Pan Tealight i Dąb Samotnie Niezdecydowanych…

„Przyszedł… właściwie jak wszyscy. Nocą, dziwnie cicho, spokojnie, ciągnąc za sobą zapach lasu, szelest liści, garść świeżych robaków i te korzenie: splątane nici oblepionych ziemią przypominały włosy topielicy. Wiły się w poszukiwaniu miejsca, które mogłyby obmacać, sprawdzić, posmakować… a potem wgryźć się w nie! I znowu postawić gruby pień, dziwnie poukładane w warkocze gałezie i chłeptać Wyspę.

Karmić się tym, co było podobne mu wiekiem i mądrością.

Był stary, bardzo stary. Ale i tak nie to było najbardziej intrygujące. Gdy tylko Ojeblik i Wiedźmy z Pieca zabarykadowały się we wnętrzu Sklepiku z Niepotrzebnymi, Pan Tealight pokazał mu miejsce obok Wygódki. Zaraz zresztą przywlokła się i przepełniona Taczka. Stanęła pewnie, mimo kolein i świeżo rozdartej grządki, pod Starym Dębem Samotnie Niezdecydowanych, jakby znalazła w końcu swoje miejsce na ziemi. Ich tylko nie przerażała złoto-szaro-brązowa kora… wciąż się wijąca. Niespokojna. Pełna zatopionych w sobie ciał. Chudych, niepozornych… z jednej strony pragnących oddalić się od innych współkorowców, z drugiej, wciąż poszukujących siebie nawzajem.

I tych szeptów.

Bo on nie szeleścił, nie szumiał, nie trzeszczał też gałęziami. Tylko niósł te dźwięki z miejsca, w którym dotąd się ukrywał. Ten Dąb szeptał ciągle, bez przerwy, śpiewając połączonymi głosami. A raczej jego kora wydawała taki dźwięk. Jakby ciągłej modlitwy, a może spowiedzi… jedynego rozgrzeszenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytane: „Wykreślone imię” – powieść mroczna i wciągająca. Wykorzystująca motyw tabu i magii imienia, oraz zwyczajnej przeszłości, nieznanej… Młodzi bohaterowie, to tylko przykrywka.

W rzeczywistości to opowieść o samotności. Samotności, jaką można odczuwać, będąc członkiem normalnej, poprawnej politycznie rodziny. O własnej osobowości, która się buntuje i o tym, jak ważne jest, by być sobą… i jeszcze o sile wyobraźni.

A wszystko tak jakoś ładnie, choć przerażająco opisane!

Książka na dziś: „Łóżko” David Whitehouse – jedna z tych, których lepiej nie otwierać ot tak sobie, by powąchać, ot liznąć odrobinę treść. Takie jak ona mają tą dziwną manierę zmuszania nas, by przeczytać je od razu, niwelując swąd dobiegający z kuchni i potrzeby fizjologiczne.

A potem przewraca świat do góry nogami – recenzja będzie! I to chyba mocna, jak ta powieść!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz