Pan Tealight i Pan Zapalniczka…

„Znaczy, no tak…

Oczywiście.

Zawsze był przydatny, a jednak, ona zawsze spoglądała ku zapałkom. Wiecie, onym w niebieskim pudełeczku, zza morza… z dziwacznie kreskówkową figurynką białego chłopca z białym wszystkim. I wszelakim zapatrzeniem w swój własny świat, jakby kurcze… nie no, przecież od zapałek była dziewczynka, co nie? Nie chłopiec… a może i z tego baby wydupcyli ostatnio…

Ech…

Pan Zapalniczka, widzicie, był wielkim feministą.

Ogólnie mówiąc kochał wszystko co babskie, ale wiecie, bez odchyłów własnych w tę stronę. Jakoś takoś nie marzyła mu się własna pochwa, czy suknie jakieś… nawet się wiecie, nie malował. Nie. W ogóle. Kompletnie go ona nowomoda, która sprawiała, że baby jak chłopy i odwrotnie, nie, to go nie kręciło. On chciał kochać kobiety gorąco i płomiennie i jeszcze pragnął ich mieć wiele i poukładać sobie w pudełeczku, dużym, przestronnym, a potem potrzeć te główki…

I puff…

Znaczy nie no…

Oczywiście, że nie był mordercą.

Nie… on zwyczajnie po prostu był feministą. Chciał kobiet, pragnął ich wszystkich dla siebie, najlepiej lekko podsuszonych, ale tłustawych, więc wiecie, coby się łatwo mieściły w pudełeczka i dobrze im główki malały… i zawsze, ale to zawsze myślał wtedy o niej… Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane, która wolała zapałki niż jego… feminista…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na zewnątrz biało.

Ale no po prostu biało…

Wszystko zmieszało się w wilgoci, wietrze, w onej dziwnej, ociężałej mgle, ale też i dziwnej spokojności, dziwnej wszelakości. Przemókł nam dach, ale nie tylko nam, jak się okazuje siedemnastego lutego telefony się na Wyspie rozdzwoniły. I wszyscy narzekają, a dlaczego, no bo wiatr dziwnie wiał, spod tak nieznajomego kąta, że powpychał mokry śnieg pod dachówki, no i się zaczęło… u nas na poddaszu po prostu wilgotność, z tego tam wywietrznika się leje, no dobra, mocno kapie teraz… miejmy nadzieję, że się przesuszy, ale jedno wiadomo.

Jak najszybciej trzeba zrobić górę.

Z drugiej strony, gdyby nie sercowe połączenie z tym miejscem, to moglibyśmy sprzedać ten dom teraz za… oj, wiele więcej. W wymiarach nieruchomości, to mamy tutaj szaleństwo. Rudera wszelaka poszła za taką kasę, że tego nie rozumiem. Wiecie, murowany dom, który opada, wszelako zagrzybiały, a ponad 2 miliony…

… niestety.

Czy to oznacza zwiększenie populacji tutaj, nie…

Kupują i zostawiają i…

… wiecie, zwyczajnie czasem, raz na jakiś czas przyjadą, a potem, domy powoli popadają w ruinę. Już nikt ich co wiosnę nie maluje, nie naprawia, nie dba, nie ma już sił, a może i więcej jeszcze…

Może po prostu już wsio straciło sens?

W powietrzu unosi się bezradność i wkurw…

Nie wiadomo co wygra…

Codzienność zdaje się waką o każdy krok, o wszystko.

Już nie ma jakiejś radości, tylko… niektórzy mają jeszcze nadzieję. Niektórzy, jak sąsiad, którego wciąż nie zidentyfikowałam, zabiorą nam śmieci z podjazdu, jak Śmieciarskim Księżniczkom się nie chce… zrobi to bo wiecie, ma i tak przyczepkę, ma swój samochód, i tak wiecie swoje, więc…

Czemu nie?

Logiczne, więc czemu wzbudza moje zadziwienie?

Nie wiem.

Przeraża mnie ono zadziwnie, bo przecież to powinno być poprawne, normalne. Sami byśmy przywieźli coś sąsiadce własnej, czy sąsiadowi, gdyby potrzebowali, ale wiecie, nie potrzebuje ni ona ni on, albo też i każdy może wezwać sobie sklep by przywiózł jej co chce. Zresztą, chyba się schowała na czas tych śniegów… chociaż, może i śniegi wrócą, więc wiecie, może znowu wyjedzie.

Przynajmniej nie stuka, a Chowaniec ma ferie.

Urlopik… jak na razie kijowy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Zapalniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Postępowa Panna…

„Lustro Królowej Śniegu znowu jebnęło.

Tak to jest, kurde, jak po przeprowadzce się wiesza te gówna na onych nowomodnych wymysłach,zamiast na śrubach grubych. Przecież sama rama waży swoje, co najmniej trzech chłopa go zwykle nosi za nią, bo przecież paniusia to nigdy nie wie gdzie je walnąć tak, no wiecie, od pierwszego wejrzenia.

Oj nie…

Na tę ścianę, czy tamtą, a może na podstawce jakieś, takiej, wiecie, fikuśnej? Oparte swobodnie o ścianę, tak, coby w nim szczuplej wyglądać, wiecie, albo może zawieszone pod kątem u sufitu, by kompletnie alienowato wyglądać, łeb mieć jak wydłużony balon, z którego ktoś jednak nie zrobił pieseczka, chcoiaż był już blisko i zaczął od ogonka… i prawej, tylnej łapki.

Albo…

No i oni tak łazili, a ona prosiła, by tu przystawili, albo tam, a tutaj może na dzień powiesić, a może i na dwa… ona sprawdzi, tutaj ma takie wynalazkiz internetów… więc może akurat się coś uda, nada…

No i tak to się skończyła.

Ona zmienność ciągła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kochanek dziewicy” – … no tak. Prawda, czy nie… hmmm, wiele jest teorii.

Przyznaję, że uwielbiam wleźć w te czasy Tudorowskie i Wojny Róż i jakoś tak w nich siedzieć. Patrzeć na świat przez pryzmat tamtych poglądów i zachowań. Lubię wracać do tych książek, jakoś tak…

By nagle być gdzieś indziej.

W innym czasie, epoce, wszelalkiej niepewności, ale i przecież świadomości tego, jak to się wszystko skończy. Bo romans Elżbiety I był czymś, cóż, oczywistym. Czymś, co zajmowało ówczesną Europę aż nazbytnio, bo przecież jakże to kobieta, no wiecie, winna była za mąż i dać potomka, żadnych innych uciech… a i te ciągłe zamachy na nią, tak szczerze, w tej książce widać Elżbietę zlęknioną Nie oną odważną heroinę sportretowaną w zbroi, ale otwartą i kochającą, potrzebującą kogoś… spragnioną uczucia.

Zwyczajną dziewczynę…

A on…

Czy chciał tylko władzy?

Najprawdopodobniej … więc dobrze, że miała doradzców, jednak… zawsze zastanawiało mnie, co by było gdyby. CO by było, gdyby jakoś tak, stał się królem małżonkiem. To by rozwiązało tyle problemów, ale też nie stworzyło legendy, czyż nie?

Oto opowieść o władczyni człowieku…

… ale i tej, która nigdy nie zapominała, że przede wszystkim jest królową!!! Opowieść nie tyle romantyczna, co polityczna, kryminalna.. Historia dwóch kobiet, które, cóż, pozostały samotne do końca.

Na zawsze…. bo przecież to też historia porzuconej żony. Tak podobnej do Katarzyny Aragońskiej. Tak bardzo… cierpiącej.

Pamiętacie, że straciłam swoje wszystkie książki… no więc po półtora roku mam… ekhm, malutką część tego, co miałam, ale kilka ważniejszych udało się znowu zdobyć.praca się skołowała sama, więc wiecie…

Co najważniejsze, by były to książki jednak nowe, wiecie…

… jestem przewrażliwiona.

Nadal.

A Butcher i Kroniki Królobójcy… ech, gdyby jeszcze Dragonlance i cały Tolkien z Pratchetem się objawił… ale może się uda.

Musi!!!

Szukając Bezludzia.

Ale najpierw coś, czego nie napisałam poprzednio, bo chodziło o Svaneke, a ja się zacietrzewiłam na onym zamknięciu. Ech… no więc od początku chyba jakoś tak w Svaneke najlepsze były lodowe rzeźby w porcie. Przy sztormie i minusowej temperaturze, no mega. W tym roku królują dwa stoły.

Takiego nakrycia to sama bym chciała…

Ino niecieknącego. LOL

Ino niecieknącego. LOL

Bo wiecie, one dwa stoły, popularne na Wyspie ławki z siedzeniami, drewniane, pokryte zostały przez fale przepięknym obrusem. Z sopelami, fałdkami, ale takimi zaprasowanymi, no przecież plisowanie na maksa wam powiem… i jeszcze te siedzenia, w słońcu szczególnie rytmicznie dudniące kropelkami…

… po prostu czyste piękno i idealna inspiracja.

Ale w Svaneke nie tylko to można znaleźć, są i oblodzone schody – nie polecam i formy wszelakie, lodowe. W onych kwietnych wazonach, na tych wielkich,betonowych palach do cumowania… wszędzie no. Po prostu lód. Lód, który powoli, z każdym chlupnięciem, naciekał one twory, zwyczajnie, cudownie się popisał, ale kawałek dalej jest drabinka, chlapnięcie, fala…

Zmroziło mi tyłek, omal nie wylądowałam w wodzie, kompletna głupota kurde, ale jednak… musiałam mieć te zdjęcia. Są na instagramie, jakby co. Nie wszystkie jeszcze, ale wiecie, należy dozować takie cudowności sztuki naturalnej.

Trzeba.

Svaneke to niestety nie bezludzie i choć chciałoby się pooglądać one domki z tymi śnieżnymi czapami w ogródkach, one drogi nie do końca odśnieżone, to jednak, jakoś ludzie są… a już szczególnie w porcie, no weźcie no…

Wszędzie ludzie.

A ja chcę natury i braku Turyścizny!!!

Ale oni zjechali i chcą na narty.

I chcą jeździć na łyżwach na jeziorach… no idioci są wszędzie, dopiero ktoś tam wpadł, ale co tam, czemu nie, nagrody Darwina to którego są? Ktoś wie? Na nartach jeżdżą gdzie się da, oczywiście olewając chodzących, czy te rodziny z dziećmi… są jak rowerzyści nie baczący na pieszych, czyli wsio w poriadkie, co nie?

Ale jakoś nam się udało znaleźć bezludzie.

Najpierw co prawda wkopaliśmy się w śnieg, ale po to człek łopatę ze sobą wozi. Nie zapominajcie o łopatach, bo odśnieżenie to wciąż mit.

A po odpkopaniu wybraliśmy nieodśnieżony, ale rozjeżdżony i kosmicznie zapchany parking, przy dużej stacji kolejowej/muzeum, i ruszyliśmy szukać ścieżki… szosą… oczywiście, że dostałam bułą pośniegowego błocka, bo czemu nie, więc cała reszta wycieczki w mokrych portkach. Polecam. Wymraża skórę cudownie. Wam mówię, taki trening wszelkiej osobowości.

A potem…

Były sarny i zające…

Ale to potem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Postępowa Panna… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmi Bezsąd…

„O rany, no to jej już odbiło. Bo wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, to ogólnie miała ostatnio fioła na punkcie sądów wyższych i niższych i jeszcze innych takich…

… a już stosów w szczególności.

Co jak co, ale otaczała ją Aura Wkurwa i to wielkiego i lepiej, szczerze, lepiej się było do niej nie zbliżać, nawet z pudłem książek, no chyba, że to takie, które ona sama sobie zamówiła i wszystkie są w doskonałym stanie i ktoś za nią zrobił zdjęcia, więc może tylko siedzieć w łóżku i czytać…

I proszę możecie ją bezsądzić, bo co do osądu, to źle się czuła, więc wsadźcie go sobie… najlepiej tak, boleśnie, nabitego ćwiekami, gwoździami i wysmarowanego onymi papryczkami, co to wymagają mleka litrami picia potem… i jeszcze na koniec cytrynka i lekkie jakieś rozoranie…

Oj tak, z nią lepiej było nie zaczynać.

A Chowaniec próbował… cóż, widać niektórzy lubią żyć niebezpiecznie… w Panu Tealight’cie buzowało tyle myśli, gdy go podrzucali do miasta, że naprawdę nie wiedział, śmiać się, czy jednak bać… dla bezpieczeństwa nabył po drodze i kilka kwiatków i jeszcze te puszki z owocami w syropie i oczywiście notatniki, kwiaty oczywista w doniczkach, by tym wszystkim w nią rzucać i jeszcze nabył, wiecie, tak na potem, kilka drzewek, bo to ją zawsze zmiękczało…

Wiecie, lepiej być przygotowanym.

Dorzucił też kilka dziwnych rzeczy z Etsy, na wszelki wypadek.

I srebrne wisiorki, bo jakoś takoś, ostatnio nowu miała Srebrogłód… niewielki, ledwo wyczuwalny, ale wiecie, lepiej być przygotowanym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

13 zbrodniarzy i stół ze Svaneke plus protestów wiele…

No wiecie, jak to mi powiedziała pewna dusza z USA, Dania, postrzegana za tak cudowny, baśniowy kraj, w zderzeniu z newsami, które ostatnio zalały głównie media Twitterowe… no cóż, jakoś tak lekko zatrzęsły tym poglądem, oglądem. No niestety… 13 zbrodniarzy złapanych, szwedzkie wojska wycofane z granicy z Norwegią…

Kuźwa, o co chodzi?

Materiały wybuchowe i takie tam…

A wszystko azaliż wżdy jest ino milczeniem. Wiecie, z powodów wiadomych nic nie zostanie powiedziane ludności, zresztą, niech wszyscy lepiej cicho siedzą i przestaną podskakiwać, bo się pozamyka konta na Facebooku i tyle. Za szerzenie kłamliwych opowieści o koronkowym… a co, tu też zamykają, tym, co się chcieli zjednoczyć i sklepy otworzyć, we współpracy z prawnikami, to zamknęli grupę. Czy ktoś mi moe wyjaśnić, jak to się ma co wolności słowa?

Proszę…

Jeżeli niektórzy nie mogą już mieć innego zdania, to…

Hmmm, kiedyś na to były nazwy, definicje, były i określenia, jakieś wiecie, tyranie i takie tam, ale jednak, no cóż… gdzież tam, w dzisiejszych czasach. No nigdy w życiu. A że Czechy się otworzyły? No dziwacy i tyle.

Tutaj się nic nie otwiera.

Na pewno nie teraz.

Może nigdy.

Tak to wygląda.

Ten pusty stok, idealnie naśnieżony, który okupują nielegalne całkowicie gromady dzieciaków roznoszących wirusa, więc wiecie, dorosły nie wlizie, one mogą sobie na sanka zjeżdżać… i pomyśleć ile to Europa wydała na stworzenie onego stoku narciarskiego. Co? Nie wiedzieliście, że mamy coś takiego mimo braku zim?

A mamy.

Ha!

Resztki po kolei i głupie pomysły też.

Ale, wiecie, ja jestem ta zgorzkniała, co ma dość i dobrze wie, że bachory, co to sąsiedzka familia wielepijących podrzuciła dzisiaj na dzielnię by zbierały kasę, bo to wiecie, Fastelavn był… a bachory wolne mają… Ja po prostu nie mogę. Dzieciaki, największe roznosicielstwo zarazy i oni to wpuszczają do domów, czy też pod domy?!

Serio?

Ale, nic to… wciąż śnieg obecny.

I ferie.

Na szczęście szybko się skończą. Na szczęście… chociaż, czy po nich coś się zmieni? Czy coś kurde w ogóle zmądrzeje?

Nie wiem, ale nawet ten błękit nieba, biel śniegu, ona wszelaka w końcu spokojność i małowietrzność, one fale mniejsze, przecież to powinno uspokajać, a jakoś tak nie. Nic już nie przypomina siebie, więc i naturze człek nie wierzy… ale intryguje go, czy jednak będzie ten snestorm kolejny i jeszcze kolejny, i kolejny i śniegi…

Większe…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmi Bezsąd… została wyłączona

Pan Tealight i Krzemykowy Pan…

„Krzemykowy Pan miał się dobrze, ino że krzesał.

I to na wszystkie strony.

A wiecie, to jednakowoż podpalalne. Mocno. Bo on jak krzesał, to z całego siebie, na maksa i od razu na wszystko i z wszystkich sił. Bo czemu nie. Mógł, umiał, wszelako chciał, więc wiecie, no krzesał, zresztą, był Panem Krzemykowym. Władcą Krzemyków, wszelakim królem, bogiem i wielką niewiadomą, która wiecie… mogła. Mogła wiele i wiele też nie chciała…

No a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, to jednak jakowoś takowoś, to raczej wielbiła krzemienność wszelaką. I krzesanie, ów zapach, te iskierki, no pewno, że się zdarzało to czy inno, ale jednak… nie no, zawsze uważała. Zawsze. Chociaż czasem, to nie, no wiecie…

Czasem szła na całość.

I krzesała by po prostu było jej lepiej, na chwilę, na moment, by poczuła, zobaczyła, by tak jakoś, no zwyczajnie…

… krzesała.

A to on rozumiał.

Krzemykowy Pan… i dlatego zawsze się trzymał blisko niej, bo ona rozumiała, ona wiedziała i czuła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Snestorm w Gudhjem…

Wtorek, środa… ogólnie okolice Walentynek miały być zaskakujące… śniegiem i wiatrem pachnące.

Broen był zamknięty, bo sopele…

… zimno, autobusy nie jeżdżą, wiadomo, w końcu mogą, przecież Turyścizny nie będzie, sklepy wciąż zamknięte, choć wciąż o otwieraniu pytlują. Lekarze się włączyli i mówią, że ludziom już puszczają nie tylko nerwy…

Cóż, obaczym jak to będzie.

Naprawdę.

Na razie wiemy jedno, że śnieg się zdarzył nawet w Gudhjem, w Almindingen jego połacie i głębokości czasem i do pół łydki, a jak ktoś mojego wzorstu, to wiecie, do kolan, no ale… niestety też ludzizny tyle, Turyścizna nawet jest, bo przecież niektóry się trafia, inni znowu na tecie przybywają, ale wciąż… a dziś mamy 14ty…

… sklepy zamknięte.

Wiecie co, to jest pojebane i tyle.

Przecież w zwykłym Dagli każdy chucha na każdego, a jeszcze USA też szaleje i podobno wymyślili, że 2 maseczki są lepsze niż jedna. Oj serio? Naprawdę? No już się kurna cieszę… ale, po tym, jak snestorm wyłączył Wyspę na dwa dni zaczynam się zastanawiać, jak kurna to wszystko upadło. Jak się zdziadziło i wszelako zrąbało. Bo nigdy jeszcze nie widziałam takiego syfu i koszmaru. Żeby autobusy ie jeździły, no okay, rozumiem, ale odśnieżanie wyłączali o szóstej po południu? Za przeproszeniem, ale kto to wymyślił? A jeszcze petycje o mniej soli…

Ech…

Ludzie no!!!

Co w snestorm zrobiłam?

Poszłam na spacer.

A co…

We wtorek i środę oczywiście narzucono tym, co mogą robotę w domu, no i fajno, jak jest możliwość, wiadomo. Śnieg po naszej stronie skromny, ale okazało się, że odśnieżanie przestało istnieć w kalendarzyku służb drogowych, więc naprawdę, już we wtorek szło się dziwnie. Snestorm przypominał bardziej walenie rozbitym lustrem po oczach, niż taniec płatków śniegu… wiecie, nie ma jak 11 lat temu.

Nie. Nawet to się zmieniło.

Albo lodowe szkiełka albo kurna kulki styropianu…

Ech…

Ale temperatura od połowy stycznia trzyma się na minusie, nawet Gudhjem lekko obśnieżyło, a fale jakie fajne były! Hej, że wiecie, no naprawdę mocne!!! I resztek łodzi więcej wywaliło, wygląda to jak pomnik człowieka współczesnego, co go gówno wsio obchodzi…

Pomnik idioty, który twierdzi, że no, jakoś tam będzie, ktoś inny to posprząta, czy coś w ten deseń. Naprawdę. Syf i kiła, możnaby to zebrać, ale jakoś jeden zwala na drugiego, drugi nie słucha, a trzeci, do którego wysłali info, olewa sprawę jak inni… ja po prostu nie rozumiem dlaczego sprawca nie został zmuszony do sprzątnięcia tego.

Bo serio, to jest na brzegu, można zebrać, tam nawet mała lodówka leży…

Sama się boję, powiedzą od razu, że ta dziwna kradnie.

Mniejsza, wicher był, fale niesamowite, pogoda ogólnie podzieliła się na 3 części w ciągu dnia pierwszego, na śnieżycę, sam wicher i wiaterek ze słoneczkiem. I wiecie, tak na zmianę. No oszaleć można było… naprawdę…

Ale też takie to piękne!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krzemykowy Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Zakapturzony…

„Spojawił się…

No wiecie, zwykle tak z nimi wszystkimi i wszelakimi jest tak, że się spojawiają bez zpowiedzeń. Te współczesne czasy naprawdę nie posiadają już żadnego savoir vivre’u. Nikt się nie zapowiada, kwiatów nie przynosi, drzwi nie otwiera, no wiecie… stare czasy, stare grzeczności jakoś tak…

Zniknęły.

Może i nawet wyjechały na jakieś walacje, znalazły sobie jaskinię na bezludnej wyspie, gdzie pogoda im sprzyja i tyle… po prostu egzystują kompletnie niepotrzebne, ale, właśnie jako one niepotrzebne mają pewngo rodzaju związki z Panem Tealightem. Wiecie… grzeczności one listy piszą…

A Pan Zakapturzony je przynosi.

Bo nie można ufać ni poczcie ni kurierom.

Ale też, wiec, z powodów ino sobie znanych, pewno jakąś ma awersję, a może i nawet, wiecie, napady paniki, czy też brak ufności, albo i więcej, coś więcej, jak na przykład, paranoja, może i strach, że śledzą go byty niezaufane, albo i… może i była w tym jakaś teoria spiskowa, no wiecie, były popularne aż nadmiernie ostatnio. Pan Tealight nawet swoje szczepionki lubił…

Na odludzenie.

Ale te listy…

Kochali je! Dowcipne, wszelako miejscami lekko niedyskretne, ale nigdy nie przekraczające granic, grzeczne listy, poprawne, ale jednak…

No wiecie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zmierzch Tudorów” – … tak. Ta powieść rzeczywiście w większości jest fikcją, domysłami i łataniem dziur. Wchodzeniem w ciała i domyślaniem się co dana kobieta myślała, bo to ponownie opowieść o kobietach, w końcu Tudorowie jakoś skupili wokół siebie najbardziej intrygujące osobowości tamtych czasaów… czy to żwawo żyjące, czy od razu na szafot.

Tym razem poznajemy trzy naprawdę skąpo opisywane damy z rodziny Greyów. Trzy siostry, Joannę królową. Religijną i naprawdę zawziętą, jej siotrę Katarzynę, która postanowiła przeżyć i najmłodszą, najbardziej specyficzną, charakterystyczną i charakterną osobowość, Marię, którą możecie pamiętać z filmu o Elżbiecie I, tej z Gwyneth Paltrow.

Pierwsza, no cóż, wiadomo…

Skończyła jak skończyła. Właściwie to wiecie, ale naprawdę sposób, w jaki przedstawiła je wszystkie autorka sprawia, że one kilka dni, ono panowanie, a potem one same, ich ciągła walka, strach, wszystko nabrało człowieczeństwa. Wydaje się, iż tym tomem Gregory oddaje im pewnego rodzaju hołd. Ich sile. Ich próbom przeciwstawienia się wszystkiemu, próbom… przeżycia…

Bo przecież mówimy o tych, które były najniebezpieczniejszymi…

Posiadaczkami króewskiej krwi.

Książka jest niesamowita. Niezbyt historyczna, ale zgodna z faktami dotyczącymi zwyczajowego, babskiego egzystowania. Odsłaniające strach onych opiewanych władczyń, jakimi były Maria Tudor i Elżbieta. One podobnie jak Edward czy Henryk też wciąż bały się… uzurpatorów, choć dla wielu same zasługiwały na to miano… nic tutaj nie jest białe lub czarne…

Ale wszystko jest walką… o przeżycie. I trochę zabawy… odrobinę uśmiechu, kilka dni, miłość, rodzinę…

Naprawdę dobre odzwierciedlenie przeszłości… warto się na niej uczyć, szczególnie gdy znów kobietom odbiera się prawa mydląc im oczy pierdołami. Domagając się od nich powortu do… nicości.

No ale… wciąż w Almindingen śnieg.

Co do reszty Wyspy, to wiecie, różnie bywa, raczej mniej niż więcej, ale… spacer w okolicach wieży obserwacyjnej, podsłuchiwanie Rosjan i te sprawy, no sami wiecie, połączone są oczywiście z drzewami. Wszelakimi. I ścieżynkami, może i zatłoczonymi nie tylko w weekendy, co dobija, szczególnie jak natkniecie się na gromadę palaczy albo rzucą się na was psy…

Acha cha…

Kurwa, takie to zabawne.

Uwielbiam psy, ale sorry, wiara w to, że: „mój pies nie gryzie” ma zbyt wiele wyznawców. To zwierzak, cudowny i naprawdę kochany często, ale też i czasem myślący, że może ktoś atakuje jego plemię, więc…

No właśnie.

Ale… spacer… zwały śniegu, szkoda, że tylko dołem, ale wiecie, lepszy rydz niż rydz w zalewie jakiejś podejrzanej. Przez tłumy człek stara się wybierać najmniej uczęszczane ścieżki i nagle, jakby za mignięciem różdżki jakowejś, bo przecież jak tak błądził po lesie do dotarł na skraj onej skały, co to w Ekkodalen se ją można obglądać i nagle widzi ten cały szmat Wyspy.

A potem uświadamia sobie, że kurna, przecież morze tam widać i nowe wiatraki budują, nie no, weźcie no!!!

Ciasno.

Gromada staruszków postanowiła nas zepchnąć ze ścieżki na skałę, znaczy wiecie, myśmy chcieli social distancing, a oni nie…

Ale, tak nagle stercząc w pobliżu kamienia królowej…

Jakoś coś mnie tknęło i…

Ja pierdolę! Bright Green Island cholera, w mordę jeża, sorry, ale wycinki drzew mnie wkurwiają, a ta to już mega. Przecież erozja pierdyknie tutaj, przecież, no kuźwa mać no… ja już nie mogę. Spacery ostatnimi czasy są naprawdę dołujące. A podobno wycinki miały być zaprzestane w Almindingen.

Papiery podpisali, widać więcej na odbitki trza było, to ścięli.

I to jeszcze tak brutalnie, że jak człek nagle zobaczył samotną jodełkę, to po prostu nie uwierzył, że ona prawdziwa i wiecie co… nie powinno się płakać jak wieje i mrozi. Po prostu się nie powinno. Ale co tam, w końcu i tak z nosa leci, więc… temperatura na minusie już chyba od połowy stycznia… a jakoś tak wszystko człowiekowi jedno. Nawet ten śnieg nie cieszy…

I te zapowiadane snestormy.

I w ogóle…

Potem człek doczołguje się do auta i ucieka do domu.

Jakoś tak po prostu już bardziej nie może, choć pięknie jest w lesie. A w sklepie… Patrzy na rośliny marniejące pod wszelkimi centrami, małymi, więc tym bardziej boli, Dagli, Sparami, które obklejone cenami tak szokującymi, marnieją… bo tutaj tak fajnie wszyscy wszystko w dupie mają ostatnio. Zamiast przecenić… albo podlać? Nawet listonosz, co to stwierdził, że kuźwa w okolicy ino jedno w Polsce rodzone, to przywlókł nam paczkę do jakiejś Danuty i wciska ją jak morze, przechodzi z duńskiego na angielski, a że Chowaniec odbierał, to wiecie, mówi mu, że :to ona wysłała:… Ona to słyszała. Ona wie, że listonoszy dobrych to może 10 lat temu widziano…

Można napisać niezłą pracę o ostatnim dziesięcioleciu Wyspy i jej sromotnym upadku… zresztą, ten upadek obserwowaliśmy i na kontynencie i w Szwecji, więc… może to Skandynawski problem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakapturzony… została wyłączona

Pan Tealight i Myśl Szeregowa…

„Wiecie, no niektóre awansowały, ale ona nie…

… i wcale nie miała zamiaru się starać, wystosowywać jakiś petycji, czy poniżać się przed szefami. Albo wiecie, podejrzliwie tak jakoś bratać się z żoną szefa, albo mężem, no co dali, no weźcie no…

Jakoś tak się jej to podobało, jakoś jej ta pozycja odpowiadała.

Przyzwyczaiła się może?

Wiecie, w pewnym sensie ciągłe to samo miejsce wielu nie nudziło, ale przynosiło cudowne wyzwolenie, spokój i wszelakie odstresowanie. I jakoś tak, wiesz co będzie, nie pamiętasz co było, no i olewasz sprawę… wsio z zamkniętymi oczami i tak dalej. No jakoś szeregowość, uplasowanie w jednej linii z wielu innych, których nie chciała poznać nawet, pozwalał jej na prowadzenie własnej…

Bardzo podejrzanej działalności.

O której nikt nie wiedział.

Nikt.

No i raczej, kto by ją podejrzewał, no weźie, przecież ona ino szeregowa jakaś, pewno wszystkim się przydarza, pewno jakoś tak każdego już sobą naznaczyła i w ogóle, więc… niczego nie mogłaby, prawda?

Niczego…

No gdzieżby tam!

Generalska, to może, ale ona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śnieg…

Kurde, w weekend, to po prostu był koszmar!!! Oczywiście poprzedni weekend, choć ten pewno nie będzie inny…

Przez cały tydzień od 5ego padało, sypało.

Cudownie.

Oczywiście zapowiedziano snestorm i nie uprzedzając faktów, się on odbył, a nawet, wciąż trwa. Czyli piszę to 10go spoglądając na biel. Dużo bieli. Może i ilość śniegu nie jest jakaś przytłaczająca, ale jednak pięknie to wygląda. No wiecie, tak normalnie, zimowo, a i temperatura taka jakaś…

Zimowa.

Ale, wróćmy kilka dni wstecz i pójdźmy na spacer do Rytterknægten.

Bo wiecie, słyszałam, że tam śnieg i rzeczywiście, stacja szpiegowska widać napędziła tam tyle tego białego puchu i kulek i lekkiego zmrożenia, i jeszcze… no wiecie, jeszcze te drzewa, a i ścieżki wszelakie, że można tutaj zniknąć, no to pamiętam z tych okolic. Po prostu.

Jakoś tak.

Droga biała.

Dziwne to, bo przecież powinni doczernić ją, a tutaj widać, że wcale nie odśnieżone ino rozjeżdżone przez ludźiznę. I jakoś tak, mijając stojące na poboczu auta, co było dziwne, no ale, dokołataliśmy się pod wieżę obserwacyjną, wiecie, najwyższy punkt Wyspy, hurra i w ogóle… a tutaj…

Kurna, szpilki się nie da wsadzić!!!

Zajęty jest parking po prawej i po lewej.

Wiecie, ten główny.

Zajęty jest parking dla autobusów, widać wszyscy stwierdzili, że i tak nic nie przyjedzie… no i zajęte są mniejsze parkingi, które chyba niedawno wyciosali w lesie… jakby mogli, to by stanęli i pod samym kioskiem, szczerze.

Tłumy w cholerę!!!

Ja nie wiem dlaczego, przecież tej lesistości tyle, ale po prawdzie, to mijaliśmy parkingi wcześniej, no i szczerze, wszędzie pełno. Właściwie komitet kolejkowy w niektórych miejscach, a chętni na twoje miejsce zastanawiają się czy wsiadasz czy nie, a nawet, wyglądają jakby chcieli ci pomóc, łagodnie mniej lub bardziej, w zależności od ilości ludzi w pojeździe, raczej cię wypchnąć z tego miejsca, bo przecież widać po facecie, że bachorów i teściowej już ma dość.

A miało być miło.

Nie no, pewno, że wziął papierochy, bo przecież ja nie mogę oddychać normalnie… zresztą, każdy zdenerwowany, jak się dowiedzieli, że pierwotne ustalenia rządu w ramach szczepionkowania poszły w pizdu…leniecio… no i wymiana na dziwną firmę, wywalenie Falka, wsio doprowadziło do tego, że kasa zniknęła, Szwecja domaga się testów, testów nie ma gdzie zrobić…

W końcu poszli po rozum do głowy, w końcu jakoś tam dogadali się z powrotem z Falkiem… i niby wsio ma działać, ale… nie działa. Coś po prostu nie styka. Wiecie, przecież my Narnia, Aslan tutaj kłuje!!!

I ryczy.

I nie, to nie ja!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Myśl Szeregowa… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrzyni…

„Pojawiła się.

Wiecie, jak zwykle z tego popierniczonego Znikąd, co to paszportów nie mają, ceł nie płacą, ogólnie, spojawiają się i masz czycić ziemię, po której stąpają i oglądać te ich wyfircykowane buciczki, czy co tam na racicach mają.

No co, mają racice!

Mistrzynie zawsze mają racice i wszelakie cokolwiek, co się pojawia z miejsca, z którego ją przywiało, bo pizga ostatnio mocno i nadmiernie i jakoś takoś Pana Tealighta głowa wciąż bolała i naprawdę nie chciał już się z nikim kontaktować. Rozmawiać. Milczeć mógł, ale tylko ze znajomymi, a ona znajomą nie była… możliwe, że była wrogiem, który się jeszcze nie ujawnił, więc…

Byliście kiedyś w Wieliczce?

Wiecie, kopalnia, sól i takie tam…

No więc borowinowa do kąpieli jest mega, a do podziwiania stalaktyty i stalagnaty i stalagmity… niektóre miały takie ludzkie kształty. A nawet i imiona wszelakie… wiecie, ludzie to oną ułańską fantazyję mają i tak lubią jakoś nazywać wszystko, mimo iż potem się tym nie zajmują…

No więc…

Soli im nie zbraknie.

A głowa… nagle jakoś tak po tym wszystkim, jak on ją zobaczył, się ona zaczęła wymądrzać i te perfumy miała duszące takie i dziwny, ruchomy szal, nie, nie chciał się zaznajamiać, ani nawet nie był ciekawy jej osoby, za to solna rzeźba… szczzególnie w tej aurze będzie jak znalazł. Zawsze też ścieżkę będzie można posypać, wiecie, mrozy wciąż, Pani Zima przybyła i miał się z nią spotkać, ale jakoś…

Jakoś nie stykało w tym roku.

Może sól jakoś na rany czy co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ta cała sprawa z łódką, to się okazała lekko międzynarodowa.

No bo tak, ten co ją zatonął jest Włochem, mieszkającym prawdopodobnie niedaleko nas… a ten, do którego łódka należy, czy raczej jej resztki, no cóż, po pierwsze przebywa za granicą, a po drugie jest Egipcjaninem, albo czymś w ten deseń… to akurat wiem/doświadczyłam sama, bo ułapił mnie kiedyś w porcie i pouczał o spirytualności i pierdolił o herbacie…

Wiecie jak oni to robią.

Albo nie wiecie, bo nie wiem, czy facetom też to robią.

Ale… wychodzi na to, że nie dość, iż sprawa międzymarodowoa, to na dodatek sztorm sie rozpoczął, wczoraj – niedziela – dodatkowo mocno przybrał na sile i… szczątków podobno ino poowa, ale jednak wypłynęła. Nadal nie wiadomo co z resztą, bo przecież nikt nie sprawdzi, tym bardziej, że jutro – 9ty – ma być armageddon. Na pewno będzie wiało przez tydzień, więc Chowańca wysłałam do sklepu po ibuprofen, bo pod pewnym kątem wiejąc, jakoś tak wiatr mi w łeb uderza i napiernicza maksymalnie, więc wiecie… lepiej być przygotowanym.

Dodatkowo…

A to się właściwie stało już dziś – pisane w poniedziałek – dzieci miały iść do szkoły, z czego się cieszyły, podobnie rodzice i wiecie, nic z tego nie wyszło, bo autobusy nie jeżdżą… znaczy może i nie na całej Wyspie, ale…

Bachory w domach.

Snestorm ma nadejść…

Ciekawe…

I jeszcze ta łódź.

W porcie walają sie szczątki, więc nie wolno wypływać czy wpływać… i tak, mówię o naszym głównym porcie w Gudhjem. Co prawda walają się głównie po tej płytkawej części za czekoladownią, ale jednak, z takimi falami, z silnikiem gdzieś tam leżącym, no wiecie… nie wiadomo co i jak i wszystko może się zdarzyć, więc…

Na razie śmieci.

Podobno to sprawa łódkowego wiecie, ubezpieczyciela, ale jakoś im się nie pali robota w rękach, zresztą, przez tydzień ma wiać, więc… wygląda to wszystko, jakby naprawdę snestrom i sztorm zbawiał wsystkich, a mówiąc o tym, to ludzie powystawiali samochody na główną drogę, szczególnie ci mieszkający daleko w polach, znaczy polami otoczeni, co to mają te drogi własne, gruntowe i tak dalej, wiecie, nikt im nie odśnieży, sami se muszą radzić…

Zresztą, naszej drogi też nikt nie odśnieża.

Chociaż sąsiad ma odpowiedni sprzęt, więc może da się znowu za flaszkę wina?

No co, człowiek się przygotował. Sam nie pije, ale dostaje toto, bo jakoś nikt nie otrzymał mema, że do mnie ino z pluszakami, książkami, kamykami, może herbatą czy wiecie, od razu srebrem, w sztabkach, albo wpłatą na paypala…

LOL

Ale…

Tak siedzę w domu, na tak zwanym nie do końca Melsted i nie do końca Gudhjem, choć tomamy w paierach… w onym górnym Melsted, bo wiecie, się okazuje, że tutaj jakieś animozje są między górnymi, a dolnymi… hmmm, dziwne to wszystko… ale…

No ale…

To będzie ten śnieg, czy nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrzyni… została wyłączona

Pan Tealight i Koty Wyspy…

„No bo wiecie, była przecież wiedźmą, oczekiwano więc od niej pewnych specyficznych zachowań i części ubiorów, a ona… kapelusze może i by, ale i tak była niska, garb już lekki, więc niewygodnie, czerń okay, kochała, no ale…

… ale…

… kurde, nie cierpiała kotów. Nie żeby miała je jeść, czy mordować, ale jakoś tak, po prostu od małęgo…

Nie!!!

Znaczy pewno, że małe kociątka były milusie, ale jednak, spoglądając na jej zdjęcia z dzieciństwa, nawet wtedy nie potrafiły jej do siebie przekonać… jednak, nauczona smutnym doświadczeniem, wiecie, jakoś tak się z tym nadmiernie nie ujawniała, bo przecież, świat jaki jest, każdy widzi, słyszy, czuje i raczej z hejtującej biczystości obrywa, więc wiecie…

No nie.

Raz nawet próbowała.

Raz też była okupywana przez jednego śmierdziela…

Ale i tak nic z tego, nie, kompletnie nic. Po prostu, nie. Nigdy i w ogóle wszelako kompletnie nie. Miauczy toto, drapie, dziwne takie, kompletnie nie jak pies, wrona czy niedźwiedź, więc nie…

I wiecie, nikt nie rozumiał jak wiedźma tak może…

Bez kota.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Biała królowa” – … raz jeszcze.

Przyznaję, że na skompletowaniu książek tej akurat autorki bardzo mi zależy. Uwielbiam jej cykl Tudorowski, jej opowieść „Czarownica”, jej historie, w których zawsze występuje magia, ale i te bardziej… codziennie historyczne.

Ta książka należy do cyklu „Wojna Dwóch Róż” i opowiada historię Elżbiety Woodville, późniejszej królowej, wybranej przez młodego, usadzonego na tronie przez stworzyciela królów, osobnika z ambicjami. Ale też i fircyka. Jedna ze słabszych, ale i cały okres taki jest, pełen niepewności, pełen… no właśnie, pełen tak wielu ciągłych zmian, że jakoś zrobili z tego serial i jeśli go widzieliście, to książka może nie przypaść wam do gustu. Zresztą, to tylko część tej całej historii.

Opowieści sprzed Tudorów.

O kobiecie, która kochała, może i była czarownicą, może wiedźmą, a może zwyczajnie wiedziała, o jej matce, która zawsze wierzyła w coś więcej, że jej synowie żyją… o królestwie, które winno zawsze być ważniejsze, ale jednak, czy jest? Naprawdę ważniejsze od życia dziecka…

I o krwi, którą czasem należy zmazać z tego świata.

Dziwna opowieść, ale lubię ją. Pokazuje jak bardzo kobiety były przestawiane z miejsca na miejsce, ale też jak wiele mogły zdziałać, zmienić, pokrzyżować szyki… a potem znowu zostać sprowadzonymi do roli wycieraczki. Smutna miejscami opowieść o wciąż zdradzanej, a kochającej żonie. O kobietach, które same prowadziły nie mniej krwawe walki… naprawdę…

Szwecja…

Ale najpierw łódź, która zatonęła w porcie w Gudhjem, właściwie prawie w porcie, bo to tak zaraz za nawrotką, ale narobiła rabanu, że szok. Po pierwsze ujawniła, że ludzie w dupie mają to, żeby wyciągnąć telefon i zadzwonić po pomoc, znaczy nie no, oczywiście, że zadzwonili, ale wiecie, od razu się ratować rzucili… a po drugie wygrało GLS ratując właściwie facetowi życie. Bo panu udało się wydostać, stał tam na skałach, łodzi masztu się mógł trzymać… masztu, który mają podobno urżnąć… ale i helikopter był, bo wiadomo, jak ktoś zgłosił, że łódka tonie, to od razu mamy możliwość ciał w wodzie. A co z GLSem? A znajomego ma w Gudhjem, pożyczył łódkę i voila.

A tyle ich się nazjeżdżało.

Znaczy wiecie, te pomarańczowe łódki…

Kurna, nic nie słyszałam.

Ale, dobrze, że nikomu nic się nie stało, co gorsze? Cóż, łódki nie wyjmą, więc, ech, no będzie problem, bo tam i tak dno bliskie i bardzo trudne. Ludzizna tam pływa latem, więc będziemy mieli wrak, ale co z tym no, na co takie łódki pływają? Raczej nie na wodorostowe pierdy, co nie?

Chyba trza coś wypompować, ale fale są, więc…

No kurde no.

Niech nie pyknie ten benzynik tam i się nie rozleje… wiecie…  Wybrzeże…

Szwecja…

No więc…

… na początku wypracowali taki komrpomisik, bo wiecie, Wyspa bliżej Ystad niż stolycy, więc nikomu nie chce się noc całą płynąć, lepiej ino półtorej godziny… i tak koszmar… ale, ten kompromis polegać miał ino na paszportach i okazaniu stałego zameldowania na Wyspie oraz powiedzenia, że jedzie się do Kopenhagi.

Oczywiście dalej nikt nie sprawdzał.

Tak, wiemy, że ludzizna jeździ sobie i dalej, może i kogoś tam złapali, może nie, w drugą stronę sprawdzają oczywiście na moście, który teraz jest jakimś dziwnym, niewygodnym przedmiotem między krajami, które się strasznie nienawidzą. Doprawdy, aż furczy. I choć celnik na granicy milusi, gada do was po szwedzku, bo przecież jak znasz duński, to musisz od razu wszystkie trzy skandynawskie, no ale…

… jakoś da się połączyć o co loto, więc myk…

Ale…

To było sławetnego początka lutego, kiedy to radośnie oznajmiono, że Skane otwarta i przejżdżać można, bez nadmiernych bić. Bajer w tym, że coś się zjebało gdzieś po drodze, bo w dwa dni później zaczęły się inne dziwne rozmowy i obecnie należy mieć test na wiadomego Zenona Koronowanego i to oczywiście świeżutki. A test takowy jednak przyjdzie do was…

No właśnie, może nie dojść przed momentem, na który nabyliście bilet…

No i jeszcze sprawa tych, co byli chorzy, mają przeciwciała i test wykazuje Zeonona… nie są chorzy, nie roznoszą, ale wiecie, test wykazuje, więc pozytywni…

I…

Jestem tym zmęczona.

Dlaczego?

Bo wyjechać stąd muszę choć na chwilę… błagam. Na dłuższą… W jakąś ułudę wolności, las inny, bez ludzi, albo i nie wiem, do sklepu… ten cyrk ze sklepami pozamykanymi u nas to po prostu jakiś pierdolnik! Podobno ludzie się gromadzą i robią tajene wycieczki, jak one komplety za czasów wojny… wiecie…

Moje zdrowie psychiczne nie istnieje.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koty Wyspy… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Czerwony…

„Mały Czerwony był zdecydowany, miał cztery kółka i czuprynkę zieloną na dachu, całkiem udatnie symulującą choinkę. No wiecie, wciąż mógł zgrywać, że to ten czas, a co… kto by mu mógł zabronić?

Przecież mały był i mięciutki?!

Przecież całkiem i kompletnie chował się w dłoni Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, albo dyndał z Zenonowego roga… i tyle, gdzieś miał wszystkich, w onej wydechowej, której mu nie zaznaczyli wełenką, chociaż kółka miał szczere i to z różnokolorowymi środeczkami, naprawdę.

No co…

Był kim był, wiedział to dokładnie mimo braku wycieraczek i bocznych lusterek. Był sobą, Nosicielem Drzewka Grudniowego. Wszelakim Poskromicielem Zasp, choć lepiej jeśli chodzi o mokre, to wolał nie… wiecie, cieplarniane wychowanie jak nic. Ale nie wiedział na kogo to zwalić. Znaczy matkę i ojca pewno miał, no przecież nie był jakiś wybrakowany, ale jednak…

… ale jednak…

No nie.

… i dyndał sobie. Bo przecież miał wszystko. Na zewnątrz szalał snestorm, w domu było ciepło, on miał choinkę, a cała reszta mogła zaprzeczać, że nie czuje się świątecznie, on wolał twierdzić inaczej.

I wiecie…

I mógł.

Kto mu zabroni? No kto?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

YAY!!!

Jedzonko!!! I znowu mam Wiedźmina, ach te wspomnienia ze studiów, gdy se pożyczaliśmy te książki…

Ech…

Vestermarie…

To był czas na dzień przed śniegiem, zresztą, nawet przyznaję, że nie wiem, czy on tam leży? Może jednak leży, może by tak sprawdzić, bo wciąż mroźnie, minus 5, po prostu, nad ranem, w ciągu dnia wciąż na minusie, szczerze, to jest szokujące dla tego miejsca szczególnie po zeszłorocznej, wrzącej wprost zimie, która nie obdarzyła nas temperaturami poniżej… wiecie, tak poza przymrozkami…

… i jakimś tam momentem niepewności…

Ale…

Vestermarie plantage…

… nie to z owocami, choć też polecam, świetne miody i owocki, ale tym razem wracamy do lasu, wiecie, tego samego, w którym skibetowe groby z czasów dla mnie zbyt młodych, kształty dziwne i oczywiście sławetne szubieniczne wzgórze, gdzie legendy zdają się rozbrzmiewać, a co krok po prostu sceneria jak z Tolkiena.

Wiecie…

Zielono.

Bo w końcu znajdziecie tutaj takie miejsce, kwadrat, połać ziemi, na której rozpostarły się wysokie sosny, mniejsze świerki i masa mchów.

I porosty.

Po prostu…

Tutaj człek może zostać.

Nawet z oną świadomością wykonywanych tutaj egzekucji. Nawet z onym poczuciem, dziwnym, metalicznym zapachem, czymś więcej w powietrzu… nie tylko lesistością, ale i dziwną ciszą. Ciszą i niebem, którego tak naprawdę nie widać. Oczywiście, jeśli odważycie się wleźć w las, można się zgubić. Nagle, niczym znowu jak za sprawą czarów, krążycie wokół jakiegoś drzewa, mijacie te same pnie…

… a może inne…

A może?

Już nie wiesz, a z drugiej strony, jakoś tak mało cię to obchodzi, że nagle zgubiłaś się po raz pierwszy na Wyspie. W końcu zrobiłaś coś, z czego się śmiałaś, bo przecież jak tu się zgubić, w końcu zawsze dochodzi się do linii brzegoej, ale jednak nie, nie prawda… nie tym razem, ten las cię więzi i chce tylko dla siebie.

Na zawsze.

I jakoś tak, spoglądając na to, co się dzieje na świecie…

Mam to gdzieś.

Chcę zostać między pniami, między onymi kupami mchów, tak po prostu, na zawsze, zzielenieć i przestać być… istnieć, oddychać nawet. Jakoś tak… znaczy wróć, zapach żywicy, nie no, z oddychania nie zrezygnuję, ale jednak…

Coraz bardziej ten las to jedyne, co sprawia, że złek wciąż jest tu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Czerwony… została wyłączona

Pan Tealight i Tuputam…

„Tuputam był tak w ogóle maluśki i bardzo chciał do Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, ale wiecie, ona o tym nie wiedziała. Nie żeby jakkolwiek była przeciwko, bo wszelkie rogacze w typie łosioleleni kochała miłością pokrętną, dziwaczną i do niczego nie przystającą, ale jednak… no on chciał. Był malutki, szary niczym Pan Tealight i chciał do Wiedźmy Wrony.

To jedno wiedział, od zawsze, ale…

Jak ją znaleźć?

Nie wiedział, ale słyszał dziwne opowieści, więc czekał… opowieści o tych, którzy byli przez nią znalezieni, jeśli tylko śnili długo i mocno, nie marzyli, ale śnili, nie mieli nadziei, ale wiedzieli, że tak się stanie…

Ona przyjdzie i po prostu popatrzy i ty popatrzysz…

I był to dziwny dzień.

Tuputam stał na swojej niewielkiej półeczce się lekko kolebiąc, bo przecież te przednie nóżki miał lekko przykrótkie i krzywiutkie, ale je takie lubił, więc zwyczajnie się kolebał i tyle. Ale dzień był dziwny, bo ludzi w gaardzie było sporo. Latali w te i wewte, nosili choinki i w ogóle, i tak naprawdę, to wszystko by przegapił, bo ci z Halloween, co wisieli na drewnianej ściance planowali sklejenie lustra Królowej Śniegu, a potem ponowną katastrofę, gdy ktoś na niego spojrzał. Nie odwzajemnił pojrzenia, wstydził się, nie wiedział o co chodzi…

Ale potem oczy pojawiły się dokładnie na lini jego paciorkowatych spojrzeń…

I wiedział.

Ona też.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śnieg.

No dobra, wciąż jest minusowo.

Nawet w dzień było!!! Zdaję sobie sprawę z tego, iż dla wielu jest to raczej normalne w zimie, dla mnie też kiedyś było, ale jednak… u nas, a już w zeszłym roku to szczerze… wciąż było ciepło, za to w tym roku ino nastał styczeń i temperatura zaczęła szaleć. Raz plus dziesięć, a raz prawie minus.

No jak z tym wytrzymać?

Ale…

W ostatni piątek był snestorm i to kurna specyficzny.

Tak bardzo miejscowy, że aż właściwie puktowowy. Jakby sitko do sypania cukru pudru… a teraz, w kilka dni temu znowu coś w ten deseń i już człek nie wie jak to jest z tą pogodą, jak to będzie, pamięta jak było, ale przecież czy można wierzyć swej onej pamięci? Tak naprawdę?

Czy można?

Nagle naprawdę już… jest tylko ten śnieg, którego rok temu nie było, śnieg, który sprawia, że ludzie gromadzą się w lesie, na onych połaciach, gdzie on jest i robią to, co się robi w takich chwilach, no wiecie…

Spacery na Wyspie to norma.

Gdy ludzie mają cię jakoś tam zaakceptować, to wiadomo, patrzą, podglądają. No może sikasz po krzakach, albo zakopujesz coś dziwnego pod brzózką, wiecie, przecież ludzie i społeczności są różne. Tutaj naprawdę liczy się to, że chodzisz na spacery, że morze, to dla ciebie miejsce nie będące granicą, ale cud, zabawa, pływanie, wszelaka codzienność. Podobnie z lasem…

Tu chodzi się na spacery.

No i uprawia sporty. I choć wielu więcej gada niż robi, to jednak, to się liczy, bycie na zewnątrz…

Ale spacery muszą być. Naprawdę. Nie idziesz na spacer, znaczy coś z tobą nie tak. Pewno, możesz iść sam, ale jednak idź, możesz z rodziną, ale po co, możesz z psem i to jakoś jest takie dziwnie idealne, albo z njbliższym przyjacielem, ale… czy tutaj przyjaźnie istnieją? Takie prawdziwe…

Nie wiem.

W zbyt wiele wątpię ostatnio.

Zbyt wiele.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tuputam… została wyłączona