Pan Tealight i Ta Choinka…

„Pan Tealight posiadał pewną słabość. Słabość, której geneza zapisana została tak dawno, tak daleko i tak głęboko… że on sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Świat czasem zdawał się manipulować widać nawet nim. Nawet taką potęgą, kimś, kto właściwie nie był niczyim poddanym. Niczyim synem i właścicielem każdego. W końcu, przyparci czasem, obciążeni przemijaniem… docierali do sklepiku wszyscy.

Był Bogiem. Był wszechmocą, która posiadała intrygujący fetysz.

W małym pudełeczku, tuż za niedokończonym cybuchem wrzosowej fajki leżało pudełko. Pudeko z bombkami i łańcuchami, z anielskim włosami, watą i sztucznym śniegiem. Pudło owinięte zwojem lampek i przystrojone jemiołą. Było tam też zdjęcie. Jej zdjęcie. Pięknej, zielnej, rozłożyście kobiecej i żywicznej.

Tej Jedynej Choinki.

Za każdym razem, gdy nadchodził TEN czas, odwiedzał tę nową, stojącą w porcie i kłaniał się jej. Wspominał tamen Jul. Który nigdy nie wróci. I nie widział, nawet on tak wszechmocny, nie mógł widzieć drapaka. Zaschniętego, gdzie niegdzie podpalonego, oblanego stearyną, ze smętnie zwisającą gwiazdą z czubka… gwiazdą z której dawno zeszło sreberko. Drapaka, który był jego cieniem w każdy Jul.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Aaaaaa!!! Mikołajki no 😉 Nie myślałam, że dostanę jakikolwiek prezent, serio nie myślałam, ale widać cud się stał 🙂

Najpierw przyszła nagroda z Wydawnictwa Czarna Owca!!!

Byłam pewna, że wygrałam tylko książkę, a tu proszę i kubek i audiobook, i książka oczywiście, do tego smycz i przypinka 🙂

Dzisiaj za to książki z Wydawnictwa Jaguar 🙂

No i cudo straszne od wspaniałej Dziewczyny, która umie po prostu łączyć sierściuchy, sznureczki, i tworzyć misie z duszą 😉 Co najmniej jedną duszą, a jaką osobowością!!!

Dziękuję bardzo!

PS. Ważne nader bardzo!!!

Jak pewnie już słyszeliście narodził się Syndykat Zbrodni w Bibliotece 😉 Ktoś pragnie zająć się występkiem morderczym? Macie dziwne odczucia euforii i podniecenia, gdy na półkach pojawia się nowy thriller czy kryminał, powieść straszna i krwista? Cóż, może jesteście materiałem na jednego z tych, którzy kochają zbrodnię i nie wstydzą się do tego przyznać?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mała Wiedźma i Morze…

„Wchodzę do morza. Zanurzam się, oddaję swoje bezpieczeństwo w jego ręce.

Najpierw pokonuję piasek, omijam duże kamienie. Potem moje stopy spowija wilgoć. Tutaj nie ma już piasku, są tylko śliskie kamienie. Obrośnięte zieloną jaskrawością, trawą dziwnych światów zdają się żyć, tętnić mocą… Jest niebezpiecznie.

Moje stopy ślizgają się, palce boleśnie stykają się z co ostrzejszymi krawędziami. Ale jestem pewna, że nawet jak upadnę, woda mnie otuli. I idę dalej. Podeszwy zmęczone ciągłym unikaniem przeszkód bolą. Moje stopy wspominają rozgrzany piasek plaży z dziwnym rozrzewnieniem. A ja uświadamiam sobie, że gadam ze swoimi częściami ciała. Ale nie, nie będą to monologi kolejnych części anatomicznych Wiedźmy.

Nie odkryję tej tajemnicy.

Nie pokażę Wielkiej Różnicy!

Po prostu idę… teraz atakują mnie glony. Mokrą, oślizgłą, dziwnie mackowatą powierzchnią chwytają mnie za kostki. Głaszczą, chcą zatrzymać w swoim ogrodowym, podmorskim świecie, ale ja mam inny plan. Tajemnicze lasy i zarośla, pielęgnowane przez smoki ogrody nie mogą stać się moim domem. Jeszcze nie teraz. Plącząc się idę dalej. Powłóczę nogami, które nagle radośnie odkrywają piasek na nowo. Jest cięższy, gęstszy, ale taki kojący… Idę i nie myślę, że mieszkają tam potwory. Wiem to, jestem jednym z nich. Chcę tylko dołączyć do rodziny. Niczego straszniejszego ode mnie tutaj nie ma.

Niczego bardziej zdesperowanego.”

(„Słuchając Wyspy – nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

Choinka w Listed stoi. Pachnie zaskakująco i magicznie 😉 Miejmy nadzieję, że nie odleci, bo tak strasznie wieje…

Zresztą ludzie też chyba raczej gotowi. Jak zwykle symboliczni, delikatni… a jednak czuje się Jul!!!

Kocham Bornholm!!!

Mamy też tegoroczną kartkę! Specjalnie zrobioną na Jul w Svaneke!!!

A co do czytania… W końcu zabrałam się za książki Lizy Marklund.

Wiadomo skandynawskie kryminały obecnie rządzą. Subtelnie się wyróżniają, są pożądane 🙂 Ale Marklund… cóż, jest jeszcze bardziej specyficzna. Jej bohaterka to młoda dziennikarka. Jej świat to Szwecja, sama stolica. Temat to człowiek. Błędy popełnione w przeszłości oddziaływują na teraźniejszość. Annika Bengtzon powinna tylko opisywać śledztwo, docierać prawdy. Staje jednak od początku pomiędzy tym, co słuszne, tym, czego wymaga od niej zawód, a własnym człowieczeństwem, kobiecością, wątpliwościami, uczuciem żerowania na cudzej tragedii.

„Zamachowiec” to pierwsza wydana, ale chronologicznie ostatnia (z 4 wydanych) opowieść o Annice. Powiedzieć, że specyficzna, to powiedzieć mało. Raczej zmuszająca do myślenia, analizowania każdego kroku… Poprzez słowa Marklund dociera do nas prawda o tym, jak bardzo odciskamy się na życiach innych ludzi. Często takich, których pomijamy. Takich, którzy dla nas są… śmieciami?

Jej bohaterka nie tylko stara się pogodzić zawód dziennikarza – jak okrutny w dzisiejszych czasach, jak kojarzący się tylko i wyłącznie z radością z cudzego nieszczęscia – z poszukiwaniem prawdy. Z ową niezłomnością, brakiem pewności słuszności swoich działań, ale i z ową siłą, która zmusza do odnalezienia odpowiedzi. Prawdy.

Co jeszcze zaskakuje?

Cóż Annika to nie jedyna bohaterka tej historii – choć trzeba przyznać, iż miejscami kryminał zmienia się w thriller, przechodząc w końcu w rozprawę psychologiczną, obraz kobiety w dzisiejszym świecie – bo Marklund pozwala wypowiedzieć się też mordercy. Temu, który decyduje o zakończeniu żyć, przecięciu owych nici. Odebraniu przyszłości za przeszłość. Za błędy.

Za niewidzialność!!!

Ale głos ma też ofiara. I korzysta z tego!

Fabuła przerywana osobistymi zapisakami, zaskakuje. Kto jest autorem tych słów? Czyje cierpienie tak naprawdę obserwujemy? Kto doznaje specyficznego katharsis w obliczu śmierci. Oczekując na ostatni oddech?

Cóż, pozostawmy więcej niedomówień 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kasting na Zbędnego Bohatera…

„Raz w roku Pan Tealight musiał to zrobić. Nie było innego wyjścia, inaczej zwyczajnie koczowali by mu pod drzwiami, albo co gorsza nadużywali Wygódki, lub zaczęli grzebać w Kominie. Lepiej było ich wysłuchać.

Pierniczeni bohaterowie!!!

Ojeblik – mała, ucięta główka, jak zwykle nawiała… tocząc się radośnie stukotała w kierunku plaży, gdzie Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Worny Pożartej, piekła na małym ruszcie kilka kijanek, które zapomniały się rozwinąć. Choć może to były sławetne skrawki z wiedźmiej kuchni? Pan Tealight pociągnąłby nosem, ale go nie miał, więc zwyczajnie sztachnął się i uśmiechnął. Na kolacę będzie mięsko, ale najpierw nagromadzone mięśniaki!

– Nie rozumiesz…

– Jak to, nie rozumiem! Jestem w pełni wykształconym Bohaterem. Urodziłem się nim i nim pozostanę, by umrzeć… godnie!

– Ale my nie mamy żadnej przepowiedni!

– Jak to?

– No w ogóle. Mamy zapisaną w Ksiegach defincję słowa, ale nikt jej nie doświadczył. Żyjemy i tyle. Bez wieszczek. Mamy magię – upierdliwą, nieskładną i nie przewidywalną w aspekcie żadnym. No i są Smoki. Tak naprawdę wszędzie są, ale my się do tego przyznajemy i sprzątamy kupy. Właściwie są nader przydatne te Smoki. Taka kreatura wiąże się z co bardziej starszawą, spróchniałą i paskudną dziewicą, ale przepowiedni nie, nie mamy. Są podgrzybki, nisseny, ziemne ludki, morskie ludki, powietrzne i niesklasyfikowane, niezidentyfikowane i te, które się nie przyznają… ale przepowiedni my ne mamy.

– Macie smoki – Bohater poczerwieniał radośnie, nie widząc, jak pod stołem Pan Tealight radośnie przebiera szarymi nóżkami.

– Ale po co? – zaczął spokojnie – Wolisz starą żonę, czy młodą. Bo przecież w tym całym boahterstwie i tak chodzi tylko o baby! Oj pewno, niektóre żony odgryzają mężom głowy w noc poślubną, niektóre podobno połykają, inne wypluwają, ale ja bym już nie przyszywał, są takie… nadgryzione. No i te oczy. Białko źle reaguje z sokiem trawiennym. Ale się nie martw. Nie wszystkie. Znaczy nie sprawdzałem ostatnio. Na pewno żadna to tradycja, ot taka maniera, moda, może hobby w przypadku Czarnych Wdów… Ze Smokami bym nie walczył, naprawdę nie, dla nas to rodzaj recyclingu, raczej bohaterów nam nie trzeba. Mieczyka do odnalezienia nie mamy, zresztą wszystkie mówią, co do pierścionków, nie wyrzucamy tyż recycling! Korony, pantofle, no nic z bohaterstwa. Wieżę mamy, ale ja w to nie wierzę. Królowi się nie spodobał taki wystrój terenu. Zresztą, mamy nadwyżkę starych panien. Smoki są w tym idealne! Naprawdę je kochają, zresztą są też uczciwe zwolenniczki tylko takiej prokreacji, więc… cóż.

Bohater zemdlał, ale Pan Tealight nie zwracał na niego już uwagi. – Widzisz mój drogi, Bohaterowie nie są już towarem pierwszej potrzeby… są Smoki! Ale mamy miejsce w kamieniołomach, na pewno się zdecydujesz!

Nad Wyspą zbierał się Zmrok. Dokładniej zbierał się w zagęszczeniu nad ogniskiem, które narodziło się z prowizorycznego grilla Chochela. Ojeblik fruwała w płomieniach wysoko, zapluwając się ze śmiechu.

Czas na kolację!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Ja nie mogę z tym światem.

Po pierwsze UNO chciałam oznajmić, że no sorry, ale chyba jednakowoż jestem rasistką książkową. No taka jestem – akceptujcie mnie albo i nie… przeczytam to! Chodzi mi o prosty fakt braku zrozumienia w swej tożsamości dla tych, którzy świadomie odrzucają książki. Rezygnują z czytania w ogóle. Nie dlatego, że nie mają czasu, czy nie wiem, no oczy im wypadły z czaszek, ale dlatego, że… NIE. Taką oto mają, tchnącą błyskotliwością odpowiedź.

Nie czytam, BO NIE!

Drugie UNO brzmi – nadal zarywam nocki. Tym razem znowu babrałam się w zwłokach, no nic dziwnego, że jak w końcu zapadam w dziwny sennny amok, to śnią mi się takie pierdoły. Tym razem sprawcą była niewielka pozycja: „Tajemnice wydarte zmarłym” Emily Craig.

Dobra książka. Ot kolejna z nurtu miłościwie nam panujących, piszących antropologów sądowych. Taka jedna z tych prawdziwszych, które dokładnie opiszą jak naprawdę wszystko śmierdzi, bulgocze, pryska… jak robiegają się robale i takie tam dodatki, których nie zaunduje Wam kolejny odcinek z CSI.

Kolejna kobieta w zawodzie, ale tym razem kobieta specyficzna. Nie tylko naukowiec od kości, ale przede wszystkim rysownik. Ta, która wie, że ołówek i kartka oddadzą więcej niż najlepsze zdjęcia! To mnie zaskoczyło. No i ów brak kompletny w autorce prób „lansowania” się. Ot zwyczajny opis mniej typowej pracy.

Przywoływania prawdy z tych, którzy niegdyś żyli, a dziś… są rozkładającą się kupką aromatów.

Dla wielbicieli tematu, albo tych wiecznie poszukujących prawdy. Nie wymaga ubrania ochronnego!!!

PS. Recenzja: „Pomiędzy światami”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wietrzna forma Wiedźmy…

„Wiatr.

Właściwie nie tyle wiatr, co masy powietrza, które postanowiły poruszyć wszystko. To co się da i to, co kompletnie nie ma na to ochoty. Wyspa zabrała się za przedświąteczne porządki… i choć w powietrzu czuję, że śnieg już od dawna powinien leżeć i przygniatać te lekko swoją arogancją wkurzające mnie zielonki, to jednak go nie ma. Tęsknię za śniegiem. Ale wiatr jest ważny. Wymiata to co stare, robi miejsce na nowe… Tylko, że ja boję się tego nowego i nieoswojonego. Znam to, co mam.

Mam też marzenia, dokładnie jedno, może dwa lub trzy – nic wielkiego. Moje zmiany. I choć ich chcę, choć wkurza mnie, że się nie spełniają, to boję się.

Wydaje się, że cały odgłos huku fal, cały ten szum i bujanie przeniosło się na Wyspę. Wody odpuściły sobie nagłośnienie i opchnęły sprzęt wiatrom. Chyba nawet dość tanio, ot za cenę pójścia na żywioł. A one szaleją. Huragan zmienił się w Orkan, drzewa zapragnęły opuścić ziemię, korzenie tańczą…

Wiatr niszczy i tworzy zarazem.

Spryciarz artysta!

Moje książki, ten cały układ krwionośny, limfatycznie oddechowy, szalejąco bijący i stukający przepływem liter… łopoczący stronami, drący mnie od środka twardszymi okładkami – porusza się. W Wiedźmie Pożartej Przez Książki wszystko szeleści, dygocze i przemieszcza się w niewiadomym kształcie i kierunku. Jakby te kule powietrza, rzucane przez Pijanego Olbrzyma z Christianso w rzeczywistości i miniaturze łomotały się też we mnie. Nie tylko uderzały w okna, tłukły się o drzwi, niszczyły już zawieszone, świąteczne dekoracje, ale przede wszystkim burzyły mnie… i budowały od nowa.

Książki poddają się Orkanom.

Problem w tym, że mnie nikt nie zapoznał z formą, w którą chcą mnie przekształcić! Czy ja się zgadzałam na większą dupę? Oj…”

(„Słuchając Wyspy, nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

Runa zmian. Podróży fizycznych i duchowych, cóż chyba nadchodzą. Zmiany. Nigdy nie wiem czy na lepsze, czy na gorsze… zresztą jak można być świadomym czegoś, co w rzeczywistości oceni dopiero czas. Wielki Sędzia, przed którym w cholerę niczego się nie ukryje. Czuję się trochę obnażona… ale przecież to nie pierwszy raz. Prawda!? Wielki Sędzio! To nie pierwszy raz… znowu zrobisz mnie w konia, a za karę dostanę Sukę Nadzieję!

Nie cierpię zakaźnej!

Jestem na książkowym głodzie. Właściwie już umarłam prawie… na dodatek chyba Prószyński i Ska mnie znielubił, bo dostałam ino jedną książkę. Cóż… było i nie ma. Okrutne to trochę, a nawet bardzo i nie wiem co zrobiłam, no i jest mi przykro. Ale cóż, dobre choć to, mam coś do przeczytania.

Wiecie co… nadchodzi czas, kiedy się wkurzam. Denerwują mnie problemy w stylu: „Oj Święta idą, znowu się obeżremy, znowu będą prezenty” – PIERNICZCIE SIĘ Z TAKIMI PROBLEMAMI!!! W dzioba, większość ludzi nie będzie miała żarcia i prezentów!

Znajdźcie sobie powody do zmartwień! Albo módlcie się, byście się nie dowiedzieli, że świat jest pełen problemów o jakich nie macie pojęcia. Módlcie się o ów cholerny brak pojęcia, to seryjnie jest dobre… nie wiedzieć.

Nie poznać, nie doświadczać!

Kocham Jul, Yule, Christmasy… nie dam sobie tego zepsuć!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wichura Wspak…

„A Pan Tealight tylko słuchał…

Najpierw poruszyło się lekko pożółkłe, nadgryzione przez szaloną mysz, źdźbło trawy. O tam na polu, za kurhanem, zapomnianym szkieletem, zmatowiałym marzeniem. Potem nie wiadomo dlaczego stuknął kamień o kamień. Tutaj na plaży. Za wielką, oblepioną muszelkami kopą glonów. Podświetloną przez marznące słońce, bursztynową, diamentową. Dziwnie nieruchomą.

A tak bardzo ożywioną…

Potem obudziły się powoli liście. Te nieliczne. Zwinięte wgłąb swojego jestestwa. Pięknie kruche, nasycone barwami. Jeden za drugim zaczęły odrywać się od pociemniałych gałązek i leciały w dół. W tą ostatnią podróż, z bagażem wspomnień i kilku zapomnianych robaczanych resztek.

Szum liści pobudził całą trawę, której jeszcze nieśmiała zielonkawość sprzeciwiała się nadmiernie barwnej Jesieni. Kolejne źdźbła zaczęły swój taniec… Wielka Pieśń nabierała rytmu i odnajdywała odpowiednie słowa…

A Pan Tealight już nie słuchał, zwinięty w niedokończonym cybuchu spał. Wichura się rozpoczęła. Ale to nie było istotne. Najważniejsze było to, że zaczęła się całkowicie od końca, ale wcale nie miała o tym pojęcia. Czy powinna była wiedzieć, że świat znowu podłożył jej nogę? Że wywróciła fikołka, pomieszała instrukcje i gra na nieodpowiednich instrumentach? A po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Zaczytałam się. Trzy noce zamiast spać i śnić szaleństwa spędziłam w książkach. W związku z tym moje szeleszczenie osobiste ma aromat lekko zombiaczy, ale za to książki były świetne.

Jedną z nich było „Kuszące zło”. Oj pewno, że nie jakaś tam wielka „literatura”, ale tego potrzebowałam. Właśnie takiego pisania.

Czasem po prostu potrzeba!

Udało mi się ją wygrać na stronie Zew nocy, za co wdzięczna jestem… bo musiałam sobie trochę mózg zlasować. Trochę poszaleć w wilkołaczej skórze, no dobra pół na pół z wampirem – serio czasem idąc z kimś do łóżka rodzice mogliby choć troszkę pomyśleć, ale widać nie! – nie martwić się o rany, kalorie, no szaleć na całego!

SZALEĆ bez myślenia, choć groza wszelaka świat ogarnia, a w bohaterce głównej dziwne moce zdają się budzić. Że brata chcą jej przelecieć brutalnie, a konie są fajne, no i wampiry mają takie tajemnice, że nie usiądziesz 🙂

Czasem się zastanawiam jaka to by mogła być powieść, gdyby nie te wszechobecne wyprężone męskości 😉 Przecież ma w sobie potencjał komplikowania życia, owych wyborów i przeznaczeń wszelakich… zmieszanych z genetycznymi manipulacjami, w których seryjnie dawno się zgubiłam. No dobra, przyznaję, że odpuściłam sobie seks a koniem. Jakoś niezbyt. Nie wiem dlaczego, ale konie mnie nie ruszają… ale gdyby to może były orki, wiecie jakie orki mają wyposażenie? Kiedyś pewna nader kościelna duszyczka mnie uświadomiła 🙂 Cóż, życie nosi masę niespodzianek w wielkim worze i ma z tego niezły ubaw!

A książka? To takie coś, co się czyta, jak człowiek chce by problemy odstawiły się na boczny tor. Cóż, tutaj one się rozwiązują dziwacznie, wsio jest możliwe, więcej nie ma nawet być dopowiedziane… właściwie pustak trochę, ale czasem tego właśnie potrzebuję 🙂 Szybko poszło.

U nas na Wyspie (Bornholm) oczywiście wszyscy czekają na Jul 🙂 Choinkę stawiamy już za kilka dni, jak zwykle w porcie 🙂 Może się uda zobaczyć to w tym roku? Ale co na to Wichura? Bo ma wiać tak very much 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mała Wiedźma i Chochel…

„Pan Tealight wstał tego dnia dość późno. Przytłaczała go ta wszelaka brązowatość. Ot nastał ten czas, owa chwila dłuższa lub krótsza… tej dziwność pomiędzy liśćmi, które porzuciły gałęzie, a jeszcze nie rozpostartymi, śnieżnymi połaciami. Kwiatami malowanymi przez roztrzepany Szron i Szadzią skrzącą drogi. Mróz nie miał zamiaru wyściubiać nosa – mówił, że mu nadal za ciepło, a sam Pani Zima, Wielka Ukochana… cóż, chyba się obraziła.

Ech, kobiety!

Jedyną szansą na ten czas był chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Ojeblik od kilku dni nie opuszczała wiedźmowej chatki, a to oznaczało jedno. No, może dwie sprawy. Albo nastąpiło otwarcie pierwszych weków z turystów i mała, ucięta główka się obżarła, albo w ruch poszły czerwone gacie z Mikołajem. Pan Tealight stawiał na gacie. W końcu turyści to towar przechodni, są, a potem ich nie ma. Znikają z Wyspy w ten, czy inny sposób, w zalewie lub bez… pojawiają się też podobnie. Wyrzygiwani z brzucha metalowego potwora…

A czerwone gacie z Mikołajem mają moc!

Tym bardziej, że małą wiedźmową chatkę było słychać już z daleka. Dobry znak! Właściwie zakładając w pośpiechu starą pelerynę, Pan Tealight szedł tylko za piskiem i skrzypieniem, ulotną melodią zmęczonego, ale też roześmianego materiału, oraz ubrechtanej architektury.

„Moc przybrała cielesną postać i spowiła się ulotną mgłą oczekiwania. Zło było gotowe. Jego ofiara, niewinna i dziwnie lśniąca, kroczyła wytyczoną przez Przepowiednię drogą…” – znaczy, że jak kroczyła? – Chochel siedział na kuchennym stole czytając pomiętą kartkę papieru, majtając gołymi nóżkami i trzymając się za trzęsący brzuch. W okolicach tylnych nóg stołu rechotała równie bezczelnie ucięta główka, a Wiedźma Pożarta, oparta o lodówkę i wypełniająca przestrzeń małego dywanika, obgryzała końcówkę ołówka – jak zwykle nie tą – i była wyraziście wściekła! – Znaczy taka lśniąca? Lakier, czy odpowiedni podkład ze złotymi cząsteczkami, a może tylko oświetlenie? Wiem, na pewno była wampirem, ostatnio krwiopijcy mają takie nabłyszczane tendencje w sobie… Nie, no ja Ci mówię Ty idź w seksualność. Nabłyszczana seksualność na pewno się sprzeda. A jeszcze jak będzie kroczyć, to już mur beton i zalewajka! – Chochel stanął na stole i zadeklamował: „Już Ci żadna przepowiednia nie groźna, gdy tylko namiętnie odgryziesz udziec z rożna! Wszystkie problemy wnet wyblakną, gdy poczujesz mego ostrza istotę wilgotną i sprawną! Ja Ci dam rozkosze, ja odejmę troski! Bo w końcu jestem taki przystojny, twardy i boski!”

Pan Tealight nie zaryzykował wejścia do chatki, ale usadowił się wygodnie na kupce kamieni – ot kurchanik taki – i spoglądając przez zapaćkane, kuchenne okno, pogrążył się w rozrywce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mam książkowego doła. Głód literacko maksymalny (ślinotok na widok nowości, pierdniczonych obcych stosików, kiszeniowców jednych co sami nie czytają, a ja tu o suchym pysku!!!), aż czuję, jak moje członki zamierają. Nic już we mnie nie szeleści. Serce, ot zwyczajna, zwinięta w kulkę strona numer 666, z nieznanej nikomu powieści, przestała przesuwać litery w żyłach.

Zamieram…

I tylko namolni bohaterowie, ci, o których tak skutecznie staram się zapomnieć… dobijają się pod czaszką wietrząc swoją szansę. Nic, tylko pisać, ale mi się chce czytać! Nie, pisać masz! Ale mi się chce czytać…

… czytać!

… pisać!

Gdybym nie była szalona już, to na pewno odmieniłoby mój stan psychiczności… ale za późno wstrętne opowieści. Świnia będę, nie napiszę was! A gryźcie się, kruszcie kopie i koronki zębów. Zawsze znajdzie się jakiś sadysta kowal, co Wam je obcęgami z krwawiących dziąseł wydobędzie. A grzyba miejcie! upierdliwce! Dlaczego ja nie zdecydowałam się na mniej więcej choć troszkę bardziej unormowane życie?

Pierniczyć artystyczność!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Senny Sen…

„Pan Tealight śnił.

W jego szarej głowie toczyły się bitwy i łamano namiętnie serca. Stwory i potwory były codziennością, a zło nosiło imię Normalność. Dziwaczność Namolna władała czarowną krainą, w której tylko Śmierć nosiła imię Nuda. Mieszkańcy tego świata nigdy nie zamykali oczu i zawsze otwierali uszy. Nikt tutaj nie zakładał skarpetek na prawą nogę, chyba, że tak akurat mu się chciało, a zabawne nosy dostawało się przy narodzeniu. Rękawiczki z piszczącymi odciskami były ostatnio w modzie, ale wszystkim bardziej podobały się klekoczące uszy. Pierdzące poduszki były nader passe, ale Szkoła Odgłosów Nadzwyczajnych przechodziła oblężenie.

Choć zdawać by się mogło, iż była to nader frywolna kraina, to jednakowoż prawa i obowiązki były spisane i przestrzegane. Chociaż tak naprawdę spisano je atramentem niesympatycznym i nikt nie chciał ich oglądać. Nie pachniały też fajnie! Wielu podejrzewało, iż Dziwaczność Namolna ukryła je w jakimś srebrzystym miejscu, zbudowanym z łez, ale… nikt nie chciał go odnaleźć. Bo i po co. Łzy były dobre tylko czasami. Ot by odświeżyć wzrok, tudzież trochę otumanić wybranka serca. Ale zawsze musiały to być własne łzy, a nie cudze. Ekipa Troskliwych Budzących, która pilnowała porządku w tym świecie, często zbierała zagubione krople i przekazywała latającym stworom, by zwyczajnie wyniosły je najdalej stąd… Nie oznaczało to jednak, że nie istniał tutaj Smutek. Był jak najbardziej obecny, choć niewielu potrafiło go zdefiniować…

Pan Tealight śnił, ale Sen był bardzo śpiący, więc też zasnął… i śnił własne sny.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Recenzje: „Osiem” i „Hyperversum”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Autopsja Kopciuszka i Pan Tealight…

„Wszyscy ją tutaj znali.

I chyba nikt tak naprawdę nie lubił.

Nie, no oczywiście, że była intrygująca, ale w jakiś dziwny sposób odpychała. Te jej skłonności do popiołu, ogólnie sproszkowanej rzeczywistości, myszy i szczurów, babranie się w dyniach, kabaczkach i innej maści napuchłych warzywach, gadanie z niewidzialną Matką Chrzestną i te biedne, okaleczone kobiety… a wszystko przez jej zakochanie. Egoistyczne. Mające gdzieś pamięć po ojcu, trzy przyrodnie siostry i matkę borykającą się z problemami dnia codziennego… I co z tego, że Macochę. Przecież ją kochała. Kochała jak własną córkę, pragnęła dla niej tylko tego, co najlepsze, co wymarzone, wyśnione.

Dobre i sprawiedliwe.

Gdy trafiła do Sklepiku z Niepotrzebnymi, jako odpad do przetworzenia, jako coś, czego bano się ponad wszystko, Pan Tealight i Ojeblik, mała ucięta główka, która zawsze mu towarzyszyła, długo zastanawiali się, czy to dobry pomysł.

Na szczęście problem sam się rozwiązał.

Kopciuszek leżała, tak przed nimi specyficzna, no kompletnie zdechnięta, umarła, nieżywa jak tylko jest to możliwe i… już nie sprawiała kłopotów. Szkoda, że też wcześniej nie była tak sztywna.

Tak, żałujemy, iż wcześniej też nie była tak sztywna, chłodno odpychająca, a jednak nadająca się na coś w stylu – raptownego przypływu szaleństwa wystrój wnętrz. A jednak… mimo owej nagłej dostępności wrednego Kopciuszka, Pan Tealight, a już Ojeblik to w ogóle, nie spieszył się do autopsji. Wręcz przeciwnie. Specyficznie poruszeni nieruchawością niegdyś wrednie rozszczekanego obiektu, ową definicyjną sztywnością denatki, zamyślili się. Miast rozkroić wredną pozostałość po dziewczęciu, spojrzeli na siebie i zwyczajnie zostawili zwłoki w Komórce. Komórka była z tego powodu nader zadowolona. Ona nie myślała o wątpliwej sławie ojca Kopciuszka, który podobno zamordował jej matkę, a w rzeczywistości był słabym mężczyzną i kolekcjonerem ludzkich uszu. Szczególnie tych oklapniętych, które usuwał starą, zardzewiałą brzytwą wszystkim zwłokom. Tylko raz zabił, ale wystarczyło. Nikt nie wierzył mu, że to był wypadek.

A może i był to wypadek? Komórka nie miała zdania, zadowolona z dotychczasowego miejsca w tej historii – czyli tła dla zwłok. Sztywnych. Takie smakowały najlepiej… a pewne rzeczy nie powinny pozostać nawet wspomnieniem. Co najwyżej mogą się odbić głośnym beknięciem!

Ale trzeba było wrócić do Kopciuszka. Sprawa, która cieniem kładła się na zranionym królestwie nie mogła czekać. Zwłoki wywieszone na murach zamku domagały się sprawiedliwości. A już w szczególności bestialsko okaleczone ciało księcia, nagie, z poodcinanymi członkami… członkiem, oraz pomalowane w wymyślne wzory ostro różową farbą. Te kawałki stóp, palców, a nawet naszyjniki z paznokci. Gdy tylko pomyślę, że wszystko zaczęło się w tę jedną, jakże naiwnie piękną noc. Noc balu – cóż, od razu robi mi się niedobrze. Nie lubię takowych spędów. Ot okazja, by pokazać, kto najbardziej schudł, pośmiać się z tych co przytyli, wybrać kieckę najbardziej obciachową i podłożyć komuś nogę, przy okazji sprawnie zwijając ze stołu połowę srebrnej zastawy – i modlić się by magicznie naznaczone framugi nie zabrzęczały. Tak, to zwykle była moja, jako Chochlika Niepewności, praca. Cóż, każdy jakoś zarabia na życie.

Kopciuszka spotkałam po raz pierwszy w jej ogródku. Mamrotała coś dziwnie do roślinek, zakopywała jakieś papierki, była tak lukrowanie słodka, uprzejma i grzeczna. Wyglądała jak maltretowana i niepewna umysłowo dziewczynka. Nikt nawet nie podejrzewał, jaka to z niej suka. Ja wiedziałam. Wiedziałam od początku, ale… dusza eksperymentatorki pragnęła ubawu. I tak Kopciuszek (uprzednio mejlowo odrzuciwszy zaproszenie) obrażona wpadła na bal, ociekając dyniowym sokiem. Księciu było głupio i choć już się był zakochał – no w Macosze, która jako wdowa miała prawo by znowu kochać, zaprosił ją do tańca. Bynajmniej żal się Księciu Kopciuszka zrobiło. Bo to taki typ te Kopciuszki. Gdzie toto polezie żal wzbudza, a żal się podnosi, przeciąga i radośnie otula wszystko i wszystkich. Tak więc Kopciuszek polazła na bal. Polazła i to nie raz, ale trzy razy. Nikt niczego nie podejrzewał. Nawet cała sprawa z pantofelkiem… Tak naprawdę pantofelek nie należał do Kopciuszka. Wredna małpa zakosiła go Macosze, która była tak szczęśliwa, że niczego nie zauważyła.

Aż do końca.

Cóż, pantofelek doprowadził do zguby, i wielu wizyt u podiatrów, prawie wszystkie kobiety w księstwie. Targane dziwnym pragnieniem chciały go przymierzyć. Grzybica rozpostarła więc swoje skrzydła i wzrosła w siłę. Właściwie do dziś nie wiadomo, dlaczego zwykła uprzejmość, mającą na celu zwrot towaru niechcianego do nadawcy, zmieniła się w ten koszmar.

Książę zapłacił pierwszy.

Czy to była tylko magia?

Nie wiem.

Ja tylko obserwowałam.

Spoglądałam, jak oskarżony o uczucie, którego nie było, Książę zmusza się do małżeństwa dla dobra… no właśnie przez wiele lat nie było wiadomo dlaczego. Teraz już wiemy, tajne akta ujrzały światło dzienne, gdy zapadła się wieża pałacu. Kopciuszek, wredna istota zagroziła dobrotliwemu panu w wieku starszym, iż pozbawi nie głów, ale stóp wszystkie kobiety na świecie. Macocha uległa. Jej córki cierpiały. Ona sama straciła palce u stóp i choć kochała, wolała kochać i cierpieć. Dla przyrodniej córki. Dla szczęścia owego osieroconego Kopciuszka, który widać kochał Księcia, choć ten już był sporo po best before.

Choć czuły, że to dziwne, nie do końca normalne, choć cierpiały, to wciąż, jak w amoku coraz więcej dziewcząt krępowało swoje stopy, obrzynało je po kawałeczku byle tylko dopasować się do pantofelka. Zaklętego artefaktu, który miał ofiarować Kopciuszkowi władzę nad światem. Bo przecież wcale nie chciała Księcia. Tego wykorzystała wrednie i perfidnie i już w noc poślubną ofiarowała pewnej wynaturzonej i spragnionej cielesnej miłości Smoczycy. Oskarżony o zdradę nowopoślubionej, nieprzytomny książę przy wtórze zaczarowanego tłumu, zawisł na murach. Macocha wiedziała co się dzieje, ale bała się. Matka Chrzestna – lustrzane odbicie Kopciuszka, i jak się potem okazało w rzeczywistości jej zamordowana matka, była wszędzie. Zła do szpiku duchowej kości. Zawistna. Pragnąca by wszyscy zapłacili za to, co świat uczynił i jej – choć to całkiem inna historia.

Ludzie przez wieki zastanawiać się będą, dlaczego opowieści takie jak historia o Kopciuszku, Śpiącej Królewnie czy też Śnieżce… nie miały ciągu dalszego. Nikt nie podejrzewał nawet, że wszystkie dziewczęta, obdarzone skazą genetyczną, były zwyczajnymi morderczyniami… Te historie nie miały szczęśliwych zakończeń.

Ale historia opowieści to pomijała.

Gawędziarze od wieków pomijali wystudiowanymi uśmiechami pytania gawiedzi: a co było dalej… Tworzyli domyślną fikcję pełną nadziei, pozwalającą wierzyć, że miłość i wszelkie towarzyszące im dodatki są możliwe. Iż spotkać swoje księcia może każda, że miłość istniej. Domyślna funkcja w życiu każdej z kobiet. Pokarm dla snów dziewcząt, dla których dorosłość może być inna od tej, którą dane im jest obserwować.

Tak naprawdę HAPPY END NEVER HAPPENS!!!

Znaczy, że co? A! Nie powiedziałam, jak zmieniła się w sztywniaka i pokarm dla złowrogiej Komórki? Czy naprawdę chcecie to wiedzieć? Pragniecie poznać prawdę zaklętą w lustrze, jakim dla każdej córki jest jej MATKA? Może lepiej nie? Powiem inaczej… na pewno lepiej tego nie wiedzieć. Czasem niektóre rzeczy powinny zostać przemilczane. Nawet te, które zdaje się wciąż poruszają w tym zielonkawym słoju…

A MIAŁY BYĆ MARTWE!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones) – napisane na konkurs, ale się nie spodobało.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Z miętoszonego pamiętniczka Wiedźmy Piszącej…

„Zabiłam Cię.

Było mi bardzo miło. To naprawdę cholernie rajcowne uczucie tak zwyczajnie, w końcu unicestwić cholerstwo, co to człowieka dniem i nocą męczyło. Co to się dopraszało ciągłej uwagi. Tego, by mieć oczy jednak orzechowe, a nie niebieskie, a włosy ciemniejsze i gęste, kręcone… ale kurna w lekkie loczki. Co to smukłe chciało być, aczkolwiek kobiece. Nie wiem dlaczego, bo z początku byłeś facetem.

Ale chyba o tym zapomniałeś, co nie? Bohaterze?

Sam się w sobie zagubiłeś. Siła Ci w kontekście nie leżała i te smoki, mogłeś wspomnieć, że masz uczulenie na łuskowatych. Ale żeby nagle pakować się w tiule i koronki. Nosić mitenki do zbroi, a w zdobieniach nalegać na kwiaty jabłoni?! Tak mnie bezczelnie i długo zwodziłeś, marny pomiocie czworonożnej dziwki, ale to już koniec. Teraz Cię jeszcze pochowam, pod truchłem smoka, dla bezpieczeństwa… a Ona splunie na Twoją mogiłę i zajmie Twoje miejsce.

I jak Ci się teraz podoba opowieść?”

(„Pożarta Przez Książki – autobiografia” Chepcher Jones)

Ale dzień. Dostałam rano książkę. Nie wiem dlaczego, ale ktokolwiek cokolwiek… to dziękuję bardzo 😉

Ech!

Chyba zaczynam być na fantastycznym głodzie. Trzeba mi porządnej dawki, wybuchowej mieszanki: magii, smoków, czarów, krasnoludów i może jeszcze jakaś dziewica na przystawkę? Koniecznie taka lekko różowa, prosto z ognia! Jeszcze łkająca, coby solić nie trzeba było.

Tak wiem, jestem okrutna 😉

PS. A! Moje recenzje od niedawna znajdziecie też na stronie internetowej www.arttravel.pl, FB ArtTravel 😉

Na przykład „Zapiski (pod)różne” Martyny Wojciechowskiej – świetne zresztą!!!

Albo przewodnika po Bornholmie – w zanczeniu się tu jest, to zawsze można pomarudzić 😉

Aj i „Hotel Babylon” – może niektórzy znają serial, zresztą jak na BBC przypadło, no świetny!

Będzie oczywiście więcej 🙂 I chociaż autor tam to jakaś „Anna”, to recenzje seryjnie moje 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Zaduma…

„Dla Pana Tealighta nadszedł coroczny czas zadumy.

Zawsze tak go to jakoś trochę zaskakiwało. Mimo posiadania około miliarda dziwnych kalendarzy i czasomierzy, nie potrafił dokładnie mierzyć czasu. Ot nie nauczył się. Zresztą nie uznawał tego za istotne. Czas tutaj nie miał znaczenia. Dla niego czas nie istniał. Poza panowaniem Zimy – ale to było już dość ekscentrycznie uczuciowe i osobiste, takie tylko jego.

Tak, Pan Tealight czuł w kościach nadchodzącą Zimę. Czuł ją tak od połowy Lata, choć złośliwi mówili mu – wzbudzając w nim żarłoczną zazdrość – że tak naprawdę nie opuszczała Wyspy. Nie wierzył im, choć…

Zafascynowany powrotem Ukochanej zapomniał o Jesieni. Dopiero gdy w kącie zgromadziła się sterta zgrabnych koszyków wyplecionych z niechcianych i zbędnych elementów owłosienia… Pan Tealight zrozumiał, że ten czas będzie obecny i w tym roku. Żadne tam ocieplenie klimatu, zmiany i inne wariacje człowieka, nie miały wpływu na Matkę Naturę. A dokładnie na jej przyzwyczajenia. Dzieci. Czwórkę jej najukochańszych, tak różnych od siebie dzieci.

Zaduma owinęła się szczelnie wokół Pana Tealighta i zdecydowała się na miętową herbatę z miodem. Spadziowym… była gotowa do pracy.

Cisza…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Recenzje: „Sherlockista” i „Spalone”.

Z cyklu ostatnio przeczytane: „Brylantowy miecz. Drewniany miecz” Nik Pierumow.

Lubię Pierumowa. Ot zwyczajnie, to jeden z moich faworytów. Pisze dobre fantasy, z jednej strony wyobraźnia mu furkocze, z drugiej trzyma się pewnych utartych ścieżek… i tym razem mnie nie zawiódł.

Ta książka, początek cyklu, to opowieść o świecie, który kiepsko zaczął. Właściwie każdy ma tutaj krew na rękach. Nikt nie jest wyłączni dobry, lub zły, co więcej, każdy zdaje się sbać wyłącznie o swoje dobre. I są jeszcze Wolni – neutralni, zdolni sprzedać swoje umiejętności. Są fantastyczne stwory, wytrzebione gromady ludu Danu, krasnoludy i magowie. I Ulewa. Obecny jest strach, wola przetrwania i odwieczne pragnienia ludzkości: chciwość oraz duma.

Nik Pierumow nigdy nie pisze „łatwych” treści. Jego opowieści są wielowątkowe, posiadają skomplikowanych bohaterów, ale też i treści nader zwyczajne. Walkę o każdy dzień. Jednak pod tym wszystkim kryje się też przeznaczenie. Odwieczny Los. Owo przeklęte Fatum, które najczęściej nie pomaga, a tylko wymaga więcej… by oddać mu więcej, zrezygonować z siebie dla wyższych celów.

Tylko po co? Dla kogo? Dla Starych Bogów, czy Jedynego?

Oj tak, wiara i magia stoją tutaj na równych pozycjach. Władza zdaje się być pod ciągłym atakiem niewiadomego, a maluczcy jak zwykle mają, lekko mówiąc, przewałkowane! I choć trzy główne nurty powieści będą się splatać, plątać i zwodzić Was na manowce… prawda jest taka, że zaczynając czytać wkroczycie w inny świat. Świat warty poznania i fascynujący! To baśń, aczkolwiek dość dorosła!

Jeżeli chodzi o sagi fantasy, Pierumow to jeden z moich ulubieńców!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz