Pan Tealight i Rogal Eremita…

„Wydawać by się niektórym, dziwnym i niemyślącym, Pan Tealight tym razem nie wpuścił gościa do Sklepiku, ale usiadł z nim na mostku. Z daleka od niego, jakby bał się nadmiernie oczy mu rozgrzeszyć zbereźnymi wnętrznościami owego jedynego w świecie przybytku. I choć wody w Rzeczce o Zmiennych nie było wiele, a raczej nadmienić należy, iż prawie niewidzialną stała się jakakolwiek w niej wilgoć, to jednak gość sam poprosił o mostek.

Jeżeli wydawało mu się, iż nikt nie będzie podsłuchiwał, no cóż, każdemu wolno żyć w nieświadomości.

– … tak więc nie do końca chodzi mi o jakiegoś boga, umartwienie, ogólną nieruchawość na słupie, tudzież lwy czołgające się u stóp, górskie szczyty, jaskinie, czy dziwnie niechętne ludziom odludzia. Nawet nie o modlitwę. Choć haj zapatrzenia w jeden punkt – znaczy najczęściej i tak w siebie, w końcu na kogo można patrzeć mając zamknięte oczy – jest doprawdy nadzwyczajnym przeżyciem. No i zapewniam, że nie jest to minimalizm, jak okazuje się wielu sądzi… przychodzą i zazdroszczą mi braku rzeczy – ciekawe co by powiedzieli, jak nagle kończą się i liście i papier, a kupę zrobić trzeba… Ot zwykła bieda i tyle, choć inni chcą widzieć w tym więcej, więc im na to pozwalam. Chyba kłamię? A może jednak taki sympatyczny ze mnie gość. Ostatni pustelnik. Nawet nie mój erem, nie moja asceza, jałmużna dziwnie poniżająca, do tego ten cały celibat, że aż dziwnie człowiek na jaszczurkę spoziera… a modlitwa, cóż. Ale nim jestem, ostatnim eremitą. Zakochanym w bycie niebytem.

Tak naprawdę kogo czczę? Chciałem, naprawdę chciałem czcić, taki był przecież plan! Tak mnie wychowano, dali mi od razu przy narodzinach boga, może nie do końca pasował, ale był i dali powołanie, wizję przyszłości wypełnionej siedzeniem, a siedzieć to ja lubię. Bardzo. Te pośladki przytykające się do powierzchni, owa świadomość małej ruchliwości, równość oddechu, wszystko dookoła lata, a je siedzię… I samotność lubię. Tylko, że teraz to nawet nie wiem dlaczego, po co i za kogo? Na co mi kult pośmiertny, na grzyba pomniczki… klasztorów stawiał nie będę. Opadło mnie takowe zwątpienie chyba? A może i mój bóg i powołanie zniknął, a może mieli rację? Bo widzisz nazywam się Rogal… eremici zwykle mają tylko jedno miano, no i moje rozumiesz, nie brzmi najlepiej. Niewybredne żarty są na dziennym porządku zwiedzających. A tak, bo mam i zwiedzających, starsze panie na kolanach przychodzą, bardzo to nieatrakcyjne, lizać mnie po rękach chcą, boję się, że w końcu któraś mi odgryzie palec, albo i całą rękę, albo rzucą się na mnie, jak przysnę, no i zeżrą całego. Jakoś tak nie mogę przestać o tym myśleć, czy święte za życia też obróci się tylko w kał, czy zaczną srać pierwiosnkami i sasankami na przykład? No mniejsza… młode też przychodzą, ale nie na kolanach i raczej cóż, te ich spowiedzi! Kto to teraz dzieci wychowuje? Bo durne one są tak, że nawet podniecenie spada… może i lepiej, że oklapuje, w tej krótkiej kiecce trudno być doprawdy tajemniczym i nie zdradzającym szczegółów.

Miało być o imieniu, więc Rogal. Tak, Matka nadała po dziadku. Nie wnikałem w szczegóły od małego małomówny byłem, ale cóż… Znajomy radził, żeby zmienić na Lagor. Bo niby to samo a brzmi lepiej, ale jak to, mój bóg zna mnie pod jednym imieniem, a ja nie wierzę w jego pamięć i cuda. Oj tak, bo nie wierzę. Bo siedzę, pośladkami cuda wymadlam i co, moja dupa gorsza od innych? Nic nie działa, kompletnie nic! Dupa siedzi, a dobra to dupa, żyjemy razem już szmat czasu, wiem, że się modli, że cierpi, że pełna wyrzeczeń… a nie działa.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Wyspa kolorownieje w oczach. A może raczej rany posłoneczne w końcu się na niej goją? Bo wszystko wciąż nie napojone, poparzone, dziwnie umęczone. Trawa stara się w ogóle nie wychylać. Listki nie mają zamiaru wznosić się ponad ziemię i choć brakuje im głaskania, owych wietrznych tańców i całej tej łanowej rozpusty… to lepiej nie. Lepiej nie odchodzić od ziemi. Za bardzo męczy powietrze.

W owej całej suchości to tylko dziwnie szuranie słychać. Jakby ktoś papierem ściernym po osnowach i wątkach rzeczywistości przesuwał. Jakby złuszczał jej naskórek, choć brutalnie, ale cóż uroda nie ofiaruje niczego strachliwym… jakby chciał coś usunąć, wymazać, ale to się opierało.

Mocno.

A może zwyczajnie jakieś SPA dla nader sadomasochistycznych się tutaj zorganizowało i szorują się piaskiem, drapiącymi obłamkami granitu, kryształkami i morskim szkliwem? Może w obliczu apokalipsy kinowej udzieliło się ludziom nagle owo wszelako dziwnie niektórych podniecające cierpienie…

… a może mamy i jaskinię, a w niej nie eremitę, ale Greja. Greja co łachocze biczami dziouchy, a one tego chcą? Ech! Co się porobiło z tym światem… i dlaczego nagle owo łachotanie to taka nowość?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rogal Eremita… została wyłączona

Pan Tealight i Icoztego…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki robiła za trupi prawie chodniczek. W paseczki i z frędzelkami równo rozłożonymi w sobie tylko znajomych kierunkach, skupiskach i ogólnej nerwicy natręctw.

Delikatną, lekko mało ruchliwą, co nieco woniejącą sugestię, rozkładającą się, aczkolwiek urokliwie, w drzwiach tarasu, by nie przeszkadzać, nie wchodzić i w ogóle, ogólnie, dla własnego dobra: nie oddychać, nie pierdzieć, nie mrugać… A wolno opadające rodniki i elementy zaschniętek skóry łapać w niewidzialną sieć, nim opadną z dzikim łoskotem na ziemię, nim musną dzwoneczki kwiatów, by jej owego leżenia nie naruszyć. By owej dziwnej, podejrzliwej spokojności, primo loco na pewno, nie naruszać… Chyba, że ktoś doprawdy marzył o operacji plastycznej bez znieczulenia i na gorsze, nawet w tym wykrzywionym świecie.

Nie znaczy to jednak, że robiła NIC. Jako osoba kompletnie niezdolna do wykonywania takiego rodzaju pracy oczywiście była bardzo, ale to bardzo bardzo zajęta. Icoztego wyprowadzał się ze swojej piramidy. Jako stary, bardzo omszały, aczkolwiek przez nikogo nie wspominany już w modlitwach bóg Majów… o których i tak już mało kto pamiętał też – ha! zemsta! W obecnym wcieleniu był kierownikiem sklepu z suwenirami… dla zabieganych, zawsze zajętych, niespokojnych, gdy nie było co zrobić, czyli ogólnie mówiąc dla mrówek.

Znaczy nie do końca tak, że Wiedźma Wrona uzależniona była od mrówek… wprost przeciwnie! Wpadała raczej w gik amok świętego Wita, gdy któraś postanowiła uznać ją za nazbyt miękką, obłą wersję pochyłej wieży w P., czy też owe mityczne, monstrualne brainowe postacie, których tylko głowy wystawały na wyspie nie do końca jednak niejulonocnej. Ale suweniry, cóż, oto jednak z nie tak sekretnych słabości owej dziwnej osoby…

Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta vel chodniczek, teraz z dziwnym napięciem we wszelkich tkankach spoglądała na byłego boga Icoztego, jak pakował swoje torby, woreczki, saszetki i walizeczki. Jak wiązał węzełki, pakunki i nadawał na mrówczej poczcie to, co było zbyt niewyrównane. Jak wszystkie inne mrówki wraz z nim, w dziwnym jednolitym rytmie zbroiły się do odejścia. W końcu! Jak bardzo go wielbiły, choć wcale tego nie okazywały, bo jak już się komuś postanowiło kopczyk-piramidkę, to czyż trzeba wyrażać jeszcze więcej?

Chyba nie, no przynajmniej w mrówczej opinii.

Drzwi suwenirowego przybytku zostały zastawione szczebelkami z wyschniętych traw, a potem zabezpieczone gliną zmieszaną z kocimi siuśkami. Niezbyt aromatyczne, ale Icoztego obiecał, że zapach w końcu odejdzie, a działa jak żelazobeton. Zresztą jak tu się czepiać boga, nawet takiego, któremu czas przydatności do spożycia nagle się skończył. Takiego nie do ugryzienia, którego nikt nie chciał, o którym zapomniano, jak wyschnięta parówka w ciemnej lodówce, w opuszczonym domu z frywolnymi firankami, który dawno temu przejął we władanie las.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Korona śniegu i krwi” – jakoś tak orgazm, trwałe inne spojrzenie na literaturę. Więcej! Bezczelne porównywanie tego co było właśnie do tej jednej, może i obszernej, ale przecież TYLKO książki.

Skrzywienie na wieki wieków i amen! Nic już nie będzie takie samo! Właściwie przyznaję, iż w mojej dotychczasowej karierze: czytacza, recenzenta, krytyka i ogólnie mówiąc słowożernej istoty… takie powieści jak ta zrzucały inne z piedestałów. Ogólnie, bez opłotków i ogródek… Autorka winna przeprosić innych pisarzy za napisanie owego dzieła, bo zwyczajnie wyglądają przy niej gorzej. Strasznie gorzej!!! Lekko jak zombie i nie nadgryziona zębem czasu Barbie.

Nie jestem w stanie powiedzieć, czy bardziej to powieść historyczna, czy dzieło sztuki. Wiem jedno, wywalcie podręczniki, zagłębcie się w faktach, oraz tym, co dziś zwą realizmem magicznym, a kiedyś było zwykłą, subtelną, wciąż pogańską codziennością. W owej elegancji słów, piękności dialogów, opisach, które nie przynudzają i życiu jakże namacalnym. Cherezińska nie tylko ofiaruje potężną powieść z taką mnogością aktorów, że G. R. R. Martin spogląda w nią śliniąc się. Nie tylko manewruje w jakże ważnym, ale i istotnym okresie historycznym Polski… przede wszystkim jednak udało jej się znaleźć złoty środek literacki. Pokazać prawdę, dać nam historię, ale też nie zapominać o jej prawdziwości. Dać nam przeszłość widzianą oczami tych, którzy ją tworzyli. Ludzi. Wierzących, wciąż rozciągniętych pomiędzy chrześcijaństwem a tzw. pogaństwem. Żyjących, pragnących więcej…

Z jednej strony to powieść tak mocno stąpająca po ziemi, z drugiej magiczna, symboliczna, wymagająca od czytelnika pełnej uwagi, życia, oddychania i myślenia tylko podług niej, jakby nic innego nie istniało.

… oto moja nowa ukochana Autorka! Planuję porwanie, zamknięcie w piwniczce i ogólnie mówiąc mieć ją tylko dla siebie. Dobrze, że jeszcze kilka jej powieści przede mną… jakieś chyba 6? Sponsora, sponsora, sponsora mi dajcie, a jak nie, to przyjdzie Leszy i was zje!!!

Na Wyspie oczywiście istnieją owady. Są i jakieś wężowate żmijowate i jaszczurki… ale owady wiadomo, moc białka. Mamy nawet endemicznego edderkoppera, znaczy pająka w jaskiniach. Znaczy jest czym się postraszyć, gdy ktoś serio potrzebuje mocniejszych wrażeń, szmeru w trawie pod stopami i tak przerażonymi, bo nie widząc przez buty co to się tam dzieje… nagle oblepiającej twarz pajęczyny, która doprawdy narusza naszą prywatność swoją lepkością i ogólnie, robale…

… obecnie wyczuwając zbliżające się ochłodzenie świntuchy pragną zamieszkać w człowiekiem. Bo to wiadomo człowiek i gotuje i kręci się ciągle i ciekawy jest jak jakiś ubaw w mydlanej operze. Tylko marnie wielki ten człowiek jest i niebezpiecznie skłizujący okolicę.

Przyznaję, że nie przepadam za towarzystwem. Czasem mam napady minimalizmu babskiego, ściśle powiazanego z PMSami, który wywala wszystko, czyści i marzy o białych ścianach oraz wszelkich przestrzeniach… żeby widzieć te robale i wiecie, pogrzeby to fajna sprawa!

Ale co zrrobić z obrazami? No nie da się żyć w totalnym minimaliźmie mając książki i obrazy. Nie da się. Choć można marzyć o własnym domu. Chatce z większym widokiem na morze, z biblioteką i pracownią… a reszta, cóż, łóżko wystarczy i łazienka i może kuchnia… Żadne tam szaleństwa. I bez robali! Ja wiem, że może one czują zew miłości w stosunku do ludzkości, ale ja nie!

Nie zmuszajcie mnie do kochania! Aczkolwiek suweniry wskazane… może poza wszelakimi odchodami, zwłokami w nadmiernym stanie rozkładu i takimi tam, no wiecie niezbyt aromatycznymi… znaczy nazbyt no!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Icoztego… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Schudzalna…

„Przyjrzała się sobie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Nie, nie w lustrach, tego przecież nie robiła… Przyjrzała się, przejrzała w cudzych oczach, odbiła się w deszczowych kroplach, wyciągnęła stare, lepiące się i dziwnie buzujące niecierpliwością bombki z pozłotą i w nich się przeglądała. Potem doskoczyła do kałuży, oblepionej liściami i bezczelnie, nie pytając się jej o zdanie, też się odbiła… gwałtem narzuciła jej swoje dziwne, szeleszczące kształty. Potem od szyby, która od zawsze zakochana tylko w samej sobie, tak nie pragnąca wyglądać na zewnątrz, kolekcjonowała pajęczyny, plamy i odciski dłoni, dla subtelnego zniechęcenia wszelakich narcystycznych zboczeńców… Nie zdziwiła się może temu, co zobaczyła, ale coś sobie postanowiła. Nie coś nowego, oj nie, raczej odkurzyła stare…

Postanowiła się odchudzić.

Problem w tym, że Wiedźma Wrona nie należała do tych powolnych, działających z rozmysłem, szykujących długofalowe plany i robiących wszelakie próby, całkiem niegeneralne, tych z pomysłem, przewidywalnych, ostrożnych. Raczej był skrajnie impulsywna, poddana wszelkim mocom, totalnie, nie oszukujmy się, szalona i niezbyt stabilna emocjonalnie… ale przecież oficjalnie była dumna ze swoich wszelako umysłowych ułomności.

Dlatego zaczęła od siekiery.

Myślała nad prawą nogą, myślała nad lewą… uznała, iż mimo niezbyt satysfakcjonującego jej estetykę ich kształtu, obydwu jednak potrzebuje. Podobnie zresztą było z rękami. Z głową też jakoś nie chciała się rozstać, choć Ojeblik już się cieszyła, a co do korpusu, no ktoś w końcu musiał trzymać to wszystko w jednej kupie. Dlatego odrzuciła siekierę i zabrała się za usuwanie zbędnego owłosienia. Wszystkie misie Wiedźmy zjeżyły się na ową jej niereligijność w stosunku do pluszu i odrzucenie futerkowości, ale cóż można było zrobić, no zawzięło się babsko i tyle. Po obgryzieniu paznokci, wyjedzeniu rzęs i brwi, wzięła się oczywiście za dietę. Postanowiła zrezygnować z twardych okładek, co to nierzadko ciężarem się jej odbijały i nietrawialnymi barwnikami odbekiwały. Ale jak tu z nich zrezygnować, gdy takie fajne, obronne często, łatwe w resuscytacji półek i wszelkiej estetyczności. No nie samą miękką okładką Wiedźma żyje. A i miękka, wiadomo, często więcej papieru zawiera, ale jak tu czytać bez okładek? Jak utrzymać na wietrznej w końcu Wyspie w sobie te wszystkie strony? No i co z harmonią prawej i lewej strony, co z pewną symetrią… nerwicą natręctw?

… co z książkami?

Dlatego przymknęła oczy. Znaczy najpierw prawe, tak dla zachwiania wszystkim, czym mogła chwiać. Potem na próbę tylko lewe, bo przecież równowaga w środowisku doprawdy, choć zabawnie, jest ważna. Potem zawróciła sobie w głowie dziwnym oczekiwaniem, aż w końcu przymknęła i prawe i lewe oko. By nie widzieć. Nie odbijać, nie przyglądać, nie podpatrywać, nawet nie macać siebie. Zakazała ciuchom uciskać, fałdkom falować, włosom na głowie tylko bardziej rosnąć i ogólnie… chudziej się wszystkim częścią Wiedźmy prezentować.

Bo gdy się nie czuje, nie widzi… można nie myśleć, nie być, nie marnować czasu na takie pierdoły. Ale tylko wtedy, gdy nie ma zbyt blisko innych… bo inni mają natrętną atencję wytykania wszystkiego. Jakby świat w życiu nie był już sam dość skomplikowany i nie rzucający pod stopy tych książek, o których się marzyło.

A czasem bezczelnie odebierającym…

Bo jest w wiedźmach coś całościowego, coś co nie pozwala tak zwyczajnie poddać się kaprysom ciała, coś co zapobiega zmniejszaniu się ilości magii w świecie. A przynajmniej musiało być, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „GONE. Faza szósta” – chyba z cyklami powieściowymi jest tak, że albo się ma na nie pomysł od początku do końca, albo nie. I kleją się potem te książki do siebie na klej z mąki, który z czasem ktoś zwyczajnie wyżera… pewno głodny i tyle. A może nerwica natręctw? Mniejsza. GONE zaczął się od wielkiego BUM i w pewnym sensie wielkie BUM go kończy.

Nie oszukujmy się, nie wszyscy je przetrwają… zresztą sami pomyślcie, jak wrócić do codzienności po Etapie? Jak być znowu człowiekiem? Pakować plecak do szkoły, nie martwić się, czy będzie jutro coś do zjedzenia, albo czy gaiaphage nie pojawi się nagle na progu? Nasi bohaterowie mają mieszane uczucia. Najmłodsi wpatrzeni w swoich rodziców tylko czekają, starsi wiedzą, że czeka ich jeszcze walka… i iż możliwe jest, że nikt z nich jej nie przetrwa.

Nie ma tutaj optymizmu, nie ma fajerwerków radości – inne są – jest za to pożegnanie. I pytanie: czy można żyć PO…

Przegląda się Wyspa w sobie samej. W owych wyszorowanych, zielonych jeszcze liściach zimowy jabłoni, w owych wyjedzonych przez robale serduszkach w owocach. W owej pokrywającej wszystko dojrzałości. W owych owockach, jakże wypolerowanych, wywoskowanych na najwyższy połysk i w trawach, które dumnie i w złocieniach bawiły się z lekko przyciężkimi, późnoletnimi promieniami…

… cóż, każdego z nas poznaczyło to lato. Także i Wyspę. Trochę się obruszyła staruszka, gdy zobaczyła te zmarszczki, tą skórkę pozbawioną wilgoci, tak sporadycznie muskaną wiatrami. Te plaże, wciąż zatkane algami, dziwnie walczące o każdy kamyk i każdą garść piasku. Te drzewa, owocujące, ale jakby nie do końca zdecydowane, co teraz mają zrobić z tym ciężarem.

Wyspa obrosła dylematem. Z jednej strony strasznie znajomie, ale nie żeby była do tego przyzwyczajona, uciskają ją ścierniska. Wbijają się w nią owe ostre pozostałości po ciężkich kłosach, podgryzają ją lekko otumanione pędem maszyn myszki, wciąż bzykają uwielbiające opóźnione rozkosze bączki. Z drugiej coś wisi w powietrzu. I na pewno nie są to worki z prezentami. W powietrzu rozłożyła się na chmurce w kształcie dmuchanej kanapy – to na problemy z kręgosłupem – Niepewność jesieni i zimy.

Bo jeżeli wszystko takie miękkie, dziwnie spocone, takie wybuchłe przedwcześnie w dziwnym, zbyt wczesnym orgaźmie… to czy uda im się dojść może raz jeszcze? Bo przecież jak ciepło, to może spróbować?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Schudzalna… została wyłączona

Pan Tealight i Ofiara doskonała…

„Mawiają, że nie ma czegoś takiego, jak doskonałe morderstwo. Owej tak idealnej przemyśliwalności w sapiensusie, która nadałaby humanowi najwyższy poziom skuteczności w cięciu życiowych niteczek.

Że nie istnieje, może była niegdyś, gdy jej nie potrzebował, ale nie teraz, nie w tym człowieczeństwie.

Ale przecież… jeżeli mord był doskonały, to nigdy się o nim nie dowiecie, czyż nie taka prawda?

W świecie, w którym tak wiele nieważnych i nieistotnych jest mega intrygujące, a te istotne, mądre… wprost zbywalne z szumem wodospadu, spłuczki rykiem, metalowego, lekko rdzewiejącego łańcuszka przy niej, dyskretnym szmerem. Powiewem spuszczalności. Cóż, w takim świecie ogólnie nie wiadomo, co narzucą inni, czemu nadadzą status boskiej coolowatości. Wydaje się, że mord przejdzie, gdy tylko olabelować go, opisać wartko. Obecnie nie wolno powiedzieć kilku rzeczy, z czym umysł pokrętny Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki boleśnie się zderzył… takich jak: nie lubię kotów, śmierdzą mi pod domem, srają pod oknem. Mam dość narzucania mi opini, religii i innych spraw. Mam własne myślenie, może wam niewygodne, ale żyjcie z tym, jeżeli ja muszę się zderzać z waszą głupotą. Mam w dupie tęcze wyskakujące na mnie ze wszystkiego i wszelkie równości, niska jestem, nie dam się podciągnąć, i dość pogadanek o tym kto z kim sypia i dość tego, że nie ma facetów na tej ziemi, a płciowość nagle jest nie fair! I dość tego, że heteryk to zło, a moja kobiecość to kurna przeżytek jakiś. Że zua jestem, bo nie próbowałam z kobietami, iż to oznacza, że zaprzeczam mojej seksualności. I jeszcze… dotąd zawsze było dla mnie nie ważne kto kogo kocha i z kim sypia. Ot tak, od zawsze. Pewne rzeczy są normalne. Ludzie się kochają, w różnych konfiguracjach! To fajne! Ale czy trzeba mi nagle pakować to do każdej kanapki? Namawiać mnie bym wierzyła w równość praw? Pierdolić o tym co oczywiste? I nie założę burki! A w grzyba! Nie nawracam się ani na muzułmanów, ani na torebki Luja Vujtona! Ani na produkty srebropodobne, ani na jedzenie mniej mięsa! To, że nie jem go od dawna nie jest ważne! Bo przecież guzik kogokolwiek obchodzi kim jestem, czyż nie? Nikt najpierw nie spyta co, jak, z czym to jeść, czy popijać, czy zagryzać, czy jednak chemiczne domieszki, czy bez konwersantów w konwersacji zamaczać… No ot lepiej założyć, iż pacjent kłamie, same House’y nagle na ziemi!!!

Zabiję, zamorduję, zetrę z powierzchni Wyspy.
Utuczę, pożrę, nie gotując wymiotę co do czereśni!
Na gałki nieoczne, te co widziały,
co widziały, co przecież brały,
a potem wypadły, zapatrzone
zgapione się odturlały.

Pan Tealight znalazł mamroczącą owe dziwne zlepki słów, dźwięków, zdań wiązania i stron przegryzania, Wiedźmę Pożartą na ziemi, na lekko już kiełkującej w zielone listki, lekko przesuszonej grzędzie pola. Mruczącą ostatkiem sił, że rasistką zostaje i nacjonalistką, że w mordę będzie… Wiedział, co ją rozweseli. Ot tak, zwyczajnie ją… no cóż, znał. Są sprawy, od których nie da się zwyczajnie umknąć i tym czymś jest osobowość, wiedźmia, skrajnie nieopisywalna… więc skołował jej ofiarę. Znaczy dokładnie Chochel ją zbałamucił, ale dostał za to nowe gatki w paseczki do ponoszenia, wykradzione z szarej paczuszki z napisem Dla Chowańca i serduszkami, więc wiecie. Tak na pocieszenie, złożenie tym zapomnianym, śniącym, ulalanym we wszystkie cztery dupy, zaćpanym przeszłościowcom.

– Dobra Ofiara, miła Ofiara, no najlepsza ever!!!

– Tak sądzi? No rzeczywiście nieźle mi w tym giezełku. Zgrabna jestem, taka akuratna i skiwerczeć nadto nie będę.

– I gotowa?

– Co? Nie… no ja właśnie, bo widzisz, ja chyba nie chcę?

– Chodź, chodź, chodź… to na wszelką chwałę, jesteś wybraną, władczynią tamtej już strony! Tu będziesz opiewana w pieśniach, tysiąc punktów do zajebistości i może jakieś dwa życia w zapasie?

– Trzy?

– A nie, trzy to sie nie da.

– Ale mi się tutaj podoba!

– Oj nie, wcale ci się nie podoba, znaczy tak ci się zdaje, bo nie widziałaś tamtego, tam to dopiero wypas!

– Naprawdę?

– Oj tak, tak tak… prawdziwe odkupienie!

– Znaczy sklepów dużo?

– Tam czeka na ciebie wieczna szczęśliwość i bogactwo.

– Karty kredytowe i rabat?

– Wszelkie krainy, wszelkie stolice…

– Ale dostanę choć czek, no żeby być pewną, nim to wszystko sie rozpali?

– Tylko bez pokrycia jak już, bo z pokryciem, znaczy po… to na stos się nie da. Nie będzie spełnienia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Sekretny układ” – drugi tom serii „Czarny Londyn”. Mrocznej, odkrywającej poziomy Czerni, czerpiącej z tego co umarłe i miejscowo przynajmniej nieżywe, podatków nieopłacające… ale i z tej krainy wszelkiej magiczności. Starych prawd, które nie umarły. Nie odeszły, bo i po co, przecież i tak nieźle się bawią! Mają tutaj jeszcze tyle do zrobienia.

Pete i Jack zmienili swoje życie. Po ostatnich wypadkach londyńskich złożyli swe siły do kupy i rozwiązują problemy innych. Jednak przeszłość wciąż chichocze się w kącie, w tym cieniu po prawej z demonim profilem. I ułapi ich…

Bo wierzcie mi ułapi. Oto drugi występ nietypowych pohaterów, co nie są nastolatkami, świata nie ratują i seks będą uprawiać raz. Tak uprzedzam fakt, bo ostatnio przewrażliwiona chyba jestem. Poza tym lekko Darcy, a w końcu prawie Slumdog. Znaczy nie tylko w Londynie sprawa się toczy. A tajemnice aż wrzą! Czyli trzyma w podciągniętych gaciach do ostatniej strony! I serio warto się jej dać porwać, wleźć w te cienie i ciemności, poczuć coś, co zagubione, ale znajome… bo choć z jednej strony pomieszanie z poplątaniem, to z drugiej wszystko zmierza do pewnej jasności… aczkolwiek możliwe, że nadmiernie mrocznej.

… możliwe, że nie przeżyjecie.

Wietrzna dziś Wyspa, jakby chciała już zabrać się za zmiany. Turyścizna wek, ostały się ino niedobitki jakowe, w sklepach pustki, ławkę wolną łatwo znależć, przysiąść można, rowery nie atakują. Za to w lesie nagle brzozy odmówiły zielenienia i posżły w żółto. Już są gotowe na jesień. Na polach tyż goło, a na niektórych zielono, ot klimakterium, znaczy te tam klimatyczne zmiany. Nic nowego… Ziemia zmienia się ciągle z naszym, ale i bez naszego udziału.

Znaczy jakby tak popatrzeć, to zwykle bez naszego…

Człowiek byt to upierdliwy, roszczący sobie wszelkie prawa, bo wot religije ma! Ale czy taki pająk i mrówka nie mają? Jedno plecie te swoje pleciugi, na pewno z wyższym zamysłem, równe takie, przemyślane, pięknie w rosę strojne. Mrówki znowu kopią owe kopce, stawiają je, pierun wie dokładnie kogo poniżej zagrzebią…

… na doskonałe morderstwo mrówki takie doskonałe.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ofiara doskonała… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Ćpanie…

„To nawet nie był jeszcze świt.

Właściwie i oficjalnie, butne i zadufane w sobie, zapatrzone w ową pozłotę słońce nie do końca uznało, że zaoferowane mu dotąd ptasie trele spełniają wszelkie warunki, by nastało, a wraz z nim dzień. Nie miało zamiaru wystawiać zza węgła ziemi swojego odstręczająco żarzącego się ryja, nim nie dostanie więcej. Więcej nut, więcej treli, więcej czołobitnych podśpiewywanek i odstręczająco żarliwych, zaplutych modłów o nowy dzień i odejście mroku.

Więcej i więcej!

Chmury co prawda lekko podświetlone sprawiały wrażenie zbyt zużytych pań do wynajęcia, ale kto by nie był po takiej nocy? Nocy pełnej zbyt gorących ruchów i nazbyt palących podniet, myśli. Przemykające się po jeszcze ciemnym nieboskłonie chmury, w dziwnych kształtach i rozmazaniach, barwę mają bardziej w tonie rozmytego pawia, niż czegoś nazbyt intrygującego. Drzew nawet nie wyrywają z mroku, kształtów nie rozpraszają, cieni nie budzą, oj zajęte chmury tylko sobą, kłócą się, marudzą i o noc dobrą proszą. W końcu świat jeszcze spał. Koguty i kury, psy i koty, niekoniecznie ze sobą, ot jak kto padł w końcu…

Ale w Chatce Wiedźmy zdało się jakieś poruszenie. Wszelkie śledzące ją oczy i uszy, nosy i inne kawałki ludzkiej bardziej lub mniej, wścibskiej cielesności, nie zauważyły jednak nic. Nie doniosły nikomu, więc może się tylko zdawało? Wstrząsajace murami regularne chrapanie, mlaskanie, gulgoty i coś na kształt cieżarówki na wybojach, ze sflaczałymi oponami, wiozącej stado zakatarzonych nimf szuwarkowo-bagiennych przed liposukcją, wciąż pobrzmiewało sobie radośnie.

Ona nie spała. Wiedziała dobrze, że nadchodzi ten moment. Ta chwila… Wypełzła dziwnie trzeszcząc ze swojego barłogu, otrzepała się ze stron i zlizała zdania z warg. Wstrząsana protestującymi, nie wybudzonymi jeszcze z niebytu stawami, skrzypiąc zaspanymi kośćmi podkradła się do drzwi. Powoli wysunęła rękę i pomacała Zewnętrze, a ono się odmacało i dało zgodę. Wtedy dziwnie radosnym, nieekonomicznie rozentuzjazmowanym ruchem Chatka się rozwarła na całej swojej długości.

Na srebrzysto-drewnianym progu smętnie zwisała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki i ćpała zimno. Wszystkimi porami, stronami, okładkami i końcówkami wciągała je w siebie. Przepocone wartości magiczne chłodniały w owej jedynej chwili względnej żywotności. Siorbała je, wciągała mlaskając, wciskała i wpychała w siebie, aż drobinki wody na jej skórze pokryły się malutki, kryształowymi sopelkami, a oczy przysłoniła warstw szronu dziaranego w paprocie, płatki i kwiaty…

… na chwilę, tak by nikt nie zauważył, na chwilę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ryzykowny układ” – jak rany fantastycznie i bez nastolatków i bez seksu? Da się? A da się!!! Jak się okazuje istnieje literatura, w której nikt się nie przymila, świata nie ratuje, seksu na każdej stronie nie uprawia, z własnymi cyckami nie wdaje się w dysputy, a na dodatek nie ma nastu lat. Gorzej, właściwie to ma pod trzydziestkę, a to drugie prawie czterdzieści! No dinozaury czyż nie? Ale czasem tylko taka opcja jest możliwa, gdyw grę wchodzą ciemne moce, Londyn pełen Elfów i magów, siły nieujarzmione i niewielkie błędy przeszłości.

Oj tak Pete i Jack się znają. Dokładnie młodziutka i zadurzona Petunia niegdyś dała się wciągnąć w pewien rytuał i od ponad dziesięciu lat myślała, że on nie żyje, ale wiecie, ej te błędy młodości! Któż z nas ich nie popełniał, a kto jest przed? Mniejsza, on żyje, znowu razem stają na drodze, a w tle ktoś porywa dzieci i wyrywa im gałki oczne… pewno smakosz jakowyś?

Kittredge ofiaruje nam z jednej strony mroczną, lekko gotycką, lekko urban fantasy, lekko kryminalną wycieczkę po Londynie, a dokładnie głównie cmentarze. Do tego dość zadziorna para, świat, co nie jest taki jak się zdaje i całkiem niezłe skrzydlate siły, które nie odpuszczają! Warto!

Słonko daje popalić. I to dosłownie. Już nie wiem co jest z tą żaróweczką, ale raczej nie jest ekologiczna, bardziej z tych zaprzeszłych co to przepalały się dopiero, gdy świat na chwilę stanął w miejscu. Parzy, pali… nie można się przed nią ukryć. Jakby ktoś zerwał z niej jakąś osłonkę, dostępną do tej pory w czterech pororocznych wersjach kolorystycznych i natężeniowych.

Już nawet nie chodzi o to, że lato… raczej o to, że boli. Żyć nie daje. Pali na swojej drodze co napotka.

Z jednej strony wiadomo słonko potrzebna rzecz, osteoporozę w kościach wypala, ale z drugiej te wszelkie raki… i jak tu znaleźć złoty środek? Jak przetrwać, przeżyć, przeoddychać to lato?

Wyspa wygląda trochę jak nazbyt przyrumieniona. Wody w strumieniach właściwie brak, suchą nogą dookoła świat można obejść, aż nie przystoi, aż jakby wstydliwie nagle wszystko się odkrywa, więc mrużysz oczy, bo chyba nie chcesz widzieć, ale ta wstrętna ciekawość łachoce… korci, nęci i wkurza. Tajemnice tego, co powinno być w głębi. Zakryte, zamotane, zawirowane, zawilgotnione… teraz tak bardzo przeschnięte, dziwnie wołakące choćby o splunięcie, o kroplę potu, by mogły odejść w spokoju od ludzkiej zarazy, kwasu, soli i myśli.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Ćpanie… została wyłączona

Pan Tealight i Promocja na emocje…

„Sklepik z Niepotrzebnymi był otwarty w niedziele i święta, w dni powszednie, tchnące zmęczeniem, porannym wstawaniem, ogólnym zagonieniem i brakiem rosołu, oraz te bardziej znaczące, czasem z tortem, sztywnymi od krochmalu firankami oraz wyszorowanymi buziami. Z czystymi paznokciami, boleśnie pozbawionymi ciemnej, spracowanje obwódki i wszelakim wyprasowaniem. W pochmurne, łzawiące po szybach i te dziwnie mirażowe, nieświadome, dziwnie śmiało, wyuzdanie rozmywające się w słonecznym żarze. Był otwarty wieczorem i porankiem, ciemną nocą, oraz tą przerażająco, dziwnie wbrew naturze rozświetloną…

… co nie znaczy, że chciał, by wpychano mu się z buciorami w ramy drzwi o każdej porze. Reklama to jedno, rzeczywistość zaś bywa całkiem bardziej… pokręcona. A raczej egzaltowanie dbająca o swoje prawa, znaczy tam asertywna. Bo co jak co, ale rzeczywistość znała się na rzeczy.

Osoba, która nagle znalazła się po drugiej stronie Rzeczki o Zmiennych wyglądała niepewnie. A poza tym w ogóle nie wyglądała. Znaczy była człowiekiem, miała głowę owłosioną umiarkowanie, dwie ręce i dwie nogi przyczepione do lekko obłego kadłubka. Miała na sobie krótkie spodenki za kolanka i białą podkoszulkę. I jeszcze słomiany kapelusz, dziwnie smętnie oklapnięty, niczym garb zgarnięty na plecy. I torbę. Dziwną, dużą, czarną… ot worek na śmieci obwiązanych niebieską wstążeczką w fioletowe kropeczki i żółte gwiazdki.

Ot ludź.

Ale ludź co nie wygląda.

Ani na smutnego, ani na wesołego. Na dziwnie zasromanego też nie, ani przeraźliwie przejętego drogą, któa go tutaj doprowadziła, tudzież dziwnie żółtawym plakacikiem przypiętym do ściany Białego Domostwa, głoszącego różowymi, koślawymi literkami: Promocja na emocje! Dziś. All included. Nothing insured.

Nie bał się, ani nie odczuwał podniecenia. Zwyczajnie odłożył swój worek na śmieci i czekał pod schodami. Nie zapukał. Nie zagwizdał, nie pomachał flagą, ani nie nadał morsem, że pragnie wejść. Ale obsługa już czekała. Nasz klient, naszą ofiarą w końcu! Wyroili się z domu wszyscy, jak stali, leżeli, czy też wisieli – w zależności od zróżnicowania gatunkowego. Oczywiście prowadziła Ojeblik. Mała ucięta główka założyła pogięte i pozbawione szkieł okulary, przyczepiła sobie czepek do skołtunionego koka i radośnie zakomenderowała:

– Teraz pokazać ząbki!!!

Ludź wykonał zadanie bez żadnych emocji. Zaprezentował garnitur wskazujący na mężczyznę po pięćdziesiątce, aczkolwiek wciąż własny. Szczerzył się jak pies na pokazie mody, gdy kości w fatałaszki nadziewają, a potem otarł ślinę z kącika ust i zamknął jadaczkę.

– Brwi zmarszczyć! – padło ze schodków.

Zmarszczył. Brwi miał potężne, lekko miłoszowe, kręte miejscami z samotnymi kępkami dziwnie prostych, sztywniejszych, siwych włosków, które doprawdy nie chciały przynależeć do owej bliżniaczej rodziny. Marszczyły się jednak silnie, tworząc pomiędzy bliźniakami trzy równe rowki.

– Zakasłać i przyklęknąć…

Wykonał. Pierwsze nawet dość dziarsko, ale bez uśmiechu oczywista, drugie chwiejnie, z widoczną nutą dziewiczgo niepokoju o to co potem… co będzie, gdy każą mu wstać o własnych siłach, a kolana odmówią współpracy?

Nie kazali wstać. Za Ojeblikiem jednak z Księżniczek zaczęła skrobać coś na papierze, dziwnie przypominającym wszystko to, co składało się na hasło cyrograf, na dodatek dziwnie blękitnokrwistym atramentem…
Należy się przydział emocji. Stosować bez umiaru rano i wieczorem. Nie wydymać, nie dzielić się z innymi. Sępić i krzywić, uśmiechać i mrugać, uszami trzepać, sercem klekotać, gardłem zaciskać. Bezwarunkowa kapitulacja wskazana. W razie problemów, nie kontaktować się… żyć po prostu, żyć. I cierpieć…

Ludź nawet nie zdążył zareagować, gdy spora Sztuczna Szczęka Paniusi wyrwała mu worek, który przez cały czas kurczowo ściskał, z ręki, a kilku zbyt wielkich i dziwnie wyglądających zwykłych facetów w czerni uniosło go i odtransportowało na drugą stronę Rzeczki…

Nasz klient, naszą ofiarą w końcu!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


… bo tak naprawdę, to wszystko owo dziwnie stare, nielogicznie niereformowalnie przestarzałe, archeologiczne, dziwnie odpędzające od siebie nawet badanie C14… znajduje na Wyspie swoje miejsce z łatwością. Jakby potwierdzając fakty ukryte w głębi ziemi, iż od zawsze coś było z Wyspą nie tak…

A może tylko INACZEJ.

Choć wiecie jak to jest, dla wielu za jedno! Wyspa skrywa w swoich przestrzeniach podtrawiastych skarby i światy. Zapomniane, lub tylko pomijane. Dziwnie niewygodne na razie, choć jak przyjdzie czas, da się je wykorzystać. Światy, w których obecna teraźniejszość widzieć chce wyłącznie skarby… i to wyłącznie w znacznie dosadnym kruszcu. Bo jak krzemyki, to już wiecie, mało medialne. Skorupy z kilkutysięcznych naczyń też niezbyt, a jama jakaś… a kogo to obchodzi. Kto w ogóle pamięta… może tylko oni, śpiący pod kurhanami, dziwnie mało milczący. Dziwnie śpiewnie rozgadani, toczący swoje i innych historie… ale nikt ich nie słyszy.

A może tylko nikt nie rozumie?

Moja archeologiczna dusza z jednej strony bierze, grzebie, rozdrapuje, notesu szuka, rysunki chce robić, miarkę z kieszeni wydziera i północy szuka… a z drugiej kołysankę nuci. Bo może lepiej niech śpią. Niech nie widzą tego, co się dzieje dookoła. Niech zapomną, niech czekają…

… tylko czy będą dla nich lepsze czasy? A może jednak moja dusza postanowiła nie odkrywać przeszłości. W końcu po co to komu, poza mną? Sreberko i złotko samo wylezie, młode jest, chętne wypełznąć w chciwe łapy człowieka z bipaczem. A cała reszta niech wciąż szepcze i śpiewa. Posłucham… a inni, a co mnie inni, może w końcu niech będę tylko trochę bardziej… JA?

Czerpać będę tylko z tego co widzę, czuć postaram się jak nigdy dotąd i tylko kamyki na plaży poprzerzucam z prawej na lewą, i z lewej na prawą… bo to lubią!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Promocja na emocje… została wyłączona

Pan Tealight i Dobre Słowo…

„Słowo pragnęło być głoszone. Pragnęło wdzierać się w ciała, rozrywać dusze, a potem z owych puzzli, dość nierównych, przycinanych skalpelem o kościanej rączce, tworzyć je od nowa, na swoje podobieństwo.

W końcu było Słowem! A ono stało się ciałem.

Słowo domagało się ksiąg i czołobitności, bogobojnych drżących w ekscytacji, gdy tylko musnęło ich usta. Tłumów. Ciał wyposażonych w otwory zdolne je artykułować w odpowiedniej tonacji. Strachu, zwanego respektem i dobrą wolą. Owych pięknie, artystycznie przerażonych, gdy używano Go nie tak, jak Ono pragnęło być używane. Dziwnie drżących, jakże nieczysto reagujących, gdy zbliżali się ci noszący Je w sobie i na sobie, pełne Go w rozszerzonych porach skóry i otłuszczonych włosach, w owych oczach, ślepych na wszystko inne.

Wytrzebionych z siebie samych.

Tańczących w rytm nut, które nigdy nie zostały wyśpiewane, zagubione w puentach i podeptanych palcach. Nut nigdy nie pirueconych, nie młynkowanych, nie wybijających się w górę, drżących z niepewnego zaufania, iż ktoś może ich jednak nie złapać… bo przecież wszystko może.

Słowo miało jednakowoż problem, a była nim Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Na same słowa jej imienia, Słowu zdało się, że będzie łatwo. Że po prostu wejdzie, wniknie, jak trzeba będzie przmeocą przejmie ciało. Wedrze się w każdy otwór, zgwałci dla większej Prawdy przecież… przecież to wszystko na dobre pójdzie, przecież jakże Słowo mogłoby mieć złe zamierzenie? Przecież ma w sobie idee i religie i ma w sobie dobro i wizję piękna i świata pełnego rozmytych kucyków pony, wesołych tęcz i cukiereczków… Oferta doprawdy pewna, a i oprocentowanie cudowne! Tosz to tylko i aż zarazem… Słowo.

Ale za pierwszym razem ona tylko patrzyła. Chcieli by powiedzieć, że spoglądała niczym dziwnie wyrośnięte w dorosłego wciąż dziecko, dziwacznie niewinne, a jednak stanowcze. Przerażone, ale gotowe… Może zagubione w codzienności, może jednak zacofane, ale czy do końca? Na prawdę? Patrzyła na tych co nieśli Słowo dziwnie, jakby zawiedziona tym, co stoi na jej progu. Potem odmówiła. Zabarykadowała się i nie chciała wpuścić. Zresztą, gdy rzuciła w nich swoim Słowem, oni poczuli się nadzy. Samotni dziwnie, gdy owo jej Słowo wybrzmiało, uleciało w niebo, zrecyclingowało się pośród świergotu ptaków i szumu drzew, skąpało się w wysokich grzywach fal by w końcu rozbić się o wilgotne kamienie. Ale to trwało tylko chwilę. Zbyt krótką by zmyć owo pierwsze, wpojone w ich żył Słowo. Zresztą nie wierzyli, że mogliby żyć bez niego. W końcu Ono było ich Początkiem i Końcem, który tak przerażał, rozgraniczeniem miedzy Prawdą a Kłamstwem, Złem a Dobrem…

Wiedzieli co muszą zrobić. Zabić jakiś ten niepokój, swędzenie pod łopatką, dziwne rozprężenie w lędźwiach, które czuli od owego dnia, gdy Wiedźmie Słowo ich pogłaskało. Musieli być sprytni. Musieli wygrać… dlatego teraz podkradali się cichaczem i stukali w każde drzwi i okna. Podkładali broszury gdzie się dało, stroili się w mniej wyjaśniające szaty i pragnęli by owo ich Słowo wybrzmiało w niej. By z niej uczyniło swojego nosiciela… choć nie wiedzieli, dlaczego tak bardzu Mu na tym zależy. Tak bardzo tego pragnie. Przecież ona się nie sprzeciwiła, ona tylko powiedziała, że nie chce go w sobie. Zadecydowała… Ale nie miała prawa! Przecież nie może odmówić tak dobremu, mądremu, prostującemu wszystkie ścieżki, oczyszczającemu z cierni i kolców, botoksującemu życie Słowu?

A może jednak istnieje…

Nie, nie myśleć.

Karmić Słowem.

Wiedzieli co muszą zrobić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Na szafocie” – piękna, cudowna, drobnoziarnista, szczegółowa, wdzierająca się w przeszłość… ekscytacja!

Powieść Mantel, środkowa z trylogii o Thomasie Cromwellu, to dyskretna podróż w przeszłość. To podążanie w fałdach szaty człowieka tak wpływowego, tak potężnego, tak niejednolitego, iż zbyt wielu… go pomija.

Ale nie ona! Dla niej to on jest owym pniem, od któego odchodzą ci, którym ostatnio i literatura i kinematografia oddały tak wiele miejsca. Henrykowi VIII i jego żonom. Owym czasom przemian, Króla stającego się namaszczonym, drugim po Bogu, wszystkowiedzącym… i tym, którzy mu doradzali. Autorka wybrała jednak kogoś innego. Nie Henryka, nie Annę, czy też którąś z owych jakże lgnących do władczości kobiet… ona wzięła sobie Thomasa. Zwykłego człowieka. I oddała mu siebie. Swoje słowa, badania, czas. Życie.  Oddała siebie, by pokazać jego. Fascynującego. Całego i pełnego.

Hilary Mantel nie pisze ni w sposób łatwy ni przyjemny. Nie babra się skandalikami, ona jest Thomasem Cromwellem. Bacznie obserwująca, widząca najmniejszy okruch i pozłacany guz na szacie. Ona jest tam w owej przeszłości, jest i myszą wciśniętą w bogate suknie i małym pieskiem. Jest oczyma… uszami i nosem. Przebogatą, drobiazgową wycieczką w tamten czas. Piękną, oszałamiającą, a jednak dla wielu zbyt pewnie nudną, by się w nią zagłębić.

Dla mnie… OTO JEST PISANIE!!!

Skandaliki… wraz z malejącą liczbą turyścizny na metr kwadratowy Wyspy zmieniają się i skandaliki. Bo tutaj karetka sporadycznie miga sobie światełkiem. Tylko w sezonie trzeba ratować tych, co przecenili swoje siły, nie docenili natury i potężnej zachłanności fal, tudzież nie poznali się na nowomodnych promieniach słonecznych…

… teraz znowu świat cichnie. Jest tylko głosny naturalnie, w owych ptasich kłótniach, szumie drzew, falach toczących dysputy i wyścigi, kto pierwszy do brzegu, a kto najwięcej chełbi uniesie?

Gdaczących Tubylców codzienności.

Gdy nie ma Turyścizny, jakoś tak mniej owych dziwaczności. Ot gik amo znowu na topie, bo nie każdy jest w stanie wytrzymać ów napór natury, poddać się jej, jakoś wygiąć, może i pokłonić…

Tej ciszy zwyczajności, w której pobrzmiewa tyle dźwięków.

Bo czasem lepiej uciec, a za skandal mieć sekcję jeża… lepiej zamknąć drzwi, nie wpuszczać celebrytów i nowości, bo i tak wszystko sprowadza się do wody, powietrza, ognia i prądu, czystej łazienki i prysznica po gorącym dniu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dobre Słowo… została wyłączona

Pan Tealight i Zasłona Snów…

„Kto z Was w ogóle się nad tym zastanawia?

Część tak zmęczona, że ledwo przyłoży głowę do ortopedycznej, dziwnie niewiernej, nieczułej poduszki, a już śpi. Bez snów. Bez wizji, bez podróży, bez wytchnienia od codzienności, bez przywidzeń i mamideł, bez przyszłości i inności. Zapomnieli, lub już nie potrzebują.

Inni znowu, znęceni reklamą sięgają po proszki, pigułeczki, nalewki… co nie zniszczy, może pomoże, ot wielka siła placeba. Byleby tylko ta noc przeszła. Byle nastało rano, i znowu do pracy, dzień za dniem, koło się kręci, kubek do kubka, garść do garści… póki się ucho nie urwie, póki serce nie umilknie…

… bo kiedyś przecież i na zawsze noc będzie. I tylko noc.

Są i tacy, którzy udają, że wierzą, że pod warstwą dobrych rad i naukowych wywodów znaleźli drogę. Iż to oni wyciągają z tej śpiącej chwili wszystko, ale w rzeczywistości tylko boją się.
Bo przecież od małego szeptali:
Aniele Boży stróżuj mi…
w nocy bądź mi ku pomocy,
gdy nie widzę,
gdy duszy nie mam,
gdy umyka mi owo pilnowanie swojego własnego,
choć danego mi przez Ciebie Panie cienia.
..

A ona? Znała szeptanki i modlitwy, potwory spod łóżka i te wykluwające się z cieni. Owe lustrzane odbicia i księżycowe mamuchy. Głosy czy stąpaczy. Znała ich. Dlatego zawsze, dzień w dzień, nim jeszcze opadło ją zmęczenie zamykające powiek, owa dziwna niemoci, nim ktoś obciął sznurki, które nią poruszały za dnia… nim ktoś inny sprawował władzę nad jej i tak puszczającym się z kim popadnie umysłem, pakowała wszystko.
Misie i farby, nieprzeczytane i te przeczytane.
Obrazy i knoty.
Świeczki i lampki.
Bezświatłość i znajome cienie.
Garść koralików i srebrne ostrza.
Woreczki ziół i dziwne kształty.

Przez cieniutkie rozdarcie, poszarpane i siąpiące się na brzegach od zbyt częstego używania, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wpycha swoją rzeczywistość do Krainy Snów. By nawet jeżeli się sama pomiesza, gdy się pomota całkowicie w owej sennej krainie, była choć odrobinę, okruszkowo takoś jako sobie sama znajoma. Bierze kamienie i gałązki, targa drzewa i skrawki nieba ze wschodu i zachodu, wiatr z północy i promień z południa, pakuje tam całą ową swoją pomyloną rzeczywistość i nierzeczywistość zarazem…

… i wywraca świat na opak…

Bo może.

Bo wie, że może.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książki na dziś… a bo dlaczego nie, takie cudownie jesienne takie, uzbierane jak jabłka pod drzewkiem. Są tu pewne perełki, przede wszystkim: dwie powieści z serii „Czarny Londyn”, nowy Prosiaczek i „Brainman”.

Z jednej strony Wyspę spowija wiatr. Zimny, dziwnie mroźny, północny. Z drugiej, w owe wzbijające się pod niebo tumany sianokosów, w owe wichury ziarenkowych dusz i niewypełnione marzenia o wzrastaniu i łaskoczących drożdżach wpada słońce. Dziwnie ostre, złote i piekące. Sprawiające, że oczy pieką, skóra kurczy się pragnąć uciec z wystawiającego się na żar człowieka, nie oddychać za niego… ale nic z tego, są w końcu powiązani ze sobą na wieki wieków i kwaśność weków!

Ale skóra się zemści za owo przywiązanie…

… z czasem obwiśnie i się pomarszczy, a dłonie będą się pytały: czy to wciąż jesteśmy my szukając na niej młodości… względnej i tej pierwszej młodości.

Całe to Turyścizny wakacjonowanie powoli przechodzi Wyspę. Niczym najaz Hunów, Tatarów i Scytów cuzamen do kupy, pozostawia po sobie elementy do naprawiania i te, które muszą się jakoś tak odrodzić, lub stworzyć na nowo. Bo przecież wykorzystana Wyspa pragnie teraz odpoczynku. Owej dziwnej spokojności i czołobitności jej własnych Tubylcowatych. Tych, co ich przez dwa miesiące trochę po macoszemu traktowała, ale nigdy nie zapomniała…

… bo i co by bez nich zrobiła?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zasłona Snów… została wyłączona

Pan Tealight i Stany Rozładowania…

„Ściana.

Właściwie każdy myślał o ścianie. Nie, pewno. Gdy to jeszcze miękka, sympatyczna, spragniona dotyku ściana szpitala psychiatrycznego, to dlaczego nie? I jednemu i drugiemu dobrze. Z drugiej strony taka miękkość może oddziaływać niepokojąco negatywnie na osobę, więc… Zostaje ściana typowa. Pikuś jeżeli wyłożona miękką boazerią, choć koszt remontu spory, albo makatką, tudzież tapetą w tłoczone wzory, choć grzybami można się zarazić, kurzu nałykać, płucka nie wytrzymają. Gdy zwykła malowana, łatwo zaliczyć małą, krystaliczną kropelkę boleśnie wbitą w potylicę, albo zwyczajnie wgryzającą się w co miękciejsze tkanki, wyściółkę nosa czy oko. Ceglana, choć kusi doprawdy kolorem, wzornictwem i fakturą, podobnie jak kamienna, zdaje się być nadzwyczaj ekologiczna, ale uszkodzenie może być doprawdy nieodwracalne. A i ulga, choć przyjdzie szybko, to jednak może nie nadążyć… cios i po tobie. Na dodatek pokruszone elementy stworzą malowniczy rzucik na ryju i nadzwyczajność gotowa. Plus – ci w szpitalu serio będą mieli z ciebie ubaw, nie ukryjesz co robiłeś.

Podobno niektórzy próbowali z deską, tą od odpukiwania. Bo jak już pukać deskę, to dlaczego nie walić? Ale jak już deskę, to jakie drewno? Nie sosnę chyba, choć pachnie tak nęcąco, więc może coś kolorowego? I co z drzazgami? Solą toczoną z czółka, która wgryza się w drewienko? I ustawić ją, czy jednak przyczepić do ściany, a może zwyczajnie sztachetę w łapę i walić?

Problem narastał. Każdy pragnął ujścia. Owego korka, który w końcu odpuknięty wypuści wszelkie wkurwienie. Rozładuje emocje umocnione murem człowieczeństwa i pozwoli bestii zatańczyć. A bestia tańczyć umie ślicznie… baletnica przyciężka, futrzana zabawka na niewidocznej karuzeli.

Bo właściwie nic innego nie możesz zrobić. Nawet jak zamykasz oczy i zaklejasz je silikonem, w uszy pchasz watę, podpaski i tampony, a potem walisz pszczelego wosku, to wciąż wpada na ciebie ta Głupota Ludzka. Utuczona, upasiona, barwna i odziana w najdroższe tkaniny, w dodatki pstrokate… mało stylistycznie spolegliwa, głośna, szarpiąca każdy nerw. Nie ubijesz gnidy, więc możesz sobie tylko ulżyć… ale gdy już rzucanie talerzami i garnkami nie daje nic, gdy patelnia tak powyginana, że smażony omlet miałby zbyt wiele wymiarów by go zjeść, zostaje ściana.

Wal.

– Jak długo tak bije?

– Oj będzie z godzinę, zaczęła w tamtym rogu ogrodu, ale powoli ją przesuwamy, nieźle jej idzie, trawnik na przyszły rok będzie jak pod linijkę.

– Ale dlaczego ziemię tłucze?

– Bo ściany odmówiły współpracy i wezwały adwokata, a ziemia Wiedźmie Wronie Pożartej nie odmawia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dochodzenie” – powieść potężna. Gigantyczna. Powieść odserialowa… czyli ci co oglądali („Forbydelsen”/”The Killing”) będą narzekać, że nie takie samo, a ci co nieświadomi telewizyjnych popularności sweterków z Wysp Owczych – nie Norwegii! – jak to wielu pisze, wpadną w powieść właściwie bez sensu. W której wszyscy zachowują się jak powaleni.

Psychiczni.

Z jednej strony mamy policję, z kultową postacią komisarz Lund i wielkouchego Meyera, z drugiej polityków, na dokładkę rodzinę ofiary, której przeszłość powoli wyciąga macki. Aresztowani będą wszyscy… i tylko do końca nie wiadomo kto zawinił. A może wszyscy? W końcu każdy ma swój szkielecik w szafie!

Powieść jest dobra, ale nie świetna, czy oszałamiająca. Razi jakaś dziwna niekonsekwencja, obrazy rzucane na ścianę, kalejdoskop osobowości, które jednak niczego nie wnoszą, jakieś przerysowanie postaci ich… głupota? Nie wiem. Z jednej strony czyta się nieźle, wciąga, intryguje, ale w pewnym momencie człowiek się sam siebie pyta: are you kidding me? Jak dla mnie o wiele lepszym bohaterem jawi się dziwaczny, wprost nasączony tajemnicami Meyer niż Lund. Dla niego warto… przynajmniej miejscami.

Zielska kwitną. W wysokiej trawie zagubiły się dziwne, chrupiące stworzenia, o których istnieniu tak naprawdę nie chcieliśmy wiedzieć, a na rozgrzanych skałach w barwnych, dwuczęściowych strojach, zabawiają się ze sobą jaszczurki. Człowiek na spacerze podskakuje co krok, przerażony czmychnięciami w zarośla, piska niczym niewinna białogłowa, dobrze w piskaniu szkolona… Ot i jesień idzie, choć lato nie do końca jest tego pewne. Wyspa ponownie wyłazi z kokonu i przeobraża się w nowego potwora… Bo potwory są ciekawe.

Jakoś tak zawsze były… ale kto by pomyślał POTWORY spoglądając na błękitne niebo i kobaltowe fale i te trawki, każda w innym odcieniu złota i brokatu, w szarościach i burgundach, każda taka specjalna w kształcie, jakby przez szalonego artystę z niestałą wizją rzezana…

„Tu jakoś nie mogła się zebrać do kupy, więc przeniosła się z facetem na Bornholm. (…) Fajny gość. Nie udało się. (…) Za daleko od cywilizacji. Dostawali kręćka od słuchania całymi dniami krowich pierdów.” – „Dochodzenie”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stany Rozładowania… została wyłączona

Pan Tealight i Miszczostwa w Zwyczajności…

„Było cicho.

Nie jakoś zaskakująco, czy też dziwnie cicho, ale raczej przerażająco, niespokojnie, obskurnie dziwacznie bezgłośnie. Wiedźma Wrona Pożarta wsłuchała się w siebie i ze zdziwienia upuściła misia. Miś oburzony odbił się od trawy i parskając na ową jej wiekopomną sklerozę – dziwnie bezdźwięcznie – oddalił się w pluszowym, miękkim zgorszeniu.

Nic nie wydawało odgłosu, wszystko nie tyle zamilkło nagle w jakimś teatralnym oczekiwaniu na przybycie wiekopomnego zła, z prezentami oczywista, ale raczej coś pokrętnie i w kompletnym sekrecie kombinowało. Nie tyle wstrzymało oddech i inne, owe nazbyt dźwięczne funkcje życiowe, co raczej rozmyślnie wymazało ścieżkę dźwiękową… do życia.

Nawet kartki w Wiedźmie ucichły. Serca nie napędzały albumowe strony. Cieniutkie, te zawsze szeleszczące, tym razem dziwnie zmiękły i milczały… oznaczać to mogło tylko jedno. Wielką Próbę! Zresztą jeżeli ktokolwiek ze zgromadzonych na ściernisku – oraz okolicznych stanowiskach wszelakiego oskrobywania, pillingów oraz akupunktury bolesnej – miał jeszcze jakieś wątpliwości zlizując z palców, macek i rogów lepką watę w jaskrawo zielonym kolorze, gigantyczna płachta z krzywo wypisanym hasłem: MISZCZOSTWA W ZWYCZAJNOŚCI, mówiła wszystko.

… znowu tak naprawdę nie wiedzieli co robić, ale się postarali. Przygotowali miejsce i przekąski, mając na uwadze różnorodność dostępnych, niepotrzebnych żołądków. Były suweniry i oczywista w takim świecie upominki dla suwenirów i… Było wszystko. Nikt nikogo nie pominął, nadepniętych też było niewielu i tylko dwóch zmiażdżonych na amen w pacierzu. Ale się nie skarżyli na swój los.

Po prostu każdy chciał spróbować.

Bo jeśli to takie super i dla tak wielu, to dlaczego nie?

Jeżeli możliwość dopasowania się do definicji gwarantuje nie tylko pożyczki z niskim oprocentowaniem, ale i prezenty, zniżki w publicznych toaletach, czy też pięć kawałków srajtaśmy więcej, więc czemu nie? Dlaczego nie spróbować. Zwyczajnie się zezwyczajnić… tylko jak to się robi? Jakie się ma do tego mundurki i wytyczne? Czy przysługuje jakaś dieta, czy też trzeba specyficzną targać swoje ciało? A może są do tego wymienne wtyczki i zestaw do higieny intymnej?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki w owej ciszy, nie szeleszcząc, tuląc złapanego Misia, zwyczajnie udała się do Piłata po ręczniczek i mydełko zapachowe… i jak najbardziej poprawnie, ruchami zatwierdzonymi przez NFZ, umyła od tego wszystkiego wszystkie ręce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzja: „Córka czarownicy”

Tak się dzieje, gdy nagle trochę wymiata tych bardziej głośnych turystów. Gdy Turyścizna Zmotoryzowana, starająca się odzyskać młodość i za wszelką cenę – najczęściej widocznie wielezerową, udowodnić swoję kulowatość… wraca do pracy. Nie ma motorów i wózków z wrzeszczącymi dziećmi. Za to spojawiają się starsi panowie w pasiastych koszulkach, opalonych skórach, zbielałych włosach i zawadiackich minach. Bujają cię w porcie i suszą gacie na sznurkach, malowniczo… starsze małżeństwa, dziwnie nostalgiczne, zawsze mające chwilę by posiedzieć na ławce i przyjrzeć się kotłującym się chmurom.

Świat Wyspy przechodzi w kolejną fazę letnią. A na ulicach ganiają się pierwsze jesienne liście. Jakoś dziwnie namolne i spragnione uwagi, a może jednak nie… może przed czymś uciekają i tylko my niczego nie wiemy, nie widzimy, nie czujemy?

Bo jakoś jest inaczej… tylko nie do końca wiadomo jak. Czy w powietrzu, czy w podziemiu, a może gdzieś w wodzie?


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miszczostwa w Zwyczajności… została wyłączona