Pan Tealight i Mleko Bogów…

„… się było i rozlało.

Wiecie, zbił się ten dzbanuszek niebieski, ten w granatowe kształty wiekuiście się zmieniające, z krowią mordką ten, ukochany przez wszystkich, co go tak sporadycznie używali… od święta… i z tymi no… elementami żeńskimi, no wiecie, nie żeby faceci ich nie mieli, niektórzy mają, ale czy dają mleko? Czy zostały przeprowadzone badania? Pan Tealight coś tam szukał w onych nowomodnych Internetach, ale ich Bóstwa doprawdy nie do końca były dla niego zrouzumiałe.

… więc nie dyskryminując, elementy chyba już nie są żeńskie? Chociaż, jak tak mocniej, po krowiemu pomyśleć, to krowy aż tak nie mają chyba z tym problemu i po prostu jakoś takoś, jedne mają te tam, a inne mają ino taki węższy patyczek, wiecie, woreczek, dmuchana rękawiczka gumowa i…

… no co?

Pan Tealight naprawdę miał na nie ochotę, nie żeby do herbaty. Co jak co, ale onej angielskiej bawarki nie trawił. Z czasem, a jak każdy wie miał go w sobie wiele, to jakoś tak, no po prostu nie… znaczy spróbował raz, ale był to taki koszmar, no i wtedy te wulkany wybuchnęły, więc jakoś takoś, po prostu jednak wolał nie próbować po raz kolejny. Wiecie, może to jego ten Efektowany Motyl na cel sobie obrał? W końcu to dziwny byt był, więc czemu nie… nie uznawał jego Pradawności, zbliżonej do jego własnej, więc wiecie… no jakoś tak…

Się rozlało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mleko.

Mleko dookoła.

A gdy człek wstawał, było słońce. I gorąco było i duszno i wiecie co… i ngale nic z tego. Coś nagle się zmieniło, człek to odczuwa gdzieś w środku i nagle, na przykład wyłażąc z kibla, no wiecie, ciemność…

Bo za oknami mleko.

I dziwny ziąb, gryzący właściwie.

Havgus znowu.

A miał być deszcz. A miało być mile pochmurnie, a może jednak słońce miało być, kurcze, juz człek nie wie, bo prognoza pogody zmienia się często. Znaczy wiecie, ta dostępna on line. Nie, że człek ma tutaj jakąś stację pogodową i sam przewiduje co tam się narodziny aurowo następnego dnia… no i…

Havgus.

Zielone pole… biel nad nim, biel dookoła, biel wszędzie i ona oczojebna zieleń polna jakoś tak się przez to przesmykuje. Jakoś tak się pokazuje. Jakoś tak… przesmykuje przez krople w powietrzu i jeszcze bardziej się zieleni.

Wszystko.

Nawet ono mleko…

Ale to zimno, wkradające się do domu przez każdą szparę, a przecież to już koniec czerwca, czy to zwyczajowe, jak zwykle, czy jednak nie? Nie wiem… nie pamiętam. Rok temu były rzepakowe havgusy, ale teraz, już dawno po rzepaku…

I drzewa przekwitły.

I prawie lato?

Nie no, lato…

Granice otwarte dla wybrańców i Niemcy podobno seryjnie poszaleli. Na granicy takie kolejki, prom wykupiony, więc podobno nie można nawet mieć nadziei na wszelaką, jakąś, no wiecie, spontaniczną przejażdżkę… ale tak szczerze, to podobno i tak trzeba mieć dowody na wykupione co najmniej 6 noclegów, więc…

Co to za spontan?

Nie wiem…

Teraz podobno mają być w lipcu darmowe wycieczki, ale tylko na one, wiecie, na małe wyspy? Hmmm? Ciekawe jak to całe rozdawnictwo się sprawdzi? W końcu pamiętajmy, że „państwo nie posiada własnych pieniędzy”. Małgośka miała rację. Ale nikt jej nie słucha. Wszystkim się wydaje, że o tamto państwo lepsze niż moje, a w rzeczywistości wszystkie lecą jak za jakimś, odgórnie narzuconym grafikiem. przyspieszyć rozwój, jebnąć w ekonomię…

Biedny i tak będzie biedny.

Bogaty się wzbogaci.

To się nie zmienia.

Ale havgus, on wciąż jest taki… dziwny. Jak, wiecie, filmy o zombie… gdy z mgieł nage wylaniają się potwory, albo mgły wielkiego Avalonu, tudzież inna wszelaka magia. Albo, one welony podnoszace się z czasie sabatów. Stoisz przed nim, jesteś w nim, obok, w środku, gdzieś poza i nage część ciebie oddaje się onemu zjawisku.

I więcej…

I dziwniej.

Masz wjechać do Gudhjem, temperatura zmienia się w ciągu sekundy z 25 stopni na 18… normalność… otacza cię mleko.

Ale już jesteś tutaj, bezpieczny, w domu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mleko Bogów… została wyłączona

Pan Tealight i Trochę Żyjątek…

„Eeee no trochę było ich zbyt wiele.

Właściwie ino o to chodziło, że było ich wiele, naprawdę wiele i jeszcze były dość sporawe, no i na dodatek… w ogóle były nie tam, gdzie powinny.

Wszędzie.

Malutkich, pełzających i latających, gryzących, wżerających się, podskórnie działających, oraz takich, które doprawdy wiedziały jak się do kogoś przyczepić. Tak naprawdę. I na zawsze… wiecie, bo gdy Żyjątka się zakochały, to na zawsze, do końca i nadparanormalnie.

Po prostu.

Najwierniejsze w miłości.

I… żywotności.

Tudzież, no wiecie, kontakt karmiciel i żrący… tak też to działało. Feedersi tacy i tyle. Nie żeby taka miłość była gorsza, no wiecie, w końcu każdy kto kocha, to jednak trochę traci na umysłowości, nie oszukujmy się.

Miłość, to jednak niemózgowa sprawa… chemia znaczy jak najbardziej, ale wiecie, rozumek raczej nie…

Działa?

Przecież każdy potrzebuje miłości, no i to jeszcze w tych czasach, czyż nie są one Żyjątka idealnym symbiontem?

Alien?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W oddali słychać szum morza.

Dziwna cudowność, która, gdy usłyszałam ją po raz pierwszy, wieki temu, zdawała się być drzewną burzą… w oddali słychać szum morza, a ty człowieku plewisz podjazd, bo nie chcesz używać randapów i innych skurczysyństw. Tak, oczywiście, że okoliczni mają cię za idiotę, tuzież niedouczone CUŚ, ale…

… plewisz…

A morze szumi.

Dżwięki tutaj są takie dziwne.

Niektórzy się do nich przyzwyczajają, inni znowu odkrywają, że zawsze za nimi tęsknili, a jeszcze inni, uciekają. Nie da się inaczej. Bo dźwięki włażą w człowieka i jakoś takoś zmieniają i twoją muzykę. Oną wewnętrzną nutę, która niegdyś była znajomą, ale od jakiegoś czasu zupełnie do ciebie nie pasowała, więc zrobiłeś ten krok i spotkałeś oną Wyspę… zakochałeś się, może i przeprowadziłeś i nie możesz już żyć bez fal, wiatru i mew…

Po prostu.

Dla ciebie to jest zwyczajne.

Że już nie możesz.

Zmieniłeś się, znaczy, wiesz, że to Ona dokonała onej zmiany, ale jednak, jakoś tak próbujesz sobie wmówić, że może sam jakoś do tego dorosłeś… nie, szybko tracisz takie zapatrzenie w siebie i od razu, zwyczajnie przyznajesz jej rację.

To Ona.

Wyspa cię zmieniła.

Nawet twoją wewnętrzną muzykę, nawet one drgania, pragnienia i marzenia i jeszcze, jakoś tak… coś wzbudziła, obudziła… nowego, a może tylko uśpionego, coś, co miałeś w sobie, ale bez Niej w życiu byś tego nie poruszył nawet. Nie zauważył, nie… no wiecie, pominął na zawsze…

Plewisz…

Zwyczajowa robota.

Nie ma co, człek ma dom, musi plewić… nie, chcce raczej, bo ma w sobie oną dziwną moc, która mu wmawia, że idealność jest drogą jedyną, nawet jeśli pedantyczność nie należy do twoich zachowań wyuczonych, wiesz, że ją w sobie masz.

Masz.

No i wsio czyste i wyplewione tak pięknie wygląda i brzmi…

Bo nagle wszystko dla ciebie brzmi. I wiatr i ptaki i trawa wzrastająca, kropla rosy zagubiona, za spadająca, czy też mniej romantyczny, ale jakże ludzki, wiecie, smark z nosa… nie oszukujmy się. Coś leci. I też muzyczy. Co za miejsce, że wszystko ma jakąś melodię? Co za miejsce z tej Wyspy?

Kurcze no!!!

Ja wiem, że te linie geomantyczne i tym podobne…

Ale…

Zwyczajowe czynności tak naprawdę stają się nie mniej czy więcej zabawne i wszelako uświęcone przez to, że co chwilę możesz sobie spojrzeć w morze. Wciąż czujesz zmęczenie, nie latasz nad ziemią, nic z tego… nie czujesz się mniej zmęczony, czy bardziej skory do roboty, pragniesz piękna, ale jednak… to morze, ten dźwięk…

Szumi…

Brzmi.

Nie jesteś sam…

I choć właśnie użarła cię mrówka, nic to, bo morze szumi… i choć wiatr urywa łeb i wiesz, że będziesz migrenę miał zapewnioną, to i tak… ten szum, ten kolor, ona ciągła zmienność morza, jest cudowna!!!

Na zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trochę Żyjątek… została wyłączona

Pan Tealight i Morska Kapustka…

„Podobno dobra była na kasę.

Na wszelakie podstawy magiczne, na zaklęcia i te i tamte…

Ale też wiecie, tak zwyczajnie, no podstawowo, to mogliście sobie ją do sałatki na świeżo, czy suszoną… ale, wszyscy o tym zapomnieli. Znaczy, no prawie wszystkim, bo Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane coś tknęło i pochyliła się nad lekko ino poruszającym się lustrem morza, odważnie, wpatrzyła się w oną neonową drążącość i zapytała, czy można, czy naprawdę i za ile i jak…

Zapytała.

Nikt tego nie robił.

Nikt jej, zwykłej, morskiej roślinności ni o pozwoleństwo ni o zdanie nigdy nie pytał, no w ogóle, to było coś, co się nie wydarzyło i nigdy nie miało się zdarzyć i w ogóle, maskując wzruszenie i starając się nie zczerwienić…

Była zaskoczona… a potem powiedziała jej o wszystkim.

Wszystkim.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Autostopem przez galaktykę” – … no tak. Najpierw był film. Wiem, dziwnie, ale nie mogłam dostać książek! Serio! No i ten film, bez urazy, ale to jedno z onych dzieł, które uwielbiam i tak, głównie przez Marvina!

No co, depresyjne drzwi są boskie!!!

Ale… co do książki, to wiecie, jest taka jak film, ino trochę dziwna. Bo rozdzialiki są króciutkie jak… no wiecie, bardzo króciutkie i nagle, te same słowa, te same zdania, może niektóre elementy ino odmienne lekko, a jednak…

Nie wiem.

Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie mogę się w nią wczuć. Bez urazy. Słowa tworzą intrygujący, fascynujący świat, komiczne sytuacje, wszelakie osobowości, które zwyczajnie aż proszą się o scenariusz i… no tak, to trochę bardziej scenariusz niż powieść, ale… wydaje mi się, iż to tylko i wyłącznie dlatego, że najpierw obejrzałam film.

Moja wina.

Wydanie piękne. Tłumaczenie super!

Polecam!!!

Słońce, trochę deszczu i już czerwiec.

Kiedy to wszystko minęło? Znowu tłoki w sklepach, znaczy tłok w sklepach, nie że ciągle siedzę w jakimś samochodowym z częściami… no co, tam nie dają tłoków? LOL Ale… oczywiście nikt nie zachowuje jakiś tam środków ostrożności, podobno otwarte granice hordy Niemców szturmują, bilety na promy wykupione…

No nie wiem.

Ech…

Zobaczymy jak to będzie.

Chociaż, przyznam się, że nie do końca wiem, czy chcę to wszystko oglądać. Trza będzie się chować przez dwa miesiące jak zwykle i tyle… jak na razie pogoda sprzyjające, nie mogę uwierzyć, że jeszcze nie pływałam. Ale jakoś… albo wiatr, lbo zimno nocą, albo jakoś tak człek kicha… no wiecie…

Ale…

Czerwiec, początek lata prawie, więc trzeba po prostu się odważyć i skoczyć, co nie? Na bombę… no może nie, bo przecież u nas raczej niewiele bezpiecznych miejsc do skakania… LOL raczej szczerze bym odradzała. Ale… niektórzy naprawdę próbują. W końcu mamy tutaj wszelakie sporty, wiecie, są i te falowe, niebezpieczne, znaczy na deskach, jest i inna deska i…

No deski są.

A na nich ludzie…

Trochę to zabawne.

Hmmm…

To wszystko, co się dzieje, tak naprawdę… jakoś dziwnie się dzieje. Niby niektórzy granice otwierają, ale nie wszyscy. Co mnie fascynuje, to w jaki sposób inni przejadą przez zamknięte granice, by dostać się do onych krain otwartych?

No wiecie…

Oficjalnie otwarci jesteśmy dla „wybrańców”. Norwegia podobno ino dla Skandynawii… spora część wciąż domaga się kwarantann, ale czy ktoś się podejmie kontrolowania tego? Bo nie oszukujmy się, ale, przecież świat się kręcić musi, a taki świat, jaki stworzyliśmy, oparty na otwartych granicach, cóż, nie istnieje już…

Ta dam!

Na dodatek nawet Empik podwyższył realizację zamówień z 24 godzin na 6-8 dni!!! Daczego? Przecież podobno wsio w Polsce okay? A może nie… nie wiem, boję się wiadomości wszelakich, uciekam od nich, nie chcę wiedzieć, jakoś… mam dość. Więcej, nie oszukujmy się, po prostu się boję, bo nic nie wygląda tak, jak powinno. Wiecie, jajko jak jajko, pomidor jak pomidor, nawet nie pachną już jak należy…

A może to ja nie znam onych nowych aromatów?

Wiem jedno, manipuacja ludźmi dzięki onym social mediom i tym podobnym, zapewne i telewizji czy co tam teraz jest, powtarzane te same zdania nawet w tak zwanych influencerskich vlogach, blogach i tym podobnych sprawia, że mój brak wiary ino się utwierdza. Czyli, jestem ofiarą onego chłopca, co to krzyczał, że wilk czy pożar, i znowu teraz może zacząć krzyczeć, ale tyle razy wpuścił mnie w maliny i jeżyny, że…

Odpuszczam.

Muszę zająć się sobą.

Swoją rodziną.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morska Kapustka… została wyłączona

Pan Tealight i Zielony Kolejny Na Szczęście…

„Jaka to kurna była presja!!!

No serio!!!

Rodzisz się powoli, niby odłamek ino z czegoś większego, ale jednak… potem lata, wieki szlifowania o wszelakie dna i wydobywania z siebie onych zielonkawości i lekkich tknień czerwieni i jeszcze kryształowych spęknięć. Po prostu perfekcyjność, pasująca do dna dłoni. Gładkość idealna…

Tak…

Pracował nad tym…

I oczywiście nad sobą. Nad swą siłą i wszelaką umiejętnością szczęściodawania… no wiecie, w końcu był zielony. Taki już się narodził, taki się odłamał, miliony lat w środku skrywał, klasery na znaczki, pamiętniki, zapisy takie i owakie, oraz albumy pełne zdjęć… by tylko wiedzieć, co to szczęście.

Ale jednak…

Ale jednak, wciąż był w tym wszystkim zielony. Leżąc na plaży pełnej innych większych i mniejszych kawałków wszelakich skał, przybyłych z falami, wydobytych z dna, narzuconymi przez prące ziemie i wiatry, wstrząsy i potrząśnięcia, a może i Kamienne Wróżki… bo były takie, nader muskularne dziewoje. Seryjnie. Ich siłownie to były dzieła sztuki kamieniarskiej! Ale zwykły człek nie mógł ich oglądać. Zresztą, lepiej żeby nawet nie wiedział i o nich… to trochę za wiele…

… dla ludzkości, wiecie…

Ale, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane go podniosła, to wiedział, że tym razem będzie łatwiej. Bo ktoś, kto właściwie nigdy nie był szczęśliwy, może łatwo zostać uszczęśliwiony…

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żarcie.

Lody i kebaby!!!

To jedna z tych rzeczy, na których się nie znam. Znaczy, no wiecie, byłam gdzieś w knajpie, której już nie ma, wiele lat temu na obiedzie. Potem odkryłam, że podany mi sos był tym samym, który można było nabyć w pobliskim sklepie i trochę mną trząsnęło. Raczej, szczerze mówiąc, zwyczajnie człowieka nie stać. Restauracja to coś drogiego, albo nie wartego swej ceny i tyle. Ale też, wiecie, zwiedziłam ino dwa czy trzy przybytki na Wyspie, więc nie oceniajmy tak całego miejsca.

Może i są fajne knajpy…

Z knajp wiem ino tyle, rodzą się i umierają szybko. Zwykle tak, wiecie, sezonowo. Najpierw, jak ze wszystkim, wielkie ogłoszenia, chwalenie w gazetach, wszelakie pienia nim ktokolwiek cokolwiek zeżarł, a potem…

Koniec.

Zmienność jest wyspową sprawą.

A raczej słomiany zapał, czy jakoś tak. Wiecie, ile można znieść knajp na metr kwadratowy! Otwierają kolejną w Gudhjem w miejscu, gdzie był historyczny już sklep elektryczny. Na pamiątkę nabyliśmy lampkę, artystyczną całkowicie… czarny klocek drewniany i wielka żarówka do niego.

I tyle… piękne to jest, pasuje, ale wiecie…

Smutno po sklepie będzie.

Ech…

Dodatkowo w wiatraku, który mam nadzieję wyremontują przy okazji, a który chwalebnie też został takoś jakoś sprzedany nie do końca, też ma być knajpa. Jak byliście w Gudhjem, to wiecie, że są zaraz obok siebie. Poza tym, na przeciwko jest knajpa, co to niegdyś była piracka, ale ludzie się oburzyli, że Jolly Roger tam wisi i… właściciel się zmienił i tyle… potem zaraz w dół naleśnikarnia, knajpa tajska, czy coś w ten deseń, oczywiście sławetna na rogu numerowa i jeszcze…

… i jeszcze w porcie i…

No dobra, nie znam się.

Co do ryb, to jest rybak, który przypływa do portu, ale wiecie, przypływa w czasie, gdy zwykły, eeee… człowiek, jest w robocie i tyle. Możesz się obyć świeżą rybką. A rybka polecam, bo wiecie, to rybka taka dla leniwych. Już sfiletowana i jeszcze na tacce, coby ludzie się czuli jak w sklepie… a grill w porcie też jest, więc jak ktoś chce na grilla, to może, a jak kogoś suszi, to wiecie… suszi, nie?

LOL

Tak, sławetnie na sushi też się nie znam.

Poza tym, że są robaki…

Ale… nie o tym miało być. Miało być o odkryciu sezonu, właściwie czymś co odkrył Chowaniec, no wiecie, mięso… otóż, ma on nie tylko dostęp, ale wgląd do wszelkich kucharzy na Wyspie. Źle to brzmi, że ma wgląd, ale do pracy zamawiają żarcie. No i od jednego nie było to nic fajnego, ale od innego… hmmm… No i akurat, jak stwierdziliśmy, że raz w roku można na drogie lody – prawie 30 DKK za gałkę, ale wiecie, 3 już się lepiej opłaca – czyli Kalas Bornholm… no więc były zajebiste. Tak wiem, temat zmieniam. Ale seryjnie, rabarbar smakował jak rabarbar, podobnie truskawki, no i granat, zwyczajnie bajka!!!

Ale ta firma chyba ani razu mnie nie zawiodła.

No i te widoki jakie mają, w ogóle, to Sandvig w końcu…

Mniejsza…

… chodziło o to, że na przeciwko tym razem zaparkował Bornholm Pa Hjul, którego spotkać możecie w różnych miejscach Wyspy a i w Ystad. I wiecie co… hamburger piękny. Ideolo, wsio na miejscu, łącznie z robieniem kotlet, koleś po prostu widać od razu, że to szef kuchni, co nie chce pracować w wielkiej restauracji, ale sam dla siebie, wiecie, bez presji… i był mega. Tak twierdzi Chowaniec. Co do hot doga… ech, no dobra, mam problem z mięsem. Nie lubię, nie smakuje mi, no i jeszcze mi po nim dziwnie flaki działają, ale…

Coś mnie tknęło.

Widzieliście kiedyś perfekcyjny obraz?

Taki, w którym wszystkie kolory działały, gdzie naprawdę wsio śpiewało i pasowało, nawet posypane parnmezanem i nie w bule, ale we wrapie grubszym, pełnoziarnistym, co nie dał wypłynąć sokom, ale też nie namiękł strasznie i jeszcze kiełbaska… nie papier, ale mięso z przyprawami!

Prawdziwymi i warzywa i sos… ale nic ciężkiego, żadne majonezy, nie, żaden chamski keczup, nie… po prostu… dobra, no i cena, za wielki obiad, bo wrap rozmiaru talerza, więc się zwykły człek najje oną piękną, artystyczną kreacją, kiełbaskę itp… a wiem ile kosztują te kiełbaski, płacicie ino 50 DKK.

A, zapomniałam, że tam bekon jeszcze był.

Kurde…

Nie, oddałam Chowańcowi…

Polecam strasznie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zielony Kolejny Na Szczęście… została wyłączona

Pan Tealight i Smok z patyka…

„Na piaskowej plaży…

… bo wiecie, w rzeczywistości one wszelakie plaże są różniste. Bardzo bardzo różniste i bardzo, a nawet nadzwyczaj nadzwyczaj różnorodne. I zmienne jeszcze są. W pewnym momencie piaszczyste, a potem znowu kamieniste, tłukące stopy, urywające głowy jak tylko zawieje, głazowate nawet są…

I tak naprawdę, to one same nie mają pojęcia o tym, jakie będą dziś, jutro, co gorsza, nie wiedzą, gdzie i kto mieszka, kto o ich istotności, dizajnie i tak dalej, zawiaduje… nie wiedzą i wiecie co? Wcale im to nie przeszkadza. Ona niewiedza. Nie męczy ich niepewność, bo zadufane lekko w sobie, a może raczej asertywne, jeśli chodzi o plażo shaming, to one jakoś tak zawsze się sobie podobają…

Bo przecież zawsze są piękne.

Zawsze.

Czy ze sobą współzawodniczą? Możliwe… ale tak naprawdę, każda z nich uważa, iż jest tylko jedna jedyna taka, a nawet, może li i jedna prawdziwa. Wiecie, piaszczysta, piękna, biała cudownie, mięciutka, ale nie obsypująca się i nie waląca piachem w oczy, więc… po co w ogóle o tym myśleć…

Lepiej je podziwiać.

I leżącego na jednej z nich, w onej miękkości piaszczystej…

… Smoka z Patyka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Havgus time!

Wciąż jeszcze, a raczej tak się wydaje, że wciąż jeszcze, w końcu to jego czas, nadal. Rok temu gdy kwitły rzepakowe pola sprawił, że przez tydzień nie można było oddychać, a pranie wieszane na zewnątrz zmieniało się w cuchnące szmaty… ale ona żółć w powietrzu, wszelakie połyskiwanie, dziwność i zimność i gorąc…

I teraz, przez chwilę, świat zasnuła biel.

Havgus napływa dziwnie złowrogo… czasem to tylko zimno, czasem linie wrzątku i gryzącego chłodu… no i biel, mglistość, ale nie do końca znajoma. Za każdym razem dziwnie nowa, zaskakująca, zmuszająca do badań… smakowania onej inności, która odbiera horyzont. Czasem na dzien czy dwa, czasem, jak teraz, tylko na chwilę.

Jakby zwyczajnie tylko chciał o sobie przypomnieć.

Na wszelki wypadek.

Przez kilkanaście minut świat, który dotąd był bardzo słonecznym, ciepłym dniem, zmienia się w mleczną gęstość. I chłód. Nie żebym narzekała, ale jak nagle człek przebywa po drugiej stronie Wyspy i wraca do domu i nagle ma wjechać w oną biel, to zdarza się mu zatrzymać na onym skraju, ideaalnej granicy i dotknąć ją…

… jakby się miały wypełnić, wiecie, one opowieści o skrywanych miasteczkach i zmakach, wyspach i krainach wszelkiej magiczności…

Jakby…

Nic za nią nie istniało.

Za onym welonem chłodu.

Wszystko dookoła znika jeśli jesteś w śordku.

Dla tych na zewnątrz, to ty znikasz i kot Schroedingera jest nagle namacalnym eksperymentem. Bo przecież Gudhjem tak jest, ale jak go nie widać, to czy jest na pewno, a drzewo w lesie, czy dźwięk wydało, wiecie… mgła, to też jakoś oddziaływuje na człowieka. Coś z nim robi, nie tylko nagle odbiera zdolność widzenia dalej, więcej, ale przede wszystkim otula, chroni, zamyka, zabiera tylko dla siebie.

Chciwa.

Niechcąca się dzielić.

Havgus jest mocą magiczną. Nie no, pewno że jest to też opisane, zwyczajowe zdarzenie fizyczne, miejscami chemiczne, może i biologiczne… no wiecie, natura, chyba że ktoś tam ma maszynkę i wypuszcza se takie mgliste puffki… ale poza tym jest w nim magia. Raz człek cuje się przerażony, innym razem znowu, w końcu zrozumiany.

W domu.

Chciany i naprawdę zaopiekowany.

Czy można w ogóle tak powiedzieć? Że człowiek jest zaopiekowany? No wiecie, z czasem przebywanie we mgle zmienia człowieka.

Nawet jak havgus nie tyle go pożera, co wdziera mu się otwartymi drzwiami i oknami prosto do domu. Do jego miejsca. Jego ostoi i bezpieczeństwa. Do jego królestwa, czy też raczej, tak se człowieku myślałeś, a tak naprawdę, to nic z tego… nigdzie nie jesteś ni bezpieczny ni odcięty… i nic nie jest twoje do końca.

Na amen z pacierzem!!!

PS. Myślicie, że w końcu mi piwonie zakwitną? Bo podobno padać ma…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smok z patyka… została wyłączona

Pan Tealight i Pierworodny…

„Nie człowiek.

No nie…

Przecież to by było za proste, naprawdę!!! I nie siódmy siódmego, czy jakieś inne matemtyki. Nic z tego. Po prostu Pierworodny. Myśl największa. Genialny eksperyment, jednakowo i świnka doświadczalna i swój własny plan i jeszcze największa niepewność, bo przecież pierwszy, choć…

Niepierwszy.

Ale jednak ten, który jako pierwszy wyszedł z onej… ekhm, miejscówki, o której serio wielu myśleć nie chce, choć dla jeszcze innych stanowi, jest, oną najważniejszą osobowość. Oną idealność… oną…

Pragnienie.

Tak, zawsze pragnienie, ale i odraza.

Bo przecież wszystko zależy od okoliczności, wszystko zależy od tego jak co się składa, rozkłada i jak bardzo chce. I nie chce. I czy na pewno dobrze się zasiało… myśl i pragnienie, niepewność i odraza, oraz coś, co można odrzucić i na tym się uczyć. I na tym się ubogacać, ale też…

I to poświęcić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zachody słońca, wschody słońca…

Jeden dzień względnej pochmurności, choć i tak jednak słońce wylazło i zaczęło napierniczać, ale trochę popadało. Czy jeden dzień w miesiącu wystarczy takiej wilgotności? Nie sądzę, ale wiecie, lepszy rydz niż muchomor, chociaż…

To też zależy.

Ale wiecie, ten dźwięk kropel łomoczących o dach i ściany, naprawdę był mega, jednak to, że ziemia wlaściwie nawet nie wydaje się tknięta wilgocią, to jakoś tak, trochę, no wiecie, kiepsko mocno. Ale może w nocy… może przed tymm wiatrem, który znowu ma nadejść, może jakoś kurcze, no wiecie, jakoś jednak popada mocniej?

Ostatnie lata naprawdę nas nie rozpieszczają deszczem.

Naprawdę.

No i jeszcze Turyścizna.

Ech, przyznam się, że nie tęskniłam. Na dodatek pewne rzeczy się tak mocno i dziwnie pozmieniały, że naprawdę, jakoś tak u nas w Gudhjem… smutnawo. I już nawet nie chodzi o wycięte drzewa i przepiękne krzaki koło muzeum, ale przede wszystkim, o wszystko. Naprawdę… ogólny smutek i nerwowość. Z jednej strony każdy jakoś się stara, z drugiej, przyjezdni nie respektują naszych obaw i strachu…

Ten sezon będzie pamiętny.

Miejmy nadzieję, że jakoś jednak…

No wiecie, da się przeżyć. Mieliśmy kolejny długi weekend, teraz już ciurkiem robota bez świąt, ale… dla blogera to raczej nie ma wolnego. Nawet takiej idiotki, która na tym nie zarabia, wiecie, wiekuiste prace społeczne. A może… może naprawdę robię to tylko i wyłącznie dla siebie?

Egoistycznie w pełni?

Wschody słońca, zachody słońca…

Przyznaję, że z mojego domku, prawdziwego domku, wciąż nie do końca odmalowanego i wcale nie umeblowanego, to wiecie, raczej jakoś je widać. Panoramicznie. Po jednej stronie wschoy, po drugiej zachody, one wszelakie pomarańcze, ostre, palące słońce, a potem fiolety i róże wszelakie… cudowne. Ale…

Bo ja chcę pochmurności.

Bo męczy mnie, że o 22giej wciąż jest jasno i mnie to wykańcza.

Strasznie.

Wiadomo, każdy jest inny, jednemu pasuje jasno innemu ciemno, chociaż, nie oszukujmy się, jestem w mniejszości strasznej. Tej, co kocha zimę i może jesień, tej wielbiącej pochmurności i wszelakie cienie, chowającej się i gdyby mogła wybrać, to wiecie, właściwie niewidzialnej, aczkolwiek… cóż, wciąż kobieta, więc zmienną jest.

LOL

No dobra, ale jednak nie aż tak.

Wiecie co mnie jednak mega zaskoczyło, iż przyznanie się do tego, że czeka się na zimę, że kocha się zimę, to jakoś tak ludzie wrzeszczą na człowieka. Od razu hejt się podnosi w internetach. No serio? Co za debilność w tych social mediach? Nie no, pewno że zdaję sobie sprawę, że boskim hejtem w dzisiejszych czasach, to można oberwać za totalnie wszystko, ale jednak pogoda? Serio? Tak to razi twoje uczucia religijne, czy rasę, że kocham zimę?

Rany Mariany!!!

Ech ludzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierworodny… została wyłączona

Pan Tealight i Ząb Głupotności…

„No dobra, kiedyś chyba istniał, ale potem gdzieś zaginął, czasy się zmieniły, Wszelakość Wszechświatów się popierniczyła i…

Wypadł z obiegu.

Ludzie też się do tego przyczynili, no sorry… Czernobyl!!!

Ten od dziwnie pojmowanej mądrości był już taką popłuczyną własnej nawiności, że serio, można było się spokojnie go pozbywać. Bez urazy, chociaż… z drugiej strony, jeśli pęcherzyki mają przestać wycinać, bo znowu stają się przydatne, więc może i on się jakoś odrodzi? Choć nie, wyrostek to wyrostek, jednakowoż magiczność części wewnętrznych człowieka, ujawniała swoje moce dopiero pod rękami maga, który rozcinał wciąż drgająe, często krzyczące ciało…

… i odczytywał przyszłość.

Albo coś innego.

I te serca, no dobra. Rzeczywiście z nimi było trochę inaczej i ciało dziwnie odczłowieczone spadające, turlające się po schodach onych zigurratów, piramidalnych wymyślunków, a może… może jedynych prawd?

Ząb Głupotności jednak powracał.

Powoli, ale jednak…

I jakoś nie wiedzieli, co o tym myśleć. Naprawdę. Bo przecież, może w rzeczywistości już jakoś się ujawniał?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mam!!!

Wychodzi na to, że raz na 3 miesiące dostaję trochę książek… wiem, żałosna jestem, ale w moim słowniku opis brzmi: biedna. Tudzież, moim spokojnym zdaniem durna na te obecne czasy i tyle!

Dzień…

Jasny.

Oj tak, znowu mamy suszę, kurka wodna, znowu jakoś tak prawdziwie na jednej stronie Wyspy temperatura o wiele wyższa, u nas niższa, bo wiecie, przecież nie można mieć tego jakoś tak po równo, więc… więc po prostu odwala pogodzie.

Nie padało nie wiadomo od kiedy.

Znaczy nie pamiętam deszczu. Po prostu nie pamiętam. Dziwne… i strasznie mi go brakuje. I wiecie, że nie znoszę gorąca… a przecież ono nadejdzie. Nie oszukujmy się. Tak będzie i tyle… lato. Pieruńska sprawa. Jakieś truskawkowe księżyce, jakieź eklipsy, najdłuższy dzień… wszystko za rogiem.

Wszystko…

No i jeszcze Księżyc, Saturn i Jupiter się będą, wiecie, do zdjęć ustawiać, bo przecież, no każdy kurna chce być sławny. Może i one chcą o sobie przypomnieć? Czemu nie, ludzie szaleją, więc może i jest jakiś niebiański Skybook?

Trza będzie to przetrwać i tyle.

Oddychać i może nie myśleć i może… wiecie, odpuścić sobie?

Może?

Kogo ja chcę okłamywać? Przecież i tak nie popuszczę. Wsio ma być na maksa i na full, nie ma innej opcji!!! Tak się działa w świecie porąbanego perfekcjonizmu, który tak naprawdę perfekcyjny nigdy nie jest. Nigdy!!!

Naprawdę.

Pola się zażółciły i przekwitły.

Teraz wszędzie zieleń.

I łabędzica z sześciorgiem maleństw. Wciąż nie rozumiem dlaczego określało się, znaczy Andersen dowalił im przydomek „brzydkich kaczątek”. No weźcie, przesłodkie, włochate lekko pieprz i sól kolorowe są…

… ale…

Wydaje mi się, że kiedyś widziałam takie zdjęcie, łabędź i dzieci, właśnie takie, gdy w dość wietrzną pogodę rodzic wozi je w sobie. Właściwie tak to jest. Wdrapują się one od dołu i nagle spod piór wystają ino one dzióbki przesłodkie, plamki szarości na idealnej bieli kołyszące się na falach, ale nie na tych największych, o nie, rodzic nie da sobie piór z tyłka wyrywać. No przynajmniej nie długo… po jakimś czasie już siedzą na morskiej zieleni. Wiecie, na takiej trawiastej polance, która pojawia się tuż przy brzegu, ale jakby wciąż na morzu, gdy spacerujecie brzegiem morza… cudownie zielona, miejscami buraczana w kolorowości, zawierająca niesamowite rośliny wodne, którym ona solność nie przeszkadza…

Choć przecież i tak mówią, że Bałtyk się docukrza wciąż…

… więc… może o to chodzi?

No więc mamy fale, mamy łabędzie… chyba parę, tak serio, to przyznaję, że nie wiem jak odróżnić chłopca od dziewczynki… wygooglam sobie. Ale… poza nimi mamy rzeczkę prawie wyschniętą i jeszcze parkę skrytą w młodych trawach i kamyczki i wodrosty, i jeszcze one inne kreacje na białym piasku.

Takie artystyczne.

Ech… przynajmniej jest plaża.

Przynajmniej… kurna, ale od słońca nie mogę oddychać, więc na co mi plaża?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ząb Głupotności… została wyłączona

Pan Tealight i Poraninka…

„Poraninka nie była nią.

Poraninka nie była też nim…

A taka była, że jej nie było, nie istniała, ale Pan Tealight czuł, że musi być wymyślona. Może jako czynność, może jako danie, ale musi zaistnieć! I to już teraz, a może… a może jednak jeszcze nie teraz. Nie wiedział… po raz pierwszy nie umiał podjąć deyzji, z jednej strony miał w sobie ono uczucie i wizję, a z drugiej, jakoś tak, bardzo mocno, bardzo dziwnie…

Jakby nie mógł się zdecydować.

On?!!!

Przecież nigdy tak nie było. Białe białe, czarne czarne, ten ma żyć, tamten nie, wiedział to wszystko nim jeszcze ktoś zadał pytaniem, nim się zauroczył, wahał… nim nawet pomysł na oną ideę, która miała zrodzić wątpliwości i rozgawory, się narodził… Nim wszystko się ustaliło, nim nawet…

Tak, a teraz…

No patrzcie na niego.

Przedwieczny Wątpiący!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to tak…

Polska nie, Szwecja nie… przynajmniej na czas 1 czerwca, gdy to piszę, czy merry dzień dziecka wszystkim!!! LOL Ale Niemcy tak, Islandia i Norwegia też, ale Finlandia nie… takie kurna negocjacje zaszły w rządzie. Jeśli chodzi o otwieranie granic, to może po wakacjach, ale… tak naprawdę, jeśli Duńczyk chce, to se może pojechać czy polecieć nawet na drugi kraniec świata, a co! Nikt mu nie zabroni.

Podobno Grecja jest full open?!

Serio?

Oczywiście nie dla Szwecji, bo wiecie, teraz wszyscy się mszczą za to, że Szwecja się nie zamknęła. Tajemnicą niejednego poliszynela jest, że wielu to wykorzystało, wyjechało do Szwecji na kilka miesięcy, może nawet będą próbowali tam zostać…

Może?

Bo ten spokój, poza oczywiście miejscami, gdzie najeźdźcy przejęli dzielnice, jest niesamowity. W tych miejscach zielonych, dzikich właściwie, niesamowitych… czy mogłabym mieszkać w Szwecji? Nie wiem, nie sądzę… prawnie, to dla mnie kraj jeszcze bardziej pokręcony niż Dania. A tak, Dania też ma swoje szaleństwa, szczerze. Ale jednak… helleristningery tam są przecież.

Tyle rzeczy do obadania, tyle do…

Wakacje… letni domek może? Ale kąpiele!

Oj nie, tam szczerze są potwory w morzu!!!

Wielkie!!!

Na przeciwko mnie stoi helikopter.

I nie, nie jest to zabawka.

Otóż, przede mną, a dokładniej przed moim kawałkiem ziemi, który za dwa miesiące będzie już mój od roku!!! O kurde, ale ten czas leci. Pamiętacie naszą przeprowadzkę… pewnie nie, czy ja ją pamiętam? Pamiętam ból. Utratę. Poczucie okradzenia, oszukania, cierpienie… ale też nowość, wszelaką inność, a jednocześnie, jakby człek tutaj od zawsze… hmmm, dziwny jest mózg ludzki, dziwne jego uczucia…

Nie mózgu uczucia, ludzia uczucia!

No rany, o czym to ja?

A już wiem… no więc zaraz obok, ino, że na przeciwko mego największego z okien jest pusta posesja. Cudo, które z chęcią bym kupiła i zrobiła z niej cudowny, bajkowy sad. Jabłonie, czereśnie i kilka brzóz by wkurzyć sąsiada… bo podobno ma alergię, dlatego wsio wycina… pederasta. Tlen niech se odetnie, bez urazy, ale pyli wsio jakiś czas, nie cały czas jeśli chodzi o drzewa czy krzaki, no weźcie no… trawy okay, ale daj im urosnąć i będziesz żył. Zresztą, zastanów się dlaczego cię tak to alergiuje…

Na tej, wspomnianej posesji, pustej, wygolonej prawie z trawy, wylądował helikopter, bo wiecie, koleś co ją kupił kilka lat temu, to ląduje sobie tutaj raz, dwa razy w roku – mam nadzieję, że nie będzie częściej, swoim maciupkim, ale cholernie głośnym helikopterem. Wyobraźcie sobie jak idiotycznie to wygląda, gdy w dzielnicy willowej, czy jak to zwał, wiecie, domki rodzinne, nagle ląduje sobie takie gówienko.

Przecież to absurd!

Podobnie jak sławetny bopælspligt… wiecie, w domu, który się kupi, poza sommerhusami, należy mieszkać co najmniej przez 180 dni w roku, a nie pozwalać im się walić, nawet nie wynajmować ich, a ludzi szukających tu domu jest masa… więc wytłumaczcie mi absurd, że nie można oddelegować kogoś, by zebrał kasę z kar, ukarał, wszelako wysatwił mandaty… czyli zebrał cash no, bo nie mają na TO pieniędzy.

No przecież to generuje kasę…

Ello głupoto!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poraninka… została wyłączona

Pan Tealight i Wieczorynka…

„Jak sama nazwa wskazuje, pojawiała się wieczorem.

I nie, nie miała ni usypiającego piasku skradzionego spod poduszki śniącego w dzień Dziadka, ani opowieści, nie…

… miała młotek.

Gumowy.

Wiecie, czasem najlepsze są one pierwotne, podstawowe wyjścia ze zbyt skomplikowanych sytuacji. A ona umiała walić. Od razu zaliczałeś komę. I nie, nie, że na zawsze, wprost przeciwnie, umiała tak rozłożyć siłę i dobrać miejsce byś śnił przez dwie godziny, pięć czy osiem… albo ile wypisałeś w pozostawionym przy łóżku kwestionariuszu. Oczywiście, od ciebie zależało, czy byłeś szczery i wypełniłeś wszystkie zaznaczone na „must” rubryczki. Bo wiecie, Wieczorynka nie tolerowała niedomóień.

I była pedantką.

Straszną.

Do onych granic możliwości, gdzie przypiłowywała gałązki, które mijała, tylko po to, by wracając sprawdzić, czy równo odrosły…

Serio.

Oczywiście nie była tania, ale kto by nie zapłacił za dobry, pełen cudownych snów sen? Trwający tyle ile się chce, na dodatek tyle ile organizm jego potrzebuje, bo umiała to wyczuć i czasem, ale doprawdy sporadycznie, lekko naginała granice myśli i dorzucała pytanie o one… wiecie, konsultacje senne…

I ludzie się decydowali.

Za friko!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay…

Większość ludzi uznaje Duńczyków, a przynajmniej tak wynika z mojej małe ankiety, za spokojnych, Wikingów, wszelako dziwnych w sprawach cielesnych ludzi. Wiecie, no oni od razu przechodzą do sedna wszelkiej sprawy, wprost pytają… możliwe, iż to po prostu sprawa językowa, tutaj nie ma, pardonów, czy azaliż wżdy, czy dłońc mógłbym wpierw musnąć swym wąsem nieistniejącym, bom właśnie się zgolił na czysto, psze pani… Tutaj nie mówi się proszę pani/pan, ale po imieniu, wszyscy są na Ty, więc dla Europejczyków… ale i innyczyków…

Są specyficzni.

Niegrzeczni nawet.

Powiem, że to sprawa religii, języka, braku wychowania, tudzież wychowania… po prostu różnych czynników, które kształtują takiego… no właśnie, nie ma czegoś takiego jak typowy Duńczyk. Czy żre te dziwne buły czy nie, czy obsesyjnie kupuje człowiekowy kage na urodziny, pije kawę, je leverpostaja… no dobra, tak, jeszcze młotek Thora na łańcuszku, ale zapisanie do Folkekirketa być musi… wiecie, inaczej nie pogrzebią.

Ale wszyscy zapominają, że Dania jest Dłuuuga…

I ma wyspy.

Wiecie i warstwy.

Nie oszukujmy się, ci na północy mają inne priorytety, niż ci na południu, a ci na wyspach obchodzą ich tyle, co wakacje czasem, jak nie chcą akurat gdzieś w inne kraje, choć wolą w inne kraje, ale wiecie one sommerhusy!

No więc, jak to jest?

Nie wiem.

Jest aspołeczna, ale patrzę, słucham… umiem się schować tak, że zapominają o moim istnieniu i wtedy wychodzi coś, o czym niewielu wie.

Coś tak z Komuny…

Oni donoszą.

Szpiegują się na wzajem, na maksa…

Była w okolicy taka sprawa pewna, że jednak rodzina była za wiatrakami, a cała reszta nie, więc poszły anonimy do prasy, do nich, wiecie, kultura hejtu na maksa. A jeszcze w tych czasach, gdy każdy maksymalnie wkurwiony i dbający wyłącznie o siebie, to już po prostu… wydają się tak maksymalnie bezkarni.

No i jeszcze, jeszcze przecież ta cała kultura hejtu, która z internetu przeniosła się tutaj. Przeniosła się na zewnątrz. Po prostu kwitnie tu jak nie wiem co. Jak najbardziej sąsiedzi niby się lubią, niby nie… sprawa niemiecka sprzed miesiąca, kiedy to złapano niemiecką jednostkę pływającą była oczywista, ale kilka dni temu zadenuncjowano jednostkę ze szwedzką banderą – a pamiętajcie, że do pięknej, zielonej w większości Szwecji, spokojnie jeżdżą Duńczycy na shopping, podobnie jak nad niemiecko-duńską granicę, bo taniej, wiecie…

Co do jednostki, okazało się, że Duńczyk se kupił, ale bandery jeszcze nie zmienił.

Ups!

Ale jednak, kurde, no weźcie no… tak od razu i to Szweda, przecież Szwecję widzicie z Wyspy, błagam, po prostu!

Nie wiem już kogo Duńczycy lubią, albo choć znoszą? Może Amerykanów, bo ich jakoś tak uwielbiają, wzorują się niektórzy na nich, ale co do reszty świata, to nie wiem… blee są. Polacy blee, Rosjanie to wiecie, wróg wielki i strach wszelaki. Tutaj, szczególnie na Wyspie, wciąż pamiętają, nie tylko najstarsi…

Dziwne to.

Ale sprawa szwedziej bandery?

Serio?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wieczorynka… została wyłączona

Pan Tealight i Zakochani…

„Zakochani przychodzili.

Nie wiedział dlaczego… ale przychodzili. Może przez zmarłą niedawno kobietę w okolicy, a może przez coś innego, o czym nie chciał wiedzieć? Tak wiele ostatnio w tym świecie było takie… dziwnie mu znajome i nieznajome zarazem. Tak wiele w tym oznaczał jako to, czego naprawdę nie chciał znać…

Nie chciał się w to zagłębiać.

Miał dość tego, że wszystko się wciąż i wciąż i wciąż powtarzało. Homo sapiens sapiens istniało w tak nielicznej grupie osobników, a moc Homo sapiens novinkus wciąż się rozrastała, wciąż… wiadomo, że nikt nie chciał być wykluczony, ale… tak, Pan Tealight ostatnio coraz częściej wypatrywał oznak zagłady całkowitej, bo to teraz, to była li tylko zwyczajowa zabawa…

Zresztą…

Spoglądając na mieszkańców Białego Domostwa wiedział, że nie jest sam w swym zamyśleniu. Co gorsza, przerażało go, iż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… wiedziała o tym pierwsza. Wychwyciła dziwne wibracje, pokręcone myśli wyłapała, duchy wysłuchała… szybciej niż on. Przedwieczny. Pradawny. Jeden z Pierwszych!!!

Wstyd trochę.

I obciach.

Ale ci Zakochani…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z prawie końcem maja rząd poinformował, iż granice mogą przekraczać zakochani.

Znaczy coś, co tutaj zwie się kerste, a co tak naprawdę dla wielu jest „dupą”. Sorry za dosłowność, ale jeśli o to chodzi, to Duńczycy wielu już lekko oszołomili oną swoją lekkością, jeśli chodzi o seks. Tak, jak najbardziej posiadanie dzieci z kilkoma partnerami jest dość popularne, jakby… nie wiem, nie mogli się powstrzymać, za to już rodzina, w znaczeniu rodziców – serio, niezależnie od płci, ale przynajmniej dwójka dorosłych i jacyś dziadkowie niedaleko – to coś niespotykanego.

A podsłuchując starsze panie…

Hmmm, zaczynam się zastanawiać, czy czasem Dania nie straciła rodzinności.

Czy przez ów lockdown, u nas naprawdę lekki… nie uświadomiła sobie na nowo tego, iż miłość nie musi być idealna?

Bo wiecie, pojawiły się teksty w stylu: nie będę już tak wybrzydzać. Może nada się to, co mam, może warto popracować nad związkiem. No i święte „życie po polsku”… oj tak, brechtam z tego zawsze podobnie jak z padania pelikanami. Chodzi oczywiście o pary żyjące razem bez księdzowego, kościelnego, tudzież urzędowego TAK. Kiedyś Polacy, jako innowiercy, musieli czekać długo na „swojego księdza” i tak się uchowało powiedzenie do dziś, mimo iż… cóż, kto tu się żeni?

No i one obleśne, czarne dziwadła stawiane 30latkom, co to wciąż są niesajęci… wszystko tutaj jakoś krzyczy: samotność.

No ale, teraz, ukochani mogą przekraczać granice. Pewno dlateego, że sześciokilometrowa kolejka na Broenie po długim, majowym weekendzie jakoś wkurzyła wszystkich i poluzowywują dalej te obostrzenia? Nie wiem, ale info poszło. Może jak ten blog się opublikuje, granice otworzą normalnie?

Ale z drugiej strony…

Co jeśli inni nie?

Ale…

Jeśli macie ukochaną za granicą, może przyjechać.

Ukochany też… LOL

Tylko, no właśnie, pojawił się problem. W jaki sposób sprawdzić kto ukochany a kto nie? Zaręczeni może i mają jakieś, wiecie, choś zdjęcia i pierścionki, ci planujący śluby to już w ogóle, ale ci w początkowych fazach związku?

Rząd stwierdził, że należy sprawdzać wiadomości, SMSy i tym podobne, ale przecież to naruszenie prywatności jak cholera, więc jak to robić…

Nadal nie wiem jak to rozwiążą.

Może po prostu otwórzcie granice, w końcu niektórzy i tak jakoś się przesmykują, ci co pracują tu a mieszkają tam robią to przecież przez cały czas, ludzie… to wszystko zaczyna przypominać idealną definicyjnie farsę totalną, bo jeśli zaraza, to właśnie oni pracownicy powinni nas wszystkich już zabić, no i jakoś… dobra, żeby nie było, kilka dni temu zmarła… sąsiadka.

We śnie…

Zwyczajnie, więc…

… więc…

Spokojnie. Nie była może super leciwa, jak na nasze standardy, ale… i znowu jakoś tak nierodzinnie się zrobiło, co nie? Samotnie, w łóżku, ktoś ją znalazł… ktoś jakoś tak. Ktoś… takie to… nie, wcale nie smutne. Po prostu nie każdy musi kochać tak bardzo ludzi, naprawdę.

A niektórych ludzie nie kochają…

I takich mamy na Wyspie.

Wielu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakochani… została wyłączona