Pan Tealight i Izba Spowiedzi…

” – Nie chciałam księcia, ale jakoś tak nikt się nie spytał czego pragnę, a ja byłam grzeczną dziewczynką. Młodą kobietą nawet. Widzisz, po prostu powiedzieli, że mam zrobić to i tamto i jeszcze być bardziej potulną, i wmówili mi, że w ten sposób się zbuntuję, bo przecież wygram… Jego!!! Tylko, że tak naprawdę nie chciałam wygrać. Tak naprawdę chciałam całkiem czegoś innego, ale on był tym wyborem bezpiecznym. Zgubiony bucik… no dobrze, moje siostry poszalały z tym obcinaniem palców, ale skąd mogłam wiedzieć, jak przewidzieć?

Tosz to taka głupota, że we łbie się nie mieści…

… kompletnie…

– A on? Oh tak. No więc. Moja matka miała rację. Tak wiem, karmiła się moimi włosami, ale ten głupiec był Szalonym Fryzjerem!!! Chciał je wszystkie, nie jak ona, po trochu… no dobra, może to u syndrom sztokholmski, ale przecież opiekowała się mną, na swój sposób, a te pandemie, sam pomyśl… ile to straciliście przez niewychodzenie? No ile? Nic… może warto się przyznać…

–  Ale… znaczy chodzi o Babcię, czy Wilka?

Bo jeśli o niego, to moi prawnicy zakazali mi się wypowiadać. Widzisz, to wszystko nie jest proste. Ani trochę nie jest proste, ani odrobinkę, ociupinkę, mikrona, pieruński zaczątek Wszechświatów. Zwyczajnie nie jest. I nie, nie chodziło o skórkę na rękawiczki, chociaż, przydałyby się… a spadek po Babci, no weź, tutaj już pojechałeś, przecież od zawsze o mnie dbała. Nie miałam problemów… raczej rodzice… ciągle pragnący tylko siebie, w siebie tylko zapatrzeni…

Rodzice…

Czy to nie zawsze od nich się zaczyna?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Władca pierścieni” – … pamiętam…

Pamiętam moje pierwsze wydanie i tak, to był Łoziński. Nie wiedziałam wtedy nawet, że jest inne tłumaczenie, więc… potem to było jak czytanie prawie innej opowieści i wiecie co, i jedno i drugie ma swój smaczek, ale wolę jak większość, gdy mi się imion nie tłumaczy. I tak, to była jedna z pierwszych książek obok „Mgieł Avalonu”, którą musiałam mieć. Po prostu…

Trudno było…

Widać, mimo tych wszelakich ekranizacji i sprzedawanych lalek filmy może wciąż są jakoś popularne, ale książka, wciąz kołacze mi się ten nieżart, zasłyszane w tramwaju, iż może ten Tolkien by nie marudził, a napisałby coś więcej… a nie jak Martin. Wiecie… ilu wciąż pamięta, że wsio zaczęło się od niego, od klubu, w którym z Lewisem i innymi prowadzili dysputy. Wszystko…

Ten stworzony język, badania nad kulturami północy…

Wszystko.

Powieść, którą najlepiej opisał Pratchett… że to góra: “J.R.R. Tolkien has become a sort of mountain, appearing in all subsequent fantasy in the way that Mt. Fuji appears so often in Japanese prints. Sometimes it’s big and up close. Sometimes it’s a shape on the horizon. Sometimes it’s not there at all, which means that the artist either has made a deliberate decision against the mountain, which is interesting in itself, or is in fact standing on Mt. Fuji.”

Wiem, że znacie tę trylogię, wielu przyznaje się do tego, że przez nią nie przeszło, ale może zwyczajnie, to nie był TEN czas…

Może warto zajrzeć znowu… dla baśni, opowieści, bitwy, przygody, tworów i stworzeń, magii… miłości, pragnienia, uczuć, o które siebie nie podejrzewaliście… pełni, której nie ma w filmie. Czegoś więcej…

Jest chłodniej, jest wietrzniej…

To lato kompletnie nie przypomina poprzedniego.

Jakoś tak jest odmienne, iż powracają do mnie te pory roku, które pokazały mi Wyspę jako miejsce idealne właśnie dla kogoś takiego jak ja, co to wrzątku nie znosi, co nie chce opalania i ucieka od słoneczności. Co mu upał doskwiera jak już jest powyżej 20 stopni, a 15 to norma pokojowa. No cóż, nic na to nie poradzę i wiem, że jednak to nie tak jak wszyscy…

Wróć, raczej jak ja i może ktoś jeszcze, czyli procent w badaniach niewyczuwalny, ulatniający się znad plnik Bunsena i wszelako niekontrolowany i jeszcze nieopisywalny i w ogóle, no wiecie, wariatka.

Ale…

Oczywiście Turyścizna jest obecna, zjechały się motory i cuchnące stare auta, ale oczywiście wsio jest ekologiczne i tak dalej. Wsio jest kłamstwem, a nie… czymś, na czym nie zarabia biedny zwykły Tubylec, ino ktoś z kontynentu. Zawsze tak jest. Większość firm czy szefów firm nie mieszka tutaj.

Wsio jest kłamstwem…

Czyli jak wszędzie.

Nie no… oczywiście, że są wschody i zachody słońca, ale co za wariat, no chyba że taki nieśpiący jak ja wstaje o 3 rano by oglądać wschód… wciąż mamy tylko jakieś 5 godzin wzgkędnej ciemności, a to naprawdę…

Zbyt niewiele.

Kolejna oznaka minionej pandemii, znowu ludzie wysyłają mi zdjęcia…

Ze swoich urlopów tutaj…

Wiecie, wszelakie relacje instagramowe i tak dalej, co więcej… niektórzy idą dalej i wysyłają mi zdjęcia innych, cobym nie wiem… kurna, no na uj mnie to? Sorry, ale nie spałam, nadmiar ludzi mnie wkurwia, listonosz był okrutny i zblazowanie dziwny, szowinista właściwie typowy… ale jednak… nosz nie róbcie tego!!! Po co mi wasze zdjęcia? Czy ja wam wysyłam zdjęcia Polski?

Robione przez Duńczyków?

Nie wiem, może powinnam?

Do cholery jasnej, dodatkowo jeszcze teraz nie wiem, czy mam się zachowywać jak inni, czy… a wróć, dobrze wiem co mam zrobić, trza będzie z tego zrezygnować. Bo tak szczerze, po co mi to wszystko? Pewno, że muszę wypisać z głowy to, co się tam kłębi, ale poza tym, na kija człowiekowi te Facebooki i inne kije. Nie zarabiam na tym, znajomi najlepsi dawno odeszli, przenieśli się, zrezygnowali, czasem przyjdzie list… szczerze, te zmiany na Facebooku, one ostatni, naprawdę sprawiają, że…

Nie zależy mi?

Wcale mi nie zależy.

Tylko wciąż nie wiem, dlaczego ludzie wysyłają mi te zdjęcia? Czy od razu mam wyrazić opinię swą własną, czy spytać ich jak było? Oni nie spytali, nie przywieźli ogórków małosolnych, czy coś…

Czego chcecie nieznajomi… co to się nawet nie przedstawiliście?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Izba Spowiedzi… została wyłączona

Pan Tealight i Koala Modyfikowany…

„… ale, no kto z nas nie jest?

Znaczy modyfikowany?

W tych porąbanych czasach, gdy nie wiadomo, czy dobre to czy złe, co pozytywne, czy to coś negatywne i jeszcze… czy w ogóle potrzebne, szczególnie jak mówią, że naprawdę potrzebne i nie można się bez niego obyć, wszelako oddychać się nie daje, wszelako niemożliwe jest istnienie, wszelako… Nagle zamotany w świecie rzeczy nienawturalny sam stajesz się jedną z nich…

A Koala się ruszał, ale naprawdę był fontanną, z której nie powinno było się pić, ale ten gorąc, ona pierniczona latowość… wszystko to sprawiało, że nie mogli się oprzeć, więc pili. Bo jak inaczej przetrwać na bezwodziu?

… więc tak naprawdę nie do końca się ruszał i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wszelako wciąż jakoś nie do końca to rozumiała. Wiecie, oną modyfikację, genetyczne zwariowanie, które sprawiło, że zaburzony zwierzak dostał to, co chciał, a potem jak zmienił zdanie, to wszyscy wielce, że tyle pieniędzy na to poszło, a poza tym są inni do pomocy… zapominając, że przecież jak już coś stworzysz, przeinaczysz, uratujesz, to jesteś za to odpowiedzialny.

Na zawsze.

Do końca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dwa ciepłe dni…

Powiedzieli, że tu macie dwa ciepłe dni, nacieszcie się nimi, bo więcej ciepłego nie będzie… i nagle długoterminowa prognoza się zmieniła, z 25 stopni porobiło się 19… a potem jeszcze mniej, nocami to już w ogóle, oczywiście biorąc pod uwagę, że to lato, a nie zima… Bo to lato. Prawda?

Bo już nie wiem…

Nie wiem.

Ale zobaczymy… kazali się cieszyć, więc cierpię z onego przegrzania, ale jednocześnie wiem, że przecież bywało goręcej i te noce takie chłodniejsze, takie jakieś bardziej przyjemne… Niemców zjeżdża z promów moc codziennie. Ale oczywiście promy znowu miały problemy, więc… nie, nie jak z samolotami, spokojnie, nie aż tak, ale jednak, ale jednak auta nie weźmiecie!

A przydatne tu jest.

Nie oszukujmy się.

Oczywiście, że zwiedzanie Wyspy rowerem/na rowerze jest super. Można więcej zobaczyć, można być wolnym w pewnym sensie, ale jednak, no czasem człek ma już dość. Nie wie do końca co i jak, może się zagubić czy okres dostać. I tak, mamy tutaj trudne rowerowe przewężenia, mamy i zjazdy, mamy i podgórki, przewyższenia mogą poszaleć wam w łydkach, a potem kurna jak dojdzie do miejsca, któe chcieliście obejrzeć. Zmęczeni trzaskacie fotkę i…

Bo czasem naprawdę obserwuję tych ludzi i wiem, że robią to jakoś…

Na siłę.

Spieszyć się…

Tutaj?

Tosz to wprost podanie się do ekskomuniki. Albo wiecie, opętanie, przeklęcie… Sabrina spadająca z nieba, czy tam piekła raczej się wychylająca… No wiadomo, często ludzie popadają w pokręconą skrajność i zwyczajnie robią to na siłę. Duszą, gnębią te pedały czy nogi… jeszcze z nogami to jest tak, że wszędzie dojdziesz, ale z rowerem, nosiłam już rower po górkach Wyspy…

Nie polecam.

… więc… zatrzymajcie się czasem tak bez znaczenia, gdzieś w polu może i rozejrzyjcie się, bo przegapiacie widoki, drobinki natury, kreatury na łąkach, wolne całkowicie prawie przez rok cały pasące się z widokiem na…

Szwecję.

Na przykład.

I rowerowi, nie gnębcie tych na nogach i uważajcie na samochody. Nie, nie macie pierwszeństwa, czerwone paski nie oznaczają, że tylko dla was to wszystko. Nie… rowery nie mają tutaj lepiej. Tia, nie płacicie za paliwo, ale nie jesteście zwolnieni z obowiązku bycia obeznanym z prawami ruchu drogowego.

Czy też zwykłego człowieczeństwa.

Tia… byłam gnębiona przez rowery… widziałam też jak podkładają się kierowcom nie bacząc na zakaz jazdy dla rowerów, jak się wpychają na ścieżki, które są wyłącznie dla stóp, nie dla kółk, które bezczeszczą nasze święte kamienie. Niszczą cienką warstwę ziemi na głazach… Nie!!!

Do cholery!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koala Modyfikowany… została wyłączona

Pan Tealight i Niemagia…

„Istniała.

Miała nawet swój wózeczek i osiołka spętanego niezaklęciem i jeszcze spódniczkę z jeansu i pasek, u którego majtały się przedziwne woreczki pełne wszelakich odmian kompletnego i całkowitego niczego. Nizioła, nikwiatu i jeszcze… niewolników miała. Wiecie, malutkich, co to podlani robili się więksi, a już po nasikaniu… oj, no może to i było dość mocno niezbyt intrygujące, można by nawet użyć słów takich, jak: spektakularnie wątpliwe, ale jednak spokojnie, szamańskie praktyki to nic nowego…

… można i golema se zrobić i z papierowym zaklęciem i ino z takim przecież napiskiem na ramieniu…

I można mieć dyndających u paska krzykaczy.

Golutkich.

Ale jeżeli oni chcą tam być i tak dyndać sobie niczym one małpiątki na linach, nosz kto im zabroni. Może jednak chcą? Może jednak to nie chodzi o to, że przymuszeni, może jednak już się przyzwyczaili i jakoś tak im to odpowiada, no i opieka zdrowotna jest za darmo i dentystyczna też.

Wiecie, każdemu pasuje co innego tak naprawdę.

Ale kto by się tam przyznawał do co niektórych odchyłów…

No dobrze, niektórzy uwielbiają o sobie mówić godzinami i dniami, nocami szeptać, o świcie trelować, joiki składać, haiku śpiewne inaczej, czy nawet, no jakoś tak… operę skleić. A co się będą ograniczać. Niektórzy tak mają, iż uznają siebie za cud wszechświata, o którym każdy lubi słyszeć nawet jeśli tylko chodzi o poranną kupkę. A jak już kupka, to zazdraszczamy takiego codziennego i regularnego wypróżniania. Jednak dobra kupa potrafi zmienić życie.

Dzień ustawić poprawnie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Masy ludzi…

Myślę, że jakoś tak poprzez oną pandemię ten ogrom człowiekowatości jest bardziej odczuwalny. Wrzeszczące bachory w Lidlu, biegające bez nadzoru, one bakcyle w powietrzu rajcujące, nagle nie ma już żadnych odstępów, nic nie ma, jakby kurcze stał się cud i nikt nie chorował, a przecież… jest inaczej. W telewizji podobno krzyczą, iż maseczki może, na pewno w Niemczech wrócą w okresie zimniejszym, ale jeśli chodzi o lockdowny, to już nie będą…

Ot, dobrzy panowie dla głupkowatych ludzi.

Kto w to jeszcze wierzy?

Pamiętam, że zastanawiałam się co się dzieje z Tubylcami latem… i już wiem, wiem to od wielu lat, a jednak wciąż jakoś to mnie zaskakuje. Ona intensywność odrzucenia, ta ucieczka, chęć odstąpienia od społeczeństwa, chowanie się… wszystko to, co sprawia, że naprawdę nie jest się pomiędzy innymi. Spierniczanie, krycie się za ścianami, w pracy, potem tylko niczym duchy, przemykanie w sklepach, unoszenie prawie ponad półkami i jeszcze… jeszcze drogi…

… ja pierdzielę!!!

Jak oni jeżdżą?

Kto im dał prawka?

Strach jeździć. Jak nie ci z samochodami, to dzieci na rowerkach niebezpiecznie balansujące podobno po rowerowej stronie, albo idioci, co to jednak muszą jechać obok siebie na głownej trasie…

Serio tumany?

Dobrze, że chociaż pada…

Pada i chłodno.

Zaskakująco chłodno, właściwie, jak na termin LATO, to chyba aż zimno? Takie 17 stopni, to raczej naprawdę zimno i pomyśleć, że rok temu przez miesiąc człowiek nie mógł oddychać. Teraz niby też nie może, smarczy jak opętany ektopazmatycznym glutem, ale jednak wie, albo się domyśla, iż to zatoki i chyba anginka jakaś, ale… lekarze mają wolne, wiecie… wakacje, więc też se termin glutowaty znalazł.

Lepiej zresztą tam nie chodzić.

Jeszcze przywalą z jakiegoś nowoczesnego strzykawka i będzie. Z drugiej strony, tak odstawać od onych tłumów? Ile to jest ozdrowieńców? Ile zaszczepionych, ile pokłutych ino przez jeżyny?

No ile?

Ale naprawdę?

Z drugiej strony, czy w ogóle to ma znaczenie? Jak człowiek czymś oberwie, zarazkiem, bakcylem, pochodną, wszelakim wirusem, to oberwie. Nie schowa się. Nie ma ucieczki, a izolacja wyspowa działa niestety na naszą i korzyść i niekorzyść. Po prawdzie bylibyśmy niezłą grupą do testowania, ale może nie podrzucać im pomysłów? I tak testują nas psychicznie, to mi wystarczy…

Znowu straszenie Rosją…

Ile można?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemagia… została wyłączona

Pan Tealight i Loteria Bezfantów…

„Bez fantów miała być, a i tak przyszli.

Gromadnie zalegli wzdłuż rzeczki, na moście, przy drodze i ścieżce, pod drzewami i na nich, na ziemi i niebie, niektórzy nawet próbowali w rzece, ale ta była dziś bardzo kapryśna i zwyczajnie zmieniła się w aromatyczną breję, nigdzie niepłynącą, więc… Siedzie, niszcząc trawę, prawie włażąc w ogródek póki Jednorożce się nie wkurzyły i położyły kres sprawie, w znaczeniu żyć trochę zabrały, ale nic to…

… one wciąż się przecież plenią…

Te życia.

… siedzieli i leżeli, niektórzy nawet zwisali, turlali się i tak dalej… brudzili, no przecież większość przylazła z dzieciakami, jakoś tak kompletnie nie kumając, że to raczej zabawa dla dorosłych, no i czas raczej też był na kładzenie bachorów do łóżek, albo w piecyki, więc… nie no, ci ludzie dzisiaj. Jacy oni są roszczeniowi… Trzeba było spuścić kilku Ochroniarzy ze smycz i w końcu…

W końcu można było zacząć.

W końcu…

Ale właściwie, co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zapisane w kościach” – … wyspa. Oj, nie oszukujmy się, jak ino w opisie jest i wyspa i zbrodnia, to jakoś takoś, no wiecie, mnie ciągnie. Bardziej… Ale ta książka, nie wiem dlaczego, ale jakoś najpierw przeczytałam ją, potem tom pierwszy i nie polecam, chociaż i tak wciągnęła, potrzepała i…

No tak, zakończenie.

Naprawdę jedno z lepszych tego autora.

Ale…

Oto spotykamy się po raz drugi z naszym lekarzem – antropologiem sądowym, człowiekiem po przejściach, no wiecie, zwykły facet. Zwykły i niezwykły, bo to, co on przeżył, sprawiło iż zmienił swoje życie. Że wszystko jakoś tak się przekręciło o 360 stopni, że wszystko jakoś tak… odeszło, zmieniło się…

Ta wyspa,

Te morderstwa…

No jakby wszystko krzyczało do niego. Jakby naprawdę go pragnęło. Jakby… właściwie chciało mu ofiarować jakąś dziwną ucieczkę. W pracę, w zbrodnię, ale jednak… Okay, wiem, niektóre sprawy są aż nazbyt oczywiste. To ten sam autor, czasem wprost potykający się o swoją fabułę by potem nagle wybuchnąć czytelnikowi w twarz odkryciem, które nas zaszokuje.

Które nas omami by znowu potem… oj tak, dobra ta powieść. Ona atmosfera odcięcia, wyspa samotna, ciągle ci sami ludzie, brak miejsca by uciec od wszystkiego poza onym jednym, ostatecznym… miodzio!!!

No więc jest chłodno…

Zimno nawet jak na to co człek pamięta z ostatnich lat, ale nie sprzed nastu lat. Bo kiedyś takie było lato, zawsze z onym wiatrem, kilka dni w lipcu cieplejszych, ale nigdy nie palące słońce i straszliwe susze. Nie… ale potem wsio się zmieniło. Susze i ponad 30 stopni, nagle człek zaczął przysysać się do wiatraczka i chłonąć jakiekolwiek ochłodzenie. Jednak w tym roku… dziwnie nie musi.

Wprost marznie.

I dobrze mu z tym.

W końcu tutaj tak właśnie wyglądały lata, kiedyś. Wielu już zapomniało, ale nie ja, oj nie… ten chłód, brak palenia, to dziwne, wszelako bardziej dla mnie odpowiednie wietrzenie. No dobra, doniczek z kwiatkami sobie nie powieszę, bo nie oszukujmy się, wiatr porwie, wyrwie i znajdzie się to w Szwecji, więc…

Coś za coś. LOL

Wciąż… wolę chłód.

Jak Turyścizna na to reaguje? Zapewne negatywnie. Zimne noce, deszcz, chmury, woda chłodna i niekwitnąca… pewno im to nie pasuje, ale wszelako mam to gdzieś. Przecież mogli pojechać gdzieś indziej. Gdzie ona pogoda wrząca zapewniona mocno i wyraziście. Może i drożej i dalej, ale jednak…

No nic…

Przejeżdżając ostatnio przez Wyspę muszę przyznać, że jak zwyle… wiele się zmieniło. Głównie w postaci onych ekologicznych inwestycji, które u nas chyba mają za kazym razem krótki termin przydatności do spożycia.

Naprawdę sezonowy.

Te pola, łany kwiatów, które można sobie było zbierać, oczywiście za pieniądze… nie istnieją. Lepiej, podobno ziemia już sprzedana, nic tam nie ma, nic nie będzie w tym sezonie… kwiaty nie odrodziły się, co mnie trochę dziwi, bo moja łączka może i dosiana jakoś, ale to co na niej wyrosło, to raczej nie to, co myślałam, że będzie, ale… ona żyje własnym życiem…

Bo to dzicz.

… ale wiecie, pieniądze na inwestycje ekologiczne płyną…

I ludzie je biorą… a ja pluję sobie i w buty i w brodę, że tak nie potrafię. Na przykład ona łączka co to podobno jest tutaj u nas w Gudhjem pod muzeum. Wiecie, tym kolejowym, czerwonym… tia, to łąka, tia, dostali na to simoleonów sporo i tak, ta dziura to miał być staw… ekhm, w imię biodiversitetu. Versitet to może ja i widzę, ale bio czy eco, to wiecie, raczej nie widzę.

I wciąż nie rozumiem…

A raczej kurna nie rozumiem, dlaczego po raz kolejny JA tego nie rozumiem.

No weźcie no, jak ja się tak na swoich błędach uczyć nie mogę, po tylu latach, babo no… głupiam jakaś no! Jak nic!

Głupiam!!!

A pomyśleć, że i pandemia była i wszystko, przecież można to było zrobić, na powietrzu, spokojnie, tosz to wielu ludzi nie trzeba, nie trza gromadnie, jeden cżłowiek styknie… albo i trzech w oddali postawionych.

Rany Julek no!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Loteria Bezfantów… została wyłączona

Pan Tealight i Kler…

„Kler, czyli ci bez nadzienia!!!

No wiecie… gromada takich pustych nibykarpatek… ino bez spodów i bez szprycy, dziurka, pufff… śmietanka… no co? Nie tak to działa? Aaaa… dirty minds wy, jak możecie od razy seksualny w to wszystko aspekt wduszać. Oj nie można tak. Nosz przecież to się wtedy ino z jednym wszystko i wiecznie. Tosz to nudne się staje, czy coś… Ha ha ha. Żarcik. No co? Mi też wolno, a że ma brodę…

Ojej.

Brody wciąż modne!!!

Ekler jednakże, czyli tytułowy bohater, był jeden jedyny i nadzwyczaj był to, dla wielu, iście młody i dziarski, ale też i przez to cudny, choć w małej raczej dawkowania ilości… był to młodzieniec. I poprzez oną młodzieńczość, jakoś takoś, głupkowaty, choć inteligentny… znaczy niedurny, oczytany, ale wciąż łody, więc z doświadczeniem i pewnymi sferami w nim jakoś tak, dziwnie, ubogo wszelako, więc…

… czasem się go bali…

Ale nadziany był… znaczy dziany.

A Kler… hmmm, nie był jego Kainem. Nie był też ni młodym ni starym, mnogim też nie był czy onym „nibytem” pojedynczym też nie. Chociaż można się było pomylić, leciutko na przykład… Wiecie, tak na oko, bo jak było naprawdę i kto ile bytów w głowie miał, no czasem lepiej nie dociekać. Najważniejsze było to, że był on, znaczy Ekler i nie miał nadzienia i nie miał tak nprawdę w sobie niczego poza oną Nicością… ale ona niezbyt się do tego przyznawała, że wiecie, siedzi w takim czymś… Niby chłop, a jednak nie do końca. Niby młodzieniec smagły, a jednak…

Kler…

Tak, ten był bardziej intrygujący.

Może jednak był z nich któryś Ablem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na lody…

Przynajmniej raz w roku człek się jakoś tak na nie rzuca… i tak, oczywiście, że fakt tego, iż lodziarnie u nas pozamykane poza sezonem ma na to wpływ, a i te smaki sezonowe, wiecie, jak na przykład czarny bez, ale w tej białej formie, znaczy kwiatowy wywar, a nie wino z kuleczek… no raz w roku człek idzie i co… i się dowiaduje, że chyba coś z nim nie tak, bo smak mu siadł. Nic nie czuje… węch okay, więc to nie TO, ale jednak w smaku, kurde, nic nie smakuje…

Może w ogóle ostatnio nic nie smakuje?

Może to przez te wszelkie chorowanie…

Może?

Ale, walić to… wszędzie tłumy. Rozwrzeszczane bachory tworzą dziwną, namacalną przestrzeń dźwiękową, o którą się obijam, robi mi się słabo i padam… chyba że się zdążę złpać czegoś, jak ściana, obcy czy Chowaniec… wiecie, lepiej nie upaść. W końcu w Gudhjem wciąż nie do końca wiadomo co pozamykane, a gdzie można iść… gdzie można jechać, a gdzie można, nie wiem…

Być chodzącym?

No ale… lody były w Sandvig.

Wiało…

Ilość ludzi ogromna, ale to lipiec, więc czemu się dziwić. Lipiec to zawsze najgorsze rodzinne wypady, w sierpniu te dzieci są już jakoś bardziej zdyscyplinowane. Fascnuje mnie obserwowanie zblazowanym okiem, jak rodzice mają w dupie dzieci, a u nas drogi są pod i z górki mocno nachylone, więc kierowcy, jak jadą po raz pierwszy, no sami wiecie… rodzic powinien dzieciaka trzymać, a nie w tłoku pozwalać gdzieś mu tam latać. Pewno, że bachor was łupnie, pewno że zaraz pisk hamulców… wciąż się dziwię, że tych wypadków nie jest więcej…

Ale… teraz wiadomo, w Danii na tapecie bicie psychicznych, czyli i mnie. Wpisuję się w oną definicję na dodatek wraz z jednostką chorobową, a jak nie wiecie o co chodzi, to oczywiście o strzelaninę w Kopenhadze…

I tak.

Nie żyją, żyją… znowu policja ciała dała, film na pewno zrobią. Smutek i tragedia rodzin, dla reszty ludzi dziwna fascynacja. Na przykład komentarze z USA, że ooooo w takiej socjalistycznej Danii też strzelają… no tak. Strzelają. Ale prędzej z zadka, bo u nas pierdzenie logiczne w każdej okazji i przy każdej okazji. Takie strzelanki jak to trafiają się… hmmm… wyjątkowo?

Pokazują jak bardzo ludzie… no właśnie…

Się popsuli.

No ale…

Lody w Kalas – Kalas to była truskawka sorbetowa i granat z czereśnią czekoladową… poczułam czekoladę, więc to nie kowidztwo, a raczej znowu zabawa w ciepło-zimno rozwaliła mi gardło i oskrzela. Ceny szalone, ale… no cóż, smak podobno jak kiedyś, szkoda, iż nie spróbowałam tego ogórka z jabłkiem…

Hmmm…

Może raz jeszcze?

Co do reszty, to ludzie…

Dziwnie w tym roku napawdę są wieksi, grubsi, zwykle byli tacy wyfiokowani i w drogich ciuchach, no nie wiem co się dzieje, ale zombich, wiecie, każdy w swoim telefonie, to widziałam, Fajne to. Można ich okraść, otuć i nie zauważą, najwyżej was ofukną, że ich stukacie, czy coś…

Ale… najważniejsze!

Pogoda.

Jak na razie mieliśmy coś pod koniec czerwca dwie takie doby ciepłe, naprawdę, ale też nie upalne jakoś. W nocy nazbyt nagrzany dom oddawał ciepło, ale bez szaleństwa. A potem… potem było kilka razy coś powyżej 20 stopni, ale tak w ogóle pierwszy tydzień lipca oscylował w granicach/okolicach 20!

Co lepsze, 18 nie było szaleństwem.

Choć może było?

Bo wiecie, ono tyle stopni było w dzień… tydzień temu łaziłam i marzłam w bluzie i długich gaciach łażąc i szukając kominka do olejków eterycznych. Po Gudhjem łaziłam oczywiście… bo w Allinge, to pierun wie czy coś znaleźć można. Pewno i można, ale to zlikwidowali i tamto i jeszcze to, więc nie wiem…

Może kiedyś?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kler… została wyłączona

Pan Tealight i Burza…

„Nadeszła, a dokładniej nadeszły, chociaż, niczym rąbany różaniec wyglądała bardziej jak koraliki na sznurku opinające Wyspę, to jednak była jednością. Sobą, sobą samą, jedną, ale wielowymiarową też… równocześnie. Jak pierwotna Bogini wszelako kompletnie nie mająca w poważaniu tego, gdzie grzmi i nad czym, czy też nad kim, oj nie, to nie było ważne w ogóle…

Ona była ważna.

Ona sama…

Tętniąca i burząca wody, grzmiąca, rozbłyskująca światłami niczym stary stroboskopowy panel, wzbudzająca wiatry, mimo wczesnej wciąż pory, wciąż jasnej wszeako aury, widoczna, słyszalna, będąca niemal namacalną…

Burza.

Tak, na Wyspie Burza była wydarzeniem.

Zdarzała się nieczęsto. A już na samej Wyspie, no cóż, boginie raczej nie lubiły przebywać razem w jednym miejscu, wiecie, gdzie kucharek choć dwie, to już problem, a dorzucić do tego jeszcze bojącą się burz Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, no to już była wybuchowa mieszanka… ale Burza tym razem jakoś… nie no, przecież nie naruszała Wyspy, w ogóle, tylko tak ją cisnęła dookolnie, wyraziście i specyficznie, jakby domagała się czegoś…

… prezentu, pokłonu?

Może?

Większość tak naprawdę na nią ie zwróciło uwagi. Bo przecież to się zdarza, no dobrze, sporadycznie tutaj, ale jednak, zwyczajność. Ludzie zajęci swoimi wakacjami mieli ją gdzieś, a jedna bojąca się Wiedźma… nie, to za mało. Jednak, różaniec wybuchów i świetlnych rozbłysów okrążał Wyspę przez kilka godzin. Jakby próbował z każdej strony, coś udowodnić? Coś pokazać?

Potwierdzić?

A potem… ucichło wszystko jeszcze nim noc nadeszła…

Jakby nic się nie wydarzyło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak szczerze, to ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad tym jak to się zaczęło… wiecie, to wszystko. Skąd tutaj się wzięłam? No bo przecież to się kiedyś zaczęło, chyba w okolicy początków tego wieku…

A może wcześniej?

Bo przecież zawsze mieszkałam na wyspie… jakiejś takiej. Czy to otoczona lasami i wąwozami, niczym rąbana księżniczka na górce, poród ludzi, którzy wciąż się zmieniali, którzy wciąż migrowali w moim istnieniu… obcych, których określałam mianem ciotek i wujków. Bez więzów krwi… potem wyspa zrobiła się bardziej nawodna, potem znowu lasy, ale płaski teren, jezioro, potem wyspa historyczna, a w końcu, wiecie, wyspa… i Wyspa. W końcu…

I nie, nie stało się to tak za pstryknięciem palcami.

Nie…

A szkoda, może człek uniknąłby tego bólu, z drugiej strony czy byłby sobą, wiecie, bez tego wszystkiego co się wydarzyło? Nie wiem, ale jednak… tak, po raz pierwszy byliśmy na Wyspie w 2003. I była inna. Oj była taka dzika, kompletnie nieturystyczna, niby były ścieżki rowerowe, ale wiecie, żadnej tej infrastruktury sklepikowo-żarciowej. I kompletnie nie potrafili piec chleba.

Były tylko te w typie fransk broda.

Biały, dziwny niechleb…

Buła w kształcie chleba, w kilka lat później wszystko już było inne. Nagle, w ciągu kilku lat i sklepy i knajpy i nauczyli się piec chleb. Ale… jakoś od pierwszego dnia tutaj wiedziałam, że chcę byśmy się tu przeprowadzili, i że będę nienawidziła lata tutaj, zawsze… choć to pandemiczne nie było takie…

Hmm… lepiej tego nie mówić.

Ale wciąż…

Jak to się stało?

Wszystko zdaje się być tak mocno rozmyte… bo przecież najpierw trzeba było załatwić sprzedaż mieszkania, wiecie, spakować się w auto, wszystko pukładać, pozamykać, zakluczyć, zamtrzasnąć, mosty złożyć…

Zburzyć to i tamto.

Przynajmniej w naszej opcji. Bo jak zauważyłam opcji naprawdę może być wiele. Tyle, ile ludzi. Ludzi chcących być gdzieś indziej, bo przecież o to chodziło… nie o pracę, nie o tę pogoń za czymś, ale za znalezieniem w końcu tego uczucia bycia w domu i przeprowadzenia się na szaleńca. Bo w tamtych czasach, by przenieść się za granicę w ramach UE, no niestety trzeba było mieć kasę na ileś tam miesięcy i jeszcze oczywiście jakieś tam znajomości, czy perspektywy…

No poukładane we łbie.

Mieliśmy więc te finansowy bajer, który stopniał od razu i żadnej pracy poza czymś tam prez internet, a sorry, lecz naście lat temu wciąż jeszcze to wsio było w powijakach, więc… było źle, tragicznie i groźnie i… depresyjnie, ale jednak… ale jednak człowiek wiedział gdzieś tam w sobie, że nie ma powrotu…

I nie wrócił do kraju narodzin…

Czy choć na wycieczkę kiedyś pojedzie?

A po co?

To jedna z tych rzeczy, których wielu nie rozumie. Że można wyjechać z miłości do miejsca, z miłości do skał i morza i dziwnego uczucia, gdzieś tam, w tym czymś, co zwą duszą. Że można nie wracać do Polski. Nawet ci ludzie tutaj… nie rozumieją, choć niektórzy urodzili się w Szwecji i też jakoś ich tam nie ciągnie…

Wiecie…

Po prostu, to takie miejsce, które można pokochać i dla niego się poświęcić i jeszcze, oczywiście z własnej woli, choć może… pocierpieć. Właściwie wiele wycierpieć. Bardzo dużo… bardzo… ale to takie miejsce… więc, chyba tak to się zaczęło. Od ucieczki i szukania własnego domu.

Nie tego narzuconego przez poród…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Burza… została wyłączona

Pan Tealight i Dzwony…

„Biły…

A jak tylko biły, to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane dostawała palpitacji, a że nowy Księdza, a raczej ona Księdza, co to nastała po starej, choć tamtej zarzucano bycie oną a nie onym, więc dziwnie to wsio wyszło… no ale, więcej dzwonów ostatnio i religijności było…

I to nie podobało się jej.

Ni innym…

Bo choć piąstki miały małe, to jednak… tak z mosiądzu oberwać, bolesne to azaliż bardzo i w ogóle. Cienie pozsotawia, siniaki, czasem i skóra zejdzie i się zerwie i jeszcze… nie, lepiej im umknąć, naprawdę. Lepiej im się nie podłożyć. Lepiej… być daleko, gdy wygrywały te swoje pieśni. Podobno dla Pana, Boga i Ludzi, ale wiecie, kolejność jakoś niepokoiła. Jakoś przywoływała, z intrygującą łatwością dziwny strach… atawistyczną myśl, rozbrzmiewające w ciemności krzyki: gore, gore, gore!!!

Taaak… wielu mówiło, iż to tylko nagranie…

Że to tylko plik na starym oprogramowaniu, ale jednak… duch z nich przenikał dookoła. I niszczył oną ciszę, ten bezskresny spokój natury, morza, skał i drzew, pól i murów, dachów i wąskich uliczek… nie, Wiedźma Wrona nie tolerowała dobrze onych nowych wyborów kościelnych, ale, nie mogła nic zrobić. W imię twa religia-ma religia, równość i tak dalej, ale jednak… męczyło ją to.

Mdliło…

Może to dlatego że nie tolerowała czerwonych metali?

Znaczy śliczne były, ale jednak… jednak jakoś tak, ją parzyły, tylko srebro i nie, dla żadnego pana, Pana czy Boga… nie… nie dla tego, którego zawsze inni mieli na myśli, niczym nakręcane myszy wygrywające tę samą symfonię pisków, z czasem, gdy nakręcenie mijało, jakoś tak zwalniająca…

Piii…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Szepty zmarłych” – … tak… Powrót wszystkich powieści Becketta był dla mnie ważny, bo choć czasem autor ma problemy z zakończeniem, to jednak go lubię. Zwyczajnie.

Po prostu.

Tom 3 serii, w której wracamy na wielu znaną zapewne, jeśli sięgacie po tego typu literaturę: „Trupią farmę”. Jednak wracamy tam jako pracownik. Zwykły antropolog, który musi… oj, dziwnie to brzmi, ale odpocząć. Ostatnie miesiące nie były dobre dla tego lekarza i naukowca. Wiele się wydarzyło, wiele przetrwał, ale wciąż coś w nim tkwi. Wciąż coś w nim łka… więc…

Cóż, wracamy w miejsce spokojne, naukowe… opisane tak… przepraszam za słowo: smacznie!!! Wiem, w przypadku rozkładających się ciał to dobre dla zombiaków czy wampirów, chociaż te, wiadomo, wolą jednak chyba jakieś tam roczniki czerwonego płynu, ale jednak, opis, odmalowanie onych chlupnięć, dźwięków, kolorów, cieni, zapachów, wydaje się być aż nadto..

Ta powieść to niesamowita wycieczka w miejsce, w którym prowadzi się jedne z najistotniejszych badań: co dzieje się po śmierci. Jak reaguje ciało. Jakie zostawia ślady? To kontynuacja opowieści o Sherlocku bijącym zwłoki, pamiętacie, w którymś z tomów okładał je laską by sprawdzić czy pojawią się siniaki na zwłokach. Ale oczywiście nie o to chodzi. Nie o niego, ale o naszego ulubieńca, ktory jak zwykle wdepnie w kłopoty. No przecież o to chodzi…

Jedna z moich najbardziej ulubionych w serii.

Grzmoty gdzieś znad morza…

Potem nagłe dzwony w kościele.

Dziwna pierwotność w powietrzu, wiecie, dźwięk i bicie w dzwony na alert… wiecie, coś takie w człowieku się budzi, szczególnie tutaj, gdzie jakby nie można uciec daleko, bo wszędzie raczej się dotrze i wróci i znowu i znowu… można tylko biegać w kółko, albo utknąć w jaskinii, ale oficjanie mamy jedną, więc raczej szybko was znajdą, ale nic to… przecież coś się dzieje…

Budź się umyśle.

Burza.

Tak, tutaj nie grzmi często, właściwie bardzo sporadycznie mamy burzę na Wyspie, w znaczeniu terytorium ziemno-skalnego… właściwie kilka lat temu coś się stało, jakiś piorun, chyba nawet stodoła spłonęła, częściej wszystko przez wiatry, dachy odlatują, płoty, kosze na śmieci… poziom wody opada, podnosi się, znowu opada… i jeszcze niżej i w końcu, ziemia się osuwa.

Ale burza?

Grzmoty?

Nie…

Onych burz i piorunów naziemnych raczej nie ma i jest to dziwne, szczególnie w te rozpalone, letnie dni, wieczory, noce. Nie ma burzy, nie ma oczyszczenia, nie ma tej świeżości… deszczu było trochę, ale co tam…

Maleńko.

Zbyt mało.

Ale tym razem grzmiało.

I to mocno.

Grzmiało i padało… ale tylko dookoła Wyspy i chociaż strach dziwnie targał człowiekiem, to jednak, jakoś tak było… bezpiecznie. Jakby ona bańka dookoła Wyspy działała nie tylko wtedy gdy snestorm szaleje czy havgus i nic nie widać i nagle można się schować tak do końca… i jeszcze…

I jeszcze oczywiście widać było, choć za dnia przez kilka godzin, spoglądając na mapkę taki wianek piorunów otoczył Wyspę, to jednak błyska za błyskiem ranił oczy. Niczym stroboskopowa zabawa niechciana, męczył. Podrzucał duszę w powietrze i potem kazał ją złapać. I już myślałeś, że to koniec. Że więcej nie będzie, ostatni wystrzał, burza odchodzi… nowa się rodziła… jedne cichły, inne się umacniały, niczym wampiry karmiące się wzajemnie… odpoczywały…

By znowu powstać.

Dziwny taniec… niczym świetliki na moczarach.

Ech te aplikacje, intrygujące obrazy potrafią malować… to jak, lecicie gdzieś na wakacje? Bo zmieniając temat, chociaż tak nie do końca, bo przecież to też niebo, i to niebo, no wiecie, tak bardziej podróżniczo nie tylko z góry na dół… to jak tam te wasze loty. Tak, u nas tyż problemy.

U nas jak wszędzie.

Chociaż porównując ceny wypieków i słysząc, że drożdżówka z jagodami może kosztować 20 zł, to wiecie co, u nas taniej. Chociaż nie wiem, czy da się te z jagodami dostać, bo jagody to zwykle Turyścizna zeżera.

Czereśnie też.

Nawet te przy drodze rosnące, wiecie.

Ale nic to… trza przeżyć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzwony… została wyłączona

Pan Tealight i Market Nieumarłych…

„Spojawił się.

Po tylu latach!!!

Oj…

… chyba od dwudziestu lat ich tutaj nie było! Niby mieli być raczej regularnie, ale wiecie, te zmiany w świecie człowieczym wpływały też i na nich. Jakoś tak oddziaływały. Nie no, oczywiście, że wsio zamykało się w granicach finansowej chcicy… martwi też chcieli zarobić, a już na żywych to w szczególności! Bo wiecie, się dawali. Jakoś nie rozróżniali co żywe, co martwe, jakoś tak…

Nie myśleli, więc dlaczego nie?

Dlaczego ich nie oskubywać?

Z onych piórek wiekuistego zapatrzenia w siebie, onej chciwości kumulujące się w łuskach ich porastających, tylko martwym widocznych, w onych wstążkach próżności wyrastających im z kuperków i jeszcze… w tych wielkich balonach, które falowały im dziwnie nad głowami, wiecie… Ta ludzka duma i wszechwiedzenie. Oj, tak im się wciąż wydawało, że widzą wszystko, tak byli pewni, iż różowiutka, milusia puszysta pani, to piekareczka, a nie Władczyni Śmiertelnych Mocy Oburącznych… zresztą, nawet jak się tak przedstawiała, to szeptali: aaa, że cukier… i rzucali te swoje sarkastyczne uśmieszki z jebanego erytrolu czy ksylitolu…

Byli tacy…

Przewidywalni.

Byli tacy…

Ech, przewidywalni i nudni, łatwi do wykorzystani, ale jednak nie do wytrzebienia, a jakoś tak, mimo onych trutek z przedłużonym działaniem cień Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane jakoś ich oplatał… wiedzieli, że co jak co, ale jak za bardzo się zabawią, to ona ich znajdzie, po Tej Drugiej Stronie i dokopie im w co się da. Co jeszcze boli, jak na przykład w Skarbówkę Umarłych.

No co… podatki są wszędzie.

Od tego nie da się uciec w śmierć i nie, Wiedźma Wrona nagle nie pokochała ludzi, zwyczajnie, wekować jej się nie chciało w tym roku, jak już to mroziła niektóre utensylia, suszyła, a już sprzątać…

W ogóle.

Ale sam market… oj było obiecująco!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zbieżność przypadkowa!!! LOL

Naprawdę!!!

Albo nie, nie wierzcie mi, w nic… w końcu kiedyś ktoś mi zarzucił, że przecież ja się na niczym nie znam, ja tu nawet nie mieszkam i w ogóle. A no i tak można. Czy wciąż mnie to rusza? Czasem może… ale częściej, nie czytam komentarzy. Żadnych. Bo i po co. Czy mnie to wzbogaci, uzdrowi i oświeci?

Nie.

Ale… co do marketu, to spojawił się w końcu po onych pandemicznych latach, nie żeby pandemia nie minęła, małpami straszą, czy coś… jakimiś innymi tam, więc ja nie wiem, mnie nie pytajcie, ale market światowy się spojawił. European Street Market. Czyli coś z Polski, Italii, UK, Niemiec, Hiszpanii, Grecji…

Znaczy…

Powiedzmy sobie szczerze, to obiecali. Do 3ego lipca, w naczeniu przez tydzień na rynku od 10 do 18tej miał być fun. W większości jadalny, ale też i miała być sztuka czy ciuchy i inne tam mydła… no i, człek na to się nastawił. Jakoś durnie im uwierzył i co… no więc markt się odbył.

I było drogo.

Przede wszystkim jednak…

No właśnie…

Obiecali więcej, a było mniej. O wiele mniej. UK poszedł na całość, łącznie z porcelaną, nie że tylko fudge i herbata… a w ogóle fudge mają genialny. Po prostu można żreć jak świnka i te wszelkie smaki, no ale cena. Niby jak za opakowanie w Normalu, ale jednak, no wiecie, boli kieszeń. Jakoś tak wszystko zbyt drogie nagle… Kamyczki tyż, chyba z Włoch lub Hiszpanii, przyznam, że nie do końca pamiętam. Ale… wytargowałam kawał lapisu, więc… no piękny jest… więc wróciliśmy do domu trochę tak smakiem ino obabrani, ale niedojedzenie. Z kawałkiem kamienia i kilkoma cząstkami fudga. No wiecie, sorry, ale brak funduszy.

A szkoda, kubki były fajne…

Dziwny był brak Finlandii, Prowansja urzekała zapachami onych mydeł, ale bez urazy, od dawna nie używam w kostce, no chyba, żeby napachniać gacie. Wiecie, wsadza się taką kostkę i gacie pachną… bo co do lawendy czy innych ziół, to jak wożenie lasu do drewna. LOL No co?

U nas tyle tej lawendy czy innych zielsk.

Sama se zrobię woreczki.

Wianeczki i tak dalej, ale tekstylia kuchenne piękne mieli…

Za to nie rozumiem tego nibyperuwiańskiego stoiska… i czy to serio było z Peru? Nie wiadomo, tam nie było tabliczek. No i niby brak problemów z płaceniem, ale szczerze, często trzeba było czekać na połączenie. I jeszcze… ludzi trochę i jak na mój gust za głośno, kiełbachy wielkie, łeb dzika…

Co kto lubi.

… więc było i się skończyło.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Market Nieumarłych… została wyłączona

Pan Tealight i Niespokojność…

„Tak ich opadła nagle… jakaś dziwna, inna, bardziej niespokojna, bardziej wyrazista. Bardziej bardziej… bardziej niż zwykle, bo przecież mgły miewali, mgły szanowali, wykorzystywali je, czasem kroili niczym torty, czasem zwijali w ruloniki i palili skręty mgielne, a czasem…

No tak, o tym może lepiej nie mówić?

Widziecie, cała niespójność była w tym, iż mieli mgły, miewali je, znaczy nie niczym jakaś wstydliwą przypadłość, ale raczej jak coś przyjaznego i cudownie odświeżającego, coś intrygująco nowego, chociaż wszelako raczej powtarzalnego i jeszcze, jeszcze naturalnego, a jednak, jakoś tak, wciąż… te mgły były zawsze powodem do świętowania, ale ta… ta opadła na nich nagle.

I tym razem nie było świetowania.

I tym razem nie było jedzenia.

I tym razem…

Może nie było inaczej, tak, to też trochę niespójne myślenie, bo przecież mgła wyglądała jak zwykle, jednak nie był to zimny i wilgotny, letni havgus, a raczej jakaś taka londyńska maź, której… nie wiedzieli kto jej dał papiery. Nie wiedzieli, kto ją tutaj wpuścił i czy w ogóle była na legalu?

Ale być była.

Gęsta i miałka… mączysta…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Deszcz…

Nagły, dziwny dźwięk, jakby dach polewali ze strażackich wozów.

Jakby naprawdę niebo spadało nam na głowy, czy coś w ten deseń… tak było 28go. A potem ino ciepło i dziwnie wilgotnie w powietrzu i jeszcze to zmęczenie, jakieś spowolnienie, ale… wróćmy do onego dnia deszczowego… padało rano, w okolicach 7ej było ono urwanie chmury, a już o 8ej pojawił się koleś wypalać roślinki w chodniku. Nadal tego nie rzoumiem, weźmy, po prostu nie myślmy o tym jak bardzo to idiotyczne, ale niech mnie ktoś oświetli… jak…

Po co?

Dlaczego?

Gospodarka żarowa? Serio… schyl się i wyplew to, a nie próbujesz to podgrzać… i tak zostanie, i tak wciąż tu będzie i co z tego? Tak szczerze? Co to komu przeszkadza ten jeden czy dwa chwasty… i tak wciąż susza, więc nie ma co dobijać wszystkiego i wszystkich. A dźwięk tego urządzenia… jeśli przez przypadek oglądaliście odcinek Młodego Indiany Jonesa  I WŚ, to wiecie…

Te plujące ogniem bestie.

Bez urazy, ale mnie to lekko mocno wciąż nurtuje.

Jak tak można, w ekologicznym świecie?

Ale padało.

Oj pięknie popadało… szkoda, że krótko.

Ale… nie płaczmy nad minionym deszczem. Ważne, że było, trochę się ochłodziło, potem znowu ciepło, potem, no wiecie, jednak lato, ale lato takie trochę jak drzewiej bywało. Wiecie, niby na plaży patelnia, a w lesie w cieniu trza jednak się otulić sweterkiem i tak dalej. Kiedyś Wyspa nazywana była przez Chowańca miejscem z klimą. Teraz cierpi jak wszyscy inni. Chociaż…

No dobra, wiadomo, u nas przymus posiadania varmepumpe jest przymusowy, więc jest opcja chłodzenia też, ale to jakoś tak dziwnie jest. To powietrze nie takie, ale wiadomo, jak żar z nieba, to jednak człek ma gdzieś. Ma gdzieś, że szumi, że nie pachnie jak w lesie, jednak nie marudzi…

Byle ino chłodniej!!!

Tak sobie czasem myślę, co ci ludzie uznający piekło za zło, a przecież tam tak raczej ciepło, myślą określając palące Malediwy rajem? No przecież gorąc tam straszliwy! A to, że można do wody wejść na chwilę i rekin moż kogoś przeżuć lekko? No wiecie, jednak to jakoś nie tak… Nie rozumiem was ludzie. Na wakacje koniecznie w tak zwane ciepłe kraje, ae do piekła to nie?

Czy to ta smoła?

Nie wiem…

No ale… lipiec. Ja pierdziele, co to się dzieje z tym czasem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niespokojność… została wyłączona

Pan Tealight i Wymówka…

„Wielka, zwalista dama w opiętym poliestrowym kubraczku z pejczykiem… nie no, tego, takiego to nikt się nie spodziewał.

Oj nie?!

I to jeszcze jako Awatar Wymówek… znaczy ogólnie z jej słów niby wynikało, iż osiągnęła już status boginii, ale jakoś, jakoś jej nie wierzyli, więc po prostu, chwilowo, od momentu wprowadzenia jej walizek do Białego Domostwa, wszyscy byli mocno i dziwnie, sami dla siebie niepewnie, zaskoczeni, a Smok z Komina się nawet wysoce poczuła obrażona, wyraziście tak, po babsku, nawet nie nijako, że jak to, i że w ogóle, i zamarła u siebie.

A te walizki… kurcze, zdawało się, iż każda z nich jakąś taką własną osobowość ze sobą przywlokła, nie tylko zawartość, wątpliwie ciuchową, pościelową może, może i jakieś tam kubeczki czy biżuterie inne, ale jednak… może i było tam coś innego? Coś więcej? Może i coś w kawałkach?

Hmmm…

Nagle, w podziemiach gdzieś tam pod Podziemiami i Jaskiniami, pod onymi Przestrzeniami i tak dalej, miastami, wszechświatami, dziurami i schowkami, no wiecie, bardzo kurna głęboko w głąb, no to tam nagle, jak już wspomniane było, się nagle przebudziła Wielka Maszyna Do Ciachania…

I…

I naprawdę sprawy te były ze sobą kompletnie niepowiązane.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Siostrzyczki” – … okay. Nie, nie oczekiwałam wyższego pisarstwa, aczkolwiek tematyka mnie zaintrygowała. Bo kto, co, jak i dlaczego, szczególnie teraz, wraz z tymi zmieniającymi się prawami, oną normalnoscią, którą znaliśmy odchodzącą w jakieś… kuluary teatru abstrakcji…

Oto mamy stowarzyszenie pań, które skupione w otoczeniu medycznym, aka znane jako pielęgniarki wszelkiej mocy i rodzaju one dobre zwykle duchy, na które leżąc możecie liczyć, naprawdę, wdzięczna jestem za ich istnienie… no więc ono stowaryszenie pragnie w końcu zezwolenia na to, tudzież właśnie zmiany prawa dotyczącego eutanazji. Ale nim do tego dojdzie, no właśnie, nim do tego dojdzie, na razie wykonują swoją… wróć, prowadzone są oną mocą, siłą, wizją…

I zabjają.

Oczywiście tych chorych, doprawdy odczłowieczonych przez cierpienia, ale czy tylko i wyłącznie? I czy dziwne tarcia w ramach samego stowarzyszenia nie doprowadzą do tragedii, no i co z tym lekarzem i oną młodą kobietą, którzy… nie, no weźcie no, to całkiem jest niepotrzebne, zbyt wiele śliwek…

Ale…

Mamy szpital, mamy wybór między przedłużaniem życia na siłę, życia, które jest nim już wyłącznie na monitorach oraz… no właśnie, przypomina się od razy dokument Terry’ego Pratchetta. Ktoś, kto prosi o odłączenie do od rurek, o godną śmierć, a ktoś, komu zadaje się ją bo tak się nam wydaje… jaka jest różnica? Gdzie jest granica? Jak, kto, co… ma o tym decydować. Czy można zmienić zdanie?

Powieść jest napisana trochę na odwal, można było wejść w temat głębiej, bo potencjał jest, ale wiadomo, miała być sensacja i jest. Jest background, historia „dlaczego” to się zaczęło, ale też wiele niedopowiedzeń. Zbyt wiele zamieszania, zbyt wiele nagłych zmian, przesadna poprawność a jednocześnie jej brak… powieść jest bardzo nierówna, ale warto do niej zajrzeć właśnie dla onego przemyślenia sprawy. Uświadomienia sobie jak bardzo mało czasem mamy do powiedzenia w swej własnej sprawie.

Narodziny i śmierć…

Jakby nie należały do nas w ogóle…

Okay… to jest ciepło.

No dobra, jak na nas to właściwie gorąco, ale szczerze mówiąc, w cieniu koszulkę trza naciągnąć, przeciąg się da zrobić, właśnie sobie przeciągnęłam oko, znaczy przewiałam i wiecie, napiernicza… do tego zatoki, bo przy takim słońcu od razu światłowstręt, no nic ino piwnicę se wybudować… tylko że tam mi książki spleśnieją, więc ja podziękuję. Już wolę na powierzchni i cierpieć.

Ale…

Podsumowywując właściwie lato zaczęło się zgodnie z terminem, człowiek nawet poszedł popływać, woda fajna, lodowata milusio, ale nie za bardzo. Taka, że popływacie trochę i już się nagle ciepła robi. Wiecie jak to jest. Człowiek się przyzwyczaja, moje kostki na początku sezonu też mimo codziennych tortur zimnym prysznicem… Kogo ja tam chcę oszukać, przecież ja lubię, kocham, uwielbiam zimno!

Spanie w takie ciepło mnie wkurwia.

W ogóle nerw mi skacze w upały strasznie.

Ale… wiecie, pewno człek przywyknie, chociaż, jak sobie przypomnę rok temu, to nie spałam przez dwa miesiące i tak mnie lato wykończyło, że szczerze nie chcę nawet tego wspominać. Wiadomo jedno, nadmiar Turyścizny jest odczuwalny i przeszkadzalny, jak wczoraj w nocy, gdy se imprezy zrobili…

Serio?!

Jak głośno musiało być, by wsio się niosło aż nad pola do nas?

I tak, szczerze…

Przez te kilka lat nie było imprez i było tak miło, cicho, pewno że byli ludzie, ale jednak ograniczenia, obostrzenia, było tego mniej, a teraz, kurna szaleństwo jakieś. Naprawdę już mam dość. I nie chodzi tylko o hałas… jakaś taka energia onych ludzi zbija się i przytłacza… są wszędzie.

Są męczący…

I kto ich uczył prowadzić pojazdy mechaniczne?!

Pamiętajcie, że u nas nie ma wielu chodników, dodatkowo jeszcze nie będzie przycinana trawa na poboczach, jedni twierdzą, że ze względów finansowych, inni, że biodiversitet się wzmacnia dzięki temu, nikomu nie wierzcie, jak już tak mieszają, to tylko chodzi o kasę, bo przecież… i lenistwo trochę.

Nadal susza.

W ciągu dnia ponad 20 stopni, w nocy zwykle naście, ale już za ciepło, Wszystko się nagrzewa, oddaje ciepło i jak jesienią i zimą i wiosną wczesną to jest okay, tak latem dołuje. Nie da się ćwiczyć, pracować, no po prostu… nie da się. Ale, trze to albo przetrwać, albo spędzać te miesiące gdzieś gdzie zimniej? Nie wiem, na Wyspach Owczych podobno chłodniej. Ale drzew nie mają…

Hmmm…

I ja niepijąca. Od razu mnie wyautują. LOL

… więc trza przetrwać, lód, wiatraczek, varmepumpe zmieniane na zimnego smoka i przeciągi i już plecki mi skrzypią… starość?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wymówka… została wyłączona