Pan Tealight i Najmniejsza Malutka…

„Taka była.

Najmniejsza Malutka.

I wiecie co, dobrze jej z tym było, że nie każdy ją zauważał, co więcej, właściwie nic… może i nie sięgała ku półkom z książkami, które chciała, ale wszędzie coś dało się, ono coś zrobić, no i wiecie, przecież książki, kto tam się książkami interesuje teraz… dziwne ludzie. Dziwne takie bardzo… nie będą patrzeć, że ktoś z drabinką chodzi czy haczykiem na patyku albo sznurku? Nie no, na pewno nie.

Zresztą, na niskich nie patrzą.

Czasem się potknie który, to nawet przepraszam nie mruknie i zwyczajnie, nawet i jeszcze dokopie, nawet i jeszcze dotrąci, zwyzywa, że przecież to jest jej wina, bo jest tutaj, a nie gdzieś indziej, gdzie może i ktoś by jej szukał, że może ktoś by chciał może… gdzie jakoś takoś nie kręciłaby się pod nogami i innymi członkami, że przecież może to nawet próbowała kogoś na śmierć właśnie zwodzić… może jednak to ona jest złem wszelakim, może się powinna zastanowić, nad swoją małą i może, ale jednak egzystencją? Egzystencją wkurzającą egzystencje innych?

Tak, tylko wtedy zauważają…

No chyba, chyba że coś chcą… oj, wtedy to się nawet zbliżą, pochylą, wszelako poniżą oną niskością, głową zbyt blisko ziemi, głową, która może i dotknie trawy, a trawa się zadziwi bardzo, bo nigdy nie widziała tak tłustych kłaków. Zbyt bardzo tłustych i się pochyli od razu i wciągnie głębiej…

Ale ona, tak, wolała dużych nie wkurzać.

Wolała oderwać się od tego świata powyżej i zwyczajnie jakoś tak, nie pozwalać sobie na zbytnie spoufalanie się. Bo i dlaczego miałaby? Przecież wiedziała kim jest, wiedziała co robi i jak komu kostki obgryźć, pięty wyrwać, do łydek nawet doskoczyć. Gorzej, nawet portki podrzeć… a co… patyczek z haczykiem. Sznureczek z małymi haczykami sięgał nawet i jeszcze wyżej…

Aż nazbyt wysoko i oj, coś się oberwało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Lestat na nią czekał tam.

Na pewno.

Anne Rice zmarła 11 grudnia 2021 roku, bo przecież serio, ten rok to same kopy w zad. Ale i tak pełna jestem onych brzydkich myśli, że może wydadzą teraz jej książki i będę mogła jakimś cudem znowu je mieć w rękach? Wszystkie? Te o Taltosie, Louisie i oczywiście Lestat… oj tak…

Ale, tym razem na wodach… w rzeczywistości szwedzkich, ale ponieważ to między nami a Ystad, to wiecie, może jakby poszedł trochę w prawo na drzewo się wdrapał i mgły by nie było, to by zobaczył… tonący statek, z któego wycieka olej. Chyba olej, wiecie, że ja te informacje czerpię z Chowańca, więc co najmniej drugiej, trzeciej ręki. No czort wie gdzie on to przeczytał… więc… Szwedzi aresztowali obecnie załogę statku, który nie zatonął, statku tonącego załogi nie odnaleziono, co oznacza, że Dania szaleje, bo Szkoci ich stuknęli. I to na wodzie.

Trochę jak za dawnych czasów?

Wiecie, możnaby się pośmiać, ale w przypadku kolejnych dusz zaginionych na morzu, to nie jest śmieszne. Dwuosobowa załoga… hmmm, dwie osoby, a taki duży stagek? No mniejsza, możliwe, że kompletnie się nie znam… może to i lepiej, że ino dwie, ale dotąd ich nie znaleziono…

Szkoci zostali nazwani obywatelami brytyjskimi i aresztowani za to, co zwykle się robi na wodzie, wiecie, five o’clock… kurde, naprawdę to nie jest zabawne, ale picie na wodzie, szczerze, pewno, że mawiają, iż wszyscy to robią, ale jednak… jednak no weźcie no! Przy przejściu przez takie zdradliwe wody?

Zderzyć się?

Chlać?

A na Wyspie…

Nagle śnieg zniknął i jest ciepło…

Za ciepło, dziwnie wilgotno, a to coś, co ma być stawe, co budują tuż pod muzeum w Gudhjem, no dobra, bardziej bliżej nas, co przeraża tym bardziej, więc… szykuje się wylęgarnia komarów. Żadnej melioracji, już te domy, co to popękały i biedne ludziki tam mieszkają z pleśnią – tak, myśmy w takim żyli i wsio stracili poza tym, co dało się uprać… moje książki RIP…

Dobra, nie mówię o tym więcej, na razie.

No co?

Wciąż cierpię, a ostatnimi czasy kompletny brak światła zaczyna szczerze wpływać na wszystkich. Ludzie szukają i picia i zabawy i choć rząd doradza izolację, to jednak… Chowaniec musiał pójść się wymazać, wiecie, z gardła, bo ktoś tam w robocie się poparcił. Znaczy, był gdzieś, może i zaliczył…

Coś.

Trudno się ludziom dziwić, ale jednak…

To już nie są święta, ale ciągły stres, jak dla mnie wzrastający od połowy września, gdy tylko wróciliśmy ze Szwecji… jest ciężko. Szalenie ciężko. Drzewa nawet nie pomagają, jakoś tak… nic nie pomaga.

I jeszcze człek nagle na wsio uczulony!!!

Obeżreć się nawet nie może.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najmniejsza Malutka… została wyłączona

Pan Tealight i Zbierająca szyszki…

„Szara, niewielka, przygarbiona, z wielkimi okularami na równie wielkim nosie i jeszcze tą kapotą, którą okrywała się, czy zimno było, czy ciepło, zdobioną liścianymi łatkami, zawsze zmienianymi zależnie od pory roku, niby barwnymi, a jednak, tylko w rejonach szarości nawet jesienią…

… ktoś kiedyś powiedział, że widział ją w sukni z płatków śniegu, ale nikt w to nie uweirzył… piękną, niesamowitą, wysoką i długowłosą z poddanymi jej sześcioma końmi i saniami ze srebrzystej mgły.

Ktoś kiedyś to powiedział…

Ale nikt w to nie uwierzył.

I dobrze, bo przecież lepiej zwyczajnie być sobą zawsze, mieć twarzy wiele i wszelako i mocno mieć w adku co inni myślą, bo przecież jak się komuś nie śmierdzi pod nosem, to czemu się rzucasz, że nie noszę takich gaci, a noszę inne i to nie na wierzchu? Znaczy, nie na widoku no…

Ale też dobrze mieć w sobie to coś, czego nie pokazuje się zawsze, co nie jest dla każdego, co jest specjalne, specyficzne, czadowe i cudowne… co pokazujesz i pozwalasz może czasem dotknąć, ale raczej… no nie do końca, nie zawsze, nie mocno nie… czasem zwyczajnie trzeba mieć coś, co ma się wyłącznie dla siebie. Czasem? Częściej może, więc… może i dobrze, że nie wierzyli? Bo przecież wszelaka nasza niezwyczajność jest taką ino dla tych, którzy nas nie znają…

Bo przecież…

A ona? Dalej zbierała szyszki… w końcu trzeba było jakoś sobie życie ułatwić, a one łatwiej i rozpalały i trzaskały fajnie wybijając wszelakie parazyty z okolicy… no niektórzy to szczerze są wścibscy… wrzucała je do tej wielkiej torby, dziwnie włochatej i aż nazbyt żywotnej, jakby to kozioł był, czy coś…

Kozioł?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Materia prima” – … trzy tomy. Masa rozrywki. Czyli… odzyskałam jeden z bardziej, przynajmniej dla mnie fascynujących trylogii Fabryki Słów. Szczerze. Bardzo i mocno!!!

Przechrzta wygrywa w przedbiegach tę historię nie tylko bohaterami i to głownymi, pobocznymi, nie tylko opisami, samą fabułą, światem, ale przede wszystkim samym sobą. Swoją wiedzą. Jako historyk nie musiał najpierw podjąć studiów, żeby… a może jednak, no weźcie… z drugiej strony? Hmmm… jako autor, w znaczeniu facet, może niektóre wielbicieki fantastyki odrzucać, bo wiecie, ot pewno ino strzelanki będą czy coś, ale bez boja dziewczęta… może i główni bohaterowie to faceci, może jeden Polak, a drugi, no tak, Rosjanin, jeszcze w tamtych czasach… hmmm…

Kiedy?

A tk, powinnam była od tego zacząć, że witajcie w Polsce rozbiorów, rzucanej pomiędzy ramionami chciwych Rosjan i równie żądnych wszystkiego Germanów… oberwie mi się za plemię? No weźcie, może nie? Rozbiory wiemy, były, ale może zaskoczy ws to, iż wedy powstały też enklawy. Tajemnicze miejsca, w których żyją… no właśnie, kto? Potwory? Demon? A może bogowie… i czym jest materia prima? Zbawieniem, nieśmiertelnością, a może przekleństwem? I te kobiety, one osobowości tak silne, niesamowite, aj, kocham je!!! Oj weźcie, tosz sam autor musiał zauważyć, że mu czasem baby głównych bohaterów przykrywają. Dosłownie… ekhm.

I oto jest świat dwóch światów i polityka i wojna i magia i homunkulusy i walki, i jeszcze… niewiadome… aż do końca.

A potem… kolejna trylogia, której pierwszy tom już jest dostępny.

Świetnie napisana, z jajem, z niesamowitymi osobowościami, aj ten język, one rusycyzmy, te niuanse, w końcu się człowiekowi nauka rosyjskiego przez osiem lat na coś przydaje… no co? Niemiecki też miałam, ale ino dwa lata… więc trudniej niby, ale damy radę. Bo tutaj autor oczekuje od czytelnika zainteresowania, zaintrygowania, zainwestowania komórek mózgowych, choć i daje słowniczek, więc się nie bojta! Dobrze będzie, chociaż… kto tam wie czy wyjdą z tego zdrowi wszyscy?

Cali?

A może… podwojeni?

Książki wciągają, to, że macie od razu trzy tomy nęci. Wiecie, że nie musicie czekać… zakochujecie się w nim, nim… albo onym innym świecie. Albo odnajdujecie na nowo historię Polski. Kraju nagle tak srogo fascynującego. Naprawdę… niesamowite czytanie, choć za każdym razem dla mnie za mało… LOL

Śnieg…

Najpierw trochę tak naciągane to wszystko było, tak od początku grudnia, ale w piątek poszalało… i chociaż temperatura raczej nie obiecuje, że zostanie, to jednak jest biało. I pięknie. Miękko i szalenie kolorowo, jak sobie człek uświadomił, że śnieg oblepił wciąż różwe i pomarańczowe róże, resztki lawendy, szałwię i rozmaryn, wciąż zielone, wciąż pachnące i jeszcze…

Taki krzak… z różowo-białymi kwiatami.

Kurde, wciąż kwitnie?

A miałam go obciąć, ale kwitnął, więc wiecie, szkoda, człek zajął się drzewami i figą, ale reszta to nie. Nie. No bo szkoda tej fuksji i tego, co nazwy nie pomnę. No za nic… wygląda jak krzak lewkonii.

Trochę.

Ale… chodzi mi o to, że kiedyś człek tylko oglądał takie zdjęcia ośnieżonych kwiatów, a dziś przez sekund pięć nawet jakieś światło było, mógł się zabić wybiegając na zewnątrz i coś cyknąć, ale może tego nie zrobił… może zrobił. Nie wiem, jutro niedziela, więc wiecie, może jutro? Może nie stopnieje? No mógłby nietopnieć no. Szczerze, no i jeszcze jakieś światło by się zdało do zdjęć… bo ostatnio bez tego światła to już mam taką chcicę fotograficzną, że nie macie pojęcia…

Choć może macie.

Te nawet pajęczyny ośnieżone, dachy, wszystko miękkie, takie puchate…

No kurde! I noc…

Wróć, przecież ja to piszę 10go, więc…

Hmmm… jak to jest w przyszłości?

Wiecie?

Pewno się zobaczy, jak człek dożyje, bo patrząc, tudzież raczej słuchając wieści, które Chowaniec przynosi, to dzicza się robi. Niby lepiej nie grupować ludzi, ale i tak to robią i trochę im się nie dziwię, w kończu mieli się zarazić, ale chorować słabo, tudzież w ogóle się nie zarazić, albo i… no szczepionki miały rozwiązać każdy problem, ale jednak rzeczywistość naprostowała wsio…

Niestety.

Chowaniec nie poszedł na julefrokost…

Ja tam sama sobie mogę zrobić kanapkę. LOL

A pić i tak nie piję, zresztą, kto to żre na noc, no jak potem spać? Weźcie no i to jeszcze pewno jakaś fancy kuchnia, a ja taki dziwaczny żołądek mam. Nie no… moja jednoosobowa firma zdecydowała, że się nie będziemy grupować same ze sobą, znaczy ja i ja i ja… ekhm, no co, schizofrenia. Nigdy nie jesteś samotny. Czasem, zawsze, zbyt wiele głosów w głowie, dookoła… czasem…

Ale…

Miało być o śniegu… wciąż jest, odbija się w nim ona ledowość tych dziwnych nowych lamp, które działają mi na nerwy. Posolili już drogę i dopieprzyli pewnie. Śmieci wciąż zbierają, więc jeszcze nie koniec świata. W ten sposób mierzymu koniec świata. Jak śmieci trza zawieźć w jakieś miejsce, znaczy jest blisko.

Serio.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbierająca szyszki… została wyłączona

Pan Tealight i Dziewictwo Porobione…

„Wiadomo, Grudzień, czas… ekhm, dawania.

Wszyscy o tym wiedzieli, ale też świadomili byli swoich wielkich finansowych braków, więc wiecie, próbowali co roku, co sezon, co miesiąc, co… no dobra, co tydzień pojawiał się jakiś pomysł, pokręcony i czasem wprost chory, ale nie oceniajmy tak wiecie, szybko, od razu, no zawczasu.

Przecież…

W każdym momencie coś się mogło zmienić, coś zawalić, coś zwalić, coś jeszcze pomieszać, pogmerać, wszelako zawieruszyć, odnaleźć, zapomnieć i przypomnieć i jeszcze… no właśnie, te wszelakie listy zakupowe. A co, jeśli nagle się okaże, że w całym tym zamieszaniu wziąłeś cudzą i właśnie nieświadomie całkiem, myślami zagoniony pod choinkę i czy nie zrzuciła igieł, bo odkurzanie tego to koszmar wszelaki i tak dalej… no wiecie, szukasz szezlonga, a to niezgodne z twoimi poglądami religijnymi dotyczącymi wystroju mieszkania…

No co?

To dziwny czas, więc i pomysły dziwne. Ale dawanie to wiecie, każdy by chciał, tak, dasz coś i czujesz się lepiej, ale co, jak dałeś, a chcesz to odzyskać? Wiecie, niektózy mogą żałować, albo też dali przez pomyłkę, nieszczęśliwą, może i szczęśliwą, ale obecnie wszelako wstydliwą, albo…

No różnie jest, więc Królewny i Księżniczki Po Best Before, tia, one to się dopiero na tym znały, ci koniuszowie, stajenni, pomoce kuchenne i chłopcy na posyłki, ech, to były takie czasy, że szok… ale, oczywiście z przeżytych spraw biorą się rozwiązania, więc czemu nie wydusić z nich finansowej korzyści?

… ale to?

… więc tak, też można było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, powtarzam się może…

Ale wieje.

I jest zimno.

Znaczy… zawsze pamiętajmy, że zimno w onej wyspowej skali, czyli jak już spadnie poniżej zera, to oznacza, że koniec świata i apokalipsy i takie tam. Ta cała specyficzna geograficzność tutaj oferuje ów mityczny wprost klimat, który ostatnio szczerze szaleje. Po prostu nie wiesz co będzie, jak, czy znowu śliwki szlag trafi, a może teraz czas na jabłka, no i znowu łeb mnie boli, co oznacza, że kolejny sztorm wieczorem i jakoś tak… z jednej strony super, że człek nigdzie płynąć nie musi, a z drugiej, one niezobaczone światełka, ta cała komercja świąta i tak dalej…

No sorry, ale przez kompa to tak się nie odczuwa.

I tak znowu się zatanawiam, nad onymi wszystkimi jęczącymi, że tyle tego, co byście zrobili, gdybyście tego nie mieli. Długo, coraz dłużej, a nwet tego niewiele co byście mieli, by ubywało… jak byście się czuli? Bo tak wiele się gada o pierniczonym minimaliźmie i takich tam, ale jednak…

Bo…

Bez urazy, rozumiem nie topienie się w onym komercjaliźmie, nie stawianie drzewek, niestrojenie domów i tym podobne, ale jednak, jakoś tak, na chwilę, wstąpienie w ten świat… którego tutaj nie ma, potrzebuję tego, a w tym roku się nie udało. I spoglądając pandemicznym okiem na wszystko…

I na Wyspie nie będzie gromadnie świątecznie.

Podobno śnieg ma padać…

Biorąc pod uwagę, że już padało, to jakoś tak, wierzę w to.

Chociaż wciąż ze mnie taki niewiernus… no ale… świat pędzi do przodu, kolejny miesiąc, rok za progiem, kolejne obietnice, a ja jak zwykle olewam one postanowienia, mam gdzieś wsio… po prostu pcham się do przodu. I ten przód mam wymarzony, opisany, zwizuwalizowany… no właśnie, jeśli chodzi o one wizualizacje, to wiecie co… robiłam je nim były modne. LOL

Jak wiele rzeczy.

Ale wracajmy tutaj, gdzie fale już rosną, wiatr się wzmaga, ptaki ucichły, choć jakoś ostatnio dziwacznie wpierdzielały wszystko na siłę prawie, ćwierkały jak szalone, jakby… jakby chciały coś powiedzieć głupim człowiekom i może i chciały, ale na razie kolejny sztorm, kolejne szaleństwo, szarość…

Ciemność.

Gloominessowatość.

Nasz minister zdrowia złapał Sami Wiecie Kogo, znaczy dosłownie go wchłonął i wiadomo co teraz będzie… wszystkim się oberwie. Ale to chyba dość kiepska reklama dla kraju, co nie? Ekhm… i służby zdrowia. Znaczy, bez urazy, u nas naprawdę to wszystko wygląda dziwnie, wiadomo, Wyspa i tak dalej… ale jednak, chorujemy jak inni, choć może wymiana zarazków mniejsza, szczególnie w przypadku takich jak ja, unikających przyjezdnych, a drzewa mi się mało ruszają, więc sami rozumiecie. Jak szyszka mnie nie zarazi, to…

Ekhm.

To jak… God Jul już prawie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewictwo Porobione… została wyłączona

Pan Tealight i Wprowadziny…

„No jakoś tak wyszło…

Niby wiedzieli, że przecież to miało być dzisiaj, niby byli przygotowani i tak dalej, tam gdzieś w Podziemiach wsio było już ustrojone, bo wiadomo, ten cały Spirit OfKristmas miał odjebane na maksa w przyśpieszeniu i jeszcze na dopalaczach… w tym okresie, co do reszty, to wiecie…

Bipolar.

Jak toto się cieszyło, że śniegu napasało, od razu zlecił zakup wszystkich zamrażarek dostępnych na Wyspie i w okolicy, czyli za wodą, ale wiecie, dostępnych od ręki, no i wyzbierał śnieg… ale ten leżący dalej, nie dookoła Domku Wiedźmy. No wiecie… dopiero by mu dała, Spirit nie Spirit, nie ma, może se nosić one rajtuzy i botki z dzwoneczkami, krótkie gatki w serduszka na to i jeszcze kamizelkę w cukrowe laski, na dodatek laskami obrębioną i jeszcze… ta z frontu jakaś większa była i chyba się mu odpruła, czy coś…

Dziwnie dyndała…

No mniejsza, zapakował śnieg, wiedząc dobrze, że co jak co, to jest to towar mocno deficytowy do Podziemi, w najzimniejsze miejsce, gdzie Jaskinia Lodziarniana się mieściła, gdzie byty prześwitujące i płyskująe żyły, z którymi nie wolno było rozmawiać ni ich dotykać, bo wiecie, albo się topiły, albo rozbijały, nie wiadomo co gorsze, mop czy zmiotka i ta cała robota…

Przecież to niebezpieczne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, nie wieje…

Pada, nie pada.

Ciemno… szaro, wszelako gloomy i mrocznie. Wszystko trochę zaspane, niektórzy obchodzą jakieś rocznice, inni się rodzą, inni umierają i tak dalej. Wiecie, zwyczajnie życie. Tak wielu o tym zapomnia, że wciąż, tak wieleu z nas, o prostu tu żyje… i ma takie problemy jak reszta świata. Zwyczajowe. Te rachunki, głupi szef, niezrozumienie, urodziny sąsiadku, głośne imprezy, dziwni przybysze… rozpadające się domy, wszelako załamanie lekkie rynku nieruchomości, ale… wraz z wzrastającymi problemami pandemicznymi, jakoś tak może to jednak się utrzyma?

Wiecie…

Coś bardziej ludzkiego.

Jeszcze nie nawet połowa grudnia, a w sklepach już właściwie mało świątecznie… jakoś tak jak zwykle, wiecie… niby są julemarkety, ale nie wiem, może i ludzie jakoś tak się w tym odnajdują, ja już chyba nie…

Bo przecież to mamy na co dzień, więc co to za market?

Znajomym pomachać.

A wróć, ja nie mam znajomych. Chociaż, kto to tam wie kto kogo zna? Ale jak się chodzi w oddaleniu i jeszcze na dodatek z zamkniętymi oczami, to wiecie… a może to sprawa pustego portfela? Co to za zabawa takie czarne piątki, czy coś tam, jak człowieka i tak na nie nie stać. Oj pewno, można wziąć kredyt. Ale jaki to ma sens? No bez przesady, jaki to ma sens?

Może… jakiś ma?

Nie wiem, ale w tym roku to wszystko jest jakieś takie…

Wiadomo, rok temu wszyscy się chowali, teraz, niby każą im się chować, ale jednak, ale jednak kurde ile można? No weźcie! Najpierw im mówią, że będzie szczepionka, uodpornienie i po zabawie. A teraz, szczepcie się, ale i tak wszyscy macie przesrane, więc… więc ludzie mają to gdzieś i ogólnie to ujmując… jakoś tak wykazują temperamentne nieposłuszeństwo narodowe.

Czy jak to zwał.

Tak naprawdę, to imprezy są, najwyżej wleci mandacik, wleci wirusik, przecież będzie wolne, ale oczywiście nie dla każdego, bo i święta jakoś tak wypadają w tym roku mocno porąbanie jeśli chodzi o dni tygodnia, więc… no kto miał urlop to ma urlop, a kto nie, to pewno będzie pracował z domu.

Ja nie mam urlopu.

Wróć… nie umiem robić nic.

Próbowałam. Wymarzyłam sobie w deszczowy dzień siedzieć w łóżku i tylko czytać, wytrzymałam do 13tej… potem wzięłam się za większe sprzątanie i zabawy w robienie wieńców. Nie no, jak durna jakaś, przecież i po co mi to w ogóle? Przecież bez tego żyć można, ale jednak…

Jednak…

Jakoś tak ciszej się robi dookoła, wiatr ucichł, fale się uspokoiły. Może i wyrzuciły na świat coś dziwnego, może i ono coś, pod osłoną wszelkiej wietrzności i ciemności, to jakoś tak, no wiecie, trzeba sobie wymyślać jakieś dziwaczne historie, bo świat jest aż nazbyt bolesny, więc… no czemu nie…

Coś wypełzło i zeżre nas wszystkich.

Albo już zeżarło i żyjemy w brzuchu jakiejś tam bestii, która na pewno ma problemy gastryczne. He he he!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wprowadziny… została wyłączona

Pan Tealight i Święcownik…

„No wiadomo, taki czas, więc no… musiał się spojawić.

Podobno nie po raz pierwszy, ale, kto go tam wie, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Ksiażki Pomordowane całkowicie nie mogła go sobie umiejscowić ni w myśli ni pamięci ni… innych miejscach.

Choć, może to i lepiej, wiecie, ekhm…

No co? Czasem składanie pewnych myśli z osobą Wiedźmy Wrony raczej nie wychodziło nikomu na zdrowie… wiecie, psychiczne. I te wizualizacje. Kurde no, przecież to można naprawdę się skrzywdzić. I to na zawsze. Co się zobaczy, to się nie odzobaczy i tyle… zuo i demony. Albo i coś milszego. W końcu różowe, ćwierkające aniołki mogą doprowadzić do sraczki permanentnej.

Naprawdę…

… więc się spojawił on, bo i Grudzień i te tam choinki, świecidełka, prezenty, a tutaj ona… wiecie, w tych czarnych ciuchach z permanentnymi rogami i wszelaką olewalnością dat. Kompletnie niereformowalna, niechcąca sprzątać, piec pierniczków, wszelako zdobić… choć nie, przecież porąbała te gałązki, przywiązała i piknie było, wszelako zimowo, ale jeśli chodzi o krochmalenie i inne sprawy, to nie. Ona nie będzie się spotykać i piać w chórkach. Nie. I nie będzie się uśmiechać…

Nawet myślał przez pewien czas, czy może nie ma zębów, albo coś…

Ale miała.

Znaczy ma.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc…

Znowu wieje.

Wieje, pizga i wszelako przegina powietrznie, ale co tam… był śnieg, trochę, ale fajno było, znowu ma sę ochłodzić, potem ocieplić, zaćmienie, nów, kurna chata się dzieje. Wam powiem, że spać się nie da, szaleństwo. Coś puka, coś stuka, a ty człowieku co robisz, no jedziesz do miasta…

Znaczy do Szwecji…

Znaczy nie jedziesz… no ekhm, jedziesz, potem płyniesz, jedziesz, znowu jedziesz, a potem kurde znowu płyniesz, jedziesz… no i ono płyniesz to zwyczajne szaleństwo. W tym okresie raczej nadzieję mieć możesz na bezfalowość, ale ona nadzieją płonną, ulotną, wszelako mocno często nieosiągalną… nie oszukujmy się, czas sztormowy i tyle. Już. Tak po prostu jest.. a ono bujanie…

Ale chcesz światełek, chcesz świątezności…

No pewno, że tu u nas to tego mało, niewiele i w ogóle o różnorodności pomarzyć można, ale jednak… dlatego się męczysz, plyniesz do Szwecji… czyli tak jakbyś wsiadał w tramwaj i po półtorej godziny był w wielkim świecie. Albo tym tam, no wiecie, onym świecie większym… lekko… mocno…

Okay.

No i zaplanowaliśmy to na drugiego, coby było tak akurat.

I chyba po raz pierwszy taka kupa!!!?

Wyobraźcie sobie, że włazicie do IKEA w Malmo, a tam po świętach…

No ale, dopiero was wybujało na promie, więc kurde, nie ma co, już człek przeczuwał, że raczej cudnie nie będzie, ale… na szczęście jest ICA i info o tym, że będzie bujać jeszcze bardziej za kilka godzin, więc człek już wie, że serio tę granicę przekroczył ino na kilka godzin, a wymęczy się za epoki. Jak najszybciej przebookowujesz bilet powrotny z 20stej na 16:30 i… teraz zaczyna się wyścig z czasem. Na pewno nie załatwimy wszystkiego, więc co najważneijsze…

Uszka w polskim sklepie.

Kurna, słońce, a potem pada i wieje, cudnie, dobrze że ten bilet się dało booknąć, bo już po chwili info, że rejs jest full i nie przyjmują innych, ale ci co lubią być bujani wszelako i tak dalej niech się trzymają, znaczy, promy będą pływać, ale… ech… no nie zazdraszczam. Naprawdę… już w tę stronę mi mózg pod kopułką latał. Koszmarne uczucie. Jakby coś było nie tak… bo jest.

Dobra, to teraz IKEA.

Durny człek myślał, że wielka taka, więc może i przeceny, czy coś… a tam kurna nic. Już miesiąc temu jak tylko wprowadzili rzeczy, to większość była opisana jako ostatnie sztuki, ale teraz, tes pustki…

Serio?

I braki w asortymencie świeczkowym?

ZUO!!!

Oczywiście jest jeszcze względnie jasno, więc światełek nie ma… nie no, porażka na całego, Christmas is cancelled na pewno. No weźcie… i potem, w Ystad człek znajduje żeliwnego julebuka i już jest…

… inaczej…

I krasnal co ma z pół metra… przecież kurna w drugą stronę też pobuja… i wiecie co, nagle cud, w drugą stronę ino na początku telepie, a potem… cisza… znaczy względna, no wiecie… czuje człek, że pogoda się zmienia, wszystko szaleje, wszystko zaczyna się burzyć i narastać, prom pełen ludzi, no po prostu szaleństwo!!! Co tam pandemie, znowu przecież mamy czas pieluch na ryj…

Bleee…

… więc, IKEA ssie i to tak mocno!!!

Światelek nie było… wszelako ten rok to bleeeeeeeeeeeee… a może szczęściem jest to, że w całości człek do domu wrócił? Może to czasem ino o to chodzi? Bo jak piszę, że do Szwecji jadę, to dla mnie taka codzienność… a może powinnam znowu uzmysłowić sobie, że to takie niesamowite?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Święcownik… została wyłączona

Pan Tealight i Samiotam…

„Rany no, wcale nie chodziło o to, że on wszystko sam, czy coś… po prostu matka wredną babą była i tyle. Serio. Na zawsze pozostawiła mu nie tylko ten cholerny, w dziwny kształt wygięty i wywalony na zewnątrz pępek, one równie dziwnie kręcone włosy, jakby na odwrytkę… wiecie, niby świderki, a jednak czujecie pewien niepokój, że zaraz zejdą mu z łba i wgryzą się wam w wątrobę…

O którą mało dbacie i tak.

… no i wiecie, z tym cholerny imieniem…

W ogóle się z nim nie utożsamiał, okay, miał własną firmę, prowadził ją sam i opierał wyłącznie na sile myśli własnej i ramion oraz księgowej, która istniała wyłącznie w czekach, które opłacał zawsze przedwcześnie. No i biznes był dość samotnościowy, wiecie, wyłącznie dla wszystkich samotnych, kochających samotnośći pragnących ją wyprowadzić na wyższy lewel…

Sztuka samotności.

Tak się nazwał.

A co… w końcu musiał jakoś zrobić wszystko, by wykorzystać oną swoją specyficzną fizjonomię oraz oczywiście imię. Bo przecież każdy powinien tak żyć, czyż nie… tak uważał… masz, to korzystaj. Masz, to pokazuj… no dobra, to drugie, to akurat nie do końca implikuje się do wszystkiego, ale jednak… wiecie, może i należy przełamywać pewne schematy? Może…

Może byłoby lepiej na świecie wtedy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia łączy” – … oj wiem… wiem, że już koniec, ale jednak… jakoś tak… wiecie, już święta, no jakoś tak mam, że u mnie od pierwszego grudnia, a potem od 21go koniec i tyle.

Po pogańsku i tyle.

A co do książki, no wiecie, jeżeli kochacie serię, to już przeczytaliście całość, ale jednak jak może nigdy nie mieliście jakiejś takiej serii, którą można czytać i czytać, więc… polecam serię o onej damie. Ekhm, o magii, włochatym facecie, innych włochatych gościach, wiedźmach, wampirach…

… przesunięciu…

Ot wiecie urban fantasy!

Ale takie one and only.

Wiem… powtarzają się elementy takie i takie i przecież, i to i tamto już było, ale jednak… no widzicie, wszelako macie rację. We wszystkim, ale… no właśnie, tutaj jest ten kop, jest tajemnica, jest niespodzianka, świństwa, komizm, jęzor cięty i wolny, ech te wschodnie klimaty, mitologie…

Kocham.

Nawet ze świadomością, że to już koniec, bo seria cała dostępna jest… nie wiem, w różnych miejscach? Mieszkacie w Polsce, to macie możliwości. LOL

Tia…

Chcecie pogadanki o zdrowiu psychicznym na Wyspie, czyli w Danii… no więc jak najbardziej wiadomo, są lekarze, czekaj wróć, jeden jest osobiście, inny ino przez neta, ale… jeśli naprawdę macie problem możecie zostać sami, albo iść zwyczajnie do lekarza pierwszego kontaktu.

I już…

Dostęp do leków jest, jak was stać.

Czyli pewno jak wszędzie i tyle.

Ale… czasem z człowiekiem dzieje się gorzej i wtedy może próbować starać się o pewnego rodzaju rentę. Nie jest to łatwe, jak najbardziej jest to proces bolesny dla chorego, ale czasem nie ma innego wyjścia. Jak już nic nie działa, nie potraficie zarobić sami na siebie… macie problem, prawdziwy i namacalny, wtedy, wiecie, trzeba zgłosić się do regionskomune i zawalczyć.

Problem jest taki, iż w Danii panuje często dziwny optymizm. Ot powiedzą wam od razu, a że to może nie będzie problem, może jednak będzie dobrze, może jednak od razu się uda, się pan nie martwi. Otóż, jedna jest prawda, nie wierzcie w ten optymizm. Naprawdę. Dla własnej zdrowotności. Pamiętajcie o tym, że wsio to biurokracja, więc nawet jak kulejecie, to jednak, doczołgać się trzeba…

Wszędzie.

Ale… przejdźmy do weselszych tematów!!!

Wieje!!!

I śnieg był!!!

Znaczy, to zależy od Wyspy, na przykład kilka dni temu był u nad, a potem po drugiej stronie, no wiecie, taki klimat. Za to na pewno jest zimno. Zimniej niż w zeszłym roku, większość Wyspy świetli się, migoci światłkami, lekko porwanymi, wiadomo, kolejny sztorm… jak zwykle mijacie domy obwieszone u szczytów lampeczkami, ale część z nich dynda, część nie działa, wiadomo…

Trza przeczekać wiatr.

Sprawdzić kubły na śmieci.

Wieje wciąż… i pewno ono wianie już zostanie i jeszcze szaro i gloomiście jest i wiecie co, to jest szalonie cudowne. No co? Tak wiem, tylko mi się to podoba, że fairy lights mogą walić 24 na dobę… no dobra, nie mogą, w końcu ceny prądu poszły tak w górę, że człek nawet oną przyjemność sobie musi dozować.

Mocno.

Jakoś strasznie stresujące te święta będą…

Chyba?

Jak człek nie obchodzi, nie boi się już wielkiego stołu, niewygodnych ciuchów, uśmiechania się gdy każą i tak dalej, sam kupił sobie prezenty i zapakował miesiące temu i zapomniał co tam jest…

… więc…

Tak szczerze to wszystko może być w końcu takie odpoczywalne.

Gdyby tylko nie ten stres!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samiotam… została wyłączona

Pan Tealight i Mroczna Strona Światła…

„Bo właściwie… było ciemno.

Nie no, nie żeby narzekali, ale jednak… było ciemniej niż kiedyś, ciemniej niż pamiętali, częściej, mocniej, dłużej, bardziej…

Jakby ciemność była na sterydach czy innych dopalaczach.

Albo co więcej, wynalazła sama jakiś niesamowity wpływacz na nastrój, moc i wszelaką zajebistość, no i nadmiernie tego używała i jeszcze, oczywiście nie miała co do tego żadnych, ale to szczerze żadnych wyrzutów sumienia. Naprawdę żadnych. Bo dlaczego miała je mieć? Dlaczego i po co jej takie obciażenie sumienia, czy wątroby? Kto tam wie? Co ona miała i na czym jej leżało?

No co?

Przecież nie zrobili jej jakiejś dajsekcji, czy czegoś.

Szczerze… nie no, oczywiście, że mieli ochotę, ale wiecie, ciemno było, ona ciemna, się tak wszystko jakoś zlewało nawet tym bytom wyposażonym w cudowne wzroki i spojrzenia… a może tylko kłamali? Wiecie, przecież mogli kłamać. O to w tym wszystkim chodziło. Żeby naprawdę poszaleć. Myślą, mową, uczynkiem, wszelakim o nic niedbaniem i jeszcze na dodatek… nie no, żadnej religijności w tym nie było. Chociaż, z ciemnością, to kto to wie? No wiecie, kto…

Tylko że…

Właściwie nie do końca byli pewni tego, że była to li ino cieność. A nie coś, co światło pokazywało, jak miało focha. Mocnego focha, takiego, który bardzo estetycznie mógł komuś przypierdolić. Ale estetycznie, ładnie, artystycznie nawet, z rozbryzgiem krwi, który mógł robić na kanwach za najnowszą abstrakcję za wiele simoleonów. Albo i ich więcej, dlatego tylko ją obserwowali.

Tylko…

Na razie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w młynie…

No właśnie… bo widzicie, przy Slusegaardzie jest coś na kształt gaardu i plantacja choinek. Oczywiście młyn i cał zabudowania z nim związane są otwarte przez cały czas, znaczy nie do końca otwarte, no możecie sobie zajrzeć do środka, przemyśleć jak to było, a jak akurat jest sucho to i nawet przejść się nad morze… bo jak lało od wielu dni, to raczej droga może być nazbyt…

… wtapiająca.

Ale… w okresie świąteznym rok temu, się okazało, że w stodole zabudowań jest genialnie urządzony sklepik z tym, co świąteczne i tak dalej… niestety dusza, która to prowadziła się rozchorowała i zamiast sklepiku i słodkiej knajpki mamy teraz resztki i niby knajpkę, którą prowadzą ludzie od czekolady.

No co…

Nie, nie rośnie u nas, pewno, że mamy i figi i winogrona, ale bez przesady. Czekoladę robią w Afryce, znaczy ziarna, a resztą tutaj. Problem w tym, że… zrobili z knajpki dziwny rainforest, może i pod imię onę firmy, w końcu to Rainfoest Chocolate… ale jednak, nie wiem, uczucie… smak cudowny ale ceny…

Nie przekonuje mnie.

Smuci.

Ale choinki nadal można kupić… i w stodole resztki z onych sklepowych cudów, więc wiecie, mam krasnali… więcej.

Wiecie…

Ostatnimi czasy widać jak bardzo wszystko się tutaj sypie. Nawet ludzie z genialnymi pomysłami, a może raczej oni w szczególności, jakoś tak znikają, chorują, odchodzą, a może uciekają… coś się dzieje i to nic dobrego. Całe to morze, skały, drzewa, coraz mniej drzew… a nawet i plaża, tak… przy Slusegaardzie macie punkt geograficzny i obecnie gigantycznego, wyższego niż dom Mikołaja.

Dmuchany.

Za to z plażą, no tak, gorzej.

Wodu chyba wezbrały, wszelako zeżarły ziemi cały połać i mamy piaszczysty niski klif i plaży z pół metra, na szerokość, bo wiadomo, zawsze można leźć dookoła Wyspy, można się pomoczyć, można, wiecie, ale jednak… ale jednak jakoś tak suchą nogą się nie da. Znaczy być blisko morza i ziemi, jednocześnie. Jakoś tak raczej nie można. Okay, zgadzam się, pada deszcz…

Ale…

Te ciemności i wiatry inne są niż rok temu.

Te elektryczne auta niebieskie poczty wkurzają…

Naprawdę ten kawałek świata strasznie się zmienił, zdziadział, tak w ciągu kilkunastu lat upadek jest bardziej widoczny na tak małym skrawku lądu niż zapewne w jakimś kraju, ale… przeraża. Bo… nie można już się czuć bezpiecznym. Kiedyś otwarte drzwi teraz dostają kraty, nożem pod żeberko, bojówki młodzieżowe… po prostu kurna raj na ziemi, a znajomi oznajmiają, że przyjeżdżają, bo czytali w gazetach, że to raj. Bo przecież czart coś tam upuścił…

Bo…

Boję się.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mroczna Strona Światła… została wyłączona

Pan Tealight i Świat z Innego Wymiaru…

„Mała kuleczka… pod mikroskopem robaczki.

Wszystko w niej zdaje się buzować, ale z daleka, ino mała kuleczka, może w ciekawym kolorze, ale tylko kuleczka. Tylko…

Pojawiła się, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane powiedziała NIE. Jakby nagle wyprysnęła wraz z onym dźwiękiem i już nie chciała wrócić do miejsca, z którego wylazła. Jakoś tak poczuła się jak u siebie, w domu, choć i sama stanowiła dom dla wielu i jeszcze bardziej i wiecie, jak lustro odbijające lustro, światy w światach… tak wiele…

… właściwie, to jakoś tak im się spodobała.

Wiecie, taka odważna i olewająca wszystko, spoglądająca na nich czymś na kształt oka, lekko wypryskującego się czasem z krągłej, śliskiej dziwnie, takiej… całości… na niteczce z onej krągłęj całości, niebieska tęczówka, gieździsty, czarny środek, tak czarny, że pożerał inne kolory tych, którzy na niego patrzyli…

Krągłej całości…

Czy raczej w nie patrzyli?

No to jak patrzyli, to co, sami sobie winni, co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Julemarket…

Wiecie, w ostatni weekend bezmaseczkowy poszedł se człowiek… a tak, oficjalnie pandemia jest znowu tutaj, wsio trza wyciągać znowu, maseczki i tak dalej, chociaż ci, co jak Chowaniec uzależnieni są od rękawiczek i spirytusku w sztyfcie czy flaszce, to wiecie, żyją jak zwykle… może ino leją więcej. Ostatnio zapomniałam, że obcinałam róże… i jak se polałam… to nagle w Tigerze, tym latającym…

… było naprawdę słychać ryk dzikiego zwierza.

Ha!!! A co!!!

No ale, Julemarket i to na nabrzeżu w Nexoe.

Po raz pierwszy zgromadzono takie te tam drewniane budy, wiecie typowe, ale takie oddalone od siebie, no bo wiadomo, te wszelkie obostrzenia nagle się lejące na nasz północny świat i jeszcze maseczki już będące w obrocie znowu w sklepach i tyle… jest pięknie kurna…

Tak, to sarkazm.

Ale już nie mam siły na nic innego.

Do tego poustawiali wszędzie takie niby brzozy, białe drzewka za światełkami, co jak co chcę jedno, albo dwadzieścia… lasek se rąbnę obok domu, a co, lans będzie na dzielni, ha!!! A co, mi nie wolno, przecież jestem wariat, kto inny by wciąż tutaj siedział spoglądając na exodus innych?

A julemarket…

No cóż… wciąż jest, przyznaję, że nie wiem do kiedy…

Ale…

Wszystko pewno byłoby super, jest i łódka świateczna i światła i braki w zabudowaniach, jakoś tak wsio inne było kiedyś, no ale… nie czepiam, się, więc są one budki, a w nich… bez urazy, ale to, co jest wszędzie. Nie, że sprowadzili coś nowego, po prostu ludzie wykupili sobie albo na wyłączność, albo się podzielili na połowy i macie biżuterię i napitki… jest i to i tamto… i niezabezpieczone nabreże, toń zimna, ciemna, morska, napierdalająca muzyczka, ludzie…

Niby te drzewka dają światło, ale…

Produktów oczywiście nie widać.

No bo światło w środku nikłe, ciepłe, ono osikane, jak ja to mawiam, wiecie, a lampki na drzewkach rąbiące bielą, więc trigger level hard. I tyle…dookoła jakieś te ogniska w metalowych tubach i smrodek i jakoś tak… smutno… w oddali jest i cube szklany, w którym mamy wystawę szkła i ceramiki… wiecie… dla tych bogatszych. No wiadomo, dla każdego coś… akurat to jest ciekawe, ale…

Cała reszta, to raczej…

To raczej to, co mamy w sklepach.

… więc jaki sens?

Mnie to przeraziło, ale przy okazji w Lidlu zdobyłam choinkę z 5 bombkami, oczywiście do późniejszego wysadzenia i tyle. W tym roku będzie mała i już… wolę mieć drzewka na zewnątrz, a cięte mnie dołują.

Nazbyt…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świat z Innego Wymiaru… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzne szaleństwo…

„Wiało.

Mocno.

I jeszcze była pełnia!!!

Co jak co, ale to naprawdę dopełniało czary wszelakiej goryczy i wszelakiej upierdliwości… Czara sama twierdziła, że się jej ulewa i ma dość i naprawdę chce żeby w końcu dali jej spokój i przestali nalewać. No bo przecież oni tak w cholerę bez pytania i dopierdalali jej cokolwiek było pod ręką… czy za słone czy za słodkie, z uśmiechem i miodem, z solą i preclami, coś kisielowate, nosz obrzydlistwo, rąbany galat pieruński, ale taki nazbyt podgrzany… i w ogóle…

Ale wiatr…

Nie, to nie było tylko wiatr.

To było Wietrzne Szaleństwo. To był pure madness. Miał się za wszystko i wszystkim się miał, każdą emanacją powietrznej siły, miał w sobie i huragany i wszelkie myśli niepotrzebne, choć może i te potrzebne też… i jeszcze oczywiście te twistery i sztormy i burze i pewno, że pożyczał do wystroju czasem kilka błyskawic i gwiazd i tęczy, ale jednak przede wszystkim był oną niewidocznością unoszącą wszystko… miotającą koszami na śmieci i oczywiście tymi lampkami, które ludzie narozwieszali… oj jak kochał te sznureczki, kabelki, doniczki z ustrojonymi drzewkami…

Kochał…

To był jego świat… no i te morskie potwory.

Z ludźmi w środku…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Antropologia kultury” – … miałam tę książkę skserowaną. Kiedyś to było nie do kupienia, a jakoś tak… no wiecie, muszę ją mieć. To w końcu podstaw, a i jak ino chcecie liznąć tematu, to i tak warto. Niezależnie od wykształcenia.

Zależne od zainteresowania światem i człowiekiem.

A raczej człowiekiem w świecie.

To niewielka pozycja, ale warta tej dłuższej chwili by uświadomoć sobie jak istotne są pojęcia kultury w naszej codzienności… symbolizmu. Dobra książka dla tych, ktorzy zastanawiają się nad studiami w tym kierunku, ale i antropologów czy archeologów, etnologów i socjologów. W rzeczywistości wszystkich tych zafascynowanych symbolizmem, a że jakoś tak symbole w naszym świecie są powszechne, to jednak… no wiecie, lepiej być trochę mądrzejszym, niż…

Zdurnieć do końca.

Czasem warto sięgnąć po coć, co może przywróci nam zdolność samodzielnego myślenia… czasem? Zawsze!!!

Spacerowanie nabrzeżem, skalistym…

Szczególnie tak od Melsted do Saltuny, to szaleństwo. Trzeba patrzeć pod nogi, szczerze. Skały są ostre, mogą zranić, albo oszołomić onymi kształtami, szczególnie gdy wybierzecie ten czas pustki. Ten czas, gdy zwyczajnie nie ma nikogo, gdy jeszcze szaro, a może i w ogóle ona szarość się nie zmieni w nic jaśniejszego…

Może…

Ale idę, bo po pierwsze dawno mnie tu nie było, a po drugiej, po gniazdowaniu można zajrzeć w takie miejsca, gdzie właściwie chodzicie po wodzie… można się zmoczyć, no jak kto chce… albo po prostu połazić. Krok za krokiem, trawa, wszelaka niepewność mokrej ścieżki, błoto… no zwyczajnie szaleństwo.

Ale te skały…

Są niesamowite.

Wyglądają jak ruiny świata, który o nas zapomniał, ale wciąż istnieje. Zwyczajnie przemienili się w jakieś inne byty i po prostu są… ale nie chcą być z nami. Czasem ich widzę, słyszę… czasem…

Tym razem ten wschód slońca, niebieskość skał, bo tutaj one mają nie tylko kształty fascynujące, ale i barwy onych porostów… ale jednak i ona ciemność. Naprawdę, oszałamiały. I to uczucie posiadania świata tylko dla siebie. Stoicie ponad wodą, skały, gdzieś w oddali trawa, kilka karłowatych drzew…

Fale niewielkie…

Wszystko to moje!!!

Jak to jest, że można by tutaj zostać.

Poza zdjęciami i pisaniem nie robić nic więcej… pewno, że bym zmarzła, musiałabym też się ruszać, więc pewno łażenie w kółko byłoby wskazane, ale jednak… to miejsce, te kształty, ona magia, to wszystko powala. Ale trzeba temu pozwolić żyć. Beze mnie. Bez mojej obecności.

Jakoś.

… więc idę dalej… idę do plaż, które są dziwnie nowe, w szczególności ta przy campingu i ona oficjalna przy rzece Kobbe. Jakieś takie bardziej puste, jakby skały zmalały, bo przecież ja nie urosłam, więc to muszą być one. Albo ktoś im pomógł, albo jakoś tak nagle zaczęły odchodzić stąd.

Co się dzieje?

Co?

Czy skały mogą uciekać stąd, bo jakoś tak zbyt wiele się zmieniło? Może tak? Może w rzeczywistości skalne trolle się przebudziły i idą teraz morskim dnem. Może… przecież tak wiele dziwnego i niewyobrażalnego stało się codziennością, więc czemu nie to… ale idziemy dalej… i nagle wychodzi słońce i przez chwilę jest dzień, tak przez pół godziy, by potem znowu pojawiły się chmury, ale już jestem przy rzece, która rozała się tak szeroko, że nie da się jej przejść, nie da się pójść dalej, a raczej da się, ale potrzeba gumowych spodenek, a tych nie mam, więc…

Wrócę do domu.

I tak już nie ma mnie tam od kilku godzin.

Może sama siebie tam szukam? Bo jakoś tutaj siebie nie odnalazłam. Tak właściwie, pewno, natura piękną jest, ale ja… ja już jej nie czuję.

A to boli.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne szaleństwo… została wyłączona

Pan Tealight i Król Niczego…

„Z Grudniem to zawsze był problem.

Przybywał, na pozątku taki radosny połyskujący glitterem i jeszcze klejem trochę pachnący, no wiecie freshly made, prosto z jakiejś farmy, co to i choinki pewno sprzedaje… taki mocno dźwięczący i jeszcze… rany, czy on ma lampki w uszach… a potem, potem była jazda w dół, a po Wigilii, której nie uznawał, bo jakoś go przyciemniała, wiecie… depresja i tak w kółko roku…

No cóż, Grudzień nie miał dzieci, choć plotki głosiły inaczej, był raczej bipolar, niezdecydowany czy sypać śniegiem, wiatrem lać, grad lepić, czy nie iść w kulki ino zwyczajnie… olać wsio…

Oj tam…

Chodziło o to, że wszyscy mieli takie pierniczone i wielkie oczekiwania w stosunku do niego. No naprawdę. Pierniczone, bo wiadomo, okres taki, więc pierniki, ale przede wszystkim wkurwione ludzie, co to chciały świętować, nie chciały świętować, kompletnie nie potrafili się zdecydować i ogólnie mówiąc, no wkurwiali go. Chciałby ich usunąć ze swojej teraźniejszości, ale wiecie… czy miesiąc może? Poza okresem… no niewiele może. Oni chcą, a ty…

Im nie dajesz…

Tia.

Zgadza się z okresem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wschód słońca…

Był kijowy.

Ale spacer… bo wiecie, człowiek ostatnio ma nerwowe miesiące, jakoś tak ten rok jest naprawdę męczący, wykańczający, dobijający, ale też doprowadził mnie do pewnych wniosków i wiem czego chcę.

Znowu.

To straszne tak wiedzieć czego się chce a czego nie.

No serio… doprowadzam innych tym do placzu. Wewnętrznego głównie, bo wiadomo, obecnie wydzielanie płynów tak wiecie, publicznie, to nie jest dobra i powszechna rzecz. No ale… Turyścizny nie ma, szczególnie jak wychodzi się przed świtem, to wiadomo… ludzie jadą do pracy, ale na plaży, szczególnie tej naszej, czy na ścieżkach przymorskich wiadomo, nie ma nikogo. Nawet ci z psami lekko stchórzyli pewnie, bo padało, więc wiecie, mokro i niepewnie, ale… w rzekach jakoś tak mało wody nagle, morze może się dziwnie rozlało, ale jednak, wciąż jest dalej…

… więc poszłam.

No co, zwykle spędziłabym kilka godzin w mniej więcej obszarze półkilometra i robiła zdjęcia, a tak, poszłam w długą… najpierw drogą, potem między domkami, a potem, no wiecie, woda i piasek, piasek i woda…

Normalność.

I nagle piasek się skończył i zaczęły się skały.

Pierun jednak jak zwykle tkwi w szczegółach, a szczegół był taki, że zamiast wschodu słońca ino był taki paseczek jasności, a reszta wyglądała, jakby nage snestorm miał się zacząć czy inna Apokalipsa tam. No wiecie… lanie, gradowanie, czy co tam teraz ziemia daje wariatom, którzy chcieli zrobić zdjęcia i pobyć z naturą w samotności. I okay, samotność się zdała, ale dopiero jak wracałam pojawiło się słońce, więc… zdjęcia są takie sobie… może i można je podkręcić, ale cytujac klasyka i parafrazując go… ja nie robię w fotoszkopie!!! He he he!!!

Mniejsza… skały, nabrzeże, hotel w Melsted, któy niedawno zmienił właściciela i ma teraz dwie babeczki na dowodzeniu… ciekawe jak im pójdzie… krzaki, wystające kawałki korzeni, mój własny strach… ech, kurna chatka no. Mostek, a raczej pochylona kładka, która wymaga akronatycznych umiejętności, by po niej przejść, więc może to to, a nie pochmurność i jeszcze wczesna pora wygnała wszystkich z tej części Wyspy? Znaczy wiecie, tej Małej Szkocji…

No tak to zwali.

I tak to wygląda… wiecie, Highlander themes!

Skały takie spiczaste, niczym ruiny pradawnych cywilizacji, one pozostałości po cywilizacjach bardziej znajomych, ona zieloność ściółki pod stopami, często niebezpieczna, bo rośnie toto na skałach i wiecie, kurde, można się wyłożyć… i znowu mam uczucie, że te skały stoją tutaj inaczej…

Tutaj, za Melsted Å. c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Król Niczego… została wyłączona