„To było bardziej uczucie niż odczucie. Choć jak to do końca rozróżnić? Czy są wiarygodne, mądre nadzwyczaj i poruszające definicje na te zadygotania wnętrza? Poza oczywiście pasożytami i alienami… ale nie, to było coś ważnego. Wdzierało się do Sklepiku z Niepotrzebnymi i powodowało zamieszanie. Filiżanki z obtłuczonymi rączkami niespokojnie drżały, co mogło spowodować zwiększenie ilości produktów w dziale „mozaiki”… I oczywiście wiedźmy w piecyku. Klekotały. Jakby obluzowano im klepki, których nie miały prawa posiadać.
Pan Tealight musiał się podnieść z fotela i nawet nie zerkając przez okno z całą mocą swej dzielności i odpowiedzialności, oraz dziwnie rechoczącą małą, uciętą główką u stopy… otworzył drzwi. Uczucie buchnęło na niego. W mig przeczyściło półki i zabulotało. Ktoś zaczął się krztusić, a ktoś/coś inny zapiszczał dziwnie. Ojeblik zemdlała, co spowodowało zamieszanie na grządkach, na które się wtoczyła tracą i tak dziwną równowagę. Łodyżki oklapły, a wielka, gigantyczna kupa na srodku ścieżki, tuż obok dziwnie obruszonej, białej furtki, zabulgotała.
Naprawdę była wielka. Skupiona w sobie, ale i półpłynna. Niejednolita. Nie rozlewała się, ale też nie zachowywała pewności co do swych kształtów. Było o totalnie Gówno Niezdecydowane.
– Jeżu Kolczasty, na którym przypadkowo Matka Wyspa usiadła – największe przekleństwo Wyspy wymknęło się myślom Pana Tealighta, gdy z kupy wyłoniła się mała dłoń, a w końcu cały niewielki, poprawnie ukształtowany mężczyzna.
– Odnowa Biologiczna! – powiedział całkiem poważnie. – Poprawa stanu skóry, oczyszczanie porów i aromaterapia!
Mały człowieczek wyciągnął w stronę Pana Tealighta… a nie, raczej w stronę Sklepiku, który zakasał ściany i zmykał w kierunku morza, niewielką, zaskakująco białą w swej bieli wizytówkę.
– Wieśniaki. Z kim ja muszę pracować, przecież zamówienie było!!! – zawołał, a potem zanurzył się z powrotem. Nie miał zamiaru się ruszać.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Przeczytane – „Żelazny cierń” Caitlin Kittredge – klimatyczna to naprawdę mało powiedziane. Zresztą, co sądzić po powieści, w której jedną z ról głównych gra miasto zwane Lovecraft?
Oto świat, w którym maszyny są religią, a magia, baśń i legenda czystą herezją. I oto wirus, który sprawia, że jedynym o czym może myśleć nasza bohaterka, jest strach przed urodzinami.
Czy stanie się szalona jak matka, wyklęta jak brat?
Cóż, wszystko staje się dziwnie nieważne, gdy musi podjąć pewną decyzję i otworzyć drzwi do tego, co zakazane.
Wraz z bohaterką – Aoife poznajemy jej świat, wpadamy w szpony przygody i pozwalamy się zwieść emocjom. I choć w moim przypadku domyślenie się tego, co określa „c.d.n.” nie nastręczało wiele trudu, to dałam się porwać. Bo Autorka pisze tak, że widzisz i czujesz! Żyjesz książką, a potem sam pragniesz dopisać sobie zakończenie… bo ten tom, to dopiero początek. Znaczy jest jakiś dalszy ciąg, prawda? Nie możecie mnie zostawić w TYM miejscu!!!



