Pan Tealight i Karmazynowy Królik…

„… z różna?

Ojeblik – mała, ucięta główka tylko szepnęła, ale cóż jej się dziwić. W końcu ile karmazynowych, żywych i żwawych królików widzieliście w życiu? A Wiedźma Wrona Pożarta widziała. Karmazynowego królika. Czerwonuśko-czerwonuśkiego. I z kokardką, wiecie, muszką raczej niebieściutką, w lakierkach, krótkich spodenkach zaprasowanych na kant… choć może dla niego to była zwyczajowa długość, skarpetkach w delikatny prążek i kamizeleczce… pod którą miał siatkową podkoszulkę, znaczy wiecie bokserkę taką. Miał też laseczkę drewnianą, rzeźbioną w królicze łapki i oczywiście melonik dopasowany do porteczków i co dziwne… rękawiczki, ale zdjęte, złożone, przerzucone przez ramię. Jak one mu nie spadały?

Tylko po pyszczku, ozdobionym ruchliwymi wąsikami i noskiem, oraz oczami niczym szpileczki na sterydach, widać było, że to królik. I to totalnie karmazynowy. I to chyba po całości, no wiecie, niektóre jego części były tak zakryte, że trudno było… nie zaglądała mu tam! Ale jakoś tak, niczym zahipnotyzowana poszła. Oczywiście, jak to z królikami bywa była i orka i herbatka z ciasteczkami, ale nie miała na nie ochoty, więc trochę go to zasmuciło. Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona pić też nie chciała, bo w stresie, to ona raczej nie jest jakoś tak spolegliwa, ale wprost przeciwnie… i w końcu wiecie, no zaczęła krzyczeć. Gdy chciał ją zahipnotyzować, wrzeszczała już tak, że nie tylko jej wrony się zebrały przy norce, piaszczystej, porośniętej dookoła trawami i oznaczonej wysoką brzozą pochyloną wiatrem, w którym miała pewien stosunek, przerywany… ale też i cała reszta towarzystwa, które zwykle się z nią prowadzało, ale tym razem jakoś tak na sekundę pozwolili się jej odsunąć, zamilknąć, schować za drzewkiem… myśleli, że wiecie, no musiała się sobą zająć i ten skurczybyk to wykorzystał…

Wieczorem na kolację była potrawka z królika.

Wiedźma Wrona nie jadła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8760 (3)

Z cyklu przeczytane: „Żałobne opaski” – … wiem. Miałam już odpuścić i odpuściłam, ale dostałam, więc przebrnęłam i utwierdziłam się w swym przekonaniu, że od tego autora na razie robię sobie przerwę. Może i dłuższą.

Bardziej dłuższą.

Bez urazy, bohaterowie nadal są super i tak dalej, cała moc też gra, ale jednak… może przestało mnie to jakoś ruszać? Może potrzebuję naprawdę przerwy? I ją sobie zrobię, a wy możecie poczytać o kolejnych przygodach bohaterów „Stop prawa” i „Cienie tożsamości”. A mają co robić. Odnaleźć artefakt, co wiąże się z naprawdę wielką przygodą.

Książka jak zwykle wydana pięknie, dopracowana w kwestii graficznie szalenie i ta słodziutka, niebieska, materiałowa zakładka, która zawsze nastraja mnie nostalgicznie! Dla wielbicieli autora must have, zresztą, przecież już to kupiliście, dla tych co chcą zacząć przygodę z tą serią… wróćcie do początku tej opowieści. Wiecie, zawsze lepiej czytać od początku! LOL

IMG_4276 (2)

Wiecie co…

No zaczęło się. One nocne otwarcia sklepów oczywiście wzmożyły co? A przestępczość. Coś, co tutaj się nie dzieje. Przypierdolenie strażnikowi w twarz… Serio? Jak wy wychowujecie te dzieci, przecież 15 lat, to wciąż bachor wredny!!! Ale przecież w dzisiejszych czasach ino się płodzi, a nie wychowuje, czyż nie? Tutaj na pewno. Jeżeli coś się dzieje, to winna jest szkoła, bo źle wychowała dziecko. Serio? Kurna ludzie. Pamiętajcie, że dzieciak jest słodką, czasem cuchnącą zabawką tylko przez pierwsze 3 latka, potem zaczyna być człowiekiem, potem dojrzewa i… ech, no tak, przecież teraz modne jest sypianie z dziećmi do kurna pełnoletniości i jeszcze karmienie ich cycem do tego czasu.

W jakich czasach ja żyję?

No nic. Oczywiście, pewno skończy się jak zwykle. Ludzie będą się bali – dorośli, a młodzi poczują się niekaralni, bo przecież biedny smarkacz. Bo jego rodzice pewno pracują i któż ma się nim zajmować, toż on rozrywek nie ma!!! CHOLERA JASNA! Rozrywek nie ma? Wiecie co robiłam jako kilkulatka bez zabawek? Łamałam patyczki, nazywałam je panopkami i bawiłam się na hałdzie piachu, przy budowie. Nie miałam sal z nie wiadomo jakimi wyciągami, wspinaczkami, kolorowymi pałacami. Ten pałac miałam w głowie – no dobra, bardziej jak smoki i podziemia, ale wiecie, dzieci są różne. A robienie pogrzebów też nie jest niczym dziwnym. Ekhm.

Nie jest!!!

IMG_8751 (4)

Coś na uśmiech.

Co prawda wszystko tak naprawdę już się zaczęło rok temu, ale teraz wiecie, ma być na ful. I wygląda to niesamowicie. Takie kwietne pasy otaczające pola. Bo przecież pól pełnych maków i bławatków i tych tam rumianków, to już nie ma. Jest Monsanto… a potem się dziwią, że pszczoły giną, nie chcą zapylać i wielce się cieszą idioci, że wymyślono sztuczne, robociopszczoły I żel mają taki, że wsio im się przyklei. Wiecie co… durni jesteście i tyle. Oczywiście, nadmierne nasycenie pola kwiatami sprowadzi mniejsze zbiory, ale potrzebujemy kwiatów. Pszczółki do pól nie przylecą ino tak na zielone, czy na suche, czy jakie tam będziecie mieli. Nie przylecą do sadów, choć te nęcą kwiatami, bo jednocześnie ktoś spryskał drzewka, coby trawki dołem nie rosły, coby coś tam innego i wiecie… dziwny ten świat jest, czyż nie?

No ale, pasma kwiatowych cudowności wzdłuż dróg, czy raczej dokładnie w pobliżu, albo i w środku, dookoła, onych rowów melioracyjnych, czy jak je tam zwą, to niesamowity widok. Wyobraźcie sobie takie miniaturowe łąki znowu obecne w życiu świata! Oby tylko nie siali czegoś, co Monsanto zmodyfikowało, bo znowu w pszczelim interesie w dupie będziemy. I to ciemnej. Co ciemna niepoprawna politycznie? A tyś jasną widział? Znaczy poza prosektorium?

Aż mnie ręce świerzbią na te zdjęcia. I na kolory i ten zapach prosty, zwyczajny, dziecięcy. Bo przecież te kwiaty tez pachną. Pachną wspomnieniami względnej normalności, gdy chłopu inny chłop w ryj dawał, gdy ten obraził jego dziewczynę. Gdy za gwałt karano, a nie upokarzano ofiarę. Cholera, dinozaury były niezłymi prawnikami, na to wychodzi. I dzieci dostawały opierdol od rodziców, gdy źle postępowały… i wiecie, od jajka tworzono z nich osobny byt, a nie mieszkającego z mamunią i tatuniem trzydziestolatka, z którym razem na koncerty jeżdżą, na golasa latają i w jednym namiocie się… no wiecie, gotują.

IMG_8751 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karmazynowy Królik… została wyłączona

Pan Tealight i Meszek Zacieszek…

„Był niebieski, więc od razu powinni byli być podejrzliwi. Ale nie. No przecież jak to? Do każdego z sercem na ręku i to nie pierniczkowym i w czekoladzie, ale onym bijącym wciąż ochłapem, wydartym po majowskiemu z piersi niezbyt chętnego, lecz otumanionego, więc spolegliwie współpracującego niby tam ochotnika. No wiecie…

Tak na miłe dzień dobry!!!

Nikomu nie przyszło to do głowy.

Ni na chwilkę.

Ni na myśli odblask.

Nie, nic się nie pojawiło w ich głowach klekocząc, gdy go tylko zobaczyli. Nic nie zaćwierkało nad uchem, nic nie zastukało, załomotało, nie spadły z nieba anielskie chóry nagle poślizgnięte na rozlanym bananowym papku, nie… nic takiego się nie stało, dlatego tak stali zafascynowani jego niebieskością. Oną innością, a jednocześnie fascynującym wpasowaniem się w oną mglistą lesistość prostych drzew o ciemnych konarach i wysoko, gdzieś tam znikających czubkach. I omszonych w dolnej części, w onej przykorzeniowej… Bo to o niego im chodziło. Znaczy raczej jemu chodziło o nich, może? Na pewno ktoś komuś i z czymś.

Koniecznie!

Ale on był taki śliczniutki. Wiecie niebieściuchny w tych odcieniach sztucznego turkusa. Ciemniejsze babyblue, czarowność niesamowita nieba, które czasem po prostu wali się na głowy i wiecie, opada na pnie. Nieba, któremu ni chce się już pracować na górze, a które zmierza tam w dół…

No wiecie, w TEN dół. Bo przecież i niebo może się czuć niepotrzebne i zbędne. I ono całkiem zwyczajnie postanawia czasem olać oną boskość i… wkurzyć się na tych wszystkich ludzi, którzy przestali na nie patrzeć i je podziwiać. No nawet świętym może przecież w końcu po prostu zdarzyć się nerwopuść!!! A oni…

… a oni tylko na nie spoglądali zachwyceni kontrastem, a potem odeszli z tym obrazem w głowie, duszy, czy innym organie, w końcu byli przecież nader różnorodną grupą. I wiecie co. Zapomnieli o tym, bo w końcu niebo tak chciało, a piekło, cóż, piekło nic nie miało przeciwko temu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1109

Z cyklu przeczytane: „Szóstka wron” – … oszołomienie. No bo sami popatrzcie. Człowiek otwiera książkę, a tam czarne strony i białe, których krawędzie są poczernione. I doskonała oprawa graficzna i oczywiście zakładka czerwona, niczym krwawy ślad…

To musi by zapowiedź czegoś wielkiego i jest, ale zarazem… i nie jest. Nie zrozumcie mnie źle, to bardzo dobra powieść, ale to nie jest wciąż godny następca Scotta Lyncha. Zresztą, jego chyba nikt nie może zastąpić. To też nie Robin Hobb, ale przecież powieść jest dobra. A może mi już dobra nie wystarczy? A może jednak nadmiernie młody wiek tych bohaterów trochę jest dziwaczny w tym jak mówią i co robią. Oj, oczywiście, iż zdaję sobie sprawę, że na ulicy szybciej się dorasta, ale wiecie, dorastanie i dojrzewanie to jednak nie to samo.

IMG_3081 (3)

Oto opowieść, kolejna, o złodziejskiej paczce, w której zmieściło się tyle niesamowitych bohaterów, że aż człek nie wie kogo lubi bardziej. Że nie wie kogo wybrać, w końcu dokonuje wyboru i co, i nagle się łamie, bo akurat ten wątek nie jest dopracowany do końca. Tak… to chyba problem tej powieści. Masa niesamowitych postaci, bogatych, różnorodnych, ale wciąż takich sztampowych lekko, ktoś zakochany, jakaś dziwka, wszyscy z przeszłością, koleś z bogatego domu… Ale nic to. Grupa dostaje zadanie i je wykonuje. Po drodze omal przeżywają, omal się wykrwawiają, omal dochodzi do zdrady, a może jednak…

IMG_3080 (3)

… ktoś zdradził.

Warto. Dla bohaterów, ale nie do końca oprawa tak niesamowita, dorównuje temu, co znajdziecie w środku. Ale może kolejny tom wniesie dopełnienie? I jakoś wzmocni nastrój, jakoś go nasyci? Może… chyba dam tej powieści jeszcze jedną szansę. W końcu podobno kolejny tom ma być czerwony!!!

IMG_3079 (3)

Wiatr…

Cudowny wiatr zamraża cię w ciągu chwili, ale i tak wyłazisz na plażę. Bo przecież wciąż, mimo iż tyle lat minęło, to wciąż jeszcze to cię fascynuje. Że z drzwi, ze schodków widzisz ten wzburzony błękit czy granat. One światełka na statkach, całą tą horyzontalność pełną. Wilgotność, ciągłą zmienność… Chodząc tak dookoła Wyspy, wiecie, jak się da, jak najbardziej brzegiem, widzę, że w tym roku wszelkie pływy były o niebo wyższe, morze zabrało sporo lądu, naniosło piasku, odsłoniło głazy, ale też i je przeniosło. Wszystko jest takie inne, a jednocześnie takie same, bo przecież to natura! Przecież ona jest zawsze dziwnie bezpieczna, nawet jeśli przefasonuje ci całą dookolność. To wciąż woda, skały i piasek. Znajome sprawy…

Dwie pary łabędzi prowadzają swoje młode, aczkolwiek już nie tak młode raz to na fale, raz to zaglądają do portu. Jakby już serio miały dość onych burzanów wonnych. Jakby chciały spokojności, gładkiej powierzchni morza i zwykłego żeru. Ponownie mijam pana, z którym wymijamy się miejscami na falochronie. Ja najpierw kicam tam robiąc zdjęcia w przeróżnych pozach, potem on tam człapie, macha głową i zarzuca swoją wędkę. Ot wiecie, zwykła zmienność w naturze Wyspy. Zwyczajność i codzienność. Ktoś mógłby powiedzieć, że nuda…

Kaczkom też znudziło się bujanie na falach, albo wiecie, ów kaczkowy aviomarin im przestał działać. Znalazły sobie odkryta mieliznę nasyconą ostrymi kawałkami traw – pustych w środku – no i się tam niby kryją. Ino one zielonkawe łebki widać. Błyszczą im się te piórka, jak nie powiem co. No nie powiem, bo przecież co mi do jajc? LOL Ale kaczki siedzą między twardymi i ostrymi kantami traw i jakoś im tam chyba dobrze. Dość mają wilgotności. Od czasu do czasu któraś zanurzy łapę w wodzie, pokręci łbem i zwyczajnie zrezygnuje. Którąś w końcu pogoni głód, ale wiecie, też tylko na chwilkę. Zaraz wolą stały ląd, a może zwyczajnie umówiły się na podpatrywanie fal, ale z oddali. Tych fal, którym tak fajnie świecą się grzebienie. Granatowo-kobaltowych, lekko ociężałych, mocnych i wielce zdesperowanych, by przeć do przodu.

Ile się da.

IMG_1117

Winterferie.

Znaczy no wiecie. Więcej samochodów na ulicach, Fastelavn co prawda dopiero za dwa tygodnie, ale już wszyscy gotowi. Nigdy nie rozumiałam tego święta, więc wiecie, jak zwykle spędze go chowając się przed dziećmi. Zresztą, czyż nie robię tego codziennie…

Turyścizna zjeżdża na Wyspę zachęcona niższymi temperaturami i obiecanym, ośnieżonym stokiem, ale… oczywiście znowu coś poszło nie tak i zamiast przygotować stok tydzień temu, kiedy to śnieżyło i naprawdę mroziło, no nasi zabrali się do tego dopiero teraz i jest problem. Jakby kurcze nikt nie umiał zerknąć w ono cudo, co to zwą je prognozą pogody. Oj pewno, że nie zawsze się sprawdza, no ale jednak ludzie, zerkajcie w te mapeczki. Turyścizna się podłamie, jak im nart nie starczy! No i kurcze co, znowu ino te rowery? A! W sprawie rowerów uważajcie, bo rozjeżdżone błotne ścieżki zamarzły i potworzyły niezłe koleinki, więc się można nieźle wykopyrtnąć. Ale za to połazić można oczywiście jak zwykle. Krok za krokiem. Raz do portu, potem w górę na skały, potem znowu w dół i jeszcze raz i znowu…

W Hammerhavnie cudowna cisza. Dziwność nad dziwnościami. Zwykle to tutaj wieje i faluje najbardziej, a jednak teraz wszystko dookoła jestpłaską taflą. Ruiny w oddali lekko oprószone śniegiem i człek się nadziwić nie może temu całemu pięknu, onemu niebu błękitnemu, zmienności kolorystycznej fal… nosz kurcze ile może być odicieni niebieskości i zieleni, czy turkusów?! No ile?! Wpatrzony w oną całą głębię uświadamia sobie, że… dużo tej wody. Ha ha ha! Też mi odkrycie, co nie? Nie ma to jak zabłysnąć mądrością, ale stańcie sobie kiedyś na końcu tego falochronu, czy mostu, czy jak to zwał widokowej miejscówki… i popatrzcie w dół. Widać dno, widać, ale… to tylko dlatego, że woda czysta. Plaża jednak jest dość daleko, miejsca dla łódek też oddalone… a to, gdzie wpływa się pokazuje tylko ogrom i głębokość, kosmiczną.

Lekko przerażającą.

IMG_1006

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Meszek Zacieszek… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Nieczas…

„Spacerowała tak ze swoim Jednorożcem Jorikiem i wyglądała dziwnie. Nie żeby nagle odziała się w zwiewną, dziewiczą, białą szatę… nie aż tak. Nie sypała kwiatków dookoła, nie sprawiała, że ptaszki niesrając ćwierkały dookoła niej. Nie wcinała żonkili i krokusów… no ale, jednak dziwnie. Serio dziwnie. Nie miała welonu, ni warkoczy długich, nie miała onej poświaty, ni pod jej stopami nie zakwitały stokrotki i kaczeńce.

Nie, nic z tego.

Ale jednak…

… dziwnie było.

Mawiają, że jednorożce prowadzają się ino z dziewicami. Mawiają też, że wielu z nich już nie ma na świecie, ale też mawiają, że cukierki wychodzą z odwłoków kolorowych zwierzątek, więc wiecie, czy należy im wszystkim wierzyć? Czy należy to, że jedna wiedźma prowadza się z rogatym koniem uznawać za dziwne? Może nie? Może to w rzeczywistości coś całkiem zwyczajnego i normalnego, a świat po prostu zdziwaczał i zapomniał? Któż to może wiedzieć?

Któż może?

Oni spacerowali.

Lekko uchylając się pod mocniejszymi podmuchami wiatru, najpierw na plaży, gdzie piasek wciąż był jeszcze lekko zmrożony, gdzie pojedyncze wodorosty pokryte były lodem. Potem poszli do portu pogłaskać Niewidzialne Dzikie Łódeczki, które serio domagały się pieszczot przy tak ogromnym, mrocznym dziwnie, ale jednak pełnym pełni księżycu? A potem, zwyczajnie podreptali skrajem drogi. Dalej i dalej. Jakby nic ich nie męczyło, jakby coś ich prowadziło? A może po prostu wiedzieli, że tego światła trupiomlecznego należy napić się tylko z tego jednego miejsca. Tam za rzeką, tam za skałami, tam, gdzie morze przybrało dziwnie negatywową barwę. Niby szarą, niby czarniawą, niby nadzwyczajnie mleczno-starosrebrzystą. Pochylili się. Ona ukucnęła, on podkulił przednie nogi… i pili. Pili oną poświatę księżycowości, aż pociekło im po brodach, aż poczuli się pełni, aż coś się zmieniło i zniknęło, a potem…

… wrócili do domu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1573

Z cyklu przeczytane: „Tron z żelaza” – … i koniec. I nie ma już nic. Pozostali tylko ci bohaterowie, ona historia. Jedni z was sięgną po książki historyczne, by sprawdzić ile było w tym prawdy, a ile fantastyki, inni znowu zapomną, pominą; będą też ci, którzy czegoś się nauczyli.. siły i prawdy o świecie.

Bo serio, mimo iż jest to tylko fantastyka, to jednak jest w tej trylogii coś więcej. Nie tylko magia, półprawdy historyczne, nie tylko próba opowiedzenia o tamtych czasach, niezwykła rekonstrukcja, choć autor oczywiście wspomina, że to wszystko, to tylko… fikcja. Podparta faktami, ale jednak fikcja. Ale wiecie co, moim profesorom mogłaby się spodobać.

IMG_4419

Wiele się zmieniło w trzecim tomie, wiele spraw w końcu rozwiązało, autor jednak pozostawia nas z pewnym niedosytem. Wiecie, z tym słodkim jątrzeniem, które sprawia, że zastanawiacie się, kiedy pozwolicie sobie na powrót do tego świata i tych bohaterów. Bo przecież stali się rodziną. Dziwną i może dysfunkcyjną miejscami, ale jednak… nawet duchy. Nawet ci, którzy odeszli wciąż zdają się trzymać tych stron…

Dobra trylogia.

IMG_4374

Walentynki…

Szukałam ich. Serio ich szukałam. Widzicie, wzięłam sobie na punkt honoru i odwiedziłam garść sklepów… i nic. No dobra, takie nie do końca nic. Na pewno przecena toreb słodyczy marki Quality Street o 0,75DKK wyraziście mnie wzruszyła. Do tego oczywiście kwiaty. Są cięte, ale przecież są zawsze. Są słodkie doniczki z sadzonkami i wetkniętym serduszkiem, doniczki z żabką i czymś nie do końca animalistycznym i… właściwie, to nic więcej. W Lidlu dostaniecie róże w czekoladzie na patyczku i opakowanie czekoladowych serduszek. I już. Wyciągnięte czekoladki ze wszelakich sklepowych kątów. I wiecie co. Pewno, że te rzeczy znikną, bo panowie obdarują panie, ale ten kompletny brak jakiegoś miłosnego szaleństwa mnie dobija. Oj pewno, że da się coś wymyśleć, ale… u nas nie ma tej całej konsumpcyjnej radości i wiecie co…

… brak mi jej czasem.

Za to jak już mówić o Lidlu, to wiecie co… pustki.

Kompletne i wielkie. I jeszcze ta dziwna myśl kołacze się w człowieku, że oni tam budują kolejny i przecież będzie musiał go czymś wypełnić, a tutaj pustki. Kompletne i przerażające. Wiecie jak to jest wejść do ogromnej hali i znaleźć tam tylko resztki? Na półkach z sucha karmą coś jeszcze jest, maciupkie stoisko z kwiatami, ostatnie suche bułki… trochę żarcia w pudełeczkach plastikowych. Wszystko oddalone od siebie, wszystko jakoś tak uplasowane, ale przecież nie zakryje tych pustych koszy. I resztek zwiniętych linek w nich. I jeszcze może jakieś dziwne rzeczy, które… nawet nie wiem do czego i od czego są. A nawet to, co jest, to jest go tak niewiele…

Współczucia dla wegetarian. Sama wciągam zielone i wiem, że jest go mało, a to co jest, nie oszukujmy się, jest kompletnie mało zjadliwe. Obrzydliwe. Kiedyś były przetwory – bez cukrowej polewki – i oczywiście mrożonki, a teraz, podobno wszystko ma być świeże. Ale co to za świeżość, gdy coś dochodziło do siebie, do kolorów, na jakimś rąbanym statku spryskane chemikaliami? No ludzie no!!! Przecież nie teleportujemy żarcia z tej całej Afryki!

Pomyślcie.

IMG_1506

Księżyca blask…

A tak.

Podobno mamy jakieś zaćmienie, do tego pełnię i coś jeszcze, Jupiter zagląda mi w okno, mózg się lasuje, czyste szaleństwo. Ale wystarczy nocą, taką wiecie, niepełną, raczej czymś na kształt późnego wieczorku i dobrze się ustawić. Pomiędzy księżycem a sobą umieścić morze i może być doprawdy fantastycznie. Nagle człek rozumie dlaczego opisuje się to światło jako trupie i dlaczego tak dziwnie pusto dookoła. I dlaczego… nie, no przecież to nie może by zombie?!!! Oczywiście, że księżyc widać tak, a nie inaczej, bo zwyczajnie ciemno dookoła, że oko wykol, tudzież nadstaw się zombiemu, albo… no ciemno jest. Ale za to wschodzący księżyc tuż nad horyzontem przez sekundy zdaje się być tak ogromny i lekko malinowy, aż chce się polizać, tylko że, tylko że ty właśnie spędziłeś wieczór wczesny na zwiedzaniu ponownym Ekkodalen, no i chyba masz już dość. Wcześniej przez półtorej godziny siedziałeś pomiędzy betonem a morzem, by tylko złapać TO zdjęcie i spotkałeś stojącą brodę, więc sorry… ale jesteś już zmęczony.

I lekko przemarznięty. Bo chociaż pojawiło się niezapowiedziane słonko w piątek, w sobotę się ono też po niebie rozglądało, to jednak… nad samą wodą wiatr zrywa twarz. Wciska się gdzie się da, a da się i w te miejsca, serio, sprawdziłam na sobie. Ale wiecie, w Ekkodalen chociaż może nie kopy tego śniegu, ale jednak cudowna, biała ścieżka i kolorowe mocniej niż zwykle skały i oczywiście one sopele na nich, więc no, nie można się oprzeć. Idę ku zachodzącemu słońcu, czy raczej pomarańczowo-różowawej poświacie, a w plecy dźga mnie odbijanym światłem kulka księżycowa. Dziwne to wszystko i niesamowite zarazem i tak szybko znika. Chwila pod drzewami i już nie ma słońca, a księżyc wysoko. Wyłazisz ze złapanymi, ukochanymi kwiatkami wiosennymi – wiecie te niebieskie winogronka – i już ciemności bornholmskie opadły Wyspę. A są one nader specyficzne. I nagle, pada w nie ona srebrzysta, martwa mleczność księżyca i serio…

… chce się wyć.

A może to tylko ja? Jakoś nigdy z księżycem nie było mi po drodze. Chyba zwyczajnie, no wiecie, jakoś tak nie moja to bajka, ale słonko też nie, więc co mi zostaje? Tylko morza szum, wiatr i deszcze? Tylko mgły i śnieżyce?

Tylko to?

IMG_1497

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Nieczas… została wyłączona

Pan Tealight i Wiatrak Zapomnienia…

„… i tylko wtedy się poruszał, gdy złożyłeś ofiarę i wtedy to znikało, co wymazać chciałeś ze swojej głowy. Ale ofiara, cóż, była bardzo wysoka i nader dziewicza. Ale bez urazy, wcale nie, kompletnie nie ona. Nie. Ona nie chciała wymazać, tylko przykryć to. Zamknąć w pokoju, położonym w głębokiej piwnicy, gdzieś, gdzie są i stalaktyty i stalagmity i gdzie jeszcze nikt nie schodzi, po ciemno jest, zimno, no i mówiąc wyględnie pachnie niezbyt przyjemnie. W tamtym pokoju zamkniętym na sześć drzwi, na których pozakładano sześć kłódek i łańcuchów, pokoju bez okien, piwnicy zawalonej głazami, której nawet najbardziej upierdliwa fobia by nie ruszyła, pod zwałami domu. A może jednak zamczyszka, wielkiego, ogromnego, zbudowanego z otoczaków i kamieni, w których ktoś wyciął i róże i liście, małe twarze nigdy się nie uśmiechające…

Tam.

Pod tymi kamieniami, schowane, zamknięte, nie do ruszenia. Kamieniami porośniętymi parzącymi pokrzywami i mchem, jesienią śliskimi od czarnych grzybów o białych, paskowanych spodach, które dziwnie się mgliły w ciemności. Bo ona przecież nie chciała zapomnieć. Chciała tylko niepamiętać.

Zwyczajnie niepamiętać.

To jest różnica.

Zawsze nią była, zawsze tam była, ale ludzie zapomnieli, że istnieje. Jakoś tak, zwyczajnie. Bez ofiar, bo im było wygodniej, bo na wyobraźni im zbywało, bo byli tylko ludźmi sortu zapominającego… Nieodkładającego tego na potem, ale wpychającego to gdzieś pomiędzy ufoludki i teorie spiskowe. I jeszcze oczywiście gdzieś tam, gdzie ludzie wierzyli w dziwne stworzonka, ale ci akurat mieli rację. Wierzyli. Po prostu, najzwyczajniej w świecie nie chcieli tego, więc usuwali to ze swojego życia.

Zwyczajnie, ale ona nie umiała…

Tylko jaką ofiarę złożyć za niepamięć? Nieprzychodzenie obrazów, nieukładanie się w głowie nieswoich słów i wspomnień bolesnych?

No jaką?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4799 (2)

Z cyklu przeczytane: „Królowa” – … tom drugi. Zakończenie. I już po wszystkim. Pełnia jej życia… Świętosławy. Kobiety – królowej północy. Całej północy. Sigridy Storrådy. Tej, która postawiła wszystko na jedną kartę i…

Wiecie, chciałabym ją zapytać, czy było warto?

Oto Sigrida, która wciąż pamięta jego.

Która wie, że nie powinna, nie może, ale jednak wciąż się stara i wpływa na dzieje historii. Tylko, czy nikt tego nie zauważy? Czy nie przegra wszystkiego? Cóż, wystarczy zajrzeć w Wikipedię, już nie zmuszam do czytania mądrych ksiąg, ale jednak… cóż, może lepiej nie? Potraktujcie tę książkę jak opowieść, która z jednej strony mogła się wydarzyć, z drugiej, nie wydarzyła się do końca. A jeśli pominięcie fakty historyczne i przymrużycie oko, dostaniecie cudowną opowieść o kobiecie, która pragnęła władać, ale nie do końca. Chciała wpływów, ale też wciąż tak naprawdę była nieszczęśliwa i wykorzystywana…

Cherezińska jest dobra i tego nie trzeba chyba mówić. To nie jest jej pierwsza książka dla mnie i na pewno nie jest też to powieść, na której się zawiodłam. Ale to też powieść, po której wciąż oczekiwałam więcej samej królowej i więcej fantastyczności. Brakowało mi magii, brakowało mi skandynawości, brakowało mi… czegoś wiecie, wyższego. Ale to wciąż niesamowita opowieść, którą ci niecierpiący historii uznać mogą za fantasy. Gra o tron jak nic!!!

Polecam!!!

IMG_7255 (2)

Mrozek i śnieg.

Mrozek i topniejący mimo wszystko śnieg? No weźcie no! Jaka w tym sprawiedliwość!? Dlaczego świat mi to robi? No dlaczego? Śliczna zadymka, tak pięknie mogło być… tak biało, cudownie… ale nie, bo przecież. Bom niegodna porządnego śnieżnego raju? No jak tak można? No przecież. No wiecie, co?! No jak? Bezeczelność ogromna i tyle. Nie no, pewno że wiem, iż wiatr wieje od naszego morza i cały ten śnieg leci na środek i tamtą stronę Wyspy. Jakby wiecie, mnie nie lubił i to w ogóle. Pewno, że zdaję sobie sprawę z onych powietrza rozpędów…

NO ALE!!! Ja chcę śniegu!!!

Podobno jak się jedzie drogami, to biało jest. Kurzawki cudownie i czadziorsko się plączą pod kołami. Kłęby białości szaleją. Ci, co nie zmienili opon na zimowe… też. No niestety, niektórzy wiecie, zwątpili w następujące po sobie pory roku i tyle. Albo jakoś stwierdzili, że skoro mamy to ocieplenie klimatu, to wiecie, no przyoszczędzą!!! Ech! Sorry, ale u nas tacy sami ludzie, jak w innych miejscach.

Temperatura może nie powala zimnością, ale… gdy wychodzicie na plażę, albo na oną bardziej wietrzną część wyspowego świata, to po prostu skórkę z twarzy odrywa. Podobno odczuwalna to -15, ale kto ich tam wie. Moja twarz mówi minus siedemset!!! Albo i więcej. Klękam na zamarzniętej plaży, by podejrzeć silnie wzburzone fale, czuję jak coś spycha mnie do środka Wyspy. Nie tylko dlatego, że wiecie, tam jest śnieg, ale też jakoś Wyspa nie chce dziś ludzi na plaży. Na twardej, gładkiej i pozbawionej wodorostów. Czyściutkiej i zamarzniętej. Niesamowitej, ale tez i lekko przerażającej. Odpycha mnie w górę rzeki, tam gdzie kry i różne twory zmarzlinowe, tam gdzie to wszystko ruchome pomiędzy tym, co nieruchome.

Ale przynajmniej zimno jest!!!

IMG_4837

Szczurzy job.

I to ino w dwie godziny! He he he!!! Niezłe pieski, co nie? Bo wiecie, szczury na Wyspie są i sorry, ale te kotki domowe, to mogą im ino naskoczyć. Lepsze są pieski i oczywiście… jeże. Nie wiem o co chodzi, ale jeż w ogródku oznacza niską popularność posiadłości w kręgach gryzoni typu myszowo-szczurzego. Wypróbowane. Podobno to coś z dźwiękiem i z zapachem, ale wiecie, trzeba jeszcze doczytać. Na szczęście maluch, którego uratowałam z nadmiernego słońca chyba zadomowił sie w naszych krzaczkach, a że ja krzaczki lubię mocno bardzo i nic im nie robię, więc sobie nie przeszkadzamy. Wiecie, poza tymi momentami, kiedy to wypadam jak ona kukułka z zegara i szczebioczę nad nim: oj, jaki słodki jeżynek, jaki cudny…

Każdy ma jakieś wady!!!

Ale trzeba przyznać, że pieski dumne z siebie i się nie dziwię. No wyłapać tyle gości, szybkich i świadomych ostateczności niebezpieczeństwa, to coś wielkiego. Gratulacje! Mam nadzieję, że dobre papu będzie potem i drapanie za uszkiem!!! A jeśli chodzi o to, co ze szczurami teraz… to w komentarzach jeden osobnik zaproponował zupkę. I wiecie co… jak mawiał Shrek: najlepsze są w sosie własnym, więc może któraś z duńskich restauracji się skusi? Oni w końcu tak lubią eksperymentować dziwacznie, szokować i brutalnie zestawiać konsumenta z papu… wystarczy spojrzeć na przesłynną NOMĘ. Aż człek się cieszy, że bidok taki i raczej nigdy go tam nie zaproszą, bo przecież wiecie, bidoki jak ja to nie docenią ekspresji mchów i kamieni, na których podano jedzenie. No w życiu!!! Ech, my niegodni, strasznie niegodni!!!

Ekhm… a u was jak zima?

IMG_4786

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiatrak Zapomnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Zmięty Mag…

„No dobrze.

Miał na sobie rzeczywiście coś na kształt pogniecionego, zmaltretowanego silnie i to nie przez żywioły natury, namiotu… takiego raczej zwiewnego, ale i wielowarstwowego. Z kapturkiem. Ogólnie mówiąc, nie tyle szedł, nie tyle tuptał, co sunął nad powierzchnią zamiatając wszystko i wszystkich. Nadmiernie szeroki, niemieszczący się w mniejszych pomieszczeniach, dziwnie barwny, bo namiot w końcu był silnie łatany w wielu miejscach i to czym się dało: gaciami pradziadka, stanikiem kochanki, spódniczką zagubionej harcerki, która gryzła i tak naprawdę była wilkołakiem… skórą z upadłej zwierzyny, mocno mutowanej, więc wiecie, świeciło jak pierun wie co, kawałkiem zamalowanego płótna, chusteczką wciąż mokrą od łez…

Pognieciony był cały i lekko depresyjny mocniej, niż Wiedźma Wrona Pożarta, ale przecież to nie czas na konkursy! Zresztą, bida z niego była taka, aż trudno uwierzyć, że mag. Czarów w nim może i było pełno, może nawet wypychały go i napychały lepiej niż brukselka z kapustką i lodowym deserem z groszku i fasolki. Ale nie wychodziły. Dlatego nikt go nie chciał. Nawet w swoim pobliżu. Dlatego tutaj się pojawił… i chociaż mógł przecież w końcu wypuścić swoją magię, chociaż mógł tak zwyczajnie znowu zmagicznieć, to jednak kto by chciał czekać w dzisiejszych prędkich i ekspresowych czasach? No kto? Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by dać mu szansę, by może pogadać, rozluźnić go, by jakoś tak do niego dotrzeć, jeśli są inni, którym wystarczy zapłacić, nadusić odpowiedni guziczek i magia już jest. Może i ułudna, może i wszelako magia nie do końca normalna, zwyczajna i codziennie prawdziwa, no ale…

Nikt go nie chciał, więc został tutaj.

I bardzo się polubili z Wiedźmą Wroną. Jakoś tak do siebie zaczęli lgnąć. Pierun wie o czym tam szeptali, bo ten namiot zdawał się zbyt często zakrywać ich oboje i wtedy nagle niknęła magia z całego świata… ale tylko na mgnienie oka.

Tylko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8650

Z cyklu przeczytane: „Anna i pan Jaskółka” – … na pierwszy rzut oka? Skromna i delikatna. Okładka subtelna, biała, z cieniem jaskółki, kilkoma drzewami i dziewczynką. Opis: rok 1939, znikający ojciec i dziewczynka, z jednej strony dorosła, z drugiej wciąż dziecko.

Książka od początku zniewala.

Boję się jej, dość mam bólu namacalnego w tym świecie, by jeszcze dostać go od książki opowiadającej o II wojnie światowej, a jednak nie potrafię się jej oprzeć. Jakoś dziwnie mnie przyciąga. Niepokojąco. Ale przecież będzie straszna, bo jak może być pogodna i lekka, jeśli opowiadać będzie o wojnie. O wędrowcach: dziewczynce i tym, którego ma nazywać tatusiem. O nibymagii i nibyczarach o…

Okay.

Cała masa tutaj mądrych słów, przenośni i zwierzęcych metafor. I oczywiście brak całkowity uznania, iż nie do końca każdy jest tylko zły, czy dobry. Autor na samym początku wydaje pewien wyrok i po tym wyroku książka zatoczyła miły łuk i jebnęła w ścianę. Przykro mi, ale nie. Mimo owych wielkich cytatów w stylu: ten, co próbuje zrozumieć świat bez dzieci, jest jak piekący chleb bez drożdży… i tym podobnych. Może to moje polskie pochodzenie, wiadomo mamy jakieś, ekhm problemy z owym okresem, a może zwyczajne chodzenie i głodowanie… przenośnie w miejscach, gdzie ich nie potrzeba. Dziecię, które tutaj nie jest dziecięciem? I dokąd oni idą?

Kopia „Małego księcia”? Hmmm, czyżby autor-aktor też miał pewne problemy? A może to ino owa moja polskość, która widzi, że i prawa i lewa strona to złe zwierzaki – Niedźwiedzie? Serio? Misie są cudne! I wilki? Jak można? Nie da się tak. Nie da, po prostu… wystarczy poczytać historyczne książki. Ale owszem, słownictwo piękne, ach, toż facet się pławi w nim, więc mocny egocentryzm dorzucamy do puli, a realizm magiczny, oj niewykorzystany strasznie, rzeczywistość skrzeczy, brudzi… Wiadomo, że wojna, ucieczka, trzeba się ukrywać, ale to dziecko, nie mówisz mu w romantyczny sposób o tym, ino uczysz je przetrwania. No ludzie… TO WOJNA!!! Liryczna bajka, czy opowieść o dziwnej dziewczynce, dojrzewającej, zafascynowanej chudym gościem?

Dla mnie nie.

IMG_0842

Coś nowego… między innymi kilka tomów, na które tak bardzo czekałam!!!

IMG_1438

Mglisto i wilgotno.

Zapowiadają mrozy.

Jak będą mrozy, otworzą górkę dla narciarzy… jak będą? Bo będą, czy nie będą? No powiedzcie, że się uda, i że jakoś tak zaśnieży, zamrozi i milusio zimowo będzie? Obiecajcie mi, błagam!!! Bo na razie spaceruję sobie po mglisto-wilgotnym Almindingen, no i bez urazy piękne jest… te wszystkie strumienie i woda rzeźbiąca wciąż i to, co już wyrzeźbiła, te dziury z wodą, one podmoknięcia, siku się chce od razu, ale jednak, piękne to wszystko. Do tego pozostałości liściowe, one brązy, rdzawości i głębokie karminy. Cudowne przecież, a jednak ja wciąż chcę śniegu. No mrozu chociaż, coby to wszystko skuł lodem i sprawił, że kwiaty pojawią się na szybach i na rzeczkach, a już na pewno na morsko obmywanych kamieniach.

Na razie jednak mglisto.

Wilgoć włazi w człowieka i bardziej nim telepie, ale za to jak fajnie się spaceruje, szybciej i szybciej, aż czujesz to dziwne palenie w płuckach, to ściskanie w gardle, oną dziwną czystość nagle deletującą wszystkie problemy gdzieś tam zabłąkane. To co codzienne i to, co męczy nas od święta. Ostre powietrze wdziera się w wnętrzności i robi przegląd. Sprawdza i to i tamto. Od razu pewne rzeczy zaznacza do usunięcia, inne znowu zapamiętuje na potem, by koniecznie je zatrzymać. Bawi się flaczkami, lekko puka w pęcherzyki, płucka muska i głaska, a gardziołko lekko zipiące ino dodaje jej siły…

Cudne to i tak bardzo zwyczajne.

Wiecie, proste spacerowanie. No dobra, może nie powolne, bo takie mnie nudzi, ale jednak silne, mocne, genialne rozruszające i kości i to, co w środeczku człowieczka siedzi. I to co, na przykład, można zwyczajnie zmienić.

Odmienić.

Zmodyfikować.

IMG_9607

Coś nowego…

Widzicie, tupta człowiek to tu to tam, czasem ma jednak ochotę na to, by ten spacer trwał i nie kończył się… i w końcu zamiast znowu zahaczyć o Ekkodalen, to nie, w końcu robi to, co sobie obiecywał od wielu miesięcy, czy nawet lat i idzie w drugą stronę. No w lewo. Przełazi przez ulicę, obok dziwnie wściekle białego samochodu na maleńkim parkingu i idzie ścieżką wyględnie rowerową. I nagle znajduje najbardziej tęczową skałę, jaką dotąd widział. Gładką, porośniętą na górze szczecinką porostów i maleńkich brzózek, a dołem, który oczywiście mocno ocieka i tak dalej, wzbogacona wypryskami roślinności lubiącej podmokłe. Ale skałka to jedno, drugie to to, co dzieje się tutaj, gdy jest troszeczkę, odrobinkę cieplej.

Troszeczkę…

Otóż pląsają tam islandzkie koniki!!!

Ha ha ha!

Niby człek wie, że koniki to u nas codzienność, że i pod wierzch i z wózeczkami, że pląsają sobie względnie wolne, takie wiecie, niby owcowate, no a tutaj się okazuje, że są też inne. Na wpół dzikuskowate islandzkie włochate, milusie kolesie podkuwane. Mają całkiem niesamowitą miejscówkę, wiecie przedłużenie Ekkodalen. Rzeczka, znaczy coś do picia jest, skała by osłonić sie od wiatru, drzewa dla widoku, z innej strony dolina, z innej lesistości. A tuptają sobie po czymś, co jest mieszanką ciemnej ziemi i skał. Na pewno nie jest to łatwa deptaninka, ale dla nich wprost idealna. W końcu to koniki islandzkie. Cudowne są, ale proszę nie karmić!!!

IMG_9777

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmięty Mag… została wyłączona

Pan Tealight i Pojmany Czarodziej…

„… ale no bez przesady, nie żeby go w sidła złapali, sznurami spętali, kajdany nałożyli, czy coś w ten deseń, choć chciał, ale wiecie… zbyt wielką mu to sprawiało przyjemność, Wiedźma Wrona Pożarta puściła niewielkiego pawia, co zmienił się w kurę, więc zwyczajnie zostawili go na schodkach i czekali na wyjaśnienia. Dlaczego wdarł się na ten teren? Dlaczego nie przyszedł jak względnie unormowany byt?

Dlaczego?

Najprawdopodobniej nie był trzeźwy, bo gdy tylko Wilkołaczek trochę go poszarpał, to jakoś tak no nie mógł potem dojść do siebie. Na pytania czarodziej nie chciał odpowiadać domagał się wyłącznie pojmania i ogólnego ubezwłasnowolnienia za grzechy. Ale jakie? A może należało zapytać: za czyje? No serio? Taki zwykły, niski czarodziej, co to nawet nie miał imienia, co to wychudły, skórka i kości, szatka taka nader przykrótka, poplamiona i napis „do wynajęcia” na kapeluszu spiczastym lekko. Wiedźmim nawet. I te buciory rozchodzone, ze sznurówkami związanymi z tylu innych sznurówek, że tworzyły własną, specyficzną nietęczę. Mnogość barw i wszelaka puchatość… No tak, był specyficzny. Niepewny siebie, ale też i dziwnie skupiony na niektórych swoich potrzebach. No dobra, może i był lekko zboczony, wiecie – te kajdany, ale każdy z nas ma coś takiego, co go kręci. Inaczej niż wszystkich innych.

Ale dlaczego chciał być pojmany? Związany, unieruchomiony, wszelako spętany? No dlaczego? Przecież chyba nikt go nie śledził, nikt też na pewno nie odmówiłby zakupy czarodzieja. Któż nie chciałby mieć takiego w swoim domu? No któż? A jednak… chyba nie o to mu chodziło. A jeżeli nie o to, to o co? Dogadać się z nim nie można było, bo milczał poza westchnieniami podczas wiązania, a potem rozwiązywania, ale na karteczce miał jak byk: Chcę być pojmanym, zrób mi dobrze!!! Nie pozwól mi cierpieć! Nie pozwól mi być wolnym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4774

Z cyklu przeczytane: „Sigrid” – … zaskoczenie. Naprawdę. Bałam się, że to kolejna młodzieżówka. No przecież miał to być romans, czyż nie? Ale… jednak nie. Myliłam się. I to myliłam się wielce i ogromnie!!!

Oto pierwszy tom tetralogii, choć na Północy uznawany za czwarty tom cyklu tej autorki. Jednakże w jakiś pokrętny sposób agent autorki do reszty Europy postanowił nie sprowadzać trylogii „Freja”, „Idun”, „Saga”, tylko zacząć od tego. Kolejny tom „Estrid” też już prawie ready! Czyli Saga o Valhalli. Opowieść o Sigridzie, którą tak niedawno przedstawiła nam niesamowita Cherezińska, ale inaczej. Nie tak historycznie, nie tak obciążając faktami, zresztą, pamiętajmy, że pisze to Szwedka, więc opowiada tę historię tak, jak ją uczono. I robi to fantastycznie. Tutaj wolwy i disy to normalność, krew na runach, przepowiednie i wszelkie obrządki. Odyn, Frej i Thor wciąż trzymają się mocno! Bóg chrześcijan, chociaż mocną ma magię, wciąż jeszcze może być pokonany! Wciąż jeszcze może zniknąć…

Wciąż jeszcze…

Naprawdę dobra opowieść.

Saga, rodzinna i mocna. Brutalna miejscami, prawdziwa. Pełna duchów i sprzeczności tamtych czasów. Prawdziwa. Taka, że włazicie w nią z butami i wychodzicie odmienieni. Uświadamiacie sobie, że jednak historia ma wiele twarzy. A kobiety, cóż, te walczące o same siebie, są jednak zawsze takie same!!!

IMG_0830

Idiotów nie sieją…

… czyli o wyścigach słów kilka. Wiecie, jak w każdej części świata Wyspa ma problemy z młodzianami, co to podobno kochają motoryzację. Choć ja tam im w oną miłość niezbyt wierzę. Bo widzicie, jeśli to polega wyłącznie na paleniu opon, silnikowych rozgrywkach i zasmradzaniu środowiska, to sorry, ale nie jest to pasja… to tylko smród i hałas. Zresztą, ogólnie całkiem nie rozumiem wyścigów samochodowych, szczególnie w czasach tego całego, ekologicznego zawirowania. Gdy jedni bulą gigantyczne podatki na ekologię, a inni smrodzą i wylewają ropę do morza. Jedni mają normalną cenę na auta, a u nas wsio podwójnie.

Oj pewno!!!

Całe problemy wyścigowe oczywiście skupiły się dookoła Dueodde. Na szczęście jeszcze nie robią tego na plaży, ale wiecie, lepiej im nie podpowiadać tych pomysłów. Serio, lepiej nie. Na razie zwyczajnie, korzystając z tego, że większość domków zamieszkiwana jest wyłącznie w lecie, szaleją i naprawdę niebezpiecznie spacerować w tamtych okolicach. Oczywiście one bidoki, co to chciały się nacieszyć plażą, ciszą, spokojem i wszelakim zapachem szyszek, piaszczystością, wiatrami i hukiem fal, mają przerąbane, ale… kto by się nimi przejmował. Przecież bidulki młodzieżowe muszą się wyszaleć. Wiecie co, nie pamiętam swojego wyszalania się. Byłam zajęta nauką i pracą. Nie miałam na to czasu ani finansów. Zależało mi na przyszłości, więc się uczyłam, ale w dzisiejszych czasach to chyba największy obciach, czyż nie? Książkę się bierze, jeśli okładka pasuje do ogólnego outfitu. I wygląda jak torebka…

Tak serio, już dawno przestałam rozumieć ten świat. Bardzo dawno temu, ale gdy ono całe niezrozumienie wpada na moją Wyspę, to strasznie mnie to wkurza. Sorry, ale nikt was tutaj nie trzyma. Droga wolna. Tylko, że wy chcecie mieć rybkę i zjeść rybkę. A tak się nie da. Nawet jeśli to rybka co umie zmartwychwstawać.

IMG_4831 (3)

Chowaniec uważa, że ludzie zmęczeni miastem przybywają na Wyspę szukając spokoju i ciszy. I jakoś jest to logiczne. Problem w tym, że niski poziom wyobraźni sprawia, że po chwili im sie odmienia i nagle chcą, by coś się działo. I nagle ci, którzy chcą tylko ciszy, spokoju i zieleni, są tymi, co sprzeciwiają się cywilizacji. A czymże jest ona cywilizacja? A torem motocrossowym. Czym czymś w ten deseń. Oczywiście trza będzie trochę wyciąć drzew, ale na chuja komu drzewa… Wiem, że przeklinam, ale nic innego nie mogę zrobić, więc odpierdolcie się od mojego przeklinania. To jedyna forma rozładowania wściekłości, gdy świat dookoła jest tak głupi. Gdy najważniejsze jest niszczenie, a nie tworzenie. Gdy cisza, spokój, zieloność i czystość są tylko oznaką tego, że nic się nie dzieje w tym miejscu. Ależ oczywiście, że się dzieje.

Cisza się dzieje.

Spokój się dzieje.

Ale ostatnio zieleń, spokój i wszelaka naturalność nie jest w cenie. Te fale takie cudowne, te skały, które tak często miękciejsze się zdają, niż puchate poduchy. Te mchy i trawy, one krzewinki i drzewa. Tak wiem, wychodzi na to, że jestem i stara i głupia i jeszcze powstrzymuję cywilizację. Dlaczego nikt nie widzi cywilizacji w kulcie zieleni, nieszkodzeniu innym, braku niszczącej polityki rolniczej, budowlanej… Na kiego grzyba potrzebne nam szpetne minigolfy? No serio? Na co? Po co? Czy naprawdę dla rozrywki, czy tylko dla pieniędzy?

Wściekam się… a potem idę do lasu i już mi lepiej. Problem w tym, że z lasu wyleźć trzeba i wrócić do roboty, a robota, choć w sporej większości nie wymaga ludzkiego kontaktu, to jednak czasem… czasem trzeba, a przez internet ludzie tak bardzo kochają kąsać. A tych, może i nadwrażliwych, pali to jebanym jadem. Boleśnie. Wcale nie wirtualnie. No dobra, może poza tym polskim księdzem, który to stwierdził podobno, że wszyscy duńscy rolnicy sypiają ze swoimi świniami. Ten mnie tylko rozśmieszył. Bo wiecie co, he he he, niektórzy dotykają świnek tak pieszczotliwie. I nazywa sie to inseminacją… a dotyk. No wiecie, wspomaga zapłodnienie. I cóż w tym złego, że ktoś świnkę po brzuszku pogłaska i się śwince lepiej zrobi?

No co?

Nikt nie nazwie tego techniką, czy nauką… oj nie, od razu grzech i pomroka. A kij wam w oko, lubię pomrokę, a te wasze grzechy… nom nom nom, Pożeraczka Grzechów skonsumuje.

IMG_4750

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pojmany Czarodziej… została wyłączona

Pan Tealight i Panna z Jakiegoś Królestwa…

„Przybyła zapłakana, bo widzicie porwali im Księcia.

Nie no, pewno że była wyłącznie jakimś tam marszałkiem czegośtam, ale to ją właśnie wysłali. Może miała być przekonująca, ale jak zobaczyła rządek misiów idący za Wiedźmą Wroną Pożartą, to zwątpiła tak mocno, że trzeba ją było kordiałami zakazanymi wzmacniać. Tak źle z nią było. No ale… sama przylazła, więc tylko do siebie może mieć wąty. I miała je. Ale poszukiwanie Księcia było ważniejsze. Jego matka zemdlała, jego wybranka serca zasnęła i odmawiała aktywności wszelakiej, choć dziwnie się uśmiechała, gdy wciąż niestary Król ją głaskała po włosach… więc przyszła tutaj. Po pomoc. Bo siedem krasnoludzic porwało Księcia. I wcale nie tak, że on sam uciekł i tam do nich polazł, wcale a wcale!!!

I wtedy Wiedźma Wrona zaczęła się śmiać i już nie przestała. Karnie Wiedźmy z Pieca wyniosły ją do Piwnic Domostwa, który jak usłyszały o co chodzi, to też się zaczęły rechotać, więc… no sami rozumiecie, obciach na skalę światową.

Pan Tealight utrzymał swoją szarą, jednolitą twarz.

Oczywiście, że pomogło to, iż nie posiadał ni oczu ni ust ni uszy, czy też włosów… miał na sobie mały słomkowy kapelutek, ale wyłącznie dlatego, że Wiedźma kazała mu hiacyntowe cebulki już wysadzić w trawnika, a on chciał tak jakoś z Niewiosną trochę się zaprzyjaźnić, więc wiecie, no postanowił jakoś się tak wysilić i miał na sobie fartuszek w serduszka żółte i kaczeńce oraz ten kapelutek z czerwoną wstążeczką i pączkami sztucznych konwalii – co pachniały jak żywe, ale wiecie, to magia. No więc tak wyglądał, gdy ona przybyła. Wysoka taka, muskularna, szczupła jednak, ubrana w skóry i ćwieki, ale bez przesady, konno… znaczy koń gdzieś tam brykał, jednorożce odmówiły kontaktów. A ona wciąż błagała. Pytała. Oczekiwała pomocy. Jakby tak naprawdę bardziej kochała go niż przyszła księżniczka?

Może tak naprawdę.

Sprawę rozwiązała Wiedźma Wrona z Ojeblikiem. Po prostu zabrały posłankę do lasu, do krasnoludzic, które serio wcale nie to z nim robiły i tam pozwoliły im pogadać. Wiecie, od serca. Podobno nie chcą wracać do Królestwa. Na szczęście Królestwo ma na stanie brata bliźniaka z żelazną maską, więc wiecie, da się to ugłaskać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6109

Z cyklu przeczytane: „Rok szczura. Świeca” – … i koniec. Znaczy trzeci tom trylogii i nic już. I otwarta ścieżka, gdyby autorce chciało się napisać coś więcej i niedosyt i zbyt wiele pytań, bo serio… dla kogo jest ta książka? Dla dorosłych, czy dzieci jednak? Z tak niedojrzałymi bohaterami i bohaterką, którą zbyt często chcieliście pierdyknąć w łeb…

Bez urazy, Gromyko to wciąż jedna z moich ulubionych autorek, ale kurde ta powieść… nie rozumiem jej. Przez 3 tomy bohaterce nie udało się właściwie dojść do jakichkolwiek wniosków, a przecież była gotowa by wyjść za mąż w pierwszym tomie. Nie zmądrzała, nie nauczyła się niczego, wciąż niczym mysza… a moce, ech, tego też nie rozumiem. Dlaczego do grzyba nie ma w niej niczego z… kobiety? No serio. Może więc naprawdę to powieść dla dzieciątek i nieuświadomionych, niewinnych dziewczątek kościółkowych, ale co wtedy z brutalnymi scenami i tekstami męskiej części? Nie wiem. Wiem, że jestem zawiedziona, ale nie światem, który Gromyko stworzyła, bo ten ma niesamowity potencjał. Cudowny, bogaty, z jednej strony lekko jadący wczesnośredniowieczna wioskowością, z drugiej oblepiony bajuchami rosyjskimi oglądanymi za dzieciaka.

No miodzio…

Ino ta cholerna bohaterka. Nie cierpię skurczynicy!!!

Czy przeczytać?

No raczej tak. A na pewno spróbować, bo humor i szczurzyństwo w niej niesamowite, ale wiecie, od pierwszego tomu. Od początku!!!

IMG_5334

Szarość mija.

Nosz wiem, że jako jedyny osobnik na onym świecie jęczę, gdy zwiększa się ilość godzin jasnych, a zmniejsza ciemnych, ale sorry, to mnie wkurza. Albo zmieniam się w wampira, albo wiecie, zawsze tak miałam. Lubię ciemność. Uwielbiam. Pewno – do zdjęć potrzebuję mocnego, fajnego światła, ale kurcze, jeśli chodzi o szarówki i wszelkie zimowości, to je kocham. Nic na to nie poradzę, że wolę odcinać się od słońca… choć ostatnio mocno to się nasiliło.

Może i zbyt mocno?

Siedzę więc sobie tutaj jedyna nie chcąca wiosny i nikt mnie nie rozumie. Kwiatki wyłażące z trawy – która w tym roku to nawet rosnąć nie przestała ni na moment – doprowadzają moją depresję do depresji!!! A wiecie jak to jest mieć derpesję, która jest depresją w depresji? Depresyjnie strasznie!!! Ale nic to. Wiosny człek nie powstrzyma i chociaż jedynym wydarzeniem na Wyspie jest otwarcie Rema 1000 – nie mam pojęcia po co, to jednak wiecie, jakoś żyć trzeba. Chociaż obiecują mrozy i wszelakie ochłodzenie, to jednak jakoś już im nie wierzę. Przebiśniegi szaleją, może i są niskie i marne, ale jednak szaleją. Do tego ranniki, takie dzielne, małe smoczątka, które jedynym czego się boją, jest ciepłe słońce… A w powietrzu jednak czuje się Syberię. Albo Laponię. Albo nawet i Arktykę? A może i pingwina?

W powietrzu wciąż czuć zorze, które człek widział wyłącznie na obrazkach i misie polarne, a nawet te białe liski, których zabawne mordki tak fajnie wyglądają na ośnieżonych zdjęciach. I może jeszcze oną wszelaką roślinność? Wiecie mikra i dziwnie nijaką, a jednak mającą w sobie tyle mocy, która pozwala wykarmić zwierzątka w tym krótkim okresie wegetacji.

IMG_2840 (2)

Chwilowo w powietrzu cisza. Może i fale uderzają intensywnie o wybrzeże, ale jednak co do wiatrowości, to jesteśmy w tyle. Czyżby skończyły się już wichury i sztormy? A może to zwyczjana cisza przed burzą? Tylko jaką?

Niewiadoma, to Wyspa.

Bo ni to jej nakazać coś, ni to wymagać. Dama do tego i panna jednocześnie, dzieciak i podlotek. Wszystko na raz. Tutaj nazbyt wiosennie lekka, tam znowu kurcze ociężała, głazowa i ciemna. Skrywa jakieś jaskinie, załamania i zawały, moc wodospadów zależnych od aury jednak, rzek, stawów i leśnych osępów, a jednak… niewiadoma. Bo przecież wszystko to znamy. Wszystko to zdaje się być widoczne w innych miejscach. Wszystko to zdaje się być dostępne w innych częściach świata, a jednak tutaj jest najpiękniejsze, najcudowniejsze, najbardziej specjalne, zwalające z nóg…

Dobra, oczywiście, że przemawia przeze mnie fanatyzm, ale jednak… wynurza się człek ze swojej samotni i widzi nicość. Leży na maciupkim podeście, na piedestale drewnowatości i znowu nic. I niczego nic. No może czasem jakiś pies przyjdzie oblizać ci mordkę, ale poza tym nic. I nikogo. Oj, może i są tam jacyś ludzie, ale co tam, może nas nie znajdą, nie zobaczą, po prostu nie uznaj za istotnych?

Może?

Ludzie mówią, że ten czas jest nudny i szary… może i dla nich jest. Może i dziwnie na ten świat patrzą, może nie umieją zobaczyć, a może naprawdę przez one telefony nic im nie widać. A może serio mam to gdzieś? Ich polityki, ich diety i ich marzenia. Czy można być zwyczajnie odłączonym od reszty świata, zamkniętym w szklanej kuli, na maleńkim skrawku ziemi i kamieni, w całej tej magiczności i pośród onych cudownych istot wszelakich? Może i można? Ale czy ktoś to zrozumie? A na kiego nam ich zrozumienie? Może niech nie rozumieją, może jak Anna B. powinniśmy pozwolić im złorzeczyć… tylko, że ona kiepsko skończyła, więc…

A tam, a kto mnie usłyszy z tej Wyspy? No kto? A nawet jeżeli, to kto zrozumie? Ha ha ha!!!

IMG_8536

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna z Jakiegoś Królestwa… została wyłączona

Pan Tealight i Wrak…

„Jest tam.

W głębinach, gdzie nie docierają ni fale ni światła.

Ni głosy ni opowieści… ni narzekania, ni cudze problemy, ni marzenia, chęci, tudzież wszelakie pojękiwania.

Jest tam.

Gdzie naprawdę nic się nie dzieje, a może dzieje się tylko to, o czym nic nie wiemy? Któż to może wiedzieć tak naprawdę i do końca? Nikt tam przecież nie zszedł. Nikt nie zanurkował. A stworzenia morskie, one głębinowe nader, co to albo świecą własnym światłem, albo stronią od niego uznając je za zbyteczną i obraźliwą nawet błyskotkę. Podobno kiedyś Wielki Kraken spraszał tam na imprezkę, ale Wiedźma Wrona nie poszła, nie miała w co się ubrać i ogólnie mówiąc jakoś tak nie była w nastroju… zrozumiał, a impreza i tak nie wypaliła. W końcu zrobili ognisko na plaży, więc chyba i tak nikt niczego nie widział. Ale był tam.

Wysyłał zawsze Wiedźmie Wronie Pożartej kartki na dziwne, ekstrawagancko artystyczne i egzotyczne święta. Na to Suchej Fali we wrześniu, Na Mokrej Zadziorki w lutym, czy najlepsze, na Marcowych Sztormideł… no jak nazwa wskazuje. Pisywali ze sobą. Tak, może i jego listy lekko mocniej woniały wodorostami, może i były lekko wilgotne, choć widać było, że się starał i zasuszał i w ogóle… może i pełne były cudownych prezentów, ale jednak… Ona wciąż nie wiedziała od kogo to tak naprawdę. I dlaczego on pisze. Znaczy pisał pięknie i głębinach ciemnych i zagubionych promieniach, o miejscach nieodkrytych i tych, o których zapomniano. O kamieniach i pływach, o stworzeniach, które miały własne, niewypowiedziane mity, legendy i religie… o tych, którzy nie wierzyli w powierzchnię…

W suchą ziemię.

Wrak tak naprawdę nie miał imienia. Miał jednak historię, o której nie chciał pamiętać i przyjaciółkę, do której pisywał i czasem podtrzymywał jej ciało chmurą swych wciąż białych żagli, gdy pływała.

Nie zauważała go… a może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9789

A tak w ogóle w moim temacie…

Bo widzicie, tutaj dla poszukiwaczy skarbów mamy raj.

Kurna prawdziwy. Mnie, jako archeologa wkurwia to niezmiernie, bo jakoś nikt nie rozumie, iż wyciągnięcie metalu z ziemi, to nie jest archeologia, do cholery jasnej!!! NIE!!! To poszukiwanie skarbów i niszczenie stanowisk archeologicznych. W Polsce nie można tak sobie ze sprzętem wysokiej jakości po polach poganiać, a u nas, na tej biednej Wysepce jakoś wciąż na to zezwalają… i potem tłumy powikingowskich napletków latają po polach i niszczą wszystko.

I kradną… bo przecież jak inaczej to nazwać, jeżeli w pełni świadomości bierzesz coś, co nie twoje. Coś, co wpłynęłoby na rozwój badań, coś, co pozostawiła tutaj przeszłość i co powinno się poddać badaniom, a nie pokazywać potem na jebanym fejsie ku uciesze gawiedzi. I chwaleniu się, że oj bo patrzcie, taki ze mnie mocarz i siłacz… z maszynką za kilkanaście tysięcy. Z mapką specjalnie sprokurowaną przez innych. Nie. To nie jest archeologia, el spróbujcie to powiedzieć w Danii. Tutaj zawsze uważa się za naukowca kogoś, kto skończył kurs czegośtam i robi cośtam przez chwilę. Potem zaraz się zmienia, bo to mu się znudziło, albo co częstsze – za ciężka to robota, więc zmieniają. I tak im wolno. Duński system z jednje strony pozwala każdemu rozwinąć skrzydła i spróbować czegoś nowego, a z drugiej kurcze, pozwala na nic… Na nierozwijanie się w jedną stronę. Na niebycie pasjonatem jednej sztuki. Jakby, wiecie, był to wstyd, że ktoś kocha tylko archeologię. Właśnie tylko archeologię. Jakby nie było w niej tylu elementów, tylu różnostości, no weźcie… przecież można się zajmować trzema epokami, albo odrzucić je i wziąć się za archeologię eksperymentalną, albo zająć się rekonstrukcją. Albo jak ja… macać skały i szukać rytów. Prowadzić obserwacje i wytyczać rąbaną drogę procesyjną. Zajmować się symbolizmem.

Dlaczego lepiej niszczyć, bawić się tym co połyskuje, a nie naprawdę badać przeszłość. Czyżbyście bali się spojrzeć w lustro i w końcu zobaczyć, że nic się nie zmieniło przez te… no zaokrąglijmy, kilkadziesiąt tysięcy lat? Bo to jest przerażające!!!

Ale co mnie luzuje najbardziej… Duńczycy zawsze są tacy ZASKOCZENI, jeśli ktoś ich oszukuje. Zawsze.

IMG_6945

Cenowo…

Wkurwa można zarobić.

Znaczy wiecie problemy z aortami mieć a i chcieć komuś dosadnie przyfanzolić i ogólnie, gdy się tak włazi do sklepu i widzi masło. Wiadomo, produkt pierwszej potrzeby, gdy ktoś nie trawi innych tłuszczów. Bo nie trawi i tyle. Jedni mają laktozy, inni olejozy. Ja nienawidzę oleju, oliwy, oliwek i tym podobnych nowoczesnych wymysłów. A już te kaki – jak dynia, ohydne mango – jak sosna, czy granat – no dobra, granata kocham… ale awokado… bleee!!! Chodzi mi o to, że sprowadzają tego tyle, a przecież każda szerokość geograficzna ma swoje moce przetrwalnicze! Wpieprzajcie jagody i porzeczki, na jedno wyjdzie!!! Bo zwać to ekologią, to się komuś chyba porąbało… ale, chodzi mi o ceny! Widzicie włazi człowiek i chce masło. W jednym miejscu masło po 19, w drugim 26 i co? I to, że mówimy o jednym rodzaju sklepu/marce, no i sorry, ale jaki kurna w tym sens? Ino 40 tysięcy ludzików i co, i mamy teraz problem. Bo od kiedy to kurcze my jesteśmy bogatsi, niż ci w Aakirkeby? No serio?

Widzicie, cała Wyspa ostatnio stoi mocno na głowie. Problemów cała masa. Tego nie będzie, tamtego nie będzie, bizonów 15, śniegu nie ma, Turyścizny nie ma… kogo winić? Kogoś trzeba, czyż nie? Fajnie jest winić… ogólnie ludzie w bojowych nastrojach i lepiej bez wideł do nikogo nie podchodzić.

Tylko skąd wideły?

Mroźność na zewnątrz śliczna i czadowa. Słonko przygrzewa, kaczki na brzegu harcują i wyżerają coś z wodorostów. Do tego przechadzające się po piasku wrony. Kurcze, one to są naprawdę agentki. Wiatr je boczny podwiewa, ale nie, twardo spacerują. Niby czegoś szukają, niby coś podziobią, ale tak naprawdę podglądają człowieków i całą resztę. Wielkie Strażniczki Wyspy. Ta jedna to kurcze na samych pazurkach stąpa, tamta znowu ledwo znosi boczny wiatr i tak ją podwiewa, tak nią strasznie buja, tak jakoś… ale nie obala. Oj nie!

Lepiej popatrzeć na naturę.

Serio… niż na ludzki świat.

Chociaż, czy można je rozdzielić?

IMG_6946

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrak… została wyłączona

Pan Tealight i Niewiosna…

„Przylazła Niewiosna i zaczęła się domagać uznania jej za piątą porę roku. Głośno się domagała i donośnie, używała słów wybrednych mniej lub bardziej, ale też i rzucała w powietrze różnymi przedmiotami, z których większość dawno już straciła dobrotliwość ważności spożywczej. Nikt z zebranych dookoła eksponatów Sklepiku z Niepotrzebnymi nie rozumiał dlaczego zwracała się do nich, ale pozwalali jej. Zresztą wyglądała tak dziwnie. Miała na sobie kożuszek, ale rozpięty i widać było falbaniastą koszulkę nocną w groszki pod nim, do tego szaliczek, czapa typu wkurzony, zamarznięty Syberyjczyk i jeszcze gumiaczki z futerkiem szarym. Skarpety – no upadła, to widzieli, że długie majty i grube skarpety – i plecaczek w kwiatuszki. Włoski miała długie, jasne, wiecie polotek taki, ale gdy się spojrzało w dziwnie niebiesko-żółte ślepia, to jak nic stara dusza, bardzo stara…

… więc dlaczego? I po co jej ta cała piąta pora?

Niby Pan Tealight chciał jej uzmysłowić, iż niektórzy uznawali istnienie Przedwiośnia i Przedzimia, a one co prawda nie chciały być uznawane za pory roku i ogólnie miały to gdzieś, ale ona miała to ich gdzieś w swoim gdzieś własnym… Ogólnie mówiąc w tej rozmowie krzyczanej, mało rozumianej i mocno wrzaskliwiej przeszkadzało to, że była dojrzewającą nastolatką z pryszczami, i nadmiarem makijażu oraz kolczyków, więc serio… było trudno. Nie chciała uznać niczego i nikogo, aż w końcu przyszła Wiedźma Wrona Pożarta, która nadmiarem kolczyków ją przewyższała, co trochę Niewiosną trząchnęło, że taka stara, a wciąż kolczykowa… i usłyszała, a ona powiedziała:

– A to sobie bądź!!! Kto ci broni? Bądź sobie i bądź cicho!!! Bo ja wciąż chcę Zimy!!!

I znowu w Białym Domostwie i okolicy zapanowała Cisza i Spokój, względna Cisza i znikomy Spokój, ale jednak… panowali…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1563 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ulubione rzeczy” – … czytałam kiedyś. Wróciłam, bo w końcu dorwałam resztę powieści Bolton i nadal jestem w szoku. Jak można tworzyć tak niesamowite opowieści? Jak można tak pisać i tak naprawdę nie być WIELKĄ znaną autorką? No naprawdę?

Bolton w tym tomie, rozpoczynającym opowieść o Lacy Flint porywa nas do Londynu. Zapoznaje z dziwną, pełną tajemnic dziewczyną, młodą funkcjonariuszką i… czaruje. Bo chociaż wydaje się nam, że wiemy, że podejrzewamy, ej no, walmy to – jesteśmy pewni tego, kto zabija i dlaczego wzoruje się na Kubusiu, to jednak… w końcu jakoś do nas trafia, że niepewność, to coś ważniejszego. Niepewność to pełnia onej fabuły! Nie młoda gliniarka, nie dziwny koleś co coś do niej czuje, ale też i ją podejrzewa, nie zespół śledczy, nie aromat Londynu… nie!

To niepewność!!!

Bolton ma dar. Potrafi nie zanudzić czytelnika opisami, potrafi być dokładna, a jednocześnie głęboka. Cudownie buduje swoich bohaterów i tak naprawdę każdy z nich jest innny i specyficzny oraz skomplikowany, ale przede wszystkim cudownie się nią czyta. Ona jest pełna. Jest kwintesencją kryminalistycznej opowieści, która nie jest wyłącznie zlepkiem dialogów i wiecie, wymyślnymi badaniami. To stara robota. Brutalna i krwawa, ale też… człowiecza. Ludzka dziwnie. Wciąż niepozbawiona defektów człowieczej niewinności. Ale i pełna konfliktów. Bo przecież, czy wciąż można być gliną, po tym, co się widziało? Czy wciąż można jeszcze żyć, mieć rodzinę, gdy w woreczku dostarczono ci macicę?

Jedna z moich naj!!!

IMG_5340

W końcu mam to tomiszcze. Trzeba przyznać, że książka wydana jest pięknie… „Naznaczeni śmiercią” Veronica Roth

IMG_0817

… i ma fajne materiały promocyjne.

IMG_0747

Serio fajne.

IMG_0746

I mam bzika magnesowego, co możecie już wiedzieć!!!

IMG_0861

I tatuaże?

IMG_0855

I ta torba…

IMG_0879

A… i pozostałe styczniowe nowości!!!

IMG_0812

2 dni słonka…

2 dni słonka i ludzie szaleją. Wielce oznaczają sobotę jako najpiękniejszy dzień roku, jakby serio ten rok właśnie się kończył… chociaż jeśli człek spojrzy na koguta, to może i się skończył? A tak w ogóle, to kurcze muszę sobie poczytać o roku koguta. Jakoś tak sam kogut jako zwierzę kojarzy mi się z kurami. I wrzaskiem i lekkim strachem, bo w życiu opowiedziano mi o wielu bojowych osobnikach. Ale poza tym. Nie no, wiem jak wygląda kogut i wiem, że potrzebują go kury i haremowatość wielbi i tak dalej, ale poza tym… hmmm, rok koguta?

Jak to brzmi?

No ale, dwa dni slonka.

Zachód był piękny, co do wschodu to nie wiem, bo w piątek wiecie, było szaro, słońce rozwinęło się trochę później, a w sobotę, to po prostu zaspałam szczęśliwie. Pamiętajcie, że sen jest ważny i bez snu się nie da. Ale wracamy do słonka. No to było przez dwa dni. Łącznie ze szronem, cudownie północnym powietrzem palącym w płuckach, oraz oczywiście tym błękitnym niebem, aż boleśnie błękitnym, aż białym. I oczywiście morzem i plażą i lasem i cieniami w lesie i jeszcze oczywiście tymi promieniami słonecznymi, które nie tylko plączą się po mchach i gałęziach, ale i oświetlają to, co im się podoba. Tej kupy, co w nią wdepnęłam to raczej nie oświetliły, więc wdepnęłam…

A szron?

Widzicie.

Szron jest, ale ino taki ziemny i lekko trawiasty i mszany. I jeszcze może napiaskowy? Piękniusi taki. Szpileczkowy. Wygląda, jak jakaś bajka, która rozkruszyła się na części składowe i postanowiła, że złoży się później. Niczym opowieść, legenda, która padła na podatny grunt. Niczym coś więcej, niż tylko woda i niska temperatura!!!

IMG_0518 (3)

2 dni słonka, a dziś znowu wiaterek i pochmurność. Muszę przyznać, że taka pogoda własciwie człowieka odpręża i naprawdę zwalnia od nadmiernej aktywności. Naprawdę… jakoś tak nie wymusza na człowieku od razu nadgonienia sprzątania, zmiatania, zdjęciowania, badania skał, głazów i wszelakich innych działalności nazewnętrznych. I fajno!

Siedzisz sobie w domku, załączasz świeczki, no dobra w rzeczywistości tutaj zapalenie świeczek jest działalnością dzienną, nocną i oczywiście wszelako międzyporową, więc nie chodzi ino o mroczne pory. Wiecie, załączacie, zalewacie, dolewacie, zabawiacie, macie kogoś lub nie… ale macie hygge. Aczkolwiek nadmierne używanie tego słowa przez blogerów książkowych ostatnio wprowadza mnie w stan silnego podenerwowania i ogólnych, wyrazistych jednakowoż, objawów Touretta. Oj powiedzmy szczerze. No strasznie klnę. Strasznie!!! Bo widzicie, tutaj to pewna świętość. To cud nad cudymi cudami i oczywiście wszelaka filozofia. Religia nawet. Moc, która sprawia, że to wszystko się kręci, jak one wiatraki wczoraj, w mroźnych powiewach wieczoru i promieniach zajebistego zachodu słońca.

A tak, zachód słońca mieliśmy niesamowity.

Wyobraźcie sobie mroźną aurę i lekko oszronione trawy, w oddali nagie drzewa, lekko falliczne w swych kształtach, inne znowu przypominające ogromne dłonie powstających z grobów zombich, a na niebie całe spectrum barw. Przez chwilę, pewno szkiełko lodowe sprawiło, że zamiast zwyczajowych pomarańczy, niebieskości i w końcu czerwieni i różów, było wszystko. Cała pierniczona tęcza!!! I to jeszcze w postaci trójkącika równoramiennego, szpicem skierowanego w stronę ziemi… po bokach te łapy, znaczy drzewa wiecie, dołem pola wciąż zielone, niektóre lekko ino przeorane i jeszcze oczywiście ta chmurka mglista, mglistość chmurkowa, która sprawia, że wszystko przez cały czas ma jakąś barwę.

Jakąś…

Inną taką, niesamowitą.

Głęboką.

Powalającą… i chociaż palce odpadały i fotki człek strzelała z rąbanego ronda, bo jednak tam było najlepiej, a na wiatrak się nie załapał i trochę mocno teraz żałuje, to jednak, no wiecie, pięknie było. Teraz szarość może mnie uspokoić.

IMG_0541

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewiosna… została wyłączona

Pan Tealight i Całkiem Nieznajome Drzwi…

„Pojawiły się nagle i wcale nie było w tym nic dziwnego.

Widzicie, czasem rzeczy się pojawiały w Sklepiku i tyle, a czasem znikały i też nie było to wielce szokujące, chyba że chodziło o ukochany kubek Pana Tealighta, czy puszkę z herbatą, która miała dokładnie pięćdziesiąt cztery nóżki, ale ich nie używała… albo i misia Wiedźmy Wrony Pożartej, znaczy któregoś z misiów, albo Misia; to pojawiał się pewien nastrój problemu, ale pojawiające się drzwi z dziurką od klucza, kluczem dyndającym na klamce srebrnej, zdobionej w kształ lwiej łapy, drewniane, wiecie, lekko obdrapana, ale widać, że farbki użyte w malowaniu były wyłącznie bogate i złotawe, miedziane, lub srebrzyste…

Drzwi Całkiem Nieznajome pojawiły się właściwie nie wiadomo kiedy. Po prostu któryś z Mikołajów, co to właśnie udawał się porozmawiać ze Smokiem z Komina, zauważył je na półpiętrze, które też kiedyś nie istniało, ale teraz istniało i nikt już z tym nie miał problemu. Zauważył brak tabliczki, czy numerka doczepionego do drewna, więc wiecie… zapukał, ale tylko echo mu odpukło, to stwierdził, że nie będzie przeszkadzał. I nikomu nie powiedział, bo i po co? Ojeblik była druga… podobno się od nich odbiła, a one jęknęły i wybrzuszyły się ładnym, rdzawym siniakiem guzowatym, ale nic poza tym. Ojeblik przeprosiła oczywiście i zaproponowała maść, ale Drzwi nie odpowiedziały, więc po chwili odeszła do swoich spraw.

Pan Tealight zauważył Drzwi Nieznajome wieczorem i zastanowił się, czy w ogóle pasują do wystroju Białego Domostwa. Nie żeby ktokolwiek dbał tutaj o jakąś eklektykę, czy szeroko pojętą spójność jeżeli chodzi o: krzesła, dywaniki, zasłonki i kolory ścian, okien oraz odrzwi… ale wiecie, chodziło o TO pasowanie. Ona pozłota, to dziwnie wielkopańskie wyglądanie, ten dziwnie połyskliwy look… naprawdę bardzo go zaniepokoił, ale odwieszony klucz jakoś go uspokoił. No, przynajmniej na razie.

Wiedźma Wrona Pożarta wpadła na drzwi, podrapała łapkę dziwnie jakoś tak w zamieszaniu własnego zderzania się z nieznaną powierzchnią, no wiecie, postąpiła jak to zawsze, gdy spotykała pieska… a ten bardzo okazywał się być zainteresowany jej osobą. A poza tym, to nic. Czy w ogóle dojrzała oną nowość w ich istnieniu, chyba nie. W ogóle tamtego dnia zatoki ją łupały i można jej to wybaczyć…

… a Drzwi nie miały nic przeciwko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1300

Z cyklu przeczytane: „Karuzela samobójczyń” – … studia. Stresujący czas, dobrze pamiętam, ale promocja na samobójców poza sesją, to raczej coś dziwnego. Nie inaczej myśli nasza ulubiona detektyw Lacy Flint. Znaczy, no dobra, najpierw ktoś jej o tym mówi, potem cała sprawa nabiera pędu i już nie wiadomo gdzie zaczyna się ona, a gdzie kończy się obłęd.

Nie oszukujmy się, powieść wciąga. Dobra, przyznaję, oczywiście, że można wydedukować co z kim i w jaki sposób, ale jednak… gdy człek tak spojrzy na ten problem z innej strony: braku pomocy, poniżania kobiet, wszelkiego, zwyczajowego niewierzenia tym, którzy już niegdyś mieli problemy… to wiemy od razu, że ktoś zginie. I może będzie to ktoś, kogo lubimy.

Wciągająca, zamaszysta, pokręcona powieść. Z jednej strony kryminał, z drugiej ponownie, jak to u Bolton, pewne środowisko, lekka etnografia specyficznej grupy społecznej. Trochę opowieści i legend, odrobina nastroju i kurcze oderwać się nie można. A ile się człowiek dowiedział o onych Angolach, kurcze!!! Warto! Aczkolwiek warto czytać po kolei. Wiecie, całą serię z Lacy Flint warto zakupić sobie tom po tomie…

… lepiej wtedy w głowie leży!!!

IMG_5336

Przymrozek.

Rozgląda się człek dookoła swojej górki i jakoś tak tego przymrozku niewiele. Gdzieś tam w cieniu może coś się bieli, ale tak serio niewiele, na dodatek ciepło, aż dziwn. Na dwór nie chce się kurtki zakładać, ale przecież to wciąż styczeń, więc człek nie marudzi i idąc na Szarą Mrówkę wdziewa te swoje ciepłe majtasy i szaliczek. I grzeje się po drodze i zapaca i w ogóle klnie na czym świat stoi, czy słoniach, czy żółwiach, czy gościu z muskulatura rozwiniętą wyłącznie w górnej części, bo w dolnej zamienił sie w pawia i gdzieś ma muskulaturę… i już obiecuje sobie, że wróci do domu się przebrać, gdy maca skały za Szarą Mrówką szukając rytów… i starając się przeprowadzić ścieżkę procesyjną przez całą Wyspę, ale w końcu mu się nie chce, zresztą, no przecież wciąż zaklina zimę, czyż nie? … więc się poci… Nawet jak włazi pomiędzy drzewa, to wciąż mu ciepło. Ptaszencje latają z gałęzi na gałąź i świergolą ślicznie, te różniste kwiatuszki se wyłażą, gdzie niegdzie jakieś liścieje nawet, no smutek no…

I nagle człek staje na brzegu i widzi w oddali wszelkie zamglone brzegi Wyspy i oną nieistniejącą morskość, bo wiecie, zamiast horyzontu linia jednolita, jakby serio ktoś wodę ukradł… i nagle, jakoś tak, złażąc niżej do Gudhjem robi się człekowi zimniej. A tak, serio, różnica w temperaturce pomiędzy górą a wszelako pojętym dołem jest dość spora! Tak jak koszulinka i puchówka! No naprawdę! Aż dziw. Nawet już w porcie, gdy człek wylezie na girach się trzęsących na mostek najbardziej w morze wybity, to i tak marznie. A pomiędzy domkami to już po prostu minus 4! No wiecie co. Kurcze, cóż za niesprawiedliwość dziejowa!!!

Ale śniegu niet.

Ech!!!

IMG_0930

Wyłazi człek z domu, bo przecież szkoda ono słonko marnować. Szkoda tak jakoś go nie wykorzystać, nie przebiec się, nie rozerwać. Zresztą, gdy słonko dłużej, to nagle się zapominasz focąc zeszłoroczne liście, dziwnie bordo-karminowe, skały macając i wszelako starając się wszystkim udowodnić, że tutaj coś było, ale ktoś zajumał i to serio nie jest fair… A potem tu ptaszek, tam ptaszek, a tutaj taka fajna trawka i wiecie co, godziny mijają. Wracasz z zachodem słońca i dziękujesz sobie samemu, że robotę możesz nadrobić później. I nawet wsadzić te cebulki hiacyntów, coby ich nie wywalać, bo durne to…

Ino te tulipany, co miały być niebieskie, to są fioletowe…

No serio. Bo wiecie, jak wszędzie, to i u nas można kupić cebulki w niby doniczkach. Albo w doniczkach, w których poskąpiono ziemi, tudziez wiecie ino mchu użyto, no i one se w domu kwitną. Po pewnym eksperymencie już wiem, że siedem hiacyntów na naszą chatkę to jednak już nazbyt wiele. Ależ te skurczybyki dają aromatycznie! No po prostu zwalają z nóg. Albo płetw. No zależy kto tam co ma. Z macek? A może kopytka?

Przyznać się, kto jest kopytny?

Wiecie co… natenczas trzeba jednak przyznać, iż ona cudowna pustka na Wyspie jest… cudowna. Zajebista i strasznie mnie oka kręci. Tak właściwie, spotkanie nieżywej duszy jest bardziej prawdopodobne w naszych okolicach, niż żywej. No dobra, pewno, że poza stolicą i oczywiście nie w okolicach godziny 15:30, gdy większość przemieszcza się między pracą a domem, ale jednak… cisza, spokój, ptaszki i morze, które wygląda jak spokojna tafla wykładziny w pałacu Królowej Śniegu. Wiecie, niby przy brzegu jakiś ciemniejszy błękit, ale im bliżej horyzontu to znika. I właściwie to już nie wiesz, czy jest tam wciąż ta woda, czy jednak już jej nie ma? A może nigdy nie było? Może to kłamstwo, że poza Wyspą istnieje jakieś życie?

Rozumne… życie.

IMG_0493

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Całkiem Nieznajome Drzwi… została wyłączona