Pan Tealight i Koty Wyspy…

„No bo wiecie, była przecież wiedźmą, oczekiwano więc od niej pewnych specyficznych zachowań i części ubiorów, a ona… kapelusze może i by, ale i tak była niska, garb już lekki, więc niewygodnie, czerń okay, kochała, no ale…

… ale…

… kurde, nie cierpiała kotów. Nie żeby miała je jeść, czy mordować, ale jakoś tak, po prostu od małęgo…

Nie!!!

Znaczy pewno, że małe kociątka były milusie, ale jednak, spoglądając na jej zdjęcia z dzieciństwa, nawet wtedy nie potrafiły jej do siebie przekonać… jednak, nauczona smutnym doświadczeniem, wiecie, jakoś tak się z tym nadmiernie nie ujawniała, bo przecież, świat jaki jest, każdy widzi, słyszy, czuje i raczej z hejtującej biczystości obrywa, więc wiecie…

No nie.

Raz nawet próbowała.

Raz też była okupywana przez jednego śmierdziela…

Ale i tak nic z tego, nie, kompletnie nic. Po prostu, nie. Nigdy i w ogóle wszelako kompletnie nie. Miauczy toto, drapie, dziwne takie, kompletnie nie jak pies, wrona czy niedźwiedź, więc nie…

I wiecie, nikt nie rozumiał jak wiedźma tak może…

Bez kota.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Biała królowa” – … raz jeszcze.

Przyznaję, że na skompletowaniu książek tej akurat autorki bardzo mi zależy. Uwielbiam jej cykl Tudorowski, jej opowieść „Czarownica”, jej historie, w których zawsze występuje magia, ale i te bardziej… codziennie historyczne.

Ta książka należy do cyklu „Wojna Dwóch Róż” i opowiada historię Elżbiety Woodville, późniejszej królowej, wybranej przez młodego, usadzonego na tronie przez stworzyciela królów, osobnika z ambicjami. Ale też i fircyka. Jedna ze słabszych, ale i cały okres taki jest, pełen niepewności, pełen… no właśnie, pełen tak wielu ciągłych zmian, że jakoś zrobili z tego serial i jeśli go widzieliście, to książka może nie przypaść wam do gustu. Zresztą, to tylko część tej całej historii.

Opowieści sprzed Tudorów.

O kobiecie, która kochała, może i była czarownicą, może wiedźmą, a może zwyczajnie wiedziała, o jej matce, która zawsze wierzyła w coś więcej, że jej synowie żyją… o królestwie, które winno zawsze być ważniejsze, ale jednak, czy jest? Naprawdę ważniejsze od życia dziecka…

I o krwi, którą czasem należy zmazać z tego świata.

Dziwna opowieść, ale lubię ją. Pokazuje jak bardzo kobiety były przestawiane z miejsca na miejsce, ale też jak wiele mogły zdziałać, zmienić, pokrzyżować szyki… a potem znowu zostać sprowadzonymi do roli wycieraczki. Smutna miejscami opowieść o wciąż zdradzanej, a kochającej żonie. O kobietach, które same prowadziły nie mniej krwawe walki… naprawdę…

Szwecja…

Ale najpierw łódź, która zatonęła w porcie w Gudhjem, właściwie prawie w porcie, bo to tak zaraz za nawrotką, ale narobiła rabanu, że szok. Po pierwsze ujawniła, że ludzie w dupie mają to, żeby wyciągnąć telefon i zadzwonić po pomoc, znaczy nie no, oczywiście, że zadzwonili, ale wiecie, od razu się ratować rzucili… a po drugie wygrało GLS ratując właściwie facetowi życie. Bo panu udało się wydostać, stał tam na skałach, łodzi masztu się mógł trzymać… masztu, który mają podobno urżnąć… ale i helikopter był, bo wiadomo, jak ktoś zgłosił, że łódka tonie, to od razu mamy możliwość ciał w wodzie. A co z GLSem? A znajomego ma w Gudhjem, pożyczył łódkę i voila.

A tyle ich się nazjeżdżało.

Znaczy wiecie, te pomarańczowe łódki…

Kurna, nic nie słyszałam.

Ale, dobrze, że nikomu nic się nie stało, co gorsze? Cóż, łódki nie wyjmą, więc, ech, no będzie problem, bo tam i tak dno bliskie i bardzo trudne. Ludzizna tam pływa latem, więc będziemy mieli wrak, ale co z tym no, na co takie łódki pływają? Raczej nie na wodorostowe pierdy, co nie?

Chyba trza coś wypompować, ale fale są, więc…

No kurde no.

Niech nie pyknie ten benzynik tam i się nie rozleje… wiecie…  Wybrzeże…

Szwecja…

No więc…

… na początku wypracowali taki komrpomisik, bo wiecie, Wyspa bliżej Ystad niż stolycy, więc nikomu nie chce się noc całą płynąć, lepiej ino półtorej godziny… i tak koszmar… ale, ten kompromis polegać miał ino na paszportach i okazaniu stałego zameldowania na Wyspie oraz powiedzenia, że jedzie się do Kopenhagi.

Oczywiście dalej nikt nie sprawdzał.

Tak, wiemy, że ludzizna jeździ sobie i dalej, może i kogoś tam złapali, może nie, w drugą stronę sprawdzają oczywiście na moście, który teraz jest jakimś dziwnym, niewygodnym przedmiotem między krajami, które się strasznie nienawidzą. Doprawdy, aż furczy. I choć celnik na granicy milusi, gada do was po szwedzku, bo przecież jak znasz duński, to musisz od razu wszystkie trzy skandynawskie, no ale…

… jakoś da się połączyć o co loto, więc myk…

Ale…

To było sławetnego początka lutego, kiedy to radośnie oznajmiono, że Skane otwarta i przejżdżać można, bez nadmiernych bić. Bajer w tym, że coś się zjebało gdzieś po drodze, bo w dwa dni później zaczęły się inne dziwne rozmowy i obecnie należy mieć test na wiadomego Zenona Koronowanego i to oczywiście świeżutki. A test takowy jednak przyjdzie do was…

No właśnie, może nie dojść przed momentem, na który nabyliście bilet…

No i jeszcze sprawa tych, co byli chorzy, mają przeciwciała i test wykazuje Zeonona… nie są chorzy, nie roznoszą, ale wiecie, test wykazuje, więc pozytywni…

I…

Jestem tym zmęczona.

Dlaczego?

Bo wyjechać stąd muszę choć na chwilę… błagam. Na dłuższą… W jakąś ułudę wolności, las inny, bez ludzi, albo i nie wiem, do sklepu… ten cyrk ze sklepami pozamykanymi u nas to po prostu jakiś pierdolnik! Podobno ludzie się gromadzą i robią tajene wycieczki, jak one komplety za czasów wojny… wiecie…

Moje zdrowie psychiczne nie istnieje.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.