Pan Tealight i Browarek pod Łindmilem…

„Właściwie…

… widzicie, mimo niepijactwa Wiedźmy Wrony Pożartej i jej wszelkiej nienawistności ku procentom – poza czekoladą koniakową z Lindta – to postanowili, że zaszaleją. Tak po prostu, ale jak już, to po prostu i do końca. No i postawili na polu szopę. Całkiem niepozorną, zaraz po drugiej stronie rzeczki, tak by Białe Domostwo mogło stać na jej straży, ale też jakby się coś zrąbało, to wiecie… to nie my!

Szopa wyglądała jak coś całkiem prowizorycznego, coś mentalnie zbędnego, coś pomijanego wzrokiem i obiektywem aparatu, ale w środku… ech, w środku się warzyło. I to całkiem mocno. I całkiem nie do końca procentowo, bo widzicie, to był browarek, ale z odrobinę inną definicją browarności, a wszelakie używane tam liście, kwiaty, gałązki i korzonki, jakoś tak nadzwyczajnie nie do końca ze sobą współgrały, ale na pewno dawały kopa. No i płatki, nie zapominajmy o płatkach. W większości cukronych, innych znowu maczanych w dziwnych maczankach, manierowanych…

A jednak.

Widzicie, starali się nie mówić Wiedźmie Wronie Pożartej o tym, co się tam dzieje. Bardzo się starali. Nawet wynajęli Pojmanego Czarodzieja i Zmiętego Maga, by jakoś ukryli to miejsce, ale skończyło się na tym, że obydwaj zamieszkali w Białym Domostwie, dostępni na wystawie Sklepiku z Niepotrzebnymi, a ona się dowiedziała. No wiecie, po babsku pewno… tego nie przewidzieli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5495 (2)

Z cyklu przeczytane: „Małe mroczne kłamstwa” – … małe. Bardzo małe. Malutkie. I pragnienia zemsty. I ciągła nienawiść, która zmienia człowieka wyłącznie w oczekiwanie. Oto jest opowieść o tym wszystkim, na dodatek umiejscowiona w niesamowitych warunkach geograficznych. Na Falklandach.

Wciąż pamiętających przeszłość…

Połowa lat 90tych… naszą bohaterką jest matka już bez dzieci. Kobieta naukowiec, ale też i osoba opętana żądzą zemsty. Bo tak naprawdę nie ma już dla nikogo żyć. Ni po co. Nic jej tutaj na tym świecie nie trzyma. Nic jej nie więzi. Nic… Ale nim zabije, nim zdecyduje się na ten krok razem z nią będziemy szukać kolejnego zaginionego dziecka i poznawać niesamowity, jakże inny świat Falklandów.

Książka jest niesamowita. Klimatyczna, spisana w pierwszej osobie, głęboka i boli. Z jednej strony mamy tutaj opowieść wciąż jeszcze młodej kobiety, której życie dla niej samej nie ma już sensu, a z drugiej… Falklandy. Całkiem inny świat. Świat, który w 1994 roku wciąż pamięta strach i to co zrobiła Argentyna. Świat odradzający się, ale też i świat wciąż pusty. Turystyczna mekka, ale też i miejsce, którego nie można zrozumieć. Pustka i dzikość oraz morze. Dwa światy stykające się ze sobą. I oczywiście ludzie, z których każdy skrywa jakiś koszmar i jakąś tajemnicę… Kurcze, wydaje się, że tak wiele elementów w tej książce, że możnaby się zagubić, ale nic z tego. Autorka tak sprawnie prowadzi narrację, że wpadamy w ten świat i od razu wiemy… że oczekiwać możemy niespodzianek z każdej strony, ale nikogo nie możemy jednoznacznie ocenić.

Bo czym jest dobro i zło? Czy czymś nierozerwalnym?

IMG_5333

Medale od Królowej…

Widzicie.

Gdy przepracujecie pewną określoną sumę dni i nocy, miesięcy i lat, to dostajecie w Danii medal od Królowej. Fajnie, co nie? Zresztą nasza cudowna Królowa – serio uwielbiam Kobietę i cenię – jakoś tak lubi uszczęśliwiać ludzi. I wiecie, najczęściej jej to wychodzi. No chyba, że trafi na jakiegoś mruka, to wiecie, nie dogodzicie nikomu. Królowa znana jest z tego, że ma swoje zdanie i go nie zmienia. Że wyraża je głośno i dobitnie i co ważniejsze, pewne rzeczy stara się utrzymać w tajemnicy – jak ten wciąż jeszcze ekscytująco sekretny prezent, który dostała Mary z okazji narodzin pierwszego dziecka. Królowa lubi takie stroje a nie inne i nie przeszkadza jej wyjście w szlafroku na balkon, by pomachać do poddanych. Często używa dresów, gdy w końcu pozwalają jej wyjść w pole i szukać archeologów i nadzwyczajnie jest silna. To się aż czuje. Tak po prostu. I czasem się ludziom udziela. Co jest całkiem potrzebne temu światu.

Poza medalami, to wiecie, u nas zwyczajnie. Śnieg stopniał, ciepło się zrobiło i cholerne wiosenne kwiatki zaczynają wyłazić odbierając mi nadzieję na jakąkolwiek zimę. Są już śnieżynki i te małe żółte smoczki… czyli ranniki z jaskrowatych. One serio wyglądają jak małe smoki. Wiecie, ta zielona obwódka i żółta kulka wychylająca się z nich i potem rozpękająca i pokazująca jakie języczki ma w środku.

No smok jak nic!!!

Morze się uspokoiło, jakoś tak wszystko spowolniło i oczywiście zwolniło. Jakby wszystko wiedzialo, że będzie okay, że jednak ludzie nie spieprzą całego świata durna polityką, że chociaż tutaj może być tylko spacer i dzicz, las i pniowe opowieści. Bo przecież serio, gdy tak człek spojrzy na swoją egzystencję, to czego mu trzeba? Kawałka ziemi, dachu nad głową, kogoś do kochania i bzykania, jedzenia i czystej wody i powietrza czystego i wielu miejsc do spacerowania i oczywiście do inspirowania się. Bo inspirowanie się jest awesome!!! I cisza lasu jest awesome. I liście zeszłoroczne, lekko już butwiejące, mokre przez cały czas.

Wyspa jest awesome!!!

IMG_5493 (2)

Światło się zmieniło.

Dni coraz dłuższe, co wprawia mnie w marudny stan, ale przecież nic z tym nie zrobię, czyż nie? No nie zrobię. Dlatego cierpię. Cierpię to dziwne, białe świtało. Wiecie, niby słońce, a jednak nie słońce, niby chmury, a jednak kurcze coś z nimi nie teges. Wszystko spowija coś na kształt chmurnej mgławicy i zamiast przepuszczać zwyczajowe światło, promienieje, rozrzuca, rozmiękcza i zmienia jego kolor na czystą biel. Prażącą oczy na wolnym tłuszczu, dziwnie niepokojącą, nagle wpadającą w ostrą szarość.

Nie przepadam za tym światłem. Albo słońce, albo mrok. Żadnych półśrodków. No i w tym świetle wszystko jakoś jest jasne, ale te kolory, no chyba szalone całkowicie. I to dziwne uczucie wilgoci, jakby wszystko płakało, a nic się nie deszczyło. Nawet ziemia zmienia się w gliniastość stokrotną, która spowalnia każdy krok i ułatwia każde poślizgnięcie się. Czyż nie jest to aura właściwa wiośnie? Czyż nie jest… I gdzie moja zima? No przecież kurcze to dopiero pierwszy miesiąc mojego ukochanego czasu w roku, a tutaj nic? Gdzie śnieg, gdzie moje mrozy i na co mi te wszystkie kwiatki?!!! No bez przesady, przecież zniosłam te wrzenia i cholerne latowości!!! Bez marudzenia!!!

No dobra, ze zwyczajowym marudzeniem!

Ja chcę śniegu!!!

Ja chcę mrozu!!!

No chcę no! A to całe białe światełko sprawia, że naprawdę czuje mi się źle. Czuje mi się zombiasto i całkiem mało magicznie. Bo widzicie, takie światło to może nadaje się na śnieżne zawiejki, zamiejki i oczywiście snestormy, ale nie na wstrętnie zielone wszystko. Wszystko takie, wiecie, dziwnie niepasujące do onej pory roku.

IMG_5544 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Browarek pod Łindmilem… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwna Przesyłka…

„Znaczy…

No nie było to jakąś wielką tajemnicą, że Wiedźma Wrona Pożarta kochała dostawać pocztę. Była od tego zwyczajnie uzależniona. Od kopert niewielkich kryjących cudowne niesamowitości, maleńkie wisiorki, kamienne drobiazgi, cudowności połyskliwe mniej lub bardziej, albo drewniane rzeźbienia, albo wiecie, elementy szeroko pojętego wystroju zewnętrza i oczywiście kartki i listy i słowa. I magnesy i kubki… choć jak idzie do kubków to już większe przesyłki, jak kule śnieżne i szaleństwa ze światów, których ona sama nigdy nie obejrzy.

Uwielbiała to oczekiwanie. Oną niespodziankowość, ale też i trochę się jej bała. Bo co, jeśli będzie to coś strasznego? Coś koszmarnego? Coś, czego nigdy nie chciała? Nie książki, drobiazgi i milusie szaleństwa, ale coś, co ją zawstydzi, wepchnie w głebszy dół, kurcze… no wiecie, coś złego jak gniazdo pająków albo gorzej: mały, puchaty, miauczący koteczek? W końcu niczego nie można było być pewnym. Niczego!!! Mała bransoletka może się okazać zaklęciem wiążącym, a kamyczek nie ametystem, a wielką kupą słonia. Albo to piórko… kościane piórko? cudowne takie, a jednak i takie, którego ona nie mogła tknąć, jak wszystkiego, co ze zmarłego zwierza pochodziło.

No nie mogła.

No fobia!!!

Przekleństwo, a może nadmiar dziwnych snów? Może tak naprawdę wciąż śniła i ta paczuszka, sporych rozmiarów na schodkach Białego Domostwa, wcale się nie poruszała? I dlaczego nikt jej jeszcze nie wziął do środka? Nie rozpakował? Nie cieszył się z niepewności, niespodziankowatości, w końcu rachunków w takich pakunkach nie wysyłali. W szarawo-brunatnym papierze obklejonym różową taśmą i obwiązanym sznurkiem… Czyż mogło tutaj kryć się coś strasznego?

Coś okropnego, okrutnego i brutalnego? Coś…

I dlaczego nikt się nie garnął, by to otworzyć?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3148

Z cyklu przeczytane: „Mroczne przypływy Tamizy” – … no dobra. Przyznaję. Ta kobieta to potrafi. Naprawdę to potrafi. Pisać i mataczyć. Miażdżyć i odmalowywać tła. Po prostu umie. Na dodatek pisze tak, że czujecie wszystko. I kraby włochate i zwłoki pukające was w goleń i syrenę widzicie…

… nigdy nie przestaniecie jej już widzieć, nigdy…

Oto opowieść o rzece i z rzeki.

Oto historia legend i łodzi, zwłok i przemytników, pradawności i współczesności i oczywiście… Lacy. Która oczywiście nie jest tą, za którą wszyscy ją mieli. I jeszcze pewnego mężczyzny, który ją kocha, ale też sam ma problemy i…

No dobra, jak najbardziej jest to kryminał, ale i niesamowity, etnograficzny, antropologicznie ujęty obraz społeczności nadrzecznej. Świata w mieście, które często nawet z jego istnienia nie zdaje sobie sprawy. Malowniczego, dzikiego i wolnego. Ale czy bezpiecznego? I o co chodzi z kobietami w całunach i syreną ukazującą się niektórym? Czy wszyscy zwariowali?

Oto po prostu bardzo dobra powieść.

Świetny kryminał z masa elementów dodatkowych, który w końcu nie wygląda jak stara pudernica ale doskonale ubrana kobieta w wieku średnim, pewna swoich zalet i braku wad. Odziana w genialną kieckę i mająca na wskroś dopasowane dodatki. Po prostu perfetto!!! Historia, w której można zatonąć… a potem spędzić trochę czasu, sprawdzając jak to seryjnie jest z tą Tamizą. A Lacy… cóż, jeśli znacie ją z poprzednich tomów („Ulubione rzeczy” ,”Karuzela samobójczyń”, „Zagubieni”) to sami wiecie jak to z nią jest. Silna i piękna, do tego tajemnicza i inteligentna. Ech! A ci, którzy ją otaczają zdają się serio ubogacać w osobowości najbardziej intrygujące!

Miodzio!!!

IMG_5335 (2)

Gdy zewnętrze mokre, mży się i wszelako się błyszczy kolorami, które powinny być pod sniegiem, ale nie są… no bo widzicie, kurcze, to wszystko jest takie kolorowe. Nie wiem w jaki sposób, ale człeka jakoś tak przyzwyczajony do szarości styczniowej i lutowej, jakoś tak mu wpoili, że wszystko opada i jak iglaków brak, to wiecie, szarość, a jednak…

… na Wyspie są kolory. Po pierwsze pola. Nie mam pojęcia jak to teraz jest, ale zimowa orka to normalność. Czy w dzisiejszych czasach ziemi nie dane jest odpoczywanie? Bo tak jak rozumiem oną zielonkawość, cudownie wyłażącą spomiędzy brązowatości świeżutkiej gleby, to jednak orka? Serio? Kurcze… nie wyznaję już tego świata. Ale wiecie, zielono jest. Trawniki zielone, pola w większości zielone mocno neonowo i oczywiście inne tam nieużytki, tez dziwnie zielone. Skąd one mają tyle siły na ciągłą zielonkawość? I jak tu się dziwić onym owieczkom, kozom i krowinkom, że wolą jednak popaść się z konikami na zewnątrz. W końcu fajna sierściuchę mają, ciepło im, widoki piękne, powietrze, że ino je wdychać…

Po drugie skały. A tak, jeśli chodzi o nie, to kolor mamy cały rok, ale jednak właśnie w tym okresie, gdy zanikają liście, zdają się bardziej błyszczeć i połyskiwać. Przypatrując się im człowiek odnajduje więcej i więcej barw. Zaskakujących, niesamowitych i czarownych. Kryształki i zlepieńce, granity i gnejsy i piaskowce i łupki i pierun wie co jeszcze zdaje się nie tylko pokazywać się z jak najlepszej strony, ale wprost ze sobą konkurować. Który z nas jest najpiękniejszy, który może być klejnotem?

Po trzecie porosty i krzaczki… widzicie, nie wszystkie straciły liście, nie wszystkie sa całkiem nagusieńkie, a na dodatek… niektóre pokazują właśnie teraz swoją całkiem inną, całkiem niesamowicie silną barwność. Te są bordowe, tamte zielone wciąż, te srebrzyście-brązowe, a tamte prawie złotawe. Gdy tylko skąpią się we mgle, wszystko to się potęguje i zdaje być czymś, co nie może być prawdą. Nie. To musi być czymś innym, czymś z całkiem nienamacalnego świata. Czymś… spoza tego miejsca, a może to miejsce jest spoza innych miejsc? Może tak serio wcale nie istniejemy i ta ntura nie istnieje i wszyscy jesteśmy na grzybkach?

A może na porostach?

IMG_5313

Po piąte mchy…

Widzicie, w takim nie zmrożonym lesie, w takim, który zaskakuje kropelkami przeróżnych kształtów, mchom jest dobrze. Oj, chyba nawet bardzo dobrze i tak naprawdę nic ich nie ogranicza. Mogą wszystko. Rosnąć wszędzie, porastać, kłaść się, tworzyć czapy, albo tylko lekkie kępeczki. Mogą zniknąć, by pojawić się nagle. Na skałach i pod nimi, na pniacha i na gałęziach. Na starych liściach i na obrzeżach ścieżek. Niziutkie i trochę wyższe. Z główkami i wyłącznie takie wiecie… perukowe. A serio, mamy nawet takie z loczkami! No zieloniutkimi i puchatymi, niczym fryzurka przy nadmiernej wodnistości powietrza tych, co im się włosy kręcą, tudzież po myciu bez odżywki. Albo lepiej, jak się potrze balona i przytknie do głowy…

No takie też mchy mamy, a w tym czaasie w większości zieloniutkie radośnie.

I są jeszcze pogrzybnie. Znaczy ni to porost ni to grzyb, mykolog by się zdał, mi wystarczy, że jest to na pniach wyłącznie czarniawo-korowych drzew i jest turkusowe!!! Naprawdę turkusowe. Takie, jak tylko turkusy mogą być. Po prostu! Płaskawe miejscami, ale jednak klejnoty. No po prostu klejnoty i… człek się napatrzyć nie może. A ludzie jęczą, że styczeń taki szarawy i nudny. Jak można się nudzić? Jak można się szarzyć?

A może to tylko tutaj…

Z drugiej strony, może mi się mami z nadtlenienia w oczach? No wiecie, wszyscy teraz o smogu gadaja, więc może i do nas coś dotarło? Kto tam wie? Może rzeczywiście coś w tym jest, że człek tutaj oddycha za dwie dychy, albo nawet trzy?

IMG_5979

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwna Przesyłka… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Niepijąca…

„I w tym był wiecie problem… ileż to by spraw uprościło, ile problemów by zniknęło, gdyby zwyczajnie, tak po ludzku, lub słoniowemu bo podobno one tez coś fermentują sobie, można ją było urżnąć? Wiecie na amen, albo chociaż do tego poziomu wątpliwego człowieczeństwa, kiedy to osobnik staje się bardzo zabawny i radosny, i czuje wyłącznie te emocje? No wiecie…

… ależ oczywiście, że mamy wyłącznie coś dobrego na myśli. No co by w końcu udało się jej odpuścić, zwyczajnie zrezygnować, odrzucić i wszelako pierniczyć… Przecież nikt nie chce jej uszkodzić. Nawet odłamać, czy odłupać. Jest w końcu jedyna w swoim rodzaju i wszelako jedynie jedyna w każdym innym. Wiedźma Wrona Pożarta. Ale jednak czasem, jak to mógłby ułatwić podróże! No wyobraźcie to sobie. Lekka sedacja i już w samolocie oddychające zwłoki, a po 30 godzinach jakieś tam Antarktyki, tydy, czy inne Alaski. Albo chociaż Grenlandia, albo chociaż… no dobra, do Finlandii to może autem się da, ale cała reszta, no nie ma mocnych!!!

Bo przecież oni też czasem chcieli gdzieś wyjechać. No dobra, może i rzadko, sporadycznie właściwie, a niektórzy to serio nigdy w życiu tym, przyszłym, czy zaprzeszłym, gdyby tak czas znowu się zapętlił, zakolił i trzeba było znowu iść do podstawówki. W końcu mamy wolność wyboru, czyż nie? Mamy, więc korzystajmy z niej. Ale z nią lekko mocniej pod wpływem. Czegoś więcej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7355 (2)

Z cyklu przeczytane: „Krucyfiks” – … śmierć. A raczej wina i kara? Czymże tak naprawdę jest ta opowieść? Czy historią seryjnego mordercy, opowieścią o pościgu, śladach, przyjaźni, a może… o przebiegłości?

Oto zwyczajna sprawa. Brutalna, koszmarna, ale jednak… zwyczajna. Morderstwo. Problem w tym, że na szyi ofiary znajduje się coś, co przywołuje dawno zamkniętą sprawę. Ale przecież był ktoś, kto twierdził, że złapali nie tego zabójcę. I tym razem to znowu on prowadzi śledztwo. Z nowym partnerem, z nowymi ofiarami… czy uda im się kogokolwiek uratować? A może jednak to właśnie ci śledzący będą kolejnymi ofiarami? A może to tylko naśladowca?

Niby zwyczajowy kryminał.

Znajoma ścieżka, trop za tropem, opowieści o życiu naszych bohaterów. A jednak… dziwnie filmowa ścieżka sprawia, że wydaje się nam, iż oglądamy film. I może rzeczywiście perfekcyjna byłaby z tego filmowa opowieść, a jednak, widzicie, jednak jest w tym coś… mniej. Książka wciąga, dobrze się ją czyta, ale czegoś jej brakuje. Niby mamy wszystkie elementy, ale kurcze, no ludzie, nie domyślenie się kto jest mordercą jest aż nazbyt trudne! Bez urazy, jak można nie zauważyć takiej oczywistości?

Można przeczytać. Nie wynudzicie się, ale to nie jakieś arcydzieło nowatorskiej sztuki zabijania.

IMG_5337 (2)

Mglistość…

Nadal trzymała w niedzielę.

Do tego wilgoć w powietrzu, jakby w bezwietrzności utrzymywały się miliardy miliardów maciupeńkich kropelek wody. Świeżej i niesamowitej. Powodującej coś takiego w człowieku, że i plecki przestają boleć i grypisko się wylecza. Jakoś tak… więc wychodzę. W mgłę. Oną mglistość szarawo-fioletową, miejscami niebieską, która sprawia, że wszelkie brązy i zielonkawości onej zimy widać bardziej ostro i wyraziście. Właściwie neonowo. Drepcze sobie człowiek po ścieżce, po której przed nim od wielu dni nikt nie szedł, błocko zbiera na końcach portków, ale szczęśliwy jak świnka w kąpieli. A przecież ni słonka nie ma, ni widoków jakichś, przecież to tylko i wyłącznie… las.

Co nie?

A jednak wiem, że bez niego nie mogę, nie umiem zyć. Niezależnie od tego czy to iglasty, czy jednak liściasty, a może mieszany. Czy wszystko błotniste, czy jednak wodniste… bo przecież przechodzisz obok onych krowich dziur… ekhm, no tak się nazywają, sorry, zapewne i tym były, kamiennymi misami, które sprawiały, że woda stała w nich nawet wtedy, gdy było gorąco. Teraz zarośnięte dookoła drzewami błyszczą srebrzystym błękitem i czarują. Rzućcie po lekkim lodzie, które je skuwa czekoladową kulkę, a usłyszycie najbardziej niesamowity: świszcząco – ptasi dźwięk. Jakiś taki kosmiczny lekko, jakiś taki ponadnaturalny. Chciałoby się tutaj zostać. Usiąść na tej mokrej, lekko omszonej ławeczce i nie odchodzić. Złożyć ofiarę z dziewicy, albo i kilku, potem zatańczyć ze stojącym kamieniem, którego zwiemy Pradziadkiem z Wyspy Wielkanocnej, wiecie, tym z grzywką zieloną, lekko loczkowaną… wszystko jest takie tutaj normalne. Nie docierają durne polityki, nie męczą człowieka kolejne pierniczone wieści.

Po prostu… w dziczy jestem.

Dziczą jestem.

IMG_5179

Wyłazi człowiek jednak z lasu. Wdrapał się w górę i prawie zjechał na mokrych liściach, znaczy na własnych czterech literach, w dół. Wiecie, zgodnie z wszelakimi prawami fizyk różnorodnych. W końcu tutaj nie latamy… no dobra, nie zawsze. Teraz, brodzimy we mgle ku Lilleborgowi. Ku onym skałom na szczycie, ku onej prawie fosie, mostkowi, którego przejście seryjnie nastręczało problemów. Trzeba było się wykazać wyższą gimnastyczną sprawnością, coby nie zjechać w dół. No i nie zatonąć. Ale człowiek lezie. Bo ona cieniutka lodowatość w dole tak dziwnie zaprzecza onej ciepłocie tutaj, ponad mostem. Bo przecież przymrozku nawet nie ma.

No dobra… ale nadal mglisto. Zauważyliście, że pnie drzew porasta czasem taka błękitnawa grzybiowatość? Nie? No to porasta u nas i genialnie świeci w tej mglistości. Na czarniawej, śliskiej, łagodnie gładkiej korze, zdaje się być najcudowniejszymi klejnotami. Jakże niesamowitymi, inspirującymi. Czarownie przyciągającymi. I te brązowatości miedziane między pniami i te węzły mgły gdzieś tutaj związane, tam znowu rozplątane, a tam…

Kto to wie jak się mgła składa i rozkłada?

A w ogóle, to czy jak ona zniknie, to znaczy, że się zwinęła, czy też rozproszyła, a może jednak rozwiała? A może wcale nie znika, tylko staje się niewidoczna? Któż to wie? Kto bada mgły? Mgłystolog? Mglistolog? A może mgłoznawca? Kto tam ich wie, ale na pewno są tacy, co to błąkają się po świecie i łapią w słoiki próbeczki. A może wiecie, samo hodują? Może są mgły plantacje? No i kto je koloruje…

Bo ta teraz taka fioletowa jest!!!

IMG_8437 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Niepijąca… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Zatokowa…

„Szkuner, kuter, łajba, łupina, żaglowiec, sterowiec… okręt, dłubanka. Nie potrafili się zdecydować. Kompletnie. Niby wszyscy widzieli co się stało, ale jednak nie byli pewni. Tak, mieszkali na Wyspie, ale jak u wielu rybaków pływanie to mała konieczność, tak i u wyspiarzy znajomość jednostek pływających… poza łódką może, to wiecie, no raczej zbędna sprawa.

A ona…

Pochyliła się i tak jakoś wypłynął…

Właśnie pili herbatę, jedli sernik mrożony lekko, zagryzania lekkiego, orzechowego muesli i wtedy to się stało. Może i powinni byli poczuć się dziwnie, może i nawet zobrzydzeni, ale wierzcie mi! Przecież to działo się w Białym Domostwie! tutaj sporadycznie coś kogoś obrzydza, tutaj rzadko ktoś czuje się dziwnie poruszony, tutaj jakoś no, raczej trudno wzburzyć mieszkańców…

Pochyliła się…

A on stuknął o drewnianą podłogę i zniknął.

Może dlatego nie byli pewnie co do rodzaju, ale byli pewni co do miejsc, jakie odwiedzał. Morskich, wilgotnych, rzecznych i jeziornych, stawowych nawet, a może i bagnistych? Tylko dlaczego w niej? W Wiedźmie Wronie Pożartej, która co jak co, ale do łódkowania się nie miała dobrze! Oj nie. Do bujania, podskakiwania na falach, do wszelakich transportów wodnych, do słoności, ale i słodkości wody. Do mieszania fal i akwenów do wielkich i małych zbiorników…

Tylko… dlaczego właśnie dzisiaj? Dlaczego przy herbacie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5556

Z cyklu przeczytane: „Czarne sekundy” – … zwyczajnie. Po prostu twoje dziecko znika. Niby miałaś przeczucie, że nie zasługujesz na tak piękny cud, jak twoja córka, a jednak, gdy znika, nie wierzysz. Bo jak w to uwierzyć?

Oto opowieść, w której… przykro mi, ale właściwie nic nie zaskakuje. Niewielki wysiłek umysłowy i wiecie kto co i gdzie. Wiecie jak to się potoczy, wiecie w jaki sposób śledztwo pójdzie dalej, wiecie… a jednak i tak czytacie tę powieść. Bo po drodze trafiają się dziwne smaczki. Specyficzności innego świata. Bezpiecznego. Przecież takim miał być.

Naprawdę ciężko dać się zaskoczyć tej autorce, ale to nie znaczy, że książka nudzi, czy odkłada się ją po kilku stronach, bo przecież chcesz się czytelniku dowiedzieć, czy masz rację? A może te wszystkie fakty nie miały żadnego znaczenia? Może one okruszki prowadzą całkiem w inna stronę? No i dlaczego? Tego przecież jeszcze się nie domyśliłeś, a może jednak?

Czy wiesz dlaczego zniknęła śliczna dziewczynka?

IMG_5339

I szaro…

Powinnam tęsknić za rozświetlonymi oknami, za światłami wystaw, za całym tym blichtrem… za ozdobami, brokatem, połyskliwościami. Może i wielkimi akwariami, sklepami, wszelaką głośnością, a jednak nie tęsknię. Kiedyś wydawało mi się, że to wszystko może w końcu się zawalić z takich powodów. Kiedyś ludzie rzucali mi w twarz, że przecież będzie to zamknięcie i niewola…

Hmmm. Mylili się.

Oj, oczywiście, że czasem mam ochotę na wielkie zakupy. Na coś całkowicie innego, ale przecież wciąż tutaj, na tej Wyspie, są miejsca, których nie pomacałam, więc nie ma boja. No dobra, czasem nawet chce mi się w jakieś inne całkiem miejsce, w którym nie ma nic, kompletnie nic znajomego… wtedy wiecie, stawiają u nas Lidla i styknie. Teraz w planach wielkiej rozrywki będzie Rema 1000 i oczywiście owe dwa sklepy całonocne, które wciąż uważam za kosmiczną durnotę. Sprawdziłam. W sobotę wieczorem w centrum miasta… znaczy Nexø, żywych dusz dwie można obaczyć. Może i martwych więcej, ale akurat nie te liczyłam. W Lidlu cztery osoby plus kasjerka. Wykupili króla Guleroda, co trochę mnie smuci, no ale, nie można mieć wszystkiego…

A rozrywka?

Tak się zastanawiam… czy ludziom serio rozrywka kojarzy się wyłącznie czymś poza granicami własnego kraju, czy nawet województwa? A może jednak uznają za nią wyłącznie wielkie zakupy, drogie marki i wielkie sklepy? Chyba sporo lat życia poza kontynentem strasznie mnie zdziwaczyło. A może znormalniło? Bo widzicie, dla mnie rozrywka to spacer, zdjęcia, starocie prastare i oczywiście świeże powietrze. Nie potrzebuję głośnych premier filmowych, ni polityk nachalnych… wychodzi na to, że stałam się Tubylcem. Oj dobra, może większość z nich rzeczywiście polazła na spotkanie w Remie 1000, bo dawali gratisy, ale tutaj ludzie zawsze pójdą na darmowe, no i jak dają ciasto.

Jak wszędzie…

IMG_4783 (2)

Poza tym…

Genialna, cudowna, niesamowita mgła spowiła Wyspę. Wiecie taka, od której długie światła się odbijają. Ściana, lekko tylko przepuszczająca samochody. Przechodząc przez nią rozrywasz cudowną jedność, która, cokolwiek zrobisz, znowu nią będzie. Rozerwą się strzępki, ale zaraz zwiążą po chwili. Mleczne wszystko, a każde światło w mroku wygląda jak element UFO.

A może to my jesteśmy UFO dla onej mgły?

Bo widzicie, havgus to jedno, ale mgła… mgła na Wyspie wcale nie jest aż tak częsta. Coś tam czasem się unosi nad bagnami, coś kula nad jeziorkami, ale taka mgła, by aż wydali ostrzeżenie… zdarza się rzadko. I raczej mało kto potrafi w niej jeździć. I nagle rozumiesz co to znaczy być odciętym od wszystkiego. Wystarczy zatrzymać się – ale bezpiecznie odstawcie autko – gdzieś tak przy polu, z boku las, z prawej brak drogi, z lewej ino leśny dukt… i mgła. I ty w środku niej i nic poza wami.

Jest… cudownie.

Miękko tak, nic nagle nie ma twardych, ostrych krawędzi, nic nagle nie denerwuje, nic nagle nie denerwuje, nic nie grzeszy, bo przecież miękkość wszystko łagodzi. I obyczaje i dziwne religijności i wszystko inne. Ale poza tym wszystkim, poza oną łagodnością i prostotą szarości; poza cieniami, teraz dziwnie przyjaznymi, wszystko jakoś tak… pachnie. Cudownie i chłodno, lekko północnie, choć przecież jest dość ciepło, lekko słodko, ale i jakimiś kwiatami, lekko owocowo, ale i przyprawami, lekko tak pachnie. Pachnie i włazi w człowieka, i nagle człowiek staje się…

Lżejszym i pogodniejszym sobą, który tak niewiele potrzebuje. Oj tak, ta dziwna mgła zdaje być skumana z jakąś formą ascezy… dziwna sprawa.

Dziwna.

IMG_5108

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Zatokowa… została wyłączona

Pan Tealight i Książka Nieczytalna…

„Nie chciała i już.

Pan Tealight dorobił jej zameczek i srebrny kluczyk, okuł jej rogi metalem w kwiatuszki dziaranym i oczywiście brzegi opatrzył, a potem pozwolił jej się totalnie zamknąć i milczeć. I nie dać się czytać… dla Wiedźmy Wrony Pożartej była to szczególna nowość. Książka, która nie chce być czytana.

Powieść, która nie chce jej zjeść.

Było to takie odświeżające. Takie dziwnie niesamowicie zaskakujące i bezpieczne. Takie bardzo nowe i intrygujące, a jednocześnie… jakoś tak fajnie było siedzieć obok niej i zwyczajnie czuć się bezpiecznie. Oto w końcu jakaś z nich, której nie trzeba czytać. Która nie będzie się dobierała do jej skóry i włosów, która nie będzie chciała wejść w jej głowę i nie zmąci myśli. Oto w końcu kolejna historia, z którą nie trzeba się będzie zmagać, z którą całkowicie…

Ale zaraz, dlaczego nie? Co było z nią źle? A może z nią? Czyżby zwyczajna wiedźma nie była dobra dla tej książki? Czyżby? Nie, przecież to już nadmierne myślenie, a może właśnie o to chodzi? Właśnie o to? Żeby myśleć o niej, dać się opętać niewinnością tych okładek i stron zapewne pachnących wszelaką nicością… Zapewne nigdy nietkniętych, choć przecież nie narodziła się, żadna z nich nie rodziła się, wszystkie były szyte i sklejane, wszystkie były oprawiane… a może ona była tą pierwszą? Tą jedyną? Wiecie, taką, która mogła w rzeczywistości dać jej coś więcej?

A może…

A księga tylko spoglądała na wszystko i o niczym nie myślała. A może jednak myślała? Może notowała w sobie, może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1229

Z cyklu przeczytane: „Dotyk” – … a gdyby. Wiecie, gdyby była inna opcja niż wampiryzm na prawie wieczne życie? Gdyby tak można żyć milion razy w różnych ciałach?

Wystarczy dotyk i jesteś sekretarką, naukowcem, muzykiem, modelką… Claire North ofiaruje nam właśnie taki świat. Gdzie możesz być każdym, ale też skraść każde życie. Nie pozwolić temu komuś poczuć dorastania, nie nauczyć go życia, odebrać mu miłość żony, bo przecież ci, którzy przejmują ciała – skóry, jak je zwą, cóż nie do końca dbają o dusze, o ciała trochę bardziej, bo kochają piękno i doskonałość.

Widma…

Czy czasem nie ginie wam chwila, a może cały dzień… co z tymi, którzy zarzekają się, iż nie pamiętają całych miesięcy… Kepler na pewno ma na to odpowiedź. Jest w końcu jednym z nich, z widm i jednym z tych, na które poluje tajemnicza organizacja. Ale kto się kryje za władzami onej organizacji? Jakie pomyłki przeszłości i czyje, tak bardzo zniszczyły jej teraźniejszość.

To niesamowita opowieść poprzez wieki, lata, lekko sensacja, wiele tajemnic, intrygujące postacie, ale… widzicie, tego wszystkiego jest za mało. Dostajemy wspaniały deser, ale dają nam ino oblizać łyżeczkę, tak się czuję po zamknięciu tej książki. Bo wiem, że tam wydarzyło się tak wiele, wiele, wiele więcej, a ja nie wiem co!!! Mam pretensje o zbyt mało stron, zbyt mało opisów onych żyć, zbyt mało wszystkiego. A jednocześnie jest to spójna, aczkolwiek na początku trochę roztrzepana opowieść, w którą warto wkroczyć. Tylko wiecie co, od dziś chyba nie chcę się dotykać z obcymi. Wcale a wcale, b jakoś to przecież czas jest tym, co mamy najcenniejszego.

A czy ty oddałbyś swój czas, wynajął swoje ciało za pewną sumę pieniędzy?

IMG_5341

Szarość…

Za oknem ciężka mżawka, uderzająca o ulice ciemne i o te reszteczki śniegu, mocno zamarzniętego, dziwne tworzącego postumenciki i rzeźby… Uderza mocno uderza boleśnie, jakoś tak żałośnie się człowiekowi na duszy robi, gdy kurcze tak to wszystko nie zamienia się w śnieg, a nawet jeżeli, to małe płateczki padają sobie tylko przez krótką chwilę. prognoza na jutro przewiduje słonko i cztery na plusie! Nosz kurcze, w jaki sposób ja mam to przeżyć? Jak mam doznać mojego corocznego, przecudownego wymrożenia?

Kurcze…

Świat na zewnątrz jest spokojny.

W onej spokojności może i ktoś się wprowadził na ulicę obok, a może jednak nie? Kto to tam wie? Przecież nowy samochód wciąż wpadający w dziwne poślizgi i z trudem podchodzący pod niewielką górkę, znacz podjeżdżający… nie musi niczego znaczyć, czyż może może? Ale kogo to tam interesuje. Listonosze, które jak obiecali już nie kurują w soboty, co napawa mnie i strachem i przygnębieniem, ale i dziwną radosnością, że może człek się wyśpi? Ale z drugiej strony mam tak zakonotowane we łbie, że na pukanie po prostu zrywam się z łóżka obwijam w koce i inne tam, no i oczywiście lecę otwierać. Nie pamiętając, że to niedziela i do cholery znowu chcą kasy na coś tam… co i tak ma się lepiej, niż ja. Po kiego łażą po biednej dzielnicy? Bo co? Bo biedaki zawsze mają wyrzuty sumienia? Co?

Ech…

Kocham dostawać pocztę.

Kocham zbierać magnesy, kubki i śnieżne szklane kule. No kocham no… i wiecie co, chyba gotowa jestem na jakąś podróż, co oznacza, że prochy działają. No wiecie, na trzeźwo, to nawet z klopa nie wyjdę, jeśli istnieje prawdopodobieństwo ludzkości mi nieznajomej poza moją własną Chatką.

IMG_0617 (3)

A… no tak, u nas też pojawiły się jaja w sklepie.

Tak, nie mówię o zwykłych kurzych, ale o onych Easterowych. Jakby kurcze już nie wiedzieli co na one półki położyć. Polecam jedzenie, bo serio pustkami wieje!!! Ludzie! Niektórzy potrzebują zieleniny!!! Znaczy ja potrzebuję! No cóż, każdy ma wstydliwe tajemnice to jest moja. Ostatnio chce mi się żreć ino zieleniny i warzywka. Sorry, nawet owocki nie włażą. Za słodkie! I nie mogę patrzeć na czekoladę…

… na pewno jestem chora.

Śmiertelnie!!!

Najważniejsze jednak, że wiatry wróciły, bo bez nich i z tą pełnią to człowiek nie dość, że po ścianach łazi, to jeszcze wydaje na nich dziwne odgłosy a to mu jednak całkiem nie przystoi w tym wieku. Zresztą, chyba w żadnym, to otwarty bilet do wariatkowa, jak nic. No i oczywiście te problemy ze spaniem. Ech!!! Ludzie to po prostu jakoś tak powiązani są z tą naturą. Jakoś tak kurcze za mocno jeśli chodzi o mnie… znaczy wróć, jeśli chodzi o księżyc, to ja niezbyt. Nej tak!

W całej rozwiązłości onego wyznania.

Wyspa oczywiście piękna jak zawsze.

Jej to kurcze nic nie przeszkadza. Umie się odnaleźć i w wiatry i cisze morzowe, w fale duże i mniejsze, w szarości wszelaki i wiecie, kolory zachodów, które ostatnio serio czarują. Niesamowicie i pięknie. Ach te pomarańcze i fiolety, one różowości i nagle zaskakujące błękity. Po prostu coś cudownego. Człowiek chciałby tak wyleźć i pocykać, ale nie dość, że w domu robota, to na dodatek jeszcze akurat w miejscach, z których słonko widać najlepiej strasznie piźd… znaczy wieje mocno jak cholera!!! I urywa palce znad guziczków aparatu. Już nie wspominając o onych trzęsawkach. Niektórych nawet stabilizator nie jest w stanie zniwelować.

Bidulek.

IMG_0597 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Książka Nieczytalna… została wyłączona

Pan Tealight i Wyrzucona przez Falę…

„No dostała rybą…

Żeby nie było, to nie jakąś flądrą, czy wiecie chudeuszem wszelakim, tudzież ino oskórkiem lub ościami. Nie. Dostała tłuściutką fiszą. Taką wiecie, ready to eat jeśli ktoś lubi surowe. Taką ot ino do nadziania na patyk po wyflakowaniu i zwyczajnie podsmażeniu nad ogniem. Taką… piękną, srebrzyście-niebieską z otwartymi szeroko oczami… choć, czyż z rybami nie jest tak zawsze, że się gapią? Z ogonem i onymi płetwami, bez żadnego otarcia, czy choćby zarysowania łusek. Tak, bardziej przypominała dzieło sztuki, że nie mogła, po prostu nie mogła jej dotknąć…

Nie mogła.

Ale fakt pozostawał faktem.

W zamian za ofiarę składającą się głównie z czekolady, dostała rybą. Czy dlatego, by zapachnieć rybnie, morsko bardziej, choć czy można bardziej, jeżeli prawie po gacie człek brodzi w zimnej, zimowej toni? A może by zasugerować, że już pachnie rybnie? Że z higieną jest coś nie teges? A może po prostu morskość powiedziała: dziękuję? A może… nie, nie wiedziała co powiedzieć. Ale chyba poczuła się specyficznie dobrze. Zauważona w końcu, jakoś tak doceniona, a może..

Nie, niczego nie była pewna poza rybą na piasku, którą po dłuższej chwili jej wahania i fotografii, morze zabrało z powrotem. Jakby wiedziało, że przecież i tak jej nie zje… a potem dała ją wronom. Bo przecież to tak jakby ona jadła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2435

Z cyklu przeczytane: „Rój” – … pszczoły. Nie no, rój jako taki, królowa, robotnice, cała ta pszczela organizacyjność odcisnęła się mocno na literaturze. Tworzono na ich wzór państwa, wykorzystywano je same jako broń biologiczną, czy też stanowiły pomoc w dociekaniu natury czysto sensacyjnej i kryminalnej.

Ale ta opowieść jest inna. Ta opowieść boli, bo przecież każdy z nas wie co zrobiliśmy ze światem i co przez cały czas robimy. Świnie z nas i tyle… a pszczoły? Pszczoły są proste. Królowa i jej dwór, trutnie i karmicielki, robotnice i te, które zbierają. Masa maleńkich ciał, a jednak tak niesamowicie działający jeden organizm… w którym na świat przychodzi dziwna pszczoła. Ciemniejsza od wszystkich, niby z Flor, a jednak całkiem inna. Sprytna i umiejąca mówić. Świadoma siebie i innych, pszczoła, która jest w stanie być każdą z pszczół.

Powieść jest fascynująca.

Filozoficzna, wzruszająca, mącąca we łbach wypełnionych onymi durnymi radościami z powodu stworzenia mechanicznych zapylaczy – a tak, trafiłam na taki artykuł. Na co komu pszczoły… na co? Ta powieść to odpowiedź na wszystkie pytania. Na to jak być rodziną i matką, jak walczyć o swoje, ale i w końcu ustępować pola. I jak oddawać życie za to, co najważniejsze. I oczywiście o tym, co w życiu najważniejsze.

Ale tak naprawdę to po prostu opowieść pewnego roju.

IMG_8491

Netto 24 na dobę.

Hmmm, no właśnie.

Netto w Ronne ma być otwarte 24 godziny na dobę i… większość ludzi nie rozumie po co. Znaczy no pewno, po wieloletnim panowaniu Netto i grupy Coop (Brugseny, Kvikly i Facta), oraz Spara teraz nadchodzi groźna konkurencja (Lidl i Rema 1000), ale serio potrzeba czegoś takiego? I to wiecie, nie w sezonie. Dla onej nie do końca 40tysięcznej populacji?

Czy serio?

Oj pewno, że rozumiem potęgę konkurencji, walkę o klienta i takie tam, ale w rzeczywistości nie oszukujmy się, w większości sklepów i tak jest to samo. A ostatnio to samo oznacza wielkie nic. I CO Z MOIM KROJONYM SEREM? Ceny są raczej podobne, a przez sporą większość czasu panie na kasach się nudzą. Nie mówię o sklepach sztuk jeden w miejscowościach, bo tam wiadomo, że poza sezonem w okolicach popołudnia może być nawet kilka osób, ale w życiu nie zapomnę kimającej babki na kasie w Sparze, która chyba przez cały dzień miała ino dwójkę klientów wliczając nas. Wiecie… no przecież ile tych zakupów zwyczajowych człek potrzebuje? Tak serio? chleb i masło, no pewno niektórzy mleko czy jajo? Warzywa czy jednak nie…

To po kiego otwarte całą noc?

No szczerze?

By ludzie się męczyli? By bardziej się bali? By po prostu przymusić innych do zakupów? Nie wiem, ale jakoś mi to wszystko się mało podoba. Oj oczywiście, że na Wyspie nie dostaniecie wszystkiego. Gorzej, wielu rzeczy nie dostaniecie i trzeba je zakupić gdzieś indziej, to całkowicie normalne. Co prawda spora część Tubylców uważa, że wszędzie płace i powinny być takie same, znaczy u nas jak w stolycy, ale nie oszukujmy się bida piszczy. Większość polezie do Netto ryzykując myszę w groszku, tudzież warzywka z Chin. Bo ich nie stać… więc po co budować u nas więcej sklepów ogólnospożywczych? Tudzież dyskontów? Przecież i tak nie dostaniemy tam warzyw z Danii, sporadycznie duński ser, czy ogólnie pojęte duńskie cokolwiek. No czekajcie, chyba woda jest z duńskiego źródła, ale nie każda!!!

IMG_3296 (2)

Ale wiecie, każdy chce zarobić.

Rozumiem, niech będzie, że to rozumiem, chociaż… nie, cholerna ze mnie idealistka. To oczywiście równa się bidzie, więc wiecie radośnić się nadal mogę ino kamyczkami i listkami i robaczkami i rybą… No właśnie, co z ta rybą? Drogie Morze, co z tą rybą? Widzicie, siedzę sobie na plaży i modły do fal odprawiam. Oddaję Morzu cudowną czekoladową słodycz na przebłaganie za własnego fioła i fioły wszystkich innych a Morze co, a rybą we mnie. I to nie byle jaką i obgryzioną, czy coś, ale świeżutką taką wiecie, rąbanym łososiem szlachetnym!!!

I teraz nie wiem, czy Bóstwa Morskości uznały, że wiecie rybą jadę i ogólnie jestem fishy, czy jednak, kurcze, po prostu zasmakowała im czekolada? Było to specyficzne dziękuję, w końcu sorry, ale konchą mnie Bałtyckie nie mogło przyłożyć, czy jednak coś do przemyślenia? Znaczy dla mnie. Serio… boję się teraz spojrzeć w fale, jakoś tak się czerwienię od razu. Serdecznie i mocno.

I nader wciąż nie do końca rozumiejąc…

No nic.

Dobre jest to, że niektóre dni są szare i można serio odpocząć, nawet jeśli w robocie łeb urywają i trzęsącą się na ostatku skórki główką walisz w ścianę… to możesz odpocząć. Jakoś tak ona szarość sprawia, że wszystko jest spokojniejsze, że wszystko jakoś tak zwalnia. A potem słońce wyłazi i czaruje fale, a te kolory… wiecie, prawa strona nieba szara, lewa znowu słonecznie błękitna i ostra linia przecina i niebo i wody, i wszystko takie jest uporządkowane. A w wodzie stoją kosmici. No serio, jak ci goście z Matplanety. Nie no, wiem że fiszermani, znaczy te tam rybaki w gumiakach po uszy, ale jednak coś człowieka mierzi, gdy oni tylko tak stoją w tej gumie i zimnej wodzie. Ja tam lubię zimno, ale to się trza ruszać, inaczej członki nas przestają lubić i wiecie… odpadają i toną na zawsze. A rybaki to raczej męskie one mają. Znaczy członki.

Kompletnie nieżeńskie.

IMG_3018

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyrzucona przez Falę… została wyłączona

Pan Tealight i Kocia Opera…

„Pośród wichury i ulewy, gdy wszystko jakoś tak lata, unosi się i nie dba o grawitację… one urządziły koncert. Pewno coś z akustyką im pasowało, może i wilgoć dobrze wpływała na struny gardłowe, no ale… przecież to nie marzec.

Oczywiście, że obudziły Pana Tealighta! No a jakże mogłoby być inaczej. Właściwie, to widzicie, on miał ich dość od Starożytnego Egiptu. Serio. Od tych czasów, gdy były władcami i bogami, gdy każdy je czcił poza tymi, którzy woleli żuczki… ale i nawet oni jakoś tak spoglądali na nie z obawą. Widzicie… wszyscy się ich bali. A cześć związana ze strachem zawsze była oną najmocniejszą… więc gdy tylko koty za oknem zaczęły mącić wczesnostyczniową noc, wkurzył się. A wkurzony Pan Tealight to nie jest coś, co wiecie, zdarza się często. Serio. Spływają o nim największe afery, a nawet brak herbaty! Raz zbili jego ukochany kubek i nastała cisza, ale… nie wyglądał wtedy jak teraz. Tak dziwnie wielce ogromnie, tak zaskakująco gigantycznie i nader groźnie.

Kocia opera obudziła oczywiście i Wiedźmę Wronę Pożartą, ale ta tylko zaklęła, rzuciła czymś przez okno – zamknięte, na szczęście Chatka była na to gotowa, więc jakoś but wrócił na swoje miejsce nie niszcząc nikogo i niczego po swojej drodze i… ona zasnęła, ale on nie. Nie mógł. No nienawidził tych gadzin! Wyszedł z Domostwa i powoli, dziwnie dostojnie krocząc udał się na miejsce i przerwał daną muzykalność kiepską. Nie mógł dopuścić, by ponownie wydarzyło się to, co wtedy… Marzec to marzec, ale styczeń, oj nie. Tylko nie styczeń…

Nie może się powtórzyć ona noc nad Nilem… nigdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3380

Z cyklu przeczytane: „Naznaczona” – … czwarty tom. I wiecie, wychodzi na to, że to jeszcze nie koniec, choć spoglądając na worki z krwią, znaczy tych no tam… ludzi, to chyba nie mają się najlepiej. Nie w tym świecie. A mogło by tak fajnie, gdyby tylko ludzie, jak zwykle, nie zapragnęli wszystkiego dla siebie.

Wszystkiego zniszczyć…

Tymczasem Dziedziniec i świat z nim powiązany szykuje się na najgorsze. Wizje są coraz częstsze, przeczucia męczą, wieszczki łkają… Wiadomo, że to wszystko nie skończy się dobrze. Ale czy przetrwają choć niewinni? A może pierwotne siły tego świata postanowiły zmieść wszystkich? Wszystkich, którzy nie są terra indingena? Simon się boi. Oczywiście, że nie o wszystkich ludzi, ale o nią… bardzo. Bo dla niego i innych mieszkańców Dziedzińca życie bez Meg nie istnieje. To ona ich związała i zmieniła. Uczyniła lepszymi i mądrzejszymi, ale to co cassandra sangue nosi w sobie, nie jest łatwym brzemieniem. Czy mu podoła? A może przegra? I co z tym wspólnego mają tajemnicze karty?

Dobra… jestem totalnym dzikusem. Nie pojmuję miłości ludzkości do wielkich budowli i betonu. Kocham drzewa i kamień, więc dla mnie LPiNW to zwyczajne skurwy… Czuję ulgę, gdy im się obrywa, ale też się boję ilu niewinnych zginie, nim ktoś zareaguje. Nim Natura odpowie. Bo ona w końcu odpowiada i otrzymujemy spójną, powiązaną z poprzednimi tomami idealną kontynuację historii tego cudownego świata. Może i okrutnego, ale taka jest Natura przecież. Świetnie napisaną, bo Anne Bishop nie potrzebuje wielu słów by oddać piękno i głębię, ale nadzwyczajnie umiejętnie potrafi ich używać. Nie wiem jak to robi, ale czułam i śnieg na skórze i deszcz i krew z ciała, które już nie żyło. Przemoc i miłość, wilcza dzikość, piękna i nienasycona, oraz ludzka delikatność, ale i obrzydliwa przebiegłość. W tej historii nigdy nie jestem jednym z ludzi. Raczej jednym z tych, co potrafią przyjąć ich kształt, ale zupełnie ich nie rozumieją…

Pamiętajcie, że ten cykl trzeba zacząć czytać od początku, ale ostrzegam… zaczniecie inaczej spoglądać na ekologię, dzikość oraz naturę. Po tych tomach nie ma już powrotu do betonowych miast bez dziwnego łkania w piersiach. Bo powieść, choć pewno na taką nie wygląda, inteligentna jest i przemyślana.

Zaczepiście mądra.

IMG_5338

Hmmm…

Idzie człowiek na spacer i zlizuje z gałęzi zamrożone kropelki. Wiecie, tak tylko niewinnie i lekko zamrożone… dziwnie miękkie, dziwnie nierealne, dziwnie nietwarde. Bo w końcu lekko buja się temperatura powyżej zera, a śnieg, ech pozostały po nim tylko czapy. I co zaskakujące, to więcej dookoła Gudhjem, niż w innych częściach Wyspy. Ale nic to. Może jeszcze napada, bo słonko, które waliło o poranku, nagle się schowało, zniknęło, jakby wiecie dostało wpiernicz od tej dziwnej, ciężkiej chmury… śniegowej takiej. Może więc lepiej zrobić zakupy? No wiecie, jakby nas znowu miało odciąć od świata, to lepiej mieć co jeść w domu. No chyba że znowu prąd zniknie, to kurcze na sucho będziemy makaron wcinać. Ciekawe, czy wtedy lepsze rurki, kolanka, czy jednak nitki?

Hmmm… no nie wiem?

Wiem za to, że trzeba sobie coś skołować, co choć zagotuje wodę na herbatę. Wiecie, podgrzewacz w wersji mini. Taki co wodę na herbatę i może jeszcze wiecie, zupkę chińską, którą akurat w moim przypadku lepiej zagotować niż ino zalać. No zboczenie takie. Ino nie gaz. Błagam, ja z czasów, gdy butla gazowa była obowiązkiem posiadania, uraz mam. No ale… na razie lepiej wiecie, się zabezpieczyć żywieniowo…

Lezie więc człek do sklepu, a tam co?

A bryndza. I to wiecie ona bryndzowa bryndza. Najpierw zagląda do Lidla, bo przecież mieli warzywka, a tam nic. Kurcze, totalne nic! Serio, puste półki, aż człowiek ma jakieś takie przebłyski z przeszłości. Tutaj żadnych warzyw owoców, kilka cytryn i limonek w maciupkiej skrzyneczce… serio? O co chodzi? Przecież morze spokojne, cudownie płaskie, na brzegach fioletowo-błękitne, w mokrości szarawe, a tutaj nic? W naszym sklepie tez bryndza, dopiero gdzieś w centrum Wyspy człek znajduje jakąś względną zieleninę. Nosz kurcze, bycie niemięskim jadaczem to koszmar totalny. Ech!!! A jeszcze takim, co etykietki czyta, to już wiecie, totalnie ma się przesrane. W dzisiejszych czasach głupota i analfabetyzm wzmagają spokojność w ludzkości. I wiara w jakiegoś boga… albo kilku, a jeśli o tym mowa…

To…

IMG_6935

Mamy nowy kościół na Wyspie!!!

Zwie się to Vineyard Church, coś o czym nie miałam pojęcia, więc wiecie, se wygooglałam. I dziwne to trochę, chyba lubią śpiewać. Ale, oczywiście nie oznacza to nie wiadomo jakiego budynku, a raczej dwójkę ludzi – kapłanów – on i ona plus ich trzy córki. I wiecie, pewno zaczną różne tam… pewno everybody welcome, ale…

W sprawie kościołów to wiecie, no są, znaczy na Wyspie. Kilka nawet do zwiedzania, a raczej wszystkie. Większość oczywiście ma przy sobie jakiś tam cmentarz, ale nie każdy. Dlaczego? A bo u nas kościół niekoniecznie oznacza budynek sakralny a i dom nie do końca niesakralny być musi… wiecie. Religią na pewno tutaj jest natura i Wikingowie. Młot Thora jest istotny i obecny, tym bardziej, że niektóre to kopie znalezisk z Wyspy, mam je na szyi i w innych miejscach… bo przecież czemu nie. Wchodzisz między wrony to kraczesz, aczkolwiek w moim przypadku, to kracząca byłam już wcześniej. Poganie są raczej codziennością. Nikt się nie afiszuje, nikt nie szaleje. Po prostu chodzą, dzikusują się i tyle…

Jaka będzie przyszłość nowego kościoła? Spoglądając na wyblakłe napisy na niektórych domach, to może być marna. No chyba, że serio będą tańce, śpiewy i ciasto. Jak będzie ciasto i pićku, to ludzie przyjdą. To cudowny przepis na zagonienie Tubylców w jakieś miejsce. Oczywiście wszystko musi być za friko. No sorry!!! Ale jeżeli ktoś myśli o przeprowadzce na Wyspę, to lepiej bez chrześcijaństwa. Serio, jeśli o to chodzi to nej, tak. Zwyczajnie nie lubią. Może i mają uraz, może i jakieś atawistyczności po przodkach, może kiedyś ktoś tam bubu, a może wiecie, moja teoria o tym, że Północ tak naprawdę nigdy się nie schrystianizowała ma rację bytu? Zwyczajnie pytanie o to, gdzie są msze po polsku, ekhm, no sorry, ale mnie zawsze coś świerzbi i reaguję tak jak ona dziewuszka z Egzorcysty. Lepiej zwyczajnie nie. Ale wolność mamy. Nie no, oczywiście że jest wolność wyznania, ale jednak lepiej wiecie, wyznawać Wyspę gdy na Wyspie. Bo to zwyczajnie mało uprzejme… tak z innymi bogami się tutaj pakować.

Zresztą…

Wyspa nie lubi nazbytniej konkurencji.

A raczej mocno jej nie toleruje.

IMG_6942 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kocia Opera… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Matematyk…

„Jeden do jednego daje dwa, ale nie zawsze, bo czasem… no właśnie, czasem wychodzi trzy, a czasem jeden i wcale nie musi to być bardzo zaskakujące. To dlatego Wiedźma Wrona Pożarta mimo swego zamiłowania do symetrii, wszystkiego po trzy, tudzież wyimaginowanych zachowań spektrum OCD i ukochania porządku, nie trawiła matematyki. Geometrię może trochę, może nawet cokolwiek widziała baśniowego w zadaniach opisowych, ale taka tabliczka mnożenia… do dziś stosowała dziwne triki, albo zwyczajnie kombinowała.

Czy dlatego się pojawił?

Gdy zapukał, Pan Tealight się wzdrygnął, mimo iż przez maleńkie okienko u szczytu drzwi widać było wyłącznie idealnie wysklepiony melonik w kolorze nieprzebranej czerni. Wyczuł sumy i różnice, pierwiosnki i pierwiastki i… no wiecie, te równania i mnożenia i inne tam. A jakoś serio nie do końca przepadał za tym wszystkim. I wcale nie chciał otwierać Panu Matematykowi. Powstrzymał nogą Wiedźmę z Pieca, tą chudszą i pokręcił głową, potem pogroził dłonią Ojeblikowi i jednemu z Kopciuszków. Drzwi zadrgały po raz kolejny przed pukaniem, ale jakoś Wilkołaczek wyczuł, że nie wolno się odezwać. Wszyscy się zatrzymali, nawet samo Białe Domostwo chłostane Kolejnym Wiatrem przestało drżeć. W Podziemiach i Jaskiniach też nastała cisza… oj oczywiście, że musiał coś wyczuć, bo już nie zapukał, za to zaczął coś skrobać kredą na Drzwiach, które oczywiście, jak to one, zaprotestowały.

Buchnęło, huknęło…

Wiedźma Wrona Pożarta, która dotąd kryła się w krzakach widząc ono dziwne zagrożenie, przeszła przez dziurę omiatając szarawy pyłek z powietrza, siebie i ziemi. Drzwi oczywiście zaraz się odrodziły piszcząc i skrzypiąc. Oburzone na cały świat, ale też i odczuwające ona wdzięczność płynącą z wnętrza Domostwa.

Czy on zginął?

Nie no, oczywiście że nie, przecież był czymś na kształt PoPradawnego… po jakimś czasie pył uniesie się, zmaterializuje, poleży w jakiejś idealnie kulistej dziupli czy dziurze w kamieniu i się odrodzi… niestety.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4784

Z cyklu przeczytane: „Zdążyć przed zmrokiem” – … straszna. Tak naprawdę i do końca przerażająca. Ale i inna trochę. Miejscami bardziej opowieść człowieka, historia pewnej przyjaźni niż zwyczajny kryminał i śledztwo…

Gdy na kamieniu ofiarnym zostają znalezione zwłoki dziewczynki do śledztwa, dziwnym zbiegiem okoliczności, przystępują „świeżaki”. Najmłodsi ze śledczych, dziwna para przyjaciół, których reszta gliniarzy nie do końca rozumie. Ale tak naprawdę to on ciągnie tą opowieść. Od swojego dzieciństwa, od dziwnych wydarzeń, od przeszłości, która teraz do niego wraca, ale czy na pewno? Czy to co stało się wiele lat temu teraz się powtórzy? Ale przecież to tylko jedno ciało.

Tylko jedna dziewczynka.

Książka jest inna. To kryminał oczywiście, ale i historia pewnej przyjaźni, opowieść o zniszczonym życiu, które tak naprawdę nie ma nadziei na poprawę. Opowieść młodego mężczyzny, ale też i historia rodzinności. Onej kruchej cząstki społeczeństwa, która kryje tak wiele tajemnic. Może i więcej, niż komukolwiek się zdaje. Może i są one bardziej bulwersujące… tak, ta powieść odziera rodzinę ze wszelkiej świętości. A może jest tylko prawdą, w końcu wyrzuconą na powierzchnię?

Warte przeczytania.

IMG_8490

30 lat temu Wyspę zamknął snestorm i mieliśmy prawie – 30… czy to się powtórzy? Pewnie nie, ale najpierw pojawiły się zapowiedzi, a potem nastała…

Biała ciemność…

Taka szarówka już teraz, ze zbliżającym się mrokiem nocy. Śniegiem padający tak jak mu się podoba, stroniącym od praw fizyki, olewającym grawitację. Wiecie, no ściana, snow globe cudowny, gdy tylko siedzisz w domu, bo mierzyć się z tym czymś teraz, to raczej nie jest dobry pomysł. Niektórzy umykają z pracy wcześniej, by nie zostać odciętym od rodziny, inni znowu kumulują się w sklepach, bo przecież pamiętają co działo się 7 lat temu.

A tak, 7 lat temu. Legendarne opady śniegu. Masa problemów, helikoptery i cudowna niemożliwość wyjścia z domu, ale internet i prąd był, więc bez urazy. Pewno, że niektórych wydobyli spod śniegu dopiero po tygodniu, ale jakoś wszyscy to przetrwali. A jednak, nagle prepersi zyskują na wartości, czyż nie? Nagle uświadamiasz sobie, że to co masz pod ręką, to pewnik, a to co w sklepie, nawet oddalonym o kilka kroków, to ino mrzonka wydumana. Zaczynasz na wszelki wypadek posiadać kilka puszek, jakieś ciastka, trochę wody, czegoś słodkiego, leki… papier toaletowy i mu podobne. I coś, co kurcze podgrzewa wodę, bo ja bez herbaty nie mogę. Pewno, piecyk zwykły żeliwny byłby mega, stawiasz na nim czajnik, masz i jedzonko i picie i ciepło. Że co, że ekologia? Hmmm, przy takim wietrze to jest ekologia.

Ekologia przetrwania.

Sklep oczywiście zamknięty, więc pluję sobie w brodę, że nie zaufałam przeczuciu i nie nakazałam Chowańcowi wcześniej wyleźć z pracy i zrobić zakupy, ale wiecie, znowu będzie się śmiał, że panikuję… a może jednak panika nie jest zła?

IMG_4223

Bo widzicie, w końcu…

Wyłączają prąd… w świecie, w którym normy ekologiczne wyrzuciły z domów one piecyki. Nie no, pewno że niektórzy jeszcze mają, ale palą w nich sporadycznie. Ci przeżyją. Nie będzie im zimno. Zagotują herbatę, a nie jak ja żuć będę suche liście zielonej.

Wytłumaczcie mi jedno, w jaki sposób brak prądu dzieje się na Wyspie, która sama ów prąd sobie robi? No do cholery jasnej w jaki sposób? Że niby nasz prąd idzie gdzie? Niemcy? A może inne tam państwa? Że my takie wieśniaki robiące na wielcepaństwo? A może to tylko kabelek jakiś. Ech, nie wierzę im. No bo jak, od tylu wiatraków i rozdzielni ino jeden kabelek i pogrążył Wyspę w totalnej ciemności? Serio? Ech, mój brak zaufania do władz wszelakich i wszystkich innych zaczyna być legendarny wręcz.

I wręczemocny!!! I…

No dobra, po prawie półtorej godziny prąd powrócił. W mitycznym Międzyczasie zdążyłam ocieplić się pod ostatkami wody w prysznicu, uświadomić sobie własne uzależnienie od herbaty i wiecie co, przemyśleć ilość koców w domu. Potrzebuję więcej, ale jakiś takiś ciepłych, ale wiecie nie pylących drobinkami włókien i mało sztucznych. Ale nie wełna, zatoki od niej mi szaleją. Coś takiego, wiecie, jak za dawnych czasów może? Czy takie koce jeszcze istnieją? Ciepła normalność nie wymagająca wnętrza dopiero co ubitego zwierza jak w Gwiezdnych Wojnach?

Wieje i sypie… dotarcie do sklepu zmienia cię w bałwana, po drodze widzisz tych, co się zakopali i autobus, który służby próbują wyciągnąć pod górkę. Nikt już nie odśnieża, bo przecież nie ma sensu. I tak zaraz zawieje, ale ostrzeżenie było. Miejmy nadzieję, że wszyscy posłuchali. Ja mam swój mały zapas jedzenia. Na liście zapiszę sobie jednak takie cudo, co to wodę podgrzewa świeczkami, czy innym ustrojstwem. Ale nie butle z gazem, one mnie przerażają…

Przez zalepione okna widać nic.

Fajne jest nic!!!

PS. Okazało się, że to nie był kabel! No wiecie, tak podali w gazetach, by było widać, że ich to obchodzi… by cokolwiek napisać, a serio jakaś stacja pierdyknęła.

IMG_6919

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Matematyk… została wyłączona

Pan Tealight i Inna Królowa Śniegu…

„Podobno były trzy… zresztą, czyż nie zawsze tak jest.

Kobity, to lubią występować albo pojedynczo kumulując w sobie wszystką moc, mając jedno ciało dla wielu dusz, albo silnymi trójkami: ta od przeszłości, ta od teraźniejszości i ta od przyszłości. Ta co plecie, ta co tka i co przecina. Ta, która chce, która bierze, i która zwyczajnie nie do końca jest wszystkiego pewna.

Ona była tą Inną Królową Śniegu.

Nie oną piękną, poważną, powalającą spojrzeniem, wokół której wibrowały ułamki Tajemnego Lustra. Nie tą, która władała Mrozem, Śnieżycą, Szronem, Szadzią i innymi twórcami… ona była tą, która po prostu korzystała i bawiła się, gdy tylko temperatura spadała poniżej cholernego zera. Wiecie, tą, która konstruowała te takie sopele o kształcie… ekhm, nadmuchanych nożyczek. No wiecie, dwie kulki i armatka i zagadka. No i tą, która barwiła sopele na żółto, by odstraszyć i skonfudować innych i oczywiście tą, która tworzyła najbardziej seksualne snestormy, bo przecież to czas na seks i zwyczajność, bo przecież zaciemnione, a jednocześnie zajaśnione okna, to odpuszczenie grzechów wszelakich…

Inna uwielbiała zwyczajnie się bawić. Nie poddawać się jakimkolwiek prawom, a już na pewno nie ciotce Królowej. Wiecie tej od Kaja, co to lubi małych chłopców i ma awersje do mniejszych dziewczynek. Może i wydawało się jej, że rządzi wszystkimi z prawa starszeństwa i wszelkiej tam normatywnej doskonałości robienia wielu rzeczy wielokrotnie, ale… też nie słuchała Wielkiej Królowej Śniegu. Tej milczącej. Podobno pradawnej bardziej niż lodowce i plamy na fartuszku kucharki. Bo po prostu nie. Bo dlaczego miałaby…

A może… zwyczajnie była inna?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_2266

Z cyklu przeczytane: „Naznaczeni śmiercią” – … wielka promocja. W końcu to kolejna powieść autorki Niezgodnej. Trylogii przeniesionej na wielki ekran, posiadającej niezłą grupę zwolenników. Ale czy to powieść podobna do poprzedniej… eee, no tak i nie, wiecie. Znowu mamy młodych, znowu przeciwne ugrupowania, trochę Romea i Julii, no wiecie, trochę tak jak zwykle. Dzieci chcą ratować świat, bo wierzą, że wszystko można ułożyć inaczej…

Tym razem jednak znajdujemy się na całkiem innej planecie, podzielonej pomiędzy dwa ludy. Ci pierwsi mieszkają na lodowej jej części, ci drudzy… do końca nie wiadomo, ale wszystkich łączy nurt i dary, jakimi są dzięki niemu obdarzani. Wiecie, ten nic nie czuje, tamten czuje zbyt wiele, ten wie wszystko, a tamten znowu potrafi każdemu poprawić humor. Czyli, to już było. Do tego są wyrocznie i coś na kształt Zgromadzenia Planet, które jednak niczym nie przypomina tego ze Star Treka, bo kurcze… Bo widzicie, w tej powieści zabrakło opisów i tak serio to nie wiemy nic. Ni jak wyglądają domy, ni jakie świat ma podstawy społeczne. Masa dialogów, zbyt mało przemyśleń, a jeśli już, to powtarzają się one planetowe truizmy…

Powieść jest… jak innych wiele. Może i to nie dystopia, ale czy do końca, bo mi się wydaje, że ten wiat się wali. Jeśli jeden świat może robić wszystko, a inne nie reagują, to kurcze coś jest nie tak. Na szczęście nie ma maślanych oczu i nadpobudliwie zakochanych nastolatków, za to są młodzi ludzie, którzy jeszcze wierzą – ot przywilej młodości. I są tajemnice, bo wiecie, gdy książka – pierwszy tom dylogii – się kończy, nagle okazuje się, że nic ni jest takie, jak się wydawało.

Czyta się to szybko, a raczej omija podobne do siebie sceny. Ta powieść miałaby w sobie jakiś potencjał, mogłaby przedstawić rozwój osobowości bohaterów, gdyby tylko czytelnik wiedział, gdzie tak serio się znajduje, a tak… a tak wie tylko, e gdy kupi w przedsprzedaży, to dostanie epilog do poprzedniej powieści Roth.

I tyle…

img_4125

Śnieg!!!

Boski i cudny i wszelako jak zwykle poziomo padający. Zaczęło się w sobotę, ale dziwnie nieśmiało, jakoś tak skromnie, przy miło spadającej temperaturze… ale bez szaleństw oczywiście, na pewno nie przekroczyliśmy – 10. Chyba? Mniejsza… zaczęło się i trwało. Może płatki były malusie i człowiek przez cały czas bał się, że stopnieją, że zanikną i nagle, na chwilę odwrócił głowę i już było. Zabielone. Czadowo i niesamowicie… nic to, że już nadbiegał wieczór, oj nic to. Przecież można wyjść na spacer, czyż nie?

Kto mi zabroni?

… więc wychodzę. W śnieg i lekką zawiejkę. W całą oną niebieskość, bo przecież wieczorem, nad morzem, wszystko jakoś tak się niebieści. Ta biel też zdaje się być niebieskawa. I drzewa, choć te bliższe granatom. Najpierw kawałek miasteczka, potem las i pola… przejście przez rzeczkę, która lekko się omroziła i w górnych rejonach dziwnie odstaje od czarniawej wody. A potem morze. Oczywiście, że musi być morze, bo przecież… śnieżna plaża to taka rzadkość. Tak ogromna rzadkość. Zwykle wiatr spędzał śnieg ze zmrożonego piasku, ale nie dziś. Dziś plaża niebieskawo-bieleje. W oddali ciemnawo-granatowe morze. Wyrazista linia między jednym i drugim. Zrozumienie. Pogodzenie sie z losem. A na morzu… kamienie z białymi czapkami. Nieruchome, a jednak bardziej w taki dziwny sposób, w który starają się nie zrzucić ich sobie z głów. Jakby to było najważniejsze. Utrzymać śnieg na sobie jak najdłużej. A nadbrzeżne trawy i wierzby przy rzece… ośniezone, spokojne, dziwnie w końcu nieruchome…

I lampy.

Bo przecież choć Wyspa ciemnawa i oszczędna, to jednak wczesnym wieczorem lampy przy ulicy się świecą, niczym żółtawe słoneczka, a może świecące żółtka jajek stworów z całkiem innej planety? Kto to tam wie te lampy. Wyglądają tak niezakłócająco, jakby nie chciały nawet naruszyć onego bezwietrznego spokoju. Bo w końcu zawiejka ucicha. Dziwnie zaskakująco. I cicho jest i tylko skrzypienie śniegu coś mówi…

img_6881

Morze szaleje w tej swojej spokojności, a lekko skostniali ludzie po raz kolejny przypominają sobie czym jest zima. Jedni trzymają kciuki, by śnieg dotrwał do jutra, a inni znowu obiecują sobie przespać wszelaką mroźność…

Ja wyjdę jutro na spacer i pójdę w las.

Tam, gdzie ślady zajęcy i sarenek, gdzie obciążone wysokie iglaki dumnie nosza swoje białe nakrycia, a cała reszta liściastych golasków robi im za zaskakująco kolorowe tło. Bo przecież gałęzie ponownie zaskakują odcieniami bieli, szarości, rdzawości i granatów. Nie mam pojęcia jak to robią, ale robią. Czarująco. I będę chodzić i myśleć i odmalowywac sobie w głowie te wszystkie obrazy. Owe oddalenie od wszelkiej cywilizacji, one zamarznięte lekko wszelkie wodne zbiorniki…

Zima.

Na Wyspie to zawsze zaskoczenie. Od czasu wzmożonej oszczędliwości nie oczyszcza się już dróg bocznych, wyłącznie główne, co oznacza, że wszelacy mieszkający w gårdach osobnicy bardzo marudzą i sami muszą się zająć swoimi podjazdami. Na pewno ucieszyli się, że w poniedziałek śnieg od rana zaczął topnieć. Nie dość, że temperatura podskoczyła, to na dodatek jeszcze zaczął padać deszcz, a w powietrzu rozeszła się wilgotność, która byłaby w stanie doprowadzić do wzrostu nasionko rzucone w powietrze. Tak wiecie, w mgnieniu oka. Śnieg się skończył, ale obiecują kolejne mroźne dni i wszelaka kratkowatość aury. Ponad zerem i poniżej zera. I mokro i sucho. Wiecie, co się tam Wyspie zachce, co tam wiatry jej przywieją.

I fale… nie zapominajmy o falach!!!

Ja tam się cieszę, że śnieg był. Może nie tak fascynująco skąpany słoneczną mroźnością jak rok temu, ale jednak człek się pomoczył!!!

img_6034

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inna Królowa Śniegu… została wyłączona

Pan Tealight i Oblodzony…

„Pojawił się nocą.

Granatową i mroźną… może niezwyczajną, bo przecież Wyspa raczej stroniła od nadmiernej mroźności, może i wysoce mało prawdopodobną? Taką, o której Mała Wiedźma marzyła zawsze, a Wiedźma Wrona Pożarta tego w sobie nie zmieniła… nie do końca śnieżną, ale zapowiadającą biały opad, nie do końca ruchliwą, bo każdy krok zdawał się dopuszczać do ciała więcej lodu… Fascynującą, przed którą wody wzburzone morza dookolnego podniosły się ponad wszelką miarę, a sama Wyspa miała dość materiału, by tworzyć cuda z lodu…

Przybył.

Bardziej przypominając dzieło cukiernika niż kuter. Serio, aż się chciało polizać. Niesamowicie granatowy fondant dookoła, czerwony, najczerwieńszy stateczek z białymi barierkami, a może raczej ino oblany lukrem. Lukrem specyficznie formowanym, spływającym tutaj swobodnie, tam znowu muśniętym wiatrem, dziwnie uczesanym, malowniczo falującym… Tutaj zwisały, niczym grzeczne, karne żołnierzyki równiutkie sopelki w niewielkim wzroście, a tam znowu, jakoś tak pochyleni, miejscami byli wielcy i poskręcani niczym warkocze, te odrzucone przez żądne spolegliwie noworocznych zmian Syrenice…

I się spotkali.

Wiedźma Wrona i Lukrowy Kuter. I się sobie bardzo wzajemnie spodobali. I już, ale to po prostu już ona wyciągnęła dłonie, miała przekroczyć nie do końca szeroką czerń czarniawej, morskiej lecz portowej wody i wleźć na niego i dać się porwać i po prostu nie wracać… I już on ją miał chwycić, omotać tym słoneczkiem zimnym, które trzymał na uwięzi i sopelami specyficznie ruchliwymi, chwytnymi… I już jej miało nie być, a on miał w końcą jakąś ją mieć… i już się w siebie zapatrzyli, ona zauroczona formami słono-lodowymi, i już miało się stać…

… gdy Chowaniec, instynktem kierowany, a może Wyspy podszeptem chwycił swoją wiedźmę i popchnął lekko w całkiem inną stronę. Gdzie beton, budyni, gdzie klombiki teraz śpiące i działko gotowe by wystrzelić, mimo zaczopowania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3013

Z cyklu przeczytane: „Sacrifice” – … film. Oglądałam, a jednak… kurcze książka to nie film. Więcej elementów, więcej niespokojności, większe napięcie!!! Niby podobne, baza wspólna, a jednak kurcze, całkiem inne.

Nasza bohaterka pragnie dziecka. Ale teraz musi odnaleźć się w innym świecie, w innym domu, nowej pracy. Będą się z mężem starać, ale jednak może przez chwilę powinna zwyczajnie zająć się nową teraźniejszością dookoła siebie? Cóż, wszystko się zmienia, gdy wykopuje na własnym polu zwłoki. Kto to? Dlaczego pochowano ją na jej polu? Co wspólnego ma jej śmierć z nią samą?

Dziwne wyspy, dziwny nowy świat.

Dziwni ludzie. Mocne, kobiece bohaterki i pokręceni faceci. Śledztwo, ale i masa legend. Oj tak, legend ta powieść jest pełna. Legend wciąż żywych. Świadomych i bliższych religii niż tylko starym opowieściom. Historia jest szybka i choć – tak oglądałam film, więc mniej więcej wiedziałam jak się to skończy – mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka, to mnie zaskoczyła. I to całkiem mocno. Bo książka, to jednak coś innego. Opowieść o ludziach, o wspólnocie, o naturze. O specyficznym miejscu, w którym nie kazdy może sie odnaleźć, żyć, a tym bardziej założyć rodzinę.

img_8495

Oblodzone.

Statek chyba z Dziwnowa. Oblodzony maksymalnie. Noc, w górze granat dzięki mocnej lampie na statku, kilku panów starających się choć obskrobać ociężały od lodu pokład… ciekawy, niczym wywleczony z jakiejś całkiem mroźnej bajki. Gdzie Inna Królowa Śniegu ma swoja wyspę, całkiem prywatną, wyspę, którą pokochała i całkiem z niej wszystkim może władać. No wiecie… czyste dzieło sztuki, które zniknie, gdy na nie się chuchnie!!! Wiecie, mocniej chuchnie, dmuchnie suszarką do włosów, nazbytnio przegrzeje. Dzieło, które dostępne jest tylko w określonej temperaturze, całkiem słone, całkiem niesamowite. Ugładzone wiatrem, ułożone falami, tutaj skroplone, tutaj zlewa się soplami, tam znowu grudy zgromadzone na pokładzie.

Czysta opowieść o podróży…

Przez morze…

Morze rozszalałe i przepełnione. Tworzące z płynności stałość, wcale tak nie kruchą przy takich warunkach. Czasem i śmiertelną.

Czasem…

Nie wiem, czy to tylko przez to, że mieli zapaloną lampę na środku, czy dzięki jakimś magicznym, krakenowym podświetleniom od dołu, trochę ta jednostka przypominała mi porzuconą Pannę Młodą. Wiecie, tą, której ktoś obiecał wszystko, a ona uwierzyła. Ubrała się w swoje wyśnione ciuszki, suknię białą, welon z chmurek… a potem, a potem czekała. I właściwie nadal czeka, a dookoła niej po prostu świat się przesuwa, bo jego nic to wszystko nie obchodzi. Bo przecież cóż tam ból jednej duszy, złamane serce sztuk jedna, gdy wszystko dookoła i tak się wali. Bo przecież pewno sama chciała, czyż nie? Nie trzeba było wierzyć i ufać. Ktoś tam rzuci, że chłopy to samo zło, a w ogóle biel wyszła z mody… zwykły statek, a raczej kuter rybacki na czterech chłopa i nadzieję na połów i powrót do domu, a tak wiele w nim historii. I pierniczonego człowieczeństwa, które zamiast zajmować się najpierw tym, co dookoła niego, szuka innych problemów.

Panna Młoda w porwanej sukni, wilgotnej, miejscami się skraplającej. Już nie czekająca, już wiedząca, że nic z tego nie będzie, ale jak ma zdjąć z siebie suknię? W końcu i tak stała się już pośmiewiskiem świata, więc lepiej jej na morzu. Pośród fal i wody, która wszystko wybacza, obmywa rany, szczypie, ale i leczy…

… która słucha, a potem ucisza na zawsze.

img_6776

Bo sople potrafią być tak niesamowite.

I słone!!!

Gdy człek tak w końcu, wciąż jeszcze kłaniając się wiatrom, podejdzie do portu, w którym wciąż troszkę więcej wody, to może sobie je pooglądać. Dziwy nad dziwami. Dowód na to, że sól zamarza. Na to, że świat potrafi tak pięknie się utrwalać. Tak wiecie, do końca, na zawsze. Ale nie tylko sól, bo przecież w wietrzności unosiły się drobinki piasku, które postanowiły stworzyć nietypowe klejnoty. Pełne najdroższych kamieni, cudowności, choć mikroskopijnych. Cząsteczek kryształów, muszelek, bursztynów i kamieni, których nazw nawet człek boi się wymówić, bo co jeśli, ten promień czerwieni to granat?

A to labradoryt?

A tym czasem, wiecie, w okresie onych wiatrów i wszelkiego zagrożenia, pojawił się u nas ptaszek ze śródziemniomorza…

Hihihi, daleko zaleciał?

Może woli zimno? Czy to góropatwa czerwona, czy kuropatwa, czy jednakowoż, no wiecie, coś w ten deseń, to jednak, jakoś tak nadal nie wiadomo skąd on. Bo sam chyba jakoś tak nie przyleciał, co nie? Prawdopodobnie ktoś sobie zakupił ptaszka, a ptaszek oczywiście zrobił wielki coming out i wyprowadził się z posesji. Tylko, czy znajdzie się właściciel? A może jednak ów ptaszek troszkę pobaraszkuje z naszymi wyspowymi i będziemy mieli domieszkę genetyczną?

Kurcze… a już przez chwilę było śródziemnomorsko.

Z najnowszych wieści… między innymi strajk na lotnisku, ale pracują nad tym. Wiecie, problemy jak w całej reszcie świata.

I wiecie co…

… w końcu spadł śnieg!!!

img_6428-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Oblodzony… została wyłączona