Pan Tealight i Obska Koza…

„Ale była obska… kurcze!

No serio.

Nie taka jak te znajome, czarno – białe, ale raczej taka łaciana, jakby podpalan, dodatkowo z ognistymi kopytkami… gdzie stąpnęła tam się paliło. I to jak, paliło, hajcowało, aż do wnętrza ziemi docierały płomiennie, ale zawsze tylko na niewielkim obszarze i musiała, koniecznie musiała stać ługo by po prostu wypalić to coś po sobą, a że ziemia uciekała, to i ona się tak jakoś, nadzwyczajnie zapadała i zwykle, no wiecie, zapewne nauczona doświadczeniami żyć poprzednich nie stawała, nie hajcowała, uciekała, odskakiwała, wcią była w ruchu, póki Kozieł Wiedźmy jej nie zagadał i zwyczajnie, zapomniała się. Może po raz pierwszy, może tak naprawdę po raz kolejny…

Może?

Kto to wie, wynik był taki, że skołowali skądś lekko nadpsute dynie, ułoyli na tym otwore co pozostał, do tego szyszki, jakieś drewienka pachnące niesamowicie i zioła dziwne, potem piaski szkliste, wodorosty, odrobinę, dla aromatu, no i w końcu wylali gliną, a jak ta się wypaliła, to wyłożyli innymi elementami i taki wiecie, kopułkowy, naer profesjonalny piec na pizzę sobie zbudowali ponad; taki wiecie, wiecznie się hajcujący, ale z przykręcanym kureczkiem.

W końcu co?

Zmarnować się miało?

Wieść Gminna niosła, niczym oni obwieszczacze z przeszłości, że Koza Obska się miała dobrze, wylazła stamtąd dokąd się udała i po prostu poszła gdzieś dalej. Może się obraziła, może nie, wszelako mieli poczucie, iż raczej się już nie zobaczą. Podobno też wełnę straciła, ale… cóż, tak się zdarza…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W niedzielę pojechaliśmy w szaleństwo… ale nie wiedzieliśmy jeszcze o tym.

Po pierwsze Google poprowadził nas dziwnie, po drugie, dobrze nas poprowadził, ale stres był… celem było Vitlycke i jarmark w muzeum, a skończyło się na ośnieżonym lesie. Bo jak się okazuje im dalej na północ, tym bardziej ośnieżone samochody się zaczęły pojawiać, a dookoła raczej nic albo tylko taka posypka… i nagle pasmo ośnieonego idealnie lasu! W znaczeniu każda gałązka oblepiona, każda brzózka, wielkie, obciążone sosny pochylają swoje gałęzie.

Zieleń i biel, biel i zieleń, po prostu szaleństwo.

Piękno skończone.

Nie trafilibyśmy tutaj, gdyby nie ten błędny Googlowy prowadzacz…

Robienie siku w takich okolicznościach przyrody było cudowne. LOL Tak, wiem, możliwe iż to too much information, ale jednak, no weźcie no, czasem trzeba i tyle. Nie da się inaczej, po prostu. Trzeba znaleźć las, ustronność gigantyczną, by innych własnym tyłkiem nie straszyć, wiecie, może i śnieg dookoła, ale biel bieli nie jednaka… no mój zadek ma ją na pewno inną…

Ale, do rzeczy, dotarliśmy w końcu na miejsce.

A tam… wielkie zaskoczenie.

I nie, nie miłe jakieś, czy coś, niestety.

Często tak jest, że człowiek sobie o czymś marzy, dostaje to, a to kupa.

I już…

Taki był ten jarmark… dotarliśmy tam dookolnie jadąc z wyspy, po drodze ciesząc się śnieżnością, która w okolicach Vitlycke oczywiście zaniknęła, no pewno, kurcze, no weźcie no… ale… no dobra. Śniegu tam mniej, w muzeum samym raczej nic, poza śliczną choinką i tyle… Jakieś filce, jakieś dziwadła, wełna… czyli wszystko to, co mnie uczula. Ha ha ha! No po prostu ubaw roku.

No weźcie no…

Na zewnątrz pomiędzy zabudowaniami oczywiście i jakieś wełny i kremienie. Kurde no, krzemieni to bym chciała, ale… ech, widać moje pytanie o to, czy bułę krzemienia mogę sobie nabyć w celu samotnego stukania okazało się dla brodatych facetów dookolnie miejsce obstawiających mocno nie do przyjęcia, więc… krzemienia nie mam w ogóle. A niech się pindolą! Kurde, a taki piękny był no. A u nas na Wyspie wychodni krzemienia brak. Ino są one chlebki – jajka. Malutkie.

Nie tak, że na pole wyjdziecie i jest.

Ech…

No więc tyle.

Ale w Fjällbace było piękno, chociaż krótko, za to te ozdoby, ja pinkole, jak oni pięknie stroją miasteczko, to morze, te skały, śnieg nawet inaczej tam smakuje! Ja chcę tam na dłużej. Bardzo dłużej. Ale… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obska Koza… została wyłączona

Pan Tealight i Czas Szarości…

„Nadszedł Czas Szarości i było jakoś spokojniej…

Ciszej.

Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane w końcu nikt nie niepokoił i chociaż myślami wciąż była gdzieś indziej, bo jakoś znowu im zniknęła na kilka dni, i w panice najpierw, szaleńczo i bez planu całą Wyspę przeczesali, by w końcu internetem ją wyśledzić… tam, gdzie jej być nie miało, nie teraz, nie gdy śnieg jest… no ale, w końcu jakoś wróciła, węc przestali szaleć z niepokoju i najzwyczajniej w świecie, jakoś takoś… zaczęli odpoczywać.

Bo to w końcu i zimno cudownie i szaro za oknem, głębookie i szerokie, ciężkie i puchate chmury zakryły słonća wszelakie i jakoś tak, zwyczajnie całkowicie, po prostu mogli tylko jeść, pić, sikać i spać. I czasem kupę zrobić. No bo wiadomo, jak coś włazi, to i wyleźć musi. Konieczność i tyle. To łączyło ich wszystkich, niezależnie od tego w jakiej sferze magiczności przebywali…

… kim byli…

A Mikołajowie ponownie odmówili pracy.

Za to na pewno coś kombinowali w swojej Mikołajskiej Destylarnii, która to już uzyskała nie tylko pomieszczenie i nazwę, ale jakieś dziwne, połyskujące na ścianach kamiennych certyfikaty i przyklepania łapą czy macką… no naprawdę, w tej jaskini, która chyba gdzieś pod dnem morskim się znajdowała, bo ściany na słono ociekały, ale spod Domostwa Białego dojść ino można było…

Chociaż… to dziwne studniane dziurastwo pośrdoku?

Cóż…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Grzeszne rozkosze” – … Anita Blake… Ech, wielu o niej zapomniało czytając one najnowsze czytadła YA… Wielu nie pamięta o tych bohaterkach, które stworzył, scenach, pomysłach… No po prostu… Laurell K. Hamilton to jedna z prekursorek, jedna z tych, które pisały, a potem nazywano jej pisanie zboczonym, seksualnym, nadmiernie rozbuchaną…

Wiecie jak to jest.

Wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, iż kobiety nie potrafią uzyskać seksualnej przyjemności… od razu przed oczami mam ten film o psychiatrii i szaleństwie kobiet. O onych maszynach wspomagających… No, ale nie o tym ta seria, bo wiecie, to pierwszy tom. I wciąż jeszcze można go wyłowić w sieci… w znaczeniu kupna, no weźcie no! Przecież chodzi o papier. O opowieść w pełni fantastyczną. O wampirach, Egzekutorce, tej, która potrafi przywołać zmarłych i świecie, gdzie tacy jak ona są zwyczajnie, wiecie, do wynajęcia. Ale nie tanio…

Anita to, omijając one najwcześniejsze opowieści, jedna z pierwszych takich bohaterek. Na nich bazowało wiele… dlatego warto ją poznać. Niską, ale jednak… no tak, wiele nie mogę powiedzieć, bo seria trochę tomów ma, a warto przeczytać je wszystkie. Dla odmódżenia, wyjścia z teraźniejszości i czasem…

… no wiecie, dla uśmiechu.

To nie tylko przygoda, akcja, ale też czasem trochę humoru… a przede wszystkim historia kobiety, która dla przyjaciół zrobi wszystko.

No więc zadekował się człowiek na innej wyspie, ale tak naprawdę tylko dla spania i tego morza… innego tak bardzo. Chciał ją zobaczyć, ale o tej porze roku wymiar godzin, w których w ogóle coś widać jest bardzo, hmmm, limitowany. Bardzo i przeraźliwie limitowany. A jeszcze trafiła nam się besłoneczność, która wzmocniła niewidoczność, ale jednak… jednak i tak było niesamowicie…

Usiąść ponad wodą, na pomoście, pod skałami…

Okay, pizga, ale klimat jest.

Najpierw jednak Göteborg, który był pierwszy na naszej drodze. Zależało mi na jarmarku w Hadze, dzielnicy miasta znanej ze starych, drewnianych domów. Co do klimatu i drewnianości, to wiecie, lekko nazbytnio powiedziane, ale one kawiarenki, choineczki, wiecie, stoiska z żarciem…

I tłum!

Ja pierdziele, myślałam że będą mnie wywozić stamtąd jak w którymś momencie utkneęliśmy na uliczce w grupie ludzi, którzy się nie ruszali. No kurna stali tak… nie wiem co z nimi nie tak było, ale przerazili mnie… uciekłam stamtąd, chociaż orkiestra była milusia. Taka… oficjalnie poprawna.

Młoda…

No i te przeceny! LOL

Mają tutaj takie sklepiki, w których, no wiecie, są takie rzecy, których człowiek nawet nie wiedział, że pragnie. Oj mają ich wiele, a że korony swedzki są tańsze, to Swecja zdaje się miejscami rajem dla Duńczyków. Mówi się o tym, że najlepiej pracować w Danii, ale mieszkać i wydawać w Szwecji.

Serio.

… ale jednak osiągnęłam swoje, dostałam oną świąteczność.

A raczej nią między oczy.

Mocno.

Soboty to miejsca, które naprawdę tłumnie zapychają miasto. Nawet jak człek stara się dotrzeć tam wcześnie. A market jest tylko w grudniowe weekendy, więc… rozumiem to, ale dla mnie to zbyt wiele ludzi. Dlatego uciekliśmy na wyspę i chociaż w mieszkaniu było ciepło, człek był wdzięczny, to już po chwili nie mógł oddychać, okna się nie otwierały, no po prostu wpadłam w panikę.

Ale… wytrzymał człowiek.

Poza tym czysto i naprawdę miło, ale jednak, mieszkanie w czymś w rodzaju garażu z oknami i widokiem, fajną łazienką, maciupką szafeczką i sypialnią… kurcze, niby wystarczające, ale jednak, ja muszę mieć otwierające się okna, a nie ciągły szum jakiejś dmuchawy i to ciepło!

Ich stać w Szwecji na ogrzewanie?

A może to nas nie stać i już przywykliśmy?

Mniejsza, właściciele mieszkają nad onym apartamentem, obok zaraz garaż, więc nie wiem… w maciupkiej szafce – składziku drzwi prowadzące najprawdopobniej do reszty domu. Takie… trochę to przerażające… nie wiem, jakieś takie niefajne. Ale przecież nic nie zaszło. Poza tym momentem jak koleś zapukał w drzwi wejściowe – zewnętrzne – w mundurze. O rany! Przez ułamek sekundy zastanawiałam się nad tym, czy od razu więzienie i czy gaci mi starczy…

No co?

Ale okazało się, iż to marynarka, w znaczeniu wodne siły… a raczej nie pływałam. LOL Tak w ogóle facet bardzo miły i dostaliśmy w prezencie flaszkę. Cóż, wiem, że dorośli tak robią, ale ja nie piję. Będzie prezent dla kogoś…

Chętni? Wystrzałowa jest. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas Szarości… została wyłączona

Pan Tealight i Maminek…

„Temat matki, matczyństwa, matczestwa i wszelakiego matkowania był dziwnie omijany w towarzystwie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. Znaczy, nie żeby jakoś specjalnie, czasem coś rąbnęli, ten czy tamten walnął wspomnieniem z przeszłości prawie niepamiętalnej, oczuciem, uczuciem, ale jednak… nie mówili o matkach. Nie bleblali o trudach macierzyństwa.

Nie było słodkich pogadanek.

Nie było wspominek, jakichś tam wszelakich porównań, a bo moja gotowała to tak, a przewijała mnie inaczej, a na dodatek jeszcze te przepisy, tradycje… no tak, tradycje to jednak coś, czego Wiedźma Wrona nie o końca akceptowała. Jakoś tak. Nie rozumiała w ogóle tego, iż inni postrzegają tradycje jako coś po prostu wszelako stworzonego przez świat, ludzi, nie boskości…

Chcociaż, jakby tak pomyśleć…

Ludzie też bogi.

Może i matki bogi, ale jednak, cóż… w rejonach jej istotności raczej lepiej było o tym wszystkim nie wspominać. Lepiej jakoś tak… no zwyczajnie nie. Po prostu, nie dlatego, że miała coś o czyiś matek, zwyczajnie, nie miała swojej. Chociaż inni uważali inaczej, ale ona… odebrała Tej, Co Ją Wydaliła ono miano.

I już.

Bo mogła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem sobie myślę, że możnaby zrobić coś niezaplanowanego, ale w tym dziwnym świecie z niezaplanowanych to ino większe podatki, rozstrój żołądka i sraczka się u mnie zdarza. Jak już… ale tak prawie niezaplanowanie wylądowałam na kilka dni na innej wyspie. Bo dlaczego nie? Bo przecież wszystko jest takie planowane. I pogoda, no dobra, na Wyspie pogoda potrafi poszaleć, ale tylko jeśli czytacie one przepowiednie, bo jakoś tak, nadzwyczajnie zbyt często się mylą…

Nie potrafią docenić jej siły.

Mocy.

Zapewne podobnie jest z inną wyspą… wie się Tjörn. Jest dziwną, miejscami pustą całkowicie, potem znowu dewastowaną, wyrównywaną skałą, gie stawiają zestawy takich samych domków. Okno w okno, bo jakoś tak na tych szwedzkich wyspach lubią. W drewnie i okno w okno. Ale co najdziwniejsze, wsio na biało, do tego mają tyle hipermarketów, że… obeszliśmy jeden, dwupiętrowy, pusty, ale rzeczy w nim pełno. Ludzi… mniej. Chociaż, jak na wyspę… albo i gminę? Dziwnie, że wyspa nadała imię całej gminie… takie to zaskakujące. Szalone nawet. Gminie, która ma nie tylko one wyspy, wysepki, sczyty górskie wystające z mora oraz ląd większy, jeziora, lasy, drogi, skały… oj tak, przede wszystkim właśnie skały…

Ale dlaczego tak wszystkich pcha na wyspę?

Okay, rozumiem, sama mieszkam na wyspie, ale oni mogą mieszkać na kontynencie, nieutrudniać sobie życia dojazdem do pracy w wielkim mieście… Göteborg. Tak, jest całkiem niealeko, autostradą w ponad godzinę i już… a wracasz w całkiem inny świat. Pełen onego dziwnego przepychu, pięknych wybrzeży, morskich czarów, ale też i rowalających się ruder.

Wołających o pomoc…

… więc dlaczego tam?

Nie wiem, może jakoś kolekcjonuję wyspy? Zawsze żyłam na jakiejś. Czy między drzewami, czy wąwozami, na wyspie między splotami Odry… jakoś tak, dziwnie, lepiej mi w odcięciu jakimś. A może to po prostu jakiś taki sposób na ucieczkę od cozienności? Nie wiem. Zwyczajnie… na początku tylko tak się zdarzało, a teraz, teraz to jakaś taka… nie umiem inaczej… bez morza i skał.

Udało nam się wynająć coś tanio, co przypłaciliśmy totalnym wysuszeniem. A tak, każde miejsce, które wynajmujemy czegoś nas uczy: nigdy indukcji, żadnych nawiewnych wymysłów w stylu tych, co były w tym mieszkaniu. Woda w szklance wyparowywała w mgnieniu oka. Jakby w tym małym mieszkanku, na parterze, panować miała ino susza. I choć widok niesamowity, na ten kościół, miasteczko, to potem człek patrzy i widzi coś innego… ucięte góry, zdewastowaną naturę…

… i po co?

Dla ludzi, którzy przyjadą tutaj raz w miesiącu, może czasem w weekend?

Nie wiem…

Na pewno są tam tacy, co mieszkają na stałe, ale poza tym… to niesamowicie dziwne miejsce… charakterne. I jeśli chcecie coś tam kupić, to sorry, ale wiele simoleonów mieć trzeba. A jednak… ta pustka skał, te mosty, które cię prowadzą na wyspę, ta rzeźba – głowa dziewczyny… unosząca się ponad cmentarzyskiem kurhanowym, ze stojącymi głazami, kręgami…

Helleristningery.

No sorry, ale bez archeologii nie jadę.

Jak nie ma starego, to ja nie mogę… i może o to chodzi… bo w końcu one skały najstarsze takie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Maminek… została wyłączona

Pan Tealight i Anielska Wesz…

„Nosz jakie toto miało ego.

Jaka była lepsza od wszystkich, uduchowiona, wszelako uskrzydlona, chociaż nominalnie całkowicie i strukturalnie łonowa… bo wiecie, choć bezpłciowe anioły są, podobno, to łona jakieś tam miały, jak Ken… a jak łone łona były to i ona się musiała spojawić, bo przecież świat pustki nie toleruje. I tworzy i bogów i boginie, i mszyce i weszki, i meski i komarzyce, upierdliwce wszelakie by ino ludziźnie uprzykrzyć ono egzystencjonowanie na tych łez padole i bąków i wzdęć…

W końcu to taki czas, kapusty i cebuli.

Ale ona stwierdziła, że zbawicielką ludzkiego paskudztwa będzie i tak się przytrafi właśnie onym aniołom, wywyższającym się, wszelako nazbyt ładniutkim i piejącym, wiecie, sikającym z góry na wszystko… wprowadzając tym samym swym istnieniem, nie odwiedzinami i poinformowaniem o swoim bytowaniu Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane… pewnego rodzaju, no równowagę. Wiecie. Równą wagę między swędzeniem i tych i tych.

Ale jednak…

Okazuje się, że gdzie swędzisz, takim się chyba i stajesz.

W końcu.

Ale Wiedźma Wrona wciąż nie potrafiła uwierzyć w to wszystko. Jakoś tak, kompletnie i w ogóle. Nie umiała, nie mogła, a może jednak nie chciała. Nie żeby anioły miały w jej życiu znaczenie, choć może miały, po prostu…

Tego już było nadto.

Miała dość!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Za oknem mgły i deszcz i nagle coś się zmienia, i wychodzi słońce…

I wtedy, człowiek czuje się oszukany.

Znaczy ja.

Na szczęście akurat jakoś tak słonko zaraz sobie poszło… i tak, wiem, inni ludzie w tym momencie zaczęli jęczeć, a mi ulżyło. Ulżyło, bo w końcu nie ma onej jasności, nie ma tej dziwności, nie ma… sprzeczności pogodowej. Szaleństwo? Nie, okazuje się, iż są tacy ludzie jak ja. Co jakoś przynależą o szarości.

Jakoś tak.

Mówią, że na Wyspie łatwo „łapie się” depresję. Wielu się dziwiło, że tak bardzo chcieliśmy mieszkać w Gudhjem. Bo przecież tam nic się nie dzieje, tam jakoś tak ciemno, w ogóle, to nie Roenne… będzie źle. A ja na to, ale jak to? Będzie cicho i spokojnie i to jest źle? No przecież kurna ludzie nie przyjeżdżają tutaj dla wybitnych i wielkich imprez, okay, są i takie, ale to wciąż mniejszy wymiar wielkości… jednak, to miejsce winno być spokojności oazą i tak dalej…

Czy nie?

Wyspy mają to do siebie, że jakoś tak zwalniają ludzi.

Pokazują im, iż nie trzeba pędzić, można zwolnić, zapatrzeć się w toń, potworzyć coś mocniejszego, zaszaleć ale wewnętrznie…

Wyspa to skały, woda, mech i porosty, to drzewa i zanikające pola, to podmokłości i tajemnice… i czasem człowiek sobie myśli, może to tutaj, w onej cisy, dziwnej anonimowości nowych, budowanych osiedli, w onej niepewności tego, czy nie przejadą po skałach buldożerem…

A tak się dzieje w Szwecji, więc…

… wiecie, jedźcie tam oglądać wyspy, bo zbyt sybko znikają… rozmywają się w mgle pyłów i skrywają pod budowanymi domami, blisko siebie, okno w okno… Podpatrcie sobie szwedzkie wybrzeże, ono zachodnie, one archipelagi wysepek mniejszych i większych. Wiele z nich zostało połączonych, nawet nie wiecie jakimi niesamowitymi, samotnymi sczytami górskimi kiedyś były. A jakby ktoś chciał kupić taki kawał skały, to ponad 3 miliony swedzkich koron.

Co najmniej.

Niby to cudownie wygląda, one dachy takie jednolite, one czerwienie i żółcienie, niebieskości… wszelako kolorowo. Bo przecież jak już masz dom obok sąsiada, okno w okno, to jednak chcesz się wyróżnić…

Ale teraz, teraz w Szwecji następuje jednolistość.

Jednolitość onych oświetlonych okien. Wszędzie gwiazdy albo świeczniki, albo obywa. Niektóre balkony to dyskoteki! Bo światło to coś, co znika w zimowym okresie. I latego świecą się… i świeczki palą.

A co!

U nas tak nie ma… szkoda.

Czasem myślę że Wyspę można by tak pięknie udekorować…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anielska Wesz… została wyłączona

Pan Tealight i Krostacz…

„Tak, wyglądał obrzydliwie.

Pachniał też nielepiej, ale jednak, ona maść chociaż odrobinę wszystko tłumiła, one wydzieliny, barwy spływające mu po twarzy… maciupkie ślady stóp na onej mazi… bo przecież w każdej kroście był inny świat. W każdej z nich inne stworzenia, byty i wszelakie niebyty… światy nieprzeniknione, bo kto by się odważył, może i nie zarażał, ale jednak, czy można mieć pewność…

Szcególnie w onych apokaliptycznych czasach.

Nie żeby Apokalipsa w ogóle coś chciał robić, w ogóle był zainteresowany. Oj nie, w ogóle. Nic. Uważał to wszystko za spisek mający na celu zmuszenie go o ciężkiej i naprawdę niechcianej pracy. Zwyczajnie miał to gdzieś. Konie w stajniach, Śmierć i najomi na flaszkami czego tam pili…

Nie, nie robią.

Za mało za to płacą, a i ubezpieczenia nie ma.

W ogóle!

Toż to skandal skandaliczny. Należy w końcu zastrajkować i nieapokalitycznować. Oj nie. Najpierw zęby, kości, jakieś dopłaty do ciuchów, no w końcu to taka robota, i wyglądać trzeba. Tylko do kogo tu się zgłosić? Dlatego siedzieli w Najniższej Piwnicy i budowali tam Pub pod Wielbłądem.

Wielbłąda jeszcze nie mieli…

Ale Krostacz obiecał, więc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźma naczelna” – … i rozumiem. Serio, teraz rozumiem, dlaczego Fabryka Słów, która jako pierwsza wydawała oną serię, zakończyła cykl na trzech tomach. Chociaż Kroniki Belorskie mają ich trochę więcej i to jeszcze z dodatkiem bez Wolhy, więc… Wiedźmie opowieści, Wierni wrogowie i Kroniki Belorskie widać nie były dla nich atrakcyjne, bo…

Bo chyba to roumiem, chociaż akurat mi Wierni wrogowie przypadli do gustu.

Nasza bohaterka zwyczajnie pnie się dalej po szczeblach kariery, bakałarz to brzmi dumnie, wydaje się, iż miłość ma ustalone u niej tory, przyjaciele też są, wciąż zabawy, wciąż przygody, czasem trochę niebezpiecznie, ale jednak… no przeca, ona jest magiem bojowym, więc jak łupnie, chociaż…

… stos czy ołtarz… znaczy się ten no, ślub.

Nęci to czy to?

Wiecie, każdy ma jakiś inny problem.

I już. Tak to jest. Gromyko poziom trzyma, tłumacz miód, orzeszki i malinowie… albo Maliniaki? No wiecie… jak komu wygodnie. To jest zabawa. Rozrywka. Siadacie i nie możecie się oderwać… i tak teraz myślę, może warto cykl cały przeczytać? Prziecież to nie znaczy, że pozostałe są be.

LOL Czytajcie!

Hmmm…

No to tak, jak w całej Danii i na Wyspie są dwa obozy lampkowe. I warczą na siebie. Jedni, że trza cokolwiek, że życie krótkie, że ciemno i tak, no weźcie, druzy, że groza i elektryczności nie ma!!!

Aaaaaaa!!!

Mam dość.

Naprawdę mam dość.

Nie podchodzić do mnie. W ogóle. Z lampkami czy bez. Po prostu won, wszelkie ludzie, sio, wypierdalać. Mam wkurwa i tyle. Niczego nie potraficie docenić. Kurna, przez tyle lat człowiek nie miał ciepłej wody… wiecie, że jak pojechałam na studia, to po raz pierwzy mogłam tak normalnie wszelako się prysznicować. Co więcej, mogłam wziąć prysznic bo było mi zimno…

A sklepy… no i co z tego, że święta są wcześniej?

Kuźwa, czy tylko ja wciąż mam traumę, tej nicości, upierdliwego klejenia łańcuchów, nie chciałam domowego makaronu! Nie wiedziałam, że sklepy istnieją przez długi czas. Pierd…ocie się. Szczerze. A może nie byliście biedni? Nie wpierdalaliście przez spory byt czas jabłek z wodą i mąką? Tak, to nie wasza wina, że moje życie było i jest jakie było i jakie jest, ale jenak, empatia kurwa!

Nie zupa z Azji!!!

Po prostu…

A już ci ludzie pierdolący o tym, że nie będą życzeń rozsyłać bo dadzą na biedne dzieci czy Ukrainę… ekhm… kurwa mać! Pierdolić tę poprawność. Jebać to! Jestem psychiczna, mogę mówić prawdę po prawdziwemu!!! Tourett lekki też w podejrzeniu diagnozy, więc, kij z tym. Mam swoje kalendarze, mam ten, który robimy sami przez cały rok zawsze zapominając w ciągu roku cośmy zapakowali, tudzież jak jesteście jak mój Chowaniec, no to wsadzając tam coś, co mu się wydaje, że ja nie wiem…

No wiecie…

LOL

Kochany jest.

Ale… chodzi mi o to, że chcesz nie chcesz, a rób se co chcesz… ale kurna, takie wielkie teksty, obwieszczenia właściwie na FB czy w innych SM, to jest do porzygu. Chcesz ać na biednych, rozejrzyj się w okolicy, na pewno ktoś tam jest. Chcesz wesprzeć oną Ukrainę, mam garść artystów, którzy na pewno dostaną tę kasę i dzięki niej będą żyć, a nie będzie to jałmużna, a docenienie czyjejś pracy…

A nie, że biali zbawcy atakują Afrykę.

Kuźwa!

Dobra, a teraz idę pooglądać jakieś choinki, bo w domu mamy ino malutką w doniczce, potem się wysadzi, no jakoś nie mogę, robalów się boję… serio, robalowie są w choinkach i onej ziemi, no są!

Oj…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krostacz… została wyłączona

Pan Tealight i Biernik…

„Nie mogli go zrozumieć.

Onej, wiecie, pewnej robotowości jego, chociaż był miękki i krwawił nader obficie, sprawdzili… wielokrotnie. Może i nie powinni byli a tyle, bo w końcu nie zostało nic poza tymi ochłapami, którymi podzieliły się wrony… i ci, co tam jakieś próbki chcieli, czy też zwyczajnie woleli w ten sposób opisać swoje pokręcone zwyrodnialstwo, ale tam… spokojnie, to w końcu taki czas, że można spokojniej. Na zewnątrz szarość, koce tulą się do wszystkiego i wszystkich…

Aż chce się drzemać.

Jednak, nim on się skończył, znaczy poza tym uchem w zamrażarce, na którego pozostawienie nalegał Pan Tealight, to przecież niebiernie Biernik mówił. Coś tłumaczył, ale ten jego dziwny język, niby oczywisty i wszelako zrozumiały, ale jednak odpychający, jego postawa, niby nic, ale chcesz przypierniczyć osobnikowi, po prostu musisz, jakby budził w tobie coś nieznanego i opłaconego przez jakieś pokręcone bardziej moce…

… może tak było…

Musieli sobie to jakoś wytłumacyć, chociaż tak naprawdę…

Już zapominali.

Szarość w powietrzu, szarość w umysłach… ostatnie liście trzymające się kurczowo gałęzi zdrapywał poranny mróz, albo ten wieczorny, albo wiatr, albo Mściciel Gałęzi, domagający się prawa do onej wszelakiej nagości pni, gałęzi, konarów i gałązeczek, nawet z pączkami tych…

Nie obchodziło ich już…

Już nie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Taaaak!!!

Sąsiadka wyciągnęła swoją metalową, namiotową choinkę i się odpaliła!!! Taaak!!! W końcu nie jesteśmy jedyni w okolicy, co w ogóle coś robili. I tak, rozumiem, że nie wszyscy mogą pojmować oną potrzebę światła, ale tutaj jest inaczej, najpierw pół roku zbyt jasno, potem szaro, deficyt światła, witaminy D… normalność. Uwielbiam ten ciemny czas, ale jednak, jednak… jakoś tak wiadomo, deficyt witaminowy to nie żarty. Człowiek słabnie, dziwnie szarzeje… znika.

Niby chłodno, niby nie…

Zima czy jesień, czy to w ogóle ważne?

Tak wiem, ona kalendarzowa to jeszcze trochę, ale jednak, jednak jakoś tak, po prostu wszystko jest dziwnie nijakie. Dziwnie wiejne i mocno, o szyby coś wali, grad, a może ufokowie coś tam na nas zrzucają?

Kto to wie?

W tym dziwnym świecie wszystko jest możliwe.

Wszystko?

Po raz pierwszy są problemy z Kalendarzem Adwentowym w Gudhjem. Wiecie, takie coś, że ludzie stroją okna i chodzą codziennie pod te okna w okresie adwentowym i jakoś tak, no po prostu, śpiewają i piją i jedzą, lulki palą, nie tańczą, chociaż, kto to tam wiem? No kto? Nie byłam na czymś takim…

Zbyt wiele ludzi.

I picie…

No więc wciąż nie ma, chociaż może w tym momencie, w tej chwili, może… może się ktoś zdecydował… A druga sprawa to oczywiście Bornholmenbussen. Założyciel zmarł. Był wiekowy, więc nie ma teorii spiskowej, ale… miał marzenie, miał marzenie by po prostu ta nazwa jesnak została.

Było to dla niego ważne.

I… no właśnie, okazuje się, że chyba się poprzewraca w grobie, bo oczywiście prawo pierwokupu miało Molslinjen. Dlaczego? Ponieważ umowa podpisana niegdyś z poprzednim właścicielem promów… wciąż ma moc, więc… kolejna rzecz, ważna dla Wyspy, symbol kurna, idzie się jebać. I wiem, wulgarność to oczywiście też język przekazu, ale… możnaby inaczej, może i by można, ale wiecie co, nie da się. Się nie da, gdy tak człowiek patrzy na to wszystko.

Na te zmiany.

Na niszczenie czegoś, co było… moje?

Czy to wciąż moje miejsce?

Wycinane drewa, krzaki dewastowane. Niepilnowana linia brzegowa, plae, które niegdyś były takie dzikie, ujmujące, teraz straszą czasem doskonałością. Dziwną doskonałością. Niepasującą tutaj.

Bardzo.

To wszystko jest bolesne… po prostu. Ale jednak, boli jakoś tak, dziwnie, wewnętrznie, jakoś tak… smutno mi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biernik… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Burakko…

„Miał interes.

Miał interes i to może wątpliwy, ale jednak dziwnie nęcący i intrygujący… interes wciągający, chociaż tak niepewny… w końcu w dzisiejszych czasach, aczkolwiek może właśnie dlatego, iż czasy były jakie były, ten interes, ta opportunity, oportunicja wszelancka, znaczy to coś, ono coś, wizja, choć z papierami i jakimś tam numerem nipowym, nabierało nowego naczenia. Może i niepocieszającego, nie wciągającego wszystkich, ale każdy miał coś do powiedzenia. Dymne ogniska huczały od plotek, z komina coś pufało, kule szklane i kryształowe rozgrzewały się, jakieś dysze, stare telefony, wieże sygnalizujące, chmurki, gołębie, sowy… listonosze, kurierzy wszelkich ras i barw nonszalancji… lizacze znaczków znów mieli pracę, bo choć i samoklejne, to jednak dobrze było ich mieć…

Na wszelki wypadek, w końcu…

Wszyscy chcieli wiedzieć jak najwięcej, ale w szczególności ile…

Ile z tego będą mieli.

Ale jakoś tak, o sam interes, nie pytali, chodziło tylko o to, ile z tego będzie, ale nie do końca pytali, a może ich nie obchodziło, ile czego? W końcu jeśli nie dopytywali, nie ociekali, to można im było po prostu wszystko i we wszelakiej postaci? A może chodziło o wygrywanie? Zdobywanie…

Ilość?

Interes ropalał zmysły.

Sama definicja już pozwala się spocić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Hammershus…

Poranny spacer w niedzielę chmurną i deszczową.

Cudo!

Przyznam, że gdybym nie musiała wyjść, wiecie, znajomi z internetów nas nawiedzili, bo człowiek taki dziwny i znajomych ma w sieci i oni przyjeżdżają z takiego Singapuru… serio, to się dziwię, zmarzli… okay, dla mnie to cudowne, wspaniałe miejsce! Po prostu niesamowite, ten widok, i błękit i jeszcze one skały i cienie, ta linia brzegowa, no po prosu bajer i to powietrze, ale jednak, jednak… czy im się poobało? Wiem, oni takich spraw u siebie nie mają, ale jednak…

Marzli.

Ale, sami wybrali listopad.

Wiedzieli co ich czeka, chociaż, czy na pewno? No nie wiem… ale, dzięki nim człowiek polazł na spacer w ruiny w niedzielę rano i poza nami nikogo nie było. Chociaż później pojawiła się jakaś para, ale wiecie, nie ważne. Kompletnie… bo ta szarość była w niedzielę taka niebieska, morze spokojne, okryte jedwabistą mgiełką… i jeszcze ona jesienność, która powróciła z tej zimowości zwodniczej.

Ech…

I ta bryza!

Ale… wracamy do znajomych z internetu.

No więc…

… zdarzają się nam takie spotania, kilka razy w roku jakoś, ludzie piszą że przyjeżdają i nagle człek rozumie, że robi coś, czego nie zrobiłby kiedyś. I chociaż może bierze leki na te swoje szaleństwa, by jakoś jak człowiek się zachowywać i jeszcze… się szykuje i tak alej i spotkanie jest z pluszakami, ale jednak… robi się coś, czego w przeszłości by się nie zrobiło. Zderza się z inną kulturą…

… a jednak z kimś takim samym.

No dobra, takim bardzo bardzo bardzo podobnym.

I jest to fascynujące, chociaż oni się śmieją, że mówię, iż ciepło dziś, bo 7 stopni, a oni na to: to co oznaca gorąco, a ja, że ponad 25 i się śmieją. Bo u nich to chłód. A najzimniej… ej, przypomniały mi się czasy podstawówki, więc walnęłam 25C… ale pobledli. Nosz kapitalne to jest. I te prezenty. Człowiek zawsze robi wymianę prezentów, jak za czasów plemiennych właściwie… i tyle. Zderzenie światów, planet…

Zachwianie, zaburzenie.

Nagle uświadamiasz sobie, że świat jest pokręcenie intrygujący wciąż.

Wciąż!!!

A na Wyspie… dziwna cisza. Ludzie błąkają się po pobooczu drogi, w lasach pląsają, bo wiecie, ciepło. Śniegu nie ma, choć podobno w Nexoe w ogóle nie było, za to gdzie niegdzie jeszcze można resztki w rowach spotkać…

Może będzie więcej?

A potem rozumiesz, że oni nie wiedzieliby o Wyspie, gdyby nie ja… i nie wiem, dobrze to, czy jednak mało dobrze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Burakko… została wyłączona

Pan Tealight i Marchewkowy Król…

„Był tym, który pozostawał w ziemi, zawsze, niezależnie od pogody, temperatury i wszelakiego nawodnienia. I nie gnił. Był tym jedynym, onym pierwszym i ostatnim zarazem, dawcem nasion…

… ekhm, oraz innych tam spraw i rzeczy, o których naprawdę wielu wolało nie myśleć i nie brać tego na poważnie, chociaż jakoś tak, no wiedzieli, że te rzeczy i sprawy się dzieją, i on jest ich prowodyrem, więc…

Ale nie, dokładnie nie chcieli być wprowadzeni w sprawę.

Nie.

Jednak Marchewkowy Król nie był takim, który uwielbiał trzymać język czy korzonek za zębami. Czy w natkę innym nie dmuchać. Wiecie, otwarty był bardzo. Na wszystko. Na rozmowy, kawkę, herbatkę, wspólne pieczenie pierniczków, ciastecek innych, może maślanych, nawet marchewkowe ciasto, z chęcią, nie widział w tym nic z marchewkobanilizmu. Kompletnie. Mógł jeść, piec, kroić… w końcu tak naprawę niby był jenym z nich, czy jeną… ale też i nie.

Kompletnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowa moda…

Chociaż nie, nie moda, raczej przymus… taki, iż pomiędzy 17tą a 20tą światła w oknach znikają, jakoś tak mniej ich, wszystko się zamraża, jakby, ludzie kumulują się niczym one roboty w „I, robot”… w miejscach, gdzie dają światło za darmo, chociaż zaraz, nie obok lodówek, tam powyłączali światło, w sklepach też półmrok dziwny, jakoś tak… obrydliwie, smutno, depresyjnie…

Wsystko oczywiście dlatego, że w tych godzinach prąd jest najdroższy.

Każdy teraz liczy one kilowatogodziny, ile i kiedy, co i jak. Czy mogę czy nie, ale jakoś nie liczą jak gdzieś lecą ile tych CO2 wydalają, no ale, co ja się będę tam… więc… sprawdzaliśmy w Nexoe jak to ze świątecznością. Na miasto około naście domostw było oświetlonych i nie mówię o czymś szalonym. Nie. Po prostu sznur lampek przy dachu, oknie, krzaczki… i tylko na przeciwko młyna w Aarsballe jest jeden co się po prostu nie będzie przymusom kłaniał.

Co się sprzeciwia ciemności i jednobarwności…

Bo…

Powiedzmy sobie szczerze, kochamy buntowników. Tych, sprzeciwiających się systemowi, a dokładniej nie systemowi, bo system zrozumiał, iż sobie pęta coś na szyję i nagle piszą, żeby włączać lampki, bo to tak mało zżera, że nie warto, że depresja, że u nas i tak przecież ciemno, że…

I jescze nagła, nachalna reklama ukraińskich rzeczy w sklepie…

FYI i tak mnie nie stać.

A… jednobarwność.

Bo widzicie, Duńczycy kochają niekolorowe lampki. Preferują one, zwane przeze mnie obsikanymi… no sorry, ale taki to odcień niebieli nieżółci.

Bleeee…

Czyli z jednej storny kolor, logiczne, ale jednak, nie. Podobno to warm light, ale nie no, weźcie no, nie. Kolor jest yyyyy dla mnie bardo wkurwiający. I tyle, ale la innych widać nie i to tyż fajnie, ja se go nie wsadzę do domu, chociaż, wróć… wsadzę, bo inny tu zdobyc nie jest łatwo, więc… ale wróć, przecież i tak nie wolno się oświetlać, kurna, jak w stanie wojennym… no co?! Kupiliśmy i butlę z gazem, myślicie że co? Że jak to działa? Kula strachu się napędza…

Jak kawał bałwana.

A!

Jeśli zauważyliście brak literek, to tak, mój komputer wciąż zdycha, a ja z nim… sponsorzy mile widziani. Wypłacalni. Paypal tam, gdzie zawsze… no jest tam taki przycisk na stronie, po prawej na górze. Uczę się to mówić, walić to! I tak, azroszczę innym tych pięknych sklepów, wystaw, światełek, kolorów, piosenek… wczoraj byliśmy na jarmarku w Nexoe i było strasznie. Nie tylko dlatego, że padało…

Nie…

Po prostu było żałośnie i smutno, dodatkowo, co  tymi palaczami!!!

Bleee!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Marchewkowy Król… została wyłączona

Pan Tealight i Szkoła dla Dorosłych…

„Pierwsi uczniowie przybyli jeszcze jak liście się zieleniły…

… ale wiadomo, przedwcześni tacy, najgorsi, najbardziej upierliwi, więc musieli poczekać. Niekiedy nie było najmądrzejszym by być pierwszym, może i nigdy, w końcu ostatni będą pierwszymi, czy jak to tam… I najważniejsze, pewne rzeczy i sprawy trzeba najpierw wypróbować, a znalezienie królików doświadczalnych, no cóż, nie było w smak niektórym…

… milusie królisie…

A oni, cóż…

Byli za darmo, sami chcieli, a nawet niektórzy za dopłatą nawet, ino brać, więc aż wstyd byłoby nie skorzystać. Lepiej nie marnować takiej okazji, lepiej ich wykorzystać, przydadzą się też oczywiście pomoce szkolne, dydaktyczne mocno, wiecie jak to jest, drogie takie szkielety i inne bajery, więc…

Nic się tutaj nie marnuje.

Nic się nie może zmarnować, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki bardzo o to dbała, ale też i uwielbiała wyrzucać! Uważała, że jak coś już zaczyna człowieka, czyli niby ją? wkurzać, to najlepiej to wyjebać i tyle.

Po co się męczyć.

Kosz cię wyręczy.

… ale nie, nie pozwala w nim grzebać innym, klątwy nakładała i wywalone musiało być wywalonym i zniszczonym… ale może oni o tym nie wiedzieli, może chcieliby mieć taką opcję w życiu, więc… napisała im poradniczek, jakby co, mogli się uczyć, ale powiedziała, że profesorem nie będzie!

Za nic!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźma opiekunka” – … drugi tom przygód Wolhy Rednej… Wiecie, powrót do znajomego świata, zabawy, romantyczności, przygody, wszelakie potwory, rozrywki i rozgrywki…

Nasza bohaterka kończy szkołę, koniec z tymi zabawami i wolnością… może to i było pokrętne, może i naprawdę ktoś w tym maczał palce lub pazury, ale jednak, może sprawdi się jako część Dogewy? Odbycie stażu w takim miejscu może i będzie dosyć… zaskakujące, ujmując najmilej, ale jednak, chodzi przecież o dyplom. Ukończenie Uniwerku to jedno, ale papier jest ważny!

Tylko… te wampiry!

To takie przyjemne czytanie. Nieciężkie, nieprzeginające, magiczne, zabawne, prawie komiczne miejscami… osobowości drugoplanowe są niesamowite. Tę powieść czyta się też i dla nich, a może i często przede wszystkim dla nich? No wiecie, jedni wolą wiedźmę, inni otoczkę i choć jedno bez drugiego żyć nie może, to jednak… ech, no po prostu, jest zabawa, jest przygoda, magia i wpadki wszelakie…

I sekrety…

Oj, te sekrety!

W sklepach ludzie… dziwnie by było gdyby były to zwierzaki, no jednak… jeni polują na przecenione masło, inni na jakieś bibeloty, a jeszcze inni czekają na julemarkety, które w tym roku jakoś tak późno się zaczynają, no ale… ten w Nexoe podobno ma być na wypasie. Się zobaczy, albo nie.

Ale…

… śnieg stopniał, nagle zrobiło się dziwnie cieplej i epidemia katarków szaleje.

Normale!

… więc może jednak zrezygnować z miejsc, gdzie gromadzą się ludzie? No bo kij wie co to za katarki poprzynosili z onych zagramanic? Przecież wszyscy ciągle gdzieś latają, ale lampek powiesić to nie. Kurna no! Wszędzie ciemno, wszędzie szaro, wszędzie… gdzieniegdzie tylko ktoś coś zrobił, rzucił lampki, nawet media zaczynają się rozwodzić nad tym, iż jeden sznur lampek przez rok zaświecony, to ino ileś tam koron, a jednak… tia, ludzie… ludzie mają to do siebie, że łatwo przechozą do linczu. Jak ktoś chce, to zapraszam, bo ostatnio depresja mnie dojeżdża, ale tak na wkurwie i płaczu jednocześnie, więc spróbujcie się z tym zderzyć.

Tak naprawdę, wszystkim co zrobicie, obecnie szkodzicie innym, więc…

Po co się starać?

Po co ich słuchać?

Po co się innymi interesować?

No weźcie no, szczerze… odpuście sobie.

Ale…

Śnieg stopniał, smuteczek. Wiem, że to jeszcze nie zima, ale jednak… jednak jakoś tak, dziwnie. Chociaż, z drugiej strony wracają szare pogody, w wolnym tłumaczeniu bardzo… a one są super. I można świeczki kopcić. I tak, wiem, złe są świeczki, ojojojjj… czy mnie to interere? Nie, ani fiku miku!

I już.

Spokojna wasza roztrzęsiona!

Nie bójcie się.

Można żyć i nie dbać o to, czy ktoś to zaakceptuje, czy nie. I tak, mogą rzucić jajem, mogą na was napaść, ale jednak, cóż, wy możecie nie marnować jajek. I nie słuchać innych, słuchawki to cud techniki. Nawet wyłączone.

LOL

Taki myk!

Tego uczy Wyspa… mienia wielu rzeczy w dupie. I to dosłownie czasami, wiecie, jak komuś przyjdzie i się zachce gdzieś w lesie głębokim mniej lub bardziej, to co ma zrobić. Nosz przecież, no… co ma zrobić, musi zrobić?! Co nie? LOL Tak więc miejcie święta jakieś, nie miejcie ich w ogóle…

I do not care!

Szczerze.

Dobra… teraz tylko przekonać o tym wszystkim mój mózg i zwyczajnie nauczyć się mówić nie… to prede mną. Bo widzicie, to mi jeszcze nie wychodzi, ale to miejsce uczy. Rani i niszczy też. Nie wiem w czym jest lepsze…

I nie, nie chodzi tylko o ludzi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szkoła dla Dorosłych… została wyłączona

Pan Tealight i Liście…

„Bo chodziło o to, że na drewach wciąż jeszcze były liście!

Zima wkroczyła w Jesień, ta się obraziła, niewykolorowała i wszelako splunęła i tak dalej… i zrzuciła na Zimę klątwę jakąś, a że w tym roku baby się trafiły, no to… cóż, poleciały iskry i zapłonęły sprawy. Ale przecież to tylko usiąść przy oknie i patrzeć jak się baby leją, poza tym, kto by nie chciał cudownej, śnieżnej pierzynki w prezencie bez okazji. Bo tak… bo czemu nie?

Ale najlepsze to były w tym wszystkim liście…

Jakoś tak nie chciały spaść, nie chciały na ziemię, mimo tych śnieżnych czap i rękawiczek, mimo chłodu i wiatrów, jakoś tak, postanowiły to przeczekać, a patrząc na nie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane utwierdzała się w przekonaniu, że zima to zawsze to jest to…

… oj jest.

Ale jesień też kochała, oj tak.

Po prostu to był jej czas, te dwie pory roku… reszta mogłaby nie istnieć, ale jednak, bez onej reszty jakoś to, co kochała najbardziej traciłoby moc. Znikałoby powoli… może i zaczęło się przemieniać? A lepiej nie. To w końcu nie było jej zamysłem. Jednak, lato ją wykończyło, naprawdę mocno i ona ciepła jesień, mokra, dziwnie niejesienna też nie poprawiała humoru… więc jak się te kilka ni zimowe jawiły, oj, odetchnęła w końcu bardziej i mocniej i jeszcze…

Znowu.

Wiedziała, że zima musi być…

… musi…

… i liście i drzewa i jeszcze wszelakie chłody i wiatry, może nie te głowobolące, ale te… które przynosiły intrygujące nowe. Intrygujące i zmieniające, ale nie tak boleśnie, nie. Raczej tak, z głaskaniem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To jest takie… niewyobrażalnie oszałamiające.

Ten śnieg.

Ta jasność pojawiająca się znikąd lub z niego… jakby skondensował w sobie światło księżyca, chłodne, niesamowite, i oddawał je wieczorem czy rano… gdy jest śnieg one szare dni nie są już szare nawet jak niebo zasnuwają grube warstwy chmur. Nie. I to, że śnieg wciąż jest, od kilku dni, wciąż, na dachach i gałęziach… temperatura może i w tydzień postanowiła przelecieć od 15C o minus 5C… ale, co tam… śnieg jest. Co wciąż tutaj jest dziwne. Bardzo dziwne…

Ale i tak piękne…

Problem?

No cóż, widzicie, cięcia budżetowe, więc drogi nie są odśnieżane. Główne w sobotę nie były czarne do popołudnia… potem już trochę lepiej, ale wciąż na głównych leży błoto pośniegowe. Dodatkowo na bocznych to już w ogóle dramat, chyba tylko posolili, jakby ten śnieg potrzebował jakiś przypraw…

Dobry jest jaki jest.

Ale… oczywiście to też problem, dla wielu.

Ceny prąu to nadal kosmos. Sprawdzasz sobie na stronie www, czy cię stać na godzinkę grzania, czy nie. Czy ciepła woda może być użytkowana, czy jednak poczekać godzinkę. Tu już nie chodzi o to czy człowiek marznie, ale czy domy, nieogrewane, zwyczajnie się nie rozpadną. Szczególnie tu.

To jest przerażające.

A tymczasem w Katarze, co nie…?

Jako człowiek, który nie zna się na niczym współczesnym rzuciły mi się w oczy jakieś mundiale na piasku? I to teraz, w tych czasach, gdy wszystko się… nawet nie toczy. Zamarło. Nosz kurna maciogwąda, no!!! Czy was ludie już naprawdę  roumu wybebeszyło? A jeszcze w szczególności was, potomków plemiennych, zawsze w ruchu, wędrownych, karawaniarzy… kiedyś to woda była najważniejsza, skarb najwyższy, a teraz wylewacie jej litry na trawkę po piłkę?

Ja pierdolę, ludzie są pozbawieni drugiego sapiens… ogólnie mówiąc, to już nawet nie sapiens, a raczej kurna zgarbiony, lekko zombie, nawet nie wiem czy homo jest odpowiednie…

… w końcu czy to wciąż homo…

Serio chodzicie z telefonem do klopa?

Naprawdę…

… mieszkam w innym świecie. Tam, gdzie morze wciąż bardziej intrygujące i potrzebne niż telewizor, czy inne tam wynalazki, śnieg, spada właśnie z dachu, co w połączeniu z mrokiem prawie już nocy jest dość creepy, no jednak. Wciąż… ta natura jakaś bardziej normalna i miła sercu i duszy… Chociaż i u nas są jakieś jęczybuły miauczące, że ojoj, tacy oni kibice, ale tym razem ich nie stać na te Katary.

Ojojoj… ale mi kurna was NIE szkoda.

Wstydzić się powinniście za to wszystko, ale nie… ludzie chyba już nie posiadają czegoś takiego jak wstyd w sobie…

Jakieś szersze widzenie, myślenie, pragnienie nauki… też odeszło do lamusa.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Liście… została wyłączona