Pan Tealight i Pątniczka…

„Miała habit, żeby nie było, z kapturem, rękawami za długimi, ale dołem dziwnie obgryzionym, kostki obite odsłaniającym. Habit, oczywiście podarty, ale i łatany, lekko może i butwiejący na brzegach, lekko mocno rozciągnięty. Może niegdyś jaśniejszy, może w kolorze wełny, ale teraz, zwyczajnie brudny. Szaro-czarniawy i jakiś taki twardy. Jakby trzymał ją w środku.

Jakby był więzieniem.

Jakby nie mogla go zdjąć, wyzwolić się z niego, jakby był jej życiem i przeznaczeniem, które ktoś na nią narzucił, a nie umiejąc powiedzieć NIE, bo wychowano ją na grzeczną dziewczynkę…

Zatonęła w nim.

Pątniczka.

Nie mówiła, więc nie wiedzieli, czy ten kosturek w jej dłoni i worek na plecach skrywały jakieś zaklęte tajemnice, czy może jednak były tylko użytecznymi dodatkami? A może jednak, może jednak… po prostu pasowały do całości? No wiecie, jednak chciała, jednak była też kobietą. O jasnych, splątanych, długich włosach wymykających się spod kaptura i tańczących na wietrze…

Wietrze pod Sklepikiem z Niepotrzebnymi.

Milcząca… nie wiedzieli więc, czy przybyła tutaj, bo taka była jej droga, czy jednak był to już koniec jej ścieżki, bo nagle… jak się pojawiła, tak zniknęła. Tak jakoś po prostu była i już jej nie było, a może…

Tylko oślepli.

Na nią?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Iiii…

Jul.

Grudzień zapierdzielał od samego początku jak na jakichś seryjnie wypasionych dragach. Naprawdę. Jestem zmęczona i tym pędem i całą oną wszelaką nieświątecznością. Czuję się niedopieszczona prezentowo i w ogóle… ale może to tylko wina tego ciepła i braku śniegu? Bo tak naprawdę, przecież serio, poza zdrowiem, książkami i płatnościami za robotę, nie potrzebuję niczego.

No dobra, zdrowie i kasa i ona miłość niegasnąca… LOL

Dziwne?

Ech!

Ale… pierwsza gwiazdka pewno już pierdyknęła dawno w kosmos i zmieniła się w czarną dziurę zasysając inne gwiazdki i może i nasz Wszechświat. Tia, oto mój Christmas Spirit, który puszcza w tle kolejne części Piły. Bo tak. Bo jakoś dziś kompletnie jestem w nastroju na świateczne filmy ni śpiewania. nie oszukujmy się, nie byłam na nie gotowa przez listopad i grudzień. Wróć, na początku listopada byłam bardziej gotowa niż teraz… więc… ale dla mnie świetowanie skończyło się 21go.

Taki byt ze mnie.

Dziwny.

No i przede wszystkim, nie oszukujmy się, ale mnie nikt nie zmuszał do świętowania. Może w tym wieku już trzeba? Nie wiem, ale od czasu wszelkiej dorosłości zarzuciłam i sprzątania i gotowania i wszelkie dziwne tradycje. Stworzyliśmy swoje i ich się trzymamy. Odpoczynku onego, spacerów, lenistwa…

Chociaż, czy w moim przypadku w ogóle istnieje lenistwo? Wiecie, niby wsio za co nie płacą, to podobno nie jest praca, więc…

Nic nie robię.

Kompletnie.

Całkowicie.

No ale, jak spędziłam swoje święta?

Zwyczajnie… karmiłam trolle, skrzaty i Zapomniane Duchy. I wszelkich Zapomnianych Bogów i tych Śniących i Drzemiących… bo wiecie, wiedźmy mają swoje sposoby na życie i świętowanie. A bycie w lesie, to zawsze najlepsze miejsce na jakiekolwiek aktywności. Szczególnie, jak w końcu przestało wiać i dziwacznie ciepło jest i jeszcze, jeszcze oczywiście jest mokro strasznie…

… i tak dalej…

Pewno, że bym wolała śnieg i mróz, ale jednak, no wiecie, lepsze to, niż ten ciągły wiatr. Ciągłe dmienie, dudnienie i takie tam. Ból głowy, wszelakie zaburzenia snu i jeszcze i jeszcze i jeszcze może… nie wiem co.

A w lesie, świetnie.

A w lesie pięknie.

Szczególnie pośród tych wysokich sosen zaraz przy nabrzeżu. Tam, gdzie rozsiadły się sommerhusy, w których niektórzy zdecydowali się spędzić święta. Spoglądając oczywiście na one podobno wyprzedane bilety z Niemiec. Tak wiem, oj ta moja wiekuista brakność wiary… no niestety, swiat mnie taką stworzył.

Ale Turyścizna przybędzie…

Chyba?

Zawsze w końcu mogą zmienić zdanie, czyż nie? No i polecieć na Majorkę, czy w inne dziwne miejsce. Byłam, serio, dziwne miejsce z dziwnymi plażami. I brakiem plaż i krabami i tak dalej. Serio!!!

No ale.

Tak w ogóle, to rok się kończy.

Kiedy to wszystko tak się pokręciło? No wiecie… 2018, 2019… 2020!!? Gdzie te lata dziewięćdziesiąte? Gdzie? Rany Julek! Pamiętam panikę związaną z 2000 i potem z 2001 mniejszą, bo przecież nikt nie załapał jak te kalendarze działają. Ha ha ha!!! Majowie są na pewno zaskoczeni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pątniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Pomurszenie…

„Pomurszenie występowało zawsze na onych pniach prawie niebieskawych… na onych ściętych i rosnących, pooranych bruzdami, dziwnie żebrowanych, ale i na tych gładkich prawie zawsze… Niczym ozdoba. Niczym jakaś performacja, tudzież wiecie, nadmiernie ludzka ingerencja w drzewne ciało.

Ale przecież nie był ludzki.

Więcej, tak naprawdę nawet nie zauważał ludzi, byli dla niego czymś tak bardzo przejściowym niczym dla ludzi żywotność muszki owocówki. On sam w sobie był nader długotrwały. Długotrwały i wszelako wolnomyślnący. Znaczy nie, że on retrd jakiś, czy coś… po prostu, wolał sam decydować.

Jak i co.

I po co?

Przepiękny, zawsze morski dziwnie na onych pniach. Jakby fale odciskały swoje podobizny tworząc rodziny album. Wiecie  te zimowe i te letnie i one wiosenne, i jeszcze te jesienne, najbardziej nieprzewidywalne czasami. Najbardziej zaskakujące. Zielonkawe, szmaragdowe, niebieskie, błękitne, ciemne i jasne, burzliwe, z grzywaczami białymi, lekko niebieskawymi, albo…

Te będące ino zakrzywieniem atłasu.

Niedoprasowaniem.

Może i nimi były? Może? Ale pod spojrzeniem Wiedźmy Wrony i Pana Tealighta zdawały sie zawsze być jakąś najpiękniejszą opowieścią. Filmem, kinem, do którego nie potrzebowali popcornu czy innych używek. Wiecie, czymś, co oni widzieli zawsze i z łatwością, a co dla innych…

Nie istaniało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Za kilka demonów więcej” – … przegapiłam ją? Znaczy rozumiem jak, nie było mnie kompletnie stać na książki, świat się zmieniał, ale przecież sprawdzałam Empik i odkładałam co może mnie zaintrygować i tak dalej… ale aż tak przeoczyć?

Aż tak?

Bo widzicie… nie żeby to była jakaś mega literatura, ale doprcowanie osobowości, w szczególności onych najmniejszych, dziwność kontaktów ludzkow-wampirzych, wszelkie byty magiczne, świat ten i tamten i jeszcze inny… naprawdę, to wszystko jest tak niesamowicie sklejone, że jak dostaję info o kolejnej części, to od razu wpadam w amok. Serio!!! Po prostu. Może i czasem omijam sceny, ale jednak…

Wiecie jak ten seks w fantastyce na mnie działa.

Mocno rozśmieszająco.

No ale… część piąta? Serio… o rany, czyli w mojej zaginionej biblioteczce zginęło ich dwie, udało się odzyskać 3… płacz i zgrzytanie zębów. Na pewno nie wznowią, więc co, polować? Gdzie jednak? Jak? Jak kupić pierwszą i trzecią część? Nieczytane… no jak? No ale, treść… więc oto i nasza znajoma wiedźma, jej przyjaciółka wampirzyca i przyjaciele. Ci najmniejsi są po prostu niesamowici. Po problemach z poprzedniej części to właśnie oni najbardziej ucierpieli. I ten smutek wciąż jest odczuwalny, ale przynajmniej mają swój dom. Kościół… tylko że… no właśnie, ojojoj… tak po prostu, jakoś dziwnie, wszystko znowu zaczyna się walić.

Ale tym razem całkowicie i do końca!!!

Ten cykl Harrison jest nie tylko opowieścią o magii, świecie, w którym podobnie jak u Andrews nadeszły wielkie magiczne zmiany, gdzie one byty baśniowe się ujawniły, ale przede wszystkim o przyjaźni. Wielkiej przyjaźni. I zagadkach z przeszłości i jeszcze… o tajemnicach, które jakoś tak się rodzą, same z siebie.

Kocham ten cykl.

No i wiecie, książki są mile grubiutkie!!! LOL

Przez dwa dni Wyspa żyła zaginięciem staruszka.

Nie pierwszy raz, ale jednak. By uspokoić skołatane świąteczne wasze nerwy, Benny się znalazł, poszedł na dłuższy spacer, ale… przynajmniej człek się dowiedział jak odbywają się tutaj poszukiwania napowierzchniowe. Bo wiecie, kilka lat temu, choć pomyliliśmy to z lądowaniem UFO, doświadczyliśmy tego, w jaki sposób poszukuje się ludzi, gdy wypłyną w sztorm. Gdy wiadomo właściwie, że nic z tego nie będzie, ale jednak wszystcy wstają, rzucają się i próbują.

Nad morzem wisi helikopter.

Z jednej strony gotowy wyłowić, wszyscy mają nadzieję, żywego szaleństwa, z drugiej, będąc jedną wielką żarówką pełną szperaczy świetlnych. Do tego zespół ambulansów, policja, siły takie, owagie, straż pożarna…

Na morzu łodzie i ludzie, którzy wiedzą, że mogą nie wrócić z tych poszukiwań. Bo przecież to się zdarza. Zbyt częst, iż ktoś, jeden z ratoników, już nie wraca. Tylko i wyłącznie dlaetego, że ktoś zaryzykował głupotę. Bo to jest głupota, jeśli bierzesz łódź i chcesz innym udowodnić, a przede wszystkim morzu, że przepłyniesz stąd dotąd. Chcesz walczyć z naturą. Nie jesteś samobójcą, a może jednak jesteś, ale rodzina nie zrozumiała… może ludzie wybierają i taki koniec.

Lekko nie do końca pewny?

Rosyjska, morska ruletka?

Najbardziej zawsze szkoda mi ratowników. Tych wszystkich, marznących, posiadających oczywiście wszelakie ulepszenia, ale przecież nie takie jak bogatsze porty. Miejsca… w Danii. Nie oszukujmy się. Wyspa i w tym jest biedna. I teraz nagle pojawia się pytanie, bo za każdą taką akcję oczywiście bardzo się płaci…

Znaczy reszta Wyspy płaci… więc…

Mam mieszane uczucia.

Inaczej jest z osobami starszymi, które nieupilnowane, zwyczajnie wybiorą się, wiecie, może na piwko, może na wycieczkę i się zaczyna.

Tym razem poszukiwania trwały prawie dwa dni i noc.

Pierwszego dnia były psy, ludzie, policja w ogródku, jak się okazuje, przestrzeń twoja nie ma w tym momencie znaczenia. To, że ja się posram ze strachu, bo ktoś latarką mi przejedzie przez okna, a nie wiedziałam, że będą to robić… tak, oczywiście, przecież cel wyższy, ale nasz szopki zamknięte, trudno się schować na gołym trawniku, a ja… a ja dostanę ataku. Bo tak jest. Ale cel wyższy… Może w końcu trzeba się przyznać do tego, że jest ze mną gorzej, benzodiazepina w ciągłym użyciu… wszelkiego rodzaju pomoce, jak regularność, ćwiczenia, dieta i tym podobne… nie sprawią, że stres, atak strachu, się nie pojawi.

Ale to starsza osoba, z demencją, więc…

Ale umknął im już drugi raz, więc… więc może w tym miejscu warto już wspomnieć, iż Dania nie jest miejscem dla starych ludzi. Już nie. Kiedy uważana za raj, teraz cierpi nie tylko na brak kasy, pomocy, ochotników, pielęgniarek, lekarzy, wszelako obsługi wykształconej, tudzież… po prostu z sercem podchodzącej do swojej pracy… nie oszukujmy się, to jeden z najgorszych, najtrudniejszych zawodów. Bije to tylko hospicjum, więc… dlaczego. Dlaczego ten problem nie jest rozwiązany?

Bo politycy muszą mieć kasę dla siebie.

Jak wszędzie.

A ludzie… hmmm, czasem sobie myślę, że ci wszyscy ludzie zapominają, iż się zestarzeją też. I nie wiadomo jak ich życie się potoczy. Może zostaną takim Bennym, który wygląda na zadowolonego człowieka i w ciągu tego czasu zdążył dotrzeć z Gudhjem do ścieżki prowadzącej do Dondalen.

Widać wodospad go wołał.

Smutne to wszystko, ale dobrze, że znaleźli go całego. I w dobrej formie. Ja dowiedziałam się, że teraz poszukują ludzi drony, a odgłos helikoptera wiszącego nad moim Gulehusem, Pałacem na mej własnej Szklanej Górze otoczonym różami… jest koszmarem i wymaga wspomożenia medycznego.

Nigdy nie lubiłam helikopterów, od dzieciaka…

No i psy.

Bez nich naprawdę… cześć szczekaczom kochanym!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomurszenie… została wyłączona

Pan Tealight i Pierścioneczek…

„Zwyczajny, srebrny z bursztynowym oczkiem.

Na mały palec raczej.

Na taki niespuchnięty, niegruby… skromny taki, prawie niewidoczny na drżącej, dziewiczej dłoni, albo w garści wielkiej, spracowanej i mocno zaciśniętej. Albo gdzieś w trawie zagubiony… zapomniany, albo co gorsza, wołany, ale się nieodzywający. Taki wiecie, ukochany, upragniony, darowany niegdyś, ale teraz, teraz jakoś nagle zagubiony, jakoś zamotany i mocno…

Poszukiwany.

Pierścionek.

Na palec zwyczajny, na palec niezwyczajny. Na taki z paznokciem może lekko zagiętym, może lekko nastroszonym, może i ze skórkami obgryzionymi, może i z bielą paznokcia też naruszoną zębami… może…

Widzicie, był nim.

Był tym wszystkim. Był wspomnieniem z dzieciństwa, pierwszą błyskotką kupioną na targu, o której ktoś myślał, że to metal nieważny, że to nie srebro, ino mgnienie wszelkiego żelaziwa, czy może i cyna nawet… a do tego ono oczko, jakby przyjrzeć mu się lepiej, bo maciupkie, to wiecie, nikt nie zaglądał… ono oczko skrywało wielką tajemnicę i zwój maciupki, elficki, skręcony…

… z nasionkiem, które czekało na wykiełkowanie.

Ale na razie… pierścionek, który jakoś tak zamotał się w sznurówkę Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, tak jakoś wiecie. Całkiem, jakby własny rozum miał i wszelako pragnął… jakiejś innej historii. Innej opowieści. Wszelako całkiem odmiennej pieśni i może…

… palca?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Płot poleciał…

Wiecie, niby to logiczne, wyspa, więc wiatry być muszą, szczególnie w tej porze roku, czyli jesień późniejsza i zima i wczesna może wiosna? Ale ostatnio wieje non stop. Wieje tak, że człek wychodzi i sprawdza, czy dom stoi?

Naprawdę.

I nie chodzi tylko o nowy dom i nowe dźwięki, których człek się musi nauczyć, które poznaje, które go przerażają, a z czasem pewno i spowszednieją, ale… płot sobie poleciał. Na szczęście nie daleko, jednak nie jest to coś, czego się spodziewasz po kilku miesiącach mieszkania w nowym miejscu. W onym wymarzonym domu, więc… no wszystko musi poczekać. Bo ciemność włada światem…

Może to i dlatego tutaj żywopłoty królują?

Hmmm?

Chociaż niby człek zadziwiony prawnymi elementami kradzącymi mu pewną wolność architektoniczną, to jednak, przecież nie wszystkie one są tylko ot tak, dla pokazu i unifikacji jakiejś.

W końcu wieje.

I jeszcze czasem pada… wiekuiście zwykle świeci słońce, więc wiecie, i o tym trzeba myśleć, no i na dodatek… niektórzy o tym wiedzą, inni nie wiedzą, a większość szefów i tak żyje w stolycy, a tam wiedzą tyle o Wyspie, co kot napłakał, a one łzawią, wiecie jak kamienie winem, więc… problem w tym, iż architekci często też skąpo są informowani o pewnych sprawach, więc… więc kolejne pola onych sommerhusów się u nas pojawiają, ale co do budowy, to mało i słabo idzie i plajtują.

Albo kończą skandalem, jak one domy na wodzie.

Ech, to była sprawa!!!

A miało być tak pięknie.

No nic.

Wieje i raczej wiać będzie. Miejmy nadzieję, że przestanie tymi pelikanami rzucać, bo sorry, ale ile można. Ja tam rozumiem powiewy, ale no bez przesady no. Przecież to całe nasilenie dmuchania dookoła jest aż nazbyt disturbing. Naprawdę. No i ciepło… czy ja czasem nie zapomniałam napisać o cieple.

Bo ciepło jest.

Tak nawet do 10 stopni.

I czasem nawet słonko na krótko zaświeci się. I czasem jeszcze człek wyściubia nos z domu i się zastanawia, no o co tu chodzi? Jak się czuć z tym całym ciepłem i oną wietrznością nadmierną? I wilgocią? No przecież to idealny przepis na wyklucie się jakiejś wykańczającej na amen w pacierzu, choroby. Wirusa, zarazka, takiego germsa, że świat o nim nigdy nie zapomni.

Nigdy, a nigdy…

No ale…

To już Jul przecież. Zaraz no, bo przecież napisałam sobie tekst na zapas, więc jakoś tak nie wiem. Wypadnie mi po moich i w wasze? A może i po onej Wilii wigilii i choince i piernikach, czy czym tam… i tak szczerze… to się zastanawiam, czy wciąż jeszcze ludzie tyle gotują jak niegdyś. Tak idiotycznie wiele? Czy wciąż tyle czyszczą, sprzątają, wszelako pieką i se tipsy na rzęsach robią?

No wiecie…

Czy nadal?

Bo ostatnio zderzając się z polskim humorem zaliczyłam zgona strasznego. Nic nie zrozumiałam. Nagle człek zdaje sobie sprawę, iż wszyscy żyją telewizjami i mediami… czyimś życiami, problemami wydumanymi, Instagramami. Żeby nie było, mam dwa. Jakby ktoś chciał. LOL

PS. Znowu ktoś zaginął. Ciemność rozdziera buczenie dronów… świat jest inny niż kiedyś. Już nie ludzie, nie dźwięki, już nie myślenie… Człowiek nagle zdaje sobie sprawę z tego, że pewnie go, jeśli się zestarzeje, to wiecie, zaczipują jak psa. Albo i jeszcze kolczyk jak krowie czy owcy, dowalą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierścioneczek… została wyłączona

Pan Tealight i Krzyczanica…

„No serio, nie mogła przestać.

Ktoś mówił, że kopiuje tam kogoś z telewizji, ale wiecie Wiedźma i telewizja. LOL Pan Tealight też nie umiał tych tam, jak je zwą… filmów oglądać, więc sobie odpuścił. Zaakceptował istnienie onej nowości, tak, miał problem z czasem zapierdzielającym i dopiero teraz ono cudo zauważył, i cierpiał. Bo wiecie, ona tak bardzo, tak do końca, na zawsze… krzyczała naprawdę, krzyczała mocno, donośnie i bez przerwy, jodłująco nawet, mało zmysłowo…

Ale wewnętrznie.

Krzyczanica.

Jak tylko sceny jakieś były, a wiadomo, że niektórzy mieszkańcy Sklepiku z Niepotrzebnymi były zwolennikami wszelakich filmów i seriali, więc… no musieli ją nie dość, że wiązać ocznie i macalnie, to na dodatek jeszcze wyciszać świat dookoła niej, bo jej krzyki mogły wyleźć z niej i wkroczyć…

… wkroczyć w światy równoległe mniej lub bardziej, balansujące one światy, czy też te dopiero się rodzące, o to mogłyby się przelęknąć, no i wiecie, się do końca nie wyjkluć i zostać retardami takimi…

Ale przecież jak Płaczki istniały, więc czemu Krzyczanicom, jeszcze takim, co to wewnętrznie krzyczały, zabraniać bycia sobą?

Hmmm?

No i przecież nie wszędzie TE SCENY były!!! Ekhm, no dobra, ostatnio się nasiliły, ale jednak, no nie zawsze… Wiedźma Wrona Pożarta była gorsza. Czerwieniła się, chrząkała i mocniej naciągała książkę na siebie… bo wiecie, dostała ich kilka. Nowych, choć starych. Starych choć nowych…

… i od nowa się uczyła…

… być zjadaną.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na zakupy…

Ino wariat wybiera się na nie teraz, czyż nie? No kto by to robił? Przecież albo nic nie ma, albo tłumy, ale u nas, szczerze… jakoś tak… A może chodziło o to, że odwiedziłam 3 czy 4 miejsca, gdzie jakoś tak wciąż było coś, choć resztki, tudzież zwyczajnie zadowalam się resztkami?

Abojawiem?

Pierwsze miejsce, to oczywiście cudowne… eee… szklarnia? A może bardziej coś na kształt ogrodu pod zadaszeniem? I poza tym zwykłego ogrodu? A może i oranżeria plus appaużki, z którymi pogadać można. Serio… kapitalne miejsce, cudowne, jakieś takie, mimo wrzasku papug spokojne, natlenione, więc od razu człekowi lepiej. Kolorowe, pełne opcji roślinnych, ale też, jak dla mnie, jedyne, gdzie naprawdę można znaleźć coś fajnego. Seryjnie!!! Bo my cierpimy na brak fajnych rzeczy…

I nie tak drogich kosmicznie rzeczy.

To miejsce mieści się w Rønne, oczywiście lekko niełatwo znaleźć, ale dajemy radę. I jak tylko wchodzę, widzę one czerwienie i zielenie i słonie…. eeee… czy jest jakaś moda na świąteczne słonie, czy to tylko u nas? W kilku miejscach, nie szkodząc roślinkom, które możecie zabrać do ciepłego domu, mamy oczywiście one cudowne kompozycje, wiecie, takie prostokątne przestrzenie, gdzie coś wisi, coś się świeci, ktoś pokombinował tak, by grał i pojemnik i roślinka, i dodatki. Coś srebrnego, białego i oczywiście miętowego. I czerwień.

No wiecie, musi być czerwień.

Jakby co, zdjęcie na BearfromBornholm1 IG.

Nie wiem, ale te kobiety serio mają moc. Zawsze potrafią coś wymyśleć, każdego roku co innego, a co najlepsze jest też dział z przecenami!!! Uwielbiam go, bo przeceny spore, no i w końcu na coś mnie stać. I już człekowi dziwnie lepiej, świąteczniej, bo tu jakoś nic nie jest nachalne, w końcu rośliny i krasnale – gnomy robią same klimat! Nikt ich nie przymusza i one nie przymuszają.

Zwyczajnie.

Do tego konie i renifery, łosie… w tym roku może nie do końca forma jaką lubię bo wycięte z metalu i wetknięte na patyku w kawałek drewna, ale za to znajduję cudowną, ręcznie spawaną maciupką choinkę, do której sama skombinuję bombeczki zrobione z końcówek igieł, takich festive i grzybki… i już, w końcu mam ubraną choinkę. Wiecie, żywycj człek nie chce męczyć, chce je do ziemi wsadzić…

Atmosfera tutaj, jak zawsze miodzio.

Jakoś tak.

To jest miejsce poprawiające humor w każdą pogodę, w każdym sezonie, serio, jakoś tak, zwyczajnie…

Potem Tiger i Siostry.

Przeprowadzony Tiger jest mniejszyc, ciaśniejszy i naprawdę dziwny. Ale są różki dla Misia, więc jest okay. Potem Søstrene Grene, jak się okazuje mają coś nowego. Nie żebym potrzebowała, ale popatrzeć można. Na szczęście sprowadziły moje farby, więc jest okay. Są kolory, które tak trudno zrobić bez wielu barw. Są ramki przecudne i oczywiście… ej no, ale gdzie są moje koperty?

Nieładnie!!!

No i jeszcze coś, co nie mam pojęcia jak zwą.

Serio… wiecie, taki sklep, w którym są garnki i rzeczy do domu, i który ma świąteczne półki no… wymiecione. Ojojojjjj… ale ma piękną kulę śnieżną, a ja… O już wiem IMERCO się nazywa. No i ma kulę. No i…

Ech, dlaczego człek nie jest burżujem?

No serio? Dlaczego mi nie płacą, a oczekują, że za darmo wsio będzie? No dlaczegom tak niegodna mamony!!!?

KUŹWA!!!

Chcę na zakupy jak vlogerki… chociaż pewno wylądowałabym w księgarni a nie wittonach jakichś czy szanelach. LOL To byłaby dopiero niska oglądalność, co nie? Oj na pewno, nie oszukujmy się. Albo wysyłanie kartek do znajomych i kupowanie, wynajdywanie raczej sherlockowskie, drobiazgów, co się nie potłuczą i do kopert zmieszczą i jeszcze oczywiście ładne będą, ale nieciężkie…

I niedrogie.

Choć nie, jako vlogerka, będę miała kasę, więc mogę rozpieszczać innych!!!

YAY… mogłabym.

Ale wiecie co? Nie było źle. Mimo braku kasy coś nam się udało wyhaczyć. Coś nam się udało zdobyć i czymś się uśmiechnąć. Bo rzeczy też potrafią człowieka uśmiechnać, choć trochę. No wiecie, ostatnio, trudne dni, tygodnie…

… mamy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krzyczanica… została wyłączona

Pan Tealight i Pustka…

„Wielka, ogromna, dziwna…

Pustka zamieszkała w Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane i nie chciała się wyprowadzić. Wciąż znajdowała jakieś wymówki. A to katarek miała, a to garnki niepozmywane, a to wiecie, tutaj coś się zalęgło, a to tam znowu coś zostawiła, a to się zaplątała z myśli albo, co było chyba najbardziej dziwaczne, że ONA nie jest jeszcze na to gotowa.

Naprawdę.

Jakby kurde serio płaciła jakiś czynsz, albo naprawdę wyrządzała wielką łaskę Wiedźmie, że w ogóle chce w niej siedzieć i takie tam. Że podobno to na wagę dobrze robi, tudzież coś innego, no zawsze umiała coś wymyśleć.

Zawsze.

Pan Tealight nie wiedział co zrobić i strasznie go to męczyło, nurtowało i sprawiało, że nawet jego ukochana herbata przestawała mu smakować. Albo ktoś mu nasikał znowu w listki, a potem umiejętnie to wysuszył, pierun wie, ale jednak… problem był. I Pustka była i jeszcze… kurcze… sam zaczynał się czuć…

Przynajmniej dziwnie.

Jakby próbowała się wprowadzić do niego… jakby powinien był na coś zwrócić uwagę, ale o czymś zapominał. Wciąż i wciąż, jakby w głowie miał takie miejsce, gdzie wszystko się zapętlało i go zwodziło aż nazbyt mocno i jeszcze… wciąż i wciąż o czymś zapominał i wciąż i wciąż… naprawdę, się…

Gubił.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W mieście…

Gudhjem… może słoneczne, może nie do końca takie, ale… jednak jakieś mniej mrozniejsze i puste takie. Uwielbiam!!! Bo wiecie, jak pogoda się zmienia, to nagle nawet Niemcy nie odwiedzają swoich kupionych pokątnie sommerhusów, nawet oni nie szaleją, choć podobno bilety na święta już wykopione, jeśli chodzi o promy oczywiście. No nie wiem…. prawdą to być może, nie musi. Wiecie, zmienił się kierownik gazety wyspowej, jest bardziej propromowy, więc…

Ekhm.

Pomińmy to milczeniem.

Gudhjem… cudowne, żółciutkie z pomarańczowymi dachami, pustymi drogami, czasem jakiś samochód przejedzie, skąpo ustrojone, no ale wciąż wieje, choinka przewrócona… ale szopkę mamy… O tym później, bo muszę się otrząsnąć z onego szoku. Wiecie, bez urazy, były i krzyże w Netto i dziwne różańce, więc niby design może wszystko, ale serio, przecież tu pogaństwo kwitnie!!!

Helloł!!!

No ale…

Gudhjem…

Cudowne i puste. Piękne, niesamowite. Z tym światłem tak sporadycznym, co ja mówię, jakim sporadycznym, na palcach jednej ręki nawet nie można policzyć ile onych słonecznych dni były – dzień liczymy tak do trzeciej tutaj, wiecie. Taka klimata w tej części Wyspy. No niestety. LOL Ale jednak, i tak, spacer tymi uliczkami, postanie w miejscu zderzenia skał, betonu i morza…

Bez nikogo za plecami.

Jest cudem.

Prawdziwym.

Uwielbiam je takie, choć wolałabym oczywiście nie tak ciepłe, ale cóż. Mój śnieg pewno w tym roku nie nadejdzie, może w przyszłym, może nigdy, może trzeba do Kiruny jechać? A może po prostu nie wiem… zapomnieć o zimie? Po prostu opisać to jako wietrzny czas, bo przecież wiać nie przestaje. Wciąż wieje i wieje i wieje… most zamknięty, most otwarty dla odważnych, potem znowu problemy z promem…

Ech.

Szopka.

No właśnie, wiatr wiatrem, może ten wczorajszy ją porwał? Nie wiem, boję się podejść, bo przecież spłonę kurcze. Stoi taka na małym, zielonym oczywiście trawniczku, obok takiej figurki srającego psa, wiecie, co ma odstraszać psy by nie srały, choć jakbym psem była, to bym srała gdzie inni, no ale…

… więc ona tam sobie stoi. Chyba wycięta z drewna, tudzież sklejki, ale nie dotykałam. Kolorowa, podświetlana, taka 3D. Ma główne postacie i jakieś dziwne chyba przesłanie, czy coś, ale podobno kliknąć w to trzeba. Jak się zbiorę w odwadze swej, tudzież wezmę odpowiednie leki, to wiecie, sprawdzę. No chyba, że odfrunie, tudzież jak choinka się obali… albo ktoś ją zdemontuje?

No co?

Razi moje pogańskie uczucia LOL

Przede wszystkim kiczowatością jakąś. No i nie pasuje tutaj. No weźcie no. Co to ma być, nagłe nawracanie na przeciwko zadka muzeum? No serio. Znaczy co, drzewo tam wycięliście, kochałam je, takie piękne było, wycięliście, więc już jesteście źli, niegodni powietrza i tyle!!!

Won mnie z tym!!!

Ojojojjj… może się kobieta czasem serio zdenerwować tutaj.

Albo wiecie, to znowu wiatr.

Ten huraganik, co się nam przytrafił był straszny, na szczęście nie tak długi, ale popalić dał. Znowu będzie trzeba sprzątać, choć kto by pomyślał, że takie rzeczy uniesie, przewróci i porwie? No serio. Przecież my przyzwyczajeni? No a może jednak nie. Może to wszystko się zmienia i…

A!

Żeby nie było!!!

Jak traficie na te wieści o tym, że poziom wód ma się podnieść o pół metra dookoła Wyspy, to się uspokójcie. Po pierwsze to dopiero za 80 lat, a po drugie, wody dookoła tak opadły, że serio, przydałoby się. Dziwne rzeczy zaczynają na plaży rosnąć, wsio jakoś tak się zmienia jak na Salene Bugten u nas na Melstedowej plaży. Pięknej plaży z rzeczką szemrzącą…

… i widokami…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pustka… została wyłączona

Pan Tealight i Wyspoaktywny…

„Okazało się, iż na Wyspę sprowadził się Wirus.

Oczywiście, że był uczłowieczony, personalizacja w końcu tutaj jest za free!!! Jakoś tak się dzieje, że każdy, no dobrze, prawie każdy, jest kimś. Czymś więcej czasem nawet. Wiecie, jakby no… każda mieszanka była dostępna. Jeśli ktoś czuł, że chce rogi, dostawał je, ogon, proszę bardzo, nawet ze wstążeczkami, pleciony w drobniutkie warkoczyki, czy też z pierścionkami, czy…

No wszystko.

Ale Wirus…

… kurde, z nim był problem. I problem ów sam był sobą w sobie własnym bytem. I tak dalej. No wiecie. Jak każdy to każdy, więc… na dodatek, oczywiście Wirus miał swoją misję, a oni jakoś nie chcieli zbyt wcześnie dowiadywać się z czym przylazł. Serio, samo imię im wystarczyło. Witamina C była w użyciu, herbatki, miodziki i nalewki, więc… problem pojawił się w rejonach dezynfekcji, no i widzicie… ona dezynfekcja zaczęla oddziaływać na wszystkich. Tych przyjmujących ją na zewnątrz, oraz tych, co decydowali się na wewnętrzną zmianę…

… i… tia…

Były jeszcze odorki.

Były, oj były.

I zaczęły wiecie, zmieniać samego Wirusa… i w tym momencie, nagle jakoś tak, nikt już nie mógł podjąć jakiejkowleik decyzji. A przecież byli przygotowani na wszystko, naprawdę, choć zbliżał się Jul i świat dookoła nie chciał się dopasować do ich oczekiwań i pragnień, ale…

No właśnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zimowe nawiedzenie” – … ech. No dobra, naprawdę miałam GIGANTYCZNE oczekiwania jeśli chodziło o tę książkę. Naprawdę wielkie. Szczególnie po pierwszym tomie, bo tak, ta powieść jest tak ściśle powiązana z „Letnią nocą” tego autora. Dan Simmons w poprzednim tomie rzeczywiście był jak słynne „Stranger things”, ale wiecie, z własną opowieścią i własną strasznością, tak naprawdę tylko banda dzieciaków na rowerach się zgadzała.

Ale ksiązka była mega.

Ogromna, wielka, dużo czytania.

Klimat, straszność, może niezbyt wsio nowatorskie, może niektóre elementy naprawdę nie dokończone, ale… naprawdę dobrze się ją czytało, więc, gdy tylko „Zimowe nawiedzenie” się pojawiło… dorwałam je i…

… jestem zawiedziona.

Wszystkim poza okładką.

I tak, jeśli nie czytaliście „Letniej nocy”… będą spojlery! Bo nie można mówić o tym niewielkim tomie – tak, to było pierwsze zaskoczenie, rozmiar – nie wspominając o bohaterze, który w poprzedniej książce zginął za wcześnie. Super inteligentnym, niesamowitym, wyrazistym. Nadzwyczajnym… tym samym, który w pewnym sensie, a może i w wielu objawia się tutaj?

Bo przecież o czym jest ta książka? Dale, jeden z ocalałych bohaterów, powraca do swego rodzinnego miasteczka i wprowadza się na farmę naszego pamiętnego bohatera. Wprowadza się by pisać, ale w rzeczywistości, jakoś tak dokończyć to, co zaczął, rozpatrzyć swoje życie… i wszystko to robi. Jest dorosły. Po przejściach. Z tajemnicą i… kurcze, zdaje się być niesamowicie głupi. No serio… czarne psy i nie wiesz o co chodzi? Z tym wykształceniem?

Litości!!!

Kolego!!!

W tej książce od początku wiesz co z czym się je. Kto kim i dlaczego. Po prostu… bo widzicie, tak naprawdę nic się nie dzieje. Poza grupką dzieciaków, psami i szeryfem nie ma nic. Ni tego strachu ni szkoły, ni jakoś wplecionych onych wspomnień. Jest historia życia niezbyt szczęśliwego, a poza tym nic. Kółko… spanie, śnienie, może nie, może śnienie może widzenie może… nic nie ma, może coś jest.

Problem w tym, że mnie, czytelnika serio to nie obchodzi, bo ja nie chcę Dale’a, chcę Duane’a!!! Uświadamiam sobie to zbyt wcześnie i możliwe, iż nie daję nawet mini szansy tej powieści. Ale nie, tak naprawdę, ta powieść jest nudna. I wzwód jej nie pomógł. I dziwna scena łóżkowa i brak wyjaśnienia co na górze, a co na dole i nagły wskok mitologii egipskiej, którą ubóstwiam, a w której literacji się zagubiłam bardzo mocno… kto to kurna tłumaczył?!!! Nie…

Serio, można pominąć tę powieść i czuję się tym zwierzeniem naprawdę, brutalnie oszukana, bo uwielbiam tego autora!!!

Co do uzupełniania nieistniejącej biblioteczki… czy raczej budowy od nowa mego życia… oto są następne, kilka nowości, no i dwie podstawy. Bo jak bez nich żyć. Jej, tak brakuje mi całego Tolkiena, wszystkich Jego opowieści i innych książek Bradley i oczywiście Pratchetta… ech…

Ciemno.

Nagła cisza nastała na godzin tuzin może… ale i tak wciąż za oknem na morzu coś migota. Niby w ciągu onych kilkunastu godzin statki powinny zniknąć z naszego akwenu i powoli udać się tam, gdzie mają, wiecie, przed nadejściem kolejnego sztormu, który nadejdzie. Już go zapowiedzieli. I będzie kiepsko… i ci, co zaplanowali sobie, tudzież zwyczajanie muszą, po prostu to przetrwać, wiecie…

Martwią się…

Ale… bardzo często, gdy wieje z jednej strony i nie jest to ona nasza, widać z okna całą ferię światełek. Po prostu całe skupiska, tudzież nawet i sznury. Niczym lekko rozdmuchane choinki unoszące się nad wodami.

Morze, to dziwna sprawa.

Serio.

Tak naprawdę, poza tym, iż to woda słona, a w rzeczywistości ląd ponad oną wodą, to ile o nim zwykły człek wie? No, że pachnie, można się utopić, że faluje i wszelakie ma muszelki czasem i kamyczki oraz żyjątka, które uznają nas za smacznych. Wiecie, miło z ich strony, co nie? Ekhm… Bo na przykład taki rekin to ino nadgyzie, a potem nic z tego, tosz to przecież nie dość, iż marnotrastwo, to na dodatek jeszcze kompletna paranoja. No weźcie no. Czy on wypluwa one cząstki, czy przełyka z obrzydzeniem we swym pięknym, no i wciąż pływającym ciele?

Serio.

Tak wiem, może i dziwne pytanie, ale wiecie, u nas rekiny rzadko. Chociaż przy tych zmianach klimatycznych, to wiecie, może już niedługo?

Oj…

Ciemno.

W onej ciemności poza morzem świecą się gdzie niegdzie nieliczne, świąteczne światełka i zaczynam podejrzewać, że serio dwaj sąsiedzi postanowili w tym roku pójść w jakąś rywalizacje. Niby nie można jeszcze głosować, kto lepiej, ale serio… przy takich wiatrach? Jeden poszedł w wielką figurę Mikołaja, który zmiennym jest, czasem ma dynię zamiast głowy, czasem wiosnę czuje, wiecie, taki szokujący gość z zaaburzeniami osobowości. Światełka dookoła i choineczki… no wsio białe. Bo w końcu na tej Wyspie białe i takie w barwach moczu światełka to zdaje się być kolor obowiązkowy dla wszystkich. Jak wywaliliśmy swoje niebieskie na zewnątrz…

… bałam się, że nas zlinczują.

Szczerze.

Bo ten napad bieli wszędzie, no jakoś tak mnie kompletnie nie przekonuje. Naprawdę. A już te sikane żaróweczki, wprost kodszmar. No cóż, ale jednak na nie się zdecydowali i jako posiadacze większego metrażu domowo-ogrodowego, mają większe pole do popisu. przede wszystkim też mają płot, a dokładniej żywopłot, więc, no cóż, jakoś tak im się lepiej w to wpasować. Jakoś…

Ci na przeciwko, cóż, wolałabym by się spięli i podnieśli naszą choinkę, która kilka tygodni temu się wywaliła. I tak leży. Nie rozumiem dlaczego nie zasadzą tam większego drzewka i poczekają aż dorośnie. Wiecie, mniejsze też fun, a poza tym mogą walnąć światełka na drzewko, które tam stoi i kotwicę.

No weźcie no…

Ale miało być o sąsiedzie numer dwa. No więc on ie ma żywopłotu, zwykle sprzedaje ziemniaki, ale teraz ma zieleninę gałęziową, więc walnął coś co przypomina dziwne dildo – okay, to chyba ma być świaczka oraz zielone i czerwone lampki, pewno mające symbolizować naszą flagę… ale… jakoś tak niechlujnie.

Ogólnie wsio niechlujnie.

Ale, który wygra?

Żaden? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyspoaktywny… została wyłączona

Pan Tealight i Koniec Pieśni…

„Ona była końcem.

Nie refrenem, nie wstępem, niczym, co nie jest oczekiwane. Znaczy jest, ale ona była onym ZASKAKUJĄCYM Końcem Pieśni. Wiecie, co to pozostawiał w milczeniu tych najbardziej gadatliwych, co zaskakiwał niezaskoczonych i doprawdy kulturalnie wzmacniał w każdym poczucie samoświadomości.

Wiecie…

Końcem.

Ale jednak też i końcem… może i upragnionym dla jednych, nazbyt wzruszonych, łkających, niemogących oddychać, a może i jednak wkurzającym dla tych, co to oczekiwali czegoś innego. A tutaj… niczego już nie będzie. Żadnej części kolejnej, żadnego nawet wznowienia z nowym twórcą, czy też wiecie, chociażby i jakiejś parodii, a może i jednak czegoś więcej…

… wyjaśnienia?

Koniec Pieśni była staruszką kruchą, odzianą w srebrzystą pajęczynkę, ale żadnego zboczenia, nic z tych rzeczy, nic nie było widać… po prostu ono odzienie było też czymś… niedokończonym. Podobnie jej włosy, rysy twarzy, oczy lekko mlecznobiałe. Uszy lekko wydłużone, zdobione cekinami, oczywiście odpadającymi, gdy tylko się poruszyła i znikającymi gdzieś w powietrzu niczym nuty…

… zagubione.

I nie umiała śpiewać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Policja.

No więc…

… widzicie, u nas policja – politi – ma takie białe autka. Wiecie, by lepiej widzieć, czy coś? A może by nie być widzianym, no ale… Jeden gość, 18 lat to w końcu tak niewiele, ale i wiele, więc gość, pomylił sobie takowe autko. No pojazd niekosmiczny z taksówką. Żeby nie było nie jechałam jeszcze nigdy ni jednym ni drugim, więc sorry, nie wiem jaka różnica. Poza napisami, oczywiście… no ale… młody sobie wiecie, drzwi otworzył, usiadł i… tak się zastanawiam kiedy tak naprawdę to do niego dotarło?

No wiecie…

Wzruszająca prawda. LOL

Ale, nie oceniamy, każdemu się może zdarzyć. Ekhm, no dobra, mi nie, ja raczej polazłabym z buta, ale wiecie, tym takim bardziej zasobnym. Hihihi!!! Ciekawe ile czasu by mi zajęło takie łażenie w ciemności. Tak sobie teraz myślę, bo przecież u nas jest ciemno tak serio, na maksa!

Tak, że widać nic.

Naprawdę… poza oną ciemnością i może jakimiś kształtami na niebie czy morzu… oczywiście, że zależy to od księżyca, ale poza tym, czarność. Ciemność. Dziwny coś poruszające się przy drodze. Te wszelakie kształty i cienie nieistniejące, a jednak dziwnie jesteś ich świadomy. I te dziwne dźwięki… tak głośne, donośne, a potem się okazuje, że to ino mały ptaszek.

Ale czy zawsze możesz być tego pewny?

Przy każdym takim dźwięku?

Nie… w końcu i u nas są zboczeńcy i u nas są wszelacy popaprańcy i pomieszani ludzie. No naprawdę. Szczególnie teraz, jak wciąż wieje. Wiecie, gdybyście przegapili, to nadal kurna wieje!!! Ja już nie wiem jakie oni mają baterie, ale może jak wianiem ktoś se prąd robi, to wiecie, może se wiać do woli.

Perpetum mobile!!!

No ale…

Jak wieje, to człek się nieczęsto śmieje.

No i wiecie, tak iść jeszcze jak wieje, jak czasem i popada, jak ona ciemność człeka tak otula… i nagle światła samochodu, po prostu ze strachu można się… pokupciać się. Naprawdę. Bo człek w pewnym momencie się przyzwyczaja i ta ciemność staje się coraz bardziej jakaś taka znajoma, przyjazna i see through.

Nagle widzisz wielkiego jelenia po prawej.

I gigantycznego Mikołaja po lewej.

I naprawdę, uwierzcie, żadne nie jest jakąś wizją z przyszłości, przeszłości, czy też efektem zażytych emulsji, dymków czy jednakowoż płynów. Albo ciał stałych mniej lub bardziej. Wiecie, co komu. Bo ten po prawej, to jest całkowicie prawdziwy i czeka na swoje sarny. I tak naprawdę pewno całkowicie go nie obchodzisz i kompletnie nie ma na ciebie chrapki, azaliż woli stada nie pokazywać twojej, i tak ślepej, postaci… a ten po lewje. No wyględnie też prawdziwy ino, że dmuchany.

Albo co gorsza taki, co wciąż dmucha…

Dmuchają w niego, by żył!

Oto i metafora życia jest.

Albo jesteś tym po prawej albo tym po lewej. Albo sam decydujesz czy cię dmuchną, albo gadasz ino wtedy, jak w tobie dziurkę zrobią. A dmuchają jak im się podoba. Albo cię wcześniej, już w listopadzie wystawią, albo wiecie, zapomną i dopiero zaraz przed Wigilią, bo to w końcu był prezent od teściowej. A potem się okazuje, że teściowa jednak nie przyjedzie, a na dodatek przysłała trochę kasy, to stoisz tak do marca jak jakiś dziwny… no obraz nieszczęścia.

Choć na ulotce pisali, że zabawka dmuchana i świateczna.

Takie życie.

I to jeszcze w ciemności, co zaczyna się teraz w okolicach 16tej… by trwać do siódmej rano. No bo przecież… chyba, że jednak mroczny dzień jest, to nie odróżnisz rana od nocy i wiesz, że tylko łóżko to zrozumie.

Ale mu nie pozwalasz…

A potem sny dziwne masz.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koniec Pieśni… została wyłączona

Pan Tealight i Pomigotliwianie…

„Unosiło się w powietrzu, jakoś tak niby nad horyzontem, niby na wyciągnięcię łapy… unosiło się… jako takie coś magiczne, ulotne, przepiękne, romantyczne i już od razu gotowe do złożenia się w tomik poezji.

Nawet się rymujące.

Nawet zaśpiewne.

Pomigotliwianie.

Coś, co tak naprawdę nie było czymś, osobą, bytem, ale raczej widocznym i odczuwalnym świadomie, uczuciem… mrowieniem w okolicach onych wszelakich, wielkich definicji, którymi uwielbiali się otaczać tak zwani wielcy ludzie, robiący innym z mózgów sashimi czy inne tam sushi.

Albo klopsa.

Wiecie, znacie ich. Zawsze wiedzący wszystko, chociaż gdzieś w połowie ich gadania zdajecie sobie sprawę, że przecież gdzieś to już słyszeliście, tudzież mózg się wam wyłącza i przestajecie słuchać, ale dla grzeczności, bo na nieszczęście byliście na grzecznych wychowani, klapiecie łapami jak foka jakaś. Albo inne tam zwierzątko rybką w wodzie karmione, albo kawałkami teściowej…

No co?

Że Pomigotliwianie nie istniej…

… no jak to nie? Przecież je widzę, wisi nad horyzonetem i robi to, co umie robić najlepiej. Migotliwi. I przynosi światu wsio to, co najczęściej niewidoczne dla większości, wiecie, kto by tam patrzył, każdy zasłuchany, zatelefoniony, jakoś tak, mocno zakołopotany w siebie samego i świat cały, który bombarduje go swoimi problemami, które to nagle są ważniejsze, niż te jego i…

… istnieje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr…

Czasem, a może ostatnio boleśnie nazbyt często, zdarza się, że wieje tak, iż człek już nie daje rady. Zaczyna go nosić, co w nocy raczej nie jest sprawą pożądaną… i naprawdę się nie daje, no nie daje istnieć, gdy tak wieje już od ponad miesiąca. Naprawdę od ponad miesiąca nie mieliśmy takich kilku dni kompletnej ciszy.

To takie dziwne.

Widać po ludziach, że są bardziej podenerwowani i jacyś tacy zadziwieni. Rozbici, potargani wewnętrznie i ogólnie mówiąc rozwiani. Tak naprawdę. Bo gdy nagle czujecie, że coś w ściany wali, a dach trzeszczy, to jednak się nie daje tak jakoś wytrzymać dłużej. Jakby się w człowieku coś naprawdę załamywało. Jakby się coś naprawdę kruszyło i wszelako nietrzymało pionu i poziomu tam, gdzie poziom i pion być powinien.

No naprawdę.

Sami sobie przypomnijcie, kiedy to ostatnio taki mocny wiatr czuliście na sobie i ścianach dookoła siebie. Gdzieś w psychice i wszelkiej wewnętrzności, która zaburzona oną całą cywilizacją odłączającą człowieka od natury, no jakoś tak nie kuma o co loto, i że to prawdziwa zwyczajność, i że naprawdę tak się właśnie człek winien czuć. Bo tak po prostu jest i tyle.

Jestemy my jedno…

… czy jakoś tak, by już nie brzmieć jak jakiś wielce stary i praszczurowaty szaleniec wszelakiej bezmyślności.

Chociaż, może lepiej pobrzmieć takoś jakoś?

Może?

Ech, wszelako przyznaję, że jednak do wiatrowości nie da się przywyknąć. A może raczej nie da się nauczyć ciała, by dawało sobie siana w te dnie, kiedy strasznie wieje z tej „psychicznej” strony.

No bo… człek oną wiatrowość nosi w sobie i nas sobie już od dawna. Na pewno przywykł do niej w taki sposób, iż jak za zbyt długo nie wieje, to pierdolca dostaje z całkiem innej strony. Jak wieje w ten sposób dodający energii i pedzący do działania, to się cieszy i robi co ma, ale ostatnie wiatry są takie bardzo mocno właśnie oddziaływujące na mózgownicę, więc… więc się człek męczy.

Ciekwe, czy w końcu jakoś to się unormuje chociaż?

Wiecie… no choć na tydzień? Że będzie wiało, będzie chłodno, ale może i zimowo jakoś tak? Prawdziwie? Tak by można było poszaleć w lecie i połazić i jakoś nie czuć się dziwnie i jakoś odetchnąć duchem pełniejszym, no i jeszcze na święta, czy jak to po mojemu brzmi, to wiecie, na cały grudzień, było śnieżnie i wszelako mroźnie czasami może nawet? No bo serio, naprawdę… zimy mi się chce.

Sklepowy update.

Powiem tak, jak zwykle klepię się po pleckach, że co trzeba było zrobić i skołować, to zrobiłam i skołowałam w listopadzie. Serio. Bo teraz jak się wchodzi gdziekolwiek, to nie ma nic. I nie że obniżki tego, co zostało, nie… oni zamawiają ino tyle, by z początkiem grudnia mieć puste pułki i zadziwienie na ryjach tych, którzy sobie pomyśleli, ech moż by jednak dodać tych lampek.

Bo choć wieje, to chce się przecież światełek.

Świąteczności.

W Lidlu pustki, w innych sklepach też. Znajdziecie pojedyncze rzeczy, najczęściej te najmniej lubiane, wiecie, albo i najdroższe… albo te kompletnie niechciane i tyle. Oczywiście, że może i niektórzy liczą na to, że zamówienia internetowe jednak dotrą na czas, może jednak wolą zakupy robić on line, ale…

… biorąc pod uwagę jak nasza poczta NIE działa, to wiecie…

Dziwne to wszystko.

I jak tu się uświętować, jak i świąteczmości nie ma w sklepach, ale też i jakoś ta wietrzność, no serio, nic ino stanąć i krzyczeć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomigotliwianie… została wyłączona

Pan Tealight i Miś, co był za morzem…

„I był za morzem, lecz nie za górą, no wiecie…

Nie każdy może mieć wszystko.

Nie.

Ale on był za morzem i naprawdę oczekiwał czgoś więcej. Wiecie, po tym, jak mu powiedzieli, ze to koniec wycieczki był skołowany, wiało i bujało, było zimno i w ogóle, ale jednak miał być za i jak spojrzał w tył, to ono morze, morze, które przepłynął w onym metalowym pudełku na zapałki – ale te większe – rzeczywiście było za nim, lecz gdy przeszedł parę kroków znowu było i obok niego i przed nim nawet, jak go poinformoali, ogólnie mówiąc wciąż dookoła…

… więc, jak można przepłynąć morze?

Może można przepłynąć go kawałek, wytyczoną ścieżkę, która mniej faluje, której fale udało się kapitanowi wyminąć, bo popłynął kawałek dalej na północ, a potem wymanewrował tak, by nikt nie spawiał na wyczyszczoną tapicerkę. Może… choć wątpliwe, jak ono czyszczenie tapicerki.

Bleeee…

Puszka na ludzi i samochody kompletnie się mu nie podobała. Była jakoś tak dziwnie za mała na niego. A przecież nie był małym misiem, a jednak ni pięter, ni szaleństw, po prostu użytkowość i miejsce z kawą i ciasteczkami i kiełbaską… wiecie, podobno miały być frytki, ale jakoś wciąż im nie wychodziły…

Może to wina olejów?

Miał naprawdę nadzieję, że nie silnikowych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czarny Piątek.

Wciąż nie rozumiem.

Ten cały poniedziałek cybernetyczny… nie wiem, może zwyczajnie, ponieważ mnie nie stać, więc wiecie, może gdybym miała masę kasy i tak dalej?

Może byłoby inaczej?

W końcu co ja tam wiem o tym świecie ludzi nie patrzących na ceny? Nie myślących, że nie, nie mogą, nie teraz, może kiedyś. I wiedzą, że ono kiedyś nigdy nie nadejdzie, że przesrane będą mieli zawsze, a jeszcze na dodatek łeb ich tak rąbie i zatoki i naprawdę, naprawdę… Naprawdę!!!

Co ja wiem?

Nic.

Niczego nie wiem, a może raczej nie rozumiem w tym świecie. Onego pędu ku niektórym rzecom, onego pożądania najnowszego… no dobra, są książki, oczywiście, ale przecież, no weźcie no… przecież czas i tak jakoś to poskłada. Przecież to dziś będzie wczoraj jutro i naprawdę… nic się nie zmieni z nową, wielce modną parą gaci… A właśnie, jeśli o ciuchy chodzi, to o co loto z tą modą na ciasne i przykrótkie spodnie u facetów? Wiecie, te w wersji: „czy masz wodę w piwnicy?”? Serio? I do tego albo dziwne skarpetki albo gołe kostki, które u facetów nie są czymś…

Dobra, nie gadamy o fetyszach!!!

No więc… albo ta cała reszta jak kurtki dżinsowe z futerkiem białym, modne za czasów mojej podstawówki. Jeszcze ino piramidy i mój świat modowy zatacza koło. No naprawdę!!! Czemu ludzie zakładają ciuchy, w których wyglądają dziwacznie. I to jeszcze wiecie, trza ich klepać po pleckach, bo one szmatki drogie i firmowe, a teraz tylko to się liczy, że coś takiego masz na dupie czy cyckach…

… więc…

Przecież wyprzedaże dają więcej, więc dlaczego akurat… czy znowu jest to jedna z tych rzeczy, której nie umiem zrozumieć w ludzkiej stadności? Lubieniu wspólnym jednego boga, rzeczy, przedmiotu. Posiadaniu akurat onego typu dziwnego krzesła w kolorze dziwacznie żółtym, co to do niczego nie pasuje i liście monstery oczywiście i złoty ananas… tyle lat już to modne, wciąż czycone w designie i…

… nie rozumiem.

Tyle się mówi o byciu wyjątkowym.

Wyspa na pewno jest wyjątkowa.

Wciąż…

Nawet po tylu latach.

Wietrzna, goła teraz taka, może i świąteczna, ale jednak, jednak

A w ogóle, to obchodziliśmy rocznicę wielkiej wichury… Tak, jakby ktoś wątpił wciąż w wietrzne moce. Znowu odwołane promy, promy wymienione na wolniejsze, znowu strach. Czasem sobie myślę, że ten strach przed wiatrem, sztormem, jakoś tak tkwi tutaj w ludziach. Bo przecież oni wiedzą, przecież ich dziadkowie jeszcze polegali tylko na onym morzu…

A może pradziadkowie?

Nie wiem, czasy stały się tak porąbane, że już niczego nie wiem.

Ale ten Czarny Piątek… Szwecja. Lund, Malmö… ludzie wszędzie, wielkie wózki, matki i ojcowie, wrzeszczące dzieci, i to serio takie maciupkie, pieluchowate, co nie chodzą, już ze swoimi, kolorowymi, wielkimi ipadami, ich matki z telefonami i… każde jest w jakimś świecie i każde jest, ale go nie ma… Staje toto w przejściu i ni yminąć ni zabić. Same problemy no!!!

Serio, dziwna była ta Szwecja ostatniej podróży. I chociaż padał pierwszy – dla mnie – śnieg, to jednak. Nic jakoś nie wychodziło, nic się nie udało. Nic nie świeciło. Jak się okazuje, Szwedzi nie rozświetlają się tak wcześnie jak Wyspa. Hmmm… muszę to przemyśleć, ale i tak cieszę się, że nie popłynęliśmy w Mikołajki, bo sztorm ma być znowu jak nie wiem co. Jakoś… nie wiem, ale w tym roku ona jesień taka mocno smutniejsza, przygaszona. Jakaś niejesienna. Jakbyśmy nie zasłużyli na kolory, światło i cały ten kruszący się aromat.

Albo wiecie, może już nie będzie jesieni?

Wyspa…

Dla mnie jedyny świat, gdzie wciąż nie wszyscy przyklejeni do urządzeń, gdzie wciąż jeszcze pewne sprawy są trochę bardziej naturalne. A może ostatnie takie miejsce? I to nie tylko dlatego, że w wielu miejscach u nas zwyczajnie internet nie dochodzi. LOL Serio… ma się wciąż te czarne dziury.

Czarnych Piątków raczej nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miś, co był za morzem… została wyłączona

Pan Tealight i Bujak Wołowy…

„Bujał się w Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane taki wiecie, no wołowy koleś z grzywką.

Rudzielec kompletny, ale jeśli chodzi o fryzurkę, to nie dość, że grzywka, loczki, podcięte, wyczesane… Po prostu perfekt. To jeszcze dodatkowo takie lśniące, takie prawdziwe, naturalne i całkowicie chemicznie nie rozjaśniane, czy coś. No zwyczajnie ideał, ale na czterech i wszelako z zacięciem.

Mocnym zacięciem.

Muczącym nawet.

Dobra, ponieważ mieszkał dość daleko, to wiecie, zwykle łapał ją tak z przyczajki. Gdzieś jak była na spacerze niedaleko jego sadyby, po Wyspie. Gdzieś jak odeszła dalej od domu i… bo widzicie, Pan Tealight niezbyt go lubił.

I to z wzajemnością.

Tak jakoś nie umieli się polubić. I naprawdę nie wiedzieli, czy to przez ich wzajemną, całkiem odmienną naturę, czy jednak coś więcej, coś innego, coś demonicznego a może coś… boskiego nawet? Nie wiedzieli. I to nie wiedzieli obydwoje. Próbowali raz to obgadać pod Stosownie Starymi Ruinami, ale jakoś im nie wyszło. Najpierw on dołem tamten górem, ppotem niby miało być na górze, ale Bujak Wołowy nie mógł, więc chcieli dołem, ale ludzi tyle było… i nie wyszło.

Jakby wszelakie moce przeciwko nim spiskowały.

I jeszcze nie cierpialy na brak połączenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podróż.

Wiecie, jak się bidok w podróż wybiera, jeszcze taki, co mieszka w miejscu, który własny kraj jakoś mocno pomija… więc by mieć tańszy bilet rezerwujecie go miesiące do przodu. Inaczej nie da rady. Znaczy, inaczej mnie nie stać. Niby na to też człeka nie stać, ale człek wie, że wysłanie poczty ze Szwecji to po prostu albo wysyłanie dwa razy tyle, albo zapłacenie połowy tego, co tutaj…

A pamiętajmy, że poczta ta sama.

Ale widać bidnemu zawsze w oczy wiatr i… oczywiście, że akuat się okazało, że w dzień, który wybraliśmy nie dość, że sztorm, to jeszcze kurna ten piątek. Wiecie, ten, co to jest czarny. Chociaż nie wiem, czy w ogóle można wymówić to słowo, czy jednak używać czegoś jak: mocno grafitowy, tudzież ciemnoszary?

Poprawność polityczna w mordę siebie mać…

No więc człowiek liczy te dni, liczy, potem widzi, że tu bilety wykupione, tu wykupione, kurcze, tam też już nie ma… oj pewno, że to w końcu się okaże znowu ściemą i one bilety pojawią się magicznie bo Fjolslinjen robią takie rzeczy od zawsze, ale prasa już o tym nie pisze, bo kocha ich szalenie… wiecie, władza się w gazecie głównej zmieniła, to i podejście nagle lizodupne…

No więc bierze co jest.

Bo na to tylko go stać… i czeka.

Może zlożyć w ofierze to i tamto, ale nigdy nie wie. I pewno, jak tylko się budzi, to od razu słychać ono buczenie, wycie, walenie. I już widzisz, że informują cię o tym, iż jak najbardziej ludzi mogą wieźć, ale jednak psy nie, świnki te nie… bo wiadomo, chociaż, wiecie… ekhm…

Everybody lies!!!

No więc ładujesz się na prom z lękiem w duszy…

Wiesz, że buja.

Po prostu wiesz.

Będzie źle, musisz to przetrwać, słuchawki w uszy, wyłącz nos, wysikaj się nim prom wyjdzie z portu – serio polecam podobnie jeśli chodzi o drugą stronę… eee, znaczy stronę podróży, nie człowieka, wy świntuchy!!! No weźcie no!!! Po prostu idźcie siusiu czy numer dwa, szczególnie w żeńskich przybytkach, przed wejściem promu w okolice portu. Bo potem kolejka taka, że szok!!!

Aaaaaaaa!!!

I panika od razu!!!

I buja.

Rzuca człekiem z prawej na lewą. Spoglądasz przez okienko i niby nic, ale rzucasz okiem w prawo, przez całą małą, ciasną niepotężność promu i widzisz jak to, co zwą horyzontem… tańczy. I już wiesz, że lepiej nie patrzeć na te światełka. Bo oczywiście wciąż ciemność. Świt wstanie dopiero w Ystad. A może i kawałek przed… a przed tobą jeszcze tak wiele. A czasem…

No właśnie, czasem, a pamiętajcie, że ja bez avio się nie ruszam, błogosławiony Bóg Aviomarinu niech będzie – i ten, co go stworzył… ale jednak, mózg wciąż pracuje, on wie, że coś nie jest tak z oną „ziemią”, po której łazisz, czy też, na której siedzisz… no i jakoś takoś przesuwa się z prawej na lewą.

Jakby no, chciał ci przypomnieć, że nie uciekniesz przed strachem i tymi, co popuszczą. A wielu popuści. Na szczęście w ten rąbany piątek udało się bez wielkich zapachowych bomb. I rozbryzgów i tak dalej.

YAY!!!

Ale i tak najfajniej było zjechać z promu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bujak Wołowy… została wyłączona