Pan Tealight i Kolega…

„Kolega Kolegi właściwie.

Naprawdę.

Podobno tego samego, co reklamował butelki samonapełniające się czymkolwiek sobie zamarzysz… oczywiście biznes upadł, ale… wiecie, miał go i to całkiem pokaźny biznesik był. Zatrudniał kilkanaście znośnie wyglądających babaeczek w wieku płodnym wciąż, raźnych i wszelako zdrowych, a i posiadłość na Wyspie miał. Posiadłość, co to zawsze dziwnie pachniała…

Lizolem?

I jakoś tak tam dziwnie cicho było…

Zawsze… zawsze cicho, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Kompletnie. Ni ptaki nie treliły ni gałązki się nie łamały ni nawet, wiecie, nie było słychać onej wiosny, jak szła, a już szła, więc i pączki na gałązkach wciąż dziwnie na zdechłe wyglądających, nie pykały, nic się nie działo… nie, działo się, wszelako się działo. Kwiatki kwitły pod onym czerwonym gaardem, jeszcze przebiśniegi i ranniki, ale też i krokusy już wychodziły, tm dookoła onego stawu, na którym Śpiewająca Kaczka mieszkała…

Chociaż nie wiadomo czy wciąż mieszka?

Może?

No i wszelako ten Kolega Kolegi zwyczajnie tak jakoś co noc tam miał zamykać bramę. Wiecie, odźwiernym takim był i tym, co dookoła zapalał lampy… nie, serio zapalał, bo w środkach były takie patyczki żywiczne, starczały na dwie noce co najmniej… niektóre nawet i na trzy. No więc on to robił i widzicie, chyba jakoś tak, czy to mróz był, czy po deszczu, co był zamarznięty, a potem przestał…

No wywalił się i coś sobie w plecy zrobił…

… więc Kolega wrócił był.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W stolicy dragi, znaczy wiecie, naszej stolicy, nie że Kopenhaga…

Jakoś tydzień temu, zaraz, dwa tygodnie temu, policja ogłosiła, że coś się dzieje, ale nie mogą powiedzieć. Potem na obrzeżach miasta znaleziono gościa, kopę haszu i simoleonów. Wiecie, to jest taka trochę tajemnica poliszynela, że Wyspa jest miejscem nie tylko przerzutu, spożycia, ale i produkcji wszelkiej maści używek. I nie, wciąż nie mam pojęcia gdzie i za ile je nabyć.

Nie jestem dziennikarzem, śledzić nikogo nie będę, zresztą, nikt nie chce podpaść władzom, szczególnie teraz. No weźcie, sama sobie nie będę zarzucać pętli na szyję. Nie wykopię stołeczka. Oj nie… Za słabe ręce mam, a po tej chorobie to juz w ogóle. Człowiek rzeczywiście jakiś emeryt. Boli wszystko, zmęczenie uderza mocniej i bardziej, nagle… już tak bardzo nic nie cieszy.

Nagle…

Z drugiej strony, przecież i tak nie odczuwam radości, więc…

Problemy natury narkotykowej są. Szczególnie oczywiście w rejonach nastoletnich osobników czy nawet dzieci. Bo sorry, ale przypalający sobie staruszkowie, no weźcie no, bez urazy, ale człowiek i tak ma już to życie mocno pokręcone, codzienność to rzadko jakakolwiek radość czy uśmiech, więc niech se hodują te pomidorki w szklarniach. Nosz przecież no… podobno pomagają na wiele. Sama bym spróbowała, ale wolałabym z recepty. Jakby można.

W cukierkach może?

… a poza tym jeszcze kobiecina się zamknęła w kibelku na noc… nosz kurcze.

Przyznaję, że to jeden z moich koszmarów, wiecie… zamknąć się w klopie. Małe te klopy, zapach jest i chociaż teraz w większości czysto i szczerze papier na pewno jest i woda, to jednak siedzieć tam przez całą noc? Ja pierdziele!!! Ten luty naprawdę nas wszystkich przeorał. W te albo wewte. To szczerze zły miesiąc był, bardzo zły… ale mamy marzec i…

Czy coś się zmienia?

Zimniej jest.

I tyle.

Świat stoi już nie wiem na czym, chyba na doczepianych rzęsach, albo coś w ten deseń i trzepie odbytem. No naprawdę. Naprawdę naprawdę. To wszystko jest zwyczajnie już jakimś studium upadku. No bo… jak inaczej patrzeć na świat toczący się od końca 2019 roku? Jak?

Czy da się inaczej?

Nawet wschody i zachody słońca są inne…

Wiatry dziwne, havgus jakiś taki opieszały i te dźwięki w powietrzu. Nagle wszystko zamarło, ucichło i odeszło w przestrzeń, która nie chce być odkryta. Która nie ma zamiaru dzielić się tym, co zabrała…

Inność.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kolega… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Zadziwienia…

„A jakie brwi miał.

A oczy!!!

Kurcze!

No po prostu najczystsza postać zaskoczenia. Coś, co spotykasz, gdy nagle wyłaniasz się zza ścieżki, a tam pod drzewem ktoś załatwia numer jeden, dwa lub trzy… no co, różne sprawy się załtwia czasem. Czasem z toaletowym czasem bez, bo i po co jakoś strzepnąć, otrząsnąć się można… albo z nożem. Wiecie, naprawdę wiele spraw i rzeczy dzieje się w ukryciu, ale też wiele zostaje nagle, całkowicie przypadkowo lub nieprzypadkowo, bo czyż przypadek istnieje… ma swoje bóstwo i awatary, ale jednak… jednak jakoś tak, po prostu i zwyczajnie stykają się światy.

I się dziwują sobie na wzajem.

I są takie… no wiecie, ani jedna strona ani druga nie chce tutuaj być, więc… następuje ta chwila, moment, w którym powinno się zaatakować, odejść, uciec, spierniczyć, włączyć guzik alarmowy, albo…

Się przyłączyć.

Zwykle jednak obydwie strony jakoś tak się cofają. Może niedowidzące, czy coś, może jednak nazbyt zaoferowane swoją robotą, tudzież pięknem natury, w którym przebywają, no wiecie, po prostu i zwyczajnie… no robią krok do tyłu. Niektóre upadają i wtedy Bóg Zadziwienia szturcha bliźniaka, Boga Zaskoczenia i jakoś tak, obydwoje mają z tego wielką radochę… ale czasem…

Czasem wszystko wygląda inaczej.

I dziwi się tylko jedna strona, bo druga przeczytała wcześniej scenariusz tej zabawy… serio warto!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Boginie” – … okay. Znaczy druga powieść, którą połknęłam, ale która już mnie tak aż nie porwała?

Okay, po pierwsze nie, to nie jest zła powieść, ale raczej trudno się nie domyślić kto co zrobił. No naprawdę, gdybym była autorem, to zakończenie byłoby trochę inne. Przecież inna osoba mogła to zrobić, a wciąż byłoby tak samo? No wiecie, gdy się czyta te książki jedną po drugiej, to dochodzi się do wniosku, iż autor okay, zna się na swojej robocie, czyli onej psychilogicznej lekko psychiatrii, ale ma problem… chyba ma wielki problem i wartałoby się wczytać w swoje książki, bo wychodzi jasno, że coś jest nie tak. Z twoim autorze życiem…

Ale…

Oto śordowisko studenckie oraz terapeutka, która wie kto zabił. Ajajajaj! Oczywiście, że jest też Grecja, no weźcie, nawiązania do mitlogii, a must have, a potem… już ino gorzej. Poboczne postacie są dziwnie niedopracowane, jak już się wprowadza ich tyle trzeba coś dopowiedzieć, coś dokręcić… jednak…

Nie mogę powiedzieć, że się źle bawiłam.

Historia ma ręce i nogi. Jest smutna i dziwnie nostalgiczna, ale za wiele grzybów w tym barszczu. Za bardzo autor starał się schować mordercę. Za bardzo. Za bardzo też go pokazać… i chyba się pogubił, ale i tak warto.

Warto dla uświadomienia sobie, że czasem człowiek jest zwyczajnie ślepy.

Wyszło na to, że w końcu coś się we mnie przewróciło, przekręiło, połamało, złożyło i jakoś znowu… nie wiem, można oddychać. Ona sławetna choroba dopadła mnie dzięki Chowańcowi, więc wiecie. Ekhm. Tak, wkurwniczające jest to, gdy człowiek z nikim się nie widuje, a tutaj, BOOM… najpierw myślałam, że to tylko on, że tylko grypa czy coś? Wiecie, w weekend go zaczęło łamać, no ale…

Nie, przyznaję, on akurat nie jest dziwnie marudny.

I zaradny jest, więc…

Ale jak kolejni z pracy wracali z testami do domów, to raczej było wiadomo, we wtorek test i tyle… teraz na wynik czeka się dłużej, jakby już naprawdę nikogo to nie obchodziło i się nie dziwię. Naprawdę. W końcu kurde, no ile można? Ja już nie mogę… myślałam, że przez 2 lata jak się nie udało, to może człeka to ominie? Chociaż czy to mądre, nie wiem, w końcu jeżeli ma dopaść, to lepiej mieć to za sobą, ale straszą, że po gorzej, że można wciąż i wciąż… panika.

Objawy? 4 dni silnego bólu gardła i całego ciała.

Jakbym była szklaną księżniczką, mocno po best before i miała zaraz się rozpaść, bo ułamek sekundy wcześniej ktoś mnie zrzucił z półki. Ale ten ból. Koszmarny, nie mogłam nawet trzymać butelki z wodą, wiecie, zgiąć palców, jakby stawy odmówiły działania, jakby wszystko oszalało. A gardło. Ścierny papier ma więcej uczuć!!! Żeby tak rwać… i po tych dniach nagle zniknęło… no prawie…

Prawie…

A potem odszedł zapach i smak.

Jakoś tak nagle. Dwie noce dreszczy, brak snu, a tutaj nagle, gdy człek myślał że już koniec powoli, że teraz ino ten katarek, kaszelek, słabość ogólna, to wiecie… nie czuje nic. Nieczuła suka ze mnie.

Ale emerytka.

Oficjalnie.

No dobra, może i wciąż słaba i chora, ale od 1 marca jestem emerytką. Znaczy, dokładnie czymś co wynikałoby z połączenia emerytury i renty, ale też czymś, co potem ma się przemienić w prawdziwą emeryturę. Znaczy, jak człowiek w ogóle dożyje onej starości, bo sami wiecie jak jest.

Walczyłam o to ponad pół roku, końcówka to początek lutego, potem jeszcze się okazało, że pomieszali papiery i nagle jestem dziwnie bogata, więc mi się nie należy tyle ile powinno, no ale… i nie, nie dostaję pansion takiej jak ktoś tutaj urodzony. Nie. Prawo prawem, płacą ci od lat, które tutaj przeżyłeś. I jeszcze dodatkowo nie wolno ci zamieszkać poza Danią na dłużej niż… chyba 3 miesiące…

Chyba…

Nie żebym planowała, ale warto o tym wspomnieć.

A poza tym, to wiele się wydarzyło, gdy człek zdychał pod kołdrą, nie żeby nie powinien był być tam i teraz, bo przecież wciąż go łamie, cieknie… erm, bit TMI? Na pewno! Może bez tych dodatków. Może nie tak dosłownie… chodzi o to, że jest wciąż źle, ale nie tak jak było i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

Musi być!

Innej opcji nie przewiduje się!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Zadziwienia… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Trąba…

„Najpierw w niskiej, ale wciąż zielonej trawie pojawiło się coś… coś jak mały, szary grzybek. No wiecie, nic dziwnego tutaj. W końcu jest mokro, względnie ciepło, właściwie od początku roku wiosna, jakby Zima wymówiła robotę, albo się obraziła, czy coś… no i ciepło i mokro, więc raczej już…

Chyba mamy tutaj tropiki, co nie?

Tylko czasem z przymrozkiem porannym, czy też nocnym, włąściwie, pół doby na minusie, reszta na chybaplusie? No nie wiadomo jak to jest, w końcu w nocy człek woli spać. By przespać czas, a moze… zwyczajnie ten świat ze snu jest lepszy? Jest jakoś tak bardziej znośny, już nawet te koszmary, choć takie namacalne, to jednak, wiecie, że się skońzą, no przecież… chyba że się nie obudzicie, ale nawet co, wtedy, po prostu pstryknięcie palcami i przechodzimy do innego snu.

I następnego.

I następnego… w końcu pieniędzy na bilet podróżny nie trzeba, tankować nie trzeba, a wiadomo, że wsio drożeje… Wsio!!! Jak żyć? Zaraz będzie kolejny podatek od oddychania, a tutaj jakiś grzybek. Zawsze dobrze oderwać swoje myśli od onej codzienności. Od tych strachów i stresów…

… od wszystkiego.

… może dlatego tylu się zebrało by obaczyc ten grzybek?

Prawie wszyscy poza Panem Tealightem i Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane, która wciąż była w Niewiadomogdzie i on prawdopodobnie jej tam szukał, albo też szukał onego miejsca, albo… nie wnikali, w końcu mieli przecież dziwny grzybek, którzy… zaczął rosnąć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie będzie polityki…

Będzie o ciszy.

Czy jak Anioł mówił: „Będzie chór”! A co, pamiętacie Alternatywy 4?

Ponieważ 26. zostaliśmy miejscem tranzytowym dla wojsk wszelakich, a wariat chce nam zrobić bombkami kuku, jakby serio każdy tutaj już kuku nie miał, dodatkowe podatki, niby wsparcie od państwa, od tego podatek i jeszcze… więc cisza, miało być o ciszy, bo przecież ona w końcu nastała. Nie tylko dlatego, że przez kilka godzin nie było prądu, bo kabelek się spsuł… od tylu lat się nie psuł…

Dziwne to?

Podejrzane?

Możliwe… na szczęście, choć zimno było i herbaty nie było, to jakoś się udało przetrwać te 4 ponad godziny. W ciszy. Ciszy bez lodówki jęczącej, bez piekarnika czy czajnika, bez komputerow, ruterów i tak dalej… nawet sąsiadka nigdzie nie wyjeżdżała, a ona to zawsze tak potrafi zaszaleć i trzaska tymi drzwiami jakby ich naprawdę nie lubiło. Tak wiecie. NA PRAWDĘ!!!

Na amen z pacierzem!

Cisza…

Bo wiecie co? Nie wiem jak to powiedzieć, choć Covid rozdziera mi ciało, wszystko pali, gardło się rozpada, wszelakość istnienia naprawdę nie ma sensu… to jednak, powinnam o tym wspomnieć.

Powinnam?

No więc… nie wieje.

Nagła cisza, która otuliła Wyspę zdaje się wprost grubnieć, wszelako się poszerzać i jeszcze puchnąć, wypełniać dodatkową, wyciszającą pianką, czy czymś tam, wiecie, niezbyt znam się na onej nowoczesności… ale wiatry widać tak. Wiedzą jak to zrobić, by najpierw przez dwa miesiące rozpierniczać ludziom życie i tak już nadmiernie skomplikowane, a potem, po prostu…

Odejść.

Zniknąć.

Oczywiście, że nie na zawsze.

No oczywiście… że wrócą. Zawsze wracają. Ale ta cisza… jest przejmująca. Przerażająca. Nie dlatego, że chcecie powrotu hałasu, trzęsących się ścian i okien, ale jednak, nadzwyca nienaturalna cisza, wprost nieruszające się kraki, gałązki, brak chmur, fal na horyzoncie, a nawet tak bardzo nieliczne samochody… to wszystko sprawia, że jest dziwnie. Cicho. Nie tyle cicho, co… bezdźwięcznie.

Jakby ktoś volume zniszczył.

Nie ściszył, ale kompletnie usunął pokrętło.

No ale… przynajmniej wiatr człowiekiem nie majta. I choć sam człowiek chory, to jednak, no jakoś takoś, choć jedna niedogodność mniej w życiu? Nie wiem… jakoś tak… cicho. Tylko to teraz wiem. Tego jestem pewna. I tego, że obudziłam się, a tutaj na listkach trawy, samochodzie i kamykach szron ostry niczym podniesione oręże miniaturowej armii. Jakby juz napięli łuki, wypolerowali zbroje, natarli wszystko jakimiś truciznami, bo połyskuje tak mocno w promieniach wschodzącego słońca…

Tak, słońce powróciło.

Nie żebym aż tak tęskniła.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Trąba… została wyłączona

Pan Tealight i Holy Mother Of Big Bellies…

„Bo ona z zagranicy była, to wiecie… przyniosła ze sobą one nieznane, albo zwyczajnie tutaj jeszcze nie zadomowione filozofie, że jakoś tak targała za sobą całą tą świadomość innego, całą oną…

… że ciałopozytywność, że kobiety kobietom i tak dalej.

A baby tutaj były raczej z gatunku bardziej wątpiących, więc nie chciały…

No dobrze, nie były przekonane. W ogóle. W znaczeniu nie były przekonane do tego co robiła, do tego jak zwyglądała i wszelako, jak bardzo się nie zmieniała zależnie od pogody i aury wszelakiej i jeszcze… no przecież to podobno kobieta, może i wiek średni raczej, ale jednak, kurde no… żaden pryszcz?

Serio?

Ale gdy Pan Tealight ją zobaczył, to od razu zrozumiał, że co jak co, ale to jego jedyna szansa, żeby Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane się do niego oddezwała. Jakkolwiek… bo przecież wiecie, kwarantowana była. Ale podobno już jej się ona kwarantanna skończyła, może i lekko dziwnie jakaś inna była po tej chorobie, ale przecież kto by nie był. Nie no… jak tak na nią spoglądał, to wiecie, zaczynał sobie uświadamiać oną mityczną kruchość życia ludzkiego i trochę go to przerażało, ale postanowił, że zrobi to na Scarlett. Znaczy i jutro… jutro o tym pomyśli, a na razie będzie się cieszył z tego, że ona się zbliżała…

Nawet całkiem dziarsko szła.

Słuchawki w uszach, plecak nowy, względnie nowy, czerwony, mały miś biegnący obok niej, bawiący się swoimi kaloszkami, taki znajomy, tak bardzo tu chciany… i jeszcze te resztki po mrozie nocnym, który nieźle się zabawiał ze wszystkimi i wszystkim. Jak zawsze ubrana na czarno, jak zawsze jakoś taka gadająca do siebie, albo do tych, których nie widział…

A potem… zniknęła.

Nie przyszła?

Nie do niego szła? I Wenus Wielkiej, którą skołował?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I świat znowu się zmienił.

Przyznaję, z pozycji osoby mocno wciąż majaczącej, że raczej nie do końca wiem, co się dzieje, ale… wiem, co czuję. Strach. Zawsze ten strach. Bo przecież to wszystko tak bardzo przypomina zagrywki głów państw największych z przeszłości. Tak bardzo, że aż za bardzo. I tak, rozumiem strach innych. Ale czy rozumiem o co w tym wszystkim chodzi? Nie. Chyba po raz pierwszy kompletnie nikt nie potrafi mi wytłumaczyć o co Rosji chodzi w tym całym szaleństwie.

Co mnie uderzyło, to skala hejtu, jak odbija się w internecie na niczegowinnych pojedynczych osobach. Wiecie, z Rosji. Jak nagle gloryfikowanie są ci, co nic nie znaczyli, ale teraz, bo z Ukrainy, to wiecie…

Od razu zbiórka kasy.

Hmm… Oszust z Tindera?

Czy mój brak wiary w ludzkość?

Nie wierzę w takie, wiecie, niby nie do końca pospolite ruszenia. Nigdy nie wierzyłam. Kiedyś może to miało jakąś drobinę prawdy w sobie, ale wszyscy wiemy, że największe fortuny zdobywa się na wojnie i dzięki niej. A świat zrąbany pandemią zwyczajnie… no właśnie, czy w tej Rosji inne szczepionki dają?

Tak serio?

Bo te nasze to nie działają, jak widać.

Co na Wyspie?

Ranniki przekwitają, powoli i śnieżynki i przebiśniegi zdychają, a jednak… jednak coś się znowu dzieje z pogodą, temperatura spada. Wieje, wciąż. Właściwie, szczerze, czy w ogóle w tym roku niewiało… może przez godzinkę?

Dwie?

Ogród budzi się do życia, sławetny czosnek niedźwiedzi ma się cudownie. Po prostu wybija z mokrej ziemi, jakby próbował od czegoś uciec. Czegoś nieznanego, dziwnego, czegoś takiego… strasznego? A może jednak nie, może chodzi o coś innego, by wyleźć jak najszybciej, bo przecież… bo…

Może jednak?

Świat się niby wiosenni, a jednak…

Tak właściwie, to przecież wciąż mamy zime. Jeszcze przez chwilę, no ale jednak zima. Helloł. Może by tam tak jeszcze pośnieżyć? Podobno koniec lutego gdzieś tam jeszcze poprószył, ale czy u nas?

Nie widzę.

Bo przecież piszę sobie to na zapas, wiecie, człowiek chory, więc woli się zabezpieczyć i powiem wam jedno. Jeśli możecie idźcie na spacer, w las. W góry czy nad morze, ale jak nie wieje, no wiecie, trza na siebie uważać. Jednak jeśli można, to po prostu idźcie w las, pogłaszczcie korę drzewa, popatrzcie na pączki, jeśli są. Jedzcie pączki, ale te no, wiecie, te słodkie… zróbcie sobie choć kulinarnie dobrze.

Po prostu.

Zwyczajnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Holy Mother Of Big Bellies… została wyłączona

Pan Tealight i Ałtficiara…

„O rany jakie ona miała ego.

Tak wielkie i mocno spuchnięte i kroczące za nią nosząc maleńką, złotą poduszeczkę, a na niej kryształową miseczkę z orzeszkami złoconymi… i perełkowe cukiereczki, leciutko połyskujące melodyjnie w świetle wschodzącego słońca. Serio, to wszystko było aż tak bardzo przesadzone. Unoszące się nad nią nowe światy, niektóre dopiero się rodzące, inne znowu już wchodzące w epoki przeróżne, może i kompletnie inne niż te znane, opisane, współczesne… a jednak… były tam też jakieś byty, w zamkniętych, kulistych tworach, dziwnie miny robiące…

Byty, które miały na sobie szpilki, cekinowe sukieneczki i garnitury…

Co się działo?

Sen szaleńca?

I te kroczące szafy. Wszelakie. Głównie drewniane, ze zdobieniami na górze, nóżkami rzezanymi w pazurki i oczywiście malowanymi. Szafy drewniane, ale i takie malowane we wzroy, niby plastikowe toto, niby jakiś lak czy coś… były i przewiewne takie, metalowe, były i modne jakieś, z workami, niczym trumienkami na ciuchy najbardziej widać wartościowe, pakowane pojedynczon…

I jeszcze pudełka na buty.

I te na kapelusze, zabawnie toczące się uliczką, by potem z gracją wskoczyć na mostek, a potem zacząć się przepychać przy wąskiej furteczce. Jeden zamoczył pokrywkę w rzece, inny się za nic obraził i chciał wrócić, więc się zrobił zator, niby nic nie mówiły, ale skrzypienie, dziwne dźwieki sznurków i nitek, drucików i żyłek… A ona, ona tylko patrzyła w niebo, zaintrygowana oną dziwnością i miejsca i chwili… ale też jednocześnie, dziwnie tutaj nieobecna, wciąż gładząca ono wielobarwne futro, które miała na sobie… srebrzyste kozaczki i…

… nic więcej poza wielkim, jasny kapeluszem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pacjentka” – … oooo. Fajne.

No dobra, może to dość krótkie podsumowanie lektury, która jako pierwsza od dość długiego czasu mnie wciągnęła, ale… wiecie, jedno słowo tysiąc słów… czy jakoś tam. Ale tak szczerze… Tak, rzeczywiście miałam chrapkę na tę pozycję już od jakiegoś czasu, ale wiecie, się nie złożyło… no i nagle promocja, dają dwie, akurat to był, ekhm, ten dzień w miesiącu LOL i wiecie, nie żałuję.

Przeczytałam już obydwie.

Są genialne.

Nie wiem o co chodzi, bo przecież ten myk z narracją, połowa dziennik, połowa czasy współczesne, a jednak porwała mnie i na jedno posiedzenie poszła. Trochę nie do końca rozumiem rolę żony głównego bohatera, poza w pewnym sensie no wiecie… nikt nie chce spojlerów, ale jeśli czytaliście, to co myślicie?

No i główny bohater, Grecja i te sprawy…

Coś innego, coś… co na końcu zaskakuje, wali w ryj i po prostu… no zwyczajnie warto. Szczególnie w te wietrzne czasy! Dobrze napisana, złożona, przetłumaczona, psychologiczna w pełni, więc… wiecie…

Działa!!!

Hmmm, to tak…

Testy.

Chyba przez cały czas, znaczy w wyznaczonych godzinach można zrobić ten nosowy w Ronne, ale w Tejn na gardziołko ino w wyznaczone dni. I tak, na każdego przychodzi pora, wiecie… raz w robocie wszyscy zachorują, niby nie masz objawów, ale lepiej sprawdzić… negatyw. A potem nagle wszyscy w robocie chorzy, testują się, pozytywni, tobie coś w garddzieli gra i jakoś tak, zwalałeś to na wiatr, no czujesz się do zadka, więc… właściwie, to po kiego się testujesz? Czy nie lepiej by było w domu zostać te kilka dni, popracować z domu, może pochorować i dopiero potem sprawdzić?

Przecież jaki to ma sens?

Podobno teraz, gdy już nie ma maseczek i tak dalej, to jakoś tak, no… Szwecja też już nie wymaga testów, więc… po fakcie? A po co mi wiedzieć? Przecież powikłania jak będą to i tak będą. Lekarstw nie dają, więc po co ten stres, a pamiętajmy, że stres spiernicza wszytsko. Potęguje, zamęcza… no i jeszcze to całe łażenie w miejsce, gdzie prawdopodobieństwo spotkania chorego jest większe niż niewychodząc z domu… no dobra, w ogódku była wsadzić cebulki, wiecie, takie z tych doniczkowych kwiatków. Będą na przyszły rok. A co… cebulkowe to jak dostawanie kwiatów na zawsze.

No na przykład te winogronka, okay muscari, niech im będzie.

One się plenią przez cebulki i nasionki, wiedzieliście o tym?

Ja już wiem. LOL

No ale…

Jak już się okaże, że wiecie, no czujecie się kijowo, to nagle może was zaskoczyć kochanica sąsiada wpadająca wam na posesję, tia, ta sama co kiedyś tutaj jej pies omal nie rozniósł mi ogrodu. I nie, nie mam nic do psa, poza tym, że głupio tak, bo szczeka ciągle, a szczególnie jak idę siku… no wiecie, odrobinę prywatności pies, no weź… ale wróćmy do kochanicy sąsiada, nie będzie z dużej litery, więc jak pies robił rozpierdziel mi w ogródku, to ona na bani i to nie wiem jakiej czy palonej czy alkoholowej rozjechała się na cztery litery… ale…

Choruje się, a ta wpada i mówi, że nasza roślinność jej zasłania widok z okna…

Z okna kuchni na drogę.

Ekhm… może zarysuję sytuację. Mieszkają za nami i dzieli nas sporo ogrodu i ichniego i naszego. Mieszkają też trochę ponad nami, więc… i zima jest, nie wiem w jaki sposób coś jej może zasłaniać ja małpę widzę. Jak wezmę aparat, bom ślepa, ale jak człek robi pączkom zdjęcia, to wiecie…

Wiele rzeczy w ramach kadru zauważa.

No więc wpada, wali w drzwi, Chowaniec wylazł i słucha, a ona coś o syrenach i kuchni – jak się okazuje moje kochanie nie wie, że po naszemu syreni to bez, więc już wie – no i że trza je przyciąć. On tłumaczy, z oddali, że mierzył i krzaki zgodnie z prawem, a nawet jakby co, to jak ma teraz wyleźć, rano w wichurę, tak w zimie ciąć? Kuźwa serio… babsztyl w końcu przyznał, że no rzeczywiście, może lepiej bliżej lata… a potem przyszły wyniki testu… no wiecie… Chowaniec zdał.

Egzamin, którego nie chcesz zdać.

I przyznam, że jako człowiek niewychodzący z domu, niespotykający się z ludżmi, wprost wrzeszczący na ich widok i z papierami szaleńca uważam to za nie fair, iż coś mnie już łupie i… sami wiecie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ałtficiara… została wyłączona

Pan Tealight i Zidiocenia Bóstwo…

„I nagle ono powróciło… nie no, nie była to jakaś nowość.

Już nie miejcie takiej wiary w ludzkość…

Bóstwo Zidiocenia miało tutaj nie tylko swoje cudowne, choć wielu zaprzeczało ich istnieniu, świątynie, place zabaw jego imienia, szpitale nawet, wiecie, lekko kuku i gaje, nie do końca oliwione, skrzypiące, stare drzewa wygrywały w nich creepy muzyczkę, która na zawsze pozostawała w głowach i sprawiała, że z czasem jakoś tak, jakoś nie można już było jej wybić sobie z głowy… niczym, czy mechanicznie czy niemechanicznie, po prostu nie można było, nie…

Po prostu…

Miał własne obrzędy i własne święta, w niektóre sami się bawicie, choć nie wiecie, ale przecież, do tego nikt się nie przyzna, nikt… uznanie za wariata, może i czasem wydaje się być takie miłe i takie, ojojoj, zabawne wszelako, ale jednak, tak naprawdę, nagle rzucone pomiędzy onymi garniakami i strojami za grube tysiące i sukniami z kamieniami, biżuterią, może i nie do końca wielce wartą, ale jednak markową, a przecież to tak bardzo się liczyło…

Marka ponad prawdziwe kamienie i metale…

Marka.

On nią był.

Znaną, w rzeczywistości najbardziej popularną, ale jednak… nie zawsze wspominaną. Gorzej, coraz częściej zwyczajnie nawet nie wymienianą z nazwy, ongo słowa bano się, a jednak, przecież, definicje i modlitwy były wysyłane i wypełniane, więc… On się pojawił, le tym razem większy niż kiedyś, mocniejszy…

I dziwnie rechoczący.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra, bo linki dostaję… że Bornholm, że Rosja, że USA.

Ech… pamiętacie jak pisałam o tym, że Tubylcy boją się Rosjan? O tym, że Wyspa została wyzwolona, no nazwijmy to tak ładniej, zbombardowana, zgwałcona, dopiero rok później po bawiącej się Kopenhadze…

… no więc podobnie jak stres zaznany w dzieciństwie wpłynie na dorosłego, tak i tutaj ludzie boją się panicznie Rosjan. Wierzą w wojnę. Wierzą w to, że oberwią cokolwiek i kiedykolwiek. No naprawdę. I to nie tylko bardzo wiekowi ludzie. Nie tylko ci mniej obeznani ze światem, czy jak to lubicie określać. Moim zdaniem tacy, co dobrze wiedzą, że wsystko się powtarza.

I wsio się może zdarzyć znowu.

… więc tak, Amerykanie pewnikiem zlecą się bardziej i tak dalej, że to prawo z 1946 roku? Czy 1964? Ja nie mogę… 1946r. Kiedy to było, no weźcie no, ludzie, straszenie to wszystkim cudownie wychodzi. Naprawdę. Najpierw, że śmierć, że odbieranie praw, że umrzecie wszyscy i pandemia i jeszcze…

Serio.

Strach to na codzień jest obecny.

Nie trza dokładać.

Co wiadomo na pewno, to to, iż na sezon pracowników brakuje, więc jak ktoś samobójca, to szczerze, możecie się starać.

No dobra, nie no… przesadzam.

Nie, nie przesadzam, zwyczajnie wolę napisać coby przesadzić, by prawda pozostała gdzieś tam pomiędzy, bo przecież szczerze nie da się prawdą ino żyć. Nikt by tego nie zdzierżył. Przecież… kuźwa, jestem dorosła, a jednak i tak wiem, że cholerny Patiomkin może się wynurzyć i nam przypierniczyć i nikt nie zareaguje. Na Facebooku ludzie się żrą, bo Kanadyjczycy, jak się okazuje nie są spokojni i tak jak człowiek nie czyta wiadomości i spiernicza od nich jak najdalej, to jednak…

I tak w coś wdepnie.

I mam dość.

Człowiek szczerze się odciął od TV, radia, w ogóle radio jeszcze istnieje? Stron wszelakich, nie no, włazi na FB czy Insta tylko po to by odbębnić robotę i tyle… i ucieka. Jakoś tak. Tak zdrowiej, a przynajmniej tak mi się wydaje… a może zwyczajnie nie mogę już w tym świecie. Kilkanaście lat temu przeprowadziliśmy się na Wyspę by uciec od tego wszystkiego. Onej polskości, miastowości, dziwnych przejawów cywilizacji… i co? I nie, żadne z nas nie myślało, że to tutaj będzie rajem, nie… każdy świat ma swoje pasujące i niepasujące strony, ale jednak…

Zbyt wiele się zmieniło.

Zbyt wiele.

A co będzie? Nie wiem… na pewno strach będzie. Na pewno, z tego, co słyszę, nikt już nie ma prawda powiedzieć czegoś, co myśli, co nie jest zgodne z głupotą większości. I tyle… czy można to zaakceptować…

Może lepiej znaleźć kolejną dzicz?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zidiocenia Bóstwo… została wyłączona

Pan Tealight i Influenser Poznania…

„No wiecie, taki z kamerką i takimi ustrojstwami wszelakimi… pajączek taki bury, niby z oczkiem, a jednak jakby widział więcej niż ci z sześcioma, na dodatek muszymi gałami, i ciągłe gadanie… i ciągle chce zniżki… i ciągle jakieś takie trącania i fochy, żeś go nie polajkował, czy coś.

Serio wyglądał jak pająk obrany z nóg, znaczy niby człowieczo wyglądał, górne miał i dolne też, odzienie owszem i to na XXXS, ale jednak, to jedno oko z taką no, chyba, zaraz, serio? Tak, on tam miał soczewkę i samowyzwalacz pod pachą i jeszcze… do tego puszczał sobie muzyczkę. Jakąś taką dziwną. Pewno raczej nie taką, za którą trzeba wiele zapłacić, ale wiecie, na pewno go nie zdemotyzują. A był przecież wszędzie. I Jutubowie i Instagramowie go znali, Tiktokowie i inne tam Snapczatowie i wszelakie rodziny SM go wielbiły i mocno, radośnie wprost nazbyt wylewnie, witały…

Jak wyjeżdżał.

Coś jakoś tak, więc… hmmm, z jednej strony był znany, miał milion i tu i tam, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane – jak twierdził, wyłącznie z zazdrości – rechotała, że to kosztuje ino kilka stówek, więc niech się tak nie obnosi, bo da mu do poczytania plotkarskie strony…

Ale…

Wiecie, ona nie miała milionów, więc była dla niego nikim, zresztą wciąż chora i oficjalnie nierozmawiająca z Panem Tealightem, który pisał do niej już kolejny list – zeszyt, książkę, czy może trylogię nawet…

A i on był od poznania… wiecie, nie mody i przyrody, ale poznania… w znaczeniu samego onego, cudownego dla niego, jedynego i wciąż nie do końca zrozumiałego, no wiecie, czucia uczucia… poznania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dudley and Eunice?

I od razu szaleństwo, że ludzie tego nie wymówią… oczywiście chodzi o sztormy, ale… tak szczerze, kto z nas pamięta, że przed nimi był Malik? Kto w ogóle, poza pasjonatami tematyki zapytają się, jak nazywa się to cholerstwo, które rozpierdziela ci dzień? Albo tydzień… No więc u nas wymyślili, że Dudley może być, ale to drugie, to ludzie nie będą potrafili wymówić, więc trzeba zmienić.

Ekhm?

Serio, opłaca się? Sztormy dwa, będą nas napierniczać kilka dni a potem, przyjdą nowe, więc…

Dajcie se siana!!!

Będzie Nora… aczkolwiek sama się przyznam, że nie wiem kiedy ten jeden sztorm się kończy kiedy inny zaczyna, szczerze, bo wieje i to serio mocno przez cały czas, podmuchy sprawiają, że gacie mi latają… i inne rzeczy też, a na dodatek podnosi takie doniczki, których sama nie potrafię, więc…

No wiecie.

Dajcie se siana z tymi nazwami, określmy to jako pore wiatrową i tyle. W końcu bez urazy, ale zimy to nie będzie. Nie było… były tylko dwa dni, które były piękne i zimne i cudownie mroczne, a cała reszta, to żałoba po sezonach.

Bo ich to już nie uświadczysz.

I tak nagle…

Nagle człek sobie uświadamia, że taki wiatr to inna forma niewoli.

Znaczy… oczywiście, że można siedzieć w domu i jak się go ma wystarczająco dużym, to zawsze się znajdzie kopę roboty, coś z ulepszeń czy jakoś tak, a może jakiś handmade i tak dalej, no wiecie, mądre umysły znajdą sobie zajęcie, a nawet może i w końcu zdecydują się na leżenie dupą do góry, w czym jestem kompletnie niewykształcona. No nosi mnie no. Nawet czyste można zawsze przetrzeć…

Coś napisać, namalować, w końcu album dopracować…

W końcu to coś zmienić…

W końcu… a może jednak w tych wiatrach chodzi o to, by się wsłuchać? By jakoś tak pozwolić im wywołać w nas te uczucia, nawet te najbardziej kiepskie, jak lęk i wściekłość z niewiadomojakiego powodu. Może jednak chodzi o coś, wiecie, bardziej wewnętrznego, a nie tylko wianie i zamartwianie się, bo jakoś tak, ehm… ostatnimi czasy, to zauważyłam, że człowieka wyłącznie opisuje stan konta.

Oczywiście miejmy na względzie moje znikome, nie mówiąc iż żadne, kontakty z ludźmi. Chyba jednak trzeba o tym pamiętać. Dobra, powiedzmy, że wiedzę czerpię z internetowych komentarzy. Są straszne. Mega przerażające!!! Tylko jeśli masz i to jeszcze musisz mieć pewne rzeczy, miejsca zobaczyć, jakby kurde był jakiś poradnik, którego nie dostałam. Jakby… było coś: jak żyć, ale mnie z tym nie zaznajomiono? Czy to możliwe? Serio? Możliwe?

Kurcze…

Świat nie jest taki jakim go opisywali filozofowie, bardziej to już fantasy… i to kiepskie. Z cycami na okładce.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Influenser Poznania… została wyłączona

Pan Tealight i Kochanek Bezkochanki…

„Bo on tak bardzo kochał, wszelako i namiętnie.

Róże to mu z każdej kieszeni wystawały, liściki miłosne, poematy i wszelakie tam wiersze i rymowanki… do tego jeszcze, właściwie pasowały do każdego, znaczy każdej, bo jednak płeć miał sprecyzowaną.

Chyba?

Ody to mógł na poczekaniu, serenadę, gitar miał a trzy i umiał śpiewać i jednocześnie wspinać się po winorośli czy innej rynnie i w tym samym czasie, no mistrzu no, przeżyć umiał. Serio. Mag jakowyś czy bóg może nawet? No ale… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, obrażona ostatnio na Pana Tealighta, co on starał się bardzo zmienić, ale kurde wiało, potem Wiedźma przeszła w stan kwarantanny i tyle ją widzieli. Tak właściwie od tygodni już jej…

Kurcze…

Świat był coraz bardziej złym miejscem.

Musieli to naprawić, ale jakoś on się przyplątał, a że bab w Sklepiku z Niepotrzebnymi wiele, to wiecie… każdy dziś szuka onej odrobiny pocieszenia, chociażby malutkiej, mikroskopijnej… no jakiejkolwiek jednakże. Takiej, co to ociepli, albo choć poruszy one zapomniane miejsca w duszy.

Czy innym tam sercu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Opowieść podręcznej” – … okay. Przyznaję, że no… ekhm, myślałam że to powieść. No wiecie, oryginalna, literki i te sprawy. Jakoś tak, no czysty przypadek, to trafiło w moje ręce.

I chyba nie żałuję.

Chyba?

Nie no, oczywiście, że wciąż chcę zdobyć powieść powieść, ale to jest naprawdę intrygująca pozycja. Trochę film, trochę koszmar. Bo jakoś tak ona czerwień na tych białych stronach, ta wybiórczość kolorystyczna… wszystko to, w jaki sposób Renee Nault przedstawia naszą bohaterkę, którą wielu zna z popularnego serialu HBO, może i mniej z samej, opublikowanej w latach 80tych XX wieku książki… czuje się bardziej. Tak, poprzez oną „komiksowość” powieści nagle coś, co winno być opowieścią o superbohaterach, bajką nawet, przeraża bardziej.

Ona opowieść o odbieraniu kobietom wszelakich praw, tak prosta, dziwnie logiczna, uderza bardziej.

Bo czy naprawdę wciąż mamy jakieś prawa? Czy naprawdę możemy o sobie samostanowić? Nawet teraz… pieniądze, oj to meżczyzna, nie masz mężczyzny jesteś przegraną. Nie masz dzieci, nie jesteś kobietą… właściwie, czy w ogóle jesteś… Czy jeszcze tam jesteś?

Ta opowieść autorstwa doskonałej autorki i zaskakująco dogłębnej w swej kresce kanadyjskiej ilustratorki przeraża. Akwarela i tusz… czerwień, czerń i biel. Prostota. To dociera do onych bajkowych obrazów, które często w sobie tworzymy, onych pragnień i rozbija je w pył…

Ważna!

Wieje…

Koszmarne, psychiczne powiewy telepoczą domem by potem nagle ucichnąć i zaszumieć deszczem… a potem łączą swoje siły i nie wiesz, czy kopać piwnicę, czy jednak spróbować pozostać na powierzchni… niby to tylko do 18km na sek, ale jednak… przeraża. Chyba zależy to od kąta pod którym wiatr wieje…

A może wyłącznie od mocy?

Nie wiem, wciąż tego nie rozpracowałam. Wiem za to jedno, wiatr to coś, co jest zmienne, coś, co mocno na wszystkich oddziaływuje i dodatkowo jeszcze, siła, z którą nie można się mierzyć… ale za nic nie mogą powiedzież już, że podwyżki prądu były z powodu braku wiatru. Oj nie… znaczy może w zeszłym roku, ale tak spoglądając ile wiało od początku roku – codziennie – to chyba już mogliby te podwyżki odrzucić? Ale gdzie tam. To jak z podatkiem od masła…

Odeszło opodatkowanie, ceny nie zeszły…

Ale czasem są promocje… coś, co powróciło po wielu latach niebytu.

To trochę trudne by wytłumaczyć komuś, kto tutaj nie mieszkał przez kilka lat, co jest z tymi wiatrami. I które są dziwne. Tak naprawdę to chyba jak z chorobami psychicznymi, odczuwaniem bólu i żalu czy radości, gdy nigdy tego się nie czuło. Nigdy… widzicie, to jednak ono pierniczone doświadczenie. Czasem przez rok nie wieje strasznie, a czasem wieje prawie cały rok i…

I na ludzi zwalają na to winę i dowalają podatków…

A od podatków jeszcze są podatki…

Serio.

Spoglądanie na prognozę pogody, tą rabaną kreskę ciągnącą do góry, potem na chwilę w dół, a potem znowu, niczym wykres bicia serca. Ale czyjego? Nie Wyspy, bo ten wiatr jest tak bardzo obcy…

I ten deszcz, zdolny zmieść kolejne zagajniki… rozerwać rzeczne linie, porwać brzegi, wszelako odsłonić, ale i zasłonić. Zniszczyć i stworzyć. Być i nie być. Przesłać ziemię w morze i zmieść ją na drogi.

Co jak co, ale suszy nie ma.

Chwilowo?

Czy znowu lato będzie kolejnym ekstremum pogodowym? A co z Turyścizną? Czy otwarte Maroka i inne Malediwy sprawią, że będzie ich trochę mniej? Kto tam wie… współczesność uczy, że pewnym można być niewielu spraw. A czasem i ino jednej, onej wszelako ostatecznej. Mocnej…

Czy już wyciągneliście maseczki z kieszeni?

Czy znacie życie i zakupy bez nich?

Wyjazdy do Szwecji, w szczególności na początku tego szaleństwa były takie dziwne. Wyzwolone. Niegrzeczne. Jakby człowiek robił coś naprawdę złego, a po prostu przekraczaał wodną granicę i już, był w świecie, który aż tak się nie bał. Któremu ktoś pozwolił żyć… oddychać. Czasem się zastanawiam, czy gdyby nie mniejsze zarobki i wszelako, no wiecie… Królowa, czy nie byłoby mu lepiej tam, ale jednak… okay, skał tak nie ruszą, chociaż, ruszają, ale te drzewa, powalane w chwilę. Mgnienie oka i znika las, mgnienie następne już są sadzoneczki…

Pustka przez kilkanaście lat.

Ból i dziwna cisza…

Ekologia Skandynawii to kłamstwo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kochanek Bezkochanki… została wyłączona

Pan Tealight i Zakręcony Pan…

„No przez te wiatery.

Jednym odbijało i więcej pili. Innym odbijało i więcej jedli. Innym jeszcze odbijało i ćpali, a on, to no z nim było inaczej i tak jakoś go nie tyle odbiło, co raczej pokręciło. A nawet i zakręciło. I omotało, zamotało i jeszcze, w pewnym momencie coś mu z ręką się stało i się pętelka taka sama z siebie zrobiła.

Niczym na Miecz Damoklesa czekająca…

Ale jak to tak, w rękę… chociaż, jeśli to ta ręka, co do grzechu, ech, naprawdę te wiatry to sprawiają, iż człowiek czy też i inne zwierzęcenie, czy lekko ludzkościenie, no wiecie, jak ma mózg, to odczuwa i może mu odbić, więc należy jednak uważać na wszystkich i ono wszystko i jeszcze…

A wiało.

Najpierw jeszcze nadawali imiona tym wiatrom, a teraz, teraz już nawet o to nie dbali, już mieli to gdzieś, wiatr i już. Wszelakie zawłaszczenie myśli i marzeń, duszy podduszenie, mocne zagubienie… No i jak widać pokręcenie. Ale co teraz z tym? Niby mówi, że go nie boli, ale jednak… aż ból patrzeć, no!!!

Może jednak uciąć łeb i ukrócić umęczenie?

Ale z drugiej strony kilka Królewien po Best Before się nim zainteresowało, nawet rzuciły mu tam jakieś reklamy, wypchały ziarnem ciuchy, coby coś tam zaciągnęło go do domu, znaczy do nich, nie no, jak już znalazły chłopa, to tak łatwo nie puszczą, toż to wszyscy wiedzieli… wszyscy. On chyba też, bo choć taki, wiecie, lekko skąplikowany i skręcony, to zaczął się od wróblinek i sikorynek obganiać i krzyczeć zaczął, że on może by bardziej ten łeb by chciał stracić…

Problem w tym, że one zaczęły od razu pytać dla której najpierw chce stracić, bo mogą wielokrotnie i w końcu…

Pojawiła się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane.

Na szczęście?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tia.

… wiem…

Powtarzam się, ale znowu wieje. I to przychodzą kolejne ostrzeżenia, że będzie gorzej i w ogóle i na szczęście Królową wypuścili z izolacji, więc przynajmniej to fajne, ale ten wiatr. Te dziwne powiewy przynoszące allergeny, o których moje zatoki nawet nie myślały, albo szczęśliwie zapomniały, no to wiecie… tak serio, nagle człek sobie uświadamia prawdę niezbywalną, że jak napierdziela powietrze, to się wyjść nie da. Autem miota i mota i jeszcze… jeszcze…

… już nie myślę nawet o chodzeniu…

Był człek na spacerze i tyle…

Wywiało go, teraz kicha i tyle. Ale wiecie, żeby nie było, nałykał się tego obcego powietrza i… tia, wiem jak to brzmi, ale po tym jak się pomieszka tutaj dłużej, to człek odróżnia rzeczy, które należą do tego świata i te, które do niego nie należą. Po prostu. Dziwne to? Nie, bo przecież Wyspa to jednak specyficzny ekosystem i należy o tym pamiętać. Też i o tym, że ludzie do niego należą…

Niektórzy tylko przez chwilę… w odwiedzinach…

Inni znowu… na zawsze.

Wiecie, taki to czas. Świat taki. Zwyczajny bardzo… skały tu są i woda i resztki po drzewach i nazbytnuo wiele domów i ona Pustka… którą już chyba należy właśnie z dużej litery pisać, bo staje się w pewnym czasie dziwnie przejmująca. Taka dominująca… szczególnie jak się słyszy o kolejnych osobach, co to się tłumnie i szunie sprowadziły tutaj w czasie pandemii, a teraz…

Uciekają.

Wracają…

Wracają do siebie.

Nigdy tutaj sobą widać nie byli i tyle…

Ale ten wiatr, skaczący z nagłej ciszy w okropne powiewy, ono słońce niczym stroboskop albo zrąbana lampa… no ta no, jarzeniówka. Słońce, ciemność, ciemność, słońce, po prostu czyste szaleństwo. Człowiek nie wie co ma ze sobą zrobić. Nagle się okazuje, iż jest coś gorszego od onej wyłącznie jasności…

Popierniczona, nieleguralna zmienność.

Zasłonić okno czy odsłonić… spali roślinki czy nie… co z tym słońcem, a może to jednak jakaś taka dziwaczność, roślinne samobójstwo czy coś? No weźcie no. Spalone liście, oklapłe, niby wszystko okay, przecież roślinka winna kochać słonko, pisze tak na karteczce, a jednak… jakby krzyczała gdy ono tylko wyłazi. Hmmm… czy w sklepie się pomylili, czy jednak to ono słońce już nienasze?

Kto to wie?

Ale mniejsza, o kolejna osoba się wynosi… wam powiem, że jeśli ktoś chce kupić domek na Wyspie to teraz nagle znowu jest dobry czas. Serio. Nawet ludzi do roboty szukają bo się u nas bezrobocie nawróciło na inną stronę? Nie wiem  jak to się wydarzyło, ale jakoś się wydarzyło… cud? Pojechali ludzie do Gdańska błagać młodych o to, by przyjechali na lato do roboty. I tak się zapytałam z głupia frant, czemu to się do Niemiec nie udali? Aaaaa? Nie no, pewno… a może do Ukrainy?

Tia, wiem, głupi żart chyba?

Chyba?

No zobaczymy co z tych ich eksperymentów wyjdzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakręcony Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniana…

„Była tam, pod Jabłonką Płonką.

Była… znaczy spojawiała się i znikała na początku, dziwnie nieuchwytna, ale może to wszystko przez ten wiatr?

Może?

W końcu przecież nikogo nie spraszali, a wiatr, wiatr sprawiał, iż dziwne rzeczy i sprawy stukały w drzwi i okna, więc raczej starali się nikogo nie wpuszczać. Jakoś tak, wiecie, dla ochrony mienia i wszelakiej niezależności, by zwyczajnie się nie dzielić, bo i też czasy nadeszły takie, a nie inne, więc…

… więc czasem tylko wyglądali, a potem zaznaczali na ścianie, że o tej i o tej była, w postaci pełnej, niepełnej, a może właśnie znikała i taką to mieli rozrywkę. Ale tylko na teraz, na ten wiatr… a ona, ona spod tej Jabłonki, w końcu przestała się pojawiać, bo i ile można. No i wiało, czyż nie. Wróciła do domu i wystosowała list, który jebnął Smoka z Komina w jedno z ocząt i wcale nie poprawiło nikomu humoru.

I…

Obraziła się.

A co nie mogła? No kto jej zabroni. I nie, nie miała w kalendarzyku zapisane, że będzie wybaczać czy coś. Co jak co, tego czy też o to nie powinno się nawet prosić. Jak już ktoś ma wybaczyć, to wybaczy, a jak nie ma, nie chce, nie czuje potrzeby tudzież dawno to zrobił… sorry, jak spierdoliłeś kolego/kolerzanko, to cierp. I nie wymagaj od skrzywdzonego, że zrobi ci dobrze, bo niby tak…

Bo co?

Jezuski?

… więc oni byli tam, ona tu, a między nimi wiatr… świat naprawdę nie tylko stał na rzęsach i klaskał uszami, ale… popierdoliło go?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Doktor śmierć” – … uuuu… Człowiek czasem myśli, że wie, wie wiele o tym wszystkim, ale jednak… czasem ktoś to opisze inaczej, dokładniej, no i wali po deklu. Mocno… i człek zaczyna się zastanawiać, że może jeszcze bardziej inni mają rację niż ci wszyscy… ona większość…

Większość wyśmiewająca teraźniejszości próby… by coś zmienić.

Ale jednak pewne sprawy, pewne osoby, jednostki ale i grupy rządowe… nierządowe i wszelako nikomu nie podlegające robią rzeczy, które naprawdę mogą przerazić. Które mogą może i zbulwersować nawet?

Wrzućcie sobie w wyszukiwarkę frazę „doktor śmierć” i bądźcie zadziwionymi podobnie jak ja… kurde, niby człek wiedział, że takich ewenementów było wiele, zaprzeczając onej definicji ewenementowości, ale jednak, kurcze no, tylu lekarzy, niby lekarzy i tak dalej, ale jednak, przerażające. Ale z drugiej strony. Cóż, jako naukowiec sama przyznam, że eksperyment to coś, co jest właściwie moim życiem.

Ale… tym razem oto przed wami opowieść o Sidneyu Gottliebie, chemiku właściwie, który nadzorował, kierował, wszelako dowodził pewnymi odłamami CIA, które odpowiadały za wszelakie maści i pigułki, że zwyczajnie was od razu przenosi w ramiona onego geniusza wybuchów z Bonda. No jak mu tam było, Q? Chociaż w książkach był też Major… cóż, ale jednak Q, to chyba najbardziej rozpoznawalny naukowiec bawiący się śmiercią… tudzież, jakimś tam zniewoleniem i Gottlieb był kimś takim. Tylko… naprawdę. Znaczy, o ile zawartość tej porywającej, historycznie na pewno częściowo przynajmniej prawdziwej opowieści, biografii miejscami… historii CIA… jeżeli ona jest przynajmniej w połowie prawdziwa, a można pewne sprawy prześledzić…

Hmmm…

Czy naprawdę nas to dziwi?

Ale… warto przeczytać. Bardzo warto. Serio i szczerze. Wciąga, porywa, czasem wpada się w niedowierzanie, a czasem… ech, po prostu się rozumie, że ten świat to tak naprawdę miejsce, w którym jedni wygrywają, a inni…

Znikają.

Wieje…

Jejku, ale nudy. Nosz przecież serio, czy ja już nie mogę o czymś innym pisać? Nie, nie mogę. Może i wiosna dookoła, niewielkie listki pchają się na zewnątrz, w nocy pogoda albo na plusie albo w okolicach zera, nie wiadomo o co chodzi, bo jak w dzień słońce przygrzeje, to po prostu…

Bleee…

Ale jednak, jak tylko wiatr się zmniejszał, to po prostu człowiek musi wyleźć na zewnątrz. Ale tak w jakieś skryte miejsce, na przykład do Hammerhavn… znaczy wróć, nie, tam to możnaby zaparkować, ale kurna, jak pozmieniali? Ja pierniczę… już niby wiadomo, że taki licznik wyciętych drzew człowiek sobie powinien zamontować, bo go to wkurwia i najchętniej by kogoś za to obwinił, a potem się dowiaduje, że tu wymyślili, iż może by tak drzewa ino w lesie…

Kurwa mać!!!

Tak, klnę.

Perkele!!!

No co? Po pierwsze umiem kląć w kilku językach, szczególnie uwielbiam one diabelskie strofy, a po drugie, to wiecie, jakoś trzeba te rzeczy z siebie wywalić. Jakoś trzeba to wszystko z siebie wypierniczyć. Bo niczego nie zmienię. Chyba że w końcu wygra człek jakąś kasę i kupi ziemi. Sporo ziemi i tu i w Szwecji… i będzie sadził drzewka… i może jeszcze jakieś arboretum?

A czemu nie?

Ino bezpiecznie dla ekosystemu, chociaż i tu i tam to już dawno o to nie dbają… o tym nie myślą… nie…

Skandynawia od dawna nie jest eko.

A i u nas poległy kolejne drzewa…

I tak, boję się wychodzić, ale jednak wybraliśmy się nad jeziorko. A dokładniej na dwa, na jedno popatrzyliśmy, na one skały oddzielające nas od morza… ech skały, tyle w nich magii jakowejś, takiej specjalnej, jakby serio ułożone były z jakowyś wciąż bijących serc i twarzy zmieniających wyraz. Ta się uśmiecha, a ta wpiernicza korzonki, a może to ptaszek jest… a może raczej był?

Skały tutaj są w rzeczywistości głównie twarde, poza onymi w okolicach Dueodde i tego, co określam mianem dołu Wyspy… mięciuchne i wapienne. Dinozaury i inne skamieliny przechowywujące… owoli znikające. Ale tutaj tak wiele znika, ostatnio aż nazbyt wiele, jakby to, iż ludzie przygnieceni pandemią byli zezwoliło jednostkom na wycinki… tu wycięli cały las, tutaj zagajnik, w Tejn znikają drzewa w takim tempie… w ogóle dom z domem się zamienia w ciągu kilku miesięcy.

A podobno takie kryzysy.

W tym miejscu w końcu coś ruszyło z budową onych domków letnisowych… tia, w końcu chyba wiem jak sommerhusy nazywać, chociaż, czy to to samo? Nie, prawa są inne, ale jednak… one wszelkie domki, dziwne, jednakie, a kiedyś takie piękne łąki tu były i widok i jeszcze sarny i wszelakie robale i jeszcze…

Tajemnice.

Pustkowie…

Świat potrzebuje pustki.

A one kolejne drzewa, które tym razem porwie wiatr, bo pozbawione wsparcia zostały same, ziemia znika wydmuchana powiewami lub zlana deszczami, spływa do morza… a jeziora… są…

… ale, czy to w ogóle jeszcze jest ważne?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniana… została wyłączona