„Pan Tealight pamiętał ten dzień. I choć było ich więcej, to on jednak zespolił wszystkie uczucia, które się z nimi wiązały, całe to szaleństwo i niebywałość, niepewność i wariactwo, w jedną kostkę owego doskonałego bulionu… opowieści o pewnym uczuciu.
Bo Pani Wyspy miała niegdyś Kochanka.
Przybył on w sieci utkanej przez Wdowie Pajęczyce, w splątanych, oblepionych wodorostami okach, które odbijały miliony opowieści z przeszłości, przyszłości i nie baczyły na teraźniejszość. Zwinięty, poobijany, ale i doskonale zasolony… głośno odetchnął, gdy fale wyrzuciły go tuż obok Domu Tego Boga. Czy to los, czy coś jeszcze potężniejszego, czemu poddana nawet może być ONA, a może ot przypadek, choć nie, one nie istnieją jak poczucie normalności w skarpetach co dają się wepchnąć do sandałów… nie, to musiało być owo COŚ WIĘCEJ.
Owo nieopisywalne i niedefiniowalne… musiało!
Cóż, tego wieczora, spoglądając na gałązkę sciśniętych pąków białego bzu, Pani Wyspy siedziała w Małym Porcie Domu Tego Boga. I obmyślała bzowe zaklęcie. Obmyślała słowa, które jak co roku miały pozwolić gałązkom wybuchnąć i zalać Wyspę słodkim zapachem, szelestem płatków i magią z nimi związaną. Miały dać spełnienie życzeń zaklęte w tych pięcioramiennych… ale nie dane jej było wypowiedzieć słów. Nie dane było powiązać brzmień, gdy na kamieniach, tuż obok ławki pojawił się on. I wtedy bzowe pąki zadrżały rzucone na trawę, szelst sukien zbliżył się do wody… a ona go zobaczyła. Wysupłała zasolone szczątki z siecie i nie zważając na dziwny, gniewny, ale i przerażony szum fal… zakochała się. Zakochała w wizji, nie bacząc na niezdarność Kochanka, nie bacząc na jego wygląd, ani brak słów.
Ot zakochała się w samym zakochani. W umiejęstności latania, lekkości pocałunków, uczuciach wypełnienia, a owej doskonałości. Zrozumiała, że tego pragnęła, tego jej brakowało. Już nie ważne były bzy… On zaś był mokry i zziębnięty. Dziwnie skruszały i pomarszczony. Pan Tealight pamiętał, że wydał mu się dziwnie brzydki, ale Jej to nie obchodziło. Była wtedy jeszcze młodziutką Panią Wyspy. Smok dopiero co zamknał swoje oczy, a bzy… bzy były dzikością. I nie lubiły, gdy się je pomijało, albo odrzucało niczym niepotrzebny nikomu, gnijący wiecheć.
Ale ona nie baczyła ani na bzy, ani na wiosnę… ni na lato. Zastygła tak na jedną i drugą porę roku. Zastygła w zakochaniu. A potem on odszedł. Choć niektórzy mówią, że tylko zniknął z tego świata. Że tak naprawdę zamknęły go w sobie twarde pąki bzów, które otworzyły się pewnej nocy. Pożarły po kawałeczku, a nie mogąc zniszczyć… schowały głęboko w gałęziach i korzeniach, rozpuściły w liściach…
Gdy zniknął, Pani Wyspy podniosła zapomnianą gałązkę bzu, nie zauważając nawet, iż ta nie zwiędła, że z białej stała się krwiście fioletowa… i odnalazła zagubione zaklęcie. A Kochanek? Powrócił i powraca przed każdym nowym zaklęciem, które ma otworzyć bzy… i zawsze będzie powracał.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
POCZTA!!!
Kocham kocham kocham łapczywie namiętnie własnego Listonosza, co zakrawa może i na dziwactwo, skrzywienie jakieś mur beton… ale kocham gdy w poniedziałek zjawia się u mych odrzwi z książkami – I ZAWSZE SIĘ UŚMIECHA!!!
Tym razem dwie powieści – czyli opis tego jak bardzo kobieta zmienną jest i jak różne książki lubi czytać. Autora pierwszej przedstawiać nie trzeba pewnie… kurcze człowiek zaczynał od wytartych, tanich tomików o Alvinie Stwórcy – wiecie jeszcze jak dinozaury po ziemi chodziły. Druga powieść to moje pragnienie doszukania się prawdy w tym co piszą i mówią – o świecie za chustami.
Na Wyspie na bzy czekam… i na to, że w końcu ktoś mi powie gdzie tutaj znajdę konwalie, a szukam ich już długo – jaśminy i fiołki same mnie znalazły. No bo muszą gdzieś być? A może nie ma, może ma ktoś w doniczce? Przylaszczki, zawilce i inne czorty z dzieciństwa też tu sa i purchawki… magiczne koło się zamknęło.
Bzy zaś, cierpliwiej i dostojniej ode mnie oczywiście, czekają na rozkaz by rozpuknąć swoje ściśnięte pąki.




