząc po polu nawozi je i zjada stare pyrki…

Oczywiście…

Dobrze, że wieje, bo ja już niczego nie rozumiem.

IMG_0299

Wieje…

Miało popadać, ale jak zwykle nic z tego. Przyznaję, że nie mogę się doczekać jesieni i zimy. Ale pewno tylko ja, co? U nas pogoda może troszkę przykręciła temperaturkę, ale w okolicach południa nadal można spalić raka. Na plażach oczywiście już luźniej i doprawdy można się zabawić. Wiecie, na dziko tak!!!

Ogólnie mówiąc oto skończył się szczyt sezonu, oto nadeszły coroczne dni wszelakich przecen, tańszych wynajmów i takich tam. Wiecie, jak co roku, gdy przejdzie ta lipcowa fala, to ogólnie mówiąc sierpień to już te gorsze wakacje. Więcej Niemców i odrobinę wiecej Polaków, ale w tym roku serio nie dopisali. Uwielbiam ten czas zmniejszającej się liczby Turyścizny, a jednak wciąż jeszcze jej obecność. Wiecie, taka to niezamierzona świeżośc pewna, taka inność i odmienność, a jednak kurcze… niecodzienność. Nic na to nie poradzę, w końcu narodziłam się w sanatoryjnej sezonowości i ciągłej zmienności twarzy. I tak mi chyba lepiej…

Dlatego tylko teraz możemy skorzystać z tego, co codziennie jest wyłącznie otwarte dla Turyścizny, a jednak smaczne i zabawne. Wiecie… taki rybek w czipsach, czy coś mniej więcej niewędzonego. Bo wędzone to można dostać dłużej i częściej, ale smażone już kurcze nie… cholerne diety narzucone no! Nic ino jabłka, co Winni? Nic ino zieleniny. Nic to, że nie z Wyspy, nic nawet, że nie z Danii… ech! Bez urazy fairtrade, ale to akurat sensu nie ma żadnego, by pyry sprowadzać z RPA!!!

Nie no… serio wkurzają mnie te polityki i dziwne wybory osobników w garniakach. Sorry, ale Polska nie ma monopolu na wariatów w tych rejonach. I na ceny jak z kosmosu. Czasem mi się wydaje, że bliżej nam do Afryki spoglądając na nalepki na warzywniakowych stoiskach, niż do tej dziwnej Polski, czy nawet Niemiec. Czasem serio już nie rozumiem, ale wieje…

Dobrze, że wieje!!!

IMG_0264

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fantom z rowera… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzne Potańcówki…

„Znowu się zaczęło.

I wiecie co, fajnie, że się znowu zaczęło. Że jakoś przestało stać wszystko, jakoś tak się zaczęło ruszać, dziwnie tańcować, dziwnie szaleć. Znowu te najlżejsze z doniczek latają, toczą się po trawie, roszą z siebie ziemię…

Znowu nieruchawość jest zwyczajnie niemożliwa, nieadekwatna, właściwie zgryźliwie wzbroniona, a może i zakazana? Może. Kto to tam wie, w końcu w tym czasie serio, nie ustoisz! Poddasz się po chwili, a i tak nazbyt długiej. Bo przecież świat się nagle stał taki wzruszony, jakiś dziwnie dmuchnięty…

Wiatery.

Przyszły całkiem niezapowiedziane. Nadleciały, a może podpięły się do walizek Turyścizny? Może w rzeczywistości jeśli chodzi o wiatery, to mocno olewają bilety i wszelkie opłaty? Może im to uchodzi płazem? Ssakiem może? Kto to wie? Przecież mało kto zwraca uwagę na wiatery, poza sztormem i wstrzymanymi rejsami, poza wichurą i dziwnym uczuciem w dołku… nawet wtedy mało kto łączy owo uczucie właśnie z wiatrem. A powinien. Bo wiatr ma moc. A nawet wiele jej. Różnokolorową, różnonastrojową, wszelako różnomocową i niesamowicie potężną. I to nie tylko wtedy, gdy się jej chce, bo gdy tak patrzycie na lecącą doniczkę z kilkuletnią jabłonką imieniem Bonifacy, w czerniawej, tłukliwej doniczce, to… wiecie, że wiatery nie pokazują jeszcze wszystkiego, że może być gorzej. Latające doniczki, płoty i dachy…

Wiatery…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6986

Z cyklu przeczytane: „Jesienna republika” – … i koniec. I po wszystkim. On doszedł do władzy, tamci przegrali, ci wygrali. A tak naprawdę, to o co chodziło? O przewrót, o zmianę władzy, a może jednak o ludzi i możliwości?

Nie wiem.

Nie mam pojęcia. Bo przecież tę trylogię można czytać na wiele sposobów. Nie tylko jako czystą fantastykę. Opowieść o mocach i bogach. Uczuciach i dziwnych pożądaniach. O ludziach, ale i stworzeniach, które umykają ludzkim definicjom i oczywiście o tych, którzy tak bardzo chcą naprawić ten świat.

IMG_8149

Co się z nimi stanie? Jakie będzie zakończenie… cóż, nietrudno się domyśleć, aczkolwiek wydaje się, że można było zakończyć to lepiej. Mniej oczywiście, jakoś tak pełniej, jakoś, choć odrobinę bardziej logicznie… bo w tym zakończeniu zabrakło człowieczeństwa. I to bardzo go zabrakło…

Zabrakło niedopowiedzień, sekretów, jakiejś tajemniczości. Zabrakło dopełnienia, czegoś, co budziłoby w nas pytanie… czy jednak na pewno? Może wszystko potoczyło się inaczej, może jednak on żyje? Niestety tego zabrakło… chyba w całej trylogii. Zbyt wielki nacisk na działania wojenne, zbyt mało w nich ludzi. Ten się zmienia, ten dorasta, ten rzuca proch, a tamten nagle okazuje się magiem, wszystko się może zdarzyć, a jednak… muszą istnieć jakieś nici prowadzące do owych przemian. A tu ich brak… Bez urazy, dobrze się bawiłam, ale mogło być lepiej.

Ale karta jest!!! LOL

IMG_8150

Wieje…

Trzeba przyznać, że fajnie wieje. Morze wzburzone, miota piachem tak, że wejście po kolanka sprawia, że w ciągu sekundy mokry jesteś po cebulki włosów nagłownych. Wszystko takie granatowe i zielonkawe, turkusowe i szeleszcząco pomaańczowe. Wszystko takie wciąz w ruchu. Niby wiatr mało zmienny, ale jednak raz fale biegną stąd, raz z stamtąd, by w końcu zebrać się do kupy i zawirować. Jeśli nie ustoisz, jeśli tylko zaufasz nazbytnio w swoje siły… cóż, skończysz tam. W onych toniach, na skałach wystających z mokrości, skończysz…

Oj, z morzem trzeba uważać. Bo chociaż chłodniej, to jednak dla mnie to najlepszy czas na pływanie. Morze nadal względnie sobie takie letnie, ale nic to, w końcu lepsze to niż ciepła zupa, lepsze niż ukropy, lepsze dla mnie… cudownie czyste, pełne i na dodatek, całe dla mnie. Większość siedzi na plaży i siąpie w kurtki i polary, jakby kurcze co najmniej Wyspa się z Alaską zmieniło miejscami. Ech…

Wieje.

Niby wciąż wakacje dla wielu, niby wciąż lato, a jednak ludzie jakoś tacy zamarznięci. Garstka wytrwałych popindala w krótkich gatkach i koszulkach, reszta jednak ociepla się jak może. Dziwnie tak spoglądać na ową ciepłotę zróżnicowaną pośród stałocieplnych. Zabawnie nawet, miejscami. Ale wiecie, Wyspa jest różnorodna. Jedni skupiają się na motorach, inni zjeżdżają się tutaj wielkimi ciężarówkami. Nie no… pewno, że takie wymalowane ciężarówki słodko wyglądają, ale nie wtedy, gdy ledwo się mieszczą na naszych uliczkach, gdy się przeciskają, smrodzą i ogólnie przerażają nasze uszy. Podobnie zresztą oni motorowi… rozumiem fun i całą kulturę bikerską, ale miśki drogie… śmierdzicie. I jeśli ktoś chce odpocząć, to przede wszystkim łaknie ciszy i spokoju, a nie waszych silnikowych występów. Zresztą, serio? Przecież mamy ograniczenia prędkości, gdzie wy się chcecie rozpędzić. Może w USA lepiej?

Hmmm?

Bo jak wieje, to łatwo te wasze maszynki się przewracają…

IMG_9145

Wieje…

Wieczory coraz częściej, albo oszałamiają kolorami, albo zapadają tak szybko, że człowiek nie ma pojęcia co o tym myśleć. W oddali oczywiście delikatny poszum kombajnów. Brzmią skurczybyki jak ufoki lądujące. No serio…. wsłuchajcie się, a może to tylko te wyspowe tak działają na moją podświadomość karmioną „Z Archiwum X” za czasów studenckich? Kurcze…

Na niebie paseczki jasności i ciemności, niczym ciasto zebra z lat dziewięćdziesiątych, gdzies poniżej ostatnie niedobitki robactwa pakują się człowiekowi do domu, bo oczywiście ślepniesz jak najdłużej nad kompem byle tylko kurcze nałapać zimna na całą noc. W końcu jednak najlepiej się śpi po zimnemu! Robale i dźwięki latających talerzy. Kurcze, no nie da się nie myśleć o alienach. Nie ma mocnych, nie da się. Jakoś tak nadzwyczajnie zaczynasz sprawdzać na sobie bytność wszelakich implantów, tudzież wiecie, śladów po onych iniekcjach i innych tam poglądankach sekcyjnych… na żywca. Może korzystając z bytności kombajnów na polach właśnie wylądowali… szarzy jak zmrok letni, wszelako lekko zagubieni, bo miało być USA, a nie jest…

… i się gapią na nas. Widzą wszystko. Rentgeny mają w ślepiach.

Z drugiej strony, kurcze, no czemu nie? W końcu każdy chce na Wyspę… a przynajmniej wielu tak uważa. Jedni twierdzą, że kuchni u nas najlepsiejsza, innych zachwyca i przyroda i cisza, aczkolwiek możliwe, że nie widzieli Wyspy pełnej motorów i ciężarówek. Ech… a cała reszta nie ma wyjścia.

IMG_9150 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne Potańcówki… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Początek…

„… no od środka.

Serio, ludzie jakoś niczego nie zaczynają już od początku. Zwykle od dupy strony, niektórzy odrobinę mądrzejsi od środka, ale od początku, to nie. Za nic na świecie. Jakby początek nie miał już sensu i znaczenia, jakby to wszystko było już naruszone, wymiętoszone i odpakowane. Jakby nie istniał start, ale za to finisz przejmował wszystkie końce. Jakby kurcze naprawdę nikt nie miał pojęcia o kolejności działań, zajęć i takich tam… i chyba dlatego się wprowadził. No on… Pan Początek.

Siedzi sobie taki dziwnie niepewny własnej cielesności. Może i nie jest do niej przyzywczajony, może i jest zaskoczony otoczeniem, ale jednak… jest dziwniejszy niż wszyscy w Sklepiku z Niepotrzebnymi. Jakiś taki porządniejszy, sweterek ma zapięty po ostatni, a może i pierwszy guzik, do tego spodnie na kant, szare, koszula biała, ciemny krawat. Kapelusik z wstążeczką dokładnie do niego przylegającą. No i ta chusteczka. Co prawda ściska ją teraz w dłoniach, dopiero odłożył teczkę, z którą przybył, pasującą do jego małej walizeczki na kółkach, ale taka była wyprawsowana, biała z niebieskim szlaczkiem. Taki jest tkliwy, a z drugiej strony dziwnie niepewny siebie, jakby nagle to właśnie początek był największą niewiadomą. A może…

… początek już nie istnieje?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3505

Z cyklu przeczytane: „Krwawa kampania” – … i środek. No dobra, zwykle środki serio, jakoś takie są słabe. I wiecie co, w tej trylogii jest jak w innych. Słabiej, a jednak… Ktoś nazwał to historią o ćpaniu, i miał rację, chociaż… Oni już nie biorą!!!

Widzicie. Wszystko się właściwie zrypało. I to tak na maksa. Wydaje się, że nic nie może się udać, więc jakoś tak… starają się tylko przetrwać. W końcu, jak mają żyć bez wodza? Uprzedzenia narastają. Wszelkie moce sprzeciwiają się nawet swoim wierzycielom. Zagrożone jest wszystko… i co teraz?

Dobra powieść. Może i nie nowatorska, chociaż boskie wstawki są niesamowite, chociaż niektórzy bohaterowie naprawdę powalają, to wiecie… to wciąż tylko rozprawa między bohaterami, a całą resztą świata. A jednak… wciągnęło mnie.

IMG_8154

Fabryka Słów oczywiście wydała tę trylogię z kartą!!! Kurcze, wszystkie trzymam w książkach, ciekawe ile ich mam? Nie mam pojęcia, a dostać się do książek… ekhm, w moim przypadku bardziej niż trudno.

Może kiedyś sprawdzę…

Trzeci tom przede mną!

IMG_8156

Ochłodziło się.

Serio, cudownie się ochłodziło. Nie mogę się nacieszyć oną pogodą, no naprawdę. Wciąż bym gdzieś łaziła i oddychała latem. A może raczej… już wczesną jesienią? Bo widzicie, z jednej strony to wciąż lato i ciepło, ale z drugiej, na polach już żniwa. Z tej strony mocno wysuszone, z drugiej, jakieś takie wszystko niemrawe. Borówki w tym roku też w mniejszych ilościach… nie rozumiem tego świata. Znowu musieli coś rozpylić, bo ni pszczół, ni motylków. Ech… przyznają się pewnie tak, jak rok temu. Tylko, że dopiero po czasie… a bzykaczy brak.

Woda czyściutka, ciepła, spokojnie można skakać, nawet, jeśli trochę czasem pokropi. Dziś przy spacerze towarzyszyli mi połowiczni nagusowie. No wiecie, chłopaczki się ścigały na wąziutkich, kystowych ścieżkach. Takie to było… pierwotne. Rozebrani do pasa, przepychający się, targający… wiecie, zwyczajowe, porównywanie penisów. Ale cywilizację mamy, więc głupio tak wyciągnąć, no to się ścigają. Dwóch biegnie ramie w ramię, a trzeci, no cóż, może miał jednak za długie te gacie?

Może?

Na ulicach więcej Niemców. Starsi panowie i panie przesmykują się dróżkami, tacy dziwnie skupieni. Tacy jakoś wkurzeni. Dziwnie… no kurcze, dziwnie jakoś tak mało ktokolwiek uśmiechnięty. Wszyscy spięci, jakby każdemu w kieszeni Endomondo pipkało, przymuszając do szybszego marszu, dłuższych kroków. Albo ci ludzie z kijkami. No serio? Nie… pewno, że rozumiem chodzenie z kijami, ale to rytm jest, pęd, a ci ino idą, no i noszą sobie te kijki. Czasem któryś się podeprze, ale ino co by pokazac metkę przy palikach i szeptem wyrzucić z siebie, ile to za nie zapłacił.

IMG_3542

Sama wybrałam się na wycieczkę na stare…

Dziwnie było przejść ponownie ścieżką, którą człowiek łaził dwa lata… i wciąż tęsknił za Gudhjem. Siadał na skałach i marzył o tym dniu, w który po prostu będzie mógł być tam. Na horyzoncie, po prawej… i wiecie co? Wszystko jest tak diametralnie inne. Nie znalazłam znajomych kamieni, ten w kształci misia wyglądał dziwnie niegroźnie, a inny, w tórym pluskały sie mikre trolliki, zniknął. Za to jeżyny obrodziły! Idźcie na skały i jedzcie! Brudźcie się ową czerwanowościa krwistą…

Smaczne są!!!

Gdy tak człek sobie podje przy drodze, to jakoś mu się przeciera pod kopułką i nagle myśli ostrzej. Zauważa trąbę powietrzną i miraże namorskie. Nagle każda trawka i krzaczek to znane zioło, nagle każdy listek do czegoś się przydaje… a potem przypominasz sobie, że nie próbowałeś jeszcze fish and chips w Svaneke. GENIALNE!!! Serio!!! Frytki v-kształtne, ziemniaczanki, ale smażone tak, że kurde rozpływają się w ustach, podobnie rybne klocuszki, oczywiście w panierce, ale łagodnej, mącznej. Do tego drewniany widelczyk, romulade i oczywiście cząstka cytryny…

Przyznam się, że dawno nie jadłam czegoś tak dobrego. I raczej nie dlatego, że na świezym powietrzu, na skałach, z widokiem na latarnię morską. Oj nie. Silden jest kapitalne!!! Maciupa klitka, jedzenie oczywiście na wynos. Dostajecie wszystko w czadowej torebce papierowej, malowniczo wywiniętej… siadasz sobie w spokoju i czujesz jak to wszystko rozpływa ci się w brzuszku. Ryba genialna. Cudnie doprawiona, bez przesady. Soczysta w środku, wilgotna, jakby w sosiku…

MNIAM!!!

Widzicie, w ogóle mięso mnie nie rajcuje od dawna, ale to było coś, co jakoś mnie przywoływało od jakiegoś czasu… i było genialne. Naprawdę. Dzikie i dziecinnie radosne. Takie jakoś pierwotne, a jednak… dziwnie wykwintne. Oczywiście, dla chętnych zestaw z piwkiem. No wiecie! LOL

IMG_3903 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Początek… została wyłączona

Pan Tealight i Księżyc…

„Nie mogła z nim. Wkurzał ją… nawet wtedy jak był ino tą chudziną, jakoś tak bardzo ja wkurzał. Wkurzał tym, że tak łatwo mu szło chudnięcie, ale też, że z taką nonszalancją zbywał swoje tycie. Wkurzało ją światło i cała ta tajemniczość.

No wkurzał ją!!!

Nie widziała w nim niewinności poddanej zmianom, przymuszonej. Nie umiała zobaczyć nieszczęśnika, który nie panował nad swoim ciałem. Odosobnionego na tej całej niebiańskości, dziwnie innego od gwiazd, nie pasującego do Słońca też. A na dodatek… kurcze, czy on w ogóle chciał odbijać to światło? Serio? Czy ktoś się go pytał? A tak w ogóle, to czy to jest on, czy jednak ona? Czy ktoś to sprawdził? No wiecie, pomacał, poprosił o odkaszlnięcie, jakoś tak… Czy spytał się o stosunek do barw pastelowych, wyprzedaży i malowanych paznokci…

Nie mogła…

Wkurzał ją, wpieniał i ogólnie doprowadzał do jakiegoś rozstroju. Żołądek jej latał, w głowie furkotało, no i jeszcze to światło. Nagminnie takie nachalne, okrutnie wdzierające się do głowy, jakoś tak rozbijające wszelkie myśli i wspomnienia, przywołujące koszmary i oczywiście… jakoś dziwnie wygrzebujący z duszy to, czego się człowiek wstydzi i jakoś tak stara się to z siebie wyrzucić, wytłuczyć, wydusić, niczym uporczywego syfa, co sam z siebie nie chce wyskoczyć…

Nie mogła z nim żyć!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4817

Z cyklu przeczytane: „Zero” – … i tak. Oczywiście, że powinniśmy, że łatwiej panować nad tym, co sprzedaje się światu, przecież i tak mają nasze dane, a jednak… czy na pewno? Nie jesteśmy bezpiecznie w sieci, ale przecież się na owo niebezpieczeństwo zgadzamy? A może jednak nie? Może w rzeczywistości JUŻ nie mamy innego wyjścia?

Oto druga powieść autora „Black Outu”. Dobrej powieści. Naprawdę… Ponownie inna narracja, trochę sucha, męska miejscami aż nadto szowinistyczna, ale przecież nie specjalnie. On zwyczajnie tak pisze, taki ma styl. Nie roztkliwia się, jest dosadny, nie upiększa, stroni od poetyckości… kurcze, dobrze się go czyta, a nie podejrzewałam samej siebie o takie uwielbienie dla… No właśnie dla czego? Dla wiedzy? Bo przecież właśnie tym są powieści tego autora. Nadmiarem wiedzy. Kopalnią wszelkich technicznych nowinek… a ja nawet nie lubię internetu!!!

Polecam. Nie tylko tym, którzy naprawdę się boją owej inwigilacji sieciowej, nie tylko tym zakochanym w necie i klawiaturach, w nowinkach technicznych… ale i tym, którzy nawet siebie nie podejrzewają o takie zapędy. Bo choć tak naprawdę koniec tej książki dobija, w końcu na nic już wpływu nie mamy, to jednak…

Warto. LOL

IMG_4373

I ciąg dalszy sprawy z Gandalf.com. A bo jest ciąg dalszy. W końcu dosłali książkę, której nie wsadzili w paczkę poprzednim razem. Może i ktoś zauważył, że wcześniej wszystko ważyło 5 kg, a teraz 4.60 kg, i że jednak mi się nie przewidziało… nie wiem, ale po telefonie Chowańca, które sie wkurwił maksymalnie i zaczął przemawiać tym swoim DOROSŁYM głosem… a straszny ma ten głos, jak wychowawca w szkole, albo ten nauczyciel, którego cenisz, ale boisz się przerażająco…

IMG_5335

No to poza książką, za którą zapłaciłam, był kubeczek – a ja mam fioła kubkowego – i takie tam różne pierdołeczki: linijka, ołówek, 2 bryndzoletki i kilka magnesów… niby nic, a jednak cieszy, co nie? Of course był też karteluszek z kuponem rabatowym. Widać męski, dorosły głos działa bardziej, w szczególności tekst w stylu: poproszę z kierownikiem… Ech, czasy się nie zmieniają.

IMG_5327

Wiecie… niby ładnie z ich strony W KOŃCU, że w ogóle to zrobili, ale… absmak pozostaje. Sorry, ale moje miesięczne datki na książki jednak postaram się kierować w inną stronę. Was pozostawię sobie tylko na momenty, gdy nie będzie już innego wyjścia. Przerażacie mnie, a ja nie lubię się bać, stronię od konfliktów, a tutaj przecież chodzi o książki, to wszystko nie powinno być tak stresowe, a już ta pyskówka Waszych Pracowników… To nie dla mnie.

IMG_5328

A u nas wieje…

Wyspa pięknie wieje. Serio, przepięknie!!! Wszystko macha, wszystko się miesza, niziutkie traw dotykają się, szurają, zdają poddawać powietrznym mocom, ale… też za każdym razem powstają. Jakby chciały udowodnić, że mogą, że uległość jest odpowiedzią na tak wiele. Ale czy na pewno? I te wrzosy. Piękne takie, kochane i mechate. Niczym małe choineczki, które postanowiły jednak nie decydować się na wysokości, ale skupić się na kolorach. Lekko różowate, niektóre fioletowe, albo te jaśniejsze, kremowe, może i białawe… i ta zielonkawość, i ono odradzanie się wz suchości… bo przecież mimo tych nibyopadów, jakoś tak… wsio suche.

Piaszczystość unosi się nad skałami, gdy wspinam się, by popatrzeć i na morze i Hammershus. Z dziwną tęsknotą i smutkiem spoglądam na ścieżkę, która już nie istnieje. Wybrzeże się zmieniło, ale też i odkryło mocniej te tory… tory, niegdyś używane, teraz dziwnie zawieszone nad wzburzonymi falami. Tyle w tym wszystkim historii, tyle dźwięków, tyle opowieści. Kiedyś było tutaj inaczej. Ale pewno i wtedy były owe skarłowaciałe drzewinki i krzewinki. Dąbki i brzózki, gąszcze jagodzińców, róż, borówek wszelakich i jeżyn. Na wąskiej, skalistej ścieżce mija mnie biegacz, potem kolejny. Z góry schodzi rodzina z dziećmi… ot życie.

Gdy jednak znikną ci inni, ci obcy… znowu jestem sama. Ja i wyrazista linia pomiędzy ziemią a wodą. Niebem, a wszelkim tym, co wietrzne. Niskie trawy, dziwne dźwięki. Wszystko lekko drży, ale i dziwnie rozpościera się pośród onego drżenia, jakaś taka spokojność. Jakaś taka normalność. I dzikość… Ścieżka biegnie i wyżej i niżej, czasem trzeba się przytrzymać traw, czasem jednak mocniej zaprzeć się nogami. Patrzec uważnie w dół, tam gdzie kamienie i korzenie, lekko już wyślizgane, niczym cudowne, miniaturowe rzeźby… zachwycające.

A w górze błękit oczywiście i chmura deszczowa gdzieś na horyzoncie… gdzieś tam.

IMG_5364

No i owcze bobki, oczywiście… Ha ha ha!!!

Jak najbardziej jestem za tym „cudownym wynalazkiem”, wiecie co by wypuszczać na zielone owce. By zwyczajnie nie martwić się koszeniem traw, by po prostu działać naturalnie. Ale nazywanie tego ekologią mnie mierzi. Wychodziłoby na to, że serio coś z nami jest nie tak. I to bardzo…

Wyspa z owieczkami zbłąkanymi pomiędzy drzewami i skałami, papusiającymi te trawki, kłębiącymi się dookoła zbiorników z wodą, tymi naturalnymi i tymi podrzuconymi przez ludzików… wygląda tak niesamowicie idyllicznie. No dobra, sheep droppings – choć to też nazwa czekoladowych cukrasków – nie pachnie różami. Jak wdepniesz, w końcu będziesz musiał się obczyścić, ale nic to. Zwyczajnie… taka kupa przypomina ci o tym, że musisz na skałach nosić dobre buty, a nie kurna japonki! Nie wybierasz się w drogę w dziwacznych klapeczkach, to nie ma sensu.

W końcu, jakoś tak zabłąkuję się w tej pomiędzycości… niebie, ziemi, horyzoncie pofalowanym, tej chmurze mnie goniącej. Błąkam się, ale mam Chowańca. Chowańca, który jest wyższy i widzi już coś. I wie, gdzie iśc. A może i on tylko na czuja idzie… kto go tam wie. Mniejsza z tym, walić pytania, idę za nim i już ją widzę. Latarnię. Już niepotrzebną, już uznawaną za zabytek… dziwnie smutną, ale i lekko poruszoną okazywanym jej przez ludzi zainteresowaniem. Może nie jest tak źle Panno Latarnio? Może i statki mają dziwne maszynki, ale prawda jest taka, że zobaczenie Ciebie było moim wybawieniem. Moim własnym! I moich umęczonych nóg.

Któż by pomyślał, że to tak daleko.

Któż by pomyślał, że każdy krok może tak zachwycać! Któż… może i powinnam była? Przecież zawsze mnie Wyspa zaskakuje. Zawsze! Teraz też, gdy zbiegam z góry, która nagle zdaje się być taka niewielka. Serpentynową ścieżką, po prawej owce, po lewej owce, do tego jeszcze kilka ludków. Skręcam tu, potem znowu… dwa domki, może trzy… ciekawe jak to jest, tak mieszkać w dziurze otoczonej skałami wiedząc, że tuż za nimi morze… Potem jezioro. Jedno i drugie, gromada ludzi i znowu… i już za chwilę znowu port. I fale i łódki… i podobno mają tutaj dobre kanapki!!!

IMG_3373 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżyc… została wyłączona

Pan Tealight i Po ciemnym…

„Jak mówi się w języku ciemności?

Jak się w tej dziwnej mowie dyskutuje? I czy serio, nie można gadać o słonku? Podobno nawet nie mają określenia na nie… podobno. A jednak ciemność ma swój język. Miękki, dziwnie słodki, lekko atłasowy, pachnący gęstwiną w końcu się chłodzącą i oczekiwaniem na sny. Tchnący odpoczynkiem, ale i dziwnym zabieganiem wnętrzności, bo przecież coś się tam jeszcze trawi, coś tam się jeszcze kotłuje, coś jeszcze… się rusza. W końcu tak naprawdę, to co w nas zasypia? Czy poza zamkniętymi oczami… ale przecież one się poruszają, więc nie śpią… to może myśli? Nie, te też krążą, głowa nie śpi, serce nie śpi, dusza harcuje…

A jednak ciemność istnieje. Oplata nas, spowija, wkrada się w pory skóry, zmusza nas do spowolnienia, ale i oddechu. To czas skrycia, zakrycia i pewnego pozwoleństwa na to, co za dnia raczej nie uchodzi. Raczej… ale ciemność też jest pełna szeptów, pioseneczek i dziwnych poezji. I chociaż je rozumiemy, wiemy, że nie jesteśmy w stanie porozumieć się w tym języku. Nie płynnie. Latem dziwnie mniej, zimą prawie przez całą dobę, ale wciąż, jakoś nie do końca. Jakoś nie w pełni.

Język ciemności jest miękki i nader czuły. Dziwnie pobłażliwy, zaskakująco senny, ale przecież i stymulujący. Włączający nas do innego świata. Innego i całkiem zaskakującego, jeśli tylko potrafisz dać mu się porwać. Jeśli tylko zrzucisz prawa i obowiązki, jeśli tylko po prostu sobie na to pozwolisz. Jeśli odrzucisz i to i tamto, oraz to, co pozwala ci czuć się w pełni bezpiecznie, bo przecież… ciemność, to czas szaleństwa. W niej każdy jest piękny. Każdy ma idealne ciało, każdy jest mistrzem.

Każdy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0861 (2)

Z cyklu przeczytane: „Hrabina” – … ona. Elżbieta Batory. Tyle tych legend, tyle opowieści. Tyle… nieprawdy? A może jednak tylko tyle innego spojrzenia na tamten, zaprzeszły świat. Świat, w którym kobieta była kobietą wyłącznie z mężczyzną, a religia, cóż, to całkiem cos innego.

Oto opowieść o dziewczynce, kobiecie, o Węgrach. O pannie, spoglądających na swoich rodziców, marzącej, dziewczynie, która zostaje odesłana do przyszłego męża. Tej, która czeka, cierpi, która się uczy… aż w końcu pokazuje samą siebie. Taką, jaką jest naprawdę. Okrutną? A może wyłącznie zagubioną? Walczącą o rodzinę? Poświęcającą się dla dzieci? A może jednak… chorą psychicznie?

A może tylko… takie były czasy?

Spójna i nadzwyczaj pusta. Zdawałoby się, że powinno być w niej coś więcej, coś bardziej szokującego, a z drugiej strony, co jeśli to wystarczy? Co, jeśli te zwłoki są dowodem na jej obłąkańczość? A może jednak to była magia? Tylko i wyłącznie magia? Nie wiem… ale ta powieść pozwoli Wam samym stworzyć sobie jej obraz. Takie, tylko dla was, bo przecież prawda leży gdzieś pomiędzy. A nawet jeśli nie będzie to prawda, to przecież zawsze będzie to opowieść o tamtych czasach i tamtych ludziach, a to zawsze jest maksymalnie intrygujące. Pasjonujące nawet…

IMG_4375

Wieje…

Wieje, a co za tym idzie na morzu tworzą się fale. Te porywające ludzi, te przyciskające cię do piasku, te bijące, szamoczące tobą… ale ludzie jakoś zapominają o sile morza i fal. Z jakąś dziwaczna łatwością starają się udowodnić swoją potężną wyższość nad tym co powietrzne i mokre. Może i daną im od boga, może i od świata, może i przynależną ich płci… robią to niezależnie od szerokości geograficznej. I dlatego przez godzinę latał nad nami wielki helikopter i oczywiście nagromadziło sie ambulansów w porcie. Bo znowu ktoś pomyślał, że mu się uda. No i udało, ale…

Właśnie, zawsze jest to ale…

Kajakarza wyciągnięto, ktoś tam inny też się uratował, więc wszystko w porządku, czyż nie? Tylko, czy na pewno? Bo przecież dlaczego wciąż i wciąż staramy się udowodnić naturze, że jesteśmy ponad nią? Jesteśmy lepsi, niż ta Wyspa? Jesteście? Ale dlaczego odczuwacie taką potrzebę? Potrzebę korony na głowie, berła, władania, rozkazywania, bycia na widoku, na bitej w zakłamanym srebrze monetce…

Dlaczego?

Wyspa jest dobra. Wyspa jest miła i kochana i serio, udowadnianie jej, że jest się kimś lepszym, to proszenie się o problemy. Przypomnę Wam Eurowizję sprzed kilku lat i duńską reprezentantkę, która tutaj właśnie się do niej przygotowywała, by potem powiedzieć, że ma Wyspę gdzieś… skończyła na zaszczytnym pierwszym miejscu. Od końca oczywiście, a jak myśleliście. Wyspa to kobieta. Zawsze pamięta!!! I podobnie jest z całą Naturą. Znosi te małe kopnięcia, one puszenie się dwunogów wkurzających, ale z czasem puszczają jej nerwy i robi BUM!!!

Jakbyście wszyscy nie potrafili zrozumieć, że jesteśmy jedno…

IMG_0634

Fale…

Wszystko to, cała ta wietrzność przypomina nam o zmienności. O pływach, przypływach i o tym, że kurcze nadmiar myślenia jest koszmarem!!! Serio, czasem lepiej sobie oszczędzić to klekotanie pod kopułką. Czasem lepiej pójść w las i nażreć się jagód, a obrodziły na Wyspie, Co dziwniejsze, wciąż jeszcze są na krzaczkach! Zwykle raczej ich nie spotykam, zwykle jakoś tak… mi umykają, a w tym roku jest ich cała masa i są… raczej kwaśne. Jakby ten nadmiar słońca jakoś do nich nie dotarła.

Spaceruje sobie człowiek po tych najmniej uczęszczanych miejscach i jakoś tak czuje się radośnie. Po prawej mokradła, ścieżka pełna korzeni, ale przytulona do głazów i głazików, kamieni i jaskiń. Nawisów i tych omszonych, pełnych jagodzińców łączek. Cudownych takich, niesamowitych, pełnych owoców. Ale te skały i te brzózki i cała ta pełnia zielonkawości i ten wiatr, szepczący, głoszący, śpiewający… i te oczka wodne. Tutaj zarośla, tam znowu lilie wodne… i nikogo. W górze ptaków śpiew, tam znowu jakiś rogaty jegomość coś pogryza. Cudownie.

Kocham się błąkać po tych mniej uczęszczanych miejscach. Są takie… baśniowe. Bajeczne i legendarne. Zdaje się, że to nie skały, nie odmowa poddania się grawitacji, ale gromada brodatych gości, którzy właśnie mieli się rzucić na tych z drugiej strony bagienka, ale coś się stało. Coś ich zatrzymało i jakoś tak… przestali, opuścili broń, maczugi, łuki i pierun wie co tam jeszcze i wtedy, skamienieli. Może i kiedyś się przebudzą, może i kiedyś ponownie zakrzyczą, ale na razie chyba stali się pacyfistami. Pewno to wina Wyspy, ale… z drugiej strony, kto ją tam wie? Na pewno coś namodziła, na pewno, jeśli się jej nie spodobało, zwyczajnie przestała, ale dlaczego oni? Dlaczego ich zatrzymała?

Przechodząc koło bagna mijasz nie tylko nagle wyskakujące żabki, ptaki podrywające się do lotu i ważki: niebieskie i czerwone, takie niesamowite stworzenia, takie skrzydlate, a jednak falliczne, świntuszki no… Bagno zawsze przypomina mi o ofiarach. o bóstwach domagających się zwłok i połamanych elementów uzbrojenia, żywności oraz tego, co dla ludzi najcenniejsze w tym momencie. Bagno… niby coś dziwnego, niby niezupełnie zrozumiałe, a jednak… bez niego byłoby gorzej. Inaczej…

Mniej bajecznie. Nienaturalnie.

IMG_0577

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po ciemnym… została wyłączona

Pan Tealight i Drzwi Zamykające…

„Bo tak jak były te, co otwierały, były i te co zamykały, a jeśli ktoś pomylił kluczyk, cóż, wtedy nic się nie działo. Poza reklamami i ulotkami wszelakich religijności, które zapychały wszystkie dziury… wszystkim równolegle, równocześnie i do końca, drzwi miały swoje prawa, obowiązki i wyższe związki.

Te, które otwierały, robiły wyłącznie to. Nigdy nie zamykały, choć ludziom wydawało się inaczej. Wiecie, tak to już z ludźmi jest, że zdaje im się, iż wszelkie rozumy pożarli. Jakby to kurna było coś smacznego… jedliście kiedyś móżdżek? Kiedykolwiek? Ale bez przypraw, o nie, żadnych ziółek, soli i innych cudactw, ino ona szarawa masa, trzęsąca się, właściwie wciąż pełna cudzych myśli… No właśnie. Drzwi otwierające zawsze były gotowe by się rozpiąć w pomiędzyświatach. By kogoś wpuścić, choć niekoniecznie, by zwyczajnie nie sprzeciwić się… ale musiałeś mieć klucz. Ten otwierający, bo przy wciśnięciu zamykającego drzwiom robiło się niedobrze i był to całkiem marny widok.

Te, które zamykały… cóż. Zawsze były pomiędzy otwarciem a zakluczeniem. Zawsze jakoś tak… widzicie, otwartym zdarzało się może być tylko uchylonymi, ale tym zamykającym, jakoś tak nigdy do końca nie zdawało się być zamkniętymi. I ta sprawa z kluczem. Cóż, tutaj nie do końca i nie zawsze działała. Widzicie, z zamykaniem był ten problem, że jeżeli już się wydarzyło, tak do końca, cóż, raczej jakoś tak nie można było tego odwrócić. Nikomu się jeszcze to nie udało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2080

Z cyklu przeczytane: „Poskromienie królowej” – … ona. Ostatnia. Kurcze, nawet nie wiedziałam, że nie myślano o niej w ten sposób. Że planowano inną. Że on wciąż chciał. Że… był takim szaleńcem.

Ostatnia powieść Gregory to obraz życia ostatniej z żon Henryka VIII. Katarzyny Parr. Kobiety-pisarki. Zakochanej, cierpiącej, ciągle prześladowanej przez te poprzednie. Ciągle czekającej na wyrok… a myślała, że stary władca nie będzie już o TYM myślał. Nie mogła powiedzieć: nie. Nie królowi, ale te kilka lat, to jej własny koszmar, ale też i spełnienie. Bo przecież w końcu zaczęła pisać…

Katarzyna Parr jest inna nić w ekranizacjach. Bardziej spokojna, renesansowa, dziwnie przerażająca w sowich wizjach ich pięciu: Katarzyny, Anny, Jane, siostry króla i Katarzyny. Poprzednich władczyń, z których tylko dwie były koronowanymi. Regentki, która poza wiarą miała tak niewiele. Ale też tej, która przeżyła.

IMG_4283

Kocham Garfielda, tygrysa kocham, kocham Kajka i Kokosza, Papcię Chmiela oczywiście i… kocham Fistaszki.

Po raz pierwszy zetknęłam się z nimi wieki temu, w czasach, gdy nie były tłumaczone, gdy dotknąć można je było wyłącznie poprzez jakieś dziwne materiały reklamowe przytargane z USA. Zakochałam się w tej kresce i bohaterach. W Snoopym i Woodstocku nie pojmując ich polityczności i całej tej otoczki dorosłości. I tak, starzeję się wraz z nimi coraz mniej pojmując z życia… Czekałam na ten film i nie zawiodłam się. Jest spokojny, mądry, miejscami zabawny, ale też nieprzystający do współczesnych kreskówek.

Właśnie taki, jakim powinien być, co oznacza, że może się Wam nie spodobać. LOL

IMG_4265 (5)

Rzadko wychodzę nocą dalej, niż dookoła domu.

Bardzo rzadko nawet.

Nie sporadycznie, ale wiecie… rzadko. Ale tym razem goniłam światło i wiecie, jakoś tak zostałam. Zostałam tam pośród zapadających ciemności. Wszelako gdzieś pełgających, gęstniejących cieni. Tak jakoś. Zostałam, bo przecież czemu nie? Obok mnie wyłacznie ci, którzy jeszcze nie zasnęli. W rozświetlonych wciąż, a może tylko jeszcze, knajpianych oknach widać tylko kelnerów i sprzedawców. Siedzą sobie, śmieją się, sprzątają, szykują się na jutro. Gdzieś pojedynczy, dojadający osobnicy, tam ktoś się zasiedział, tam znowu już umykają do wynajętych pokoi…

Idąc tak uliczkami miasteczka słychać dość cichą muzyczkę i po prostu ludzi. Ci coś jeszcze jedzą, tamci przysnęli przy dogasających polanach… oświetlających fale. Ten budynek oświetlony, lampki przy ulicy działają, ale nie wszędzie. Bo i po co. Tutaj kolorowe lampeczki na restauracji, tam znowu cudowna ciemność, a wszedzie, właściwie w każdym oknie, brak zasłonek. A tak, na Wyspie sporadycznie się je spotyka. Może zazdrostki, może jakieś cuda na parapecie, może względne osłonięcie, ale firanki i zasłonki… nie. Czasem rolety, wiecie od słońca, ale nocą odsłonięte.

Jest w Wyspie jakaś taka nagość. Ekshibicjonizm, a może mało zrozumiała przez tych wychowanych za zasłonkami, firanami, wiecznie wkurzającymi żaluzjami i jeszcze oczywiście pranie tego wszystkiego, prasowanie firanek! Kurde, wiem, że niektórzy wieszali to cholerstwo na mokro, no ale… a takie pożółkłe… bleeeee!!! Może więc bezzasłonkowość jest właśnie odpowiednim wrażeniem?

Może?

IMG_7187 (2)

A za oknami oczywiście ludzie.

I te wnętrza domów, tak łakomie na nas spoglądające. Może tak naprawdę to nie my możemy zajrzeć w ich wnętrza, podpatrzeć półeczki i bibeloty sobie pooglądać, a one popatrzeć na nas? Może i tak, no i co w tym złego. A te lampeczki, oj takie cudne. Te tealighty wszędzie, ta nastrojowość i ciemność, której nie odbiera się panowania nad nocą. W końcu jasne noce odchodzą w przeszłość…

Za oknami oczywiście życie. W większości turystyczne, wakacyjne. Tutaj ktoś się kładzie, tam ktoś szuka ręcznika, albo wiecie, wdrapuje się po tych schodkach, które na Wyspie są przerażająco strome. Niskie budynki sprawiają, że nie da się inaczej. Mała przestrzeń narzuca swoje kształty. Lekko nas zgniata, lekko i modeluje, tu przygniecie, tam znowu przytnie, skurczy…

Na małej Wyspie w sierpniu zmrok zapada w zaskakująco przyśpieszonym tempie. Jakoś tak lipiec nas rozświetla, więc zapominamy, że noc jest zwyczajna, że noc jest jakaś taka… no wiecie, normalna. Że naprawdę się robi ciemno i w końcu trzeba wrócić do tych lampek i przez chwilę znowu myślę o tych, co nie mieli elektryczności, no i jak fajowo im się mniej pracowało. Wiecie, chodzenie spać z kurami, wstawanie jednak już wtedy, jak coś widać… a zimą w ogóle sen… Ech, no może nie tak słodko, ale jednak wiecie, jednak nie mieli tyle światła, więc mieli więcej spania!

Ciemności… fajnie tak się w nich schować. Jakoś tak bezpiecznie i miękko, jakoś tak znajomo. Jakby… spokojnie.

IMG_9126

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Drzwi Zamykające… została wyłączona

Pan Tealight i Boska rozkmina…

„Jak im się udało? Chyba po prostu bardzo chciały podsłuchać tej rozmowy. Tak bardzo, że zdusiły się, pomniejszyły, skorzystały z mikrosanki, z napoju kurczącego i odrobiny tego balsamu na odchudzanie, co pachniał wieloznacznie…

– Stworzyłem sobie świat. Wiesz, całkiem dla zabawy. Mam małe zwierzątka, uczę je czegoś, jak mnie wkurzają zabijam, daję im coś, zabieram, jak w szachach. Zabawa w dobrego i złego glinę. Ze mnie to ściągnęli do seriali. Wiesz, tu ja, tu Szatan, a tak naprawdę jedno. Ciągle ja. Złażę na ziemię, chcę z nimi pogadać, wziąć udział w zabawie… Nawet mnie nie wysłuchali, już nawet nie mówię o rozpoznaniu, nawet… Zacząłem coś głosić, okazuje się, że obrażam ich uczucia religijne… cieniasy. Wdzięczności za nic… ci podtykają krzyże, tamci księżyce.

Nie rozumiem ich z tą różnorodnością. Ciągle im mało, nic w tym złego, ale serio… bóg od tego, bożek od tamtego, samych Marysiów mają setki. Ta dla tego, tamta tamtego, a ta mniejsza, a ta większa, a ino ta spełni każde Twoje życzenie, niczym pierniczone złote rybki, które najlepsze są w kurkowym sosie. Wiesz, no żółty do żółtego, myślałem, że ktoś zakmini, że spróbuje, ale nie…

I tyle ich… produkują się, jakby to miało ino sens, no wiesz ilość nie jakość. Zamiast czegoś dopiąć, osiągnąć, jakoś tak wypróbować siebie samego, stanąć na wyżynach własnych umysłowości, to nie, dupcą się ino i produkują. Oj pewno, że są wyjątki, ale one ino wyją, głos się niesie, ale ponieważ nikt go nie słucha, na co w ogóle ten cały głos? No na co ono wycie na puszczy… Na co to wszystko?

Czy myślę, żeby ich zniszczyć? Tak. Myślę głośno, donośnie, coraz częściej, ale potem wiesz złażę na oną ziemię i patrzę na te jednostki, którym się chce, i którym rozum jakoś nie przeszkadza i kurcze… szkoda mi ich. Taki jestem miękki, a mówią, żem groźny i władczy… a przecież chodziło tutaj o podobieństwo, tego jak onych kurek chyba też nie skumali, co nie? Może sam jestem głupcem…

A Pan Tealight ino siedział, słuchał pilnie i kiwał swoją szarą głową. I choć oczu jego nikt nigdy nie widział, to na pewno świdrowały one małe podsłuchiwaczki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9136

Z cyklu przeczytane: „Grim 3” – … bo czasem się udaje. Wiecie, czasem się udaje po prostu wydać całą serię. I to serię sporych tomisków. Magicznych…

Oto finał opowieści o Grimie, niesamowitym facecie, który jest gargulcem. No pewnie, że tak, a co, można? Można! I on jest. Oto historia jednocześnie z naszą istniejącej, magicznej krainy i jej problemów. Oto jest opowieść o władzy, pragnieniach i miłości oczywiście. Z jednej strony młodzieżówka, z drugiej, spodoba się wielbicielom zwyczajowego fantasy miejskiego. Oto…

… po prostu fajna historia. I na dodatek smacznie obszerna w liczbie słów. No wiecie, mocne tomiszcze, bardzo mocne i grubiutko milusie! Takie, w które można się zatopić, a potem dziwnei spoglądać na dachy budynków.

Bo przecież wszystko może sie zdarzyć, czyż nie?

IMG_1953

Po problemach z Gandalf.com… ryzykuję z Empikiem. Zobaczymy co z tego wyjdzie, na pewno promocja na wysyłkę za granicę jest ważna. Książki zamówione doszły – promocja płać za 2 weź 3, więc kurcze okazja… szybka reakcja, od razu mają kasę, szybko wysyłają, pakowanie wiele do życzenia pozostawia, ale widać cena zobowiązuje.

IMG_4364

A na Wyspie lekkie ochłodzenie.

Znaczy serio lekki! Jest trochę chłodniej, czyli słonko walące lekko zasłaniają chmurki i czasem popada. Cudnie popada. A cała reszta nadal letnia. Woda ciepła i zachęcająca, a przynajmniej nie musicie się martwić o poparzenia słoneczne. Można połazić, pozaglądać do sklepików, nażreć się lodów, a potem popływać, pobiegać, pomedytować, czy zgłosić się na jogę w Gudhjem. Wiecie… wszystko można.

A jak widzą to miejscowi?

Miejscowi po raz pierwszy nie mogą dopchać się do kas w sklepie. Żadnego miejsca parkingowego pod warzywniakiem, a na dodatek pełności… a tak, w widoczny sposób zauważyć można mnogość większą Turyścizny. Jest ich wiele. Bardzo wiele nawet. Pełno i pełniuśko. Mam nadzieję, że wpłynie to pozytywnie na ekonomię tych, którzy z Turyścizny żyją. Naprawdę, ale sama… chowam się. Dobijają mnie ludzie i ukropy. I choć na naszej plaży żadnych parawaningów, to jednak wciąż… widać ludzi. Może i z daleka, ale jednak… częściej na horyzoncie, ale wciąż.

Czasem się zastanawiam, jak to będzie, jak rzeczywiście jakoś tak obniżą te ceny promowych biletów. Czy będzie więcej ludzi? Czy naprawdę będą przyjeżdżać też poza sezonem? A może to wszystko nie wypali? A co, jeśli wypali i mnogość człowieków nacechuje cały rok?

Kurcze?

IMG_2074

Wyspa pozostaje w dziwnym zawieszeniu.

Polityka, zmiany aury, pogoda i niepogoda, wszelaka różnorodność, ale i dziwne zamyślenie. I jeszcze oczywiście czekanie na to, co z tymi promami? Czy rzeczywiście będzie i taniej i lepiej? A może wcale nie? Kurcze… tak naprawdę nie ma innej drogi, ino promy. Oj, pewno, że mamy samoloty. Pewno. Ale jak się nimi poruszać z samochodami? No nie da się, no nie. A wszędobylskie rowery raczej kiepsko radzą sobie z falami i sztormami i ogólnie wilgotnością. Gdy tak człek spogląda na te, teraz zapchane, porty, to jakoś tak zaczyna się zastanawiać nad posiadaniem takiego rumaka nafalowego. Osz kurcze… wielki pies… Ech! No mówię Wam, że wsio na psy schodzi. Oczywista, że kocham czworonogi, a psy w szczególności, ale kurde jak widzisz nagle bestię takową przed sobą, a ty w gaciach dziubiesz w kompie, to trochę serce staje. Opajęczyniona bestia no. Widać prawo w stylu: pieski zawsze na smyczy, od jakiegoś czasu nie jest już uznawane za wiążące. A źle… przy tylu autach i rowerach, jak widzę te dzieciaki bez smycz i psy, to mam ochotę rąbać ich właścicieli.

Pewno, że idylla byłoby to, cobyśmy wszyscy bez onych smycz, ale sorry, nie da się tak! Pomyślcie trochę! No kurde, to nie trudne i nie boli!!!

Uwierzcie.

Bestia poleciała gdzieś, z wrażenia ręka mi zadrżała i nie mam czystej fotki, no ale, na szczęście nie wlazł z pranie. Fajny piesak. Taki wiecie, wersja nader spokojna, ale jak cię przytuli, to dech zabiera. Mocno zabiera. I te ślepia cudne.

Przestało się chmurzyć, znowu słonko wali… ech… Ale w końcu to natura, czyż nie? Nie możemy jej zmienić, choć innym się wydaje, że można.

IMG_8153 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Boska rozkmina… została wyłączona

Pan Tealight i Syrenieczątko…

„No połkła no…

Nie żeby specjalnie, dyć się zdarzyło, mogło każdemu, przecież to był przypadek, nielogiczny, całkiem nieobliczalny, ale akurat padło na nią. Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki. I trudno nie dodać… znowu padło. Może rzeczywiście ma coś w sobie, co przyciąga wszelakie cuda i wianki? Może zachętę jakąś wytwarza, a może jednak… no wiecie, taka już jest.

Mniejsza…

… zaraz po kąpieli wzięli ją na spytki i prześwietlania. Merlinowie z Podziemi i Nieświęci Mikołajowie zaczęli coś warzyć i mieszac, opłukiwać ją, postukiwać, prześwietlać, puszczać w nią bańki i świetlne zajączki, postawili ją przy jednorożcu, skąpali w święconej wodzie, która poza wypryskami na odkrytych częściach ciała i ogólnym wiedźmim wymiocie, nie zrobiły nic… Zaczęli ją nakuwać, upuszczać wszelkich ciecz, nawet chcieli ją ogolić, ale wtedy już jej nerwy puściły, zwymyślała im od Mengelów Czarodziejskich Światów i po jadowej, ocznej wypluwce, oraz kilku ciosach rozdanych czym się dało, wypełzła z Podziemi Sklepiku. Nie mogła jednak zakazać im obserwacji i dziwnych kradziejstw… To zniknęły jej włosy, to znowu dziwnie zaczęła bulgotać woda w Łiszingłelu… na odwrót, a potem, no właśnie, ktoś zaczął grzebać w śmieciach, a przecież nie było tam niczego, chyba?

W końcu dorwała ich wszystkich i zażądała wyjaśnień. Na początku kłamali. Oj w żywe i martwe oczy. Strasznie i przebrzydliwie. Wulgarnie i filuternie. Ale nie z nią te numery! Oj nie… gdy zaczęli pękać, na początku nie wierzyła. A może chciała się tylko oszukiwać przez dłuższą chwilę? No bo jak uwierzyć w to, że ma się w środku Syrenieczątko? No jak? Bulgoczące w sokach trawiennych. Nieumyślnie połknięte podczas wodnych rozkosznych zabaw? No jak? Zgodziła się na wszystko i w końcu jakoś tak je wydłubali z niej. Spokojnie – nie z TAMTEJ strony. Spokojnie…

Było trochę odurzone, może i lekko nadgryzione zębem kwasu, ale przede wszystkim wściekłe! Bo całkiem się mu w Wiedźmie Wronie podobało i nie chciało wracać do morza. W ogóle!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2080

Z cyklu przeczytane: „Czerwony rycerz” – … tak. To chyba mój bubel roku. Serio. Zdaję sobie sprawę z tego, że dopiero sierpień, ale ta powieść, jest straszna.

Najarałam się na nią jak dzik na wszelako miękkawą, trufle skrywającą powierzchnię. Wskoczyłam w jej objęcia zmamiona opisem i co… i nie, to nie jest to, czego obiecywała okładka. Oj nie.

Powieść jest ogromna, ciężka i trudna. Świat niby średniowieczny, rycersko-królewski, mamy ludzi i Dzicz, więc zdaje się, że nic nowatorskiego. Masa dialogów, lekko dziwnie przycięte opisy, ale co najtrudniejsze dla mnie… masa osób, każdy chce być pierwszym planem, autor przerzuca nas od jednego do drugiego, miesza. Chce być dziwnie wulgarny, aż nadto, co serio nie ma wpływu na fabułę… Jest on – Rycerz, twardy koleś z dziwną przeszłością, jest Królowa, Rycerz, Leśnik, potwory, zakonnice. Śmierć i drobina magii. Dziwnej, nieokreślonej do końca.

Powieść nie jest humorystyczna, jest ciężka, toporna. Niczym średniowieczna rekonstrukcja sprawek jakiejś krainy, ale przez te ciągłe przerzucania nas pomiędzy bohaterami, brak uwalniającej głównobohaterskości i króciutkie wstawki/rozdzialiki… nie, nie dla mnie.

IMG_6667 (2)

W końcu… serio, po koszmarnym miesiącu przepychanek z Gandalf.com… Tak, w końcu ponownie wysłali mi książki. Ponownie… ale oczywiście kurcze nie wsadzili wszystkiego. I ponownie to moja wina. Obsługa klienta na tak niskim poziomie, że do diabłów od spodu nawet nie stukają. Serio… Nie polecam. Nie zderzcie się nagle ze ścianą, gdy ktoś po drugiej stronie jest mega zadziwiony, że brak wszystkich książek, że pewno nie zauważyłeś. No jakoś Kornewa nie widzę…

IMG_4264

Pada.

Takie to niesamowite, że po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy mogłam założyć na tyłek portki. No wiecie, serio, gdy pracuje się na kompie można po prostu siedzieć w gaciach! Zwyczajnie. Nawet chyba gadając przez Skype’a. A już w szczególności przy tych upałach… ale w końcu trochę chłodniej. Pada cudnie, mocno i wyraziście. Pada taka jakoś, że aż chce się wyjść na dwór, a kurcze nie można. Wciąż jeszcze rąbią mnie zatoki po ostatnich pląsach z H2O.

Pada.

Człowiek mógłby po prostu zwyczajnie położyć się w drzwiach na tarasik i gapić się i cykać fotki i w ogóle… takie wiecie, nagłe odkrywanie normalności. Słońce-deszcz. Deszcz i słońce. Wszelakie mokrości, suchości, żniwa. Mam nadzieję, że zebrali to, czego słońce nie wypaliło. Strasznie to dziwnie wygląda z takimi przedwcześnie wygolonymi międzymiedzami. Tak nago, dziwnie… chorobliwie?

Pada.

Ciekawe jest to, że człowiek, a może tylko ja, z wiekiem jakoś tak kompletnie szaleje na punkcie deszczów, gradów i wszelkich opadów. No wiecie, jakoś tak? Może to już starcza demencja, a może jednak… coś więcej?

IMG_2086

Morze się lekko przeczyściło, niebo oczywiście bawi się z kropelkami wody, a tęcze wytryskują, niczym dziwacznie pokrętny obraz naigrywania się z mojej nieumiejętności odnalezienia onego mitycznego garnca pełnego złota. Zresztą, nawet jeśli bym go znalazła… po pierwsze: jak bym go przetransportowała? Po drugie: jak bym je wymieniła? No i w ogóle, co sie w dzisiejszych czasach robi ze złotem? Kiedyś robiło się zęby, kiedyś… obrączki i wszelakie inne cuda, a dziś? Czy ludzie wciąż jeszcze uznają złoto za skarb? A może tylko bitcoiny i inne cuda wianki?

Zdrowie?

Oczywiście, że lato kręci się dalej. Co ma robić. Rozpędziło się i tyle. Dzięki chłodniejszej aurze pływanie, to serio szaleństwo. Aż się nie chce wyłazić. Można by tam po prostu zostać. Wpatrywać się dalej w tą dziwną linię pomiędzy niebem a wodą. Niebem lekko ultramarynowym, z paskiem jasności chmurkowej. Wodą dziwnie szklistą tym razem, lekko zielonkawą, niebieskawą… gdy tylko lekko muśnięcie ową gęstość dłonią, światło się załamuje i tworzy srebrzyste plamy.

Dziwnie jest.

Jakby czegoś brakowało. Ludzie coraz bardziej agresywni, stłuczki, wypadki. A przecież to tylko mała wyspa… moja Wyspa! Strach pomyśleć, co będzie dalej? Co stanie się za rok? No co? Z drugiej strony, po co się martwić. Czy coś można zmienić poza samym sobą? A może jednak… nic. Dobra, serio jest depresyjnie. I znowu wyszło słońce, po deszczu ni śladu. Może zwyczajnie lepiej kupić sobie doniczkę z kwiatkiem i jakoś tak… zostać w domu. po prostu…

Schować się znowu?

IMG_2087

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Syrenieczątko… została wyłączona

Pan Tealight i O tym, który wstawał, gdy inni spali…

„Był wrzący, letni dzień. Niebo wybrało totalną niebieskość, miejscami przechodzącą w klarowną biel. Taki dzień, w którym okładasz się lodem i najpierw starasz się przemyśleć usunięcie tkanek miękkich i pozostanie w wersji szkieletowej, a potem…

… odwodniony czekasz na śmierć.

Jemu temperatura nie przeszkadzała. Przylazł chudy, niski i zawzięty. Przebrzydliwie zamęczony, ale jednak wciąż intrygująco ruchawy… wiecie, ten, co to zawsze wstaje pierwszy, zawsze robi wszystko na czas, zawsze jest najlepiej do wszystkiego przygotowany… Przyszedł, by go zmienili. By nauczyli go odpoczynku, lenistwa i wszelakiego olewactwa.

Wiedzieli, że będzie trudno.

Najpierw było leżenie. Całkiem bez niczego, całkiem bez żadnej myśli, z możliwym zaledwie wgapieniem sie w sufit, niebo, myśleniem wyłącznie o tym, czego się nie zrobi, bo po co. Związali go oczywiście, ale przegryzł pęta i pozmywał, umył okna i wyczyścił wszelkie, nawet oporne tapicerki nim go złapali.

Kolejne było oglądanie telewizji. Specjalnie wynajęli odbiornik, bo jakoś ostatnio w Sklepiku żadnego nie było. Na początku nawet łapał. Coś szło dobrze, prosto i tak dalej. Łapał co się dzieje, nawet się wzruszył, lekko tylko machnął rękawem i przetarł szkiełko, potem kurze, parapety. Usiedli na nim, poddusili, no to zaczął gadać i tworzyc jakieś wymyślne scenariusze…

Ostatnie… jakoś serio, nie byli stworzeni do pomagania innym, było spojrzenie w oczy zawsze zajętej Wiedźmy Wrony Pożartej. Gdy zemdlał, obandażowali go, zbili trumienkę i zrobili z niego mumię. Żeby mieć czas… żeby przemyśleć sprawę, bo przecież trzeba innym pomagać, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4275

Z cyklu przeczytane: „Cienie tożsamości” – … ech. No dobra, nie wiem co się stało, ale już chyba nie lubię Sandersona. Jakoś tak się skończyło? A może jednak ta książka jakaś nie taka, nie do końca, nie… powalająca?

Niby są bohaterowie dziarscy i dzielni, niby połączenie Chucka Norrisa, Dzikiego Zachodu i magii powinno mnie powalić na kolana, niby przecież… znam ten świat. Wszystkie poprzednie tomy przeczytane i ukochane. Siedzą na półkach… wymarzyłam sobie co stało się potem, ale nie tak. Jakoś inaczej trochę. Jakoś tak… Nie, nie chodzi mi o to co się dzieje, nie o fabułę, ale o słowa. O dziwną suchość narracji, a niby śmieszność, a jednak, niespójność komizmu, niby dziarskość… a jednak, kurcze…

To nie to. Nie mogłam przejść przez tę powieść. Z jednej strony czuję wstyd, jakby to była moja wina, a z drugiej, kurcze no!!!

Spróbuję raz jeszcze… kiedyś może?

IMG_0712 (4)

Trochę popadało, oczywiście wybrało czas wielkiego splaszoplusku w Gudhjem. No niestety, z pogodą wiadomo. Z drugiej strony przecież i tak byli mokrzy, co nie? Skacząc sobie z murków w portową wodę, kulając się w onych kulach plastikowych, no wiecie… bawiąc się. Może i deszcz im nie przeszkadzał? Nie wiem… jaj sobie go obglądałam ile się dało, ale spod dachu. Niestety dzień wcześniej kilkulatek spadł ze skał, więc było i zamieszanie. Maluchowi nic się nie stało, chociaż walnął na glebę… ale za to zamieszanie było przerażające. Jakby co najmniej kolejnego Titanica utopili. Z jednej strony dziwne, że to pierwszy taki wypadek, ludzie jakoś nie pilnują swoich małych… jakby wcale ich nie obchodziły, jakby były czymś, co łatwo można zastąpić…

Zresztą, wszyscy jacyś tacy egoistyczni i olewający wszelkie prawa, jakby uwierzyli w to, co plecie ona ciemna strona internetu. Wiecie, o wszelakiej wolności, piractwu, precz z policją, prawami i takie tam… Skurwysyn, który wyjechał nam dziś pod koła, a potem chamsko wcisnął hamulec, był jednym z nich. Nie… nie mam zamiaru kłamać, od dziś nazywam rzeczy po imieniu. Po tym imieniu najbardziej odpowiednim, może i drastycznym, ale chyba mam dość. To lato udowadnia, że ludzie zdurnieli do końca. Na amen!!!

„Skończyło się rumakowanie.”

Kiedyś ludzie byli jacyś milsi, a może tylko było ich mniej? Może to o to chodzi? Nie wiem, ale z dziką radością spoglądam jak muszą pakować swoje graty i czekać na autobusy. Przykro mi, ale to lato udowodniło zbyt wiele… jeśli chodzi o Turyściznę. Aż nazbyt wiele. I żeby nie było… nie, wcale nie mówię o Polakach. Oj wiem, jak Polacy lubią twierdzić, iż tylko rodacy to najgorsi ludzie na świecie. Obudźcie się! Większość z nich przynajmniej umie się zachować. Może często sa bardziej zawstydzeni, może i lekko nadgorliwi w słowach, ale… nie pokonają potomków tak zwanych Wikingów. Ludzi ze wszelakiej Północy. Wszelakiej.

Zresztą i tak Polaków jak na lekarstwo.

IMG_9276

Wiadomo, coby uciec od Turyścizny, trzeba na plażę… na naszą pływowo najlepszą. Wiecie, szeroki i długi pas białawego piasku, kilka głazów, cisza, spokój. Gdzieś tam dalej można dojechać autem, więc siedzi garstka obznajomionych z geografią Wyspy, ale tutaj… kurcze ino my i zbierająca się grupka maluczkich. A woda… oj, woda piękna, czyściutka taka, smaczna… Na szczęście trochę popadało i powiało, więc wszelkie wodorosty poszły sobie papa i można pływać. Cudownie…

Pływa sobie człowiek i pływa, a słonko skrywa się za chmurkami i nadaje wodzie oną nietuzinkową, grafitowo-niebieskawą barwę. Maciupkie fale odbijają chmurki pod takim kątem, że od razu zakochujesz się we wszelakiej sztuce. Wiecie, tej naturalnej. Załamania, tańce, przysiąc mogę, że widziałam wodne wróżki i maciupkie syreny. I choć wstyd się przyznać, z wrażenia, no nurkując, najprawdopodobniej którąś połknęłam. Cóż… jakoś to chyba odpokutuję. Może nie są trujące?

Wypełznąwszy na plażę, niczym ów pierwszy osobnik, co ssakiem się stał coś mi zmigotało po lewej. Coś dziwnie jasnego, fosforyzującego nawet… całkowicie goły facet, tak CAŁKOWICIE, przespacerował się sporą częścią plaży. Wiecie tak z pół kilometra zrobił. Niczym na defiladzie: pierś wypięta i ten tam chyba też, nie wiem, skromna jestem, oczy zakryłam niczym płoniąca się dziewica, panienka z onego okienka Deotymy… Myślałam, że zwyczajnie gdzieś szedł, ale nie… Przedefiladował przed nami, przed oną grupeczką ludzików, a potem, gdzieś za skałami zawrócił i od nowa Polsko Ludowa!

Hmmmm… dobra, podobno część tej plaży jest miejscem dostępnym dla naturystów, znaczy nie tylko, po prostu można, ale… czemu miały służyć one defilady? Może czegoś nie doczytałam? Może miałam klaskać? Wstać, na baczność, trawę w dłoń i zaśpiewać pieśń jakąś podniosłą? Ale chyba nie Bogurodzicę, co?

Serio… to lato jest dziwniejsze niż one przed nim.

Może to te upały?

IMG_6695 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i O tym, który wstawał, gdy inni spali… została wyłączona