Pan Tealight i Nieskromny…

„Nieskromny Dżentelmen był osobnikiem nader swojskim, aczkolwiek jednocześnie naprawdę stroniącym od ludzi. Wiecie, taki wybitnie, kameralnie mocny introwertyk, ale jednak…

… wciąż zajebiście fancy.

Ubrany tak, że zapewne każdemu by szczena opadła, oczywiście takiemu, co się zna na cenach i metkach, bo wiecie, nie jak Wiedźma Wrona Pożarta… która to popapranie nie potrafiła wskazać rzeczy drogich i tanich, ino takie, no wiecie, co się jej podobały lub nie, więc…

… jak brać ją za ekspertkę?

Nie da się…

A jednak on udawał, a może naprawdę tak sądził, że ona go rozumie, i mimo iż wiedział, że bardziej z niej samotniczka niż z niego, to jednak, wciąż się jej narzucał. Przyłaził bezczelnie, nawet wtedy, gdy wszyscy wiedzieli, iż bezpieczniej jest wtedy jej nie tykać, nie o nadmiernym poranku, nie wieczorem, nie w południe, a nawet i nie przed nim lub po nim, najlepiej, to listownie…

Wiecie, z prezentem.

Dzięki kurierowi!

Ale jednakowoż on był nieskromny. Kompletnie pozbawiony onego dziwnego uczuucia, wiążącego zmysły, komplikującego wszelakie kontakty, wywyższającego się bardziej, niż można, niż jest to możliwe, niż…

Wciąż ją nachodził, a ona…

Widzicie, bajer w tym, że ostatnio coś wpadło jej i do oka i do obydwu oków, i jeszcze uszu i tak dalej, więc… no jakoś takoś mało widziała, mało słyszała, za wielu sprawami tęskniła, ale jakoś mniej narzekała. Jakoś próbowała w końcu oddychać i zajmować się sobą, więc… mimo wszelakich starań…

Chyba wciąż się nie poznali.

Ale jak długo?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zew księżyca” – … pierwsza.

Początek. Z tego co pamiętam, miałam pierwsze wydanie i wiecie co, podobało mi się, ale Andrews zawsze była lepsza.

Żeby jakoś tak przyzwyczaić się do Mercedes naprawiającej VW, potrzebowałam czasu. Teraz chyba pożarłam tom ósmy i jest lepiej, coraz lepiej, z każdą częścią, choć mam te, które mniej lub bardziej lubię, ale… ten świat nieludzi tutaj… ech. No widzicie, bo ta seria Briggs to nie tylko opowieść o Kojocie i wilkołakach, ale przede wszystkim o magii wszelakiej. O fascynujących nieludziach, których z chęią bym wymieniła na te sierściuchy, serio… taka opowieść o Podgórzu… ech… ale, nie marudzę.

Polubiłam tę serię.

Czytam ją któryś raz z kolei, odkrywam nowe, grzebię w mitologiach… po prostu się bawię, bo właśnie tym chyba jest ta seria. Przygodówką z takim magicznym, wampiryczno-wilkołaczym posmakiem… i niestety ino odrobiną rdzennej mitologii, za co naprawdę jestem wkuta, bo na niej mi nader zależy, ale…

… ach, no i miłość… wiecie…

Mimo bycia przygodówką, seria ma dobrych bohaterów, świetnie rozwijające się osobowości i nieźle miejscami zaskakuje. Romantyczność na szczęście nie jest przytłaczająca… tak wiem, niektórym wilkołaczego seksu nigdy dość LOL Do tego one przeszłości i osobowości poboczne… naprawdę dobre czytanie i to takie wielokrotnego użycia, przynajmniej dla mnie.

Rozrywkowe…

I ma poczucie humoru!!!

Malmö…

Ale najpierw znowu mała dygresja, bo czemu nie… otóż przez cały lipiec piesi i rowerowi turyści mają darmowe bilety… na Wyspę. No i… czy wierzyć w wirus czy nie, na pewno przyniosą masę zarazy wszelakiej, więc jakoś tak, ciemno to widzę.

Bo popatrzcie na to z naszej strony, osobiników, którzy raczej wciąż się izolowali, którzy jakoś tak zachowywali one obostrzenia, wciąż to robią, a tutaj hordy Hunów, Hetytów i Attyla z Aleksandrem, mur i ogólnie, wszelakie najazdy… a nasze odpornościowe systemy raczej skupione na Wyspie. Szczególnie teraz, więc… ino czekać na szaleństwo i nowe choroby.

Tak naprawdę, to rzeczywiście ona epidemia jesienią bardziej niż możliwa.

Niekoniecznie z danego wirusa.

Jakoś tak… mimo onej całej otwartości, wszelakiej ekspansyjności i macdonalizmu, to Wyspa jest jakimś takim odrębnym ekosystemem. Zrąbanym, ale jednak. Ekosystemem, który jest dość kruchy, wciąż mientolony przez kolejne „władze” i tych, co to chcą się pokazać… no wiecie, ale jednak trochę odrębnym od tak zwanego… świata.

Hmmm…

Czyli, oznacza to, iż jest to możliwe, by odciąć się, choć jakoś trochę tak, od tej całej, natarczywej wszystkości, z którą nie możesz się mierzyć, bo zwyczajnie, najpierw musisz posprzątać dookoła siebie.

I sprawić, że ona dookolność, jakoś takoś…

… będzie zdrowa.

No ale…

Wracamy do Szwecji.

Ostatnio, udało się nam odkryć dwa sklepy z pamiątkami w Malmö. Bo szczerze, cudowne miejsce to, ale jeśli chodzi o tak głupie rzeczy jak kartki i magnesy, to wiecie… no sorry, łoś z podróży musi być, ale jednak… wychodzi na to, że i google ma propozycję poza rynkiem głównym i łażenie dookoła onego miejsca też daje wiele.

I udało się nam dzięki Google znaleźć… eeee dziwne miejsce. Na pewno nie otwarte wtedy, gdy się Googlowi wydaje, a na dodatek w mordę, taka speluna, że naprawdę. Obok kantor wymiany walut, wszystkie napisy po arabsku, a już przecież poza dzielnicą wszeakich ekspatów, więc… lekko koszmarnie i drożyzna taka, że szok!

Tak ze 100 koron na łosiu więcej.

Miejsce drugie – tia, wiem, mogę pokazać jak tam dojść jak będę blisko, ale głowy nie dam. Milusi kolejny Arab, bo czemu nie LOL i ma tańsze łosie!!! Tak więc można spokojnie znaleźć perełki nawet w znanym miejscu. Jeśli chodzi o cały rynek pamiątkowy, to widać przejęli go przyjezdni i tyle. Mnie tam wsio rawno, nasz stary sprzedawca też stamtąd, wiecie, ten co ma trolla i ogromnego renifera zwykle wystawionego przed szybą wystawową…

Chyba najsłynniejszy z miejscowych.

A może są jeszcze inni?

Pożyjem, zobaczym…

… czasem się zastanawiam jak to jest z tymi pamiątkami/czymś z podróży. Oczywiście kupowanie śmieci to nie zabawa. Wiecie, takich, co to znaleźć można wszędzie ino nazwę, napisik, zmieniają. Ale w rzeczywistości tutaj można znaleźć coś, co będzie wam przypominać fajne chwile. Pewno, że lepsza byłaby sztuka, coś miejscowego, ale w rzeczywistości tak wiele osób omija Malmö przerażone tymi lekko gettowymi otoczkami rynku, że… aż mi miasta troszkę szkoda.

Bo kapitalne jest!

I pełne sztuki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieskromny… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Skojarzeń…

„Wielka Pani.

Piękna Pani.

Wszelaka, naprawdę… PANI…

Patrząc na nią wiedziałeś, że NIĄ jest. Że przynależą jej wszelakie, należne z tej pozycji, one połyskujące, bogate i drogie, często we krwi skąpane… klejnoty i pokłony, wszelakie trony, szaty i nakrycia głowy, często dość ostro zakończone. Pieśni, hosanny i wielkie poemy, one treści recytowane drżącymi głosami, z przejęciem, one spojrzenia, które rzucają wszyscy, ale spod powiek, spod oczu przymkniętych, bo jakże wprost patrzeć na taki majestat…

… jak…

Nie można.

Pani Skojarzeń.

Mistrzyni wszelkich niedopowiedzeń, uczuć i poczuć. Większych i mniejszych. Po prostu i myśli i słów, dźwięków i onych uczuć, które zawsze przywodziły na myśl coś więcej. Coś innego, odmiennego nawet drastycznie może…

Ale tak naprawdę, ona nie była li wyłącznie boginią onego czucia… wszelakiego pomyślenia, ale też, jako ona, jako osoba, postać, a może tylko ucieleśnienie idei wyglądała tak, że…

Kojarzyła się…

Z kimś, czymś… o czymś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ystad…

Ale najpierw przerwa na reklamę. Przyznaję, mam tego dość, ale tu możecie sobie obejrzeć słynną syrenkę, która znowu wplątała się w politykę. A ponieważ jak już pisałam, morderstwo u nas było, znaczy miało miejsce, to wiecie… mamy przerąbane. Seryjnie. A podobno szczerze oni zwyczajnie jakoś tak… no właśnie, jakoś tak, to nikt nie wie, bo wsio utajnione, ale to nie znaczy, że modna obenie ideologia sobie daje upustu na bogu ducha winnych, czy innych bogów winnych duchów…

No wiecie, wciąż wpierdol w internetach.

Wpadł mi w oko, bo teraz Twitter uruchamia się jak sherujecie rzeczy ze strony, wpis starszego pana, który chciał wyjaśnić, ale po pierwszym zdaniu zrozumiał, że nie ma sensu… i zakończył hasztagiem NEVERMIND.

I chyba rzeczywiście…

Przecież nic nie wiecie.

Czy znaiśmy ofiarę? Nie… Chowaniec za to pracuje z tym, co go znał i tyle… czy była jakaś swastyka? U mnie w domu na pewno, sorry, ale ona symbolika jest mi nader bliska, a że Hitler ją zbeszcześcił, to już innych problem. Jak chcecie się czepiać, to koło, to też swastyka, no i co teraz?

Buuuu!

Ale miało buć o czymś innym, a jakoś takoś, nie dość, że generalne sprzątanie chaty, bo to wiecie, będzie rok już niedługo jak jest nasza, kochana, cudowna… może i mrówki przylazły, ale kto się z nimi nie użera? Szczerze!? Znacie jakiś sposób na nie, taki, coby na amen, ale nie podpalić chaty przy tym?

Cały rok… przez ten wirus człek nie wie nawet kiedy to minęło. Opóźniony dziwnie w czynnościach, wsystko jakieś takie teraz, na prędce, oby się udało, żeby tylko, coś, cokolwiek rozświetliło, rozweseliło codzienność…

Cokolwiek!

Cudów trzeba!!!

Ale Ystad…

Płyniem se, bo przecież wiecie, po pierwsze już u nas niby ino zachowywanie odstępu, w Szwecji wolność i odstęp, a poza tym i tak Turyścizny moc i choć Szwecja wciąż jakoś taka dziwna, niebezpieczna, wiecie, ten dreszczyk emocji…

Ale, po raz pierwszy odwołali nam rejs.

Po raz pierwszy doświadczamy, jak to jest, jak morze nagle zmienia zdanie, a ty masz bilet na Express 1, który seryjnie nie toleruje fal. Ale to w ogóle w ogóle. Komplementnie!!! No więc nie ma bicza, człek musi się poddać nakazom i przebookować bilet. Na szczęście się udaje. Na szczęście kurcze, jakoś takoś jeszcze rzucili tanie bilety, bo normalnie zwyczajowego człowieka nie stać wciąż, nie oszukujmy się, traktowanie Wyspy po macoszemu nadal ma się dobrze.

Świetnie w ogóle. po prostu kwitnąco.

I tyle…

Państwo rzuciło tańsze bilety, ci co kupili wcześniej się wkurwiają i nie wiadomo czy dostaną refund czy nie. Dodatkowo ten pomysł z darmowym pływaniem na małe wyspy jakoś takoś… no jak zwykle niepoukładany. Wychodzi na to, że musicie po prostu najpierw kupić one bilety, a to spory wydatek, a potem czekać na refund.

Ale co, jeśli on nie przyjdzie?

Na czas?

Lub w ogóle?

Mniejsza. Na promie zniknęły te karteczki, one dwumetrowe odstępy… po prostu jakaś niby większa swoboda. Wciąż wszędzie alkohole, więc wiecie, golnąć sobie można. Albo zlizać z ręki. Seryjnie… jak ktoś potrzebuje, to dożylnie nawet? LOL Sorry, odbija mi już od tej całej… niepewności.

Bo właściwie jak to jest?

Jak działa?

Czy wciąż źle, czy tylko odpust, bo ekonomia? I czemu biją Szwedów? I nigdzie ich nie chcą, no wiecie… nikt nic nie wie. Rzeczywiście, płynąć możesz, ale jednak na swoją tak naprawdę odpowiedzialność. A wracać… mimo wcześniejszego rejsu i tak nagle w wątły katamaran uderza fala… opóźnienie będzie godzinne, ale kapitan po prostu geniusz fal… wyczuwa je, stara się między nimi płynąć… i mimo pierwszych zbyt wielu bujnięć, to w końcu mu się udaje, no i wracamy do domu by potem przez prawie pół godziny wtłaczać się w port…

Ech… te holowniki…

Te wiatry!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Skojarzeń… została wyłączona

Pan Tealight i Pamiątka…

„A co?

Że na swojej Wyspie nie można sobie nabyć pamiątki, że to takie dziwne, że trzeba jakoś takoś… no weźcie no!!! Rasiści pamiątkowi! Że kochać nie można miejsca, na którym i zarazem w którym, się mieszka?

Przecież tak właśnie powinno być…

A jeśli nie jest, to coś jest z wami nie tak. Wiecie, brak dopasowania, nie te temperaturki i takie tam. Co jak co, ale ludzkość zbyt często nadmiernie myśli o miejscu, w którym przyszła na świat, lub co gorzej, z którego wylazła. Yyyy… bleee… Ludzkości należy się… odpoczynek od myśli innych i przymus myślenia za siebie, albo coś w ten deseń. Z drugiej strony, jak ktoś chce by inni za niego wszystko robili, to może o to właśnie chodzi? Wiecie, mieć niewolnika od myślenia.

Jak panią od sprzątania…

Od wychowania dziecka…

A może i więcej?

Myślenie, zapomniana umiejętność… a może jednak coś, co każdy robi, tylko wiecie, nie chce się wychylać? A może jednak jest jeszcze nadzieja dla onych Pamiątek przeszłości, która tworzyła wciąż i wciąż… od nowa, od początku, aż po kres, aż po wszelaką granicę wyobraźnie…

… by znowu ożyły…

Bo przecież nie chodzi tylko o plastikowe magnesy i wisiorki ze sztucznych muszelek oraz wszelakie, malowane perełki.

Nie…

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Oluf Host…

To muzeum nigdy nie zawodzi.

Serio.

Trzecie odwiedzone z okazji darmowych biletów od ubezpieczyciela i tak naprawdę… nie wiem, która nasza wizyta tutaj. Naprawdę. Bo tam się idzie bo to, by przeiwetrzyć zmysły… idzie się dla domu, duchów, może i inspiracji, no i… by się pośmiać ze stodoły. Bez urazy, rozumiem obsesję artysty na punkcie czegoś, też takie mam, ale je niszczę, bo wiecie, penisa nie mam, to łatwiej mnie wyśmieją… on miał…

Znaczy… eeee… nie sprawdzałam.

No jemu, wiecie… LOL

Chodzi mi o to, iż pomijając to, co o nim pisali, co pisał sam, gdy tak człek spojrzy wyłącznie na ten dom, na jego walkę o drogę oraz obrazy, to w głowie układa mu się obraz bardzo dziwnego człowieka. Wielkiej osobowości, ale niekoniecznie takiej, którą łatwo polubić. Wprost przeciwnie. Gość przypomina mi…

… mnie.

Miejscami.

Wiecie… na przykład jego obsesja w temacie stodoły…

Bo akurat obecnie w domu artysty mamy nie tylko zwyczajowe, znajome obrazy, oczywiście pomieszczenia intrygujące, choć w dobie wirusa odarte mocno z umeblowania, ale też… no właśnie… wystawę stodołową. Bo widzicie, każdy artysta jest raczej, ale zawsze nietuzinkowo, rąbnięty. Niektórzy więcej muszą zażywać nie radząc sobie z własną psyche – jak ja, inno wybierają napoje, jeszcze inni seksualne potyczki niekoniecznie z innymi, anatomicznie spójnymi…

Widzicie, bycie artystą to kanał.

Z jednej strony niby nic z wami nie jest nie tak, ale jednakowoż każdy jakoś tak postrzega waszą pracę jako coś… kompletnie niepotrzebnego, zbędnego i w ogóle, to rowy kopać i tak dalej, a nie te pędzle czy glina… W moim przypadku kopanie rowów też istnieje, sorry, archeologia to ziemna sprawa często, ale jednak, ale jednak bez urazy… niby co, że przepychanie klopa to sprawa ważniejsza?

No dobra, ważniejsza.

Ludziom się wydaje, że artysta po prostu jest tak bardzo zafascynowany swoją pracą i sprawia mu ona tyle radości, a tutaj, tak naprawdę frustracja za frustracją, ciągłe porównywanie się do innych, brak kasy i niestabilność wszystkiego, chyba że macie kompleks boga dobrze rozwinięty.

Oj tak, wtedy po prostu jesteście królem.

I chyba on był.

Na pewno malowanie dawało mu wiele, wszystko, na pewno było jego obsesją, ale też… ta Wyspa tak działa na ludzi, więc nic dziwnego… przede wszystkim jednak facet miał kilka takich faz jak stodoła, niebo, morze, żywioły…

Co doprawdy w nim cenię, to to, że niektóre obrazy kipią od kolorów. Po prostu, jakby nie bał się żadnej opinii publicznej, jakby był w pełni wolny w swoim malowaniu, wiecie, po niektórych obrazach, aż czujesz oną niepewność, czy raczej pewność, że nie zrozumieją, a po innych, że miał wszystko gdzieś.

Naprawdę… i malował…

Z siebie.

Bardziej.

Właściwie głównie abstrakcje pokazują osobowość, której nigdy nie będę miała. Jednak męską, świadomą tego, że włada światem… no a teraz to kurze chcę poczytać więcej „prawdy” o nim.

Zobaczymy jak mi poszło. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pamiątka… została wyłączona

Pan Tealight i Efektowany Motyl …

„Efektowany Motyl tym razem chciał innych skrzydeł.

Znaczy, oczywiście, że zmieniał je bardzo często, bo przecież czemu nie, ale jednak te miały być inne. BARDZO inne.

Zaskakująco, porażająco inne.

Naprawdę.

I nie chodziło wyłącznie o kolor i kształt, o jakieś dodatki: cętki, blaski, wszelakie haftowania, koroneczki czy wstążki, nie, nie bał się, iż cokolwiek, jakiś dodatek utrudni mu latanie… w końcu to, co jego unosiło w rzeczywistości opierało się ludzkiej fizyce, a przynajmniej tej, której, jak wydawało się im, odkryli już do końca, a może tylko ją… akceptowali?

To coś nie miało mu dodać umiejętności kołowania, falowania Wszechświatem, czy jakiejkolwiek zmienności, ale jednak… chciał tego czegoś. Czegoś, co może i nie wziesie go wyżej, może i nie doda mu polotu, ale jednak, ale jednak chciał tego czegoś, czegoś, co gdzieś w środku, w nim wołało o…

Zmienność.

Nowość…

Ale przecież, ale przecież on sam się sobie podobał, był niesamowity i wszelako powalający, na dodatek miał takie moce, dysponował takimi siłami i wszelaką wibracją, że sam przez cały czas nie potrafił w siebie…

Do końca.

Uwierzyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wołanie grobu” – … czwarta część. Po „Chemii śmierci”, „Zapisane w kościach” i „Szeptach zmarłych”… kurcze, są jeszcze „Rany kamieni”, ale to spoza cyklu i wcześniejsze… Chyba dobrze wymieniłam? Bo niektórzy lubią mieszać tytuły…

A wydanie jest inne od tego pierwszego, pamiętnego, białego.

Na szczęście środek taki sam.

Uwielbiam tego autora i jego antropologiczną serię. Uwiebiam bohatera, strasznie wpływa na mnie jego cierpienie. Jego perypetie życiowe. Ona normalność… praca, ale też poszukiwanie życia. Życia wewnętrznego, innego. Jego sprawy zawsze jakoś zazębiają się z jego życiem, ale przy osobie tak nacechowanej cierpieniem to jest łatwe… a przynajmniej takim się wydaje. Bo przecież ten sposób pisanie, ona narracja płynna i taka… angielska, jakoś tak wciąga na maksa, że czytacie książkę na jedno posiedzenie.

Tak się kiedyś mówiło.

LOL

Ale… ponieważ części jest o wiele więcej, to pewno tym, którzy serię znają nie trzeba przedstawiać autora, ale można wspomnieć, że wydane jest piękne. Proste, z niesamowitą okładką i papierem. Dobre tłumaczenie. Po prostu coś, co wystarczy na wiele czytań. Tym, którzy nie znają autora, cóż… zacznijcie od początku…

Warto.

Warto jeśli lubicie kryminały, CSI, zagadki antropologiczne, dramaty, Anglię… Oj tak, bo ta seria to one angielskie krajobrazy, wszelaka ich różnorodność… deszcz… no i oczywiście one słynne, sławetne właściwie wrzosowiska. Moczary. Pustki… pełne szybów, pełne zapomnianych, pozostawionych szczątek, które…

Wołają.

PS. Ważne. Książki Becketta czyta się też często dla onych bohaterów pobocznych. Są niesamowici! Wzruszający, przerażający, targający emocjami…

Naprawdę warto.

Morze…

Las.

Spacer…

W rozgrzanym powietrzu, palącym właściwie, pachnie żywica, strzelają szyszki, młode sosny i dąbki wyrywają się z podszycia. Wszystko rośnie, ale tęskni za deszcze. Gdzieś nagle coś zaszumiało. Raptownie, głośno… oczywiście to ino solsort, niewielki ptaszek, ale zdolny napraawdę pohałasować… to on zwraca mi uwagę na to, że z choinkami w tym roku znowu jest gorzej. Chyba trzeba będzie domowe jakoś okryć przed słońcem… a tak, na Wyspie widać, że słońce wcale nie jest dobrą sprawą.

Nie rozumiem tych zolenników opalania.

Ale, to akurat nie coś, co powinno mnie nerwować, co nie, no chyba że z moich podatków ich chęć zostania eeee… poprawność polityczna, ciasto z dużą ilością kakao… będzie rąbać kasę na ich leczenie. No wiecie… Bo wychodzi na to, że jakoś tak, co czyni jednostka, to jednak jakoś tak wpływa na wszystkich.

Nieprawdą jest to, iż każdy może co mu się podoba…

Nie jest prawdą swoboda, jeśli chcesz społeczeństwa.

Jeśli wycinasz drzewa, to nie tylko ty nie będziesz oddychał, albo co gorsza, będziesz zabierał tlen produkowany przez drzewa innych, bo zdecydowałeś się na posiadanie betonu na całej posesji. Co gorsza, wycinasz co się da. Bo jesteś u władzy, nienawidzisz drzew, bo o ci zrobią?

Szyszką rzucą… taki świat mamy.

Popierdolony.

Sorry.

Spacer…

Słońce jest już wysoko.

Pali.

Bo przecież wybierasz ścieżkę. Nie włazisz w trawy, bo kleszcze. A tak, kleszczowa plaga, może lekko przykryta wirusem, nadal istnieje, uderza i niszczy, więc lepiej się chronić. Ale nie unikać lasów, bo bez nich, no w nich…

Wszystko.

I można sobie szyszkę wziąć i samemu wyhodować choineczkę.

Da się.

Mimo wielu fejlów mi się udało, więc… da się. Tylko trzeba po prostu, jakoś tak, no wiecie, poczekać. Próbować… do skutku. Bo wynik jest niesamowity. Znajdziecie je między trawami, pod drzewami… choineczki, sąbki, brzozy…

… brzozy akurat nawet na podjeździe…

No co, mi się udało.

Oczywiście nie wszystkie przetrwały, ale jednak, na szczęście udało się niektórym. I spoglądanie na ono dorastanie jest niesamowite. Pierwsze kilka lat szybkie, a potem dziwna cisza. Przesadzanie, w końcu ofiarowanie drzewka ziemi… ale co, jeśli się nie uda? Ziemia jej nie polubi?

Popatrzcie na lasy, nie wszystkie nasiona kiełkują.

No dobra, sporo zostaje zjedzone, ale jednak…

Taka tam metafora.

Spacer… wiecie, zwyczajna sprawa, na końcu plaża, wciąż zatrzymująca serce, zatykająca, wciąż z oną błękitną, szmaragdową wodą. Człowiek, jeden, jakaś rodzina, która widać już się zwija, bo komu by się chciało leźć taki kawał… na horyzoncie jakieś dwa statki, ludzie szukający względnej samotności, ale też… bezpieczeństwa, nie onych bezkresnych mórz. Nie… na razie może, ale jednak… wciąż…

… tęskniąc.

I skok do wody.

Kurna, zimna!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Efektowany Motyl … została wyłączona

Pan Tealight i Świat Sprzed Świata…

„Był tam.

Nie wołał o przypominanie, nie wołał o wspominanie, legendy i wszelakie pieśni. Nie. On chował swych bohaterów.

Krył się.

Nie chciał by o nim pamiętali, nie żeby nabroił, nie, nic z tego. Naprawdę. Może niewielu w to wierzy, ale taka jest prawda. Był grzeczny… może dlatego, że był taki i spoglądał spoza Welonu Zapomnienia Oraz Wszelakiej Niedopuszczalności, na obecne, sławetne TERAZ, jakoś tak, no jakoś tak, wcale nie chciał mieć z CODZIENNOŚCIĄ doświadczenia i doczynienia.

Żadnego.

Ale jednak Pan Tealight dobrze go pamiętał, więc wiecie, Główny Awatar Świata przybywał do niego na herbatki, ciasteczka i naleweczki. Bo w końcu czemu nie. I wiecie, jakoś trudno nazwać Pradawnego i jego malutki świat w obecnym świecie, czymś naprawdę pasującym do otoczenia…

Oj tak, Pan Tealight też miał problemy z przystosowaniem się…

Ostatnio nawet większe, podobnie Wiedźma Wrona Pożarta siedząca pod stołem, bo jakoś wiatr ją bał… no bał ją, nie tyle, że przerażał, ale właśnie ją bał… wiecie, z kobietami tak to jest już, a jeszcze z wiedźmami… one to już w ogóle potrafią popierniczyć dramatykę z gramatyką!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Istnieje las między Hasle i Rønne…

Las przyciskający swoją twarz do morza.

Jeśli jedziecie z Hasle do stolicy, będziecie go mieli po prawej stronie. Po lewej rozproszyć was może wiele. Droga do kościoła w Nyker, domki wyglądające jak dworki, no i oczywiście zielenie, pola, wiatraki… wiecie, wiele spraw się może wydarzyć. Bardzo wiele. Są przystanki autobusowe, obecnie wcale nie tak pełne, jak to zwykle bywa, ale też nie puste… zielone pola, ale też i pola, które już zdają się trzymać zboża gotowe do zebrania, naprawdę, żółciutkie…

Istnieje taki las.

I przez niego spokojnie dotrzecie do najfajniejszej moim zdaniem jeżeli chodzi o pływanie plaży… długiej, ciągnącej się przez kilka kilometrów… białej, piaszczystej, pachnącej sosnami, w większości mało używanej, miejscami…

Wprost pustej.

Las…

Zawsze człek łapał jakiś taki zen w nim, zawsze był to wstęp do kąpieli czy zabaw z falami, zawsze jakoś tak, naprawdę, trzeba było się nawdychać na zapas. Rozgrzanej ściółki, nasłuchać trzaskających szyszek, po prostu wiecie, skumuować to w sobie.

Jakoś…

Był sobie las i tak naprawdę… wciąż jest, ale już inny, dziwny, jakiś taki przerażający, choć to przecież nie jego wina. Nie wina lasu, że w całkowicie zabawowym miejscu, małpim gaju dla dzieciaków większych i mniejszych. Całkowicie drewnianym. Miejscu ukrytym, o którym tak niewielu wiedziało, a jednak…

Oni wiedzieli…

I właśnie tam go zabili.

Ale nim zabili, podpalali, okaleczali na wszelkie sposoby, które oczywiście nie zostały ujawnione w gazecie… BLM od razu się odezwało, gdy dowiedzieli się, że jednak zmarłych jakieś korzenie miał… ale jakie, co, czy to było przyczyną…

Nie wiem, nie chcę wiedzieć.

Wiem, że umierając miał nad sobą one drzewa, ten las, szum morza może w oddali, niebo nad sobą… może usiacne gwiazdami… i nagle, to wcale nie ma znaczenia.

Wcale.

Nie wiem kiedy ostatnio popełniono morderstwo na Wyspie.

Nie pamiętam, a niegdyś śledziłam te sprawy. Wiem, że jest już pisarka, co to chce z siebie zrobić nową Lackberg… wiem, że informacja o zbrodni pojawiła się w gaziecie, a obok niej ona, dumna z opisywania zbrodni i dzielni strażacy zajmujący się jakimś niedogaszonym ogniskiem… bo przecież, who cares o to wszystko…

W ludziach jest tak wiele nienawiści, że boję się…

Nie, nie wychodzę już sama.

Tyle lat, takie zmiany.

Czy gdzieś indziej jest bezpieczniej? Nie, ludzie wszędzie są tacy, sami, więc nie, nic z tego!!! Zło, pandemia, bezrobocie, wszystko to sprawia, że reakcje są co najmniej agresywne, czasem mocniejsze… więc lepiej ich unikać. Wszystkich może? Ale czy się uda? Uciec od ludzi… może tylko w szaleństwo, a to jest we mnie dostępne…

Jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świat Sprzed Świata… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniane Morze…

„Zapomniane morze.

Właściwie atrakcja turystyczna, ale jednak nawet oni, wstrętni niewdzięcznicy… kogo tam obchodzi trochę skały? Może i płaska, w niej dwa oczka wodne, ale tak naprawdę ino skała…

Z falami… zatrzymanymi w czasie setki milionów lat temu…

Siadasz, i jakbyś nagle przenosił się w czasie… pewno, że właśnie może i zabije was ciśnienie, albo potwory sprzed eonów, ale co tam. Może i coś wgryza się wam właśnie w odwłok… bo jak się położycie na onej powierzchni czarniawej, to są i fale i są i takie dziurki i jeszcze… są odciski pradawnych istot, co se na chwilę przysiadły i jakoś takoś, życie im się nie skończyło…

Może dopiero po chwili im się skończyło?

Wiecie, większy potwór je zjadł, może i jakiś dinozaur? Bo przecież o to chodzi. Że mniejszy większego wyżerką, albo utrapieniem, no przecież taki komar na przykład, toż to serio upierdliwość wielka. Ale jednak, dno już martwe, choć i wciąż żywe. Nie ma wody, nici ze słoności, ono ino dno fałdowane. Piękne, niczym wszelaki, wielki obraz, na którym odnajduje się codziennie coś nowego.

Pod wpływem światła, cienia…

Innego spojrzenia na świat.

Zapomniane Morze.

Bo kto i tutaj przychodzi by je głaskać, podziwiać, o nim pamiętać… jego własne dzieci, a takie niewdzięczne… Zapomniane Morze, Zapomniane Skamieniałe Bóstwa i Wszelkie Duchy…

… pamiątka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Covid…

Sct. Hans…

Wiadomo, koszmarne czasy, ale obecnie wszystko lekko zluzowane. Na przykład w muzeach, szczególnie tych mniejszych macie kwadraciki z liczbą osób, które mogą przebywać w tym miejscu, ale… no wiecie, to ktoś przejdzie, to nie zobaczy, wiadomo, pewne rzeczy, nawet jak ktoś nadmiernie chce, to jednak…

… nie wypalają.

Ludzie chcą wakacji.

Nie wiem, znaczy z powodu ciągłego pracowania takiego lub innego przyznaję się, że na względnych wakacjach byłam raz, pod namiotem i je przespałem. Serio… takie były czasy, że człowiek serio był wciąż dziwnie odwalony od wiata i już mocno zrozumiany w granicach tego, czy chce co i gdzie, no i dlaczego akurat to, więc…

Przespałam.

Inne tak zwane wyjazdy czy czasy wolne spędziłam pracując.

Tak, lub inaczej.

Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek się nudziłam, bo jakoś łatwo mi się samej zabawić. Wiecie, bawić się ino ze sobą? Rany, no nie to… LOL takie myśli w tym momencie, naprawdę? Ekhm!!! To poważne sprawy. Że jak? No nie wiem: książki i wyobraźnia, spacery i wszelakie aktywności, serio!

Nie rozumiem jęczenia, że imprez nie ma.

Szczerze.

Jest to dla mnie nie do pojęcia, ale ja stadności homo novinkus nie rozumiem.

No ale…

Mamy Sct. Hans.

To oznacza ognisko, palenie kukły wiedźmy, co politycznie jest obecnie syskutowane dość mocno, ale… zobaczymy co będzie. A niech se fajczą, tylko niech uczą dzieci skąd się to wzięło, jakoś kota nikt nie wsadza do beczki… hmmm, ciekawe co pierwsze zostało ukrócone, palenie kobiet, czy jednak koty zabijane w beczkach…

… jak myślicie?

Zbierać się ludzie mogą wyłącznie w liczbie 50 osób, ale… kto to policzy? Niby policja ma pilnować, no ale, jak niby sobie to wyobrażacie, gdy coś dzieje się na plaży? No w jaki sposób? I może jeszcze odstępy, co?

LOL

Nie lubię tego święta, ale zawsze skłania mnie, szczególnie w tych czasach, gdy wsio ma być poprawne politycznie, do przemyślenia sprawy palenia kobiecych kukieł. Bo to one przecież są zwykle fajczone, topione… Marzanna, Bocker, noc świętojańska. Czemu wciąż bab tak nie trawią?

No serio, szczerze… czemu?

Winię za to kobiety.

To one wydają w końcu na świat nowych ludzi.

One powinny uczyć, są matkami… no kurde no!!! Co wy robicie z tymi macicami. Tudzież raczej, co gotujecie w tych swoich macicach… weźcie to przemyślcie. Choć… znowu włazi poprawność polityczna. Może i stwierdzą, że należy przemyśleć tę sprawę, ale nasi politycy poszli na wakacje przed głosowaniem nad tym tematem… czy tam rozmawianiem, czy co tam robią, frokostowaniem? Tia, to najbardziej duńskie, LOL Przefrokostować wszystko i ameno z bitą śmietaną!

Chowam się.

Jestem wiedźmą.

Jak mojej babcie i prababcie i prapra… zamykane w psychiatrykach…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniane Morze… została wyłączona

Pan Tealight i Fatalny Ślizg…

„No dobra… Okrutna Ślizgawka nie przedstawiła się najpierw.

Nie okazała swego ducha, nie zażądała bilecików, zaproszeń, ni mgnieniem nie okazała, że jest czymś więcej, niż kolejnym, wyspowym głazem. Nie że trollem, ale wiecie, głazem zwykłym… i potem, uszkodziła Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane…

Wprost.

Celnie.

I to w zadek… no po prostu tak maksymalny brak szacunku dla wiedźmostwa, że zszokowanie ogółu stworzyło własny Wszechświat, odcięło się od tego i tyle je widziano. Naprawdę.  Nikt nie rozumiał, jak takie coś mogło być możliwe, nawet Pan Tealight byl lekko spłoszony onym… PUFF.

No wiecie, jak na kreskówkach.

Starych.

Tych wiecie, niepoprawnych politycznie…

Ale bólu zadka, tudzież obitego gnata ogonowego i całkowicie magicznego, jakoś tak, no naprawdę, to nie odwróciło. Dupa Wiedźmy Wrony była w opłakanym stanie, ale tak to jest, jak się nagle sięga po magię, które niestety wymaga właśnie takich ofiar, zresztą… może serio oni kiedyś najpierw… wiecie… smarowali czymś… ekhm, albo na gołej lecieli, co właściwie też ma wiele wspólnego ze smarowaniem i tak dalej, i naprawdę. To kiepsko trochę, ale żeby nie było…

Było na szczęście.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: Robert M. Wegner – … człowiek. No wiem, opisywałam niegdyś swoją fascynację każdym z tomów, ale teraz, gdy próbuję przywrócić choć część ze swoich książkowych, zniszczonych zbiorów, wiadomo było, że on będzie priorytetem.

Bo ten pisarz to złoto, bursztyn, diamenty…

No wiecie, te wszelkie drogie gówna, których może jakoś sama nie potrzebuję, ale inni uznają za niezbędne, wiecie Chanele i Gucci, czy co tam… powinno się mówić Wegnery! No serio, bo torebki pikowanej mi nie trza…

Ale jego tak!!!

Musiałam, na wszelki wyapdek jak najszybciej, przywrócić na półkę.

Bo widzicie, są książki, właściwie w tym przypadku cykle, które… no ech, pozozstawiają w człowieku taką żałość, która wylewa się, gdy sięga po inne książki. Żałość, że nie dają mu tego, co dał Wegner. Onej spójności, a jednak rozkraczności, onej osobliwości, pełni bohaterów, ale też braku ciężkości, choć przecież tego człek się spodziewa po fantasy w twardej oprawie, pięknie wydanej, która jest cegłą. No wiecie…

Dużo stron… lubić to.

W tym przypadku, ponieważ o kolejnych książkach już się wypowiadałam, powiem tylko, że to trzeba mieć. Przeczytać, a jeszcze lepiej przetłumaczyć na wiele języków. Oną piękność słów, składania zdań, opowiadania, oną umiejętność tkania nici… nie treść, ale obraz, który niby oglądacie po kolei od prawej do lewej, ale jednak często przeskakujecie, bo coś was tam zaintrygowało, coś tam, no i… ech…

Do tych książek się wraca.

Czyta je od nowa i odkrywa coś nowego.

Za każdym razem…

ErichsensGaard…

No tak, wiecie, wciąż czerwiec, co to był muzealnie sponsorowany. Potem lipiec z darmowymi przepłynięciami na małe wyspy… hmmm, ciekawe czy na Leso też mnie to będzie dotyczyć? Tylko jak oni wliczą przejazd przez całą Danię?

LOL

Takie czasy, że kurna się ludzi z wysp traktuje… jak zwierzątka w klatkach, wiecie, osobniki do oglądania dla Turyścizny. Nie pierwszy raz zresztą. I zapewne, zaprawdę powiadam wam, iż nie ostatni, oj nie. Ale… miało być o pogodzie, wiecie, wstęp taki. LOL Otóż jest koszmar. Ponad tydzień mglistości, havgus koszmarny, jednocześnie ukrop i zimne powiewy. To zawsze oznacza ból głowy i wszelakie nosowe problematyczności. Moje zatoki po prostu puchną i nienawidzą mnie serdecznie. Naprawdę, wysłały list.

No ale, mamy oną dziwną pogodę.

Mglistości, podobno nawet padało… tak, nie padało tylko w pasie od Ro do Svaneke. Czyli i u nas, za to w Teglkasie się ziemia obsunęła. Niby to się zdarza, niby nic wielkiego, ale jednak… u nas nic a u nich leje? Przecież to nie jest coś wielkiego, znaczy wiecie, no Wyspa nie jest gigantyczna, a jednak…

… ech, pogoda dziwna.

I wciąż nie pływałam…

Nie wiem co mnie odpycha od wody…

Sąsiadka za to codziennie biega i się zanurza. A potem wyłazi, co uznaję serio za stracony czas, bo jak już wlazłeś, to po prostu pływaj, zmęcz się, zmarznij, nasól czy co tam sobie robisz… bo przecież już się rozebrałeś, przywlokłeś ręcznik, ściągnąłeś kolczyki… a tak, nie wszyscy mają ich ponad 30… LOL, może to o to chodzi?

Nie wiem.

COŚ wisi w powietrzu, pływa w wodzie, coś…

Strach?

Ale miało być muzeum.

I będzie.

W środku Rønne znajduje się… hmmm, chyba należy to nazwać raczej posiadłością niż domem, w końcu mamy tu i dom i obejście i nawet drewnianą wygódkę, która pewno wciąż by działała, ale wiecie, rynsztoki lubimy czyste. LOL Specyfiką onego domu jest nie tylko rodzina, w której każdy coś tam robił, czyli wiecie, jak to drzewiej bywało, ale przede wszytskim, a może li i tylko… ogród. Niesamowity, bajkowy ogród, jeśli tylko pozwolicie sobie w niego zagłębić, poznać wszystkie jego części i elementy. Może trochę już poniszczony, może niektóre drzewa już zniknęły, domy dookoła się pobudowały, ale jeśli człek pomyśli…

A dostaje broszurę, która one myślenie wspomaga…

No to wtedy macie raj w mieście.

Swój własny, prywatny. Taki, że nie potrzeba nic więcej, jak ktoś lubi zamknięcie, introwertyzm i wszelaką samotność, a jednocześnie kocha tworzyć, żyć w ciszy, ptasznym gwarze… i jeszcze ma ul nawet… no bo jak ogród, to wiadomo, lepiej mieć… i jeszcze chce spokoju, więc ma murek, więc jakoś tak, no wiecie…

Cudowny ogród.

Nie dlatego, że wielki i dziki, wprost przeciwnie, uporządkowany i spokojny. Tu jedzenie, tu więcej jedzenia, wiadomo, że przetrwanie to rzecz kluczowa, ale też one krzaczki, wąskie uliczki i jeszcze… ech, jak byliśmy muzyka towarzysząca spacerowi była po prostu „spot on”. Spokojna, lekko romantyczna, zapach jaśminu, płatki na ziemi…

Ech…

Tak, to jak najbardziej miejsce dla tych, co lubią staorcie i antyki. Ale też miejsce dla tych, co kochają podpatrywać innych. Albo… miejsce dla tych, co chcą się czegoś napić i przegryźć w onym specyficznym klimacie. Bo ten klimat się wyczuwa. Jakby nad wszystkim rozpostarto ogromną kulę. Jakbyście byli elementem śnieżnej kuli, ino, że późnowiosennej, prawie już letniej bo byliśmy w Kupałę… na zewnątrz duchota, skwar, dziwna mglistość i jeszcze one zimne podwiewy, a tutaj, inny świat. Oto, jak zrozumieć potrzebę sadzenia drzew i krzaków wszelakich, kwiatów oraz pozwalaniu ogrodom na odrobinę dzikości, w której świetnie mieszczą się pszczoły… i wiecie co, słychać je… kurcze…

… no tak.

Miejsce oczywiście ma swój zapach, który nas z Chowańcem trochę przeraża, ale to nasze zboczenie, po przejściach z Pleśniową Chatką, po prostu wiemy, że dla nas nigdy więcej starego, antyków, loppemarketów i tak dalej. Po prostu nie… ale nie każdy jest taki, więc na pewno ktoś zakocha się w tych lustrach, lampach, wystroju wnętrz, przeszłości, z jednej strony nie aż tak dalekiej, a jednak… coś zbudowane w 1806 roku, to jednak dwieście lat… urde, ale ten czas zapiernicza, no weźcie, serio…

No tak.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fatalny Ślizg… została wyłączona

Pan Tealight i Przesyłka dla Mirmiłka…

„Nie, żeby ktoś go znał.

Wiecie, nikt nie wiedział o co kaman!

Kim był Mirmiłek?

Gdzie mieszkał, czym się zajmował i czy to on zostawił ten niebieski, plastikowy worek pełen śmieci w śmietniku Wiedźmy Wrony Pożartej? Bo wiecie, choć paczka przyszła zaadresowana do niego, ale na adres Sklepiku z Niepotrzebnymi, jakoś tak worek, z napisem Mirmiłek… znalazł się u niej.

No i kurna, to imię…

Bez urazy, ale trochę dziwnie zbyt miękkie, by brać je na serio.

I jakoś tak bez nazwiska… że co, jak Cher? No nie, weźcie, ona to Królowa Muzy, a on… nieznany, choć może minięty kiedyś? W końcu może go znała, ale się ukrywał? Może był ten, który wyjadał ziarna z karmnika nim dobrały się do niego ptaki? Może mieszkał w jednej z Żółtych Wszetecznych Szop? A może… ale wtedy, kurcze, dlaczego paczka dla niego zaadresowana była…

Nie tu?

… lecz tam.

Nie, nie otworzyli jej. Po prostu położyli ją pod sosną, jedną z tych, no wiecie, onych wielkich i obwieszczających i… czekali. Sprawdzali, obstawiali parasolem… i po tygodniu, przesyłka zniknęła.

Bez śladu.

Bez papierka, potwierdzenia, czy kawałaka sznurka, który świadczył by o tym, że ktoś ją rozpakował na miejscu.

Albo pożarł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Więcej…

Najważniejszą częścią Naturmuseum jest dla mnie jednak ono dno morskie… wiecie, pofałdowana część kamieniołomu, z dwoma wodnymi oczkami, która urzeka wprost wszelaką cudownością struktury, barwą, gładkością…

… no bajka!

Znajdziecie tutaj odciski wszelakich zaprzeszłych działań geologicznych i biologicznych, ale najważniejsze są te ślady na piasku, które skamieniały i widziały Ekwador. No wiecie, pamiętacie jak to było? Pangea, Laurazja, Gondwana i te sprawy… he he he, no pewnie, że nie pamiętamy, ale jako jedność ze Wszechświatem się wciąż zmieniającym, to zbudowani jesteśmy z tego, co było, z tego, co jest i z tego, co będzie…

Choć…

Człek przeszedł przez one skaliste pastwisko, przez one miliony lat w postaci wodospadu, zauważył krystalizację, a teraz nagle stoi na dnie, które jest zwyczajnie fascynujące. Nie możesz go przestać fotografować, żałujesz, że nie masz więcej cieniorobnych narzdzi, ale to by trzeba całą sesję zrobić… dlaczego tutaj ludzie nie robią sobie sesji ślubnych? Przecież to taka moc…

… 540 milionów lat winno gwarantować wieczną miłość.

Chociaż, co ja tam o tym wiem?

Hmmm…

Do tego odcisk meduzy, którego, przyznaję, nie znaleźliśmy. No zawsze jest coś, do czego można powrócić… może przy bardziej mglistej pogodzie. Ech, jakie to muszą być zdjęcia, no wiem, lekki monotematyzm, ale te fale są po prostu hipnotyzujące. Widzisz, dotykasz, stoisz na tym. Wiesz przecież, że Ziemia to staruszka, ale tryzmająca się super… chociaż patrząc na wszystko, to czy jest staruszką, czy dopiero młodą dorosłą?

Nie wiem…

Niewielkie zawirowania, wypustki, idealne kolistości…

To miejsce po prostu urzeka.

Możnaby siedzieć, turlać się po tym z jednego końca na drugi i znajdować za każdym razem coś nowego, coś dziwnego, coś… a może to tylko ja? Na pewno rodzinie mieszkającej w tym domku ponad onym dnem morskim, raczej nie uśmiecha się ta cała turyściznowość właściwie na ich posiadłości.

Ale to teren chroniony.

Muszą nas znosić… albo mogą wykorzystać. Sklepik? Knajpka? Przyznam, że starsi państwo chyba czegoś takiego szukali, kompletnie niezainteresowani obsesyjnym macaniem tak starych spraw jak te pomarszczone, morskie wspomnienie.

Jak dla mnie, lepsze niż muzuem i za darmo, bo dojdziecie tutaj z wielu meijsc. Szosę widać, dwa inne gospodarstwa zaraz obok no i…

Bautasteny.

Muszę przyznać, że słyszałam o nich, ale jako że raczej trudno je datować, wiecie epoka brązu, epoka żelaza, tysiąc w tą czy tamtą… nie wiadomo, czy tylko zaznaczały jakiś teren, czy jednak stały by upamiętnić zmarłych, nieczyszczone, nawet nie jestem pewna czy czasem nie kryją tam pod oną warstwą wszelakich narośli jakichś helleristningerów… aż mnie korci, by chwycić za szczotkę, ale wiecie, nie mam nic pod ręką…

Jeden stoi zwrócony ku powierzchni morskiego dna, jakby zadawał zbyt wiele pytań, drugi, wypchnięty w pole i od razu nasuwa się podejrzenie, że jako iż był to kamieniołom, ktoś mógł sobie niektóre z kamieni zwyczajnie, wiecie, „pożyczyć” i tyle. Bo coś tu, w tym miejscu jest. Coś świętego, zapomnianego, coś a raczej COŚ.

Ciekawe, czy nie były częścią największego z kamiennych kręgów na Wyspie.

Wszystko możliwe.

Wszystko…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przesyłka dla Mirmiłka… została wyłączona

Pan Tealight i Wron Albinos…

„Pojawił się nagle, zapukał, dziobem oczywiście, lekko zakrzywionym, lekko dziwnie nieistniejącym, bo prawie przezroczystym… no i poprosił o farbowanie. Jakby kurde ktokolwiek tutaj robił we wroniej fryzjerni. Wiecie, nikt nigdy nie, no nawet jak na sobie to zawsze wychodziło dziwnie, a tutaj tak się obcym zajmować, co to jeszcze może cię w oczko jedno czy drugie dziobnąć.

Czy coś w ten deseń…

Albo i je wydłubać i połknąć w całości.

A potem obgryźć kości, sprosić robaczki i innych padlinożerców…

Niby wyglądał milusio i tak, dalej, ale jednak… ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, jakoś się bała. Karmiła wrony. Karmiła Śpiących Bogów. Nawet trolle i skrzatowstwo leśne, ale jednak ten osobnik… bo widzicie, jeśli chodzi o rozmiar, to on wielki był!!!

I jak tutaj w ogóle gadać z takim?

Nie żeby się nie dało, nadawał w kilku językach, przez szybę się rozumieli, ale wyobraźcie sobie ono białe oko spoglądające na was przez szybę, którą dziobem mógłby ot tak, po prostu, puknąć…

Bała się…

Kim był?

Czego naprawdę chciał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze spacerowe…

Częścią darmową Naturmuseum jest spacerownik. No dobra, wiecie, parkujecie i idziecie za muzeum. Gdzie was ścieżka poprowadzi jeśli tylko dobrze wygooglaliście sobie mapkę, to zobaczycie, iż ścieżki są dwie, krótka i dłuższa.

Tym razem tylko krótka, sorry, słońce i wiatr, i babskie przypadłości, oraz całe to łażenie po nazbyt głośnym wnętrzu muzeum, mnie wykończyło. Strasznie mocno. Wyjście na zewnątrz naprawdę było odetchnięciem. Do tego krowinki na polu… normalność, nawet z tym dziwacznym dinozaurem po lewej stronie, zamkniętym miejscem dla dzieciaków i restauracją, bo wiecie, wciąż wirus i tyle, chociaż, tak szczerze, ludzie dziwnie tak lgną do innych ludzi AKA mnie! Dlaczego? No napradę?

Dlaczego tak musicie blisko wszystko…

… zawsze?

Ale…

Słońce, wiatr, dziwna pogoda, raz za gorąco, raz za zimno, ale ścieżka śliczna, do starego kamieniołomu… po jednej stronie wysokie trawy i barszcz, no worries zwykły barszcz, nieparzący, a po drugiej widok na Wyspę. Na tę jej część, której chyba jeszcze nie widzieliśmy. Nigdy nawet, serio… znaczy byliśmy tu, ale człek myślał, że wsio zamknięte, jakoś strzeżone, bo przecież… no wiecie, ludzie…

Ale nie…

Otwarte…

Wszystko dla człowieków, więc idziemy.

Na kamienie. Ma być Kura i Kogut. Przy jednym jest dupna ślizgawka, którą oczywiście wypróbowaliśmy na Instagramie filmik. Ślizgawka – Skridebanen – naturalna w 100%, ale szczerze zalecam ostrożność przy lądowaniu… w przypadku niskich osób można telemarka zaliczyć zbyt dalekiego.

Ekhm…

Kogut i Kura.

Dwa głazy polodowcowe. Do tego trochę drzewek, cisza, spokój, już nawet aż tak nie słychać disco ze stadionu… w końcu spokojność jakaś.

Milusio.

Jednak, mimo wykształcenia muzealnego przyznaję, wolę te większe cichsze, a już najlepiej te drzewne, ale przyznaję, iż autoportret Enoka Mogensena, ponad stuletni czy imię wyrzezane w kamieniu przez Hjalmara Bolmgrena, to coś takiego… widzicie, człek nagle przestawia się z tej nowoczesności i przypomina sobie jak to na początku zeszłego wieku bywało i… wie, że praca tutaj, to nie były fotki na instagrama.

Klintebakken, bo tak zwie się ogólnie to miejsce, naprawdę potrafi przypomnieć, jak to było kiedyś… i to nie tylko 540 milionów lat temu, bo człek w końcu dociera do onego dziwnego miejsca, wodospadu czarnej skalistości… mijając one znaki kamieniarskiej przeszłości, nie do końca wiedząc, czy dobrze idzie, czy nie…

Idzie i widzi ten wodospad skał.

To jest naprawdę niesamowita kombinacja barw, poyskiwań i struktury. inspiracja dla tych, co tworzą i tych, co na przykład nie mają pomysłu na to, jakie se ściany walnąć w domu… idźcie w miliony lat temu. Serio! Wygląda to megalitycznie! Chociaż nie jest przecież takie, to w końcu tylko kawałeczek, a jednak niesamowity…

Co do Koguta i Kury, to wiecie, stoją se dwa głazy i tyle.

Nazwy ino mają zabawne.

I tak, każdy próbuje je poruszyć, bo przecież u nas to już wsio polodowcowe trzeba macnąć i próbować wprawić w ruch, co nie?

Ech!!!

I teraz wiesz już dlaczego ludzie tak bali się zsyłki do kamieniołomów… Chociaż, no tak ładnie tu mieli i skamielinki były… dobra, żartuję. No oczywiście, że żartuję. Szczerze. Wiadomo, praca jak praca, ale jednak kamienie tłuc…

Oj rany!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wron Albinos… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwny Kret…

„No kurde, bo widzicie, on rył w powietrzu.

W mglistości wszelkiej Havgusa tworzył tunele i zawirowania…

I składy.

Bo wiecie, wiedział, że to wciąż ona Bogini Pandemia władała tym światem, więc wolał być przygotowany naprawdę na wszystko. Wszelakie wszystko. Nie ominąć żadnego niebezpieczeństwa, od razu gryźć, chować się, wszelako walczyć o swoje miejsce na ziemi, ale też… czasem może się dzielić?

No wiecie, jebany altruista.

Albo ściemniacz.

Wiedźma Wrona Pożarta spoglądała na niego, na one korytarze tworzące niesamowite, artystyczne kształty w onej mglistości, ale też, wciąż nie rozumiała, jak on chce to wszystko przechować? Jak to ma przetrwać, jeśli havgus zniknie? Czy on zniknie wrazz nim, a może tylko przesuną się za welon…

Będą, ale nie do końca.

A może po prostu zniknie? Może nie wie, ale czy winna go informować o znikającej właściwości Havgusa? Może nie powinna się wtrącać, szczególnie teraz, gdy wszyscy tacy… mocno podenerwowani…

Gdy tacy spięci…

… więc tylko patrzyła i notowała w sobie inspiracje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

NATURMUSEUM…

Nie, żeby nie było… nie okazało się, iż jestem dziedziczką i nagle na wszystko mnie stać, ani nie otworzyli muzeów, ale… dla ludzi posiadających pewne ubezpieczenie w pewnej firmie, po pobraniu odpowiedniej apki wsie muzea są za darmo!!!

YAY!!!

I kurde… problem jest, bo to tylko w czerwcu.

… więc planując tylko w weekendy, no sorry, nie dość, że blogi, to jeszcze brak pewnych umiejętności i odległość, no i brak telefonu, tudzież wsparcia, wiecie, niektórzy mają serio przesrane… więc planując co i kiedy można zobaczyć, stwierdziliśmy, że zaczniemy od Naturbornholm. Bo sorry, ale prawie 300 DKK za parę z pluszowym niedźwiedziem, to raczej trochę sporo. Przynajmniej dla nas. Tym bardziej, że chodzi jednak o geologię i paleontologię, a archeologa i informatyka z trochę innymi pasjami trudno tym zafascynować… choć trochę, nie oszukujmy się, nauka to nauka, zawsze, ale to zawsze wciąga!

Zawsze…

Ale, zaczynamy od początku. Dojazd jest łatwy, wycięte drzewa, ogromny trawnik, do tego odgłosy ze stadionu, pewno jakaś pierwsza pokoronowa imprezka… choć Corona wciąż jest, to jednak, wiecie, ludzie mają dość, Turyścizna wlała się i w dupie ma obostrzenia, żadnych odstępów, nawet w kolejce tylko nieliczni przestrzegają naklejonych paseczków… pewno, dostaną pouczenie, ale… podobno na dniach mamy się otworzyć na Polskę, na razie wykopali żeglarzy z Polski ze Svaneke. Wiecie, prawo to prawo, to że ma się zmienić za kilka dni…

Miało być o muzeum?

Miało… no więc, trudno przegapić oną ogromną bryłę. Ciekawie zaprojektowaną, trochę mi się kojarzy z Abu Simbel, choć statuy żadnej nie ma poza żabą… ale jednak, no i trochę jakby droga procesyjna, naprawdę wali Starożytnym Egiptem, a gdy się zbliżycie, ściany mogą was naprawdę zafascynować.

Ta siatka, te kamienie, wiecznie pizgający wiatr…

Włazi człek, pokazuje apkę i już może wejść, na szczęście na podłodze są odciski stópek – naklejone – i dziwny zakręt między dziwne skały, mewy w górze, kiepsko się czuję, ciemność nagle, ruchomy chodniczek, powinno być ostrzeżenie dla tych klaustrofobicznych i tych, co źle reagują na zmieniające się światła.

Naprawdę…

Poza tym nic do widzenia… jest ciemność, dwa zdjęcia, w górze światło, jakbyście szli norą myszy, jakby ona podziemna podróż miała prowadzić – znowu jak w Starożytnym Egipcie – ku oświeceniu… i prowadzi.

Spojler alert!

Jak już przemęczycie ten dywanik…

… można po nim po prostu iść, co naprawdę polecam, bo serio możliwe, że dobry to znak, iż postanowili to zmienić, może na coś ciekawszego… może coś bez onego wiatru w twarz na końcu, białego światła i jeszcze żagla? Nie wiem… ale, w końcu człek dociera do onej części muzealnej bardziej…

I są tu okienka i są zabawki dla dzieci i dziwna przestrzeń, jakieś takie pokręcone, zagubiające cię poczucie, uczucie, ustawienie wszystkiego… rodzaje skał, rodzaje gnejsów, granitów, niby człek o tym wie, ale szczerze go zastanawia, czy kogokolwiek to interesuje? Na dodatek, pomieszczenia, kolejne części wystawy nie są dźwiękoszczelne, zwykle patrzycie w górę i widzicie oną ogromność, gigantyczność wprost, budynku, niewykorzystaną…

I dziwny strach mnie złapał i jakoś tak…

Jestem niska, muzeum jest nastawione na dzieci, a jednak, nawet ja nie dosięgłam łbem do niektórych okienek, ale, zapomniałam… po wyjściu z tunelu łapią was i dają film, fajny film, warto obejrzeć, choć trzęsienie przyprawiło mnie o mdłości, ale mnie każde trzęsienie przyprawia, więc… w środku znajdziecie jeszcze jedno miejsce z filmem, wiecie, można posiedzieć, obejrzeć, ale… przez ten brak dźwiękoszczeności, jakoś tak… wciąż słyszałam ino wrony!!!

Co to ja w domu jestem, czy jak?

No weźcie no!

Dobra, były małe żółwie, jakieś skamieliny… a potem, niby miały być dinozaury, ale przyznaję się, że poza obejrzeniem wielkiego i mapki z helleristningerami… odpuściłam. Ciągłe wrzaski dzieci i wszelaki hałas, nie wiem… może rzeczywiście to ino dla dzieci? Może naprawdę? Ale ja lubię skały, serio!!!

Kocham kamyczki…

… może zmienione muzeum będzie lepsze?

Może w końcu się zdecydują, dla kogo są, kto jest odbiorcą… bo takie dzieci przecież nie przeczytają tych tekstów, a dorośli… mają to gdzieś. Wydaje się, że w muzeach Duńczycy lubią puścić dzieciaki wolno, jak psy na wybiegach i siedzieć w knajpie… restauracji, kafeterii, jak zwał tak zwał, a one latają, fruwają, wrzeszcząco i hałasująco, biegają, wkurwiają…

Jeśli o mnie chodzi, nie polecam, ale sklepik mają fajny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwny Kret… została wyłączona