„Pan Tealight, mimo bocznego wiatru, właściwie nazbyt gwałtownie dopraszajacego się pieszczoty od wszystkich boków szarego osobnika, spokojnie podążał swoją drogą. A może to ona skradała się niecierpliwie przebierając kamienistymi odnóżami, chcąc wiedzieć dokąd idzie, aj któż to wie? Mniejsza. Pan Tealight przebierał tylko dwoma. Tym razem był sam. Sam, gdy wyszedł za drzwi Białego Domostwa, niezbyt sam, gdy przechodził przez mostek i piąl się schodkami do góry, sam gdy przechodził łąką i omijał kupy, sam gdy dziwnie szybko przemknął obok Wiatraka… Sam podążając krętym szlakiem do Chatki Wiedźmy.
Ktoś mógłby się zastanawiać dlaczego się wybrał gdziekolwiek? Dlaczego opuścił schładzane przez Północnego Olbrzyma wnętrze, by zagłębić się we wrzącą lepkość, która nawet deszcz zmieniała w gotowane jajka… Ktoś może by mógł, ale Ktoś nie widział w tym sensu. Było mu serio nazbyt gorąco, by przeprowadzać tak skomplikowane myślowe szurania. Zresztą, siedział w lodówce z opakowaniem lodów orzechowych i miał wszystko w Gdzieś.
Gdzieś też tam miał.
Bynajmniej chodziło o połysk. O cały ten glitter i wszelaką nadmiernie rażącą odbijalność, która nagle spowiła Chatkę Wiedźmy.
– Tym razem jest gorzej, długo ją przetrzymali, może i nazbyt długo… – poinformował go z dziwnym uśmieszkiem Chochel, tym razem nie dbający nawet o pozory ograniczania widoczności swoich wdzięków.
– Ale za to efekt jest niezły! –
A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tylko chodziła dookoła swojego świata i się śliniła. Śliniła się do nowych okładek i kruchych, pachnących stron. Do owych nowych smaków farby drukarkiejs i spójnych grzbietów. Do niepoznanych, niespróbowanych jeszcze historii i bohaterów, którzy mieli zasilić jej mózgowe zwoje. Do owego szelestu się też śliniła, do owego smaku przygody i dziwów… ogólnie mówiąc i w obrzydliwym dla zwyczajności wyrazie wiedźmowatości, nader bardzo ustnie przeciekała.
– Daliście jej od razu wszystkie?
– Nikt nawet nie próbował jej wydzielać, pluje jadem i syczy jak czajnik starej mody!
– To na długo jej nie wystarczy?
– Nie…
– Z drugiej strony zawsze ciekawie poobserwować nowe zachowania takiego… czegoś?
– Tia, ale my z nią mieszkamy!
Gdyby Pan Tealight miał brwi, może by je uniósł, gdyby miał usta może by się uśmiechnął, sarkastycznie, gdyby miał ramiona, pewnie by nimi wzruszył z posad ziemię, a tak tylko pomyślał.
I wystarczyło!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „13 i pół życia Kapitana Niebieskiego Misia” – Walter Moers jest wielki. Wyobraźnię ma taką, że mimo szczegółowej, bezdziurnej mapy, człek i tak nie zwiedzi wszystkiego… I tak należy chyba traktować wszystkie jego książki. Bo opowieść o Niebieskim Misiu tak naprawdę ma początek i koniec, a pomiędzy nimi opowiadania. O tych i o tamtych, o stworach i potworach, o osobliwościach i osobowościach… całkowicie nieznanych i tych, których boimy się nazwać…
Jest w niej owa ulotna mądrość, ale brak spójności poprzednich historii. Jest pewna specyfika i rozbiór człowieczeństwa na części, ale i czegoś mi brakowało. Jest w niej wiele i zarazem coś umyka, ale poznać warto!
„Endymion” – trudno pisać o cyklu Simmonsa. Włazi bezczelnie w człowieka, czepia się religijności, życiowości, uczuć wszelakich, wszystko w nim jest możliwe, a na dodatek przeraża swoją wizją przyszłości… Nie można przejść obojętnie, może przerazić ogrom tej historii, ale jak już się ją ogarnie przeraża prostota.
Od takich książek nie odchodzi się wciąż będąc znajomym i całkiem mieszczącym się we własnych definicjach… sobą!
„Gniew Meleghorna” – wiecie jak wygląda orgazm… trzeba się napracować, kwiaty, prezenty, jakieś mizianki, tu pogłaszczą, tu połaskoczą, tam znowu dotkną tylko miękko, pieszczotliwie, potem zwiększają natężenie, nie zapominają o żadnym elemencie cielesności, dmuchną w uszko… No wiecie sami, no chyba że nie, to problem. Tiaaaaaaaaa…
Mniejsza o doznania cielesności, właśnie taką drogą do orgazmu jest owa książka. A dokładniej zbiór głaskań i trąceń, pobudzeń wyobraźni mnogością wątków… problem w tym, że na końcu nie ma tego zaćmienia, doznania i ogólnej rajcowności. Jest masa ciekawych, mrocznych postaci, intrygujące powiązania, osobowości, które znamy, a jednak mają tutaj całkiem inne wtręty. Problem taki, że autor chyba nazbyt zaiwerzył wyobraźni czytającego. I tak przez całą drogę książka pociąga, trąca co ważniejsze elementy, by na końcu jednak nie dojść…
… ekhm?
Zagłębiłam dłonie w mózg i wyciągnęłam ów podobno mistyczny, obiekt myślący. Ten spakował swoje niewielkie walizeczki ze zmianą bielizny i ulubionym syropem z glukozą… i poszedł papa! Serio, to lato mnie dobije. Zaraz powiem dokładnie dlaczego. Bornholm jest miejscem, gdzie zawsze można znaleźć chłodek. Milusia bryza nigdy nie dopuszczała do takiej duchoty, mordowania oddechu, ociekania z najbardziej zawstydzających miejsc, o któych człek nawet myśleć nie chce.
A teraz co? Algi kwitną, z pływania nici, w cieniu nie poleżysz, bo nawet w cieniu oddychać się nie da! Mówię wam, coś jest na rzeczy. Albo niebo się nam zawali w końcu na głowy, albo nadchodzi zlodowacenie!
Po raz pierwszy widzę jak rośliny się gotują w sobie. Jakby wszystkie cząsteczki wilgotności zbijały się i podsycone wrogością upału wybuchały rozmiękczając roślinki… Cóż, jak mawiają globalne ocieplenie, zbyt wiele pierdów i śmieci, albo zwyczajnie ziemia znowu się zmienia. Bo to już nie może być cykliczność pogody. Nie w takiej mocy przewalania się nad moim łbem!
Zetknięcie się z obcą skórą, które w zatłoczonych miejscach stają się aż nazbyt możliwe, wydaje się być wcieleniem zła… Bo jak już nastąpi, na pewno się w zetknących coś zagotuje i zło ukochane magmą wystąpi!






