Pan Tealight i Tuputam…

Tuputam był tak w ogóle maluśki i bardzo chciał do Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, ale wiecie, ona o tym nie wiedziała. Nie żeby jakkolwiek była przeciwko, bo wszelkie rogacze w typie łosioleleni kochała miłością pokrętną, dziwaczną i do niczego nie przystającą, ale jednak… no on chciał. Był malutki, szary niczym Pan Tealight i chciał do Wiedźmy Wrony.

To jedno wiedział, od zawsze, ale…

Jak ją znaleźć?

Nie wiedział, ale słyszał dziwne opowieści, więc czekał… opowieści o tych, którzy byli przez nią znalezieni, jeśli tylko śnili długo i mocno, nie marzyli, ale śnili, nie mieli nadziei, ale wiedzieli, że tak się stanie…

Ona przyjdzie i po prostu popatrzy i ty popatrzysz…

I był to dziwny dzień.

Tuputam stał na swojej niewielkiej półeczce się lekko kolebiąc, bo przecież te przednie nóżki miał lekko przykrótkie i krzywiutkie, ale je takie lubił, więc zwyczajnie się kolebał i tyle. Ale dzień był dziwny, bo ludzi w gaardzie było sporo. Latali w te i wewte, nosili choinki i w ogóle, i tak naprawdę, to wszystko by przegapił, bo ci z Halloween, co wisieli na drewnianej ściance planowali sklejenie lustra Królowej Śniegu, a potem ponowną katastrofę, gdy ktoś na niego spojrzał. Nie odwzajemnił pojrzenia, wstydził się, nie wiedział o co chodzi…

Ale potem oczy pojawiły się dokładnie na lini jego paciorkowatych spojrzeń…

I wiedział.

Ona też.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śnieg.

No dobra, wciąż jest minusowo.

Nawet w dzień było!!! Zdaję sobie sprawę z tego, iż dla wielu jest to raczej normalne w zimie, dla mnie też kiedyś było, ale jednak… u nas, a już w zeszłym roku to szczerze… wciąż było ciepło, za to w tym roku ino nastał styczeń i temperatura zaczęła szaleć. Raz plus dziesięć, a raz prawie minus.

No jak z tym wytrzymać?

Ale…

W ostatni piątek był snestorm i to kurna specyficzny.

Tak bardzo miejscowy, że aż właściwie puktowowy. Jakby sitko do sypania cukru pudru… a teraz, w kilka dni temu znowu coś w ten deseń i już człek nie wie jak to jest z tą pogodą, jak to będzie, pamięta jak było, ale przecież czy można wierzyć swej onej pamięci? Tak naprawdę?

Czy można?

Nagle naprawdę już… jest tylko ten śnieg, którego rok temu nie było, śnieg, który sprawia, że ludzie gromadzą się w lesie, na onych połaciach, gdzie on jest i robią to, co się robi w takich chwilach, no wiecie…

Spacery na Wyspie to norma.

Gdy ludzie mają cię jakoś tam zaakceptować, to wiadomo, patrzą, podglądają. No może sikasz po krzakach, albo zakopujesz coś dziwnego pod brzózką, wiecie, przecież ludzie i społeczności są różne. Tutaj naprawdę liczy się to, że chodzisz na spacery, że morze, to dla ciebie miejsce nie będące granicą, ale cud, zabawa, pływanie, wszelaka codzienność. Podobnie z lasem…

Tu chodzi się na spacery.

No i uprawia sporty. I choć wielu więcej gada niż robi, to jednak, to się liczy, bycie na zewnątrz…

Ale spacery muszą być. Naprawdę. Nie idziesz na spacer, znaczy coś z tobą nie tak. Pewno, możesz iść sam, ale jednak idź, możesz z rodziną, ale po co, możesz z psem i to jakoś jest takie dziwnie idealne, albo z njbliższym przyjacielem, ale… czy tutaj przyjaźnie istnieją? Takie prawdziwe…

Nie wiem.

W zbyt wiele wątpię ostatnio.

Zbyt wiele.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.