Pan Tealight i Kosztowności Nieznajomej…

„Bo to tak już jest, jak się łazi po sztormie po plaży. Wiecie, tak się idzie, łapa za łapą, kopytko za kopytkiem, nos bliżej piasku i fal niż ponad tym wszystkim. W powietrzu nic się nie unosi, raczej nie, chyba nawet jeśli, to nikogo to nie obchodzi… może se lecieć, nawet rąbnąć kogoś w zad, załopotać ogonem, ale wiecie, nie zwrócicie uwagi, bo ten piasek, te wyrzucone rzeczy…

One możliwości?

Przecież tam może być wszystko. Może nie bursztyny, bo te jakoś taksię rozbijają w piasek od razu, jakoś nie chcą na Wyspę, a może jednak są tylko się chowają? W końcu są tutaj one diamenty? Są… ukryte w wielkich kamieniach, obłych dziwnie, jakby były w rzeczywistości jajami, jakby…

Nie, lepiej ich nie szukać.

Nie, lepiej ich nie znaleźć.

Lepiej… po sztormie, gdy w oddali one fale wyglądały jakby były wysokości budynków, kształtów potworowatych, jakby ktoś w rzeczywistości okradał one głębiny, a właściciele się burzyli, jakby… coś się działo, coś więcej niż dotąd, coś bardziej… i kolejny wiatr i kolejne fale i burze i wiatry i…

Kolejne wyprawy na piasek…

I nagle, w zagłębieniu, tam gdzie cieniutka linia rzeki się wije, pod wierzbą, która już dawno zapomniała jak się nazywa, leży szktaułka. Metalowa, złota prawdopodobnie. Albo… nie, to nie może być podróbka.

Nie tutaj, nie teraz.

Na pewno.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu wieje.

I znowu szaleństwa z naszym sławetnym Fjolslinjeniowym Molslinjen zwanym też Bornh… a nie, tego nie lubimy, więc może nie, tym bardziej, że znowu namodzili. I to mega. Bo widzicie, w pamięcie musicie mieć, że to wyspa. Znaczy Wyspa to wyspa, coś na wodzie, do czego raczej nie można się dostać inaczej niż po wodzie… nie, wciąż nie wybudowano tunelu, a samolot, rany, kogo stać, no i auta nie przewiozą.

A dlaczego w ogóle wyjeżdżać z Wyspy?

Bo IKEA nie ma.

Albo ktoś musiał do stolicy pojechać… znaczy tej onej reszty kraju. Albo zwyczajnie, dlaczego nie? Przecież tutaj nas jeszcze nie związali… chyba? Mamy jakieś prawa do poruszania się… może nie każdy chce, ale jednak, no weźcie no, to już w ogóle z domu wyjść nie można?

No ale…

Sprawa wyszła taka, że jeden prom dali tam, drugi dali gdzieś indziej, a potem odwołali ostatni prom z Ystad. Od razu wam powiem, że odwołanie akurat tego promu oznacza, że nie wrócicie do domu. I to jeszcze się tłumaczyli sztormem, którego właściwie nie było… znaczy, coś tam wiało, ale…

Wiecie…

No i potem jeszcze ogłosili, że to biorą tam, tamto gdzieś indziej i jeszcze nowy prom poleci na cieśninę, bo przecież i będzie większy, ale mniej kursów i w ogóle zmiany nadchodzą takie… a ty człowieku szczerze zrobić nic nie możesz, bo krzyczeć możesz, oni mają to w zadku, a po wodzie nie pojedziesz…

Pamiętacie Pana Samochodzika?

On miał amfibię chyba?

Kurde… może jednak człek powinien sobie jakiś większy stateczek nabyć. Wiecie, tak coby i auto się w ładowni zmieściło i mebelki z IKEAi. No wiecie, no i jeszcze te kalafiory w sezonie, bo mają je zarąbiste.

LOL

I tak, to nie jest śmieszne…

Dlaczego to taki problem?

Bo innej drogi nie ma.

A jako Wyspa kraju leżącego z dala od nas… znaczy wiecie, kontynentalnie to oni o nas pamiętają w wakacje albo lockdowny. Bo niby trudniej się zarazić, a i łatwiej robić imprezy i lokalsom ciszę utrudniać. No wiecie… to miejsce jest jakoś tak pomiędzy światami nie tylko w jakimś wymiarze eterycznym, ale przede wszystkim politycznym. I dlatego gdy się podróż planuje zawsze trza brać gacie na zapas. Bo nawet taka jednodniowa może się zamienić w oną…

Dłuższą.

No wiecie…

I nie macie na to żadnego wpływu. Chyba, że umiecie latać. Razem z autem oczywiście i jeszcze… nie wiem, znajomości dobre, bo przecież, w rzeczywistości, wszystko zamyka się w wymiarach kasy. Jak kogoś stać, to może wszystko. Boleśnie może wszystko. Tutaj bardzo łatwo sie o tym przekonać.

I tak, prawnie jest to dziwacznie szara strefa.

Okropnie… Bo z jednej strony cały przetarg był częściowo kierowany przez jakieś tam rządowe kacyki, ale to, co wyszło nie ma nic wspólnego z państwem. To prywata. Co oznacza, że nas darmowe drogi nie dotyczą i tyle. A powinny… a jednak nie, a przecież i wsio się wali, ona sławetna równość i wolność. No wiecie, zawsze są równi i równiejsi. I ci, których da się…

Wycykać.

PS. 9tego Królowa została zdiagnozowana z wiadomo czym… kurde, obydwie Królowe wyglądają kiepsko ostatnio…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosztowności Nieznajomej… została wyłączona

Pan Tealight i Paniczysko…

„Ojapierdziu!

Nosz wszystkie się zleciały… I Księżniczki i Królewny Po Best Before i Wiedźmy z Pieca i Smok z Komina, bo wiecie, mogły wszystkie, nawet wszelakie parzystokopytne i inne dziwne twory, Nimfowice i Bagniczyce… nawet te Panny z Wanny. Wiecie, te nowe no.

Też się spojawiły, lekko skrycie, ale tak.

Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane się spojawiła, niby że przypadkiem, bo przecież i tak miała przyjść dzisiaj i wcale wielkiej łaski nie robiła, ale jednak, no wiecie… stała za mostkiem i wlepiała gały, ale czy na pewno tam gdzie trzeba było? Na ten mieczyk zdobiony kamykami rąbiącymi skry, na onego konia okutego i wszelako jego wielkie skrzydła i ogon pleciony w warkoczyki… znaczy u konia, nie że u gościa w onej zbroi rzezanej i odbijającej całą okoliczność tak mocno, że zdawało się, iż przez nią przenikał…

Jakby był samym sobą i jednocześnie.

Nie było go w ogóle.

I ta jego twarz… niby była przyłbica, ale jakby jej nie było, każdy rys twarzy, nawet ona cieniutka zmarszczka i te ukośniki przy ustach, nawet kolor oczu i skóra nie do końca alabastrowa, z lekkim zarostem, włoskami półkrótkimi, lekko kręconymi, może na wilgoć tak reagował… bo lać zaczęło nagle, wiać, więc się baby zwinęły, cała reszta, która patrzyła, ale nie chciała być widzianą wystawiła skopki i wiaderka na deszczówkę i też odsunęły się od okien, drzwi, dziur i innych tam…

No wiecie…

Tylko Wiedźma Wrona została, bo deszczówka na włosy dobra i on, dziwnie nagle zagubiony. Taki podziwiany, a teraz nagle niczym ona zapomniana figurka w ogródku, figurka z wapienia, którą by z chęcią wrony zeżarły, bo jak im brakuje, to uwielbiają, no po prostu… i jakoś tak…

Się roztopił.

Może i deszcz jakiś kwaśny był… może to ona… wyminęła kałużę i weszła do Sklepiku i dostała swoją herbatę i jak zwykle nie zjadła ciasteczka. I jak zwykle każdy zapomniał o tym, co się wydarzyło, bo tyle tego było, że jak tu ze wszystkim być na bieżąco, no jak? Nie da się. Za wiele tego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Coś, o czym zapomniałam…

… tak w obliczu tego wszystkiego, co działo się u mnie, to nasza niesamowita Królowa wspominała w orędziu noworocznym o tym, by pamiętać o tych, co są chorzy, ale wiecie, tego tak nie widać na pierwszy rzut oka. I tak, to ja. Dzięki temu też wiem, że prawo dotyczące chorób psychicznych oraz rent z tym związanych się bardzo zmienił. Wychodzi na to, że Dania zaczyna, przynajmniej wiecie tak prawnie, widzieć chorych psychicznie. Nadal są zaskoczeni tym, że równości, jeśli o płeć chodzi, u nich nie ma i jest molestowanie seksualne, ale widać jeden problem na raz. Prawa zmieniły się w ciągu ostatnich kilku lat, więc podejrzewam, że pandemia miała na to jakiś wpływ. Wiecie… Dania to może już nie najszczęśliwszy kraj według badań wszelakich, ale książka „Hygge” nie do końca się przeterminowała.

Na pewno większość w niej to taki pijar, że szok, ale jeśli chodzi o świeczki…

Ech, dobra, zaczęli trąbić o tym, że CO2 i tak dalej… ale na chwilę chyba przestali, bo ludzie już wariują.

Nawet nie chodzi już o te włamania na dzielni…

… wszystko jakoś tak przeraża.

No ale, wiosna idzie do przodu, ludzie szaleją, ja staram się cieszyć jakimikolwiek gloomy dniami i tyle. Każdy orze jak może, wołem czy nie wołem, wiecie, w dzisiejszych czasach jakby ktoś pokazał orkę z koniem, to chyba by go obwiesili za ono wstrętne, no wiecie, ziobro poślednie.

Albo i inne ziobra.

50 urodziny Mary i 46 Marie… więc imprezka na całego. Znaczy nie, ale podobno diuszesa angielska przyjeżdża, a ona 40 świętuje, więc se babki może pogadają. Znaczy Marie pewnie nie, bo przecież nasz drugi książę – jej mąż, wiecie, taki Harry, ale poziom wyżej, to we Francji siedzi. Widać tam mu lepiej. Nie wiem. Żona stamtąd ojciec też był, więc może… trochę dziwnie to brzmi, no ale.

Następca tronu siedzi w stolicy.

Co do wszystkiego innego, to wiecie, jak wszędzie.

Świat się kręci i tyle.

Podobno Szwecja też znosi wszelakie obostrzenia, więc widać, że sezon się zaczyna. Czy to jeszcze dla tych szukających śnieżnych zabaw, czy tych szykujących się na późną wiosnę i lato, kto to wie… w rzeczywistości chyba, w końcu można się przyznać, że nikt nie wie niczego, a dokładniej wszyscy wiedzą coś, ale tak naprawdę w onych, wymiarach prawdziwości, jakoś tak…

No sami rozumiecie.

Prąd szaleje.

W znaczeniu ceny. Podobno to nie prąd jako prąd, ale jego dostarczanie? Czyli co, za mało płacą tym krasnalom w ścianach? A może jednak to one strajkują? Może to one tak nas cisną, wiecie, przecież w tym politycznie poprawnym świecie można oszaleć, więc dlaczego i nie mogło wydarzyć się coś… coś takiego, coby, nie, nie tak – co raczej sprawiło, że poczuły się urażone i podniosły ceny.

A może i tam sprzedają jakieś Tesle, czy coś? I każdy chce jedną? No co… świat w rzeczywistości jest nudnie powtarzalny. Może i o to chodzi? Może i naprawdę one światy w światach istnieją i…

Nie, dość filozofowania.

Trza popracować w ogródku!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Paniczysko… została wyłączona

Pan Tealight i Witaminka Niepewności…

„… do wynajęcia była.

Ogłoszenie lansnęła w każdym dostępnym miejscu, na gałęzi, na niebie, na piasku patykiem wypisała… wiecie… dotrzeć chciała do wszystkich. I każdego i wszystkiego i wszelakiego też. I tu karteczka z numerem jakimś była i tam coś się telepało, gumka od majtek? Ale ktoś jeszcze ma je na tak oldfaszjonowej gumce? Serio? Nie lepiej coś mniej wżynającego się po obiedzie, deserze i trzech dokładkach? Nie no, na gumowej podkładce… czy to woreczek…

Nie, to nie był woreczek.

Rąbana ekomaniaczka… na wszystkim już pisze, a potem dziwota, że śmietnik w okolicy, a nie porządek jak należy, ale kto jej zabroni? Chciała zarobić, nawet w pewnym sensie chciała być przydatna, albo nie, nie oszukujmy się, ona ino chciała zarobić, a że była kim była, lecz z drugiej strony one przesycone tym całym kołczingiem mózgi, czyż jej nie potrzebowały? Delikatnej suplementacji? Może nawet nie jednej dzienniej, ale pięć w tygodniu? A może…

Pół chociaż?

No bo przecież tak, jak najbardziej, ona się poświęcała, przecież naprawdę, mocno, do końca, a że reaktywowała właściwie od razu, no cóż… to nie było tak, że chodziła nadgryziona, czy coś…

Nie.

… więc dlaczego nikt nie dzwonił?

Przecież wciąż ten telefon w łapie trzymała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziewczynka z Widow Hills” – … opowieść. Życie. Przeszłość… w rzeczywistości bardzo często nasza pamięć to nie do końca to, co się wydarzyło… wiecie, jak ze słoniem i tymi mędrcami. Widzieliśmy to, czuliśmy, to dla nas jest prawdą. Ale przecież byli też inni…

Czy widzieli i czuli to samo?

Czy w ogóle tam byli?

Mówią, że nie powinno się powracać do niektórych miejsc. Do tych, w których czuliśmy się szczęśliwi, do miejsc z dzieciństwa, do przeszłości wszelakich, bo nagle wspomnienia się rozmyją, dobre uczucia znikną… właśnie, może i nawet pojawią się nowe wiadomości, nowe tropy. Nowe prawdy…

Nasza bohaterka zyskała ono przekleństwo bycia sławnym dzieckiem. Dzięki temu jej dzieciństwo było koszmarem, ale tak naprawdę, to nie tylko dziecińśtwo. Cała jej przeszłość sprawiła, że jest teraz tu, gdzie jest. Jest tym, kim jest i musi się zmierzyć z czymś, w co trudno uwierzyć. Czego nie pamięta, a przecież… pamięta co się wydarzyło tego deszczowego dnia…

Pamięta, prawda?

Ale czy na pewno?

Może nie wybitna, miejscami przewidywalna, ale na pewno zaskakująca powieść. Może trochę kuleje miejscami w rejonach słownictwa, mogłaby być głębsza, bardziej psychologiczna, ale… ona prostatota też i wybrzusza zaskoczenie jakiego… możecie doznać. Ekhm. No co, spojler, będzie zaskoczenie. Albo nie, bo przecież można się domyślić wiele, można, czyż nie?

Warto.

Szczególnie na morze abrać jak prom się zepsuje.

Ta daaam!!!

Jakoś tak wyszło. Oto i niebieski cud, który mam. Ha! Pewno, że z Hygge to jak drewno do lasu, ale zawsze chciałam prawdzić o co w tej książce chodzi… z samego hyggowania to mam ocenę celującą!!! I tak, notes też niebieski… mój ukochany rodzaj, ale dziwnie cienki, co to, coś zmienili?

Wojna…

Tia… trudno powiedzieć coś takiego komuś, kto nie ogląda i nie czyta wiadomości. Wiecie, po prostu trudno… więc, nie wypowiem się w tym temacie, ale w zamian wypowiem się w sprawie sptrachu, który tutaj, w szczególności u tych naprawę wyspiarzy, nawet takich, co to Wyspy nie opuścili raz, albo tylko kilka razy… i nie potrzebują niczego innego… widzę w nich strach. Czuję go. Przybiera dziwne formy, jest, staje się, niemal namacalny, niczym havgus gęstnieje i porusza się między domami…

Puka do drzwi.

Strach przed Rosjanami.

On nie odszedł wraz z tymi ostatnimi opuszczającymi Wyspę. Nie. Tuta ludie wciąż pamiętają i nie świętują 4 maja… nie tak jak reszta kraju. Nie, dla nich to był czas kłamstwa, bólu, oszukaństwo i zapomnienie. Opuszczenie… zdrada. Tak, to chyba najbardziej odpowiednie słowo.

Zdrada.

Tak się poczuli.

Reszta się bawiła, a oni cierpieli, ich rodzice, dziadkowie… to coś wciąż w nich tkwi, więc opowieści o ruchach Rosji i Ukrainy uderza w Wyspę bardzo. Boleśnie. Bo jeśli coś… cokolwiek, to Dania nie oberwie.

Nie.

Oberwie Wyspa.

Problem?

Cóż, wiadomo, morze. Najbardziej wysunięty obszar na wschód, miejsce wypadowe i tak dalej, a w lato można poimprezować. Chociaż wróć, lepiej nie za mocno bo z morza znowu coś wypłynie, albo Polska coś rzuci w Wisłę i będzie… czy tam ta elektorwnia czy co to ma być…

Kuźwa, co się z tymi ludźmi dzieje?

Gdzie rozum, gdzie logika?

Retoryczne. Oczywiście, że retoryczne pytanie, no weźcie no, kurde, kto by się w ogóle podjął odpowiedzi na takie pytanie? Czy w ogóle mogłaby jedna, jakaś istnieć? Naprawdę? Jedna? Chociaż?

… więc strach… jest. do tego za dużo wiatru i deszcz i naprawdę męcząca psychicznie pogoda. Spać się nie da, potem człowiek od razu jakiś małorobotny, a tutaj już i przebiśniegi i ranniki powyłaziły. I żółto i biało i wsio już, widać, że już wsio chce tej tam wiosny, poza mną, ale wiecie, ja taka mało imprezowa. Po tej połowie roku, to już naprawdę, ale w końcu… cóż, zobaczymy ostatniego marca czy naprawdę, ale podobno tak… wtedy będę mogła wam opowiedzieć pewną historię. O małej wiedźmie, która się ludzi bała…

I wciąż boi.

Mi tam wiadomości ze świata niepotrzebne. Prognoza pogody wystarcza, już się boję, że znowu coś podmyje, coś zawieje, coś…

Wiecie… życie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Witaminka Niepewności… została wyłączona

Pan Tealight i Maszyna do Wszystkiego…

„Jak maciupkie pudełko na buty, ale nie takie zwyczajne, z napisem, raczej coś więcej, ze złotymi okuciami, kłódeczką i takim zamykaniem rzezanym w laurowe liście, uformowanym w wielce burżujskim kształcie…

I nie, wcale nie lekkie… tak naprawdę..

Serio, można było nią ogóry okładać.

Albo coś innego, no co kto lubi… bo wiecie, to nie było pudełko, choć tak wyglądało, niby metalowe, niby wyglądające na filigranowe właściwie, może skrywające jakieś tajemnice, no dobra, oczywiście, że skrywało tajemnice, a raczej samo było, ono pudełko tajemnicą, dla siebie i świata.

Maszyna… było maszyną, a uruchamianie jej było aż nazbyt proste. Przekręcało się tylko w kłódeczce kluczyk, potem zdejmowało ostrożnie ją z haczyka i podnosiło to winezyjne coś by otworzyć… no tak, nigdy nie doszli do tego momentu. Że się otwierało… to pudełko, ta maszyna. Nie, na to jeszcze nie byli gotowi, ale przez maleńką, niby przerdzewiałą szparkę w dolnej części, tej dłuższej, prawej chyba, no zależy jak się patrzy, wiadomo, każdy ma inne te spojrzenia… i strony… no więc przez ten niby otworek, tosz to nawet nie otworek był, niczym zacięcie się liściem, źdźbłem trawy, może i krwawiące, ale właściwie nieotwarte, zarysowane…

No ale tamtędy jadło.

I to tylko miażdżone z poziomkami rodzynki.

Tylko i wyłącznie.

To dlatego nazwali ją Maszyną do Wszystkiego. Bo przecież jeśli nie zrobiła niczego, jeśli nawet tam nie zajrzeli, to możliwości były nieograniczone… wiecie, jak ten durny kot w pudełku. Żyje czy nie żyje… chociaż, gdyby zdechł, byłoby czuć chyba? Jak najbardziej dali do powąchania Wielkiej Paszczy…

Nie skomentowała, ale też nie krzyczała, więc pozwolili jej zostać…

I Maszynce też.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w Szwecji obkradają na policjanta…

No co… po tym stresującym rejsie człowiek sobie przypomniał po co w ogóle w onej Szwecji był… i w ogóle. Tak sobie uświadamiam czasem, że jak mówię komuś, że płynę do Szwecji, to dla kogoś to jest niby coś wielkiego i się pytają, że czy na długo i po co i w ogóle… jakie to wielkie.. a dla mnie jak we Wrocławiu na Bielany… niby wyprawa, ale wiecie. Nic wielkiego.

Oh, od razu to napiszę, póki pamiętam… nie chodzi o to, że się wpieniam, iż prom się spsuł. To akurat, wiecie, no sprawa wyższa, ale brak informacji. Gdyby nie social media, no i te śledzenia, nosz moja wyobraźnia… Titanic i góra lodowa. W końcu jesteśmy na tej północy, czyż nie? A przed wjazdem na prom, znaczy na ten podest, to stoi taka tablica i przez prawie cały czas kałamała, że bording… a przecież jakby ktoś się rozpędził, to pierdyknąłby w wodę i w ogóle…

A jeszcze, widzieliście kiedyś wielki prom pchany przez dzielny mały stateczek? Nie? Ja też nie, znaczy nie do końca, bo ciemno było, ale trochę widziałam. I chyba najszybciej spierniczające z promu auta, więc…

Ciekawe czy też dostali bony na żarcie…

No ale, Szwecja.

Ech… ja piernicze. Pogodynka kłamała znowu, zimno, niby wschód słońca, pinknie, jasno nawet jak przyjechaliśmy, nie falowało, no wiecie, miodzio… ale kurna, jakoś tak nagle autem zarzuca raz, drugi, kolejny… wiatr – po wiatrakach widać, że nam w ryj wali, więc może to on, może koła odpadają… ale nie, ci za nami też jakoś tak, idiota, co próbował wyprzedzać miotnął się niczym pjana baletnica…

Wtedy skapneliśmy się, że zamiast drogi jest lodowisko idealne.

Tia… droga była przerażająca. Tak z godzinę milczenia i modlenia się do Śniących i Zapomnianych i w ogóle, wszystkie mitologie człek przeleciał… na szczęście inni nie szaleli. Dopiero później, ale co nas tam później, myśmy załatwili co miało być i do… no właśnie, potrzebuję świeczek.

Hygge you know!

… więc…

IKEA…

No właśnie…

Niech mnie ktoś oświeci, ale co się dzieje?

Po pierwsze półki puste. No dobra, nie sprawdziłam wszystkiego, ale jednak przebiegłam większość sklepu, więc weźcie no… nawet wiem, że fish and chips jest dostępne. Chowaniec jadł… nadal uważa, że najlepsze jest to z Fjallbacki! A co! Można mieć swoje ulubione, nawet jak je trochę przetłuszczą.

Ale…

Świeczki.

Włażę, a tam pustki. Po prostu białe, rąbane półki, no czyście poszaleli? I podobno już nie będzie tych dużych ciasteczkowych i tych owocowych czerwonych w większym rozmiarze, w szkiełku? No i jeszcze jedno, są jakieś nowe… prdukowane w Chinach? Serio? Przecież świeczki w Polsce robią…

Zawsze tak było!

I duże tealighty i w ogóle… znaczy co? Nie będzie świeczek? No weźcie no, wychodzi na to, że dobrze, iż człek w ogóle ma na czym siedzieć… może zajęło mu to kilka lat, ale jakoś nie wiem, ja tam mebli nie wymieniam, wolę taki dość industrialny, zmiękczony poduszkami styl i tyle. I podłogę… drewnianą.

Ale świeczki…

Wróćcie!!!

A wracając do początku… to w sklepie polskim dowiedzieliśmy się, że starsze panie wpuszczają policjantów do domów, a potem wiadomo… kasa z kont znika, co więcej, niczym z tym oszustem z Tindera, biorą pożyczki nawet? Nie wiem o co chodzi, ale panie się tam ostrzegały. Starsze uczyły, by telefonom nie wierzyć… serio, świat jest tak bardzo jezcze gorszy.

Ta pandemia udowodniła, że ludzie mogą być tylki gorsi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Maszyna do Wszystkiego… została wyłączona

Pan Tealight i Kasjer…

„Pół kilo mąki, a on, że niezdrowe toto i może lepiej zamiast pszennej kokosową, albo i gryczaną, czy też w ogóle, no serio… po co to tak, że i lukier ma być? Nie. A w ogóle, to lepiej banana zjeść, ale ino połowę, bo patrząc na sylwetkę, to lepiej może kiwi albo grejpfrut jakowyś czy cytrynki lub pomarańcze może… nie nie nie, to nie, to za dużo glutenu, a tamto to w ogóle już powinno być wycofane ze sklepu, tak mówią w pokoju, gdzie kawę piją i sikają.

Znaczy, nie że sikają w pokoju, łazienkę mają obok.

Ale dżem?

Po co?

I chleb? No niby dobrze, bo na zakwasie, ale czy on wegański na pewno jest, bo jak to tak zwierzątki męczyć, jak to tak… I jeszcze te owocki, czy na pewno bio są? Bo jak nie są, to odradza, nie, nawet nie zważy, nie, to by było jak narażenie kogoś na śmierć? Że bombonierka na prezent, a i kartka… nie, no w to nie uwierzy. A zresztą, kartka w folijce, no jak tak można, przecież to nawet w recyclingu nie przejdzie… a i sama kartka, szczerze, nie lepiej na papierze toaletowym komuś poemacik walnąć? I ekologicznie i użytkowe. No wiadomo!!! Jeszcze teraz. Po prostu towar, który powinna wziąć, właściwie, to może by dobrała jeszcze trzy worki…

Promocja jest…

Cukier?

Biały?

Ale jak to? Przecież tego to juz naprawdę, no czuje się obrażony, jak może to w ogóle na jego ladę wykładać, zaraz sanitizerem popsika, no zaraz będzie się mścił, bo przecież wiedziała, że on jest uczulony… no dobrze, nie do końca, że tak z worka go ten cukier zaatakuje, ale jednak nie może jeść, bo on przecież jest na diecie. Powinna o tym wiedzieć, powinna… widzi ją przynajmniej raz w miesiącu!

Jak może nie wiedzieć…

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane raz w miesiącu do sklepu wchodziła…

Na szczęście nie rozumiała go, ni słowa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na promie…

Okay, to jest tak, że człowiek słyszy pewne rzeczy… niektórych nawet doświadcza. Jak te pierwsze fale, dziwne, majtające na boki, coś stuka, puka, coś nagle trzasnęło, coś się przesunęło, już widzisz oczyma wyobraźni, że auto własne, może i wiekowe, ale jedyne, że już nie istnieje… zmiażdżone innymi, może i nawet ona scena z koniami się tam odbywa, no ta z Kręgu… film taki…

Straszny.

The Ring.

Albo te inne fale, ja piernicze, ale to był sztorm. Już nie mówimy o wymiotach, bo część po prostu od razu się położyła, widać, że tacy, co to wiedzą jak się zachować. Problem w tym, że Chowaniec stwierdził, że jednak zje tę kanapkę… o rany julek, on nie żyga, serio, nie… ale wtedy, po raz pierwszy był zielony. Jak tylko zjechaliśmy z promu musiałam zatrzymać się i dotknać ziemi.

Nie ruszała się.

Mój mózg mimo na pewno niedozwolonej ilości aviomarinu wciąż czuł luzy w mózgu… serio, pewne fale, te takie jak na boki buja a nie góra – dół, góra – dół, góra – dół… no wiecie, nie tak jak na filmach one maszyny z tych fal wyskakują, nie, bardziej jak kaczuszka w kapięli, na boczki, szarpie, niby nie tobą, siedzisz, zastanawiasz się znowu czemu nie ma pasów przy tych fotelach i dlaczego do cholery znowu ktoś nie poukładał naczyń, bo się coś potłukło i nie masz siły być Grekiem i zakrzyknąć: OPA!

Ale…

Są takie rzeczy, o których czyta się. Że na promie wydarzyło się tak i tak. Zgasło światło… przeżycie na pełnym morzu, koszmar…

Pustka…

A potem patrzysz jak prom nagle, miał już się pojawić… a on się oddala…

Bez sterów, dryfuje gdzieś tam…

Oczywiście, że są apki do promów, podobnie jak do smaolotów, możecie sobie sprawdzić kto nad wami lata. Podobnie popatrzeć gdzie jest prom, co to się ewidentnie spóźnia, a na tablicy jak byk wisi, że uż boarding…

Nu!

Tia, ja wam dam „nu”. Takie to nu, jak, że no teraz to ja na pewno muszę siku, ale nie mogę bo przecież to kawałek od auta, a prom może się pojawić, lepiej nie latać tak, jeszcze mnie zostawią tutaj… a może Google się myli? Ale nie… więc lecisz na Twittera, nie wiadomo nic. Wredni ci pasażerowie, nic nie napisali?

Kurde, z drugiej strony za nic nie chciałabym być na ich miejcu. Dowiedzieć się, gdy już widzicie brzeg, że są problemy techniczne i przez pół godziny unosicie się na falach. Na szczęście niewielkich… no wiecie… choć to dobre. W końcu my zamarznięci na parkingu przed wylotem w morze, oni tam na morzu, spotkanie człowiek ma rano, noc tutaj, kurde, co robić?

Wpław?

No nic… skończyło się tym, że w onych ostatnich dniach retrogradacji Merkurego prom oszalał. A tak naprawdę serio jakaś wtyczka coś tam nie załapała. prom opóźniny, potem stwierdzili, że odwołują rejs z Wyspy do Ystad, a nas umieścili na kilka godzin na promie i włączyli grzanie na plus… no i wielce dostaliśmy te no, bony na żarcie na promie… znaczy mogliśmy wykorzystać je chyba i na zewnątrz bo lista knajp w Ystad wymieniona, ale jednak już ludzie raczej w domach, wsio pozamykane, a po kolejne bilecik stepmlowany ino na 1.02… nic więcej.

… więc siedzisz te godziny na promie.

Siedzisz i czujesz jak prochy na bujanie się idą bujać.

I nie wiesz czy śmiać się czy płakać, że choć tak starałeś się zdążyć na ten wcześniejszy odpływ, to i tak będziesz – może, miejmy nadzieję, spojler alert tak – wypłyniesz już nocą. By w domu być już w oną magiczną datę. Umęczony… by bać się przez te wszystkie godziny, że może jednak prom nie popłynie, bo przecież, nic nie mówią, może znowu na środku morza stanie, a bujać zaczęło…

Strach.

Straszna sprawa.

Uświadamiasz sobie wtedy ja to dobrze mieć drogi!!! Wiele ich! a co do onych nonów, to śmiech na sali bo w koronach ale szwedzkich, co to tańsze niż nasze i jeszcze… ekhm… jakieś 85SEK.

… stykło na kawę, bułkę i wodę.

PS. Ogrzewanie na drogę chyba wyłączyli, znaczy jak już płynęliśmy, bo zmarzłam na… no wiecie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kasjer… została wyłączona

Pan Tealight i Zakonnica…

„No właściwie to nie wiadomo było, z którego tam klasztoru. Ani nawet wyznania i tak dalej. Nie, no serio, szczerze. Po prostu nie wyróżniała się na tyle, ot czarny kaptur i kieca i te rękawy zdolne pomieścić światy, które tworzyły własne światy, nawet się rekamowały w gazetach, że już mają na sprzedaż te mieszkania, wiecie, najdroższe takie, z dużymi oknami i kurkami ze złota czy czegoś tam, diamenty w podłodze i gówienek posrebrzanie… no wszystko w jednym i jeszcze więcej, a i jeszcze, wiecie: ciasteczka, czekoladki i pół litra gorzałki pd razu na wejście…

Albo coś w ten deseń.

Na pewno święconego.

Znaczy, no to też wiadomo, że nie do końca wiadomo jak, bo przecież każdy se święci jak se chce, no i czym chce, to nie tak, że ino woda i tak dalej, inni wolą wino, pepsi, coca colę… w tych czasach to tak wiele się dzieje. Co to nie mogło się jakieś nowe zgromadzenie narodzić, wykluć z oparów Wszechświata, czy jakoś tak, albo i inaczej… no przecież chyba nie ma, że zabronione, że tego czy innego nie można nagle zacząć czycić. Nie no, weźcie, jak można w ogóle tak myśleć…

No jak?

Ale też… ta cała poprawność polityczna. Kurcze no… czy to w ogóle wypada, żeby tak podejść do zakonnicy… nie wiem, za ten sznurek ją pociągnąć, na andał nadepnąć, bo miała sandały, jak nic, tylko jakoś stóp w nich chyba nie było zbyt widać, może i za duże miała, może taka moda…

Czy coś?

Od ponad tygodnia stoi taka przy mostku i zerka na Białe Domostwo.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane odmówiła przychodzenia i ino z daleka, z zooma obserwowała co się dzieje… ale widły miała blisko. Z każdym dniem coraz bliżej.

Może nie pomalowane jak chciała, ale były…

Jakby wiedziały w co Zakonnica wierzy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Okrutna siostra” – … tak właściwie…

… no serio, ten tytuł to morderstwo dla fabuły, chociaż, z drugiej strony… No nic, kolejna powieść „Córki króla moczarów„, ponownie o odcięciu się od świata, ponownie o jakimś tam osamotnieniu. Ponownie o światach wewnątrz tego, co znamy. O onych samotniach… czy mówimy tutaj o szpitalu psychiatrycznym, czy prywatnym kawałku ziemi. Wielkim kawałku ziemi, lasu, zwierząt…

Praca w takim miesjcu przecieś to obecnie idylla.

Któż nie marzy o tym życiu „off grid”?

No dobra, może nie wy, ale wielu jednak tak… i wiecie co, lubią to, ale wzrastające w tym dzieci i tu coś wiem z własnego podwórka, są inne. Specyficzne. Nie gorsze, po prostu bardziej wrażliwe, często… i często nie potrafią nawiązać kontaktu z tak zwanym zewnętrzem. I problem… ale, jeżeli chodzi o tę powieść, to przede wszystkim to historia macierzyństwa, ciężkiego, gdy kochasz dziecko i nie wiesz co zrobić z jego problemami. Gdy przyroda nie leczy wszystkiego, a samotność, rodzina, nie zawsze jest taka jak myślałeś i…

Dobra powieść. Trochę dłużyzn w dziwnych miejscach, trochę to pisanie jest toporne, przydałyby się opisy, ale… intrygująca.

Inna.

Choć znowu zwracająca uwagę na problemy małych dzieci.

Nieaniołków…

Ten rąbany Marian…

No dobra, wiem, że nie nazwali go Marian, ale jakoś moja glowa nietoleruje imienia Malik, więc zostańmy przy swojskim Marianie i na niego zwalmy winę. Ale ino winę, nic innego, no weźcie no… brzydkie myśli!!! Mydło zjeść!!! Czy jakoś tak… biały jeleń, daniel czy inne tam rogacizny.

No ale, był ten orkan i oczywiście, że wiało już przez kilka tygodni wcześniej prawie bez przerwy, właściwie cały styczeń to wiatr i ciepło, dziwność straszliwa i rozpierdol umysłu, aż… no właśnie, aż dziś Chowaniec przybiega, wysłałam go do ogrodu po szałwię, a on przychodzi z wieściami, że sąsiad mu mówił, iż włam na dzielni był. No kurna, a mówiłam, że ktoś łaził dookoła domu!

Mówiłam!!!

… więc okazuje się, że znaleziony pokrowiec na okulary, który przywiało gdzieś tu obok nas, ktoś znalazł, to jakoś się onym robberom nie spodobał i wiecie, pewnie go pizgnęli, czy coś, ale… co się stało? Sąsiadka, dwa domy, trzy dalej zostawiła samochód otwarty i ktoś go rozpiżył. Powiecie, że sama sobie winna, ale ludzie tutaj to zadupie, kurna, musieliby iść po każdym aucie i domu, a u nas ludzie widzą raczej innych, niepasujących ludzi, więc jak to? Kiedy to zrobili, że nikt nie widział?

Potem jeszcze coś pokombinowali, poniszczyli…

No wiecie co?

Tutaj?

Poza sezonem cała Wyspa wciąż… przynajmniej miejscami chociaż, no czuje się taka, wiecie, dziwnie bezpieczna jakaś. I jest to ułuda kosmiczna, bo już i pod żebro ktoś nożem dostał i już zaciukali gościa w lesie i…

No właśnie.

Ile ukryli przed opinią publiczną, bo przecież to miejsce turystyczne?

Nie wiem, ale wyobraźnię mam i to mnie przeraża.

Świat się zmienia i to wszędzie. Niektórzy jeszcze wierzą w jakieś tam rajskie miejsca, nie wiem dlaczego większość, czyli 99% ludzkości uznaje za raj jakieś ciepłe plażowate wyspy, no szczerze? Bleeee… ciągle ino słońce, palmy, piach wszędzie, a jeszcze na dodatek tsunami jakieś na horyzoncie.

No weźcie no.

Gorąco ciągle i brak zmian pór roku… macie ino dwie słońce i deszcz. I zapewne problemy z wychodkiem, ale to jakoś was uskrzydla, że ciepło i palmy i kokosy? Serio? O to tylko w świecie chodzi?

Nie rozumiem.

Jedno wiem… raju nie ma, jest to, co tworzymy, a ponieważ wmawia się nam demokrację, a demokracja to większość, a większość to… no to mamy co mamy. I to wszędzie. Bo ludzie wszędzie są tacy sami.

Boleśni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakonnica… została wyłączona

Pan Tealight i Małpiszowon…

„W rzeczywistości tak nazwały wóz.

Serio, taki bardzo szczudłaty, wiecie, taki na siano… przyjazny był, więc… no i samojezdny. Nie żeby ktoś musiał go ciągnąć.

Nie…

Miał słodkie, kudłate, cudownie ufryzowane i to jeszcze z wstążeczkami i krajkami wszelakimi wplecionymi, no po prostu fryzjerzy, psik psik i lakier w powietrzu… osiołki. Ale takie na kółkach z przodu… znaczy miał te osiołki z przodu, kółka osiołki miały na takich patyczkach, no i se na nich stały, wiecie, jak takie drewniane samochodziki, nie że metalowa szyna, ino drewniane coś takie, więc wiecie, nie że same coś robiły kopytkami, czy bokami, jak to się drzewiej mawiało, gdy to koniem się orało, albo teściową, no co dostępne było…

Ekhm.

No co?

Czasy trudne były… znaczy trudne inaczej, nie oszukujmy się, ale to, co się teraz odpierdziela, to już człowiek zaczyna sprawdzać, czy w ogóle jeszcze głowę ma na miejscu i czy klepki działają, wiecie, te, które mu jeszcze zostały, bo jakoś na promie bujało, no i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane znowu sobie pojechała za morze i wróciła z problemami…

Problemami…

Ale to jeszcze nieważne było, bo był wóz.

Z osiołkami, które ciągnęły malutkie gnomy, zielone, owłosione i takie lekko w typie Grincha, ale miały podobno bardzo dobrą umowę, zresztą, drogi rozmokły ostatnio, to się wprowadziły do Domostwa i coś pędziły… coś, co nawet Mikołajów wystraszyło, więc Wiedźmy z Pieca aż nadmiernie były produktem zainteresowane. Wiedźma Wrona też. Choć abstynenkta… ale ostatnio jakoś tak, szukała czegokolwiek, coby nią jakoś tak ruszyło. Bo świat… to za wiele.

Bardzo za wiele ostatnio.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z naszej pani premier, to oczywiście po onej całej celebrancji, która miała miejsce tydzień temu, to beka w internecie. No bo jak to można z uśmiechem powiedzieć: ot przecież każdy musi na coś umrzeć… ojoj. W ogóle, słuchając Chowańca mówiącego mi co tam wymyślili, to człek… nie no, nie oszukujmy się, nie wierzę w to, iż Homo sapiens nagle od nowa zasługuje na drugiego sapiensa, od zawsze jest dla mnie ten młodszy ino novinkus i tyle. Nie zmieniam zdaania, więc nie oczekiwałam inteligencji jakiejś od dziennikarzy czy członków rządu, nie oszukujmy się, nawet onej, wiecie…. złudnie ułudnej, ale jednak, tosz to wszystko woła o pomstę!!!

No ludzie no.

Ech… ale…

Wynik tego taki, że C. jest, ale jakby go nie ma.

Ale jest i możliwe, że w każdej właściwie chwili wsio zacznie się od nowa, ale na razie imprezy i brak pieluch na twarzach… ciekawe do kiedy? No bo raczej wprost mówią, że prawdopodobnie wsio się zacznie od nowa jesienią…

… ha ha ha… już mam jazdy psychiczne.

I dość.

Mam dość.

Nie wiem, czy ten strach w ogóle kiedykolwiek minie.

Wiecie… to nawet nie chodzi o chorobę, ale o ludzi. Bo ludzie stali się kompletnie posrani. Okrutni i posrani, okrutni, posrani i jeszcze popierdoleni. Jakby im kazali nosić gwiazdki, to by zaczęli, samosądy organizować też… i to Polacy w tym przodują. Spoglądając na inne narody, a już Szwedów w szczególności…

No ale…

Szwecja ma swoje problemy, nikt ich nie lubi, bo przecież oni tak naprawdę się nie sfrizowali tak maksymalnie. Ani chyba razu. Poza tym, że trzeba mieć test, lepiej mieć test żeby tam pojechać czy też przejechać… ino do Danii. Wiecie, z Wyspy do Danii, bo często, nazbyt często aż… no weźcie, my nie są Dania. My są jakiś floatingujący wszechświat czepiający się innych.

Ekhm.

W zależności od tego jak to nas pokażą na mapie.

Bo czasem nas pokazują na mapach tak wysoko, aż na północy Danii, bo wiecie, kogo obchodzi geografia. I potem człowiek się dowiaduje, że kłamie. Najpierw, że Wyspa należy do Szwecji, a potem, że u nas mrozy bo to północ daleka… mrozów wciąż brak. Wiatr i deszcze… boję się, znowu drzewa polecą.

W ogóle się boję… wszystkiego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Małpiszowon… została wyłączona

Pan Tealight i Niepiśmienny…

„No i… ale przecież szlaczki robił.

I to jakie śliczne!!!

Ale ponieważ to nie był żaden ze znanych alfabetów, to w końcu znalazł się w Sklepiku z Niepotrzebnymi, bo wiecie, jak inaczej? Na pewnej Wyspie, tam, gdzie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… nie stoi, siedzi w kucki, lekko unosząc się nad krzesłem, dziwnie…

… telepocąc się…

Coś z nią nie tak?

Zapewne coś z nią nie tak, ale nie żeby na pewno obecnie było nie tak, znaczy jakoś inaczej, no ona tak zawsze miała, że wyglądała inaczej niż cała reszta świata, ale dla niego to była jednak czymś intrygującym. Czymś naprawdę niesamowitym, bo w tych jej ruchach, braku kontaktu ocznego, wszelakiej niespójności była jakaś właśnie szlaczkowość, więc usiadł tak za kotarką, no wiecie Kuchenną Kotarką, no i za jej przyzwoleniem po prostu sobie ją opisywał szlaczkami swoimi.

Zeszyt za zeszytem.

Notes za notesem.

A ona… przychodziła i siadała, najczęściej jak nikogo nie było, albo tylko ten dziwny filcowy szary, który popatrzył na niego, chyba, bo przecież oczu nie ma, więc raczej było to uczucie jakieś, jakaś… no forma przyzwolenia może, no i wpuścił. Jakoś tak, dał mu się poczuć  chcianym.

Wolnym.

Ale jednak od razu wiedział, że Wiedźmy Wrony nie wolno ruszać.

W ogóle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znoszenie i znoszenie…

Znowu nie ma pandemii, znowu wszystko pięknie i cudownie, przyzwyczajcie się ludzie. Ja pierdziele, a mówią że to ja jestem schozolem. Sorry, ale jeśli ktokolwiek w cokolwiek jeszcze wierzy, to sam niech idzie od razu po jakieś leki. Bo szczerze, nie wiem jak zdrowi na umyśle mogli przetrwać te ostatnie dwa lata…

Ja nie byłam zdrowa i nie jestem, dlatego chodźmy na plażę, bo szczerze, jak wpadają mi jakieś wieści, a niestety niektóre muszą mnie rąbnąć, bo dajmy na to raz w miesiącu wejdę do sklepu i muszę wiedzieć czy mam mieć pieluchę na ryju czy nie… więc… no może już nie, może tak, na plaży nie muszę.

Na plaży są fale i śpiewają swoje pieśni, które są dziwnie smutniejsze niż zwykle. Które dziwnie cichsze są, chociaż i wiatr i fale i wszystko to robi bardzo wiele hałasu, ale jednak, jednak dziwnie natura ona cicha. Jakby już naprawdę miała dość. Zarzucona rękawiczkami, maseczkami, wacikami, kij wie czym jeszcze, cały czas na procentach jakichś, te pojemniczki po sanitizerach…

Ja pierdziele.

Dość mam.

Zapewne jak większość świata mam dość, ale też i jak ona bidna większość zrobić mogę nic. Na szczęście ja mogę jeszcze pójść na plażę. Do lasu to już ciężej, bo tak tną, że niedługo nie będzie gdzie, no i oczywiście są masy ludzi. Nie wiem skąd to wsio się bierze. Produkują się jakoś, czy co?

Ekhm… nie, nie… nie potrzebuję opowieści o tym jak się ludzi robi.

Dziękuję za zainteresowanie poziomem mej wiedzy.

No ale…

W tym dziwnym czasie, kiedy to właściwie nikt nie wie o co innemu chodzi, wiecie, czas między sezonami to dla wielu koszmar, część zwykle była na jakiejś Majorce czy coś… teraz wciąż nieprzystosowani do nowej codzienności jakoś tak się wszyscy miotają. Ale będzie dobrze, jak zwykle późną wiosną odrosną, zakwitną, listki wypuszczą, niczym one magnolie długo nagie, potem anny młode…

A potem.

Zwyczajne.

Ale plaża, piaszczysta taka, dziwnie słoneczna i ciepła i zimna jednocześnie. Niby 5 na plusie, a jednk jakoś tak, dziwnie, chłodno, pokręcenie… Jakoś tak… że nawet wykąpać się nie chcesz, chociaż woda czysta. Jakoś tak nawet rzeka dziwnie płytka i smętna, chociaż chyba nie powinno być…

Przecież padało?

A może jednak już doświadczamy jakiejś suszy?

Przez to powietrze, takie uszczypliwie suche. Nie żebym narzekała, bo jakoś mocno mi wilgoć przez lata dopiekła, więc nie, nie marudzę, wolę oną suszę, ale jednak jakoś mnie to przeraża. A może li i tylko fascynuje?

Może?

Dobrze, że choć morze jest na swoim miejscu… uspokajające trochę to.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niepiśmienny… została wyłączona

Pan Tealight i Toaleta Przeznaczenia…

„No cóż no… tak właściwie, to raczej głównym i nadrzędnym, podstawowym lekko, mocno nie do przeskoczenia…

… przeznaczeniem każdego było wydalanie.

Ekhm.

Może to i jakiś dziwny temat ale jednak, jakże i ludzki, prawdziwy i wszelako każdego doświadczający. Któż to nie przechodził przez ten okres gadania ze znajomymi przed wykładem i kupie. Albo o kupie przed egzaminem… no jak rany, co jak co, to jednak zawsze było mega stresujące i ta kupa, kibelek, zawsze było istotne by było… znaczy kibel blisko, papier sprawdzony…

Ojoj, papier.

Nosz to przecież element tak bardzo intrygujący i wszelako niezbędny. Przecież… no dobra, oczywiście, że można liściem… tip wam sprzedam, może nie wiecie, jak macie liściem, znaczy musicie, to weźcie go lekko pozgniatajcie w dłoniach. Tak przeszorujcie dłońmi. Będzie miękciej i wilgotniej… ekhm, no nie oszukujmy się, kto se kiedyś dupsko urządził PRLowym papierem, co to litery na sobie miał, a czasem i całe artykuły, poczytać można było… ech, tacy ludzie wtedy kształceni byli… no cóż, widać teraz doszliśmy do wniosku, iż jednak miękkość dla pośladków to sprawa naprawdę istotna. Naprawdę. Szczerze. No ważna jest ona miękkość…

Cóż.

Tak.

A co do toalety… gdy ktoś przeszedł od dziury w ziemi, obetonowanej z czasem przez drewnianą komórkę z przerażającą otchłanią…

I zapachem…

Cóż, człowiek wlot i wylot ma.

Nie oszukamy biologii!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czerwona królowa” – … drugi tom cyklu „Wojna kuzynów”. Opowieść o matce Henryka VII… o kobiecie, no właśnie, sporadycznie wspominanej, znanej z uparcia, religijności, onej…

Misji…

Wizji?

Margaret Beaufort. Opowieść o sile kobiety. O zaparciu. O… kurde, miłości do syna? Tylko, czy to naprawdę miłość? A może i kompletna obsesja? A może i coś więcej? Magia wszelaka, a może… tyle pytań, tyle odpowiedzi.

Najpierw biedne dziewczę, które nagle staje się matką. A potem już dorosła staje twarzą w twarz z Elżbietą Woodville. Z pięknem, czarownictwem i potrzebą, której nie może się oprzeć. Bo jej mocną stroną nie jest uroda, ale rozum. Ów babski pomyślunek, który jej podpowiada, że jej syn będzie władcą tylko jeśli poślubi znienawidzoną… i cóż, znacie historię, wiecie co się stało, a jeśli nie…

To może być to dla was opowieść fantasy.

Królewska.

Tym razem dziwnie bez uczuć… poza onym najpotężnijeszym, miłością matki do syna. Obezwładniającą.

No po prostu padnę, ktoś kopnął flaszkę po jakimś napitku pod nasz żywopłot… hmm, czyżby wiatr? Serio, atakować mnie, kompletnego abstynenta i ciętego na alkohol wciągających człowieka, taką flaszką? I że wiatr? A może jednak ktoś? I co? Pójdzie teraz fama, żem nie wariatka a pijaczka?

A może i to i to?

Hmmm… a mniejsza, jak się pewno domyśliliście znowu wieje. A raczej właśnie przestało i serio, po tym wszystkim serio czuję się jak przeżuta i wypluta. Dawno już nas tak nie przeczołgało mentalnie i głowoboleśnie. Po prostu… jakoś tak, no wiecie, jednak natura robi z nami co chce.

Bezczelność full wypas.

Ale z drugiej strony takie jest życie na Wyspie. I właściwie na każdej wyspie zapewnie. Stajesz się częścią onych drzew i kamieni, onych skał i szczelin, tych ostańców i traw, nieba, wiatrów, nazbytniego nasłonecznienia, różnorodnych plaż i pagórków… ruin i tajemnic. I fal oczywiście. Bo przecież to i one, a może w szczególności one… wiecie, przecież to o morze chodzi.

O morze, które słychać.

Wzburzone wciąż… fale uderzające o skały i o piasek, bo tutaj przecież jest i jedno i drugie, szeroka plaża w Melsted, piaszczysta, z rzeką i te skały tworzące może niewysokie, ale tak ardzo urokliwe klify…

I Gudhjem na wyciągnięcie dłoni.

Człowiek tak czasem idzie i po prostu nie wierzy w to, co widzi…

Bo to jednak jakieś tam spełnione marzenie.

Ale… no właśnie. Ostatnio jakoś wychodzenie na spacery miejskie to nie dla mnie. Pustki jeszcze, ale jednak jakoś tak wszystko to dziwne i puste. A przecież powinni tutaj być ludzie. Mieszkać, żyć, egzystować. Mieliśmy też byc otwarci cały rok, a chyba jakoś to nie do końca bangla, no ale… Turyścizny w końcu też nie ma, chociaż wciąż trąbią o tym znoszeniu obostrzeń…

Blah blah blah…

Czasem człowiek już naprawdę przestaje o tym myśleć, bo w końcu i tak nie wychodzi, jak już to drzewa ino spotyka, a cała reszta ludzizny go nawet z daleka nie tyka, więc po co mi te wieści? Po co jeszcze dokładać zmartwień. Klepie człek w klawiszki z domu, namaluje to i tamto, potem książki, kolejne kilka rozdziałów do pracy i dalej do pisania, zdjęcia, zmniejszyć, rozłożyć, wybrać, ułożyć…

Świat się wokół mnie nie kręci.

Nie mam nic przeciwko.

Może jednak kurde naprawdę wszystko to już za wiele… i za wiele też za wiele, więc… ale ja przecież i media społecznościowe czy telewizję omijam, więcej, nie mam TV, a Instagrama się robi i tyle. W końcu telefonu brak, kompletny asocjalizm… więc na co mi te wszelkie wieści. I tak jutro będą nowe.

Po co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Toaleta Przeznaczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Kostuszek…

„Malutki taki, rzezany i rzeźbiony…

… no po prostu dzieło sztuki, ale wiecie, ruszające się i żywe, chociaż ino z kości wszelakich, może i nawet i nie jego, nie do końca, znaczy kiedyś były na pewno może i  czyjeś, a teraz…

Już nie.

Bo przecież jak coś się znalazło, może i nie do końca legalnymi metodami, to jednak no weźcie, jak nie ma specjalisty, to nawet nie będzie wiedział czy to z kota, psa, człowieka czy krowy… a już wszelako nie czy pozyskane etycznie, czy jednak całkowicie wygryzione i teraz biedny zwierzak łazi bez kosteczki… noj przecież on był naprawdę taki malusieńki. I Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane go uwielbiała. Chociaż jakoś tak, serio i naprawdę, no nie mogła tykać jego prawego ramienia i kawałka półdupka…

Ale podziwiała te dziary.

Oj bardzo… zawsze miała ochotę na jakieś malunki na skórze, nie żeby se w kości grzebać, oj nie, szpik ma zostać gdzie jest, ale jednak, no wiecie, jak już to co i gdzie i czy na pewno i serio… tyle się zmieniało.

I zmienia.

Kostuszek był mały, najczęściej niewidoczny dla innych, więc nie miał takich problemów. Był tylko dla siebie, no i dla niej ostatnio i nawet se poroże dla niej lajsnął. Się to nazywa oddanie, bo po kilkunastu chwilach, gdy się zaklinował w takim czy innym przejściu, dziurce, czy zachaczył o sznurek i coś się popruło, to wiecie, zrobił je takie wyjmowane i wyłącznie na zewnątrz.

No wiecie, sztuka to jednak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak łatwo zapomnieć kimś się jest i tak bardzo łatwo zrozumieć, kim się naprawdę nie jest… tutaj. Będąc miotanym wiatrami, niezrozumianym przez żółtą kulę na niebie i jeszcze te blota i wszelakie załamania sieci i jeszcze… coś tam w powietrzu. Pewno, raju nie ma nigdzie, nie istnieje, ale jednak…

Może gdzieś jest?

Tutaj nie.

Z drugiej strony co to by były takie rajskie życie? Aniołki i ich trele? Ja tam niezbyt za aniołkową śpiewaninką… hymny i alleluje, nie, to nie dla mnie. Na pewno. I zapewne msze przymusowe czy coś w ten deseń. Nie, to nie dla mnie. No i ona grzeczność, no weźcie no, nie można nikomu przywalić, bo podziękuje za przefasownowanie buźki czy coś? Nie nie nie… czasem trza człowiekowi odrobinę piekielności. Ale z drugiej strony czym jest piekielność? Smoła?

Serio?

Fajnie pachnie…

No co? Benzyna też!

Niektórzy mają dziwne poczucie węchowej estetyki. I tyle. Przywyknijcie do tego, albo nie przywyknijcie, męczcie się z tym, że inni wolą inne. Dlatego tyle tego wszystkiego jest na świecie. Ha!!! Odkrycie wieczoru. Na zdrowie. Coś mnie w nosie kręci, wiatr nagle ucichł, nie wiem co myśleć…

Nie wiem co czuć?

Ale…

Oczywiście, że i u nas wszystko drożeje, bajer w tym, że jako miejsce wszelako turystyczne, u nas nigdy nie taniało, więc… nie, podwyżki żadnej nie miałam. I wiecie, może cud jakiś się stanie, ale jednak… no nie wiem. Zapytam Chowańca, może on widzi jakieś cuda blask na horyzoncie życia…

Urodziny się w końcu zbliżają.

Człowiek się starzeje… a może raczej, spoglądajac na ludzi tutaj, dopiero za ileś tam lat dotrze do tego wieku – okolice 60tki – kiedy to życie zaczyna się naprawdę? Wiecie, czasem tak myślę. One damy kąpiące się w lodowatej wodzie, może i pomarszczone, ale po dłuższej rozmowie wychodzi na wierzch, że ona już po 80tce, a wygląda jak wczesna 50tka… kurde, pewno to ta woda.

Trza się pokąpać.

Naprawdę, co jak co, ale kobety tutaj, takie, co wiecie, odpuszczają sobie, naprawdę wyglądaja świetnie. Odżywają nagle z wiekiem, jakoś tak fruwają, unoszą się ponad powierzchnią… naprawdę, rąbane anielice. Spacerują, bawią się. Robią, co chcą… czyż to nie jest zachwycające? Niektóre zaczynają nowe interesy, biznesy, inne wychodzą za mąż, w końcu lub od nowa, inne idą na studia…

Ja pierdziu… pięknie będzie!

Ekhm!

No co?

Cóż nam pozostało poza okłamywaniem siebie? Znaczy dodawniaem sobie tej no, nadziei czy jak jej tam. Nie wiem, nie wierzę w nadzieję.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kostuszek… została wyłączona