Pan Tealight i Oblodzony…

„Pojawił się nocą.

Granatową i mroźną… może niezwyczajną, bo przecież Wyspa raczej stroniła od nadmiernej mroźności, może i wysoce mało prawdopodobną? Taką, o której Mała Wiedźma marzyła zawsze, a Wiedźma Wrona Pożarta tego w sobie nie zmieniła… nie do końca śnieżną, ale zapowiadającą biały opad, nie do końca ruchliwą, bo każdy krok zdawał się dopuszczać do ciała więcej lodu… Fascynującą, przed którą wody wzburzone morza dookolnego podniosły się ponad wszelką miarę, a sama Wyspa miała dość materiału, by tworzyć cuda z lodu…

Przybył.

Bardziej przypominając dzieło cukiernika niż kuter. Serio, aż się chciało polizać. Niesamowicie granatowy fondant dookoła, czerwony, najczerwieńszy stateczek z białymi barierkami, a może raczej ino oblany lukrem. Lukrem specyficznie formowanym, spływającym tutaj swobodnie, tam znowu muśniętym wiatrem, dziwnie uczesanym, malowniczo falującym… Tutaj zwisały, niczym grzeczne, karne żołnierzyki równiutkie sopelki w niewielkim wzroście, a tam znowu, jakoś tak pochyleni, miejscami byli wielcy i poskręcani niczym warkocze, te odrzucone przez żądne spolegliwie noworocznych zmian Syrenice…

I się spotkali.

Wiedźma Wrona i Lukrowy Kuter. I się sobie bardzo wzajemnie spodobali. I już, ale to po prostu już ona wyciągnęła dłonie, miała przekroczyć nie do końca szeroką czerń czarniawej, morskiej lecz portowej wody i wleźć na niego i dać się porwać i po prostu nie wracać… I już on ją miał chwycić, omotać tym słoneczkiem zimnym, które trzymał na uwięzi i sopelami specyficznie ruchliwymi, chwytnymi… I już jej miało nie być, a on miał w końcą jakąś ją mieć… i już się w siebie zapatrzyli, ona zauroczona formami słono-lodowymi, i już miało się stać…

… gdy Chowaniec, instynktem kierowany, a może Wyspy podszeptem chwycił swoją wiedźmę i popchnął lekko w całkiem inną stronę. Gdzie beton, budyni, gdzie klombiki teraz śpiące i działko gotowe by wystrzelić, mimo zaczopowania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3013

Z cyklu przeczytane: „Sacrifice” – … film. Oglądałam, a jednak… kurcze książka to nie film. Więcej elementów, więcej niespokojności, większe napięcie!!! Niby podobne, baza wspólna, a jednak kurcze, całkiem inne.

Nasza bohaterka pragnie dziecka. Ale teraz musi odnaleźć się w innym świecie, w innym domu, nowej pracy. Będą się z mężem starać, ale jednak może przez chwilę powinna zwyczajnie zająć się nową teraźniejszością dookoła siebie? Cóż, wszystko się zmienia, gdy wykopuje na własnym polu zwłoki. Kto to? Dlaczego pochowano ją na jej polu? Co wspólnego ma jej śmierć z nią samą?

Dziwne wyspy, dziwny nowy świat.

Dziwni ludzie. Mocne, kobiece bohaterki i pokręceni faceci. Śledztwo, ale i masa legend. Oj tak, legend ta powieść jest pełna. Legend wciąż żywych. Świadomych i bliższych religii niż tylko starym opowieściom. Historia jest szybka i choć – tak oglądałam film, więc mniej więcej wiedziałam jak się to skończy – mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka, to mnie zaskoczyła. I to całkiem mocno. Bo książka, to jednak coś innego. Opowieść o ludziach, o wspólnocie, o naturze. O specyficznym miejscu, w którym nie kazdy może sie odnaleźć, żyć, a tym bardziej założyć rodzinę.

img_8495

Oblodzone.

Statek chyba z Dziwnowa. Oblodzony maksymalnie. Noc, w górze granat dzięki mocnej lampie na statku, kilku panów starających się choć obskrobać ociężały od lodu pokład… ciekawy, niczym wywleczony z jakiejś całkiem mroźnej bajki. Gdzie Inna Królowa Śniegu ma swoja wyspę, całkiem prywatną, wyspę, którą pokochała i całkiem z niej wszystkim może władać. No wiecie… czyste dzieło sztuki, które zniknie, gdy na nie się chuchnie!!! Wiecie, mocniej chuchnie, dmuchnie suszarką do włosów, nazbytnio przegrzeje. Dzieło, które dostępne jest tylko w określonej temperaturze, całkiem słone, całkiem niesamowite. Ugładzone wiatrem, ułożone falami, tutaj skroplone, tutaj zlewa się soplami, tam znowu grudy zgromadzone na pokładzie.

Czysta opowieść o podróży…

Przez morze…

Morze rozszalałe i przepełnione. Tworzące z płynności stałość, wcale tak nie kruchą przy takich warunkach. Czasem i śmiertelną.

Czasem…

Nie wiem, czy to tylko przez to, że mieli zapaloną lampę na środku, czy dzięki jakimś magicznym, krakenowym podświetleniom od dołu, trochę ta jednostka przypominała mi porzuconą Pannę Młodą. Wiecie, tą, której ktoś obiecał wszystko, a ona uwierzyła. Ubrała się w swoje wyśnione ciuszki, suknię białą, welon z chmurek… a potem, a potem czekała. I właściwie nadal czeka, a dookoła niej po prostu świat się przesuwa, bo jego nic to wszystko nie obchodzi. Bo przecież cóż tam ból jednej duszy, złamane serce sztuk jedna, gdy wszystko dookoła i tak się wali. Bo przecież pewno sama chciała, czyż nie? Nie trzeba było wierzyć i ufać. Ktoś tam rzuci, że chłopy to samo zło, a w ogóle biel wyszła z mody… zwykły statek, a raczej kuter rybacki na czterech chłopa i nadzieję na połów i powrót do domu, a tak wiele w nim historii. I pierniczonego człowieczeństwa, które zamiast zajmować się najpierw tym, co dookoła niego, szuka innych problemów.

Panna Młoda w porwanej sukni, wilgotnej, miejscami się skraplającej. Już nie czekająca, już wiedząca, że nic z tego nie będzie, ale jak ma zdjąć z siebie suknię? W końcu i tak stała się już pośmiewiskiem świata, więc lepiej jej na morzu. Pośród fal i wody, która wszystko wybacza, obmywa rany, szczypie, ale i leczy…

… która słucha, a potem ucisza na zawsze.

img_6776

Bo sople potrafią być tak niesamowite.

I słone!!!

Gdy człek tak w końcu, wciąż jeszcze kłaniając się wiatrom, podejdzie do portu, w którym wciąż troszkę więcej wody, to może sobie je pooglądać. Dziwy nad dziwami. Dowód na to, że sól zamarza. Na to, że świat potrafi tak pięknie się utrwalać. Tak wiecie, do końca, na zawsze. Ale nie tylko sól, bo przecież w wietrzności unosiły się drobinki piasku, które postanowiły stworzyć nietypowe klejnoty. Pełne najdroższych kamieni, cudowności, choć mikroskopijnych. Cząsteczek kryształów, muszelek, bursztynów i kamieni, których nazw nawet człek boi się wymówić, bo co jeśli, ten promień czerwieni to granat?

A to labradoryt?

A tym czasem, wiecie, w okresie onych wiatrów i wszelkiego zagrożenia, pojawił się u nas ptaszek ze śródziemniomorza…

Hihihi, daleko zaleciał?

Może woli zimno? Czy to góropatwa czerwona, czy kuropatwa, czy jednakowoż, no wiecie, coś w ten deseń, to jednak, jakoś tak nadal nie wiadomo skąd on. Bo sam chyba jakoś tak nie przyleciał, co nie? Prawdopodobnie ktoś sobie zakupił ptaszka, a ptaszek oczywiście zrobił wielki coming out i wyprowadził się z posesji. Tylko, czy znajdzie się właściciel? A może jednak ów ptaszek troszkę pobaraszkuje z naszymi wyspowymi i będziemy mieli domieszkę genetyczną?

Kurcze… a już przez chwilę było śródziemnomorsko.

Z najnowszych wieści… między innymi strajk na lotnisku, ale pracują nad tym. Wiecie, problemy jak w całej reszcie świata.

I wiecie co…

… w końcu spadł śnieg!!!

img_6428-2

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.