Pan Tealight i Anastazija…

„No dobra, z tym imieniem to już przesadziła.

Dali jej książki, dali do wyboru ich tyle, z każdej kultury, wszelakie definicje i tak dalej, ale jednak, ale jednak… wybrała to. I to jeszcze w tak dziwacznym brzmieniu. Tak bardzo wieśniackim… nie żeby mieli coś do wsi, w końcu mieszkali na niej, ale jednak… ija… no kurna no, jak to brzmi!

Chociaż podobno się inspirowała jakąś tam koronowaną prawie głową.

A może prostytutką, znaczy damą, która lubiła zwyczajnie się zabawić, ale lubiła też zwyczajnie nadzwyczajnie potem sobie coś kupić i opłacić rachunki, więc wiecie, legitnie i normalnie, wszelako, żyć z przyjemności… czyż nie jest to wspaniały pomysł na życie, przyjemne z pożytecznym?

Czyż nie tak mawiają?

Przecież nie nazwała się Katarzyną z Wielkim. To dopiero byłby lekki niesmak, absmak i wszelaka niestrawnosć. Nigdy nie wiadomo w dzisiejszych, poprawnych jakże czasach, jak na to odpowiedzieć i czy pytać, czy nie… dociekać czy nie? Czy jednak lepiej mieć wsio na tacy, czy…

Ekhm.

No więc wprowadiła się, miała imię, i nadprogramowo długie włosy, z których nie tylko plotła sobie codziennie nowe suknie, ale też i siennik do łóżka wypychala… naprawdę, jak wychodziła, wszystko stawało się dziwnie mniej wypchane, bardziej szczupłe, mniej jakoś tak, no wiecie… puszyste…

Ale łupieżu nie miała.

Spokojnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mamy Zegarynkę…

Kto by pomyślał?

I nazywa się Frøken Klokken i… no tak, o takich się pisze jak się pojawiają lub odchodzą… ona właśnie odchodzi na emeryturę, znaczy 30tego. Czyli zaraz, to już jutro… Nie no, oczywiście, że rozumiem, iż możliwym jest, że nikt na nią nie dzwoni, choć głupio tak znając jej imię mówić o niej, że na NIĄ nie dzwonią… no wiecie, jakoś tak się ona uczłowiecza, nie tylko dlatego, że…

Cóż, kolejna, dość legenadarna czynność znika z tego świata.

Smutne to…

Jak z szewcem, chociaż… z tego, co słyszałam, zarazem szewc i zegarmistrz wrócili do łask. Niektórzy poprawiają buty, inni je szyją, są i ubrania szyte na miarę, w końcu idealne, akie na co dzień, takie ideolo. No chyba, że wiecie, nagle przytyjecie, no i się wszelkie wąskie kiecki na nic nadają, ale krawcowa dobra w posiadaniu to skarb jak się ma dobre ciuchy, które nie znikają nagle z tyłka, bo w jakieś krzaki żeście wleźli, znaczy ja wlazłam. No co… dziurki mam. Niby człek sam umie zaszyć, nie jest jakiś niekumaty, ale jednak, taka szewcowa, ech…

Kiedyś to był skarb.

Więcej, każda pani domu miała maszynę do szycia, te wykroje krążące między rękami… ech, takie to czasy były.

No więc Zegarynki nie będzie.

Wiecie… przynajmniej rozkłady jazdy autobusów wjechały z powrotem na patyczki przy przystankach autobusowych, a nie te cholerne kody. Jaki to był problem. Nie no, to już zwyczajnie kanał był. Ale był… teraz tylko coby to się utrzymało, bo wiecie, wszędzie wsio się tak zmienia, że nie wiadomo co będzie jutro…

Czego nie będzie pojutrze?

Cóż… możliwe, że znowu będą maseczki i przymusowe szczepienia.

Wiecie, jak wszędzie.

Wszystko wraca, a już tak było pięknie. Ech, nie wiem, a może nigdy nie było pięknie, tylko większość uwierzyła, że po prostu strzykawka i już nie będzie choroby, chociaż od początku mówili, że to nie tak, ale jakoś… do nich się nie da dotrzeć. Do onych zaprogramowanych przez media… i onych nauczonych nienawiści przez social media… i całej reszty, tych, co już nie mają siły.

To ja.

Nie mam siły.

Kompletnie.

Nawet na to, by po prostu mieć to w dupie, iść za tłumem, robić, co państwo każe, nie nie umiem tak. Za dużo myślę, za dużo wiem i jednocześnie, za mało wiem i to mnie strasznie wkurza, ale to po prostu STRASZNIE…

I tak… będą julemarkety… ale jakie?

I jak?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anastazija… została wyłączona

Pan Tealight i Deszczowy tan…

„Najpierw to było tylko kołysanie… tylko i wyłącznie kołysanie, a potem, potem to już było po prostu nie tyle dziwne, co zawstydzające!!!

Dla wszystkich.

Poza nią.

Bo przecież ona naprawdę i w szczególności miała ostatnio wszystko kompletnie gdzieś. I to Gdzieś mieściło się głęboko, w świecie poza światami, poza tymi równoległymi, poza onymi wszelako współegzystenciującymi i jeszcze… dalej, w onych równoległych nawet o nim nie słyszeli, choć może w jakichś mitach, może jakichś legendach, snach i proroctwa, no kto to tam wie…

Tyle tego.

Ale właśnie tam miała ono wszystko.

A tego wszystkiego było coraz więcej. Odmówiła pracy, odmówiła zainteresowania, nie żeby Wyspa wciąż nie wzbudziała w niej zachwytów i tak dalej, ale jednak, to już nie było to, była… bezpańska, bezziemska i wcale się z tym dobrze nie czuła, a na dodatek mieli ją sklasyfikować jako jakąś z wariatek, więc…

Czekała.

I w cholerę miała dość onego czekania.

Psuł jej ten czas wszelako ciemny i wietrzny i jeszcze prawie zimowy… i grudzień tuż tuż, nie no, jak to wszystko mogło ją tak poniewierać znowu… ją, która oddała siebie zapomnianym i śniącym… więc tańczyła. Najpierw słuchała onej muzyki, a jak już załapała, to wiecie, tańczyła i tyle…

Bo co miała zrobić?

Nic jej już nie zostało… a nadziei nigdy nie rozumiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kubuś Puchatek. Chatka Puchatka” – … to jak Muminiki. Przyjemność. Powroty… te teksty błąkające się po social mediach i tak dalej… ona postać. Miś i Krzyś… i jeszcze, no właśnie, cała historia osnuta wokół nich. Ona prawda, która jest tą, której nie chcecie znać.

Wiecie… bo to Puchatek, coś tak skrajnie niewinnego…

Nazwany w każdym kraju inaczej. A jednak zawsze ten sam, no chyba że zrobią z niego dziewczynkę, bo wiecie… tamten niedźwiedź był żeński, więc, Zoo i tak dalej. To wszystko jakoś psuje ten świat… a może, może można o nim zapomnieć? Może można? Bo przecież warto. Dla tego dziecięcego świata…

Prostoty.

I tych ilustracji.

Z dawnego dzieciństwa.

To wydanie jest piękne. Twarda prawa, ilustracje, słowa, tłumaczenie, wszystko… to świat sprzed Disneya i innych spraw. Sprzed tego całego gnania za sławą i kasą, a może tylko w to chcę wierzyć? Mam prawo… mam prawo do onego dzieciństwa. Oddychania w tych porąbanych czasach.

To światło… kocyk i kubek kakao.

I bezpieczny kąt.

Czasem wypełza słońce i jest dziwnie.

Słońce to w końcu coś bardzo dziwnego, coś niewyraźnego, coś nie do końca, coś… o czym człek zapomniał już właściwie, bo przecież, przecież… wcale za nim tak jakoś nie tęsknił. Wcale a wcale. Wprost przeciwnie, one szare dnie i wczesne wieczory sprawiają, że przynajmniej w moim przypadku, no wiecie, jest mi tak lepiej. Z onym zachmurzeniem, z oną szarością…

Tak, taka jestem i zdaniem większości, jakoś tylko w ten sposób jestem w stanie wytrzymać na Wyspie. No wiecie… ona szarość zgadza się z moją wrodzoną ciemnością i tak dalej, więc… Pamiętam, że gdy szukaliśmy miejsca do życia tutaj od razu wiedzieliśmy gdzie chcemy mieszkać. Inne miejsca, choć braliśmy je pod uwagę, bo przecież, człowiek może się mylić, to jednak zawsze wracało Gudhjem.

Inne miejsca nie były TYM miejscem.

I co usłyszeliśmy od sprzedawcy nieruchomości? Że jak to tak można, jak to kurcze jest najabrdziej dołujące miejsce na Wyspie! Serio? Tak szczerze to znalazłabym inne jak Klemensker czy Nyker, ale wiecie, co komu pasuje… tak naprawdę. Każdy może sobie wybrać co lubi, ale serio…

Gudhjem dołujące?

Bullshit.

A zresztą, jak się wam wydaje, podoba, czy jakkolwiek. Kocham je… w odmianie brata bliźniaka syjamskiego czyli Melsted też.

Wiecie…

Każdy, kto tutaj przyjeżdża, jakoś tak ląduje albo na rowerze, albo tylko na Dueodde i w okolicach. Są tacy, których przygania tutaj coś innego, ale są i tacy, którzy trafili na ono jedyne lato deszczowe, no i wiecie, są do dziś wkurzeni. Znałam ich kiedyś… ubawiły mnie ich komentarze. Wtedy już mieszkaliśmy od kilku lat tutaj, a oni stwierdzili, że i tak się nie znamy i tak dalej…

Lepsze to, niż info na FB, że zmyślam i wcale, ale to wcale nie wiem co tutaj się dzieje – z czym mogłabym żyć, szczerze, czasem nie wiem, szczególnie w polityce, macie Tidende – no i co lepsze, w ogóle tutaj nie mieszkam.

Piękne to.

LOL

Tak czasem się zastanawiam, czy mnie jeszcze to w ogóle interesuje co kto o mnie myśli? Wróć, powiedzmy sobie szczerze, może mnie coś zaboleć, ale szczerze, dawno przestałam rozmawiać z ludźmi… rozmawiam ze sobą. Wiecie, wariaci tak mogą, dla nas to jest normalne. Bardzo i wybitnie… w końcu to gadanie to ino one internety i tak, jak najbardziej można poznać fajnych ludzi, ale w większości to będą tylko lajki, więc… można odpuścić. Można odpuścić i media społeczne i telewizję i radio… i mieć ino książki, ziemię, las, szyszki…

Może spróbujemy znowu z szyszek wyprokurować choinki?

Choinki są ważne.

Szczególnie tutaj… naprawdę. Bo to, choć piękne miejsce, to jednak to okrutny świat jeśli chodzi o ludzi… wiecie, jak w każdym innym miejscu. Jak w każdej innej części świata. Zmęczeni, przerażeni ludzie, Turyścizna mająca w dupie ograniczenia i Covidowe odstępy… bo przecież… czym my jesteśmy, mieszkańcy, zwierzątka w zoologu wyspowym, dostępni 24 na 7…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszczowy tan… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Czerwony…

„Bo ona to zawsze jakoś tak przyciąga do siebie dziwa wszelakie.

Szczególnie teraz, gdy jakoś takoś, no wsio wyszło na jaw… i nawet Pan Tealight był racej zaskoczony. Znaczy, nie, że nie brał tego pod uwagę, ale jednak, no kurcze, czy się spodziewał, zwyczajnie… wiedział, że jeżeli to się stanie, wszystko się zmieni i nic tak naprawdę. Bo to, czego był pewnym, to to, że ich zmieniła, wszystkich w tym miejscu, no i na pewno jakoś tak…

Zostaną z nią.

Cokolwiek.

Kiedykolwiek.

Otóż chodzi, że Wiedźma Wyspy, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wyrzuciła Wyspie, że ofiarowała jej wyłącznie ból i cierpienie, więc się zwalnia. I to ze skutkiem natychmiastowym… nawet ognisty anioł, który pojawił się na niebie, jak tylko wypowiedziała wszystko trzy razy, nie zrobił na niej wrażenia. Odważnie i nadzwyczaj dorośle pokazała mu język.

Chciała się wypiąć, ale to akurat ten czas w miesiącu, więc wiecie…

Pan Tealight obwiniał Małego Czerwonego.

Dziwnego byta o aparycji zdechłego człekokształtnego w krwi zanurzonego, który przywiązał się do niej w Szwecji i nie dał się odczepić i jakoś tak, zamieszkał z nią i całą jej gromadą i odsuwał ją od nich.

Jakoś tak…

Już się nie spotykali tak często.

Co więcej, jak już Wiedźma Wrona wychodziła na spacer, to stawiała dookoła takie bariery, że jak już, to śledzili ją ino z powietrza… a w tym dobre były wrony, a wrony były tylko jej, więc wiecie… chciał z nią porozmawiać o tym, co się stało, albo chociaż posiedzieć obok i pomilczeć, ale była zajęta podobno. Potem się źle czuła, potem zwyczajnie odmówiła zeznać, a potem…

Nawet Ojebik – mała, ucięta główka…

Nawet ona nie została wpuszczona.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Full Moon i shopping…

No dobra, ino window shopping, bo przecież mi nikt nie płaci za te blogi i tak dalej. Wiecie, jestem najgłupszym z influenserów i tyle. Porażka życiowa, nie oszukujmy się… ale za to, jak zwykle i w Nexoe i Roenne – tia, nie chce mi się literek kopiować, bo moja klawiatura wariuje po takich rzeczach jak przestawianie języka – jest na co popatrzeć. Oczywiście wyłącznie w tak zwanych centrach ogrodniczych…

Tak to się mówi?

Chyba…

No ale, to co tam znalazłam, jest cudowne i przesłodkie i drogie, nie oszukujmy się. Można iść do Tigera, ale wiecie, to może każdy, a ja chcę onej skandynawskości. Jakoś tak. Takiej prostszej, naturalnej i w ogóle.

Ale są i światełka… no i widmo pandemicznych świąt.

Kolejnych.

Wiecie… świat jest koszmarny. Nie ma znaczenia kim jesteście, jeśli nie należycie do elity. Mimo onej wszelakiej równości narzucanej przez ono sławetne prawo, to jakoś tak, zwyczajnie wcale jej nie ma. Są lepsi i lepsiejsi i tak dalej. Są tacy, których stać by oddychać i tacy, którzy się boją, że nagle nie będzie…

Ich.

Człowiek podnosi głowę i nagle widzi, że za oknem zjawiła się ciemność.

Nie ta szara…

Ciemność.

Ona nocna. Która w końcu jest taka, jaką być powinna. Cudowna. I nagle człek zaczyna coś robić i nie zauważa, że już nie ma dnia, ale jest noc. Ona dłuższa, cudowna i miękka… nawet jeżeli jest się pośród onych światełek, a może właśnie przez nie? Może… wiecie, człek zagłębia się w oną cudowność roślinno wystrojną i jakoś tak, jest mu lepiej. Może i chodzi o tlen, może jego brak, a może…

Papugi?

No co, mają je w stolicy.

W sklepie.

Dobra… nie marudzę, albo może i marudzę? Jakoś tak, zwyczajnie nie rozumiem ludzi. Jak szybko zapomnieli, ci z Europy Środkowej, jakto było, gdy nic nie było. I nie pierdolcie mi o tym, że jednak ludzi się wtedy bardziej widziało, bo tak było, ale też i nie było. Zmuszeni do pewnych zachowań tak naprawdę… łatwiej jest nam być sobą, gdy zrozumiemy to, czego nie lubimy. Bez czego możemy żyć.

Tutaj się wydaje, że żyją, tak naprawdę, ludzie, którzy to wiedzą…

A może ci, którzy łkają w kącie, bo jednak odwołano julemarket. Ten wielki, na który tak wielu się szykowało. Bo przecież się szykowali. One markety mniejsze i większe, to taka cudowna wyspowość… której nie ma. Bo wiadomo, paszporty wszelako szczepionkowe, ludzie, nagle ma znowu wrócić strach, a ludzie nie chcą, mają dość… tak bardzo mają dość. Po prostu.

Strach… tak, zapominam o nim w tej ciemności.

I nie myślę, gdy nie wychodzę z domu…

Inne wyjście. Inne życie… przecież to wszystko jest tak bardzo pokręcone, że już mam dość. Naprawdę dość. Ale jest ciemność i światełka i nawet jeżeli nie stać mnie na życie, nawet na ono oddychanie… to jakoś, przynajmniej jest to. Ciemność i światełka, karteczki, tekturki na choince i świeczki…

Świeczki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Czerwony… została wyłączona

Pan Tealight i Materia…

„Pojawiła się.

Materia.

Nie, że jakieś kosmiczne coś, ale jednak…

… kurde no, może i wyglądała jak bela jedwabiu, mocno zwinięta na takim, wiecie, jak od papieru taoletowego, ale jednak mocniejszym rolku, ale jednak no bela w barwach nocnego, rozgwieżdżonego nieba podświetlonego stroboskopami, czy jak inaczej te jebiące po gałach światełka zwą… ale nie była tą materią.

Nie była onym tworem i tak dalej, nie…

Nie chcieli do niej podejść, choć jak byk pisało, że przeznaczone dla najmiękciejszych zadków i tak dalej. Było napisane, że naturalne i cudowne, upragnione, wymarzone i jeszcze nigdy się nie czuliście tak swieżo, jak po dotknięciu onej jedwabistośi… chyba? Potem były jakieś szlaczki i nikt nie był pewien języka, a podobno gadali tutaj we wszystkich, więc coś śmierdziało.

I nie…

Tym razem to nie była Wygódka.

No wiecie… szczerze, chodziło o sam wymiar zajebistości onej rolki, a jednak nie mogli, jakoś coś ich powstrzymywało… i tak, to podobno była materia na niebiańskie gacie, nigdy nie pijące, znaczy kompletne abstynenty… i jeszcze absorbujące, nie zaciągające się, pasujące na zadek każdy, nawet jak żeście nage żeżarli trzy pieczenie i piętnaście Marabou w podstawowym, ogromnym wymiarze, lekko strechy… znaczy rozciągliwe i jeszcze w kolorze jaki sobie zamarzyłeś.

Tak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: cykl „Materia Prima” – … no więc… nie mam pojęcia dlaczego. Dlaczego to jedna z tych serii, bo jest już secunda, więc to więcej niż ino te trzy tomy, może nie to samo, ale jednak już wiem…

Że to kolejny zestaw moich książek bezpieczeństwa.

Książek, które są na one wszelkie momenty, kiedy czuję się źle, nie umiem czasem czytać, wydaje mi się, że znowu zgubiłam gdzieś oną umiejętność… coś, co mnie wciąga, miesza mi pod deklem, co czytam chyba po raz trzeci i odnajduję nowe, wciąż nowe i coś, co po prostu mnie bawi.

Nie tylko zresztą,bo bogactwo językowe mile łechcze moje wszystko.

Gilgoczą mnie w odpowiednich miejscach.

A przecież… tak na pierwszy rzut oka, to wiecie, kiedyś powiedziano by, że to ino książki dla chłopców. Choć wróć, wieki temu czytałam i słyszałam takie teksty… że przecież to dla facetów, gdzie moje różowe, świecące…

Ech… no cóż.

Właśnie załapałam, iż spora część z moich takich książek pochodzi właśnie z Fabryki Słów. Co się ze mną dzieje. Przecież to nie tak, że kocham wsio co wydają i niegdyś ukradli mi tekst. Tak wiem, inne czasy to były, ale jednak… wiem też o pewnych przekrętach, ale… o czym jest ten cykl? O magii, alchemii, człowieczeństwie i okupowanej Polsce, ale trochę innej. Pełnej dziwów, potomków pamiętających Boga. Krwi demonów, przyjaźni… też tej między narodowej. Zabór pruski, zabór carowiczowy… no co, tyle zmian w ZSRR obserwował człowiek… CCCP? Ech, miesza mi się, ale to przeszłosć i gazowe lampy, homunkulusy i Olaf i Samarin i jeszcze te kobiety…

Niesamowite.

Cudowne i genialne postaci.

Wiem, że niegdyś o nich pisałam… ech, trza opanować te hasztagi. LOL

Od dwóch tygodni jest ciemno.

Niby to ona zwyczajna listopadowa szarość, ale jakoś tak, mówimy o słonecznej wyspie. O miejscu, w którym wiecej słońca niż w innych miejscach w tej szerokości geograficznej. Nie ma też wiatru, człek obciął co było, sprzątnął w ogrodzie i zapatrzył się na to wszystko… to wszystko, co tak dziwnie rośnie.

A już te chwasty!

Nosz przejęły donice!!!

Co się dzieje?

Nie wiem… ale wybory jakby co wygrał gliniarz, więc pierun wie co będzie. Kapitan na pewno nie jest z tego zadowolony, znaczy kapitan promu, też był do wyboru, jakby co. Był i komunista, wiecie, ten od braku własności osobistej. Pełna komuna, dzieci kwiaty, ja pierdziele, człowiek, ja to pamiętam.

Skończyło się źle…

Ale, mamy nowego szefa Wyspy i tyle.

Czy to coś zmienia? Pierun wie? Z jednej strony nic, z drugiej, zawsze mnie przeraża, bo wiecie, nowi lubią udowadniać jacy to są potężni i tak dalej, ale… to zawsze jest takie przerażające i w ogóle, więc… chyba czas się bać, tym bardziej, że pomysłowość państw europejskich w wymiarze naganiania ludzi na siebie wzrasta i się kotłuje. powtarzane schematy znane nawet z najprostszych podręczników historii… by udowodnić co? Tak naprawdę? No co?

Ale ta szarość.

Taka dziwna w końcu się staje, gdy nie mija. Gdy nawet zapowiadane słońce jest tylko jakąś poświatą za chmurami, za onym welonem szarości. I nagle wszystko jest szarością… i choć to dziwne, choć to może nie coroczne nawet, to jednak… wiecie co, fajna ta pogoda. Tak pasuje do mojej depresji.

Kolorystycznie też.

No i wiecie, jest to ono przyzwolenie na jakieś lenistwo, nawet jeśli musicie podciąć w ogrodzie to czy tamto, wyrwać, bo u nas dziwnie nawet trawa forever green… może jednak, no jakoś tak to nie przeszkadza. To tak, jakbyśmy się nagle stali się morzem. Jakoś tak… wiecie, mokrość ona, lekko słonawa…

Cudowna.

Chociaż te podtopy, miejsca, w które lepiej się nie wybierać…

Cóż, dziwnie jest.

Ale taka jest ta jesień, jeśli wcześnie liście znikną, odejdą z wiatrami, jeśli nagle wszystko nie będzie kolorowe, barwne wszelako, wiecie, wesołe, szleszczące… gdy nagle zmienia się tylko w błoto i te chwasty, które chyba lubią te 5 stopni nocą… i jeszcze… wiecie, tęsknię za oną jesienią, przewidywalną bardziej tak. Połyskującą, pełną listowia, kasztanów i żołędzi i jeszcze… oczekiwania.

Oczekiwania na zimę.

A teraz…

Co to jest?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Materia… została wyłączona

Pan Tealight i Gdybytam Dam…

„O rany, no bo on to miał szczęście do bab. No naprawdę gigantyczne szczęście i oczywiście, że jest to sarkazm, ale jednak, jak inaczej to ująć… facet właściwie normalny, no każdy ma jakieś uchyłki tam… ale poza tym całkiem starodawny i chcący rodziny i tak dalej. No wiecie…

Rodzinny.

Taki, co to umie i guzik przyszyć i gwoździa przybić, i jakoś tak sprawia, że kobieta czuje się kobietą, naprawdę, piękną i bezpieczną… tyko że, ten współczesny świat jakoś tak nawet nie chciał tolerować onych defwiacji… wiecie, czegoś, co kiedyś oznaczano jako normalność, bo normalność jest dobra, jakieś tam wzorce. Wtedy wie się dokładnie od czego uczekać, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, kompletnie do niczego nieprzystosowana…

Kompletnie oddalająca się, nie mówiąc, iż unikająca, raczej spierdalająca od wzorców i ram. Szufladkowania i tego, co tam dama, kobieta, wiedźma winna robić, wiecie, wolność, przed którą większość ucieka, a już na pewno wszyscy się boją, bo przecież o wiele łatwiej jest zwyczajnie być koło tego, co jakoś przewidywalna, a ona taka nie była. Wiecie, napawdę i do końca…

I on też nie.

Tylko, że ona też nie była damą, więc może dlatego tak łatwiej się z nią mu rozmawiało? Może? No wiecie…

… więc rozmawiali ze sobą. Od dawna. Gdziekolwiek wyszła, on mówił, a ona słuchała i naprawdę go rozumiała. Naprawdę, bo sama jakoś była z onych pożółkłych stron, meloników i jeszcze… otwierania drzwi, szlafroka, znaczy się tam płaszcza rzuconego przed nią na błocko, wiecie… nie żeby tego potrzebowała, ale jednak, jakoś tak, zwyczajnie, koronek i diamentów też nie potrzebowała, ale jednak, tych ruchów, skłonów, onych wszelakich małych uprzejmości.

Uznania, że jest słabszą, choć nie była.

Choć czasem…

Potrzebowała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Do lasu…

Tam, gdzie spory, płaskawy kamień leży… pogrążając się w onej ściółce z każdym rokiem coraz bardziej i bardziej. Gdzie się idzie i z każdymi odwiedzinami człeowiek sobie uświadamia, że ona ścieżka jest znowu miękciejsza i jeszcze bardziej puszysta. Te mchy i liście i igiełki… same iglaki dookoła poza kilkoma tańcatymi brzoami, wciąż żółtymi, wciąż oliścionymi, jakby się buntowały.

Jakby wiedziały, że tak bardzo błyszczą na tle onych prawie niebieskawych od omszenia pni. I to światło, które czasem się trafia, a czasem jest tylko ciemność… i wszelaka szarość. I jeszcze… jeszcze coś więcej. Bo tutaj jest prawdziwa magia. Bardzo prawdziwa. Pierwotna też… mimo tego pola zbyt blisko i drogi, to to wciąż jest tak bardzo… no takie specyficzne miejsce… tak bardzo specyficzne, że poddusza, mocno zniewala… i gdy tylko sobie uświadomisz, że to wszystko jest tutaj, jest naprawdę, jest dla ciebie i na ciebie czeka, wiesz, że jesteś na miejscu.

Zwyczajnie.

Po prostu.

Ale najpierw ta droga, parking, kilka aut, drzewa niektóre wciąż oszałamiające kolorowami, te buki wiedzą jak to robić. Naprawdę wiedzą. I te kilka znajomych iglaków i te liście pod nogami, pod podeszwami, chociaż chciałoby się naprawdę je zdjąć i skarpetki, i zanurzyć palce w nich.

Zimnych i wilgotnych…

Ale jednak prawdziwych.

W końcu coś prawdziwego.

Szyszki tym razem nie robią zbytniego namieszania.

Jakoś tak… ich mniej? Może ktoś przyszedł i je wyzbierał, zaraz, ale jak to, ktoś tutaj jest? Na rowerze… i zbiera, co ta baba robi, czy dzisiaj będzie kolejka do kamienia? A może kurde o czymś nie wiem?

Może?

Albo raczej nie…

… ona przecież skręciła tutaj zaraz, za dwoma pierwszymi liniami drzew i coś tam zbiera. Chyba nie końskie boby? A może jednak… hmmm, kto to wie? Może jednak serio ludzie to robią, przecież to doskonały nawóz. Ino pamiętajcie, trzeba mocno rozwodnić!!! Bardzo mocno bo wam spali roślinki.

Ale warto.

Grzyby super rosną.

A już owcze bobki, rany jakie pieczarki na takiej łączce i skałach. Szczerze, ale są gigantyczne. Mega wielkie!!! Naprawdę kosmiczne. Ale nic to i wszystko zarazem. I jeszcze więcej tego wszystkiego. A już szczególnie jak człek w końcu dorwie się do kamienia, tego, co pachnie chlebem pieczonym. Niesamowitego miejsca, gdzie prosisz i jest ci dane. Gdzie zwyczajnie przychodzisz, gdy już nie ma innego wyjścia, a czasem szybciej. Zwyczajnie szybciej… bo czasem dobrze nie zwlekać.

I oddać się drzewom, skale i onej ściółce…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gdybytam Dam… została wyłączona

Pan Tealight i Pannica…

„O Matko Wyspo!!!

Nosz z niej to była taka dziunia, że zwyczajnie nie dawało się jej strzymać. Nie, nawet schowanym w podziemiach i dudlącym podejrzane napitki… a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie miała sporego spustu. Wprost przeciwnie, kompletnie nie umiała pić, nawet jeśli ktoś jej wmówił już, że to naleweczka uzdrawiająca, a ją właśnie łamało tu i tam…

No i piła…

Piła dużo, ale chyba z sikaniem wsio się z niej wylewało, więc jakoś tak i tak na nią wpadła, wiecie, między Wygódką i Białym Domostwem, na schodach, które nagle stały się dziwnie długie, szare i strome… i całkowicie bezporęczowe i śliskie i jeszcze, jeszcze kompletnie nie do przejścia… ona tam stała… a na wpół ślepa Wiedźma Wrona nie zdążyła uciec. No myślała, że to wiecie, jakieś załamanie światła, czy coś… wiecie, czasem, czy raczej częściej niż czasem, po prostu, zwyczajnie widziała więcej niż inni. A czasem i mniej, a czasem…

Widzicie, to wszystkoe było takie ostatnio dziwne, a jeszcze ona…

Nie, to już było za wiele, więc zaczęła śpiewać.

No tak… Pannica sprawiła, że Wiedźma Wrona Pożarta zaczęła śpiewać bez swoich nieodłącznych słuchawek New York, łącznie z choreografią… i wiecie co? Nie spadła z tych schodów, ale nim doszła do góry, do drzwi, które nagle ciężko się otwierały, i ta klamka była taka nazbyt gorąca… nagle…

I jeszcze…

Oczywiście, że to wsio była wina tej gówniary długonogiej w kusej spódniczce, żującej gumę, czy inne ustrojstwo, która twierdziła, że jest wiedźmą… w tych szpilkach na pewno naście centymetrowych.

Zwariowała?

Która z nich?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedzonko!!! Ha, udało mi się dzięki pomocy, dosadnej i finansowej, czyli sponsoring jak nic… Cudownej Dobrej Duszy <3 zdobyć z powrotem „Materię Primę” i ostatniego Butchera.

Po prostu: dziękuję stasznie!

Ciemność… szalona ciemność nadchodzi.

Czyli wiadomo, coraz zimniej, coraz bardziej inaczej. Znaczy, wiadomo, zima idzie. Cudowny czas, chociaż, ech, nie bądźmy aż tak bardzo oblani nadzieją, że będzie zima… pewno nie będzie, ale jednak, kurde no, może jednak będzie jakiś śnieg? Zawsze jest w okolicach listopada ona niepewność… czy będzie zima, czy tylko deszcze, czy jednak coś się zimowego zakręci, śniegi i wiatry, ona prawdziwa zimowość z mrozem, wiecie, oną srebrzystością na trawach, pierwsze zamarznięte kałuże… no będzie to, co będzie, chociaż… możeby tak odtańczyć jakiś…

Pląs śniegów?

No wiecie, na wszelki wypadek.

Bo czemu nie… świat potrzebuje zimy ku odpoczynkowi wszelkiego jestestwa. Wszelkiego jestestwa i jeszcze czegoś więcej. By pobudzić wyobraźnię, uciszaną przez wielkie czy mniejsze słoneczności, ciepło, ktore goni ku działaniu, nie pozwala jakoś tak się rozmarzyć i pójść… głebiej…

Świat zapomniał, że potrzebuje zimy.

Już dawno temu.

Strasznie smutne jest takie egzystowanie bez zimy. Bez onej bieli i jeszcze więcej. Bez tej całej cudownej samotności, zapatrzenia się w siebie samego, ale tak inaczej. Tak jakoś mocniej, prawdziwej.

Po prostu.

Zima na Wyspie…

Ech, moja pierwsza zima tutaj była czymś niesamowitym. Pierwszym spotkaniem ze snestormem i jeszcze… ciszą. Całą masą śniegu, co to się tutaj trafia raz na wiele lat. Jakieś 10, z moich wyliczeń tak wychodzi, że jakoś się trafia w takim odstępie jakaś zima, a w czasach, latach w onym pomiędzy…

Wiecie…

Czasem trochę śniegu, czasem wiatr… wróć, zawsze był wiatr.

Tak, wiatr to pewnego rodzaju nieodłączność w tym miejscu. A raczej, jak nie wieje, to człek się dziwnie zaczyna czuć. Naprawdę. Trochę to pokręcone. A może po prostu po pewnym czasie mieszkania tutaj człek nabiera dziwnych nawyków? A może jak się tu rodzi nawet tego nie zauważa… może dlatego niektórzy stąd nie wyjeżdżają? Wiecie, przecież nie było chyba badań w tym kierunku?

A może?

Może wartałoby przebadać rdzennych i tych bardzo rdzennych mieszkańców? Nie tych burżujów, co to się tu sprowadzili i wiecie, nagle chcą zmieniać wszystko i niczego nie rozumieją i jeszcze…

Wszystko im się mało podoba…

A potem znikają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pannica… została wyłączona

Pan Tealight i Pederasta…

„Ale wcale nie, nie że zboczeniec jakiś.

To już na gołego nie można w zimne fale… a że to wsio zmniejsza, ojejku no, taka to już biologia człekokształtnych. A on jednak człekokształtny był. No szczerze. Wsio było na miejscu, głowa, kadłubek i cztery kończyny. I jeszcze te dziwne, kręcone, czarne włoski wyglądające, jakby dopiero je żelował…

A to były tylko fale.

Tylko i wyłącznie.

Bo w końcu on kochał morze, a morze nie potrafiło żyć bez niego. Nie, nie potrafiło żyć bez niego. W ogóle i całkowicie… tylko, że on tego nie wiedział. A może raczej unikał tematu… choć czasem zdarzało mu się, może i z zimna zapatrzyć na one fale, wiecie, wsio mu zamarzło, wsio skostniało… no i tak jakoś się zapominał, tak jakoś zapatrywał i morze, one zdradzieckie fale wkraczały coraz dalej na plażę i dalej, jakby pragnęły go porwać, zabrać dla siebie tylko, mieć go na wyłączność…

Na zawsze.

Ale…

Zawsze nadchodził ten moment, kiedy wszystko się zmieniało. Wszystko jakoś tak przekręcało, jakby nagle się włączał i odskakiwał, uciekał, brał ten przeklęty, brunatny kocyk z dziurkami, niby gruby, ale jednak… jednak jakiś taki dziwnie aż nazbyt znoszony. Nazbyt wytarty… jakby to nie on wycierał, ale jego wycierano. I morze tego naprawdę nieznosiło. Bardzo…

Może i przeczuwał, że morze go chce, może i zauważył ten mało dyskretny transparencik i żetony porozkładane po kieszeniach, zrobione z muszli z głębin nieodkrytych… może, ale czasem wiedzieć i jakoś tak nie do końca wiedzieć, jest lepiej. Zwyczajnie. Wiedzieć, ale nie do końca… zdawać sobie z tego sprawę.

Nie do końca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostatnio wpadłam na vloga, w którym ludzie opowiadają o tym, że wracają do Polski z Anglii, czy innej tam Szwecji. Wiecie, niektórzy po prostu wyjeżdżają rzeczywiście tylko na chwilę. Nie zakochują się w innym świecie, onej jego inności, odmienności, a może i odnajdują właśnie siebie tam…

Gdzieś, gdzie się nie urodzili.

Ale przecież pojęcie ojczyzny jest… w szczególności dla mnie, no bardzo płynne. Nie znam swojego ojca, więc mnie wszędzie może ta ojczyzna przypasować. Znaczy nie no, nie wszędzie… jednak to zawsze musiała być północ i kawałek starego Egiptu. Bardzo, bardzo starego. I to tylko na chwilę, bo za ciepło, za sucho, nie no, gdzie są drzewa, nie te drzewa, o krokodyl!!!

No więc…

No więc jakoś tak zaczęłam myśleć o tym, czy bym mogła?

I uświadomiłam sobie, od razu, dość raptownie, że nie… przecież nawet do Polski pojechać na chwilę nie chcę. Więcej, mam koszmary, że mi każą i tak dalej, wiecie jakie to szaleństwo… po prostu nie mogę, nie, to nie dla mnie… nawet jedzenie z polskiego sklepu jest… jakieś dziwne. Nietakie. Od razu po zjedzeniu człowiek dostaje i wzdjęcie i sraczkę i pierun wie co jeszcze…

Unikam.

Pewno, że wciąż tęsknię za ciastami Babci, ale wiecie, to se ne vrati…

Może to właśnie o to chodzi, że ja przestałam być elementem tamtego kraju już dawno temu. Nawet jak jeszcze mieszkaliśmy we Wrocławiu. Mocno mnie odrzuciło od rzeczywistości i państwowość… nie, to nie dla mnie. Zwyczajnie, jakoś tak. Po prostu. Sorry misie!!!

Ale…

Po pierwsze nie mamy telewizji, to nie kieruje naszym życiem. Nie mamy telewizora, nie mamy i innych rzeczy, które dla ludzi zdają się być wszystkim. A już w szczególności szczególnej tam. Tam, w tej części, której nie rozumiem. Kompletnie. Ostatnio nawet mam problemy z mówieniem po polsku czy nawet pisaniem i czytaniem… a to ostatnie jest już najgorsze.

Zabija mnie.

Wcale nie powoli.

Okazuje się, że można mieć traumę po stracie książek. Książek, które były moją rodziną, wspomnieniami, nauką, po którą zawszę mogę sięgnąć… pomocą, wytchnieniem, rozmarzeniem… i tyle… można cierpieć i nagle nabyć dziwnego, jednocześnie pragnienia posiadania, ale też i strachu przed nimi…

Ale książki oczywiście w większości chcę po polsku… w większości… okazało się, że niektóre tłumaczenia są dla mnie dziwaczne i wolę je po duńsku lub szwedzku. No tak. Dla mnie to też zaskakujące.

… więc czy mogłabym wrócić?

Ale do czego?

Bo to nigdy nie był mój świat, może na samym początku, ale tamtych miejsc już nie ma i ludzi i drzew i ziemi pustej, zarośniętej brzózzkami i trawami tak różnorodnymi, zgubionej łopatki i wiaderka… i misia czarnego, którego chciałam, a potem przeraźliwie się bałam… ale innych nie było… nie…

Nie mogłabym bez morza i mew.

Tego morza i tych mew.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pederasta… została wyłączona

Pan Tealight i Zaniwelowany…

„Zwykła torba na śmieci, oczywiście w tym wielkim rozmiarze, ale czy największym? Może i są większe, może… no wiecie, w końcu na świecie tyle onych rzeczy, które są dla niej nieznane, niewidoczne, dziwnie zaskakujące, szczególnie, gdy je gdzieś tam w innym świecie spotyka…

Otwarta, wystające z niej patyczki lekko poruszają się na wietrze…

… a wraz z nimi, liście, które lekko się poruszając bardzo chcą, bardzo gdzieś pójść, potańczyć, zabawić się… i dlatego nagle, powoli, lekko może i opieszale, a raczej, wiecie, by sprawić ono wrażenie, że przecież nic się nie dzieje, one nic nie robią, one niczego nie… to nie one, ten wir, ona formująca się osobowość, postać cielesna, szeleszcząca, miejscami wilgotna pełna zapachu fig i dymu.

Pełna siebie.

I Zaniwelowany siedzący w tym swoim wdzianku robionym na szydełku na brzegu worka i łamiący patyczki na najmniejsze cząstki. Tak po prostu. Pewno, że łatwiej tak przeżyć, ale jednak no bez przesady, znowu kilka liście uciekło i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczęła je gonić… wiedząc i tak aż nazbyt dobrze, że będą czekały na nią przed drzwiami wejściowymi, głównymi, jakoś tak zawsze na nią czekałay… ale…

Ale lubiła słuchać jak stepują szeleszcząco, więc czy się naprawę wkurzała? Chyba nie… raczej… nie do końca rozumiała gdzie się podziała Liściowa Sprzątaczka i Zasyczacz Liściejów… obijali się.

Jak mogli?!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Silmarillion” – … właściwie. Tak naprawdę i szczerze, to nie mam słów i tyle. Pewno, że mój pierwszy „Silmarillion” był niewielki, bardzo zczytany i jeszcze… pierwsze wydanie. No staroć… a to… to po prostu powala. I to powala bardzo mocno. Bardzo, bardzo…

Tak, wydanie jest piękne. Książka może i duża i już widzę marudzących, że jakoś tak źle się czyta, no wiecie… niektórych zadowolić się nie da. Ale może i rzeczywiście… bo to jest dzieło sztuki, więc jeśli chcecie wziąć oną historyczną opowieść z Tolkienowego świata, wiecie, gdzieś na drogę, to polecam jakąś miękką okładkę. I mniejszy format, nie to cudo. No szkoda by było…

Bo piękne to…

Ilustrowane.

Tłumaczenie boskie, wiadomo… ale to, że sam autor uważał iż to wszystko jest nazbyt nudne, więc ono wydanie mityczne nigdy nie nastąpiło, poprawione i tak dalej. Wiecie… co jak co, ale Tolkien miał w sobie aż nazbyt perfekcyjności.

Nazbyt.

Kocham „Silmarillion”, ale wiem, że ten zbiór opowieści nie jest dla każdego. Jest jak cegły historyczne, które przeklinaliście w czasach szkolnych. Albo wciąż przeklinacie. To trzeba kochać… by przeczytać. A nawet do tego wracać, zrozumieć, jakoś tak… po prostu może tylko przejrzeć…

Tak, do przejrzenia ten tom nadaje się najbardziej!

Co ja gadam, czytajcie!!! LOL

No i cisza i wiatry i ciemność…

Oczywiście wszyscy w ogrodach, coś tam grzebią, jak tylko choć trochę słońca wyjdzie, to do razu słychać kosiarki. No szczerze ludzie, czy z wami wszystko w porządku? Ja pojmuję importantność przycięcia figi i jabłonki, ale jednak trawa, szczerze? Przecież ona dopiero co zdołała się odrodzić po okresie suszy.

Bo wiecie, susza się u nas skończyła.

Teraz mamy potop, ale nieszwedzki i niepewność co do wszelakich imprez świątecznych i takie tam ogólne ludzkie wurwienie. No bo przecież mimo iż to malutki skrawek lądu na morzu prawie wewnętrznym, to jednak i my mamy problemy, szalonych tak zwanych przywódców, a raczej wybory, czy coś… wiecie, jak wszędzie, polityka boli i naprawdę często gryzie w tyłek.

Ale co do potopu.

To jest.

Nadmiar wody z niebios sprawia, że nie tylko trawa rośnie, nie tylko w ogródku chwastów zatrzęsienie, a że przymrozkówu nas nie było, to wiecie, raczej i wsio zaczyna kwitnąć od nowa i już… szaleństwo czyste. Tutaj w końcu traktory rok cały szaleją na polach, więc… no tak, w sprawach pól też są prawa…

Dziwne, ale wytłumaczalnie logiczne.

Choć szalone to, iż właśnie takie rzeczy trza rolnikom mówić?

Ech, well.

Jabłonkę koniecznie trza przyciąć.

Za bardzo dołem się rozgałęziła, prawie przy ziemi grube ramiona ma i wiecie, jak się objabłkowuje, no to aż widać, ze cierpi, że jakoś tak nie może tego wszystkiego unieść. No trza przyciąć. Co do figi, to łatwiej, choć jak figę się przycina, to ona białymi, kleistymi łzami łka i czepia się ona kleistość wszystkiego. A usunąć to ze skóry, szczerze problematyczne, a już z ciuchów to nawet nie mówię.

Serio.

Wiecie… lepiej o tym myśleć niż włazić w jakieś światowe polityczności, czy problemy. I u nas piszą o Polsce. Pochlebnie, żeby nie było. Jakoś widać ino Polacy nie widzą problemu w najazdach Hunów i Anatolów na Europę, która i tak ma już dość i możliwe, że zaraz się rozpuknie… czy coś…

Nieczytanie wiadomości naprawdę dobrze robi na zdrowotność. Sprawia, że zauważasz te chwasty i tamte, że trzeba pomalować to lub tamto… na przykład moje wiedźmińskie widły, które kupiliśmy razem z domem… no tak, ta wiedźma lata na widłach. A co się będę ograniczać, no weźcie.

LOL

I to jakie poranki są i zachody słońca, mgły i zachmurzenia… ona miękka szarość w powietrzu, no wiecie… jesienność już późniejsza, mokrzejsza, mniej kolorów, ale te, które się znajduje aż drapią w gałki oczne. Wiecie, skaczą na was jak pająk nagle znaleziony w bukiecie od ukochanego.

Czemu nie… listopad pełną mordą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaniwelowany… została wyłączona

Pan Tealight i Zaślubiny…

„Chcieli się pobrać, w lesie, nad potokiem…

Pośród kamieni i liści jesiennych, pośród wiatrów i onych kropel wody…

Tego chcieli.

Spokoju i ciszy, onej wszelkiej naturalności jesiennej niezieleni, onej pełni wszystkiego, co może się zdarzyć, trafić, wszelako znaleźć… kolorowych liści. Onych gałęzi już ogołoconych, lekko wciąż wstydliwych kształtów… tego chcieli. Onego przepełnienia wodnistością, onej wilgotności wszędzie, onej… wszystkiego. Kolorów i kształtów, dźwięków tak słodkich jak miód.  W szczególności ten bławatkowy i lipowy i jeszce, oczywiście ten leśny, ten nieopisany do końca. Ten niepewny. Jakby stworzony i z pierdów wszelakich magicznych latajków.

No wiecie…

Miododajnych.

Oni tylko chcieli sobie przysiąc wszystko, pragnęli po prostu w końcu to z siebie wyrzucić, powiedzieć, wyśpiewać, jakoś tak… ubrać w słowa, jakoś tak, po prostu to zrobić. Nawet nie do końca dbali o stroje, chociaż ona miała na sobie piękny wianek z brzozowych witek z malutkimi, żółtymi listkami i bukiecik ostatnich białych stokrotek o lekko różowatych płatkach, i żółciutkich środkach…

Tak.

On też się przebrał. I umył… a nawet przyciął te loki, które co nocy mu rosły, jakby przez jakieś zaklęcie i może i było to jakieś zaklęcie, ale jednak, jakie i kto je na niego nałożył? I za co? A może raczej dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Cisza…

Tia… ktoś zapomniał, że większość z nas jej chce i pragnie.

Że ci, którzy się tutaj przeprowadzili i zdecydowali, że będą mieszkać, że to na zawsze, tak naprawdę chcieli się odciąć. Uciec od świata, szybkiego, pędzącego, z tego całego kieratu rzeczy kompletnie niepotrzebnych, wiecie… artyści, rodziny, wszelako freelancersko pracujący ludzie, czy też tacy, co to chcą tylko ogrodu, zwierzątek i wiecie, mogą poprowadzić hotel, czy coś…

Ale… tia, ponownie ten mały światek decyduje się na całoroczność.

Ciekawe jak to wyjdzie.

Pewnie nie wyjdzie.

Bo tu jednak mieszkają ludzie. Ludzie zwyczajni i nadzwyczajni wszelako. Wiecie, ludzie, którzy chcą spacerów, małego kontaktu międzyludzkiego, tudzież tylko kontaktu z tymi znajomymi duszami… właśnie dostaliśmy zaproszenie na 90 urodziny kobiety z naszej ulicy, której kompletnie nie znamy, więc… no tak to jest… od godziny tej i tamtej dama przyjmuje, w zamian picie i żarcie.

Hmmm…

W obliczu powracającego wirusa na duńską ziemię… czy to good idea?

Nie.

Ale, wracamy do ciszy.

Ciszy nie chcą zachowywać ci, co się sprowadzili rok temu i uwielbiają narzekać. Czasem się pośmiać można na grupie Gudhjemowej…

Albo i nie ma się z czego śmiać?

Oczywiście polityka może i tutaj ciszę oną zagłuszyć… wiecie, co świat, to te same problemy. Tu tym razem chodzi o powrót choroby, o na nowo przeobrócenie się w stronę pademiczną, wyzywanie nieszczepionych, których, z tego, co podają media jest naprawdę niewiele, oraz… no tak, punkt zapalny, zmuszanie pielęgnairek do gigantycznych wyżeczeń za smutną płacę.

Tak, tu też były protesty.

Tak… tu też rząd je uciszył, bo to w końcu ino baby. I nie, nie będzie podwyżek i mają siedzieć cicho i pracować. Oczywiście, że łyżka na to NIEMOŻLIWE, ale jednak… no możliwe. Tak, w Danii. Co gorsza ostatnia przemowa do narodu między innymi skierowana była co nich i nakazano im zapierdalać…

… więc ino czekać na dalszy rozwój sprawy.

Bo Duńczycy wychodzą na ulice… ale nie tutaj. No weźcie, może i czasem coś w stolycy kilka osób potupta, ale jednak, ech… no weźcie. My tu żyjemy i chcemy ryb, chleba i co tam jeszcze, soli… bo morze ostatnio dziwnie nazbyt słodkie. Aż nazbyt nazbyt, seryjnie. Wszystko się zmienia. Nawet znajome fale są jakieś takie, no wiecie, jakieś obce i jeszcze mocno dziwnie… nietutejsze.

Ech… dziwny świat.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaślubiny… została wyłączona

Pan Tealight i Killer…

„Ojejku no…

Przecież znajomych się ma różnych, a nie zawsze człowiek zaczyna pytanie na początku znajomości od… A co robisz i czemu masz pokoik w folii i ten odplamiacz? Oja, ale kolekcja zapachowych odświeżaczy i jeszcze te płyny do prania i mycia, kurde, coś ty kolekcjoner, nie no, bardzo szanuję, czy mogę powąchać… a, że zamrażarka, nie no, jakoś bardzo rozumiem, te czasy pandemii…

… najlepsza największa.

Oczywiście.

I te wieszaki, skórki, ekologia pełną mordą. No wiecie, znajomość to znajomość, a jak czujecie, że to może być przyjaciel, to wiadomo, przecież nie będziecie zwracać uwagi na pewne sprawy, raz pogadacie o nich i… od razu stajecie się pomocną ręką, zachęcaczem, zanęcaczem i tak dalej.

Przyjaźń to rzecz wielka.

Potężna.

Ale jednak…

… nie no, jeszcze na samym początku to już w ogóle, jakoś tak wszelako i mocno należy czasem po prostu odrzucić. No przecież każdy ma jakieś wady. Każdy czasem puszcza bąka i ma problem ze wzdęciami. Albo co więcej, no jakoś tak, zwyczajnie zaakceptować i wady… dla przyjaźni czy nawet i miłości może. W końcu pewne rzeczy się rozwijają. Życie pustką nie zalatuje, a nawet jeśli, to zwyczajnie… widać oną pustkę potrzebowało, czy coś, jakoś tak. To jak z łąką… musi być…

Nie ino lasy i lasy i Killer w nich.

Wielki i ciężki i pot z niego spływał… niczym dla dzieci oliwka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nocne mgły…

Teraz to się zdarza, wiecie… takie podróże. Nocne prawie, chociaż wieczorne ino… a, no i Covid wraca. Tia… milusio, co nie? Sorry, za przerywnik w tym, co miało być mgliste i tak dalej, ale nas właśnie trochę jebnęło, wiecie, orędzie do narodu… Czy się wypowiem w temacie? A po co? Przecież i tak nikt nie używa mózgu do myślenia, ino nim w piłkę grają, czy coś tam…

Wiecie…

Tutaj ludzie zaszczepieni olewają info o tym, że mogą być chorzy i roznosić wsio, dzieci puszczają jak leci i trza się od tego robactwa odganiać, najlepiej ogniem… no co? Sorry, ale jeżeli wasz dzieciak jest dla mnie zagrożeniem, to już nie będę leżeć i poddawać się bólowi. Już nie. Wprost przeciwnie, ale jestem licencjonowaną wariatką, więc wiecie, spokojnie mogę komuś przypierdolić. Takie ostrzeżenie. Trzymać bachory, bo roznoszą wirusa. Trzymać, bo wkurzają nie tylko mnie, to miejsce nosi na sobie typy wszelako ciszy pragnące i spokojności… a cała reszta… też lepiej się trzymać z daleka. Po prostu i zwyczajnie zachowywać odstęp.

I już, będzie lepiej.

I łatwiej, w końcu ja wyłażę z domu raz na miesiąc.

Maks!!!

Ale nie no, oczywiście, zaszczepieni uświęceni, nie muszą myśleć i tak dalej, to że kolejnych dawek nie biorą, nie doczytali do końca o co chodzi w tej akurat szczepionce, że znajomy się nie odzywa po pierwszej dawce, a źle ją zniósł… Nagle świat nie tylko się zmienił, ale jeszcze dokładnie podrapał po dupie i myśli, że to głowa.

Wiecie, taka jakaś odmienność.

Ale…

… mgła…

Gdy się czasem wraca nocą, a wiadomo, noc to teraz szybko się spojawia, to jakoś tak się i mgły spojawiają, a na tej Wyspie mgły są niesamowite, fascynujące i wszelako uczłowieczone. Wiecie, bardzo myślące… ej, zaraz, ludzie nie myślą, a mgły myślą… cóż, widać te mgły przejęły mózgi.

I nagle, w onej światłości świateł przeciwmgielnych, czy jak to się nazywa, no co? Ja pasażer!!! Ja nie kierować, za bardzo ciekawska jestem i tyle. Muszę sobie popatrzeć przez okno na one mgły też. One mgły przyjmujące kształty człowiecze, one kształty zwierzęce, wszelako… zaskakujące cię, nagle pojawiające się przed maską auta by rozwiać się, a może nie? Może nie rozwiać?

A może… wchłaniają się w auto, wchodzą w nas?

Tych w środku?

Może w rzeczywistości od onych mgieł uciec nie można? Może też nie trzeba? A może jednak należy się zatrzymać gdzieś na bocznej drodze, zostawić zapalone światła i wejść w ich blask i pozwolić mgle robić swoje? Może to jakiś rodzaj chrztu, innego tam uświęcenia, może li ino sakramentu…

Wyspowego?

Nie uzdrowi, ale może mózgi jednak jakoś uaktywni?

A jak nie, to choć se mgły mózgi wezmą, może one je bardziej wykorzystają? Może… na pewno, no weźcie, na pewno!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Killer… została wyłączona