Pan Tealight i Cynamon…

„Przylazł Pan Cynamon.

Znaczy wiecie, przylazł…

Najpierw tak się bardzo czaił pod Zagrodą Jednorożców, a potem, no cichaczem, zapukał. I wciąż Wiedźma Wrona Pożarta nie wiedziała, gdzie kurde on miał nóżki? No bo, czy on skakał? A może się toczył? Nie no, chyba nie, przecież czyściutki taki, nagusek, brązowa pałeczka.

Wystarczająco falliczna, więc po co mu coś innego.

Ale miał mikołajkową czapeczkę i rękawiczki na takich bocznych zadziorkach swojej cielesności. Wiele ich miał. Czerwone z białym futerkiem. Takie wiecie, z jednym palcem i czymś, co właściwie nikt nie wiedział czym jest, co ma robić okay, ale jak naprawdę to nazwać, no i czemu się to nazywa: z jednym a palcem, a nie z czterema w kupie? Albo osobnością dziwną?

Albo kciukowe?

I serio, patyk mu nie marzł, a one zadziorki tak? Naprawdę? Ale przecież, no naprawdę… serio? Ekhm, dobra, to dziwne pytanie.

Lepiej czasem nie pytać, kto ci zrobił tyle rękawiczek i skąd masz tyle babć i dlaczego one wszystkie siedzą w tej piwnicy i takie przykute łańcuchami są, i ogólnie mówiąc w nie najlepszej kondycji i czerwone… kurde, ale skąd masz takie perfekt,  miękkie czerwone nici? A pożyczysz? Bo mi by sie sweterek zdał…

I w ogóle…

Że babcie?

A co to, ja wścibski menel?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Gotuję, nie marnuję” – … marnuję. Marnuję papier na książkę, która dla mnie jest oczywista, ale wiecie, dorzucili do zamówienia, więc jest. Jak ktoś chętny i będzie w okolicy, to może sobie ją wziąć.

Czy polecam?

Nie.

Polecam rozmowy ze starszymi osobami, one wam powiedzą co i jak. Polecam wam studia i brak kasy, wtedy nauczycie się jeść nawet trawę. I polecam posiadanie nauczyciela z wytatuowanym numerem na przedramieniu, który dokładnie opisze w jakim czasie jaką połać trawnika objedliby więźniowie z Oświęcimia.

Rozumiem, że to jakiś hipsterski myk, ale serio… tyle papieru i to kredowego, taka oprawa graficzna, piękne zdjęcia, serio, co do układu mam wąty ino dlatego, że za eleganckie to i dużo białych plam, miejsca… na… sorry, ale jeżeli już zagłębiamy się w ekologię, to bądźmy konsekwentni!

Papier nich też będzie czerpany!!!

Ale dobra…

no więc przepisy… oczywiste dla tych po 30stce. Może dla młodszych i bogatszych dziwy to wielkie, ale dla większości normalnej wiadomość o tym, że głąb kapusty jest jadalny to… ech! Przypomnienie, że jest się biednym. Poniżenie. Nie wiem, ja tak się właśnie czuję. I tak, dziękuję, że Empik zauważył, iż moje Premium nie obejmuje przesyłki za granicę, więc pewno dorzucili to coś. Naprawdę jestem za to wdzięczna. Ale za zawartość onej pozycji już nie. Bo to nie jest opowieść o niemarnowaniu ino o tworzeniu dziwacznych posików. A raczej projekt fotograficznych, który ma cię…

… poniżyć.

Nie no, nie mogę się wypowiadać o tej książce. Za biedna byłam i jestem. Sorry. Wiecie, był i czas kiedy żywiłam się dziwnymi pigułkami aspartamu dzięki czemu dowiedziałam się, że jestem na nie uczulona… skrobałam pleśń z sera niepleśniowego i wiem co z kurą zrobić na zimno i na ciepło. W znaczeniu z piórami, wnętrznościami… i wiem jak to śmierdzi… Kurde… czasem naprawdę wydaje mi się, że wszyscy wciąż nażarci, wciąż napici, nawaleni i tylko ja jakaś dziwna.

I kij wam w mrowisko.

Nie polecam.

I tak, doceniam, że nie ma przepisu na bulion z pancerzy krewetek i badania autorki i tak dalej… ale, serio? Co do mięsa, bo wiem, że książka spotkała się z hejtem z tej strony… Serio ludzie? Serio? Kuźwa, serio?!!! Zróbcie sałatkę z warzyw z rosołu i nie marudźcie. Jak nie ma co jeść, to się kuźwa wszystko żre!!!

Nie, nie mogę…

Słońce…

Nagle, gdy tylko pojawił się grudzień, wróciło i słońce. Dziwne słońce, niskie światło, chwilowe, zachmurzone zwykle, wiecie, zachodzące gdzieś zaraz po trzeciej… znaczy piętnastej. Gdyby ktoś wiecie, tłumaczył to na inne języki, to się dziwnie nie poczuje, czy coś. Ekhm… No ale… jest nagle to słońce po miesiącu właściwie wiekuistej padalności i pochmurności, nie żebym marudziła, bo lubię oną chmurność, ale ta nagła światłość jest taka dziwna, nienaturalna kompletnie, że…

… że człek nie wie co myśleć.

Jak działać?

I gdy tylko o szesnastej znowu wszystko zachodzi i widać światełka na sąsiadowych domkach i one choineczeki i całe to szaleństwo. Oną latarnię z Christiansoe… to jakoś tak jest lepiej. Nie wiem dlaczego. Może serio ja mam jakiś problem z tym słońcem. Tak naprawdę?

Słonecznoniechętność, czy coś?

Wiecie, jest światłowstręt, więc czemu nie?

I jeszcze te pola, albo wciąż orane, użytkowane, albo zielone. I te trawy i kompletnie nagie gałęzie. Oj, ten czas jest taki dziwny. Tak mocno przejściowy. Tak wywalony w kosmos wszelako. Tak…

Naprawdę, jeśli gdyby tylko jeszcze śnieg na tym wszystkim leżał. Ech… ale człek by wariował. A na razie po prostu sobie popatrzy na te gałęzie i ponownie odkryje, że drzewa naprawdę są wszelako różnorodne. Nawet w kolorach gałęzi i ich kształtach i ich lekkim się poruszaniu, tudzież ciszy, bo po ostatnim sztormie znów nagle zrobiło się cicho. Dziwnie cicho… i wiesz, gdzieś pod wątrobą ono uczucie się kryje, że znowu zaraz zacznie wiać. Znowu… bo przecież my są takie wichrowe wzgórza.

Ha ha ha!!!

Słońce prawie już zimowe nadaje wszystkiemu taki złoto-żółciasty poblask.

A może i kolor, nie wiem.

Nawet i porostom, krzaczkom wszelakim i gałęziom. I jeszcze pniom, ścianom i oczywiście szybom!!! Bo przecież to one tak uwielbiają odbijać jego poświatę. I wszystko staje się jakieś takie… cięższe z tym słońcem. Naprawdę cięższe. Jakby światłość sprawiała, że przytłacza Wyspę coś…

… niewytłumaczalnego.

Zakazanego, a może i nawet grzesznego.

Ino, z której religii?

Bo wiecie, nie wiem jak u was, ale u nas światełka w większości może i pozapalane zostały trochę wcześniej, ale choinki, one choinki porozrzucane w portach i na rynkach miasteczek, to dopiero teraz. Co do julemarketów w tym roku, poza tym, że mnie po raz pierwszy ktoś rozpoznał… nieźle, jak po tylu latach 4 blogów i tak dalej, wiecie, po miśku oczywiście… więc oto i jest dowód na to, że ino Instagram sławę wam da. Taka dygresja, jak ktoś sławy pragnie. LOL Co dowcipne, był to ten julemarket, z którego ostatnio mnie wykopano, znaczy rok temu. No nie doslownie, ale wiecie…

Prawie.

Ale… julemarkety raczej smutne.

Zaliczyliśmy ten u nas w Gudhjem, czosnkowy aromat bardzo i ciasno oraz ten przy latarnii i w Sandvig. Wszystkie jak zwykle odorobinkę dziwne, bo człek jednak odwykł od onego kontaktu sprzedawca – kupujący. Wszędzie wsio maszynowo, sam się możesz zeskanować – okay, strasznie często to zwyczajnie nie działa, więc i tak kończy się na kasie, ale w kasie kontakt ino w wersji: czy to wszystko? Tak? Chcesz rachunek? Chcesz… no to masz.

Pa.

I tyle.

Taki to świat.

Mi odpowiada, bo mam problemy z ludźmi, ale się tak zastanawiam, czy ona potrzeba stadności, którą zwykle mi antropolodzy i socjolodzy wmawiali, zaczyna być w zaniku. No serio… Może ci starsi to tak, ale średni wiek, młodsi… nie wiem, ale jakoś tak… a może to tylko chodzi o Wyspę…

Wiecie, ona wzywa takich samotników.

Co im słońce przeszkadza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cynamon… została wyłączona

Pan Tealight i Drugi Raz…

„Podobno, to w ogóle braci onych było trzech: Pierwszy Raz, Drugi Raz i Trzeci, któremu już Raz nie dali na drugie, bo przestali się lubić z wujkiem Razem, on przestał przyjeżdżać i dostarczać miłych towarów i wszelkiej kasy, więc… no wiecie, Trzeci czuł się bardzo odrzucony.

Między jego rodzeństwem było coś, czego on nie miał. Coś, czego nie rozumiał. Ono coś, czego pragnął, bo głupio tak nie rozumieć żartów i przez cały czas myśleć, że śmieją się właśnie z ciebie, a przecież wcale tak nie musi być, bo pępkiem świata nie jesteś, ale jednak, tak może być, bo jesteś blisko…

I łatwo cię zranić.

I patrzeć jak krwawisz.

… więc nie był miłym osobnikiem. Zawsze ubrany na szaro, unikający i czerni i bieli, zwyczajnie nie chciał się z nikim kontaktować. Z nikim spotykać, gadać… niczego rozumieć. Po prostu nie chciał. A ponieważ w końcu tak ucichł jakoś, zatopił się w onej swej szarości, to pewnego, późnojesiennego dnia… zniknął. W onej mgle otaczającej ich zielony domek z czerwonym dachem.

W onej nicości miękkiej…

I czasem tylko z mgły dobiegał ich jego śmiech… i nagle to oni nie wiedzieli, czy ono szare i niewidzialne śmieje się z nich, czy kogoś innego, bo przecież żadne nie jest pępkiem świata, choć czasem może i by chciało, ale jednak…

… więc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A u nas Batmanowe autobusy i ekologiczne banany.

Wiecie, każdy ma swoje, by jakoś tak oną listopadowość i grudniowość roześmiać. Jedni mówią, że wsio wyleczą banany. Od acne po raka. Wystarczy je jeść, wcierać, pocierać torby, buty, pierun wie co jeszcze. No ogólnie mówiąc, banan to lek na całe zlo i jeszcze taki jest żółciutki, więc wiecie, słoneczny owoc, jak nic…

To, że u nas banany raczej nie rosną, ale słyszałam o sąsiedzie, na szczęście mieszka dość daleko, że jego legwany i węże mają się super. Niegdyś jeden mu spierniczył i było ballade, ale jakoś takoś się rozeszło po kościach. Tak szczerze, widziałam dom, w którym ono swoje skupisko gadziny trzyma i przyznam, że już więźniowie mają więcej miejsca w celach niż on. No naprawdę. Nie wiem jak on sobie z tym radzi. Ale raczej widać jak one sobie radzą, mają dość i spierniczają. I się im nie dziwię.

Oj nie.

Takie maciupkie domki, że bardziej buda dla psa…

No ale, wracamy do bananów! Oto i one… od niedalekiej przyszłości będą w Netto wyłącznie ekologiczne. Cieszycie się? Bo ja tam nie wiem co to znaczy. Naprawdę, ostatmio kompletnie nie rozumiem co znaczy EKOLOGICZNY.

Brak mi wiedzy, zrozumienia i ogarniania współczesnych umysłów. No serio. Jakoś tak. Przy okazji, ciekawe czy pozbywają się chińskich mrożonych groszków? No wiecie, bywały tam często, do dziś boję się wsadzić łapę do zamrażarki mając wrażenie, iż coś z onej menażerii sąsiada tak sobie żyje… za wiele horrorów chyba?

A może nie…

A może?

A co do autobusów, to wiecie, jeżdżą z napisem BAT i znaczkiem Batmana. I nie zrozumiałam żartu. Po pierwsze zawsze znaczek widzę jako to coś czarnego, a nie nietoperek, a po drugie BAT to dla mnie zwyczajowy skrót. Czyli Bornholms Amts Trafikselskab, więc wiecie… he he he.

Znaczy nie no, zabawne, naprawdę…

Ale nie załapałam.

Ostatnio serio nic nie łapię z radosności.

Widać osiągnęłam już taki poziom depresyjnego dna, że nie ma dla mnie ratunku. No naprawdę. A może to ten ciągły deszcz i wiatr? Bo tak wieje i pada. Ale przecież ja lubię taką pogodę. Nawet oną mroczność, właściwie prawie ciągłą ciemność, która wyzwala we mnie pokłady wszelkiej pracowitości.

Czyste szaleństwo!

Nie wiem jak to opanować, no!!!

Ale nic to… w końcu to już grudzień!!! Czas na wszelaki Yuletid i tyle. Ale jak to pogodzić z ciągłą presją nadgonienia tego i tamtego? Popracowania nad tym i tamtym? No naprawdę? Związać się, czy coś? Może i to miałoby jakiś sens? Dobrowolne unieruchomienie, dostępne jedynie wyjścia do kibelka? Bo spać na kibelku to się chyba raczej nie da. Wiecie, jak kołderkę i poduszeczki? No nie…

Głupie wizje.

Ekhm.

Jednakowoż, to przecież czas odpoczynku. Czas na wszelakie zupy gorące, ciasteczka, herbatki, no i może czekoladę gorącą? Wiecie… takie tam różne sprawy. Takie jak w tych reklamach, czy coś. I jeszcze śnieg za oknem… ha ha ha, no przecież sama w śnieg nie wierzę, no! Weźcie, to klimat nadmiernie cieplnie miarkowany.

Śniegu pewno nie będzie.

Ech!

Ale grudzień, to jednak czas niesamowity. I go uwielbiam. Chwastów wyrywać nie trzeba. Nie żeby ich nie było, no ale… trawa wciąż zielona. Liście nadal na drzewach w niektórych miejscach, no co się dzieje, no?

Ech!

To wiecie, merry everything! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Drugi Raz… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwszy Raz…

„Pierwszy raz czuł się sprawny i wykorzystany do granic swych niteczek.

Bo tak, Pierwszy Raz był zwyczajną, rąbaną Zuzią z oczkami z guziczków, zszytą dość krzywo, ale odzianą w wymyślną kieckę, czapeczkę i paltocik oraz nieodłączne, niezależnie od pogody, wysokie, różowe kaloszki. I ten szaliczek w paseczki, a każdy z nich inny, z końcami z frędzelków zakończonymi koralikami…

Naprawdę.

Co jak co, ale stylizację miała wypasioną. Na pewno dobrą na późnojesienną pogodę, ale jednakowoż odrobinę walącą po oczkach, chociaż… wiecie, z drugiej strony, to jakoś takoś była widoczna na ulicy i w okolicy dzięki onym wszelkim neonowym wstawkom w ubraniu i odblaskom, które miała poprzyczepiane do włóczkowych włosków. I to takich wiecie, wersja afro!

Widoczna nawet mimo czapeczki.

Czapeczki z pomponikiem i nausznikami.

No wiecie… Pierwszy Raz.

Idealna nieświadomość i wszystko co nowe zbugowane cuzamen do kupy. Bo przecież była pierwszym razm. Onym czymś, co się wydarzało ino raz, ale też, z drugiej strony, to wiecie, jak nic wiele tych pierwszych razów, więc miała doprawdy sporo do roboty i… no właśnie, wciąż jej się lewe oczko z czarnego guziczka odpruwało, więc przychodziła wciąż i wciąż i wciąż… Bo tylko tu Pan Tealight wiedział jak to zrobić, by znowu normalnie widziała. Znaczy wiecie…

Po swojemu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w lesie…

Jak można żyć bez lasu?

Bo przecież tutaj jakoś tak… to nie jest, że człek się ładuje, jednak nie to. Po prostu, jakoś tak, te drzewa… no tutaj człek czuje się na miejscu i wiem… Robaki. Oj dobra, każdy ma fobie i tak dalej, ale jednak, ten las, ten aromat, te liście, gałęzie, ścieżynki, miejsca podmokłe mniej lub bardziej, lub i całkowicie…

Bo przecież u nas lasy takie niesamowite.

Wiecie, póki są… one lasy młode takie, wyżebrane, wymodlone, wydarte innym. Po prostu drzewa, które naprawdę walczą o życie, ale jakie drzewa dziś nie walczą o życie? No jakie? Te brzozy i inne. Te dęby i iglaste te. I jeszcze one z innych krain, które jakoś tutaj czują się tak jak u siebie. Bo i przecież są u siebie.

Uwielbiam lasy.

Kocham je namiętnie, od poszycia po czubki drzew. Po one mglistości listopadowe i wszelaką wilgotność. Przez te mgły, które zmieniają znajome ścieżki w czarowne tunele, w które wchodzisz i dech zapiera, gdy nagle oblepia cię ona cała białość i lekka szarość i wszelaka oddychalność. I jeszcze oczywiście lekki chłodek.

Bardzo lekki, bo przecież u nas to raczej ciepło.

Mrozów nie ma.

Mokro jednak… ciemno też, ale nawet jak ciemno, to i tak fajnie. I one porosty wyglądają tak czarownie. I tak niesamowicie i w ogóle. I ostatni muchomor łyska mokrym kapeluszem. I jakieś tam szpety i jakieś tam szmery dziwne i ptaków nagłe zaśpiewanie i jeszcze… jeszcze tak wiele, że chcesz się tutaj tak bardzo zagubić. Zostać. Bez tych ludzi i całego onego cywilizowania.

Zwyczajnie.

Normalnie.

Lasy zdają się z jednej strony tak bardzo tchnąć oną mocą i siłą, a z drugiej strony, są takie strachliwe. Bo te piły wszędzie, ludzkie dziwaczne pomysły… wieża pod Rytterknaegten znowu ma podsłuchiwać Rosjan. LOL Ile kasy na to dostali, to łeb mały ile lasów by się nasadziło, nasiało i tak dalej…

Lasy lasami, ale poważne sprawy oczywiście też na tapecie.

Po pierwsze Grenlandia. I tak, na świecie nie wiem nawet, czy o tym mówią. Poza naszymi mediami jakoś ów grenlandzki Brexit nikogo widać nie interesuje. To, że niegdyś ląd zielony… pewno przy tych zmianach klimatycznych niedługo znowu będą… no więc ów ląd zielony posiadający już autonomię chce się na amen w pacierzach wszelkich odłączyć od Danii. I to wiecie, tak na zawsze, że jakby nigdy nie byliśmy razem, już cię nie kocham i rzucam obrączką…

Ale chcę zachować kasę i płacić mi masz alimenty.

No serio.

Przyznaję, że jakoś polityczne potyczki mnie nie interesują, za to cały ten skandal z wykorzystywaniem dzieci… naprawdę, ludzie kurna, serio myślicie, że wyleczycie swe bolączki podwyżkami na cukier i alkohol? Serio? I nie, nie robi tego Dania, a sama Grenlandia, która nagle zapomniała jakie ma DNA i temperatury.

A przede wszystkim, że no… bidnie się tam żyje.

I ciężko.

I choć mają misie i piękną przyrodę wszelako, to jednak… no nie wiem, naprawdę nie wiem, czy im się uda wsio pociągnąć tak samotnie i po prostu. Bo jak będzie Brexit, to sorry, ale alimentów nie będzie.

W tym wymiarze albo wszystko albo nic.

Chyba… bo kto tam polityków pojmie?

A dzieci… cóż, nie oszukujmy się, kto tam o nie dba? Zresztą, to przecież ino jakiś malutki kawałek świata, co to zdaje się nazbyt baśniowy, by mógł być prawdziwym. Kto chce o tym czytać, co nie? No chyba, że się influencerzy rzucą… oj pewno, że wściekła jestem i sarkazm się ze mnie leje, ale przecież miliony lepiej wydawać na wieżę – i to miliony europejskie – a nie na tych maluczkich.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwszy Raz… została wyłączona

Pan Tealight i Pokrętna Ciemna Siła…

„Różowa.

Pastelowo różowa.

Naprawdę taka była.

Z koszyczkiem, rowerkiem, w fartuszku i wysokich bucikach, jak ona pierniczona pastereczka, ale owieczki raczej szkieletowe takie miała, choć też w pastelowych kości odcieniach. Niektóre miały nawet diamenciki w różnych, może i dziwnych, ale jednak bardzo wybranych, miejscach…

… nawet zaskakujących.

Może?

Ona. Pokrętna Ciemna Siła. Dziewczątko, blondyneczka z kucykami króciutkimi, twarzyczką okrągłą, policzkami różowymi i te rajstopki takie białe, w koszyczku płatki róż i cukiereczki… a może i nie… Wiecie, jednakowoż to była ona, a ta cała reszta mogła być wyłącznie li i maskowaniem, a może…

A może źle ją przedstawili, czy coś?

Nie… to coś, jakieś takie mglenie, a może i coś więcej, COŚ posiadającej własną osobowość, myśl i siły, którymi mogo obracać… Tak. To na pewno była ona. Serio. Byli tego pewni. Nikt inny by nie umiał, nie mógł, a cała reszta, no cóż… moda. Tylko do Największej Azaliż Jasnej Przeciasnej… co ona robiła u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i skąd się unosił ten nęcący, maślano-waniliowy, zapach świeżo pieczonych ciasteczek?

Skąd?

Bo przecież… nie no…

Serio?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A morze faluje…

Bo wiecie, morze sobie może. A ludzie w onych metalowych czy drewnianych skorupkach starają się na nim utrzymać i wszystkim się wydaje, że to małe morze, ten Bałtyk, no ale… no ale może i małe, ale jednak potężne.

I w swej potędze wielkiej.

Bo nie ma to jak zignorować oną potęgę.

Siłę i wszelaką nieobliczalność, co wciąż się jednak ludziom zdarza. Wydarza i tak dalej. A potem ajwaj i łojeryńki… Bo jakoś nikt nie myślał, nie pomyślał, nie pamiętał jakoś… naprawdę. A przecież od małego wiadomo, że utopić się można w szklance wody, więc dlaczego chcecie się ścierać z całą oną potęgą wielką? Dlaczego tak was korci rwać ono dno, pływać łupinami, szaleć…

Skakać wtedy, gdy wszystko szumi i się burzy?

Nie wiem… wiem jedno, nowe pole wiatrakowe się szykuje na morzu.

Tak, tak, no ba, oczywiście, że i miejsca pracy i jeszcze ona ekologia, zielona energia… ech, lepiej o tym więcej nie czytać, bo wtedy człek się dowiaduje, że z oną zielonością to nie tak do końca, prąd ma być dla Polski, Niemiec, części Danii, a tutaj u nas wiecie, zasłoni ten tam widok morski, falowy widok i oczywiście wszelako wietrzny i szalejący pływami i jeszcze usrany odpadami radioaktywnymi…

Czy tylko ja nie chcę o tym myśleć?

Się okazuje, że nie, bo ludzie naprawdę wiele o tym wiedzą i się boją. Nie mówiąc już o samym dnie morskim, które jest, no szczerze mówiąc, dość szalone. Widzieliście makietę Bałtyku? Wiecie, taką oddolną? Jak nie, to polecam. I wtedy pomyślcie ile z tego całego naturalnego życia polegnie dla onych wciąż się psujących wiatraków.

I teraz, kurcze, no jak to wszystko pogodzić?

A co z tymi ścieżkami ptactwa wszelakiego? Onych rzadkich gatunków, które przystają na chwilę, dzień lub dwa, a czasem ino kilka godzin? Na małe papu i odpoczynek. Drzemkę może i jeszcze wiecie, jakieś takie bara bara?

Listopad dopiekł nam mocno deszczem, przed 16tą ciemność… naprawdę jest kiepsko. Takiego braku światła to człek dawno nie widział.

Jeden dobry wschód słońca?

Ojojoj… szaleństwo!!! Dla większości niby nic dziwnego, w końcu to tak zwana północ i wyspa i tak dalej, ale to jednak dziwne miejsce ze specyficzną pogodą/aurą, która jednak nie rozpieszcza ciemnością. Która dowala słonko prawie codziennie, a teraz, od miesiąca nic słonecznego?

Helloł?

O co chodzi?

Nie żebym się skarżyła, ale jednak, stojąca woda na polach znowu sprawi, że się zbożom nic nie spodoba i będzie od nowa płacz i zębów zgrzytanie. A mówiłam nie wycinać tych drzew… się natura mści i tyle.

A w lesie…

No właśnie, w lesie wycinki, co mnie wkurza do punkt, w którym wpad, w szok i dostaję ataku strachowego i chcę jak najszybciej uciec… ale doką? Gdzie ludzie nie durnieją i nie wycinają zamiast dosadzać? Gdzie jakoś tak rozumieją, że las jest potrzebny, że to nie tylko miejsce, gdzie może chowają się one sarny, daniele i jelenie, których ostatnio na drogach cała masa, więc uważajcie i zwolnijcie w rejonach leśnych i polnych.

No a w miastach, to wiecie, uważajcie na tych zakręconych już świątecznie.

Też mogą być rogaci.

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pokrętna Ciemna Siła… została wyłączona

Pan Tealight i Wątpliwość…

„Chodziło właściwie o wiele rzeczy ostatnio.

I wiele rzeczy chodziło dookoła innych rzeczy i się z nimi spotykały i jakoś tak wchodzili we wzajemne konekcje, budowały konstrukcje… ale wciąż największe i najważniejsze spośród onych rzeczy były Wątpliwości.

Czy on, czy ona, ono może… pogoda będzie a może nie, czy wyglądam, źle, nielepiej, a może jednak, niepatrzenie w lustro dostarcza większej radości, niż mi się zdawało? Czy ten siwy włos w brwi znaczy, że to już TEN WIEK? Bo przecież zawsze w onym wieku była, ale wiecie, nie było widać, więc…

… więc czy zrobić ten ktork, czy nie, czy może mnie zauważą, czy jednak nic z tego nie wyniknie? Albo co gorsza się sparzę i będzie tak bardzo bolało, iż tego nie przetrzymam… podobnie jak braku książek…

Widzieli umysł Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, Wiedźmy Prawie Bezksiążkowej. Właściwie posiadającej ich tylko kilkanaście… co dla niej samej było czymć bardziej niż dziwnym, właściwie anorektycznym, zaskakująco bolesnym, ale i pokrętnie wyzwalającym…

… więc…

Widzieli go jak się miotał opętany nićmi Wątpliwości, która wsysywała w niego wszystko to, co mogła. Nawet najbardziej absurdalne pomysły. A on je chłonął, bo Wiedźma straciła swoje osłony. Nie umiała już się bronić i znowu… zanikała. Znowu niszczała. Znowu był definicją nieszczęśliwości wszelakiej i…

… bali się.

… Bali się, że już się z tego nie podniesie.

Może nawet… odejdzie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Penis za oknem.

No wiecie…

… serio. Albo dildo bardziej, bo stale sztywny, tylko czasem się buja… no i jeszcze wali po oczach, a na końcu ma takie coś, co można wziąć po ciemku czy za szarości za wiele, ale nie wimpel. Bo wiecie, on ma moc. Jak te miecze z tych tam wojen, znaczy filmu z kosmosu i przyszłości…

Znaczy tego, no on świeci.

I nie, że tak wiecie, ino świeci. Niczym ten świetlny miecz, ale bez dziwnych dźwięków. Jednostajnym światłem, które jakoś nie przyprawia cię o apopleksję, nie… ten cholernik najpierw jest dziwnie czerwono-pomarańczowy. Albo też w pewnych momentach sraczkowato brutalny. Naprawdę. Światełka jakoś tak przez siebie przechodzą, że czlek się gubi i tyle. I nagle nie wie na co patrzy, ale nie ma boja, bo zaraz czas na mieszankę niebiesko-zieloną. Osobno niebieskie i zielone światełka znowu, jakoś tak przenikające przez siebie dają dość nieciekawy kolorek.

I tak, to mam przed sobą…

I toto…

Świeci.

Jeszcze jak się tak przemienia od ciepłych odcieni w one zimne, to wiecie, no jakoś to człek znosi. Najpierw to, potem to, dociskasz żaluzje i tyle, ale w pewnym momencie wszystko przyśpiesza i przyśpiesza, i przyśpiesza i kurde wiesz, że siekiera, to za mało, bo będzie to bornholmska masakra świąteczka. Taka, co to przejdzie do historii i w annałach się zapisze boldem!!!

I na pewno w końcu będę sławnym artystą, co w końcu na amen w papcierzu i alleluje wszelakie, zwariował.

Serio, to pulsowanie!!!

Na szczęście sąsiedzi zaczęli wyłączać ono cholerstwo na noc, bo inaczej popełniłabym zbrodnię największą, czyli zaatakowałabym duńską flagę. Bo tak, oczywiście, że mówię o onym modnym od kilku lat ozdabianiu masztu flagowego.

Początkowo były to choinki, czy raczej coś na kształt szkieletu tipi, świetlnego, wiecie, miejsca spotkań starszyzny, która wiedziała co powiedzieć i jak zadziałać, ale jednak tak pod gołym niebem siedzieć jak ciągle pada. Bo tak, oficjalnie uznano listopad za najmokrzejszy od lat.

Wielu lat.

Ale wróćmy do masztów.

Po tipi zaczęły się wariacje. Wciąż jeszcze odciągano lampki nitkami od nich, ale jednak jedni bliżej inni dalej, ci zaczęli lampki kręci, tamci kombinować, plecionek nie widziałam i nie rozumiem dlaczego, ale może to problem z wiatrami. Bo wiecie, my mamy problem z wiatrmi. No wieje tutaj i tyle!!! Taki fakt… choinki, które wystawiane są w portach i na ryneczkach, zwykle nie dość, że nie mają ozdób, to na dodatek zawsze mają dziwne, brutalnie prytroczone lamki, są przywiązane, przymocowane, nasza nawet ma metaloewe linki podciągające ją z kilku stron.

Serio…

… no żeby nie odleciała i tyle.

Rozumiem to.

Ale maszty… z czasem nadeszła ona chwila. Może to był moment, może jedna osoba, ale w końcu zaczęli oplatać maszty i… Czy powinnam w tym miejscu wspomnieć o tym, że prawo odnosi się bardzo surowo do flagi na maszcie. Wimpel i wielka flaga mają wyznaczone momenty łopotania i zwisania. To naprawdę jest trudne i musisz pamiętać, by zdjąć to przed określoną godziną, a tamto powiesić i…

Oj nie.

Ale, wróćmy do świąt.

Okazało się, że maszt można obwinąć skąpo, średnio, szalenie, albo ściśle, co naprawdę daje kapitalne wrażenie. Gruby, potężny, ale wciąż dildo. Lepiej, jak flaga nie wisi na tym i tyle. Taka prawda. Niektórzy nawet nakładają jakieś takie świetlne, grube kondomy… skąd oni to biorą? Nie mam pojęcia. W okolicy jednak niewielu zdecydowało się na maszt. Wiadomo. Flaga rzecz święta, więc lepiej mieć ją tylko, wiecie, tak w oknie jak my. I tyle, i już. No wystarczy.

Naprawdę.

… więc są te maszty, są też i inne ozdoby, bo Wyspa zaczęła się rozświetlać już w listopadzie. I nic w tym dziwnego. Ciemno w końcu!!! Dla nas światełka, wszelako może zwane świątecznymi, to przede wszystkim światło!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wątpliwość… została wyłączona

Pan Tealight i Chochel is back…

„Bo on spał.

Chatka Wiedźmy okazała się nagle kłamstwem i koszmarem, więc musiał odespać oną całą ochronę, którą sprawował nad swoją Wiedźmą Pożartą.

Wiedźmą, która się zmieniła.

… której coś się stało na poziomie najgłębszego wiedźmostwa i ono COŚ było już naprawdę nieodwracalne, a na dodatek, on to wszystko przespał. A nie powinien był. No przecież nie powinien był… od tego pierwszego dnia, gdy tylko się poznali, gdy on jakoś tak do niej przylgnął, wiecie, pozostał tak po prostu i zrozumiał, że to jego wiedźma, że w końcu ją znalazł, choć bez urazy, ale optował ku wyższym celom i rejonom… a ona taka niska… Nie żeby jej brakowało dostojności, ale pod drzewkiem przechodzi wyprostowana spokojnie. Naprawdę!!!

Od tego czasu byli razem.

Cichszy czy głośniejszy, jednak przecież był zawsze przy niej. Pomagała jej, tworzył z nią, a teraz… i pędzle suche i farby dziwnie nietykane. Tylko te słowa wciąż się w niej kotłują, a Książki…

Pomordowane!!!

Obydwoje wciąż nie mogli się wydostać z onej matnii i jakoś zrozumieć braku kartek, stron, słów, opowieści na wyciągnięcie ręki. Nie mogli. Po prostu. I obrazów, które zniknęły ze ścian i woli wszelakiej… woli ku czemuś jeszcze większemu, a teraz, a teraz jakoś się to w niej… zmieniło.

Ale już się obudził…

… więc… co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia zmienia” – … oj tak. Przyznaję, że kocham ten świat. Tak kocham. Oczywiście, że w serii są tomy, które podobają mi się bardziej lub mniej i pewne maniery duetu czasem mnie wkurzają, ale wciąż…

Tak, to jedna z moich ulubionych serii fantasy. Z tej gałęzi miejskiej, post-apomagicznej. No i te osobowości, rany Julek no, można się rzucać i nie lubić głównej bohaterki, ale cała jej dookolność, ono czekanie na coś…

Tutaj jest pewne perfekcja oczekiwania na coś, co się stanie. Na coś, co może nas bardziej zaskoczyć, niż opuszczenie Gromady. A tak, spojler? Oj nie, przecież to było w poprzednim tomie, a wiecie, że zawsze zalecam czytanie cykli od początku. Sorry! Inazej się nie da. Pewno, że macie wspominki i opisy – które mnie nudzą, ale jednak… zacznikcie od początku, a ci, którzy czytali poprzednie tomy ucieszą się z tłumacza, dość dobrej korekty, no i całej opowieści.

Opowieści, która mocno zaskakuje.

Gdzie potwory zmieniają się w… ojców.

Gdzie kłamstwo ujawnione w końcu okrzepnięte nagle prowadzi do nowego życia. Życia, w którym nagle jesteście zwykłą rodziną, choć on warczy a ona słowem mocy zrobi z was niewolnika. I tak, będzie miłość… dobra, przewijam te sceny, na szczęście nie ma ich wiele… będzie miłość zakazana.

Będzie walka i kolejne tajemnice i…

I więcej nie powiem.

Jak znacie, helloł, czeka na was kolejna historia!!!

Światło.

Poranne.

Niesamowicie zniewalające…

Widzicie, wschody i zachody słońca zawsze są kolorowe. Zawsze są jakieś, ale nie zawsze są takie same. Czasem potrafią naprawdę zaskoczyć. Czasem się na nie spóźniacie, spektakl na dookolnym niebie, wiecie przyhoryzontalnym, już się skończył. To, co najczęściej widzicie na zdjęcia już się rozmyły.

Fiolety i róże odeszły i zostałam…

Z oczekiwaniem.

I odpływem, bo w tej opowieście właśnie odpływ i nagła cisza między wiatrami, jest naprawdę ważna. To ona stworzyła specyficzną poświatę, odbicia, rozmycia i oną srebrzystość… bo po godzinie… nadeszła straszna mżystość i wszelaka szarość, więc, chyba opłacało się wstać o świcie w niedzielę.

Ale wróćmy do początku.

Najpierw lekkie fiolety, wiadomo było, że nie potrwają i, że gdy dotrę do wody, zmienią się w pomarańcze i lekkie czerwienie przemieniające skały w magię, wybrzeże w coś, co jest nagle wyłącznie linią dzielącą je od wody. Aż w końcu, gdy dotykają wody, gdy słońce wlazło trochę wyżej i z obydwu stron omiotły je chmury…

Coś się zmieniło.

Nadeszło złoto i srebro.

Płynne i połyskliwe.

Po prostu niesamowite. I jeszcze z tym niskim poziomem wody, z której wystawały czyste, czarne w onej przeciwnej światłości kamienie i kształty ptaków, bo wiadomo, pod światło, to wszystko… zmusiło mnie w końcu do założenia drugiego konta na Instagramie. LOL Serio… bo w tej całej mocy zdjęć człek się gubi. Czas na więcej zmian. Jakby kurde człekowi było mało, no ale to światło, ten rozblask, a potem szarość…

Konkurs.

Duński język dziwny język.

Nie żeby trudny, serio. Gramatyka, czy czytanie, spoko wodza… jeśli jesteście w Kopenhadze. Jak na Bornholmie od razu udawajcie, że jęzorem gorąe pyry memlacie i będzie grało. Każdy i tak tutaj ma swoją własną wizję w jaki sposób słowo ma być wypowiedziane, więc bez nerwów… i żeby nie było, to mówią Duńczycy. Podobnie Szwedzi, którzy uznają, że przecież to takie same języki…

Nie no… pewno, że się da zrozumieć jak znasz kontekst, ale jednak, no weźcie no, co region to inne czarowania. Ale KONKURS… ech!

Nic zabawnego.

Hallegaard był przez dłuższy czas onym wiecie, mięsnym znakiem firmowym Wyspy. Pewno, że były problemy i to naprawdę odstawowe, ale wydawało się, iż przejęcie przez Kadeau – to skomplikowane, więc możecie sobie poczytać o tej restauracji i całej, no naprawdę pięknej, jak popatrzeć ino na słowa i papier… inicjatywie tu – miało być pięknie, ale wiecie… wychodzi na to, że kurna u nas jak zwykle. Było pięknie i się posrało. Upadłość, zamknięcie, wszelaka tam depresja i… nie wiem, naprawdę tak to bardzo nieopłacalne, czy jednak Kadeau nie jest tak bornholmskie jakim się przedstawia?

Na dodatek jeszcze Kiełbaskowóz zamykają, więc serio, podejrzewam, iż chcą z nas uczynić trawojedzców. Żeby nie było już były takie numery. Nagle stweirdzili, że za wiele masła jedzą, więc przywalili z podatku, podatek zdjęli, ale ceny wysokie zostały, więc ludzie dookoła polują na tańsze masła i wszelkie promocje.

Podatek na czekoladę nadal jest.

No już nie wiem…

Przymusowe odmienianie człowieczeństwa, czy kolejny eksperyment państwowy na ludziach całkiem tego nieświadomych. A może świadomych?

Tyko, co mamy zrobić?

No tak serio?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chochel is back… została wyłączona

Pan Tealight i Pożegnania…

„Wiedzieli, że istnieją.

Wiedzieli, że przecież jakoś ono Koło Czasu się toczy i rzeczy oraz sprawy przemijają, mijają się obok siebie, wszelako jakoś tak się stykają, a potem juz ich nie ma. Znikają, mocno się niewidzą, albo… nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że istnieją. Istnieli. Będą istnieć… albo też… no właśnie, odchodzą.

Na chwilę.

Na moment…

… na zawsze.

Pożegnania. Grupowe, pojedyncze, wiekuiste i te tylko na chwilę, dłuższą lub krótszą, ale jednak. Rozstania, odrzucenia, patrzenie na coś, ale niemożenie tego dotknięcia, muśnięcia nawet wzrokiem, zjedzenia, posłuchania, czy może nawet one niewidzenia? Może i nawet te nieczucia całkowite?

Wiecie, mówienie czemuś, co wciąż jednak istnieje w tym świecie, do widzenia. Żegnaj na zawsze. Nie wrócę już tutaj. Nie zjem cię. Nie poliżę. Nie będę kochał, odwiedzał, nie będę w ogóle o tobie myślał, jeśli mi się uda. Bo przecież to trudne. Miała być miłość, ale ona mówi nie, więc nagle…

On musi jakoś potaknąć i przyjąć to na klatę.

Pożegnać się…

Z ukochaną filiżanką, której urwało się uszko, albo co gorsza, która upadła z niesfornych dłoni, trzęsących się w amoku jakimś, i rozpadła na setki kawałeczków. Filiżanką, której nie można już nawet skleić… kubeczkiem od Babci, talerzykiem, miseczką. Gaciami, które podobno przynosiły szczęście.

Łożkiem, miejscem… człowiekiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kolejny wschód słońca…

Wiecie jaki to ból, jak człek w końcu widzi, że coś z tego wschodu będzie bardziej imponującego, no i budzi się w momencie, w którym słońce już unosi się nad ziemią… wiecie? Bo ja wiem. Koszmar. Ale można ubrać się ekspresowo i zdesperowanym truchtem ruszyć na plażę. Bo w końcu nie jest daleko, minuta, dwie, ale… można też zostać i popatrzeć z domu, jednak, czy nie lepiej…

No właśnie, o to chodzi, że lepiej od razu wyjść, a nie myśleć zbyt wiele. Nadmierne myślenie zabija czas, a w przypadku wschodów słońca o tej porze, to mijają one szybko. A może zawsze tak z nimi jest? Może w rzeczywistości tak jak zachody jednak walą farbkami na niebie dłużej, tak wschody listopadowe są inne? Odwrotnie wcale nie nurkują? A może jednak, może to wszystko zależy od dnia, a ten był… okiem cyklonu. Znaczy Wyspa w końcu znalazła się w zasięgu jakiejś ciszy i zatoki przestały mnie rąbać, i można było, jak już człek te gacie założył, to wiecie, po prostu ruszyć się i skorzystać. Praca, spacer i gimnastyka w jednym. Zwyczajnie!

Po prostu.

Logicznie mocno.

I tak…

… może kolory na niebie z fioletów przeistoczyły się już w one róże i pomarańcze, może słońce już wychynęło ponad horyzont, to jednak, wciąż… ech! Bo widzicie, światła nad wodami, które akurat odpłynęły, i to dość mocno, może zaskoczyć. Przemieniać się od ciepłych odcieni po tak chłodne, że aż… prowadzące do dziwnie, śnieżnych chmur. Do mroczności i zarości. Tak nagle, w chwilę. Jeszcze na plaży słońce, ale już kilka kroków od niej, nic po nim nie było, jakby wszystko działało tylko gdzieś tam.

A może mi się śniło?

Może?

Przecież wciąż jeszcze mogę śnić…

Nagle, po onych dwóch wietrznych dniach, które porwały doniczki, nawet te ciężkie niewiarygodnie, które ujawniły nowe dźwięku w naszym domu, a przede wszystkim przyniosły świeże powiewy, wszelaką zmienność i jeszcze ból głowy… ale to koszmarny ból głowy. No bo tak. Są wiatry, które jakoś tego nie robią. Które odświeżają i pozwalają spojrzeć na wszystko świeżym okiem, ale są i takie, które tańczą mi w zatokach i naprawdę utrudniają życie. Jednak najgorsze są te mentalne, które sprawiają, że chcesz kogoś, naprawdę nie ma wyjątku kogo, utłuc.

Boleśnie.

Wyrafinowanie i długotrwale.

Oj, naprawdę.

W jakiś sposób nie możesz myśleć o niczym innym, tylko właśnie o tym. O onym mordzie, wszelakiej niechęci i wkurwie rozwalającym i ciało i umysł i jeszcze… naprawdę nie pozwalającym niczego kostruktywnego zrobić.

Wiecie, że nawet można dostać zwolnienie przez wiatr?

To Wyspa.

Miejsce, gdzie świat ma tak wiele do zaoferowania, iż czasem zdaje mi się, że wykorzystuje nas, mieszkańców, by zaczerpnąć energii do tworzenia, lub może i walki z jakimiś nader pokrętnymi siłami? Na przykład wiecie, takimi w pastelowych różach, z koteczkami, cekinami i różyczkami na kapelusiku.

Yyyyyyy… mówiącymi: buzia, kawusia i ciasteczko.

Albo portfelik.

Bleeeee!!!!

Ale zaraz, przecież miało być o słońcu. O onej nowości, inności i tym wszystkim wszelakim, ale może jednak to wiatry chciały by o nich napisać?

Zmusiły mnie.

Ale to taki czas.

Wietrzny, niezależnie od diety. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pożegnania… została wyłączona

Pan Tealight i Kaftan Rozwolnienia…

„Dobra, wiedział, że każde pytanie o przedstawienie się jakoś wywoła w pytających brecht i tym podobny dzwięk… po prostu wiedział. I nie żeby nie próbował zmienić tego imienia, ale jakoś do niego przylgnęło. Prawie w niego wlazło, wtatuowało się i to jeszcze ołowiem chyba… no nie mógł się go pozbyć.

Zwyczajnie…

A może niezwyczajnie?

Może w rzeczywistości było elementem jego tożsamości tak mocno jak skrzywiony nos i czarne oczy? Nie wiedział. Aż w końcu zaczął się bać, bo przecież oni g zakładali, traktowali często jak użyteczny ciuszek, choć nie był z tych najpiękniejszych czy też onych wszelako drogich, szykownych i markowych, ale jednak…

Kaftan Rozwolnienia.

Tia.

Jedni od razu pomyślą, że kurde cud dieta, czy coś i że mógłby naprawdę coś z nimi porobić, pomóc jakoś w dotarciu do tego czy innego rozmiaru przed świętami… że wcale nie osobowość, ino magiczna szata niczym z mitologii… tylko, że w mitologii to się skończyło dość ostatecznie, a on ofeował ino usługi godzinowe. Nie, nigdy nie pozwalał się wykorzystywać…

Ośmieszać tak.

Ale nie wykorzystywać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Święta!!!

Jul!!!

Pierwszy…

… wiecie, tak naprawdę człek ma wiele pierwszych onych świąt. Pierwsze święta samotnie, pierwsze świeta z nieznajomymi, pierwsze zapomniane święta, pierwsze święta razem, pierwsze tu, pierwsze na wyjeździe, pierwsze biedne, pierwsze naprawdę POP i pierwsze w pierwszym domu. To będą nasze święta, nasz Jul w nowym domu. Może bidne święta, nie oszukujmy się, drzewko jest, jest trochę lampek z poprzednich lat, ale w marzeniach człek już widzi, jakby mógł się rozpasać.

A, że drzewko malutkie, no wiecie, malutkie, bo ono potem pójdzie do ziemi, by być na zawsze. Sorry, ale jakoś naprawdę nie toleruję ściętych choinek. Szkoda mi ich, płakać mi się chce na ich widok. I tak, oczywiście, iż trafiła nam się kilka at temu choinka, która nie miała korzeni… choć metka krzyczała inaczej, no ale… była też choinka, którą kilkanaście lat temu przywieźliśmy z Polski, po prawie 2 latach stania na balkonie w mieści i chyba nadal rośnie… nie wiem, tam, gdzie ją posadziliśmy, już nie mieszkamy. Bo widzicie, to jedno staram się zostawiać za sobą, czy też po sobie…

Drzewka.

A co!!!

Każdy ma jakieś zboczenie, ja się ślinię na widok drzewek. A już w okresie świąt, te wszelkie choineczki, ogólnie mówiąc iglaki, już podcięte, już uformowane… chcę je wszystkie, wiem, gdzie bym je postawiła na razie, a potem oczywiście wróciła je ziemi. By rosły. By żyły sobie i gadały z wiatrem i oczywiście oddychały!!!

Te nasze świerki i sosny, które poprowadziliśmy od ziarenka do drzewka, och, jestem z nich taka dumna i trzęsie mną, jak jakaś zdechnie… a to się niestety zdarza. W tym roku zebrałam kasztany, zobaczymy, czy da się coś wysadzić, bo coś jakoś ich coraz mniej na Wyspie. Nie wiem dlaczego…

… a takie są niesamowite.

Kochane.

No więc Jul.

Mają otworzyć znowu Tigera.

Oficjalnie Flying Tiger of Copenhagen, który nazywał się niegdyś ticher, czyli wiecie, poundland, tudzież sklaep za pięć złoty, czy jak to tam przetłumaczyć na inne waluty… teraz wyniósł się z pięknej, wielopoziomowej powierzchni i przeniósł do ogromnej hali… a przynajmniej tak nam się wydawało. Znaczy mieszkańcom. Wiecie, splajtowały Toys are us, czy jak to się zwali i nagle okazało się, że jest intrygująca i wielka powierzchnia do wzięcia. Nie wiem dlaczego Tiger się na nią zdecydował, no ale.

Ludzie mieli nadzieję oczywiście na powrót McDonalda.

Jak co roku ta sama śpiewka.

LOL

Nie ma. Żadnego śmieciowego żarcia, wsio prozdrowotne. LOL Przymus musi być, bat na tak zwane zdrowe życie… a z wielkiej hali się nagle okazuje, że Tiger zajmie ino połowę, a reszta nadal jest na wynajem i nagle podniósł się brok. I jak najbardziej to rozumiem. Nie oszukujmy się, zawsze dostawaliśmy ostatki, resztki i to, co nie sprzedało się innym, ale to… przecież to będzie minimalne. Jak jedno piętro, no może półtora poprzedniego!!! No weźcie, tutaj nie ma sklepów, co mają zrobić ci, których nie stać na wyjazd na shopping – jak ja… serio, po kiego te blogi piszę, jak to finansów nie przynosi… właściwie… no dobra, wystarczy użalania się, nie, wróćmy do problemu… Co zrobić mają ludzie, którzy nie mogą wyjechać, czy z powodów zdrowotnych, czy finansowych, tudzież dzieciaki, które za kilka koron mogły się pocieszyć po kiepskim dniu w szkole?

Cóż, wychodzi na to, że nic…

Smutne to strasznie.

Nie wiem, ale oczywiście, iż zdaję sobie z tego sprawę, że to nie najwyższych lotów sklep, ale ramki nie rozwalały się jak te z IKEA i kartki mieli zabawne i dziwne zabawne rzeczy i zawsze można było coś wymyśleć szalonego dzięki nim za małe pieniądze. I to coś takiego, co niekoniecznie padało zaraz po kilku uruchomieniach.

Serio!

Nadal mam te ich słoiczki.

Wciąż żyją!!!

Znowu jakaś epoka się kończy, znowu coś… tak już wiele artystów odeszło, tak wiele fajnych pomysłów zakończyło istnienie… mam dość.

A może to tylko ten wiatr?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaftan Rozwolnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Parazyt Dniowy…

„Jeden pojawił się w poniedziałek, inny znów był na wtorek, tego w koronie to w środę widzieli podobno… tamten, to w czwartek, serio, taki wiecie w paski był, więc jakoś by pasowało do dnia przedpiątkowego. No a potem był nowy, chyba w krateczkę, tak, no dziś w piątek, no i weekend… nie, tego jeszcze nie wiedzieli, czy będzie czy jednak nie będzie? Czy nagle objawi się taki znowu zaskakująco strojny, przysany do szybki w kibelku Sklepiku i zwyczajnie…

Zakłóci, zarazi codzienność?

Zmiecie wszystkich pod koce i kołdry, albo co gorsza, w jakiś sposób dotrze do pożywienia i każdy będzie się modlił do własnej wersji Ceramicznej Wyroczni? W końcu nigdy nic nie wiadomo, ale Wiedźma Wrona Pożarta na wszelki wypadek od razy zaczęła okadzać, osmradzać, szorować… pewno wiecie, przed tym czasem kobiecym była, więc może i jej nawet pasowało…

No ale…

… kadziła i kadziła, aż w końcu wszyscy się zaczęli krztusić. Choć może to i wina była dziwnych naparów Pana Tealighta, które podawał może i bez uśmiechu, ale z truskaweczką w czekoladzie, a to już oznaczało wiele…

I źle bardzo.

A potem Wiedźmie pryszcz na ustach wyskoczył i już wiedzieli, że chyba IM się upiekło, ale jej… cóż, ktoś ją sklątwił jak nic!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra… zwierzątka.

Ogólnie mówiąc jeśli o to chodzi, to akurat Dania ma kiepską, ale oczywiście wyciszoną w świecie, prasę. Jeszcze kika lat temu obowiązywało prawo – nie żeby było egzekwowane – że jeśli na twojej posesji znajduje się cudzy zwierz, to możesz go zastrzelić. Zniesiono je. Oczywiście wtedy nagle zrodziła się gównoburza, która wyniosła to ponad chmury i inne światy, a na dodatek dolepiła opowieści o seksie z kozami i wszelakim prawnym przywoleniu na to.

Eeeech…

Ludzie, serio?

Dania to nie jakiś inny kraj. Tak naprawdę kraj jak inne, ale ma zajebistą Królową. Cudowną, mądrą i wciąż na szczęście dziarską, którą uwielbiam fanatycznie. Ale wciąż to kraj, który zamieszkują ludzie. Tacy sami jak w innych podobnych krajach. No może poza Finlandią, która z oną cudowną świętością własnej powierzchni i osobistej świętej przestrzeni zdaje mi się moim krajem rodzinnym… Naprawdę. Oj pewno, iż zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszędzie i nie zawsze to prawda, zapytałam znajomych Finów, ale wciąż…

Takie to nęcące.

Wróćmy jednak do domu.

Ludzie… boleśnie wszędzie są tacy sami.

I tak, w Kopenhadze z radością jebną cię rowerem, albo, jeśliś nie daj Bogom samochodem, to jeszcze opierdolą. I nie, to że się uśmiechają, nie zawsze jest prawdziwe. To mechanizm obronny. Pokazują zęby, informując, iż mogą ugryżć, tudzież zwyczajnie chcą wam coś sprzedać. I nie, wcale nie są święci, jak to przedstawia ich wielu. Oj nie… i tak, pewno, obserwuję wyłącznie małą społeczność, więc co mogę wiedzieć… a to, iż właśnie tutaj ląduje często wielu duńczyków z różnych części kontynentu… może na chwilę, może na moment, ale jednak lądują i jakoś tak się dają poznać. I tak, nawet sami Duńczycy mają o swoich pobratymcach z południa brzydkie zdanie, w którym pada słowo: „owcojebca”, ale czyż każdy kraj nie ma takich? No wiecie, osobników uznawanych za produkt chowu wsobnego?

Ekhm…

No co…

A tak, wciąż nie odniosłam się do początku, czyli podlinkowania tej opowieści…

Zwierzątka.

Ostatnio znaleziono kilka zezwłoków zagryzionych przez psy. Oczywiście owieczki u nas, to zwyczajowy zwierz, który sobie lata po Wyspie. Oddzielone tylko od dróg, podobnie jak krowy często, jeśli jest ciepło, są widoczne na skałach, nabrzeżu, malownicze i wolne… podobnie kozy i choć człek wie, że wciąż to ułuda…

… to się łapie na to.

I zapatruje się w one zwierzątka. I tak, oczywiście, że są znaki, iż zwierzak ma być na smyczy… okay, napiszmy prosto PIES… ma być na smyczy. Nie mam pojęcia, dlaczego kuźwa tak to jest trudne dla zbyt wielu, by zrozumieć iż utrzymanie zwierzyny dzikiej i tej wypasanej jest kruchym środowiska obrazem, który powinien być podziwiany i chroniony, przede wszystkim chronionym…

… a tutaj…

Na Wyspie ludzie uwielbiają, nie wiem jak im to wychodzi, bo podatki od psów są ogromne – ale podobno można ich iniknąć, więc pewno tak im się udaje – kupować ogromne psy. Gigantyczne. Te, które winny pląsać po pustkach północnego UKeja… i oczywiście wiecie, bez urazy, piękna bestia, ale jednak, ale jednak, ale jednak jak coś takiego na mnie pędzi, chcę przyjąć pozycję płodową.

Naprawdę.

Wychodzi na to, że nie tylko ja.

Uważajcie więc na porozrzucane kawałki szynki na trawie i w leśnych ostępach… możecie znaleźć w nich żyletki. I choć ukarany winien być czlowiek, znowu odbije się to na biednych zwierzakach. Uwielbiam psy, nie stać mnie na jednego. Ni finansowo ni psychicznie. Ale przyznaję się, że jeśli jakiś przybywa do mnie bez szczekania, to tak, jeśli tego chce dostanie głaskanie, choćby mokry był… ech, otrzepujący się pies, gdy właśnie robisz zdjęcia, ech cudownie, po prostu…

Trzymajcie psy na smyczy!

Koniec, kropka.

Jeśli tego nie rozumiecie, nie miejcie psa. Kupcie sobie kaktusa! Choć nie, szkoda mi roślinki. Narysujcie sobie psa na kartoniku, doczepcie kółeczka i już! Kartonik i resztę weźicie z recyclingu, więc będzie ekologicznie!!!

PS. Kurna! Czemu psie gówna się nie rozkładają? Wciąż?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Parazyt Dniowy… została wyłączona

Pan Tealight i Skorupa…

„Stara… lekko poobgryzana na brzegach.

Z małym pasiastym wzorkiem, ciemnokarminowa z jaśniejszymi, ceglastymi plamkami… Właściwie całkiem niewielka, ot kawałek brzuszka jakieoś dzbanka czy bardziej korpulentnego garnka. Nie do końca gruba i nie do końca cienka. Taka  sobie, wiecie, nie do końca zwyczajna, ale i dziwnie tajemnicza…

Skorupa.

Gdyby nie to, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane kochała sikać w krzakach, to pewno nawet by się nie poznały, no ale… jej wielce dzika kobiecość, albo też li azaliż mały pęcherz, czy też może i poszukiwanie dziwnych wrażeń w życiu, jakby jej brakowało w codzienności… no więc wynikiem tego jedna się do drugiej przylepiła. I nie nie, nic z tych rzeczy. Ani to nie był numer dwa, ani też nie jakiś atak ceramiczny na wypięty zadek, nie nie…

Naprawdę nie!

Chociaż pewno, tak łatwiej byłoby to wytłumaczyć, niż zwykłą błotnistością podłoża, wietrznym dniem, nierównością terenu… nie, żaden kurhan, czy coś, zwyczajna zgubiona niegdyś przez kogoś skorupa, nagle znaleziona, nagle nadzwyczaj gadatliwa i co gorsza pyskata!!!

A tak, one tak mają!

I kompletnie nie chciała przyjąć do wiadomości, że Wiedźmistość Wronia Archeologiczna w rzeczywistości nigdy nie przepadała za ceramiką, może przez zbyt wiele klejenia jej za młodu, ani też naprawdę nie chciała wracać do robót głębokoziemnych, tylko te skały macała, rytów szukała, zbyt wiele symbolicznie myślała… ale nie, ta na nią, że systematyka, że przecież resztki, że ona wiele może… że w niej wielka moc wiedzy zaklęta jest…

Tylko…

… przecież wiedza sama w sobie, to nie zawsze to, co naprawdę chcesz wiedzieć, więc gdy już Wiedźma skapowała co jej się do buta przylepiło, gdy wysłuchała okrucha, nie większego niż dwa paliczki… to jakoś tak, wiecie, zaczęła się zbyt wiele nad wszystkim zastanawiać, potknęła się i…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Początek i koniec.

Wschód i zachód…

Gdy człek nagle kupuje w końcu dom, wciąż go nie pomalował, bo wiecie, finanse to jakaś wersja innej baśni, do której go nie zaproszono, wciąż nie ma mebli, wciąż jakoś tak ciszy się dziwną wolnością przestrzeni i wielkim oknem, od którego nie chce się odczepić i chociaż sypialnia miała być z innej strony, to jednak… nie może wyleźć z tego, co zwą salonem, bo jest to okno i po raz pierwszy, bo boją się tego powrotu do domowej może normalności, a może i czegoś bardziej dziwnego… dorosłości… No ale najbardziej chodzi o to, żeby nie przegapić tych wschodów i zachodów słońca.

Bo je stąd widać.

A bezczelnie budzą go o porze, gdy świat spowija jeszcze czerń.

Ona ciemna, głęboka, śpiąca i śniąca czerń muskająca cię wszelakimi potworami i tak dalej… ale czasem, oj tak, właśnie teraz w listopadzie i grudniu, gdy dni stają się coraz krótsze, one poranki są niesamowite. Bo nawet jeśli są ciemne, obserwowanie onej ciemności cofającej się od strony morza w stronę Wyspy – pewno wyłącznie dlatego, że ja mieszkam w Gudhjem, nie w Ronne – ale wiecie, w zależności od wschodu słońca, jakoś tak… jest zróżnicowanie…

Najpierw mamy one ciemne poranki, może i deszczowe, które naprawdę sprawiają, że tęsknimi za łóżkiem, że nie chcemy go opuszczać i ci, którym wolno pracować w domu naprawdę wolno przytargać kompa czy coś do pisania i malowania i wszelkiego tworzenia do łóżka, no i wiecie, po prostu nie wyłazić…

… ech, kogo ja oszukuję!

I tak w końcu musimy wyleżć…

A może nie?

No weźcie, jak szaro jest i pada, gdy patrzę jak ciemność powoli ustępuje szarej, miękkiej nie do końca jasności, i wszystko staje się onym oczekiwaniem na śnieg, jakąś wstępną świątecznością może i… chociaż nie wiem, w dzisiejszych czasach święta przerażaja wszystkich, albo większość. Nie mam pojęcia dlaczego? Przecież nikt wam nie każe gotować ton żarcia i sprzątać.

A siedźcie w łóżku i już!!!

Łóżko jest super!!!

Ale…

Są też te niesamowite poranki, kiedy widzicie, że słońce wschodzi, gdy ono wdziera się nagle w oną szarość, której się spodziewałeś. Nagle niebo rozbłyskuje się kolorami, czerwienie, róże i pomarańcze walczą o to by zlikwidować niebieskość i czerń. I słońce, no tak, bo przzecież to przez nie… i nawet jeśli nie zostanie na cały dzień, nawet jeśli to tylko ten wschód, a poza tym będą wiatry i ulewy…

To jest pięknie.

Najpierw są kolory, potem pojawiają się chmury, albo nie, bo przecież niczego nie możesz być pewnym, wszystko nagle może się skończyć, zniknąć, rozmyć… serio, więc patrzcie, bo przecież każdy z tych wschodów o tej porze roku jest unikatowy. Każdy zdaje się opawiadać inną historię, każdy… jest niesamowity.

Nawet jeśli słońce bawi się wyłącznie z chmurami, podświetla je, zabarwia, zmienia, uwidacznia ich kształty i puchowatość. Wciąż wszystko jest niesamowite. Jakoś tak dziwnie człowieka ładuje, nawet jeśli wypędziło cię to w gaciach z nieumytymi zębami na wybrzeże, byś zdjęcia robił, to jednak… ładuje. Nawet mnie. Mnie, osobę, która o tej porze roku jednak woli one szarości i przyciężki chmurzastości.

Ale nie pełnię księżyca.

Oj nie… wykańcza mnie sucz!!!

Można się zapatrzyć na te widoki. Na dachy, ptaki i drzewa. Na kolory i kształty na morskość wszelaką, rzekę w oddali i pola zielone… właściwie neonowo zielone. Zaskakujące. dwójkę dzieciaków podwożonych do szkoły i sąsiadkę, która kurcze chyba jest rozchwytywana, bo wciąż gdzieś jeździ, wciąż się kręci…

Kobieto no, ja tutaj się wschodem cieszę.

A może już nie… bo zniknął i zmienił się w dzień. Ech, aż w trzewiach czuję oną zmianę. W codzienność nudną.

W tą dniowość pracowniczą.

Do jutra!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skorupa… została wyłączona