Pan Tealight i Plaga Ożywieńców…

„Każdy chce być kochany, gdy już wiem czym jest owo kochanie. Gdy przeczytawszy, poznawszy definicje nagle ich doświadczy, na chwilę… Na moment, który pozostaje w gardle, niczym zbyt twardy, uwierający kawałek niedogotowanej pyry… który chcesz przełknąć bez łez, a jednak nie możesz, bo w dziwaczny, masochostyczny sposób nie chcesz by owo uczucie duszenia, gorzkie łzy spływające nosem w dół przełyku, odeszło. Wolisz by bolało, ale było, niż czuć to… pustkę i niebyt.

Jakby nigdy ci się nie przytrafiło owo kochanie znaczące istnienie.

… więc lepiej czuć, tak? Lalki Ożywience miały jednak inne zdanie. Dawno, dawno dawno temu Mała Wiedźma pokonując niebezpieczne i dalekie przestrzenie, by dotrzec ze szkoły do pałacu, bała się. Bała wszystkiego. Czyste, zwyczajowe szepty lasu przywoływały do niej opowieści dorosłych toczone przy beczce wina i antałku piwa. Owe nie dla dzieci, te, do których zwykle nigdy się nie dorasta. Pustka łąk, choć pięknych i barwnych, przerażała ją możliwością istnienia tego, co niewidzialne, co nienamacalne i dla reszty świata w rzeczywistości nieistniejące… a krowy i gęsi, cóż, warto było nadłożyć mil, by ich nie spotkać. Ale Mała Wiedźma nigdy nie była sama. Duchy, które ją otaczały, które tak naprawdę ją napędzały niezależnie od pory roku, ale w zimowe poranki dyskretnie podświetlając drogę, chciały ciał. Patyczki – panopki nie były do końca w ich stylu, ale kępki trawy, śpiące w wydmach, wyposażone w szemrzące sukienki i bujne, kręcone korzenne włosy były idealne!

I tak chodziła Mała Wiedźma, a gdy bała się, wyciągała z wydm kępy traw, czesała ich długie włosy, chrzciła i robiła w nich miejsce… na życie. Problem w tym, że mimo iż więdły, mimo że zdawało się, pogrążone w niebycie już nie istniały, porzucone, oddane z powrotem ziemi, kochane wcześniej, pieszczone i tulone, z czasem wracały na swoje miejsce, w otchłanie wydmy… jednak w rzeczywistości wciąż żyły i tęskniły. I obiecały sobie znaleźć kiedyś ponownie ową Małą Wiedźmę i obrosnąć jej świat. Tylko, że czas płynął… a pamięć traw choć długa, nie jest najbardziej wyrazista i jednoznaczna, nie jest do końca specyficzna i nie przewiduje przemijania w dalszym czasie niż roczna fluktuacja i przesuwanie wydmy… dlatego wiadomo było, iż nigdy jej nie znajdą.

Bo przecież nie było już Małej Wiedźmy…

… semantyka?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Pradawna stolica” – pamiętam czasy, gdy nie istaniał fantastyka. Istniały bajki dla trochę dorosłych z dziwacznymi okładkami, które nie potrafiły do końca opowiedzieć, czy to porno, czy nie… jakby świat nie był gotowy na coś, co od zawsze istniało w ludzkiej mitologii, czepiało się podświadomości, budziło aromatem lasów i szumem rzek. Ale w końcu „jakoś poszło Ośle”, czyż nie? Mamy fantastykę, a dokładniej tyle jej odmian, że… nieważne. Ważne, że Michael J. Sullivan stworzył taką epopeję. Taką parę, takich bohaterów i taki świat.

Jeden z najlepszych! Cykl, który z dumą można postawić obok owych zwanych już kanonem.

Nie wiem co w nim bardziej fascynuje? Umiejętności autora w spalataniu wątków, owo niepogubienie się w historiach, postaciach, życiach… dwójka głównych bohaterów, których się kocha, zwyczajnie, czy też jednak ci poboczni? Nie wiem. Kocham całość. Zachwyciłam się nią. Pożerałam książki powoli, dziwacznie nie chcąc, by to wszystko się skończyło. Pasjonowałam się, wkurzałam, gdy moi ulubieni cierpieli, albo zbyt wielu wyrźnięto w pień… żyłam tą powieścią. A może tak naprawdę jeszcze z niej nie wylazłam? Może jednak elfy wciąż stoją u bram, tajemnice przeszłości stukają w okienko, a księżniczki nie są takie jak powinny być?

Może kiedyś wrócę? Jak do tych najukochańszych, a co może, na pewno wrócę pewnego dnia…

Cieknie, ciurka i plumka sobie deszcz za oknem. Dokładnie nie do końca za oknem, bo przecież roztwarte skrzydło wpuszcza wilgoć i do środka. Człek wychyla się i bezczelnie, nie bacząc na opinię publiczną chłepcze tą ową deszczowość. Mimo lekko bardziej dającej oddychać aury, wciąż wszystko jest takie jakieś odwodnione. Jakieś takie nienapojone, niezbyt często moczone, płukane i myte…

… wody w morzu chyba ubyło, rzeczki wciąż nie dają się jakoś napędzać fala za falą. Wciąż za mało wody.

Człowiek zaczyna myśleć, nazbyt dużo, o tym, co będzie teraz? Co tak naprawdę porąbie się w kolejnych porach roku? Czy moc żaru przyniesie moc mrozów, a może jednak wszystko się ociepli i Wyspa nie okryje się w tym roku bielą?

Oj nie, no nie może tak być, przecież ja nie wytrzymam w świecie pogodnych ptaszków, słoneczków i tęcz! Ja chcę zawiejów, zamieciów, zawirowań, śnieżnych burz i ogólnego zasypania… oczywiście z zapasem świeczek i książek w nim!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plaga Ożywieńców… została wyłączona

Pan Tealight i Baśń o Słońcu…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była aktywnym obszarem sejsmicznym. Nie tyle co się wzdrygała, ale pożądnie telepała. Rozwierała pokrywy i przesuwała przestrzenie. Może jeszcze nie pluła lawą na godną odległość, ale niewiele brakowało. Jej wszelako niezbyt intrygujące w kształcie ruchy rezonowały i potrząsały nawet tymi… cóż, nadzwyczaj nieczułymi.

Nie każdy lubi być w ciągłym zagrożeniu, nie każdy lubi żyć obciążony owymi dziwnymi wpływami i wieczystą zmiennością, dlatego należało coś zrobić. Tym bardziej, gdy doprowadzenie Wiedźmy z punktu A do punktu B, próby ciągłego przekupstwa, obietnice, że nigdy więcej, podszyte najprawdziwszym kłamstwem… nie dawały wiele. Tylko co zrobić? Pomijając fakt braku bohaterów, którzy daliby się ugotować z wkładem, makaronem i zestawem ziół z ogródka, dla przykładu i mało wieczystej chwały… Chowańca, który grzecznie chował się w pracy, a potem zamykał się w sobie, zwyczajnie unikając zbyt bolesnego kamieniobicia, oraz malowniczych oparzeń na szronu modłę… zostawał tylko Chochel.

I dlatego wszyscy zamykali oczy, gdy ciepła nazbyt pogoda odzierała go nawet z ukochanych gaci… i pozwalali mu ją ugłaskać, obłaskawić, sterroryzować malowniczo, słowami umotać, byle tylko zrobić to, co należało, co musieli, co doprawdy nie przewidywało innego wyjścia…

– Dawno, dawno temu, gdy Śpiący Bogowie byli nadzwyczaj aktywnymi, dostęnymi w pełni dla penitentów bytami… było i Słońce. Bajer w tym, że nie było wtedy takie jak dziś, a może i ludzie nie potrafią dziś wsłuchać się w jego opowieści? Może? Bynajmniej wtedy Słońce było w rzeczywistości dwoma osobami w jednej, choć niektózy mówią że jedną osobą w dwóch. Rankiem wstawało Nią. Piękną i swieżą. Dziwnie markotną, lub radosną i łyskającą różami. Szalejącą makijażem, pełną nadziei… By gdy dotarła do połowy swego czasu być Nim. Nim pełnym. Zaskakującym. Silnym i przekonującym. Tym, który kładł świat do snu.
Który swoją namiętnością rozpalał nieboskłon.
Kochali się od zawsze, ale też czuli się rozdzieleni. Zawsze spotykając się po ciemnej stronie przebaczali sobie dumę i butę codzienności. Owe przekomarzanki, kto łatwiej malował obłoczki, kto podświetlił ruiny, kto lepiej błądził po zielonych liściach Niezwykle Nietulonych Drzew. Ale też tak naprawdę nie potrafili żyć ze sobą. Dlatego pewnego dnia Ona nie wstała. Nie rozświetliła nieba, a On nie wiedział co ma zrobić. Wiedział jak obmyć barwami południe, ale nie jak obudzić ptaki promieniem niewidocznym dla innych… wiedział jak pożegnać promieniami, jak skłonić światło by odeszło, ale nie jak dać mu życie. Ona była życiem, a On przemijaniem i śmiercią. Byli jednością. Ale nie umieli z tym żyć. Chyba, że pozwoliliby prowadzić się miłości. Temu, co łączyło ich, gdy gaśli… Słońce mieli małego, puchatego, podpalanego, przesłodkiego kotka…

Najczęściej w takim momencie Wiedźma Wrona bledła, bladła i zieleniała, by w końcu warknąć, zatrzymać się, przestać drgać i poczęstwoać świat pawiem… takim special made in witch. A po pawiu zawsze następowało oczyszczenie, choć czasem wciąż jeszcze trochę trąciło słabo przetrawioną Wiedźmą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zgliszcza” – oj lubię go! Nie wiem jak to robi, ale zwodzi, mota i miesza, a z drugiej strony ofiaruje czytelnikowi wszelkie zmienne, by z łatwością poradził sobie z rozwiązaniem zagadi kryminalnej. Problem w tym, że czytelnik się przejmuje, ładuje się nie tyle w skórę ofiary, co raczej owej nabliższej rodziny, tej kochającej, cierpiącej duszy, która stara się zrobić wszystko, by dobro zwyciężyło… Tylko że dobro nie ma jednej definicji. A zło, z nim też problem.

Ponownie Olsen stanął na pewnym szczycie zarazem narracyjnym, jak i kształtowania fabuły. Czekam na więcej.

„Elyria. Polowanie na czarownice” – baju baju baju, w pewnym kraju były se kiedyś elfy, ale nic to, była magia, ale nic to, ważne, że można kogoś spalić. Bo oto nastała religia, a jak wiadomo religia się znaczy zło. Ale to też nie jest ważne… Właściwie nic nie jest tu ważne, nic nie jest głębsze, nic… Oj owego nic jest wiele, więc lepiej sobie odpuścić, chyba, że komuś się marzy romansidło, a voila!

Jedna z książek, która nieźle wygląda w opisie, ale w treści jest totalnym miałkim zonkiem!!!

Na Wyspie sezon sięga okresu zwanego – wyprzedażujemy się i w ogóle koniec. Niby pewno lato jeszcze trwa. Jak najbardziej Turyścizna błąka się po ulicach, jęczy nad zbyt chłodną falą, tudzież objada się lodami, ale już ich coraz mniej. A i trzeba przyznać, że z dziećmi przywróconymi w kanibalistycznie opiekuńcze ramiona szkół przyszedł czas na trochę doroślejszą, dojrzalszą w smaku Turyściznę.

Reszta świata nadal cieszy się z wypłat, ale u nas powoli zamykamy. Nie rozumiem dlaczego, ale ja przecież i tak niewiele rozumiem z tzw. codzienności, czyż nie? Mniejsza, wyprzedaże są fajne! Szkoda tylko, że nie wyprzedają czegoś fajnego, jak wolnych mieszkań w remontowanym Hammershusie?

W powietrzu błąka się Jesień. Jeszcze lekko temperaturą otumaniona, co rusz jednak ukradkiem, wstydliwie gubi jakiś listek z sukienki. Jakby wiedziała, że ten cały cyrk z ukropem wymęczył świat. Jakby przeczuwała, że może i sama w tym roku nie wypełni wszystkich, zwykle przyznawanych jej, miesięcy?

Jak mawiają: pożyjem to obaczym, chyba że nie pożyjem, to who cares? Będziemy sobie zbytnio opalonym, bardzo spoconym zombiakiem, którego nie obchodzą listki w dziwnych kolorach i zapach prawdziwych jabłek. Z drugiej strony kto powiedział, że jak zombie, to tylko mózgi? Może w rzeczywistości są takie rozkochane w sztuce i szalonym pięknie przyrody?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Baśń o Słońcu… została wyłączona

Pan Tealight i Sezon na Niechciane Księżniczki…

„Były wiązanki, zwykłe wiechcie spętane sznurkami i kraskami, wstążkami i koronkami, z doczepionymi motylkami i pszczółkami. I wieńce. Wielki i ciężkie, pełne zielonych orzechów i kasztanów, zdobione w pęki dziwnie niedojrzałych żołędzi i lekko już żółkniejących liści… i były wianki. Splątane zbyt lekko, tak łatwo puszczające tych, z którymi ktoś je powiązał. Plecione ze stokrotek i dziwnych, zbyt zmęczonych upałem trawek. Były płatki róż. Gotujące się, lekko przypalone nadmiernie gorliwym słońcem. Czerwone, różowe, herbaciane i jasne, jakby zbyt niewinne… wszystko to unosiło się w przerażająco ciepłej i płytkiej wodzie.

Dziwnie gęstej.

Dziwnie pozbawionej wszelkiego życia…

… a one nawet nie pływały. Nie unosiły się. Nie tańczyły ten ostatni raz, nie śpiewały swojej ostatniej pieśni, pełnej bólu odrzucenia. Nie doceniały owego blichtru, owej mocy pożegnania. Nie przemykały się między płatkami, nie bawiły z pyłkami, nie przyklejały do pączków.

W tym sezonie nadzieja nawet nie była drobiną piasku męczącą śluzowkę oka. Nawt piórkiem unoszącym się na wietrze, który postanowił posprzątać w końcu umęczony żarem świat. Niechciane Księżniczki spoczywały na dnie. Pozbawione wszystkiego, odarte nie tyle z godności i dumy, co kompletnie wyssane z marzeń i oczekiwań. Z tego, co mogłby się wydarzyć, co zasilało sny i samotne chwile, co za zamkniętymi oczami rodziło najpiękniejsze obrazy, przygody i spełnienia. Fala, która miłościwie miała złożyć je na kamieniach, leniwie wypełniała swoje powinności. Nikt w końcu nie miał wysłuchać ich szeptanych opowieści. Morskich historii. Jakby pogodzone z losem nie dbając o eleganckie pląsy, o wyjście z podniesioną głową… zresztą nikt nie miał pewności, co tak naprawdę było głową w owych falujących pięknościach, bo i po co? Nikt nie patrzył, nikt nie zwracał uwagi, nikt nawet nie myślał o nich. Gdy przykleiły się do czyjejś podeszwy, nieuważnej, miażdżącej kamienie i piaski, nikt nie zauważał.

Choć w grupie, każda odchodziła samotnie.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, osobista ręka do wszystkiego z co najmniej trzech ramion Pani Wyspy, robiła co mogła, wiedząc jakiego pochówku się domagały. A raczej jego braku…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wilczy trop” – kolejny zawód… wyjący! Nie chodzi o to, że nie lubię wilkołaków i w ogóle, bo lubię, kręcą mnie, ale to wszystko już było. To wszystko jest tak boleśnie przewidywalne, tak koszmarnie pozbawione pewnego połączenia, czegoś głębszego, jakiejś iskry!

I dlaczego w każdej książce to napięcie seksualne tak musi wszystkich przytłaczać. Możnaby pomyśleć, że wygodniej i w modzie epatować wyłącznie cielesnością, niż czymś bardziej… nieoklepanym.

Rozumiem wilcze namiętności, ale serio? Ile można? Wilk to inteligentne zwierzę! Nie jakaś pełna chuci kudłata i zmienna osobowość. Nawet jeżeli często łazi na dwóch łapach, na pewno nie!

„Fatum” – zaskoczenie. Nie lubię cienkich książek, dostaję tików nerwowych, gdy książką określa się coś poniżej 300 stron. Ale się przełamałam i nie żałuję. Te perełki, miniaturki, obrazki są po prostu cudowne! Zabawne, inne, odważne, a jednocześnie pozbawione owej wszechobecnej ogłupialności!

Naprawdę warto zajrzeć i dać szansę mniej znanemu autorowi, który nie wrzeszczy na was z każdego bilboardu!

Pomijając rybę, smakoszkę jąderek, wody wokół Wyspy serio się zmieniły. Są dziwnie gęstsze, jakieś cieplejsze, czyste, ale jakby w innym smaku, czy nawet kształcie co wydaje się być kompletnie absurdalne, wiem… Ale przede wszystkim są Niechciane Księżniczki. Ogólnie mówiąc kompletnie nieruchawe! Nawet nie zombie! To takie smutne. Pomijając mój strach przed chełbią modrą, czy jak ja zwą, jest w niej owo galaretkowate piękno. Jakaś taka możliwa zmienność nawet w umieraniu. Jest przyszłość, choć wyłącznie w wysuszaniu. W owej ostatniej posłudze niechcianych koronowanych, modrokrwistych, by oddać całą swoją wilgoć Wyspie.

Boję się ich, ale nie mogę oprzeć się fascynacji. Temu, by dziabnąć, sprawdzić co mają w środku, by się przekonać, by dotknąć magii…

Strach nie niszczy piękna. On tylko czasem wkurzająco nie pozwala go dojrzeć. Jakby chciwie zatrzymywał go wyłącznie dla siebie. Bo i czemu nie. Ten, kto posiada piękno, posiada wszystko.

A jednak… wciąż pragnie. Bo gdy się ma wszystko, pragnie się mieć wszystkiego więcej i więcej i więcej!!! Bo przecież można?

Czyż nie?

Zawsze można…


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sezon na Niechciane Księżniczki… została wyłączona

Pan Tealight i Spadające Gwiazdy…

„Ojeblik, mała ucięta główka, co ostatnio miała straszną jazdę na celebrytów, z niecierpliwością i rozchwianą stabilnością ruchową, wypatrywała Spadających Gwiazd. Przygotowała się dobrze, miała lepy, uczepce, haki i wędki, reklamówki, na wszelki wypadek z dziurkami, doły i pułapki celujące, miała sieci i nęcące wonie, rozpyliła nawet jakieś feromony, co to nikt nie chciał wiedzieć spod czyjego ogona je wzięła. Miała dookoła siebie zgraję świetlików, transparenty powitalne i napis SALE, i ładnie ubity pas lądowiska. Obczytała się dokładnie we wszelkich bajecznie barwnych pisemkach i śledziła cały zapaprany nieboskłon. Poznała to, co kompletnie niepotrzebne i dodatkowo zrobiła sobie listę, by odsiać niepotrzebne… Sama zaś niecierpliwie, jednocześnie spoglądając, kulała się boleśnie to w dół, to w górę po kamiennych stopniach schodków prowadzących do Białego Domostwa i wcale, ale to wcale wcale nie słuchała!

Za to myślała o owinięciu się w folię bąbelkową, to mogłoby trochę zniwelować owo obijanie…

– Ale co zrobisz, jak już złapiesz? No co? Ludzie nigdy nie myślą, co będzie gdy się im marzenia spełnią, nigdy. A one ptoem radosne przybiegają z wywieszonymi językami, obsikując kąty, popuszczając z wrażenia i spotykają ludzi kompletnie na nie nieprzygotowanych. A przecież prosili… No co zrobisz, jak złapiesz? Nawet jeżeli tylko jedną? One noszą się przecież tylko w markowych łaszkach! Drogich ciuchach i żłopią wodę wyłącznie marki Donpierdolista. Nie ma u nas takiej. Może i przyoszczędzisz na jedzeniu, one zwykle chude takie, szkieletowe, na zajęcia z anatomii doskonałe, ale jak ci się trafi bulimiczka, to co, zarzyga chatę, a trudno ten smród wyprowadzić za drzwi i rozwiać wspomnieniem? A ćpunka? Dragi są drogie i trudno dostępne, nie uspokoisz takiej rumiankiem i miętą. No i leki! One najczęściej mają lekarzy od wszystkiego i wciąż się naciągają. Kto niby miałby to robić? Nie dyskryminując: rąk do tego potrzeba. I na pewno nie da się takiej gwiazdy trzymać w budzie dla psa, nawet takiej frywolnej, dmuchanej! I musisz wiedzieć, że one przyciągają robale. Prawdziwe Papparrazzi Parazyty! Co to się namnażają, trzeba do nich wychodzić, pozowa im, bo inaczej użrą cię w dupę i po świetle gwiazdy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Córka Twócy Królów” – za każdym razem, gdy sięgam po książkę tej autorki przypomina mi się lektor przekręcający jej płeć i opisujący jako Filipa. Ale nic to. Oto kolejny obraz Anglii na krok przed Tudorami. Fascynujący, odkrywczy. Piękny, a jednocześnie boleśnie prawdziwy. Autorka ponownie do końca zespala się z opisywaną postacią. Jest jak ona naiwna i głupiutka. Indoktrynowana od zawsze, zwykła marionetka, co ma rodzić i siedzieć cicho, a jak się da spełnić rolę chłopca do bicia. Ot taki los dziewczynki…

Powieść nie jest łatwa, miejscami dla wielu przydługa, wkurza opisami, językiem, ale gdy zrozumiecie dlaczego to robi, jest piękna. Doskonała składając z owych okruszków postacie pomijane w historii. Owe, co to nawet daty narodzenia i śmierci mają przybliżone, jak właśnie Anna Neville.

„Zwycięzca bierze wszystko” – zawiodłam się. Wiem. Trudno się przyznać nawet przed samą sobą, ale się zawiodłam. Trzeci tom, oczekiwałam rozwoju akcji, jakiejś spójności, połączenia, scen zaębiających się ze sobą… A tego nie ma. Coś się rwie, coś się rozbija, coś ze sobą walczy. Niby nasi bohaterowie powracają do mniej magicznego świata, do owego bardziej znajomego jej, niby przeszłość Dory dochodzi do głosu, mogłoby być ciekawie, jakoś tak pełniej, ale za mało tego. Niczym źle okraszone kruszonką drożdżowe z rabarbarem. Związek trójcy miejscowo świętej też się jakoś nie spaja, a cała reszta… nie wiem. Nie ma to ręców i nogów, ani nawet pożądnego ogona, choć postać tatusia piekielnika rozmiękczyła mi serducho! Jakby jeszcze na jakąś adopcję się zgodził, to ja chętnie!!!

Aż mi głupio, bo nie wiem, czy zbyt wiele oczekiwałam, czy po prostu jakaś durna taka jestem i seksem nie daję się przekupić? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że dla mnie to chyba koniec wycieczki.

Wiatery powróciły na Wyspę. Chłoszczą ją, gną, podduszają i pętają. Nie są spolegliwe w stosunku do obiektów, które chcą iść prosto, lub stać niechwiejnie choć przez chwilę. wszystko co się da kopią, zginają, pochylają, jakby w dziwnym, nakręconym szaleństwie religijnym dla nader czołobitnego bóstwa. Tudzież zwolennicy zmutowanych cuzamen do kupy pillates i jogi?

I dobrze. Tęskniłam za nimi. Za owym obmiataniem, podmiataniem, zwiewaniem i ogólną niespójnością ruchów narzuconych. Bo z Wiaterami nie wygrasz, ale jak będziesz grzeczna, może być nawet przyjemnie! Tęskniłam za owymi odgłosami, za tą ścianą deszczu nagle opadającą z niebios i ciężko stukającą w Wyspę.  Za ciężkością wielkich kropli, jakby łkali Olbrzymowie.

Czyżby po Wielkiej Suchej miała nadejść Wielce Mokra? Jak na razie lepiej na prysznic nie wychodzić, przywala tak jak bicze wodne za czasów wielkich pielęgniarek w komunistycznych krochmalonych fraczkach. Cierpie! Ale z drugiej strony masochostyczna dusza łka z radości!

Coś za coś!

I tylko niewiedza mnie swędzi pod łopatką… czy serio koniec juz upałów, czy też te koszmary, co mi dziś w nocy namokrzyły kołdrę jeszcze wrócą? Dziwny człowiek ze świecącymi oczami kryjący się w jakiś piwnicach, cieniach, zaszafiach… znam go, lecz dlaczego wrócił męcząc moje i tak dziwne sny? Wyskakuje, gdy w końcu się budzę juz jest za późno, siedzi mi w głowie, kołacze się, męczy…

Boję się, zwyczajnie, po dziecinnemu, bo wiem, że potwory i strachy istnieją.

A teraz dość dywagacji, bo mam do napisania kolejne opowiadanie do debeściarskiego tomiku 31.10, nadchodzi Halloween 3… a ja wiem o czym pisać, opowiadanie rozsiadło mi się we łbie, domaga się drinków z palemką i ogólnej czołobitności!

Cóż, jak mawia Kleopatra do Sizara – DO ROBOTY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spadające Gwiazdy… została wyłączona

Pan Tealight i Lakmusowy Papierek Intymności…

„Potrzeby i spełnienia.

Marzenia i uzyskane, wybłagane.

Właściwie człek, a i wszelki żyjący byt pragnął wielkości oraz sławy. No jakiegoś pomniczka po śmierci i pamięci ku niepamięci. Nie można ich winić. Jakoś nikt nie chciał tak zwyczajnie zniknąć, umrzeć na śmierć tak kompletnie, obudzić się w zmumifikowanym ciele, co strasznie swędzi i jedzie solanką. Z makijażem jak stara drag queen, czy też nawet pomyloną płcią. Albo wersja w trumience, pod ziemią, samotnie. Takie katakumby to przecież miły pomysł, na pewno jest z kim pogadać.

Czaszka do czaszki, a piszczel do piszczeli. Pogrzechotać, pogaworzyć, szpik sobie wzajemnie possać, miłość aż kwitnie! Pleśniakami i grzybkami, zatapiając się w jadzie i wosku.

Wielkość. Może i niezbyt gigantyczna, ale pragnęli jej. Owej zauważalności, może lekkich dygnięć, pokłonów, czołobitności o twrdy krawężnik. Byli tacy sami. We wszystkich wymiarach. A jednak nie. Nie byli. Ona nie była, a może się oszukiwała. Siedząc przy krosnach powoli splatała ze sobą Tolerancję i Poprawność Polityczną, dorzucała tam słowa: musisz, powinnaś, inni, liczą, wierzą, pragną… Dużo tego było. Barwnie, jakby w końcu wybuchł obżarty lentilkami automat. Splatała je ciasno, a jednak dziwnie miękko, jakby naprawdę się jej chciało. W owym jedynym w swoim rodzaju Lakmusowym Papierku Intymności wytłaczały się rzeczy, których nie można było umieścić na liście wymierających stworzeń… a szkoda. Jakiś wiking by się przydał. Wybić tę cholerną wioskę, gdzie panowała Tolerancja, wpierdolić jednym i drugim, boleśnie rozerwać ciała, szczątkami nakarmić ich dzieci… Litość? Nie, też jej nie lubimy. Nie wtedy, gdy wszystko inne i każdy inny ma byc ważniejszy nić JA! Bo jak długo można… Egoizm? Wpajali, że nieładnie i fuj, a hammer wam w dupy! Zakochajmy się w egoiźmie. W osobowości własnej, intuicji, co nimi zawiada i ogólnej dobrzesobierobności!

Siedziała przy krosnach Wiedźma Wrona Pożarta i Lakmusowy Papier Intymności tkała. Tkała na rolki, tanio tkała. W końcu wszyscyśmy równi, czyż nie, w tym jednym, jedynym miejscu, choć może niektórym miękcej się siedzi, innym chwiejniej kuca, ale podetrzeć się moi drodzy trzeba!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Drugi grób po lewej” – piąta woda po kisielu, co to go pra pra prababcia robiła i to na dodatek z proszku, nie z wisienek. Wiedziałam o tym, to nie tak że siedzę sobie tutaj w błogim kokonie nieświadomości, co to mnie mizia po brzuszku… Zwyczajnie spodobał mi się język autorki. Sarkastyczny i prześmiewczy. Ale z drugim tomem nawet językowi się oberwało, no i jakoś tak nic się kupy nie trzyma, więcej nie próbuję…

Bohaterka a jakże cudna, aczkolwiek po pewnym czasie jej pogadanki z cyckami męczą, a i ciągłe napastowania przez lucyferskie pomiotło, no ile można! I serio, czy wszyscy chcą ją oglądać pod prysznicem? Się nie dziwię, że pan Wong się nie odwraca, ino w tym kącie stoi i się na nią nie gapi! A poza tym no kryminał z duchami w tle… tylko że mdło i kisielowo jak nie wiem co!

Wyspa wzięła dech, po którym większość byłaby zdech i można oddychać!!! Na polach szaleją barwnie strojne maszyny i polują na złoto. Gorączka w pełni, tylko że sitka inne niż w przeszłości, choć wiecie co… zapach słomy, ścierniska, jakiś wciąż taki sam. Ciężkość kłosów może dziwnie nieznajoma, ale cała reszta jest. Będzie chlebek… Tylko wciąż mi się ckni za makówkami, grającymi na wietrze. Może mogłabym mieć swoje własne makowe pole?

Żniwa wcześniej, nie ma co. Algi powoli ustępują, a chłodek wprowadza się z wielkimi walizkami, szafami, a nie tylko zmianą bielizny na porę roku!

Chce mi się wiatru i deszczu. Owego wyuzdanego tańca kropel na skórze i wdzierających się wszędzie powiewów. A co! Wiedźma się nie tylko myje, ale i wietrzy moi drodzy! Taka to już konstrukcja papranego DNA. Za to wysmażone na skwarek elementy Turyścizny, w mniejszych lub większych kawałkach, opuszczają Wyspę. Wrócą. A może i nie? Może mają dość? Kto tam może czegokolwiek być pewnym?

Pewno nikt.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lakmusowy Papierek Intymności… została wyłączona

Pan Tealight i Całkiem Niedziwno…

„Pan Tealight, mimo bocznego wiatru, właściwie nazbyt gwałtownie dopraszajacego się pieszczoty od wszystkich boków szarego osobnika, spokojnie podążał swoją drogą. A może to ona skradała się niecierpliwie przebierając kamienistymi odnóżami, chcąc wiedzieć dokąd idzie, aj któż to wie? Mniejsza. Pan Tealight przebierał tylko dwoma. Tym razem był sam. Sam, gdy wyszedł za drzwi Białego Domostwa, niezbyt sam, gdy przechodził przez mostek i piąl się schodkami do góry, sam gdy przechodził łąką i omijał kupy, sam gdy dziwnie szybko przemknął obok Wiatraka… Sam podążając krętym szlakiem do Chatki Wiedźmy.

Ktoś mógłby się zastanawiać dlaczego się wybrał gdziekolwiek? Dlaczego opuścił schładzane przez Północnego Olbrzyma wnętrze, by zagłębić się we wrzącą lepkość, która nawet deszcz zmieniała w gotowane jajka… Ktoś może by mógł, ale Ktoś nie widział w tym sensu. Było mu serio nazbyt gorąco, by przeprowadzać tak skomplikowane myślowe szurania. Zresztą, siedział w lodówce z opakowaniem lodów orzechowych i miał wszystko w Gdzieś.

Gdzieś też tam miał.

Bynajmniej chodziło o połysk. O cały ten glitter i wszelaką nadmiernie rażącą odbijalność, która nagle spowiła Chatkę Wiedźmy.

– Tym razem jest gorzej, długo ją przetrzymali, może i nazbyt długo… – poinformował go z dziwnym uśmieszkiem Chochel, tym razem nie dbający nawet o pozory ograniczania widoczności swoich wdzięków.

– Ale za to efekt jest niezły! –

A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tylko chodziła dookoła swojego świata i się śliniła. Śliniła się do nowych okładek i kruchych, pachnących stron. Do owych nowych smaków farby drukarkiejs i spójnych grzbietów. Do niepoznanych, niespróbowanych jeszcze historii i bohaterów, którzy mieli zasilić jej mózgowe zwoje. Do owego szelestu się też śliniła, do owego smaku przygody i dziwów… ogólnie mówiąc i w obrzydliwym dla zwyczajności wyrazie wiedźmowatości, nader bardzo ustnie przeciekała.

– Daliście jej od razu wszystkie?

– Nikt nawet nie próbował jej wydzielać, pluje jadem i syczy jak czajnik starej mody!

– To na długo jej nie wystarczy?

– Nie…

– Z drugiej strony zawsze ciekawie poobserwować nowe zachowania takiego… czegoś?

– Tia, ale my z nią mieszkamy!

Gdyby Pan Tealight miał brwi, może by je uniósł, gdyby miał usta może by się uśmiechnął, sarkastycznie, gdyby miał ramiona, pewnie by nimi wzruszył z posad ziemię, a tak tylko pomyślał.

I wystarczyło!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „13 i pół życia Kapitana Niebieskiego Misia” – Walter Moers jest wielki. Wyobraźnię ma taką, że mimo szczegółowej, bezdziurnej mapy, człek i tak nie zwiedzi wszystkiego… I tak należy chyba traktować wszystkie jego książki. Bo opowieść o Niebieskim Misiu tak naprawdę ma początek i koniec, a pomiędzy nimi opowiadania. O tych i o tamtych, o stworach i potworach, o osobliwościach i osobowościach… całkowicie nieznanych i tych, których boimy się nazwać…

Jest w niej owa ulotna mądrość, ale brak spójności poprzednich historii. Jest pewna specyfika i rozbiór człowieczeństwa na części, ale i czegoś mi brakowało. Jest w niej wiele i zarazem coś umyka, ale poznać warto!

„Endymion” – trudno pisać o cyklu Simmonsa. Włazi bezczelnie w człowieka, czepia się religijności, życiowości, uczuć wszelakich, wszystko w nim jest możliwe, a na dodatek przeraża swoją wizją przyszłości… Nie można przejść obojętnie, może przerazić ogrom tej historii, ale jak już się ją ogarnie przeraża prostota.

Od takich książek nie odchodzi się wciąż będąc znajomym i całkiem mieszczącym się we własnych definicjach… sobą!

„Gniew Meleghorna” – wiecie jak wygląda orgazm… trzeba się napracować, kwiaty, prezenty, jakieś mizianki, tu pogłaszczą, tu połaskoczą, tam znowu dotkną tylko miękko, pieszczotliwie, potem zwiększają natężenie, nie zapominają o żadnym elemencie cielesności, dmuchną w uszko… No wiecie sami, no chyba że nie, to problem. Tiaaaaaaaaa…

Mniejsza o doznania cielesności, właśnie taką drogą do orgazmu jest owa książka. A dokładniej zbiór głaskań i trąceń, pobudzeń wyobraźni mnogością wątków… problem w tym, że na końcu nie ma tego zaćmienia, doznania i ogólnej rajcowności. Jest masa ciekawych, mrocznych postaci, intrygujące powiązania, osobowości, które znamy, a jednak mają tutaj całkiem inne wtręty. Problem taki, że autor chyba nazbyt zaiwerzył wyobraźni czytającego. I tak przez całą drogę książka pociąga, trąca co ważniejsze elementy, by na końcu jednak nie dojść…

… ekhm?

Zagłębiłam dłonie w mózg i wyciągnęłam ów podobno mistyczny, obiekt myślący. Ten spakował swoje niewielkie walizeczki ze zmianą bielizny i ulubionym syropem z glukozą… i poszedł papa! Serio, to lato mnie dobije. Zaraz powiem dokładnie dlaczego. Bornholm jest miejscem, gdzie zawsze można znaleźć chłodek. Milusia bryza nigdy nie dopuszczała do takiej duchoty, mordowania oddechu, ociekania z najbardziej zawstydzających miejsc, o któych człek nawet myśleć nie chce.

A teraz co? Algi kwitną, z pływania nici, w cieniu nie poleżysz, bo nawet w cieniu oddychać się nie da! Mówię wam, coś jest na rzeczy. Albo niebo się nam zawali w końcu na głowy, albo nadchodzi zlodowacenie!

Po raz pierwszy widzę jak rośliny się gotują w sobie. Jakby wszystkie cząsteczki wilgotności zbijały się i podsycone wrogością upału wybuchały rozmiękczając roślinki… Cóż, jak mawiają globalne ocieplenie, zbyt wiele pierdów i śmieci, albo zwyczajnie ziemia znowu się zmienia. Bo to już nie może być cykliczność pogody. Nie w takiej mocy przewalania się nad moim łbem!

Zetknięcie się z obcą skórą, które w zatłoczonych miejscach stają się aż nazbyt możliwe, wydaje się być wcieleniem zła… Bo jak już nastąpi, na pewno się w zetknących coś zagotuje i zło ukochane magmą wystąpi!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Całkiem Niedziwno… została wyłączona

Pan Tealight i Okna w dymisji…

„Mówili, że okna to oczy domów, mówili… Oszczercy, kłamisze i dachówki zaćmione! Wredne, nieopierzone, wciąż jednak nachalnie podskakujące kurczaki, bezbożniki i deprawatorzy. Co oni mogli wiedzieć o Oknach? Ślepcy i konusy, bez szkła i ram! O ich wiekuistej misji, opiekuńczych błyskach o odebranej im szczerości okiennic i potrzebie czerwieni pelargoni, co wiedzieć mogli?

Cóż mogli wiedzieć ci bez ścian, a jednak tak zamknięci, ci bez leciutkich pajęczyn muskających szkło, a jednak tak pokręceni… ci bez malowanych ram, a jednak zdawałoby się tak strojni?

No nic do parapetowej szkarady, nic!

Nie wiedzieli ile sił od w końcu kruchych, kitujących bytów wymagała owa pozycja. Stania na straży wnętrza i zewnętrza. Coby jedno nie zaszło za daleko, a drugie za głęboko? By nie pokazać nazbyt wiele, ale też nie ujawnić za mało… Nie, no oczywiście, że byli i giaurowie pośród szyb! Te dziwne barwne twory, które działały wyłącznie w jedną stronę, ale teraz rzecz ma się o zwykłych oknach. Całkowicie domowych, zatopionych w barwnych ścianach, często jakże upierdliwie wciąż zazdroszczących im gładkości i blasku, owego częstszego pieszczenia ludzką ręką, serduszek wymazywanych na zaparowanej powierzchni i możliwości przenikania. Tego wyboru, czy pokazać, czy jednak tylko mamić tym co na zewnątrz…

Nikt jednak nie pytał, co tak naprawdę widziały okna. W co się wpatrywały, gdy niebo rozpoczynało swoją pogoń za nocą, gdy rozświetlało się błękitem i bawiło obłoczkami z owieczek – tylko tych wychudzonych, rzecz jasna, niebo nie przepada za wagą, nawet tą od sprawiedliwości. Co widziały i co tak naprawdę mogły odrzucić ze swojej mocy odbijania? Czy w ogóle mogły decydować jakie krople i w jakiej kolejności mogą po nich spływać? Czy zwodzić mogły ptaki, owych skrzydlatych uderzaczy rozkochanych w mamiących je iskierkach i ognikach? Czy poza światłem, poza ową mocą przepuszczania wyłącznie obrazu zewnętrza do wnętrza, miały jakiś sens?

Czy były?

Problem w tym, iż były i są. Owymi wielkimi soczewkami skupiającymi często swoją strojnością wzrok innych. Owymi darmowymi obserwatorami, zdolnymi zmamić i zmienić biegnące przy nich pośpiesznie drogi i płyty chodnikowe. Odgryźć się roślinom domagajacym się zająć każdą powierzchnię i wrednym owadom niszczącym ich gładką czystość. Tymi co zawsze patrzą, nie zważając na światło…

… co serio i dosadnie dość już mają nagiej Turyścizny na ulicach! W rzeczywistości pełne poważania dla ludzkości, w końcu niejedno już dane im było zobaczyć i doświadczyć, pośladki przyklejone, nosy i języki zostawiające na nich ślady, ale to od środka, od domu strony, dopuszczalne. Ale golasy po drugiej stronie doprowadziły do tego, że okna dymisjują się, zwalniają z posady, uciekają od wszelkiego postrzegania, odbiciami na asfalt padają i wrzeszczą:

– Ja już tylko w piekło patrzę!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Liczby Charona” – nie mogę tak naprawdę dojść do jakiegokolwiek konsensusu sama ze sobą, jeżeli chodzi o tę książkę. Z jednej strony jest ciekawie, z drugiej czegoś brakuje, coś mi przez cały czas umykało, czegoś nie potrafiłam uchwycić. Nie jestem fanką autora i dla mnie był to pierwszy raz, więc w owym dziwacznym, dziewiczym uniesieniu naprawdę wtopiłam się w lwowski świat, ale też coś mnie odepchnęło, zohydziło, wykopało… Wciągnęło, by na końcu uświadomić, że nie mam kompletnie pojęcia o co chodziło?

Spróbować warto, a cała reszta, cóż, przynajmniej jest o czym myśleć, a o to w książkach czyta, czyż nie… bo z tym chodzeniem to niezbyt!

„Elizabeth i jej ogród” – oto i pamiętnik, oto i ogród, i oto i jego Pani. Dama w każdym calu. Prawdziwe dziecię swojej epoki, wcielony wiek XIX na północy Polski. Czas tutaj odmierzają rośliny. Pory roku są namacalne, jakże pierwotne zdaje się być życie? Jakże normalne rozrywki… naturalne.

Coś jest w tej miniaturze. Jakaś tęsknota i zapomnienie, ale poza tym… cóż, nie jestem pewna, czy współczesny zaganiany człowiek może się w niej odnaleźć. Może warto spróbować? A może nie? Sama pozostałam gdzieś między zimą i wiosną niezbyt zdecydowana na to czy wzejść i się rozkwiecić. Jakoś tak mi teraz tęskno za ową kobiecością, ckni mi się.

„Juda nieznany” – czasem się zastanawiam nad tym, czy wznawianie pewnych dzieł wciąż jeszcze ma sens? Czy można się odnaleźć w tak mocno tkwiącej w swojej epoce powieści? W tak smutnej, dobijającej, dramatycznie od początku wpajającej nam, iż nic dobrego się tutaj nie wydarzy. Że całe to przedstawione życie, jakże naiwne na początku, rozpalone marzeniami, zwyczajnie będzie się tylko kręciło, bez radości. Bez spełnionych marzeń, kopane i gniecione…

… a jednak, jakoś tak warto…

Łazi goła Turyścizna po ulicach miasteczek. Ja jeszcze rozumiem okolice plażowe, ale serio, środkiem miasta walić ino w galotkach, skromnych nader, to dla mnie lekka przesada. Oj wiem, że gorąco, ale widzieliście kiedyś gołych nomadów na wielbłądach? Nie! A dlaczego? Bo słonka się boją!

… więc dlaczego ludzie w amoku wakacyjnym przestają odczuwać strach przed promieniami? Przed skóry zwiotczeniem i poparzeniem. Gdzie się podziały maniery zachowania pewnej elegancji w ramach elementów ścisłej zabudowy, a nie wszelakiej dzikości piasków i kamieni?

Widać w las poszły cienia szukać!

Lato seryjnie daje z siebie 200%!!! Domagam się po równi Zimy! I gołych, tym razem niebieskich Turyścizny elementów. Raczej pewno stojących niż chodzących, już nie czerwonych, nie złotych, nie brązowiejących, ale zawsze będzie figurka do postawienia w ogródku i podparcia drzewka!

No serio golasy… aż w powietrzu czuć jak się pot od was odrywa i nie komplikowany elementami odzieży, mniej lub bardziej plastikowej, lecą szukając nowej, nie tak gładkiej podwózki…

Mam lęki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Okna w dymisji… została wyłączona

Pan Tealight i Niebo co nie tuczy…

„Słomki były różnokolorowe, różnokształtne, różnorozmiarowe i wszelako wymiarowe i w ogóle kompletnie wszystkie, jakie możliwe, niespokojne w swym oczekiwaniu. Gotowe na usta. Jedne naturalne, słomiane, lekko wzmocnione pasmami zielonej trawy, z ziołami trącymi o podniebienie ssącego, wszystkie w owym zaskakującym kolorze rozgrzanej pszenicy. Inne znowu szklane, kombinowane, dziwnie pokręcone, zbuntowane przeciwko wszystkiemu co proste, rozlewające się oleistymi barwami tęcz. I plastikowe, proste lub pozaginane, z fantazyjną harmonijką, w paseczki, lub kropki… i były też parasolki, ale to na potem.

Przede wszystkim na dokładnie obgryzionej z trawy i porostów łące stali osobnicy. Oddychający mniej lub bardziej. Ci żwawi i ci lekko pogrążeni w rozpuście powolności. Ci malowniczy, ci wtapiający się w okolicę i ci wyróżniający się kształtem i kolorem. Wszelako niejednolici, szaleni w rozpasaniu osobowości. Ale mimo owej różnorodności byli zaskakującą, lekko trącącą desperacją jednością… Jednością nader chciwie spoglądającą w górę wszelkimi patrzałkami. Macającymi przestrzeń. Nawet Chochel, chochlik pisarski Wiedźmy Wrony tym razem opasał ciasno szare gacie Chowańca sznurkiem i z zaciętym wyrazem pomarszczonej twarzy…

… ślinił się!

A potem pojawiła się taca… Czerwona i wielka, na niewielkiej, lekko spłaszczonej bańce, poruszała się dostojnie pomiędzy ustami i bardziej mniej opisowymi, w realiach zbliżającej się widać konsumpcji, otworami wciągającymi. Każdy brał tyle ile potrzebował, i takie jakich wymagał jego wzrost, masa, tudzież wrażliwość na warunki atmosferyczne. Wiedźma Wrona Pożarta dostała słomianą kobaltową, Chowaniec, któremu na wszelki wypadem zawiązano na supełki oczy, bo w końcu po co mu one, czekoladową, a Ojeblik najdłuższą.

Na dziwny, nigdy nie wybrzmiały sygnał zaczęli ciągnąć i ssać. Wsiorbywać i chłeptać. Niektórzy oszukiwali. Mieli łyżeczki na długich patyczkach, małe kleiste muszki wyrzucane w górę i wielkie łapki na chmurki, ale nikt o to nie dbał. Może w rzeczywistości nie było żadnych reguł w owym spożywaniu nieba? W owym łapczywym pochłanianiu tej szalonej, puchatości o barwie jagodowych lodów z szafranowymi wstawkami, truskawkowych ptysiów i migdałowych szaleństw. W owej wszelkiej kremowatości i zaskakującej słodyczy wiśni. W tych chmurkach orzechowych i powiewach cytrynowych z pomarańczową cierpką nutą…

… bo Niebo zwykłe zwyczajnie śmietankowe z nutą bławatkową, lub lekką burzową chruścianością, tym razem karmiło na całego. I nikt nie chciał przepuścić takiej wyżerki! Zresztą za darmo. Tym bardziej nie chciały słomki, które jak uważały same, czerpały z tego najwięcej przyjemności.

Niebo wciąż zmieniało repertuar. Dorzucało słodyczy, mieszało w kwaskowości. Czasem bardziej lodowiło, czasem znowu ocieplało, niczym gęsty bananowy sos. Potem zaskoczyło nutą fiołków i bzów, oczywiście przekwitniętą, by w końcu schłodzić się całkowicie i rzucić granatami.

I oto chyba gdzieś za kamieniem, gdzieś jeszcze niewielka, omszona, dziwnie bezbarwna, czaiła się… Jesień!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zamek lorda Valentine’a” – najgorzej jest jak człowiek chwyta słynnych klasyków i presję czuje… Nic na to nie poradzę, ale jestem przekorna. Od razu dostają na starcie pałą i pałę i muszą się wykazać. Nie lubię słynnych i uznanych. Sama muszę ocenić i się przekonać. W tym przypadku… było dziwnie. Z jednej strony od początku można się zakochać w owej mnogości fascynujących postaci, zaskakujących osobowości, w owej barokowej rozrzutności bytów wszelakich. A z drugiej? Cóż, przewidywalne to wszystko jak nie wiem co. Od początku wiadomo kto jest kim. Kto pójdzie na szczyt, a kto zdradzi… Właściwie cała opowieść to pewna podróż poprzez opowiadania, które tylko lekko się ze sobą łączą.

Cóż, może urzec albo zohydzić.

„Miłość, flirt i inne zdarzenia losowe” – taka tam opowiastka dla nastolatek i kobiet, co to jeszcze potrafią piszczeć i wydawać dziwne odgłosy widząc zaręczynowe pierścionki z wielkimi kamykami, nowe buty lub milusie, puchate kotki… co to nie wiedzą, że z kotka i tak wychodzi obrzydliwa kupa! Taka no wiecie zakochana historia, ze znajomymi problemami, wyborami lepszymi lub gorszymi, z chłopakami i pomieszaniami w nastoletniej żywotności.

Raczej dla określonej grupy wiekowej. Mnie nie przekonała.

„Alicja w krainie konieczności” – z jednej strony oj znowu opowieść współczesna, miłość i tak dalej, pewno ktoś zdradzi, ktoś zajdzie, a inny znienawidzi… z drugiej zaskoczenie. Bo oto mamy kobietę, która oczywiście wie wkurzająco jak inni potrafią żyć, kwokę co zdaje się być szczęśliwa w swym gnieździe, ale też ma już dość swojej siostry pasożytki. Z trzeciej ma swoje życie, rodzinę… oj wiecie, zwykły czas. Ale nagle, gdy podejmuje decyzję za kogoś innego, zgodnie z pierwotnym powiedzeniem staje się odpowiedzialna, za życie…

Jak długo można? Ile można znieść i czy w całym bałaganie można jeszcze być sobą i kochać? Z jednej strony bohaterka idiotka, którą chce się walnąć w łeb, lekko nieporadna narracja, a z drugiej wspaniale przedstawiony problem: czy mamy prawo wpływać na cudze życia? Czy naprawdę mamy prawo mówić: nie możesz? Uczyć innych jak mają żyć bez konsekwencji?

Chyba warto!

Bo przecież to całe niebo nie może się tak marnować, co nie? Tylko tak wisieć i już… Jak jest niebieskie, oznacza to, że ktoś zwyczalnie dorwał się do fotoszopa i zrobił je tak niebieskie, kobaltowe, bławatkowe w odcieniach nawet niedefiniowalnych, choć na pewno mają swoje naukowe numerki… że trudno uwierzyć. Albo te chmurki, puchate takie, w kształtach, no ostatnio modne są srające dinozaury, a na dowód mam nawet wiedźmę na miotle!

Bo Wyspa ma fantazję, na niebie i piekiele równą!

A gdy godziny mijają, kolory szaleją. Stają się zorzowe, lodowe i ogólnie mówiąc pasujące do deserów. Jak lody jagodowe, jak pierogi z cukrem i śmietaną, jak śliwki i czereśnie, jak truskawki i miód… jak pistacje, a tak pistacjowy też mamy!

I jeszcze to światło. Przez chmury zdaje się przedostawać dziwna taka słodycz, która zdaje się posypką, polewką, lukierem i bezą strojącą wszystko. I każdego, niezależnie czy o to prosi czy nie… i wiecie co? Do twarzy czy tam dupy w owej słodyczy każdemu! Uśmiech robi, tak podstępnie, zmarszczki wymiata, cienie zaklepuje…

… czasem niebo kręci kogiel mogiel, a czase zwyczajnie cukier pali, by dodać wszystkiemu smaku i polukrować jeszcze niedojrzałe, mleczne i miękkie orzechy… choć w tym świetle to i kamienie można sobie pożuć!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebo co nie tuczy… została wyłączona

Pan Tealight i Bogi na Trwogi…

„Wokół sosnowego stołu, o wymiarach gigantycznego żarna i równie podobnych zakrzywieniach siedzieli wszyscy. Wszyscy, którzy się dopchnęli, zmieścili. Siedzieli tak dość niespokojnie, lekko podjarani, zjarani, podpłomykowi i ogólnie jak na węglach. Siedzieli pod, ale i grzecznie dookoła, oraz malowniczo unosili się nad. Nad stołem i księgami, nad filiżankami, samowarem i kamyczkami, nad stertą papierów, po której zgrabnie toczył się Ojeblik, mała ucięta główka i malowniczo umorusaną główką robiła wysoce natchnione szlaczki. Nad ową wielką burzą mózgów, która temu i owemu przypaliła już co się dało i zrzuciła tuziny piorunków.

Nad pomysłem, wizją, co to właśnie, w kącie po prawej, tam obok Młodej Miotły chrapiącej i tej gigantycznej pajęczyny z błyszczącymi kamyczkami, nieuchronnie zbliżała się ku ucieleśnieniu…

… bo Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki postanowiła, z całkiem materialnych powodów, zostać BOGIEM. Znaczy dokładnie to Bogą, no wiecie, gwoli oznaczenia płci, coby dary były raczej podporządkowane schematowi. Bo Bogini brzmi jednakowoż nazbyt przaśnie i radośnie, jakoś tak różowo i prokreacyjnie, a na to Wiedźma ma uczulenie, jak sto choler tańczacych dookoła gigantycznego ogniska z palących się cuchnących szmat, albo i gorzej!

Boga Wiedźma! Inni mogą, to dlaczego nie ona?

Oj pewnie, że chodziło wyłącznie o kasę, nie oszukujmy się, magia jest za darmo, dobrowolne datki nazbyt często nadają się tylko na przekąskę dla nieporządnie poukładanych zombiaków w ogródku sąsiada. Tego co kaszle i dziwnie spaceruje, wiecie. No tak, dokładnie tego, tego wiecie, niczego świadomego. A Wiedźma i Sklepik potrzebowali funduszy w czymś sklepowymiennym. Czymś papierowo relatywnym, albo błyszczącym bilonowo kruszcowym. Niepotrzebni też chcieli posiadać. Mieć rzeczy, robić sobie nimi dobrze, czasem nawet się przechwalać, że ta moja rzecz rzucona wcelowała turyściznę w fajniejsze miejsce niż twoja, a jaki łuk ładnie zatoczyła, poświeciła i wróciła, widzisz?

Wiedźma Wrona chciała książek, nowych! Królika, misia, albo i kilka, ptaszka, kanwy i jeszcze misia, glinianej miseczki i obrazka i notesika na myśli, bo gniotły się w głowie, no i wisiorka z niebieskim kamykiem, błękitnym takim jak szlag na wielce drogich i zwyczajowym niedostępnych prochach… I jakoś tak, no dlatego religia zdała się być najbardziej widoczną w finansach drogą ku posiadalności. A jak już to mierzyć najwyżej, nieprawdaż, na sam tron. No na pewno ze sztuki nic nie uciuła! No niby można ludzi nastraszyć, tak by pogubili rzeczy, ale to karalne przecież… no nie między Bogami, hmmm, rzeczywista!

Dlatego czemu nie?

Droga kariery jak każda inna…

Jednak najpierw trzeba mieć jakąś fluktuującą, łatwo doczepialną, dopasowującą się do każdego wizję. Chwytliwą taką, z jednej strony krzykliwą, z drukiej cicho podstępną, co i zęby wybieli, wzrost włosów zapeniw, z wrzodów uzdrowi, ocali od złego, a sąsiadowi znienawidzonemu temu najbardziej, nagle dołki na drodze wykopie. Albo i Rów Mariański postawi przed progiem. I żonę mu naraji najbrzydszą wredotę na świecie! Bo jak coś robić po wiedźmiemu, to na całość. Dlatego dla tej Bogi Wiedźmy to musi być księga gruba i z obrazkami! Coby pieśni były chwytliwe, dobrze rytmiczne, a modlitwy czołobitne… aczkolwiek jakby co, dostępna w przedpłatach, ale nigdy nic na kredyt, no od złego cię wyzwoli krótka litania i długi czek, po tym możesz już sobie grzeszyć, w zależności od zer za dziewiątką!

I kościoły niech będą i czycenia wszelakie, ale bez dotykania, choć o relikwiach trzeba będzie pomyśleć. I będzia Boga Wiedźma opływać w finansowe głowy nie łamania na wieki wieków i inne czasy!

– Ale Wiedźmo oj Wiedźmo Poganko, oj Ptaszydło tosz Bogi są biedne dziecinko, całkiem gołe najczęściej… ale księża, oj wiesz, z tymi to dopiero jest co po tackach zbierać, zakrystiach ciułać!

Księża Wiedźma?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wycieczka na tamten świat” – jest tutaj i coś śmiesznego i coś zaskakującego i coś kompletnie nielogicznego. Mniej w tym kryminału, za to więcej jakiejś lekkiej rozrywki, więc jeżeli tego potrzebujecie, nie odczujecie bólu zawodu. Taka bezbolesna, miła lektura, bez owych głębszych rozterek morderczo-kradziejczych. Trochę w tej książce owej znanej komedii pomyłek, trochę wielkiej ucieczki i wszystko jest możliwe…

… no i miłość, wiecie jak to jest.

„Wszystkie dziewczyny kochają brylanty” – oto i kolejny tom przygód pięknej Tanii. Tym razem z matką, intrygą z przeszłości i wszelakim marzeniem o posiadaniu rodziny, tudzież przodka zbrojnego w jakąś tajemnicę pełną lochów i klejnotów.

Ponownie niesubordynowana opowieść, pełna tego wszystkiego, czego sny przynoszą, a rzeczywistosć skąpi, historia z piękną dziewczyną, marzeniem i mroczną wizją zerkającą głodnie zza płota..

„Plan Sary” – nie rzuciło mnie na kolana, intryga nie wdusiła w powierzchnię i nie zwiększyła przyciągania ziemskiego. Jakoś mnie ta powieść nie przekonała do siebie, a kryminał niezbytnio zmusił do męczenia szarych komórek… ale Lwów, cóż, za to warto tutaj zajrzeć.

A cała reszta niech robi za tło!

Wieczna zmarzlina, linia wiecznego śniegu, albo lodowe pola… przestrzenie niezmąconego niczym mrozu kującego z zawartej w powietrzu wilgoci fascynujące obrazy. Oj albo taka lawina, otulająca chłodem, a jednak nie odmarzująca nosa, tudzież innych, nader odstających od całości partii cielesności…

… marzy mi się. Nic na to nie poradzę, że kocham zimę. Kręci mnie śnieg i lubię gryźć sopela. Walić, że żółty! A co mi tam! Kocham szron, szadź, bladź wszelką mroźną, rysunki na szkle i to zabawne skrzypienie… rozbijać kałużowe zwierciadła lubię i spoglądać jak fajnie morze potrafi upiększyć kamienie i port. Tęsknię za zawieją, zawieruchą, owym pięknie złowieszczym wiaterem, oj bardzo tęsknię!

Ale cóż, nie dane mi mrozy i wiatery! Nie no pewno wiem, że lato i tak dalej, cztery pory roku, bla bla bla, ale wiecie co, na Wyspie już dawno nie było tak gorąco. Czy to owo globalne ocieplisko, czy raczej zwyczajna co kilkuletnia przypadłość nadmiernej robotności u Lata… mniejsza co to, pocę się! A jakoś nie zdaje mi się, coby w wiedźmim tonie były roniące wodę lica i wilgotne paszki, tudzież inne miejsca, o których człek nawet nie wiedział, że mogłyby wredoty aż tak paskudnie, obficie nader i dziwnie łaskocząc… przeciekać.

Chociaż… panna Marple rzekła niegdyś, że damy się nie pocą, ino wiecie, damy błyszczą, więc zostaję damą! Łysk błysk błysk!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogi na Trwogi… została wyłączona

Pan Tealight i Puszek Okruszek…

„– Ale kim jesteś?

– Puszek Okruszek.

– A wiesz, że nie wyglądasz?

– Cóż, definicje imion często wprowadzają w błąd, ale moi rodzice naprawdę mieli miękkie serca. Nawet jak już skwierczały na grillu, gdy doprawdy zlały się sokiem, skrwawiły do końca, pękły i połamały, wciąż nie przypalały się na podeszwę, wciąż zachowywały świeżość, wciąż biły…

– Aaaaa…

– Nie wybiera człek sobie ni życia, ni tego gdzie się urodzi, choć niektórzy podobno próbowali. Mi bynajmniej nie wyszło. Przyszedłem na świat tam, gdzie przyszedłem, narodziłem się tym, a nie innym. I nie myślę co by było gdyby… bo i po co się denerwować. Życie jest krótkie. I w większości przypadków całkiem mało smaczne. Ale czasem zdarza się ktoś, kto żył tak, iż pożarcie go to ekstaza. Orgazm do granic wytrzymałości, a potem znowu uniesienie. Wyssanie życia z takiego osobnika, niezależnie od rodzaju, płci, czy ubarwienia czułków, to doskonałość sama w sobie… zdarza się jednak nader rzadko. Coraz rzadziej. Właściwie nie pamiętam kiedy ostatnio. Coraz częściej wszyscy zwodzą się, ulegają, naginają prawdy. Potrafią sobie wmówić stan najwyższej szczęśliwości, w rzeczywistości nie znając nawet owego jej rąbka, który winien się przydarzać przynajmniej raz dziennie. Bo jak inaczej egzystować? No jak? I w ogóle jak można tak paskudnie smakować?! Jakby to całe ich życie należało wyłącznie do nich?

Ojeblik, mała ucięta główka lekko trzęsąc się próbowała odturlać się dyskretnie w stronę jakiegokolwiek zgromadzenia żyjących mniej lub bardziej, pośród których mogłaby się schować. Ale krzak, pod którym się schroniła przed comiesięczną wolą sprzątania Pana Tealighta, okazał się być nader wredną i zapuszczoną jeżyną. I miał nieznanego, przerażającego, dziwnego ponad wszystko lokatora. Niewysokiego, niepozornego mężcyznę o wielkich dłoniach i dziwnie zaostronych zębach. W jego łysej czaszce tkwiły osty, a za uszami kołysały się mu sople lodu. Odziany w kraciastą koszulę i krókie spodenki prezentował dziwnie wygięte, owłosione kończyny i krople potu, które tworzyły dziwnie regularne wzorki na jego skórze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dziewczynki ze Świata Maskotek” – czasem się zastanawiam po co są takie książki. Bolesne, rwące, duszące. Dziwne strzępy naszej codzienności, o której wiemy, ale jednak wolimy nie myśleć… Czy po to, byśmy zaznali bólu? Cierpienia? A może tylko pogłaskali się po głowach wzdychając: mi to się nie przydarzyło na szczęście? Bo przecież życie samo w sobie niesie wystarczającą ilość cierpienia, więc po co książka właśnie taka?

Opowieść o dziwnie niespełnionym życiu. O ślepocie, przymykaniu oczu, życiu w zalegających dookoła cieniach… braku norm moralnych, wychowania? Po co taka książka? By matki podglądały dzieci? By przypomnieć, że wszędzie jest to możliwe? Po co opowieść ze Świata Maskotek? Czy wciąż na świecie istnieją tacy, który wierzą, że takie rzeczy tylko w książkach?

„Niewinność zagubiona w deszczu” – czytając nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to juz było. Jakbym nagle odkopała jakąś powieść z przeszłości, połkniętą w latach, gdy człek niewiele zdawał sobie sprawy z owych namiętności i dorosłości… Jakbym już to kiedyś czytała. Ale nie mogę sobie przypomnieć co. Mniejsza. Oto sztuka, która stała się powieścią. Która straszy nagrodami, wrzeszczy z okładki – słynna jestem, więc muszę się ci podobać!

Nie podobało mi się. Nie urzekła mnie, wprost przeciwnie. To już było. Ani narracja, ani owa maniera sztuki co to powieścią się stała mnie nie przekonuje. Pytania o sensowność altruizmu, dobroczynności, uginania kolan, całe to człowieczeństwo… Jak dla mnie kolejny pokręcony wykład kogoś, kto pragnie tylko uczyć, ale nie konsumować wiedzę… A takich ludzi mam dość, za stara jestem!

„Opowieści niezwykłe” – mało interesująca okładka, średnie wydanie, właściwie ot broszurka… ale w środku jest coś ważnego. Takie pierniczone perełeczki, o których człek myśli: żesz, że sam ich nie napisałem. I ślini się zazdrośnie i zerka dookoła, czy czasem owe historie nie wyłażą i nie mieszają mu w codzienności.

I mówi im: cześć, właźcie, możecie ze mną pomieszkać, choć trochę się was wiecie, chyba nawet boję…

Świat na Wyspie okrzepł w ramionach drących się dzieci. Wychowanie bezstresowe kwitnie widać na świecie. Czasem się zastanawiam, jak niewiele świadomości mają ci rodzice wypuszczający się na ruchliwe drogi z kilkulatkami na rowerkach. Jak niewiele wyobraźni gromadzą pod miotanymi słonecznymi wylewami czaszkami… Wystarczy moment, chwila. Rozedrgane żarem powietrze mami wzrok, a kolorowy rowerek tak ładnie zlewa się z barwami pól.

I już.

Nie ma.

Kto wtedy winny? Kto jest ów zły?

Nietykalnej rozterki

„Oto i był organ,
niewielki i wielki,
oto był i chuć
otwarcie nie mierki.
Oto była ona,
w niego zapatrzona,
skłonna dać i oddać
zasię wszystko poddać.
No i tak ruszała,
całkiem ona mała
zachwycona szczerze,
jak ze szczeniaczka, w mierze
wielkiej zapatrzona,
zamyślona, zarobiona…
Góra i dół się nie zejdą
dołem górą potrzeć jedną,
tutaj podegnie,
tu poprostuje,
owego czuje.
Tu się zabawi,
tu nie zostawi,
tutaj czas płynie
na owej dziedzinie.
I nagle koniec,
i po wszystkiemu…
Ups odpadło mu się.
Ups skończyło ci się.” Ch.J.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Puszek Okruszek… została wyłączona