Pan Tealight i Wymówka…

„Wielka, zwalista dama w opiętym poliestrowym kubraczku z pejczykiem… nie no, tego, takiego to nikt się nie spodziewał.

Oj nie?!

I to jeszcze jako Awatar Wymówek… znaczy ogólnie z jej słów niby wynikało, iż osiągnęła już status boginii, ale jakoś, jakoś jej nie wierzyli, więc po prostu, chwilowo, od momentu wprowadzenia jej walizek do Białego Domostwa, wszyscy byli mocno i dziwnie, sami dla siebie niepewnie, zaskoczeni, a Smok z Komina się nawet wysoce poczuła obrażona, wyraziście tak, po babsku, nawet nie nijako, że jak to, i że w ogóle, i zamarła u siebie.

A te walizki… kurcze, zdawało się, iż każda z nich jakąś taką własną osobowość ze sobą przywlokła, nie tylko zawartość, wątpliwie ciuchową, pościelową może, może i jakieś tam kubeczki czy biżuterie inne, ale jednak… może i było tam coś innego? Coś więcej? Może i coś w kawałkach?

Hmmm…

Nagle, w podziemiach gdzieś tam pod Podziemiami i Jaskiniami, pod onymi Przestrzeniami i tak dalej, miastami, wszechświatami, dziurami i schowkami, no wiecie, bardzo kurna głęboko w głąb, no to tam nagle, jak już wspomniane było, się nagle przebudziła Wielka Maszyna Do Ciachania…

I…

I naprawdę sprawy te były ze sobą kompletnie niepowiązane.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Siostrzyczki” – … okay. Nie, nie oczekiwałam wyższego pisarstwa, aczkolwiek tematyka mnie zaintrygowała. Bo kto, co, jak i dlaczego, szczególnie teraz, wraz z tymi zmieniającymi się prawami, oną normalnoscią, którą znaliśmy odchodzącą w jakieś… kuluary teatru abstrakcji…

Oto mamy stowarzyszenie pań, które skupione w otoczeniu medycznym, aka znane jako pielęgniarki wszelkiej mocy i rodzaju one dobre zwykle duchy, na które leżąc możecie liczyć, naprawdę, wdzięczna jestem za ich istnienie… no więc ono stowaryszenie pragnie w końcu zezwolenia na to, tudzież właśnie zmiany prawa dotyczącego eutanazji. Ale nim do tego dojdzie, no właśnie, nim do tego dojdzie, na razie wykonują swoją… wróć, prowadzone są oną mocą, siłą, wizją…

I zabjają.

Oczywiście tych chorych, doprawdy odczłowieczonych przez cierpienia, ale czy tylko i wyłącznie? I czy dziwne tarcia w ramach samego stowarzyszenia nie doprowadzą do tragedii, no i co z tym lekarzem i oną młodą kobietą, którzy… nie, no weźcie no, to całkiem jest niepotrzebne, zbyt wiele śliwek…

Ale…

Mamy szpital, mamy wybór między przedłużaniem życia na siłę, życia, które jest nim już wyłącznie na monitorach oraz… no właśnie, przypomina się od razy dokument Terry’ego Pratchetta. Ktoś, kto prosi o odłączenie do od rurek, o godną śmierć, a ktoś, komu zadaje się ją bo tak się nam wydaje… jaka jest różnica? Gdzie jest granica? Jak, kto, co… ma o tym decydować. Czy można zmienić zdanie?

Powieść jest napisana trochę na odwal, można było wejść w temat głębiej, bo potencjał jest, ale wiadomo, miała być sensacja i jest. Jest background, historia „dlaczego” to się zaczęło, ale też wiele niedopowiedzeń. Zbyt wiele zamieszania, zbyt wiele nagłych zmian, przesadna poprawność a jednocześnie jej brak… powieść jest bardzo nierówna, ale warto do niej zajrzeć właśnie dla onego przemyślenia sprawy. Uświadomienia sobie jak bardzo mało czasem mamy do powiedzenia w swej własnej sprawie.

Narodziny i śmierć…

Jakby nie należały do nas w ogóle…

Okay… to jest ciepło.

No dobra, jak na nas to właściwie gorąco, ale szczerze mówiąc, w cieniu koszulkę trza naciągnąć, przeciąg się da zrobić, właśnie sobie przeciągnęłam oko, znaczy przewiałam i wiecie, napiernicza… do tego zatoki, bo przy takim słońcu od razu światłowstręt, no nic ino piwnicę se wybudować… tylko że tam mi książki spleśnieją, więc ja podziękuję. Już wolę na powierzchni i cierpieć.

Ale…

Podsumowywując właściwie lato zaczęło się zgodnie z terminem, człowiek nawet poszedł popływać, woda fajna, lodowata milusio, ale nie za bardzo. Taka, że popływacie trochę i już się nagle ciepła robi. Wiecie jak to jest. Człowiek się przyzwyczaja, moje kostki na początku sezonu też mimo codziennych tortur zimnym prysznicem… Kogo ja tam chcę oszukać, przecież ja lubię, kocham, uwielbiam zimno!

Spanie w takie ciepło mnie wkurwia.

W ogóle nerw mi skacze w upały strasznie.

Ale… wiecie, pewno człek przywyknie, chociaż, jak sobie przypomnę rok temu, to nie spałam przez dwa miesiące i tak mnie lato wykończyło, że szczerze nie chcę nawet tego wspominać. Wiadomo jedno, nadmiar Turyścizny jest odczuwalny i przeszkadzalny, jak wczoraj w nocy, gdy se imprezy zrobili…

Serio?!

Jak głośno musiało być, by wsio się niosło aż nad pola do nas?

I tak, szczerze…

Przez te kilka lat nie było imprez i było tak miło, cicho, pewno że byli ludzie, ale jednak ograniczenia, obostrzenia, było tego mniej, a teraz, kurna szaleństwo jakieś. Naprawdę już mam dość. I nie chodzi tylko o hałas… jakaś taka energia onych ludzi zbija się i przytłacza… są wszędzie.

Są męczący…

I kto ich uczył prowadzić pojazdy mechaniczne?!

Pamiętajcie, że u nas nie ma wielu chodników, dodatkowo jeszcze nie będzie przycinana trawa na poboczach, jedni twierdzą, że ze względów finansowych, inni, że biodiversitet się wzmacnia dzięki temu, nikomu nie wierzcie, jak już tak mieszają, to tylko chodzi o kasę, bo przecież… i lenistwo trochę.

Nadal susza.

W ciągu dnia ponad 20 stopni, w nocy zwykle naście, ale już za ciepło, Wszystko się nagrzewa, oddaje ciepło i jak jesienią i zimą i wiosną wczesną to jest okay, tak latem dołuje. Nie da się ćwiczyć, pracować, no po prostu… nie da się. Ale, trze to albo przetrwać, albo spędzać te miesiące gdzieś gdzie zimniej? Nie wiem, na Wyspach Owczych podobno chłodniej. Ale drzew nie mają…

Hmmm…

I ja niepijąca. Od razu mnie wyautują. LOL

… więc trza przetrwać, lód, wiatraczek, varmepumpe zmieniane na zimnego smoka i przeciągi i już plecki mi skrzypią… starość?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.