Pan Tealight i Samotny Druid…

„Stał tak.

Na rozstaju dróg całkiem polnych, mocno zarośniętych, wielce zapomnianych… własciwie nie tyle dróg, co legend o nich, wspomnień i baśni… Miejsc, które niegdyś były widoczne i wytyczone, utwardzone, ale z tym cudownie punkowym szlaczkiem zieleniny po środku. Wiecie, taka była moda pośród onych polnych dróg. Zresztą, wtedy wszystkie były polne, czyż nie? W tamtych czasach, epokach, leśne może też, uradzojowe przepełnie, cudownie bujne, może i mokradłowe nawet, a może tylko i zaledwie lekko grząskawe? Albo wiecie, gdy już czasy się zmieniać zaczęły, to nawet koleinowe?

Stał tak.

Lekko zgarbiony, ale spoglądał prosto, może i spode łba, może i lekko okrutnie dziwnie, ale był. W białej szacie z kapturem, tak wiecie, w typie dżedaja bardziej, niż czegoś, co niegdyś w lesie i przy kamieniach stojących… chociaż, kto ich tam wie, co oni tak naprawdę robili oni druidowie kiedyś tam, one tysiączki lat temu, jeszcze wtedy jak inne ciuchy nosili i inaczej się zwali i…

Stał tak.

I dlatego Wiedźma Wrona Pożarta przyniosła mu stołeczek. Coby wiecie, mu tak nie było stojąco ino. Coby se usiadł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_8653-2

Z cyklu przeczytane: „Moje śliczne” – … Tak. Już jej nazwisko poraża. Nie oszukujmy się, że nie zwróciliście na to uwagi. Slaughter… zawsze mocna. Zawsze jakaś. Zawsze brutalnie prawdziwa.

Tym razem jednak nie do końca kryminalna, bo… i nie do końca tajemnicza, bo jakoś trudno się nie domyśleć, ale, kurna wciąga i szaleńczo zmusza do myślenia: Jak bardzo znamy tych, których kochamy? Jak można zmanipulować czyjeś życie? Jak wielu jest tych, którzy… potrafią nas omotać?

To nie kryminał.

Raczej określiłabym tę powieść jako thriller obyczajowy. Mocny i fascynujący, przynajmniej dla mnie i bardzo dobrze napisany. Bo to nie tylko opowieść naszej bohaterki, młodej wdowy, ale też i historia porwania jej siostry, napisana w formie pamiętnika ich ojca. To moc pasji, pragnień i marzeń, to ruina podnoszona, to historia żyć po… właściwie śmierci poprzednich, własnych istnień. To niesamowicie brutalne uświadomienie sobie, że tak naprawdę nikomu nie można ufać, a klatka nie musi wyglądać jak klatka, by nią być. By mieć zamek i…

Polecam serdecznie. Może pod choinkę?

img_3076

Brzoskwiniowa różowatość.

Albo nie, raczej szarawe, ale niegdyś okrwawione ecru, które to nie do końca się sprało. Albo stara kiecka, kiedyś cudownie letnia, wiecie, w tym odcieniu lekko rybnym, znaczy no łososiowym, ale bez obawy, bez zapachu! Taka ukochana sukienka, którą zakładało się kiedy tylko można było. Kiedy tylko czas był odpowiedni, a nawet jak już było za zimno, to jakoś tak ze sweterkiem… ale bez rajstop. nie, tylko pończoszki, jakby co, to tylko i wyłącznie pończoszki. I ta lekkość, falbanka i koronka w obrębku i jeszcze… taak, właśnie ta sukienka. Dobra i na randkę i na zwykły, niedzielny spacer, podczas którego można było kogoś spotkać. Wiecie, tego kogoś. A może jak ta chusteczka do nosa. Mięciutka, albo piżamka, coś, co było przez tak długo częścią twojego życia, aż w końcu dziur miało za wiele, nazbyt mocno zaczęło przypominać szmatę i pachniało już nie tak…

Takie właśnie ostatnio wieczorami mamy niebo.

Ciężkie, dziwnie ostateczne, odbarwiające wszystko, brudzące ostatnie zielonkawości i różowiujące praz brzoskwiniujące… serio, to skomplikwane, bo te kolory barziej się czuje, niż widzi. Znaczy widzi też, całkiem przygnębiająco. Myślę, że w ten sposób rodzą się opisy wszelakich armagedonów. To niebo i zaćmienie słońca, tak wiecie razem do kupy połączone i zmieszane, oto i gotowy przykład atawistycznych lęków.

To niebo na pewno zwiastowało wiatr… a dokładniej całkiem niezłe wietrzycho, które wywiało mi z głowy informację o Julemarkecie w Middelaldercentrecie, no ale… był to tylko jeden dzień, nie załapałam się i tyle. Ale jutro… oj już jutro, a raczej dziś, no zaraz dziś przecież, będzie market w Sandvig, więc wiecie, po prostu się pobawię. Poświątecznię się. Popatrzę na choinki, które już sotją, a w tygodniu muszę pamiętać, by obejrzeć tą w Rønne. Bo w tym roku ludzie ze stolycy przyjechali i wiecie, zrobili nam choinkę. Taniej byłoby po prostu zapytać mnie co robic, no ale… przecież kurde… ech, ale światełka w końcu biegną dookoła.

Odkrycie stulecia.

img_5697

Julemarkety julemarketami, ale już niecałe dwa tygodnie i samolot z Wyspy opluje jarmark w Gdańsku sporą ilością Tubylców spragnionych… no właściwie to spragnionych wszystkiego. Serio, kompletnie wszystkiego. Bądźcie gotowi! I wiecie, traktujcie ich z pewną delikatnością. W końcu to ludzie z Wyspy!!!

Spacerując po sklepach, ale i wszelakiej okoliczności architektonicznej Wyspy uderza to, że… no cóż, nie starają się ludzie. Wcale a wcale. A może zwyczajnie już im nie zależy. Nie oszukujmy się, młodzi nie mają czasu, bo mają dzieci i pracę, starsi może i mają czas, ale czy im sie chce, czy… nie wiem, tego jeszcze nie rozpracowałam. A może po prostu, no tak i tutaj pewno pojawia się prawda, na Wyspie ważne jest światło, a ta cała reszta, to przy braku rodzinności, tudziez rodzinności będącej w Danii na wymarciu, jakoś tak ono święto obumiera. I tyle… jeszcze gdzieś tam na górze pnia trzyma się kora, na górze chyba jest jeden listek, ale…

Ogólnie mówiąc, jak chcesz człowieku się poświętować, to zrób to se sam. I wiecie co, kiedyś będę miała taką lampokową spluwę jak w Grinchu, no wiecie, jak Ktosiowie sobie tam domki nimi ozdabiali, no i wtedy obstukam tak łańcuchami wszystkie uliczki w Gudhjem. I będzie moja własna, prywatna, bajkowa wioska Nieświętego Mikusia. Bo tutaj może nie każde miasteczko ma takowy potencjał, ale Gudhjem, czy Svaneke, oj tak. By tak poprowadzić światełka z prawej na lewą, pomiędzy domkami i po prostu… czekać na śnieg. Obiecali w przyszłym tygodniu!!!

A tak w ogóle…

… to kiedy ostatnio wysłuchaliście ciszy? Albo mgły? Samolot do Kopenhagi musiał kilka dni temu eski kręcić, żeby w końcu spóźnionym osiąść na ziemi. Pomijamy fakt, że mgły też utrudniają powroty tych, co do pracy w stolicy latają. W końcu Wyspa to wyspa. Wracając do ciszy, to jest niesamowita. W końcu człowiek coś słyszy, albo ciemność. Totalna i dziwnie niesubordynowana. Piękna, bogata i grubiuśka. Fajna ta ciemność i spokojność, równowaga dla wszelkich krzyków i kłótni świata poza Wyspą. Tylko, czy do końca poza…

img_2613

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samotny Druid… została wyłączona

Pan Tealight i Prywatny zombiaczek wiedźmy…

„W ciemności największego z księżyców nagle poruszyła się ziemia. Dziwne, że się poruszyła, bo uklepana była mocno, a i gliniasta z natury, do tego obsadzona kwieciem jakimś, i to w wersji na każdą porę roku. Ale jednak. Mały kopczyk rósł i rósł, aż w końcu wybiła z niego ręka, potem druga, następnie pojawiła się oklejona sporadycznymi włosami głowa i wyciągnęła się cała reszta. Nadmiernie oczywiście uczarniona glebą, w porwanej odzieży, szkieletorycznie szczupła, ale jednakowoż ze wszystkimi członkami na miejscu. Wyszła, z dołka wyciągnęła drewniane chodaczki, które nasunęła sobie na czarne stopy, a potem podrapała się po głowie, parsknęła, paluchem pogrzebała w jamie względnie gębowej, wypluła sporą garść gliny i jęknęła…

– Nosz kurde, ale dlaczego ja?

Odpowiedź na to pytanie znał oczywiście wyłącznie Ojeblik – mała, ucięta główka, która z dzielnością i nadzieją w ślepkach przypatrywała się wszystkiemu z obalonego, omszałego nagrobka. I uśmiechała się radośnie. Bo ona już wiedziała. Już w końcu wiedziała. Już nie musiała główki łamać, grzebać po rozumach – co to w słojach w podziemiach Sklepiku z Niepotrzebnymi stoją i wiecie, no tęskne są bardzo wszelkiego zainteresowania – tudzież podsłuchiwać, drzemać w dziwnych miejscach i ogólnie mówiąc zajmować się stalkingiem, ale w dobrej wierze oczywiście…

Ona już wiedziała co Wiedźma Wrona Pożarta dostanie pod choinkę. W końcu będzie miała swojego Małego Zombiaczka!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7111

Ech no…

Czarny Piątek niby… może i jakieś promocje gdzieś są, ale wiecie, w kilku sklepach na krzyż to troszkę trudno. Internet za to otwiera swoje podwoje i tętni przecenami, dlatego… wybrałam się w Wyspę w poszukiwaniu bombki. Czerwonej. I to nie tak, że czerwonej czerwonej, ale zamarzyły mi się pewne zdjęcia, wymagające właśnie takiej bombki. W końcu dopięłam swego, ale po jakich bólach i cierpieniach! No dobra, nie za bardzo bawi mnie łażenie po sklepach, za to…

… za to potem poszłam na plażę i choć słonko mocne, ale spoza lekkiej zasłonki mglistych chmurek, chociaż raczej dość pieruńsko chłodno i wiatery już nadchodzą, to kurde… pięknie jest. Na Dueodde w tym okresie tupta sobie człowiek całkiem sam. Spotkanie kogoś idącego w tą samą stronę, albo z naprzeciwka to tak maleńki procent, że zniewala. Oczywiście, że minęłam szlaczek psich łap, ale chyba raczej bardzo poranny, no i oczywiście ścieżka otoczona jest już wszelaką podmokłością, trawami specyficznie bardziej sepiowymi i zmiany…

Plaża się zmieniła.

Znowu. Znaczy wiecie, po sztormach zwyczajnie dochodzi do pewnych przemeblowań, tym razem nie dośc, że wydmy się uszczupliły, to na dodatek, na zwyczajowo płaskiej idealnie plaży, wiecie w bliskości wszelkiej wody, powstały maciupkie wydemki. Cudownie architektoniczne twory. Bajeranckie i wysoko zniewalające. Gdyby tak człek miał jednak większą wytrzymałość na zimno, a może raczej tylko wiecie, trochę więcej czasu słoneczkowego, to mógłby tak leżeć i cykać, cykać i leżeć. Bo ona spokojność i czystość tej wody, ten dźwięk, piaseczek idealny…

To wszystko jest takie piękne i za darmo!

No dobra, za koszt benzynki.

img_3763-2

Taka wyprawa na plażę w dzień jednak pracowniczy, to wiecie, niczym ucieczka z lekcji. Pomieszanie niewinnej niegrzeczności, z lekkimi wyrzutami sumienia i oczywiście strasznie fajna zabawa. No wyobraźcie sobie…

… biała plaża.

Granatowo-kobaltowo-szmaragdowo-kryształowa woda. I to słońce za leciutką, mglistą firanką chmur i ta samotność. I ten zapach sosenek po drodze i oczywiście fyr w oddali i jeszcze hałdy piachu. Takie to wszystko wciąż mocno irracjonalne. Takie jakieś niemożliwe… a po drodze na plażę człek mija i domy i posiadłości, miejsca, których jeszcze dokładnie nie obadał, bo był czas ochrony ptaszków, więc wiecie, lepiej im wtedy nie przeszkadzać… a potem słyszy strzał i cholera go bierze.

Tak, nienawidzę polować.

Tak, oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, że łańcuch pokarmowy właściwie już nie istnieje i Wyspa nie może stać się wyłącznym domem dla królików, ale i tak nienawidzę. Po prostu. Dźwięk wystrzału wzbudza we mnie atawistyczny lęk i nie rozumiem tych fotek w mediach i ludzi chwalących się co ustrzelili. Sorry, ale nie zrobiliście tego fair. Nie tropiliście, przyjechaliście autami, a na dodatek pomogły wam psy. Żaden z was się nie wysilił… żaden nie pomyślał… Nie rozumiem. Jakoś sorry, ale nie widuję nadmiaru dziczyzny na spacerach, nie widuję sarninek, jelonków, czy co tam mamy… Poluję na ptaszki, ale aparatem. I wiecie co, nawet wtedy, jeśli mówią nie, znaczy to nie. Nie widzę onego nadmiau dziczyzny, a większy ptak drapieżny, to wciąż dla mnie dziw nad dziwami, więc… po cholerę kurna te polowania!

Oj oczywiście. Przy tak niewielkim zaludnieniu moglibyśmy mieć masę lasów i masę zwierzyny w niej i wiecie, żyć sobie tak po dzikiemu. Z łukiem na zająca, a potem mieć kubraczek z jego futerka. Tak, to jest ekologia. Upolowanie zwierzęcia ze swojej strefy, nie wyprawa na biedne słoniątka, zjedzenie go, wykorzystanie każdej kości i skórki. Zamiast tych krowin pozamykanych przez cały rok w jakichś obozach, czy kur… U nas krowiny dopiero wróciły do ciepłych obór, no ale… to u nas. Dlaczego więc nie może być u nas trochę mniej tego polowania. Dobrze, że choć robią to po okresie rozrodu. A przynajmniej mam taką nadzieję…

Nie wierzę już ludziom. Tylko gadają… tylko kłamią.

img_3098-3

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Prywatny zombiaczek wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Skansen…

„Ojeblik – mała, ucięta główka, ostatnimi czasy nie dość, że była nazbytnio i niebezpiecznie cicha oraz wszelako spokojna, to jeszcze… robiła wydzieranki. No wiecie z papierów, starych i nowszych gazet. A miejscami to nawet zębianki. No gdy się nie dało porwać jak miało być, to wiecie, dogryzała… ale bez urazy, nie śliniła, żadnej machlojki, po prostu… robiła małe cuda. Jednakowoż… po pewnym czasie jakoś tak wszyscy zaczęli mieć dość tej walającej sie makulatury dookoła i…

… i trzeba było jakoś to ogarnąć. Najpierw wklejali je w zeszyty. Różnokolorowe tła sprawiały, że wydzieranki ożywiały. Że wyłaziły z kartek i szlajały się wieczorami po Wyspie. I wiecie co, no Wyspa się ich bała. Bo sami pomyślcie, cóż takiego mogło się zaląc w głowie, która nie potrzebuje korpusika? No co…

Wiedźma Wrona Pożarta wpadła na pomysł, by obdarować wydzierankami cały świat, a dokładnie wysłac to wszystko tam, gdzie nas nie ma, więc dodatkowo Białe Domostwo było pełne kopert i znaczków i lizania. Wszyscy brali w tym udział, oczywiście poza Ojeblikiem, która to cały czas wydzierała. Trzeba było ją jakoś, no wiecie, trzeba było ją jakoś zwyczajnie od tego odciągnąć. Tylko jak? Jak odebrać główce pasję? Jej własny, choć nowy wciąż, świat?

No jak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3478

Z cyklu przeczytane: „Ściana sekretów” – … wisi. Ściana. Rozwiązanie dyskusyjne, ale jak inaczej zlikwidować internetowy bulling? Problem się pojawia, gdy na tej ścianie pojawia się informacja nawiązująca do morderstwa popełnionego rok temu…

Czy to żart?

Nasza skomplikowana para bohaterów musi ponownie przesłuchać specyficzne uczennice elitarnej szkoły. Właściwie, chodzi nie tyle o nie wszystkie, a o dwie antagonistyczne grupy, w których naprawdę zawiera się cały wachlarz nastoletnich hormonów. Ale hormony buzują nie tylko w dziewczętach, ale i w naszej parze detektywów. On, choć ma już ustaloną ścieżkę kariery, chce czegoś nowego, a ona… cóż, od jakiegoś czasu musi udowadniać męskiej części komisariatu, że cokolwiek potrafi i nie zdobyła swojego stanowiska poprzez ładną dupę i wszelkie łóżkowe renesanse. Przywołani dziwną informacją na szkolnej Ścianie Sekretów… od nowa badają sprawę brutalnej śmierci młodego chłopaka.

I nie byłoby źle, gdyby… widzicie, cała powieść to gadanie. Pytania i odpowiedzi, kłamstwa i wyduszane z nastolatek półprawdy. Trochę smaczku dodają retrospekcje naszej głównej grupy dziewcząt, ale… no właśnie, ale tak naprawdę od razu zawężacie grupę podejrzanych. Tak w połowie już wiecie. Sorry, ale trudno się nie domyśleć. A potem, znowu gadanie i zakończenie, którego kompletnie nie rozumiem…

A może o to w tym chodziło? O portrety nastolatek współczesnych? Hmmm, to po kiego zwali to kryminałem? Można przeczytać, wiecie, no można, ale serio bez zbytnich wzlotów, raczej cały czas w pobliżu gleby…

img_3083-2

Mrok i rozmrok.

Tak wiem.

Zima idzie, mrok zapada wcześniej wszędzie, normalność, a jednak… widzicie, u nas na Wyspie i jedno i drugie ostatnio wiąże się ze światłem. Najpierw wschód, który wcale nie oznacza słonecznego dnia, o nie… to raczej łuna na niebie, więc zakładam długie gacie i z totalnie nieumytą szczęką biegnę. Gonię światło, a może ino kolorki naniebne? Gonię, pędzę, ludzie jadący do pracy gapią się na mnie wcale nie dziwnie. Połowa z nich rozumie, kolejni żałują, że sami o tym nie pomyśleli…

Lecę.

Gubię sny, bo przecież tak naprawdę się wcale nie obudziłam, one wciąż są we mnie zaplątane, zamieszane, we włosach pióra z poduszki, na twarzy odciśnięte szlaczki od poduszki… i już jestem. Nad morzem. Na plaży. Wciąż sporo wodorostów, w powietrzu cudowny aromat morskiego rozkładu i nikogo. Nikogusieńko. Kurde, ale fajnie! No po prostu bajka. Ta cała różowość już dała nogę i te ostre czerwienie, pozostała ino ona pomarańczowość kąpiąca się w stalowo-mlecznej wodzie. Takiej dość spokojnej, wiecie, fal niewiele, ale coś na kształt przypływu chyba, bo robiąc zdjęcia i gapiąc się w obiektyw nie zauważasz, jak nagle zapadasz się w piach i wodorosty…

… i buty do suszenia.

Ale to morze takie niesamowite. Z jednej strony ona pomarańczowość je plami, ale się nie miesza, więc cudne mazy na falach, z drugiej strony to wszystko tak do siebie pasuje, że aż się rozglądam za tłumem kreatorów mody, którzy chłonni są jakiejś czadowej, impresjonistycznej inspiracji. Ale nie, nie ma nikogo. Tylko ja i w oddali, na niewielkim kamieniu stojąca mewa. Stoi tak, jak ja, już od dwóch godzin i za nic ma fale. No dobra, tak naprawdę jej kamień maleńki, ale fale jakoś omijają to miejsce, jakoś tak dziwnie mewa stoi na wodzie, niczym skrzydlaty Jezusek i za nic ma plaski, rozpluski i wschód słońca też. W końcu to dla niej codzienność pewno.

img_3324

I tak zaczyna się dzień.

Mazami na intensywnym niebie… znaczy nie zawsze, ale wiecie czasem i często. Dzień oczywiście okazuje się być bardziej szary, niż słoneczny. Wilgotno trochę, listopadowo tak naprawdę. Tak mocno… chłodniutko też, ale bez urazy, nie mroźnie. Grozili nam dwucyfrowymi temperaturkami, ale chyba się obyło bez takowych upałów. Co nie znaczy, że dziś rano nie chciało mi się skoczyć do tego morza… no ale, miało być o wieczorze, a ten andchodzi nagle.

I wcześnie.

Niby gdzieś tam na horyzoncie taka cudowna budyniowa smuga, to jednak nagle, nie wiadomo skąd wyłazi słonko i teraz… gonisz je w drugą stronę. Co innego mieszkać po wschodniej, a co innego mieszkać po zachodniej stronie Wyspy. Mi się trafiła ta pierwsza, dla mnie lepsza, chyba bardziej odpowiednia. No i te wschody. Może trzeba wstawać rano, ale… miało być o zachodach. No to wiadomo, goni się światło. Wychodzi na to, że główną dyscypliną życiową Tubylców na Wyspie w okresie przedzimowym jest gonienie światła. Nic w tym złego, fajne to. W oknach świeczki i wszelakie lampeczki, na skwerkach stoją już choinki, gdzie niegdzie nawet usadzone w trzymadełka na flagi…

Ot taki to przecież inny świat.

Całkowicie specyficzny.

Gdy tak człek świtem strasznym, czy pomrokiem mocnym szlaja się po ulicach, to się zaczyna zastanawiać, a co robią inni? A może ktoś tam siedzi za sztalugami, może ktoś pisze lub czyta, a może w tym żółtym domku mieszka wybitny kucharz, ale wiecie, sam wszystko zjada? Czy w tym białym z fajnym, kolorowym karmnikiem mieszkają podglądacze ptaszydełek? A może… a może tak naprawdę zawładnęły tymi domkami elfy i gdzieś mają wszelkie ludzkie zachowania? No nie wiadomo. W końcu nawet, jeżeli zapukasz, to przecież mogą cię omamić, narzucić iluzję… mogą…

Nie no, to przecież na pewno sommerhusy… prawda?

img_3461

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skansen… została wyłączona

Pan Tealight i Wieczne Dziewice…

„No takie wybrały życie.

Można je za to ganić, można je nagradzać, można rozumieć, lub całkowicie uznawać za szalone, ale one tak wolały… no zwyczajnie wiecie, czekać. A nawet i nie czekać, co zachowywać. Pielęgnować, nacierać, wazelinować i wszelako się, tak trochę od świata, no wiecie, izolować. Bo świat to zło. Kusząca maszyna, która jak już wciągnie twój głos, czy choć nitkę z sukienki, to masz przegibane. Już się nie wyrwiesz, spruje cię do końca. Na amen i na zawsze.

Wieczne Dziewice…

Nie no…

… nie że jakieś plemię, czy grupa większa. Nie… znaczy nie oceniajmy po wielkości, ale jednak nie było ich aż tak wiele. Ale miały moc. Wielką i potężną, aczkolwiek mało używaną i zardzewiałą w postaci starego traktora o przekłutych i pociętych na wiatraczki oponach. Ot zwyczajnie… tak wybrały. Nie żeby było się komuś kłócić, bo przecież były tylko dwie. I to na dodatek bliźniaczki. Totalnie takie same. Jakby dzieliły jeden mózg. Kurcze, a może i dzieliły, bo czasem jedna całkowicie milczała, a druga gadała, więc może się nim wymieniały, a wiecie… na noc wsadzały do chłodni, czy w trzewia jakiegoś mitycznego stwora, który go ładował w okolicach podżołądkowych?

Może?

Siadywały przed Sklepikiem na starej, drewnianej ławce bez oparcia, dziwnie chwiejnie, jakby przez cały czas szukały onej dźwigni, by tylko dać odpocząć plecom… siadywały i tkały. No wiecie, miały takie niewielkie krosna i tkały błony dziewicze. Do wyboru, do koloru! Chcesz czerwoną w gwiazdeczki, będzie, a może coś z rąbkiem, koronkowo, czy raczej coś bardziej stałego ze stalowej nici, a może srebro wysadzane diamentami, albo złoto, albo lepiej… coś z nowoczesnych włókien, które pod wpływem światła zmieniało kolory? No co?

Dlatego były dziewicami wiekuistymi, bo wiecie, trza wiedzieć co się robi, jeśli się chce to dobrze robić, a na dodatek jeszcze wyobraźnię mieć i… ekhm, jakieś reguły dla dobrej reklamy! Bo wiecie, Wieczne Dziewice były zwyczajnie pazerne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3376-2

Jule Jule Julemarkety…

Melstedgård tym razem nie poszedł na łatwiznę. Po pierwsze napitki i ciasteczka, po drugie sklepik ze specjałami z Wyspy, a po trzecie otwarta dla pospólstwa ona nowa, żywieniowo-gotująca część gårdu. Mnie tam jeszcze nie było, więc wiecie… zwyczajowa ciekawość mnie pchnęła, pozwoliła olać jakieś tam specjały i cuda wianki, brokuły – najnowsze modele ekologicznych choinek… kurna mutanty takie wiecie, ale z lampkami – i pogapić się na fajny komin i stoliki niczym z jakiegoś rąbanego Hell’s Kitchen. Ino Ramseya brakowało, no serio. Pasowałby tam. I ten widok na morskość i te piękne dachy… ech, cudne widoczki. Jak ktoś was zabierze na jakieś gotowalne ekskursy tutaj, to idźcie. może być zabawnie.

I mają nowy piec!

Hmmm… co do reszty, to sorry, przyznaję, że nie pogapiłam się na to, co sprzedawała ona maleńka garść sprzedawców poza… ech, gościem sprzedającym piękne dechy. Wiecie, kuchenne takie, ale piękne. Nosz kawał drewna, no wiem, przeca to nic dziwnego, ale dla mnie drewno to po prostu baja… a już taki orzech, ciemny i woskiem pszczelim powleczony lekko… ech, no brałabym, ale cena, no sorry, no cena!!! Ale ten dziki kształt, cudowna grubość i ten zapach, taką dechą przypierniczysz zombiakowi i już po gościu, czacha zostaje na ściance i tworzy malowniczą mozaikę, dorzucasz lampeczki i jest stroik na Merry Christmas!!!

Ale choinki są.

Znaczy tym razem pure økologisk oczywiście. Do tego wiązanki gałązek i już można świętować. A co. Na co czekać. Za oknem przecież tak wyje i wieje, że serio lepiej świętować teraz, niż kurna czekać na jakieś tam zmiłowanie. Serio. W oknach światełka, gdzie niegdzie lampeczki na oknach, dachach i drzwiach. Ale najczęściej na drzewkach i krzaczkach i… fajnie jest. Gdzie niegdzie po kątach stare narty i saneczki, aż kurcze chciałoby się znowu być przeszłością nie baczącą o WiFi i kurna słaby internet, który nam ostatnio podsyłają…

img_5444-2

Wyspa sobie wieje.

Czasem o poranku razi słonkiem, a potem się mruczy, mroczy i ogólnie mówiąc kołdra zakrywa i odmawia wszelakich kontaktów cielesnych. Do tego teraz się wietrzy tak, że wiecie, ma człek wrażenie, iż jeszcze chwila i trza będzie dach trzymać. Niby nic nowego, ale jednak ten wiatr potrafi troche człeka mocniej przerazić.

Gdy tak jest mroczno, ostatnie liście na drzewach, jakby chciały wszystkim udowodnić, że mogą więcej, no świecą. Te żółcienie przybierają ten jeden jedyny w swoim rodzaju odcień, który nawet nocą zdaje się być mocno fluorescencyjny. Jak te mchy na korzeniach, tak i liście zdają się wydalać całe te słoneczności, które zagarnęły latem. Temperaturka oscyluje w granicach stopni na plusie sześciu, więc ciepło… bleee, ale wiecie, zwykle tak jest, gdy wieje. Oj tak, pewno, że ja wciąż czekam…

… na śnieg.

Na prawdziwy śnieg, na dużo śniegu, na wszelaką mroźność i mazy na oknach fantazyjne, na czerwone nosy, ale nie alkoholowe i oczywiście na gluty zamarzające i jeszcze może na ten zapach i odglos, jaki wydaje śnieg. Na zimę czekam. Na wiecie, cudowność wszelkiej sparkliwości i takie tam… pewno, że nikt inny nie czeka, ale co tam, uwielbiam własną oryginalność. He he he

Wiecie, co jest najfajniejsze o tej porze roku na Wyspie? Pustki. Cudowności dzikości i możliwość wszelakiego się szlajania. Bo przecież ludzików pozostało na samej naszej ziemi niewiele… pierun wie, czy my nadal mamy te 40 tysiączków, czy jednak nie? Może znowu ktoś uciekł? Albo znowu kogoś nam na siłę dosztorcowali? Hmmm, kto to tam wiem. komu wierzyć, gdy ludzie ostatnio ogólnie z matematyką to na bakier?

No komu?

img_7178-4

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wieczne Dziewice… została wyłączona

Pan Tealight i Wyspowy Dżungla…

„No a kto włochatemu zabroni, co?

Może i nie był tak do samego końca onym sławetnym zagubionym nasieniem Tarzana… znaczy wiecie, potomkiem, no ale nasieniem też, bo przecież… ekhm, chyba był człekokształtnym? A może on tak z jaja? Wiecie, puk puk puk w skorupeczkę i włala jest dzidzia? A może jednak to przez te wiatropylne bocianice? Wiedźma Wrona Pożarta to od zawsze mówiła, że kurde ich nie lubi, z gał im dziwnie patrzy, a na dodatek ta wrzaskliwa czerwień i francuskie jedzenie…

… nosz kurna…

Ale był.

Był na Wyspie i na imię miał Dżungla.

No co, imię jak imię.

Z każdego można się pośmiać i z Jaromira i Zbigniewa, i z Jarka… On był Dżungla i tyle. I był wysoki, muskularny i szalenie włochaty, ale nie jak małpa, a raczej jak człowiek w dziwnym kombinezonie szydełkowanym takową nitką ze strzępkami czarnymi. I niczym poza tym. No może i biegał leciutko pochylony, może i zdawać się mógł niektórym jakimś tam orangutanem, ale też pisał wiersze, tańczył wybornie i wyrywał wszystkie księżniczki. Czy te osadzone głębiej, czy płyciej, no wyrywał!

Wiedźma Wrona Pożarta uznawała go za przyjaciela. Może i nie spotykali się często, nie spraszali się na herbatki, ale on zawsze ją śledził, gdy wychodziła na spacery, a ona… ona mu na to pozwalała i starała się nie krzyczeć, gdy ten z wyciem odbijał się od pnia do pnia, straszył ją własnym cieniem… i tak dalej. Nie żeby ze sobą rozmawiali, ale on czasem podrzucał jej swoje wiersze, a ona, ona zostawiała cukierki nie tylko dla trollów i nissenów. Wiecie, dla niego zostawiała takie specjalne.

Wyspa niegdyś uznawała go za ducha, ale jak to od nadejścia Wiedźmy Wrony było, cóż, nie była już onej duchowości taka pewna. Coś w Wiedźmie sprawiało, że to, co duchowe, nazbyt wymiernie się ucieleśniało. Coś, co było myślą, nagle stawało się kamieniem, a kamień łzami, więc… cóż, Dżungla.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3231

Z cyklu przeczytane: „Zaginione” – … duńskie. Ale angielskie. Ale… No kurcze nie mam pojęcia, bo tak podziałała mi na nerwy papierowa, niedopracowana główna bohaterka, żesz mną dotąd telepie.

Oto jest opowieśc o walizce, zdjęciach i seryjnym mordercy, który siedzi. I oczywiście o kobiecie – dziennikarce – której się wydaje, że wszystko może. Na dodatek duńskiej dziennikarce nieczęsto czytanego pisemka, w Anglii właściwie wiecie, całkiem nieznanego. Oczywiście to ona kupuje walizkę i rozpoznaje na zdjęciach dziewczyny ze sprawy aż nadmiernie głośnej w Danii… I wtedy się zaczyna. Kursowanie między Danią a Anglią, i ono czytelnika zagubienie. W pewnym momencie człowiek już nie wie gdzie jest, kto z kim i co… a wątek miłosny – oh please!!!

Nie wiem, czy za największy błąd wyrzucić tej książce zakończenie płaskie, przewidywalne i nadmiernie duńskie, olewające uczucia innych, czy jednak totalne niedopracowanie samego wątku kryminalnego. A może głupotę tych, którzy niby mieli być geniuszami? Nie wiem. Gdyby nie to… Widzicie, sama historia ma ogromny potencjał, ale napisana w onym duńskim stylu, pod szablonik dostępny na każdym kursie pisarskim – a tak, Duńczycy pozazdrościli Islandczykom sławy pisarskiej i też chcą, więc na potęgę rodzą się szkoły, szkółki i kursy – jest przewidywalna. Totalnie. Na dodatek niedopracowanie bohaterów razi tak mocno i ten  język… w tym nie ma pasji! Ale sama historia, kurcze… gdyby tylko dano jej więcej miejsca, więcej czasu, przemyślenia…

Ech… niby można przeczytać, ale zagubienie i wkurzenie gwarantowane.

img_3077

Julemarket…

Pierwszy w tym roku… był niesamowity. Tym razem jako pierwszy obył sie ten u nas w Gudhjem. Jul på Lauregård. No po prostu bajka. Wyobraźcie sobie biały gard stojący między polami, z widokiem na linię brzegową, lekko w dołku, z milusią drogą prowadząca do zabudowań, a wszystko w choinkach i białych światełkach. A do tego oczywiście dość wczesny wieczór, więc i mocno kobaltowe niebo…

No bajka.

Wchodzi człek między budynki, a tam świerki się prężą. Wiadomo, kazdy chce zostać choinką i być Kradashianką pośród iglaków. Najbardziej obwieszoną, obłyszczoną i wszelako dostrojoną. Piękne sa jeden w drugi, a trzeci w czwarty. Do tego oczywiście masa stroików i wszelkich cudów łącznie z przemiłym, czarny psiakiem. A właściwie, to suką. stoi sobie człek pomiędzy budynkami i myśli, że niegdyś, to były tutaj i zwierzyny i ludzie i jakaś taka zmiennoporowa normalność, która wołała o światło i zieleń w tym okresie, a teraz wszyscy jakoś tak zajmują się dupami wszelkich Maryń…

Nic to.

Lepiej nie myśleć. Lepiej zapatrzeć się w skrzynkę pełną czerwonuśkich jabłek, w one okna tchnące lekko złotawą poświata świeczek i lampek i w końcu… wejść do środka. Do miejsca, które niegdyś pewno żywiznę chowało. Grube mury bielone, drewienka stropowe ładnie oczyszczone, a do tego gwar lekki, zapachy i drobinki do upiększenia domostwa. Tutaj ramki – nabyłam jedną, cudna jest: stare drewno, drewno pływalne, drewno zapomniane i nowe, wszystko powiązane w jedno… do tego bukiety suchych kwiatów i oczywiście wszelkie wieńce na okno, na drzwi, na ścianę. Tak niesamowite. I z kwiatów i orzeszków i liści i… czegosię da. I papier czerpany, wszystko co pszczółki dają i jeszcze… oczopląs oczywiście. Pomieszczeń w tym roku udostępniono więcej, więc nie da się, po prostu nie da się wyleźć. Napatrzeć i nakupić. Chcesz sztuki, a proszę jest: kolorowa cudownie, więc na pewno zima ci się rozświetli, a może ozdoby, albo coś do kuchni. No jest wszystko, a nawet i więcej.

Ale przede wszystkim jest ono hyggeligt. To uczucie bardziej niż słowo… to, co smera cię w duszy i głaskuje po czółku.

img_5812

Rejs po sklepach…

Oczywiście, jak się człek dokuma w swej małej mądrości, że już się julemarketowanie zaczęło, to zabiera tyłek w troki i robi rejs po sklepach. Bo wiecie co, bo kurde u nas to pod koniec listopada raczej święta znikają z półek. Już teraz mało co możesz dostać, a jak nie załapałeś się na cudowności wcześniej, to ino ochłapy cię czekają. No niestety, taka dziwna polityka sklepowa. Nie rozumiem jej kompletnie. Nie no, pewno chodzi o cały ten cyrk, że Wyspa to wyspa, że przechowywanie… bo wiecie co, mam nadzieję, że nie chodzi o coś innego, bo bym się wkurwiła.

No dobra.

Kartki mam, światełka są i jeszcze choinka. Aj czadowa jest w tym roku. Zamiast smerka świerka mamy sosenkę. Trochę inaczej cudo ono sie ubiera, ale jak niesamowicie wygląda. No po prostu bajecznie! No i wiecie, ponieważ raczej ino ekscentryczne osobniki na coś takiego się skuszą, więc w cenie tez lepsza. Aczkolwiek te piękności za prawie 4000 DKK zniewalały mnie. Ale kieszeń nie ta… niewypchana.

Jedno, małe spostrzeżenie – nie wiem, czy to wszędzie, ale u nas zatrzęsienie biało-czarnych ozdób. Nie jest zwolennikiem, no ale. Czuję się dziwnie… wiecie, no rasistowska w wybieraniu ino tych co drewniane, niemalowane i na dodatek jeszcze, jak się da, to kurna niebieskie! Ha ha ha!!! Ale tam. Nosz każdy ma jakieś problemy, co nie? Może ja mam takie.

Co mnie najbardziej przytłoczyło to to, że w Lidlu nie ma już pierników!!! No kurde ludzie popierniczyło was, czy co? Przecież to winien być produkt całoroczny! A i jeszcze jedno: osobnicy jęczący, że to już… że za wcześnie. Wiecie co, przestańcie innym psuć zabawę i żyjcie w swoim biało-czarnym telewizyjnym świecie. Jebane marudy! Ciekawe co byście zrobili w takim miejscu jak Wyspa, gdzie to nie sklep rzuca ci się w ramiona, ale ty musisz znaleźć jakieś coś ciekawego…

img_3189

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyspowy Dżungla… została wyłączona

Pan Tealight i Baba Jot…

„Oczywiście, że się zdziwili, gdy nagle na Sklepik padł cień i coś dziwnie przykucnęło na trawniczku. Wiecie, te kurze łapki, ale manikjurowane, całkiem na różowo w gwiazdki srebrzyste… na nich brak zadka, ino taki daszek, jak się przechylisz, to widzisz i tarasik i całkiem niezłą posiadłość, ale raczej nie kuper, wiecie, skromność została zachowana oczywiście… i ją, Babę Jot.

Wkurwioną na maksa.

Właściwie to Baba Jot czasami zapraszała Pana Tealighta na jakieś tam dziwn ekscesy z mahjongiem, czy innym Czarny Piotrusiem. O co grali? A kurcze Duch jeden wiedział, ale nie był i przygłupi, to nie zdradzał nikomy… po każdej takiej wyprawie Pan Tealight wracał do domu mocno wykończony, dziwnie podejrzliwie wyczerpany i z rozmarzeniem w swoich nieoczach. Wiedźma Wrona Pożarta nie zadawała mu pytań, zresztą Baba niezbyt ją lubiła. Lepiej mówić, że tolerowała jak pająka, który wisi za daleko na całkiem odległym drzewie. A Wiedźma… cóż, chyba się jej bała. Chyba… z nią to też kurcze nie wiadomo, a jak jest na prochach, a ostatnio była na silnym wspomaganiu, to kurcze mogła mocno zaskoczyć…

Gdy Chatka Kuratka wylądowała obok Sklepiku, ta właśnie siedziała na schodkach i obierała marchewkę. A marchewka wcale nie łkała, bo miała ochotę na dobry pilling. Tym razem spotkanie obydwu było dość zaskakujące. Jedna wkurwiona i druga w stanie wzburzenia, więc lekko coś huknęło w niebiesiech, a potem… potem padły sobie w ramiona, a marchewka potoczyła się w stronę rzeczki, a Pan Tealight umknął do kuchni zaparzyć kilka dzbanków herbatki na nalewce. Na wszelki wypadek, bo jak baby zaczynają się lubić, to koniec świata musi być nie tyle bliski, co zwyczajnie już zapukał, ale jakoś nikt pukania nie usłyszał…

O czym gadały przed wejście do Białego Domostwa? Nikt nie wiedział, ale wróciły nadal wkurniczone, więc skierowano je do rąbania drewien i zmywania. Bo wiecie, kobiece nerwy lepiej powierzyć ostrzom i oczywiście porcelanie. Hałasu wielkiego nie było, a i w końcu obydwie sie umęczyły i siadły na podłodze – obydwie nie tolerowały krzeseł, z różnych powodów – i oczywiście powiedziały o co chodzi… Oczywiście, że chodziło o kradzież wszelkich imion i targanie nazw na pokuszenie, o to, że co jedna, co to rozpoznała krwawnik jako chwast pod butem zwała się Babą Jagą, a ta co kurde religię odrzucała to od razu wiedźma… obydwie lubiły definicje i jakoś tak… rozumiały się. Po raz pierwszy. A na dodatek Chatka Kuratka ma lekką grzybicę tylnego pazura, więc ktoś powinien być chętnym, by ją tam posmarować…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3322

Z cyklu przeczytane: „Zimne ognie” – … na czasie. Jak najbardziej powieść na czasie. Bo przecież wciąż nie cichną rozmowy dotyczące zapłodnienia in vitro. Wciąż ludzie zastanawiają się co jest etyczne, a co już wykracza poza wszelkie pojęcie tego słowa. Czy rzeczywiście rodzice zmarłego żołnierza powinni móc zapłodnić surogatkę jego spermą, by mieć wnuka…

No dobrze.

Oto jest nie do końca thriller. Nie do końca też porywająca powieść. Coś nie do końca ciekawego od autora przebojowej serii, coś wcześniejszego… opowieść o młodej, pełnej sukcesów kobiecie, która postanawia mieć dziecko. Ale z braku chętnych, wiecie, woli zrobić to inaczej. I oto opowieść o jej przyjaciółce, która oną rodzinę posiada. I oczywiście o poszukiwaniach „tatusia”. I o tym, jak na niego trafia i oczywiście zalicza faul. Nie… wcale nie zdradzam fabuły, to macie napisane nie tylko we wstępie, ale i na okładce, na dodatek sorry, ale niedomyślenie się tego co będzie dalej jest raczej mało możliwe. No bo… to wszystko jest idealnie przewidywalne, na dodatek bohaterka jest niedopracowana, dziwnie papierowa… i to wszystko stworzył autor „Chemii śmierci”?

Jak to jest możliwe?

Czy polecam? Eeee… nie. Nie dla wielu powodów. Nie dla początku, nie dla zakończenia, nie dal bohaterów pobocznych, nie nawet dla kota. Tutaj nic nie gra, nic się nie łączy, wiemy jak to się skończy, a na dodatek sorry, ale choroby psychiczne są dziedziczne! Cholernie dziedziczne!!! I nie… nie popieram takich pragnień. Jako dziecko niedorobione, dziecko nie znające połowy siebie, nie popieram.

img_3091-2

Wiecie…

Szarość wszelaka, mroczność dzienna i różne tam gloominkości sprawiają, że ostatnie listki na gałęziach świecą jak oszalałe. Świecą niesamowicie i pięknie. Na one grzybki, które wzrastają jak szalone. Na te niesamowite ścieżki, miejscami tak równiutko obłożone liśćmi… na to wszystko. Takie puste. Takie spokojne, takie przedświąteczne…

Bo wiecie co, Wyspa piękna jest w każdej pogodzie, nawet jak wieje i pizga i sztomuje i jeszcze leje. Po prostu. Tutaj wszystko zachwyca, każdy kształt barwa, kazdy kamień, konar… a poza tym jest ono uczucie przebywania w dziczy. Cudowne i niesamowite. Ta dziwaczna wolność, gdy po prostu leziesz w las i nagle… słońce. Bo ono wyłazi tak nagle jakoś, by tylko sprawdzić, czy na nie czekasz. Jakby wiecie, nie do końca było pewne, czy wciąż je tutaj ktoś chce. No to lezę w las. Ptaszki świergolą, ale wiecie, człowiek współczesny zapuszcza sobie music w uszy, by wkurwa wewnętrznego z siebie wywalić. I las to rozumie. Co prawda śmieje się w konar, gdy widzi jak robicie wygibasy, ale bez urazy, nikomu nie powie. Najwyżej stojącym kamieniom, ale kto poza mną słucha ich opowieści? No kto?

I fajnie jest.

Nagle człek sobie uświadamia, że nie mógłby żyć w miejscu bez drzew. I wkurnicza się jeszcze bardziej, gdy widzi, że idioci jacyś znowu coś wycięli. Tia, rozumiem zarządzanie gospodarką leśną, ale z tego co pamiętam ze szkoły, to korzenie utrzymują ziemię, skały i glebę w całości, więc… Sorry, ale wyjebywanie ich pod rąbane sommerhusy to głupota maksymalna! Tym bardziej stawanie cholernych domków bogaczy w strefie zalewowej! No ludzie! Są prawa!

Ale wiecie, prawa to ino dla biednych…

img_9786

Wiecie co? Świat jest przepiękny…

Wystarczy tylko to dojrzeć.

Wkurzające gadanie, ale ci co mnie wkurzają takim gadaniem, jednak mają rację. Sorry, nie jestem Tańczącą z Czakrami, ale jednak rację mają. Gdy tak człek przycupnie pod drzewkiem i spogląda na ten taneczny potok liści, na te pląsy i zakrętasy, na te nie do końca upadki, lekkie zwirowania, podniesienia się, ponowne podfrunięcia, to jakoś tak… lepiej mu. Nagle wydaje się, że gdy tylko będą drzewa, to nic złego nie może się zdarzyć. Nosz kurcze…

Może na starość Wiedźma Wrona zostanie Druidem? Ale wiecie, w moim przypadku to pierun wie, czy bardziej drzewa, czy kamienie wielbię? Czy może jednak i jedno i drugie i wcale nie muszę wybierać? Bo przecież po co jeśli i to i to jest w zasięgu łapy? Znaczy skrzydła bardziej i pazura, ale jednak.

Jest takie miejsce nad Gudhjem – no wiadukt no – z którego można spoglądać na chatki i wszelkie tam elementy wystroju osady. Kolorowe, miejscami wprost szaleńczo barwne. Na te rowery, studnie, samochody, które tutaj olewają wszelkie zasady parkowania i na oną mikrośc ludzką. Wiecie, ludzik na godzinę w zasięgu wzroku to cud, no chyba, że mówimy o moim sąsiedzie… facet uwielbia spacerować pod moim oknem wte i wewte dość regularnie. Intrygujące… Mniejsza, tak patrzy człowiek i nagle słonko za nim spoza chmur wyłazi całkiem sprzecznie z fizyką nieba, i widzisz wtedy na chwilę, że to wszystko jest ino wielkim klejnotem bezcennym, który pewnie ktoś zmyślny i lubiący finanse pociąłby na maleńkie i spylił za wielką kasę… Na szczęście słonko szybko się chowa, więc bez boja. Raczej tego nie dojrzą. Jeszcze jesteśmy bezpieczni…

… ale jak długo?

img_9102

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Baba Jot… została wyłączona

Pan Tealight i Poćmoki…

„Wiedźma Wrona Pożarta to raczej nie świeciła.

No wiecie, niektórzy oczami potrafią, inni to cielesnością, znaczy aurą, skórą, czy czym tam, ale ona nie, no niczym… znaczy zdarzało się jej pod krzaczkiem tak wiecie przycupnąć w celu wiadomym, ale czy wtedy świeciła tak, by oświetlić sobie drogę, którą miała podążać, no chyba nie. W końcu przecież musiała podciągnąć gacie. Nie da się tak latać po Wyspie z gołą no i nie mieć z tym problemów. Wiecie ile jeżyn tutaj rośnie i innych tam kolczaków hawthornów i tak dalej, a wiecznie zieleni, a kurcze płotki na owce?

No więc nie świeciła.

Ani nie odbijała światła. Ona tak po prostu, zwyczajnie wiecie wolała w tym trybie mniej się w oczy rzucającym działać, ale poznała Poćmoki i wiecie, trochę się zmieniła. Nie na tyle, by skoczyć w farbę fluorescencyjną, ale jednak… coś w nich, w onych paseczkach, migadełkach, promienikach, mieczykach świetlnych ją zaczęło kręcić. Przyciągać całkiem niegrzecznie i grzesznie, jakby…

Może lepiej nie wnikać. Ale w dziwny sposób Poćmoki poznała dopiero po tylu latach. Widywała ich, na pewno, ale jakoś osoba, która nocami wolała śnić, a potem za dnia się nie budzić, wiecie, nie dążyła do jakichś kontaktów… one w końcu widać postanowiły to zmienić. I zmieniły. Nocą, gdy Wiedźma Wrona Pożarta wracała z bardzo wkurzającego spaceru, który miał na celu wymigać, wydisić i wywiać z niej wszelaką dzisiejszość i ludziowość wkurzająco żyjących… dorwały ją. Zamigotały jej, pokazały jak fajnie są owłosione w wielu miejscach i jak ono futerko pod muśnięciem wiatru połyskuje i jak bardzo to pomaga w życiu płciowym, bo przynajmniej wiadomo co do czego i gdzie po co wsadzić, co nie, nie wiecie, nie?

I wtedy…

I wtedy Wiedźma Wrona Pożarta, jednak robiąca one rzeczy, ale się płoniąca nie tylko na filmach dla względnie dorosłych, po raz pierwszy zaświeciła niczym pyląca peonia… I fajnie było!!!„

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0034

Księżyc…

Pewno, gdy był nad samym horyzontem, mocząc łapy w wodzie morza mocno niewzruszonego, to był duży. I pomarańczowy taki… ale nie załapałam się na ten widok. jakoś nazbytnio we mnie tkwi ten księżyc, który widziałam na Placu Grunwaldzkim wiele lat temu. Gigantyczny. Niczym brama nieotwarta do jakiegoś całkiem innego świata. Niczym zaproszenie, ale takie… z odpowiedzią na które zwlekasz.

Był sobie księżyc…

A teraz wiecie, no po staremu. Wieje, pada. Po kilku dniach niesamowitego słońca, który nadawał młodziankowym lasom specyficznie lawendowo-filetowy poblask, pada. I sennie cudownie jest. Wiecie, jakoś tak jakby ktoś przyszedł, utulił i pozwolił olać robotę. Jakoś tak czasem Wyspa robi i wdzięczna jej jestem za to… ale słońce wykorzystałam. I słońce i tą oną maleńką zmarzlinkę. Tę wiecie, nibyśnieżkę. Oszronienie, które oczywiście zatrzymało się tylko i wyłącznie w zagłębinach Almindingen. W cieniach, które postanowiły nie wstawać jak tak słonko wali. Nie wstawać z tych kotlinek i dolinek w końcu znowu pełnych wody i oczywiście pośród pni i grzybków. Oszronione kapelusze, dziwne kupki śnieżnej papki… kaszka taka lodowa. A do tego liście. Jeszcze nie zbutwiałe, pięknie barwne, odbijające sie w taflach wszelakiej wody.

Gdy chcesz wybrać się w dzicz, musisz wybrac raczej udeptaną ścieżkę. No chyba, że masz wodery, albo choć szczudła jakieś. Bo czasem można nieźle wdepnąć. Wiecie, w taką kupkę liściową, pod którą schowała się woda i błocko i wciąga… z miłości wciąga, wiecie, uczuciowe jest, ale jednak mało to przyjemne. Chociaż… ciągnie człowieka ku tym kolorom. Ku niesamowicie różnorodnym pniom i gałęziom, ostatnim liściom i zieleniom iglaków. Ku onym zagłębieniom wodnym odbijającym to, czego nie ma, bo tak spoglądając na nie dzień po dniu zaczynam wierzyć w ten świat nie po drugiej stronie lustra, ale ten, który żyje tylko… odbity. Tylko wtedy żyje, oddycha i śni, gdy ma coś, co może go odbić. Tak zwyczajnie, lekko pasożytniczo…

Wiecie co… pięknie jest.

img_0195-2

A w tym czasie…

A w tym czasie na plaży cisza lekka. Ostatnie wodorostowe kupki czekają na wielbicieli ekologicznego rycia w ogródkach, albo darmowego opału… Bo serio. Wiecie jak one fajnie się palą? Jak gorące są i tłuściutkie, niczym wrzucenie smalcu do ognia. Czadowe! Ale sparklują, więc uważajcie.

Na wodzie kołyszą się zgodnie wszelakiego rodzaju ptaszęta wodne. I rybitwy i kaczki i mewy. Wrony oczywiście zostają na lądzie. Znaczy wiecie, jeśli chcą, to udadzą się między fale, tam gdzie osłonięte kamyczki stoją, ale bez urazy, na brzegu dość onego smacznego tałatajstwa, nie muszą się moczyć. A reszta się buja. Na niewielkich falach. Specyficznych, bo cała morskość została podzielona na takie ruchawe i nieruchawe płaszczyzny. Oczywiście przez wodorosty. Te, które zostały w wodzie niesamowicie ją zagęszczają i wiecie, no jak w rosole… intrygująco jest!

Piasek zaprasza, by usiąść i się nie ruszać. Bo słonko grzeje. Ale dupsko od razu poinformuje was o tym, że to raczej już zimowa aura, więc nie da się usiedzieć długo. Oj nie. Zimny, północny podmuch wdziera się w każdą odkrytą szparkę i gryzie ciało. Wydobywa smarki z nosa i… inne tam takie dziwne, człowiecze symptomy wodnistości ludzkiej. No wiecie sami… Za to w porcie dziwne poruszenie. Niektórzy postanowili przeremontować diametralnie swoje nowo zakupione domostwa, więc stoi sobie domek imieniem London bez dachu, z rozwartymi oknami, z kominem podpartym i zastanawia się, co to z nim zrobią. Właściwie to ciekawe. Czy ino zrobią mu dach, czy jednak w końcu i zabiorą się za ściany? Kurcze… Strasznie wygląda tak odarty z godności dom. Niczym naga kobieta prezentowana sztabowi wyborczemu cielesnych. Smutne to, ale jest i nadzieja, że coś tak misternego, jak ten przecudny domeczek, chatka szachulcowa, no wiecie, będzie dalej żyła. Że ją wysuszą, odmalują… chociaż z tym malowaniem, to bez przesady, wciąż nie mogę odchorować przemalowania tego cudownego domku, co to wiecie, ma taki maciupci domeczek… w Saltunie. Wiecie, ten z kartek, co to był pomarańczowo-ceglasty, a kurcze teraz mdłoniebieski jest.

Ech…

Wyspa się zmienia…

img_0401

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poćmoki… została wyłączona

Pan Tealight i Julowa Rozpusta…

„Bo ona zwyczajnie musiała wcześniej.

Nie widziała potrzeby by czekać na jakieś gwiazdki, czy inne tam pewno i tak dawno umarte twory wskazujące drogę pokręconym starcom, którzy zwyczajnie mieli wizję i wyliczenia i… wiecie, chciało im się jechać, wykupili all inclusive czy coś tam, mieli wielce odlotowe wiebłądy i koniki, no i inne tam… dobre silniczki, opiekę medyczną… Nie nie nie! Ona to widziała inaczej.

Bo ona w ogóle to świętowała co innego i wcale nie miała zamiaru się ograniczać w kolacjach, zestawach dań, wszelkich kolorystykach… choineczkach ino takich, ino bombeczkach, ino skarpetach, tudzież ilościach marcepanu doprowadzających do szaleństwa. Jakoś tak po prostu nie chciała.

A może i nie mogła?

Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona Pożarta zaczęła świętowanie z końcem października i świat miał jej to za złe. Ale nie Wyspa. Bo Wyspa rozumiała. I dlatego zrzucała jej szyszki i iglaste gałązki pod nogi i oczywiście trochę pomroziła, bo zawaliła z ta jesiennością, więc wiecie, chciała się jakoś tutaj wylizać z bycia winną. No i oczywiście zaczęły się na Wyspie Julemarkety!!! No więc dlaczego nie? Na co czekać? Ci kurna takiego jest w czekaniu? Bo Wiedźma Wrona tego nie rozumiała. Wcale a wcale tego nie kumała. Czekania na paczki… choć czasem sama lubiła zwlekać z otwarciem, bo wiecie, jak z tym kotem pana Sch. nim otwarty mógł zawierać wszystko, czyż nie…

… już zaczęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3014-2

Z cyklu przeczytane: „Siła niższa” – … i jest. Dożywocie 2. Choć Sławetna Ałtorka obiecała, że nie będzie. Ale wiecie dusili ją i przypalali, obiecali, że zjedzą Trolla, odetną dopływ gier i wszelkiej słodkości… a może to Krakers? A może Licho? Pierun wie, ale jest… ktoś ją przycisnął i… tylko kto?

Kto to wie.

Ale jest ono Dożywocie 2. I jest… smutne jest. Refleksyjne. Niby wiecie, mamy anioła, mamy Wikinga, znajomego osobnika o diabolicznym wyglądzie, oraz Utopca sztuk jeden, ale… jest smutno. Jest też refleksyjnie i mądrze. Jest czasem dobijająco, aż chcesz wleźć do książki przytulic Liszko, pierdyknąc Turu w łeb za wrzeszczenie na Konrada, zabawić się w wywoływanie duchów… ale wtedy wkracza ona.

Dość niespodziewanie. Ona ONA!

Oto jest rok z życia po życiu. Nowe miejsce, przystosowanie się. Milczenie i wycieczki do Tesco, które uświadamiają naszemu romantycznemu bohaterowi, że kurcze nie on jeden jest na dożywociu. I oczywiście jeszcze drakkar ze zwłokami w piwnicy… różowe króliczki, ale przede wszystkim, przede wszystkim jest nadzieja, że w końcu, no bo musi, w końcu to wszystko się zmieni. Na lepsze oczywiście.

Śledząc zmagania Ałtorki z onym dziełem (Facebook), człek nie tylko dowiedział się jak to rodzą się takie niesamowite opowieści, powalające lingwistycznie i pełne trudnych słów, ale też uświadomił sobie, jak wiele ona w tej powieści daje nam samej siebie. I Niebożątka, wiecie… Bo tak naprawdę jest to opowieść o dojrzewaniu i rodzinie, o rozumieniu, cierpieniu wszelakim i oczywiście o szaleństwie, którego w każdym z nas jest choć troszkę. I jeszcze o zmianach, które wkurwiają i wcale nie muszą być dobre i przystosowywaniu się i o czasie i… wspólnocie. Jakkolwiek rozumianej rodzinie, w której wolność oznacza bycie z kimś innym. Kogo czasem chce się upiec, poddusić, potem zmartwychwstać i znowu obrać, ale jednak… się go kocha jakoś tak. I o świecie, wiecie, który często tonącym nie tylko nie rzuca brzytwu, ale jeszcze oblewa betonem…

img_3090

Są takie miejsca na Wyspie, z których świat wygląda… dziwnie. Albo w ogóle nie wygląda.

Jednym z nich na pewno jest Młynkowe Wzgórze, na które właśnie spoglądam. No dobra, ciemno jak oko wykol, ale wiecie, spoglądam. Stojąc na nim, tam obok drewnianego wiatraka i patrząc na morze możecie zobaczyć Christiansø i Frederiksø i właściwie całą resztę kamiennych wysepeczek i wysepuniek i wszelkich ino srajnictw ptasich. Oświetlone tym dziwnym, zimowym już siwatłem, niskim, a jednak dziwnie przyciężkim… są jak miraż.

Erthomele.

Tak naprawdę nic, ot dziwaczność jakaś na moru, które… podobno gdzies tam dobija do jakichś brzegów, ale z tego miejsca, a już przy pochmurnym niebie i wszelakiej mglistości, możnaby uwierzyć, że nie ma nic więcej. Kompletnie. I wiecie co, całkiem niezła ta myśl. Taka wyzwalająca i niwelująca tak wiele problemów. Ale w tym świetle, przy onej pomarańczowości oświetlającej kamienne budynki, wojskowe utensylia, żółtości i skalistość, nieliczne drzewa i podział międzywyspowy i jeszcze ludzi, którzy podobno tam są, ale czy wciąż? Czy nadal będą się na to decydować? Po tych wszystkich zmianach? Czy odejdą?

Tak naprawdę cały ten pasek pofalowany i jeszcze ono odbicie w dość spokojnych morskościach i jeszcze nieliczne łódeczki… wygląda nierealnie. Serio, jakbyście mieli mocne zwidy i to wcale ino po zielonej herbacie. Serio, niczego nie dosypywałeś, ale jednak jakoś tak się coś mieni pod i nad powiekami. Tylko dlaczego? Po co? I o czym to ma świadczyć? Jakieś bicie szamańskiego bębna sprowadziło na ciebie ten sen, oną wizję? Ekhm… no dobra wiem, pewno, że można wziąć łódkę wybulić kopę koron na bilet i sobie tam popłynąć – byłam, pooglądałam, spotkałam dziwnych ludzi, zostałam poinformowana o tym, że mycie to zło i oczywiście żaby mnie goniły. Było… dziwnie. To takie bardziej ekstremalne, samotne. Takie wystrzałowe, gdy sztorm nadchodzi, dosadnie namacalne w wilgotności. Samotność tam jest zwyczajna. Nic złego, nic dobrego, coś, co po prostu istnieje i nie da się tego zmienić. I ona ostateczność. Że jeśli coś się stanie, to na pewno, na amen szybciej, ale z drugiej strony, może i nie do końca. Bo wciąż chciałabym w to wierzyć, że ludzie tam, choć często samotnicy, to jednak też jacyś są tacy inni, odmienni, zbudowani z pradawnych kości i duchów i… jacyś bardziej świadomi.

A może to wszystko jest jak te gwizdy, których tak naprawdę już nie ma… może to tylko światło, może nic już tam nie istnieje?

Może?

Wiem jedno, rytmiczne światło z latarni na tej wysepce, jakoś tak doskonale komponuje się z tym całym otoczeniem dzielonym na ziemię i wodę.

img_9098

Drugie miejsce to dla mnie Rønne.

Wiecie, ta górka, wjazd do miasta od środka Wyspy. Zatrzymajcie się tam na chwilę, szczególnie, gdy światła się zapalają, a ciężkie chmury opadają kotarami w wodę. Po prawej jakaś różowawa mazia – posłonkowa. Po prawej też jakieś dziwne, tym razem pomarańczowe zmarszczenie. Ale nad wszystkim te grafitowe i czarniawe chmury, gdzie niegdzie jakaś tam niebieskość, ale to tylko ułuda. Mrok już pzyszedł i zwyczajnie dziś założył prześwitujące ciuszki, dlatego widać mu bieliznę. Ale zaraz będzie okay, zaraz wszystko się zamroczy.

Ale jeszcze chwila…

… i ta chwila to wszystko. Czas między mrokiem, a światłem, miejsce między wodą, a niebem, czymś namacalnym i czymś, czego nie da się opisać, co można tylko i wyłącznie czuć. coś tak mocno nieuchwytnego, coś tak bardzo dziwnego, a jednocześnie zaskakująco znajomego. A może… a może tak serio, to wcale nie trzeba nad tym myśleć? Tylko patrzeć. I rozumieć, że świat się kończy w taki, czy inny sposób. Kończy ziemno, kończy wodnie może? Bo co jest ważniejsze, co jest granicą. Może tak naprawdę granicą są tylko te kotarki chmurzyste, ta nagła zawiejka lepkiego śniegu, który zaraz odejdzie, te dwa światełka na horyzoncie. I miasto budzące się do światła, na rynku już ubrane drzewka i niektóre kamieniczki, pod kwiaciarnią jak zwykle bajkowo…

… w sklepach odrobina świąteczności, łapcie, bo szybko zniknie.

A dookoła, gdy tak człek jedzie „do miasta”, nawet trochę śniegu. Maluteńko, znikające mini mini, ale jednak. Jest w tej zaskakującej śnieżnej listopadowości dziwność jakaś taka. Bo przecież jak to? Tutaj? Śnieg? I to teraz już? Może i prawdę gadają znawcy od wszelkich izobarów i powietrznych prądów twierdzący, że będzie i zimno i śnieżnie? Czas chyba jakieś zapasy skołować, co nie? Lepiej w końcu mieć, niż nie mieć.

img_3098-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Julowa Rozpusta… została wyłączona

Pan Tealight i Budyniowe Morze…

„- Jest z mleka!
– Nie jest.
– Jest!!!

Spróbowali.
Było.

Właściwie, to kiedy Wiedźma Wrona Pożarta nie miała racji? Cierpiała na oną dziwną racjowatą przypadłość od zawsze, ale wiecie, najpierw za młoda, teraz już nazbyt świadoma… Pan Tealight rozumiał, że nigdy się do tego nie przyzwyczai, i że zawsze będzie się mu zdarzało jej nie dowierzać, a jednak… kurcze, mleko zamiast morza? No kto by w to uwierzył? A dokładniej nie tyle samego mleka, co raczej czegoś na kształt mocno rozwodnionego budyniu malinowego. Ale bez skuma. Nie ma tak dobrze, ni posypki, ni polewki, soczków, czekolady i biszkoptów…

Mlekowe morze pojawiło się dość niedawno. I jak Pan Tealight znał siebie i świat, oraz załączył świadomość własnej przedwieczności… jakoś tak, zwyczajnie wiedział, że ono zniknie. Może po prostu coś się komuś rozlało, Krakenowie i Syrenice nazbyt mocno poeksperymentowali? A może… co by było, gdyby tak zostało? I co z ogólną nienawiścią do laktozy i tak w ogóle, to co się doi?

No wiecie, mleko to mleko, a jak jest mleko, to musi być i cyc. Bez cyca ani rusz, nie da się… kurcze, nagle, gdy tylko ta myśl dotarła do wszystkich, łyżeczki zamarły, ruch ust ustał, a potem nastąpił zwrot. Bo widzicie, czasem lepiej przyjąć dar i nie myśleć, a czasem, kurcze, czasem to nikomu nie dogodzisz! Bo co złego w cycu?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0433-2

Z cyklu przeczytane: „Konan Destylator” – … za free? Znaczy no dobra, rzeczywiście. Przy zakupie książki na Empik.pl otrzymuje się kod dzięki któremu mozna za darmoszkę pobrać ebooka Verne. Ale… u mnie po wbiciu kodu poszła wiadomość, że kod już wykorzystany, więc wiecie, obejdę sie smakiem. Nie tylko dlatego, że nie toleruję czytania z maszynek i nie posiadam takowych, ale i z powodu durnego błędu. AAAA!!! Za to rozbawiła mnie literówka w przesyłanym wszystkim majlu… KANON Destylator… Ha ha ha!!! Gratulacje Empik!!!

Jak zwykle w przypadku Wędrowycza, który serio musowo jest moim wujkiem Józkiem, sorry! otrzymujemy tomik pełen opowiadań. Ale… tym razem zawsze jest w nich Semen. Jakoś tak kozak przeniósł sie do chaty Jakuba, czy co? No i obydwaj panowie, niby tacy sami, a jednak mają dziwnie ustalony rytm dnia. Kac, późne wstawanie i potem do baru, gdzie czasem mordobicie. Nuda? No nie do końca, ot chyba lekka zmiana. Zmiana też w długości opowiadań, które zdają się byc bardzij bogate i rozbudowane, takie wiecie, nie na odwal… więc, czy to wciąż nasz Jakub W.?

No tak…

img_3084

Tym razem możecie dowiedzieć się ile Semen naprawdę ma lat, co dalej z Bardakami i jaką prawdę kryła Akademia Pana Kleksa. Oczywiście między innymi. Pomiędzy zdaniami kilka danych na temat najnowszych napitków, warto spróbować samemu sobie… nastawić, a co. Na pewno jednak zauważycie, że Autor trochę się zmienił. Jakoś tak Wędrowycz tchnie silnie tymi tomikami opowiadań Pilipiuka bardziej. Jakoś tak, ale co w tym złego? No nic…

Inny trochę, ale nadal on!

img_0431-2

Recenzja na dziś: „Historia spisana atramentem” 

img_0431

No to mrozik…

No to obiecali zimę.

Ciekawe, czy powtórzy się mroźność z 2010? Pożyjemy zobaczymy, albo nie pożyjemy, zjedzą nas alieny i wszystko nam będzie jedno. A tak jakoś ostatnio sorry, ale mnie depresyjnie łamie. Znaczy wróć. Ja tam zawsze jestem depresyjna, to mój zwyczajowy sposób na życie, nie umiem inaczej, ale… no wiecie, jest kijowo no. Znaczy w ludziach, bo przyroda miodzio. Dziś takie chmury, co chwilę coś pada, człek nie wie śnieg to, czy deszcz z domieszką żelatyny, czy kurcze… coś innego, zatwardzenie u aniołków, no wiecie, wiele szalona głowa pomysłów przynosi. No i te chmury, te chmury raz są, raz ich nie ma. Raz kurcze błękit nieba i obłoczki, a na horyzoncie fiolety i szarości ociężałe… i pada. I potem nie i kurcze znowu.

Wypełza człek ze swej gawry, bo wiecie, u nas nie wyleźć w dzicz, to obciach, zbrodnia i grzech totalny. Dlatego wyłazisz z ciepełka na oną mroźność, która mocno się różnicuje temperaturowo. W Rønne 6 stopni u nas zero właściwie i mniej, no i tupta sobie. Dziś wybieramy pola. A co. Padało tyle, że błotko na pewno będzie sie milusio przylepiało do traktorków buciorowych i robiło obcasy… trudne iście, ale jednak zawsze ćwiczy się pupcia i inne tam mięśnie. Idzie człek szybko, bo wiadomo, rozgrzać się trzeba, a z aparatem, to słońce się goni, więc… nie można po prostu się opindalać. No nie można!!! Podbiegasz, odwracasz się, a tam morze cukierkowe i niebiesia takie same, jak rozpuszczone landrynki, wiecie te z dawnych czasów, gdy kolory były jakoś tak bezpieczmiejsze. buraczane i takie tam… Lekko rozjaśnione, trochę niczym wata cukrowa zatopiona w landrynkach i lizakach, pamiętacie te Kojaki? Takie wiecie okrągłe z paseczkami, piłkowate takie… ale to było bajeczne. Człek dostawała lizaka raz na ruski rok i nie miał problemów cukrowych i miał z tego jakąś taką… większą frajdę…

Tuptam nieznaną ściezką.

Przerażona, że kurde zaraz ścieżka się kończy i jak nic będę musiała walić przez to pole zielone oziminą… no, chyba że to nie jest ozimina? Jest jeszcze ozimina na polach? W ogóle straciłam jakiekolwiek związki z rolnictwem współczesnym. U mnie wciąż trójpolówki, wiecie… Ale tuptam i widzę sporą kałużę w kształcie serca, w której odbijają się one cukrowości. A ona kałuża zielenią otoczona oczywiście i w cholerę taki nastrój, że gdyby mrozik dupy nie urywał, tosz bym się chyba rozpłynęła!!!

Serio!!!

img_5447-2

Czasem, gdy tak człek idzie…

No wiecie, idzie sobie, bo chce, bo musi, bo świat tak go zgnoił, że nie można już bardziej, że coś musi z niego to wyciągnąć, bo dwa smarkacze chciały rozpierduchę mu zrobić na posesji, i gdyby nie przestraszył ich, gdyby go nie było… a wszystko przez nazwisko na skrzynce. Tak, rasizm jest normalnością w tym miejscu. Ale nikt Wam w to nie uwierzy jeśli powicie, a Tubylcy się obrażą na amen. Zresztą… urazicie jeszcze ich i będzie! Dlatego lepiej pójść w las i pole, by wywrzeszczeć swój strach i ból. I koszmar tych dziwnych bab, które stwierdziły, że jeśli rodziłeś się w Polsce być idiotą musisz… to, że masz wykształcenie galopująco wyższe niż one obie razem większe nie ma znaczenia. Całkiem w ogóle…

I dlatego idziesz. Ale zapominasz w którymś momencie, że zmrok napada i dopada człowiek nagle. Że to, iż promienie i słońce oddalają się od ciebie, oznacza, że od razu zrobi się ciemno. I to serio, oko wykol. Jeszcze jeśli uda ci się dotrzeć blisko jakiejś osadowości większej, będzie okay, ale co, jeśli zostaniesz na polach. przy tym dziwnie łapczywie wyglądającym, wielkim, białym domostwie, które zdaje się połykac każdego. A może wciągnie cię ona idealnie czarniawa droga poznaczona szkiełkami lodowymi, w których dziwnie zatrzymane tkwią liście i ostatnie promienie słońca. I miodowość nagła nieba odbita…

Oj tak, o tej porze roku zalecamy jednak spacery wcześniejsze. Serio… Inaczej wpadniecie w głóg, czy inną tam dziką różę i pupa połatana! Albo lepiej, nastraszy was ten zająć i będziecie mieli… bo podskoki na względnie miękkim podłożu kończą się mokro. Azaliż… zauważyć tego nie musicie koniecznie, bo przeciez i tak łażąc po drogach zapomnianych i zwlekających od deptaczy, mokrzy jesteście już… co najmniej po kolana, choć ja to po pupę. Niski wzrost ma takie… możliwości! Wiecie, możliwości całkowitego zamoczenia, a nawet wodowania!

Czasem, gdy tak człek pozwoli sobie na całkowitą wolność w wybiorze drogi, albo leci zwyczajnie za niknącym światłem, to cos z niego schodzi i na chwilę jest lepiej. I na chwilę…

Niestety na chwilę. Ale kurna dobra i chwila, co nie?

img_5451

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Budyniowe Morze… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Wielce Osądzona…

„… i spalili ją.

Brutalnie i sromotnie.

Ją tylko jedyną, a przynajmniej tak donosiły źródła, bo przecież Wiedźma Wrona Pożarta miała co do tego inne zdanie.

Mawiano, że pachniała nie do końca jak kurczak. Serio, palone włosy nie do końca są jak pióra, a ciało, cóż, wcale nie grilluje się równomiernie, więc całkiem nie wiadomo… wiecie, no nie wiadomo jak naprawdę było wtedy. Jak ją odbierali, jak to wszystko się stało, jak wyglądało, jak czuło, jak się zmieniało… Odtworzyć to? Nie da się. W końcu trudno teraz, w tym momencie jakoś tak przywołać oną chwilę, moment odzwierciedlić. No czasy się troszkę zmieniły, choć nie tak bardzo, spokojnie. Można by spróbować, ale jednak kurcze, może lepiej nie?

I wiecie wtedy, tak naprawdę nikt do końca nie wiedział, czy czasem się nie transmutowała w coś, lub kogoś innego, ale… Duch Spalonej Wiedźmy był stałym i wyczuwalnym elementem Wyspy. Wiecie. Nawet jeżeli nie umarła ona, a coś innego, jeśli jej spirit przeniósł się w zwierzę, albo żonę ówczesnego burmistrza, nic to. Duch był i miał się dobrze. Mało rozmowny, całkiem wyłącznie wyczuwalny. Sposobny dotknąć wszystkich, ale też… jakoś taki eteryczny. Oj no oczywiście, całkowicie zgodnie z definicją. Ale nie formowany w cielesność jakąś. Żadne tam ciała, żadne tam ciuszki powiewające, nic tam… dźwięki też żadne. Niczego nie przewracała, nie zabawiała się, nie lewitowała człowiekami, po prostu…

Smacznie pachniała. Jak KFC i PizzaHut. Jak mamine schabowe i senrik babci i szarlotka, i jeszcze cebulka skwiercząca i może te kiełbaski… mmmmm…

I cóż w tym złego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_5815

Papu! W końcu książki. I to książki, na które czekałam. Raczej mrocznie, choć i miejscami zabawnie!!!

img_3075

Czasem słońce przebija się przez chmury.

Czasem tak jakoś, wiecie, niebo się łamie, odpadają z niego elementy wystroju zewnętrznego, trochę tynku, farby, czasem cegłówka niebiańska. Spokojnie, miękka całkiem… A gdy się tak niebo rozdziera, to jakoś tak dziwnie jest. Bo szarość i wszelaka mroczność strasznie rozleniwia, a rozleniwienie potrzebne jest umęczonej po lecie Wyspie. Wiecie, niczym pozwolenie na lenistwo, na dłuższe spanie, jedzenie ciepłego i słodkiego, tłuste pogryzanie i spacery, które wdzierają się w płucka i dosadnie wyrzucają z nich przeszłość zaprzeszłą.

A jak już słonko się wydrze nagle spoza ciężkości chmur, to jest takie wrzące dziwnie. Niskie, ale wciąż aż boleśnie bursztynowe. Świetliste i parzące. Macające wszystko to, na co padnie, ale i to, na co padać nie powinno. Odważne i przebojowe, ale jednak wiecie, olewające robotę dzienną. Wyglądające ino przed zmrokiem, gdy i tak zaraz wszystko pokrywa szarość. Malujące chmurki na wszelakie kolory tęczy, ale i nadające im dziwną, seledynową barwę. Niby człek wie, że zielonkawość może występować przy zachodach słońca, ale kurcze, nawet na chmurkach?

Dziwne…

No nic to. Zima idzie i to najważniejsze. Pierwsze śniegu poprószenia już mamy zaliczone. Nie widziałam, ale doniesiono mi co przegapiłam. Pierwsze glatowane uulice, znaczy sorry… oblodzone, tez już mamy za sobą, one przymrozki i wszelkie lodowacenia delikatne. Czyli co? Będzie ta zima, czy nie? A może jednak się uda i nas zaśnieży? Na wszelki wypadek należy przemyśleć zapas czekolady i jakichś przekąsek. Na wszelki wypadek. No, chyba że tak zamarzniemy, że będzie można suchą nogą do Szwecji podreptać, tam mają więcej sklepów. Ha ha ha!!! Kurcze… ale tak serio myśląc o tych wariactwach pogodowych, o tym jak ludzie idealnie mają to w dupie i olewają ekologię, to wiecie co, a kurna niech zamarza! Może świat potrzebuje jebnięcia sporej ilości jednostek w cokolwiek? Bo jakoś… ludzie przestali myśleć. Może jak u Detrytusa niższa temperatura będzie, no wiecie, nader elokwencję wzbudzającą? Może?

img_5527

I pada…

W końcu rzeki powoli się napełniają. Od kilku lat nie widziałam już zwyczajowych podtopień ni tych szalonych zlotów ziemi do morza, czy raczej spływów, ekhm. Onych fal kolorowych, onych dziwności wszelakich. No po prostu zmiany pogodowe. Tak wiem, są od zawsze, są od kiedy człek pamięta, ziemię bada i tak dalej, ale… dzisiejsze czasy produkujące sztuczne pszczoły i pojebane pestycydy jakoś mnie wkurwiają, więc totalnie zwalę na nie. A bo co, bo mogę.

W nocy był grad nawet… milusio. Za dnia znikome słonko, rażące jak piorun, dziwnie niezimne, wiecie, nie takie jakie powinno być, ale co tam. Jest. Mało to wszystko ważne, najważniejsze, że dookolność zaczyna się zdobić w lampeczki. I tak, oczywiście, że w kraju, w którym – ostatnie badania – podobno do religijności ludziska stosunek mają całkiem obojętny – choć z moich obserwacji wynika, że też i dość buńczucznie wkurzający, gdy pzychodzi co do chrześcijaństwa – wiecie, święta to światło. I właściwie ino to. I amerykańskość, bo to sie tutaj liczy.

Ale jeśli zdaje się Wam, że to wszystko tutaj to same cuda, eee to nie… Wiadomo, że Dania, jak cała reszta świata szuka cięć i tańszych rozwiązań. Po tym, jak zaczęły znikać wszelkie kasy za bezrobotność, teraz się okazuje, że i same pieniążki wybędą z kraju. A tak, Dania kasę będzie produkować w Finlandii! Część roboty odwala oczywiście Tajlandia? Are you fucking kidding me? A potem się dziwią, że bezrobocie. No sorry, ale jeśli nie ma roboty, to jej nie ma i tyle. Zatrudnienie ino w Azji i Polsce. No wiecie, to przecież też taka Azja. Ostatnio krąży takie zdjątko po necie, jak to Dania postrzega resztę świata… Polska została opisana jaki: free labour. Logiczne…

Sorry, w każdym kraju doją i robią wszystkich w zwierzątka… niewolnictwo istnieje, ino się wmawia niewolnikowi, że ma za to płacić.

img_7104

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Wielce Osądzona… została wyłączona