Pan Tealight i Zakwitłe Morskie Wykwity…

„Zatrzymało się na chwilę w stalowych oparach spowijającego go uciskowo ukropu Morze. Zamyśliło się. Fale zamilkło, kamienie ocierać przestało, ryby zastopowało, wszelkie trawy rozplątało, płynąć nie miało zamiaru… Czegoś jakoś tak nagle mu zaczęło brakować. Jakby było coś, o czym zapomniało, a przecież ono pamięć ma lepszą od żółwiowej zupy, czyż nie? Ruszyło się w końcu, po owej epoce dla niego, której nikt nie zauważył, zresztą nikt by i tak przecież tego nie zrozumiał. Znowu fale kręciły swoje wygibasy, znowu ocierające się o siebie drobinki skał zaczęły kształtować przyszłe zatopione wszechświaty, ale samo Morze wokół Wyspy wciąż myślało… o czymś tym, co mogłoby zrobić… o tym, czego mu brakowało nagle.

Na plaży, pochylona, dziwnie nazbyt nieruchoma, mało drgająca, spętana żarem dnia siedziała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki i ociekała. Ociekała potliwie, nagminnie i bezczelnie, pryskała dookoła, nie bacząc na otoczenie, tocząc z siebie całą wilgoć, chlapiąc na kamienie, krzywiące się, zobrzydzone, zohydzone, ale i na te, które w swej pokręconej diabolicznie myślówce rozwierały granitowe paszcze i chłeptały z Wiedźmy ile wlezie. I rosły pełne dziwów. Roniła się ona nie osuszana niepokojąco spolegliwym wiatrem. Upuszczała siebie strumyczkami i po kropli, i osuszała. Wiedźma Wrona Pożarta bardzo chciała do Morza. Chciała we fale, na tuli tuli tuli, ot taplać się niczym szczeniak, brodzić i potykać się na dziwnie nierównych dna równościach. Chciała pływać, choć w formie topiącego się słonia, co uszami się stara nawigować, ale w wodzie być… i nie być. W opływach i chłodzie, w bolesnych na kamienne nierówności stąpnięciach i owych w palec uderzeniach…

Ale nie mogła…

… bo Morzowi się zakwitło! Na amory się mu wzięło i to nie w stosunku do niej! Jak śmiało!!!?

A tak. Bo w końcu Morze zrozumiało czego mu się zachciało. Kwiatów i owego przepychu. Pierścionka ze szkiełkiem. Albo lepiej i kilku, ot haremik trzeba by odnowić w toniach! Zachciało się mu… Strojności panny młodej zdesperowanej na tyle, by zrobić wszystko i wyrwać jakiegoś męża przed południem. I zakwitło sobie Morze. Na żółto, ot by barwniej było, by zaskoczyć pełzające po plaży dwunogi. By ułapić którego i też na nim zakwitnąć, obrzucić krostkami, uraczyć wysypką, pozbawić pocałunkiem oddechu na zawsze i otulić pieszczotą, do piersi wszystkich przycisnąć, nawet na nim usiąść, a co… ot z miłości przecież to wszystko. Każdemu kochać… wolno i szybko wolno? Ze zwyczajnego uczucia do uczulenia. Tosz tak marudzili, że woda czysta, że chłodna… Podejdź człowieku, no chodź, żar taki poza mną, a we mnie kwiaty i algi, we mnie i fale i nieruchawość, we mnie będziesz syreną i mątwą, gwoli pragnienia…

… no chodź człowieku,
no chodź!
Poślubi cię Morze na wieki wieków.
Poślubi cię na amen, na owo w zdrowiu i niepogodzie, na choroby wymyślne, niecodzienność i życia zawirowania, póki się człowieku nie zmyjesz, no dopóki trwać będziesz w konsumpcyjnej dla stosunku formie. Napuchniętego cię pokocha, niewybredne takie, milusio jaśniejącego pośród podwodnych komnat, trwającego w wiekuistej gotowości, aż przyjdzie czas na nowego…

A Wiedźma Wrona siedziała na brzegu i ociekając słono, zdaniami, pilnowała. Strzegła morskich limitów kochania! Smażona z czasem była taka, miejscami na parze, wędzona. Czuła wprost jak jej ten ruszt wetknęli, jakby ją obracali powoli nad rusztem, doprawiali ziołami, liściami obkładali. Komuś od strony tłuszyku kroić wiedźminę? Nie, chudego mieska już nie ma, no wyszło.

Wiedźmuszko wydmuszko,
chodź, szepnę ci coś na uszko,
chodź w tonie nadasz się do kochania,
nawet całkiem bez ubrania.
Gdy będę miał ciebie jedyną,
inne ciała wypłyną!
Wypuszczę szkielety z serca niewoli,
dla jednej z tobą wiekuistej swawoli…
Dla jednej Wiedźmy teraz smażonej,

miłość przysięgne, nie zapomnę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Alchemik” – powieść historyczna. Problem, bohater, czasy upadku Cromwella… mógłby być z tego intrygujący temat. Ale nie jest. Brak pewnej, nawet możliwej w tamtej epoce logiki, pewnego mocniejszego wtopienia się w jakże intrygującą epokę, brak alchemii totalny. Ot bohater, prawnik, pragnie ocalić dziewczynę skazaną na śmierć. Jego słabość wykorzystuje Cromwell, który wiadomo, w tym okresie powoli przestawał być pewien czegokolwiek… i na dodatek odrobina greckiego ognia. Dlaczego więc nie wyszło? Bo narracja niepewna, bohaterowie dziwnie jednolici w odbiorze, a i cała fabuła nazbyt ściśnięta, oddychać nie można.

Można sobie darować.

„Morderstwo w Miłowie” – prosta opowieść, prosto spisana. Nie wiadomo kto właściwie jest głównym bohaterem i dlaczego wszystko takie pokręcone. Za mało treści, by się rozsmakować, a przecież tamta epoka miała w sobie tyle ulotnego uroku owych wyzwolonych dam? Kryminał z łatwo rozwiązywalną ścieżką i tylko w głowie się kołacze, że gdyby mordercą był ktoś inny byłoby ciekawiej.

„Nie zapomnę…” – oj zapomnę. Zapomnę, że kiedykolwiek miałam tę powieść w dłoniach. Ot tak, po prostu zapomnę, bo tak łatwiej. Uznam się za istotę pozbawioną kobiecości i umiejętności roamntycznego myślenia… Wszystko mnie razi w tej powieści: ten dziwny dobór słów, odpychająca narracja, dialogi i opisy… owi bohaterowie, którym zwyczajnie brakuje jaj, jakiejś wyrazistości. Tak wiem, przecież to opowieść o miłości – a ja taka niemiłosna jestem, że hej na hali górali! A może to tylko moje uczulenie na manierę używania imienia „Kris”? Może owa dziwna, przerażająca mnie oczywistość mówienia o tym, co takie oczywiste?

Nie dla mnie. Nevermore!

Co kilka lat Morze zakwita wokół Wyspy. Pęcznieje dziwnie, robi się gęste i ciężkie… w końcu wypuszcza z fal drobinki złota. Jakby za każdym razem naprawdę chciało się wydać, jakby bycie panną młodą, ową dziewicą na wydaniu obsypaną kwieciem, powracało w nim niby pływy.

Wszelkie strojności fal sponsorują oczywiście algi. Jedyny dystrybutor wodnej chuci na ową część świata!

Nie da się wleźć do wody, nie da się oddychać w cieniu… a patrzcie zawsze człek uważał, że to taka wietrzna Wyspa. Że żar, to u nas może panie dzieju raz na rok, no dwa gdy Wyspa w rozrzutnym i pobłażliwym dla Turyścizny nastroju… A tu od miesiąca najlepiej w gatkach pomykać i oby do nikogo i niczego się nie dotknąć, bo parzy. Świat parzy, dom parzy, lodówka parzy.

Gdyby się człek zakopał w jakiś podziemiach, do pradawnych się Lodowych Olbrzymów dostał… może i u nich by przeczekał, ale podobno i tam raczej ostatnio niebzyt chłodno. Podobno futra golą?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakwitłe Morskie Wykwity… została wyłączona

Pan Tealight i Czas, gdy puszczają gumki…

„– Właściwie no czyja to była wina? No czyja? Nikt na ochotnika, jak zwykle!? Wiedziałem, że tak będzie, więc ukarzę kogo popadnie, albo wszystkich na raz, albo każdego z osobna, inaczej, rozmyślnie i wymyślnie, albo tylko tych urodzonych w sobotę, a potem przekręcę kalendarz tak, że każdy dzień będzie sobotą…

Bo ktoś za to wszystko zapłacić musi.

A ja płacił nie będę!!!

Wiem, że ktoś ją namówił na komedię romantyczną. I tak to się zaczęło. Nie słońce, nie upał, ale właśnie ta cholerna komedia romantyczna. Mówiłem, że wyłącznie dramaty, thrillery, horror… sensacja, ale niezbyt pukająca bronią postrzeloną, bo zaczyna toczyć pianę. Ale nie, mnie się nie słucha! Osz przecież każdy jest mądrzejszy, w szczególności ode mnie, czyż nie? – Chochel, chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, obecnie jadem zlanej, spoconej, dziwnie pachnącej, muchami obtoczonej, związanej, otumanionej, zakamuflowanej krzakami, obrzuconej mchem, by wyciszyć… podciągnął gacie – w nieco psychodelicznych, plażowych barwach, zaczepił je o wystające ramiona i siąknął nosem.

– To wasza wina! Wy tumany, krowie placki niesuszone, wy gęsie czopki wy, ośle boby i owcze krosty na dupie! I co ja z nią teraz zrobię? A zwłoki jak ukryjemy? Nikt z was o niczym nie pomyślał. Wiedźma brudna, uświniona jak cholerne zombie prosie, jak noworodek wąpierza! A przecież ona mięsa nie jje… jak ja sobie poradzę z tym, co z niej wyjdzie, a jak wlazło to i wyleźć musi… Mówiłem, że nie czytana jest, że na diecie, mówiłem. Ale po co mnie słuchać, po co?

Na polanie zapadła cisza i zmierzch. Niedaleka rzeczka kompletnie odstąpiła od robienia odgłosów, bo ciepło było i na wadze jej ubyło. Pan Tealight siedział dziwnie zasępiony na gałęzi jeżyny i nawet nie zauważał kolców. Ojeblik, mała ucięta główka udawała, że jej nie ma i że kręci nogą supły w trawie, ale iż nie było to wykonalne, zwyczajnie wyglądała na winną. A cała reszta kreatur i tworów, dziwów i nazbyt znajomych… milczała. Milczała tak usilnie, z takim przekonaniem, że wydawało się iż przez chwilę gniew Chochela się uspokaja. Że ten, mały, chudy, wredny, dziwnie zawsze odsłonięty chochlik przestanie się rzucać i każdemu przywodzić na myśl wszelkie zaprzeszłe winy… ale nie, on się dopiero rozgrzewał!

– Ona wyszła do ludzi! Przez tę komedię, przez wasze żarty i słodycze słów, przez owe durne kłamstwa i duby smalone, bajki pierniczone, pieprzone i solone, na maśle podduszone… Wyszła w dzień, w pełni słońca i zwyczajnie zaczęła z nimi rozmawiać, a że okazali się tacy jak zwykle, puściły jej nerwy, gumki wszelakie się poluzowały, zetlałe zwoje się zbuntowały i zwolniły się z roboty! A krew popłynęła, ot tak… mózgi Turyścizny wszelkiej narodowości do tej pory smażą się na ulicy! Ja tego sprzątał nie będę, ale dla pewności ślady wszelkie prowadzą do was!

Jego wyciągnięty paluch zmarszczył się w oskarżającym wyrazie i lekko pokiwał złamanym paznikciem. Gdy powrócił do osoby Chochela, dziwnie zmalał, stał się taki zwyczajny, ale nikt z zebranych już nie wierzył, ze ujdzie im na sucho pokazywanie Wiedźmie Wronie prawdziwego świata. Niektórym zwyczajnie lepiej nie pokazyważ. Kazać zamknąć oczy, kłamać i bajdurzyć… ale nigdy nie pozwalać macać rzeczywistości. Zresztą sama Rzeczywistość wrednie kołysała się na najwyższej gałęzi najwyższego drzewa i żarła czereśnie… wiedziała krowa co zrobiła!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Uratować Sprite’a” – oto i kolejny wyciskach łez. Specyficzny pomnik dla psa, lub człowieka, który chce opowiedzieć swoją historię – nie do końca to rozgryzłam… Oj nie urzekła mnie i tyle! Bo tak naprawdę, to kto tutaj cierpi? Człowiek, pies, czy też wyłącznie czytelnik, bo sama „powieść” jest tak koszmarnie napisana, że szkoda słów! Nie wolno zwierzakom pozwalać na cierpienie!

A życie samo w sobie jest wyciskaczem łez. KAŻDE! A to? To nie pomnik psa – przyjaciela, członka rodziny, ale opowieść jęczącego faceta!

„Premier musi zginąć” – nie porwało mnie, nie przykuło i ogólnie nie zniewoliło swoją akcją. Jak już ma zginąć, to szybko, bez tego całego gadania! Może i pomysł jest, lekko wytarty, może i język powieści mi kompletnie nie podszedł, ani sam układ treści i fabuła w całości… może zwyczajnie nazbyt mi politycznie?

Nie wiem, nie urzeka.

„Martwi żyją dłużej” – po pierwsze to się nie nazywa książka, a kurcze opowiadanie. Dodanie sporej czcionki i wiele pustego miejsca na owe plamy historii nie sprawi, że wyjdzie z tego powieść. Raczej coś, co się przeczyta i zapomni… Coś, w czym z łatwością rozpozna się sprawcę, a jeszcze szybciej czytelnik domyśli się jak to się skończy. Zresztą nie oszukujmy się, to nawet nie czytadło. To chwila, nawet nie rozrywki, a zwykłego wachlowania się stronami, co akurat przy tej temperaturze może być użyteczne, wiecie… machu machu wachlu machu… i po waflu!

Robale pukają mi w drzwi z pytaniem, czy mogą dostać szklankę wody i to bez cukru! Ptaki i cały inny zewnętrzny świat robi to samo. Nawet moje brzózki wyciagnęły korzenie, podparły dąbczaka i przywlokły się, by z uśmiechem na liściach zalegnąć pod zimnym prysznicem.

Co jak co, ale takiej suszy nie było od dawna! Jak jeszcze raz zobaczę idiotę z petem w gębie, tudzież innym otworze wylotowym, zmuszę go by go zeżarł, wysrał, a potem zeżarł znowu… i kurna zrobię z tego takie perpetum mobile, że Nobel to będzie ino wstęp do mojej sławy!

Jaki sens ma dotlenianie się nad morzem, jak w gębie kopci taki komin jeden z drugim szluga za szlugiem. Ciepie go potem w trawę i wiadomo, do pożaru nam po prostu jeden krok! Ludzie są głupi, durni, bezmyślni, puści i ogólnie zjarani! Cóż złego w używaniu owego cudu ewolucji jakim jest wasz mózg pacanki? Podaruj dzieciom słońce, a mózgowi kilka godzin pracy dziennie… przynajmniej! Nie odwrotnie! Dzieci kiepsko znoszą nadmiar pracy…

… choć z drugiej strony jako niskie nadałyby się do zbierania petów?

Oj bo mnie wkurzają palacze, wkurzają śmiecacze i dobijają tumany niczym święte krowy łażące środkiem ulicy. A potem wszyscy jęczą, jaki to ten świat jest dla nich okrutny!!! Myśleć pacanki, myśleć!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas, gdy puszczają gumki… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Na Gigancie…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była na Głodzie.

Gorzej niż zwykle, bo była już na etapie zwanym: Głodzie Gigancie. Właściwie do żucia przez nią papieru toaletowego można się było jeszcze przywyczaić, choć puste rolki w momencie napięcia i pędu ku wypróżnieniu odrobinę wkurzały. Malowniczo powiewające za nią wstążki przypominały lekko zdesperowaną Pannę na Wydaniu, aczkolwiek Pannę Niemłodą. Jakby wiedzione sobie tylko znanym kiblowym zmysłem, czepiały się owe welony zieloniutkich gałązek i kwiatów, i rwały się szarpiąc błękitem nieba, pozostawiając za Wiedźmą czytelny ślad, niemożliwy do ominięcia, i zastanowienia się nad owym artystycznym zamysłem Wyspy. Zawsze to jakaś rozrywka. Można przecież sprzedawać kartki i inne pamiątki, można zdecydować się na pokazy ze specyficznym oświetleniem, albo potajemnie straszyć nią wychowywane bezstresowo dzieci… ten papier serio na nie działał!

Problem w tym, że tym razem nie był to już tylko wyłącznie głód w postaci lekkiego ssania w żołądku i mrowienia w okolicach kostek, nie były to zawroty głowy i dziwnie zamroczenia, swędzenie kciuków i lekko drgające czubki uszu… była to już raczej upierdliwie nie milknąca, donośna muzyka, z dziwnie posępnym pogłosem w tle, odbijająca się od okładkowych żeber i dziwnie pomazanych, wiedźmich przesuszonych wnętrzności.

Szlaja się więc teraz po owej letniej, wypoczynkowej bardzo Wyspie, rozluźnionej i dziwnie nieczułej na błagania niedoczytanych trzewi, owa Wiedźma na Gigancie. Szlaja się i dudni i huczy i parska… wypatruje co bardziej nawiedzonej Turyścizny, coby może oblukać jej bagaże, znaleźć coś, czego jeszcze nie czytała? Bo przecież muszą mieć jakieś książki? Z flaków swych własnych czyta, przeszłość opowiada, w przyszłość nie ma wglądu za nic… hieromancja owa, specyficzna, zdająca się być tylko obrzydliwą, upuszcza na drogę literki, strzępki stron rozsiewa… może wyrosną z tego wszystkiego jakieś na przykład drzewa książkowe?

Muszą?

Gigant nie protestuje. Papier rozwiewa wiatr buchający mu z nozdrzy. Wiedźma Wrona balansuje ostrożnie na jego barkach, przeskakuje, niczym czający się drapieżca na jego dłonie i dyszy i niucha… i z jej wnętrzności żar nienażarty, aczkolwiek żerty nader, bucha!

Więc jeśli masz książkę,
kumie oj drogi,
to nie ominą cię Gigusia nogi.
Oj dorwie Cię Wiedźma,
oj nie daruje,
oj nie przekupi,
książkę przeżuje.
Chodzi sobie Wiedźma,
ludzi w książki liże,
jak jej nie uciekniesz,
poznacie się bliżej!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Rodzina Wenclów” – w końcu rzuciłam ją w kąt, bo chyba nie rozumiem przesłania, jakiejś wewnętrznej koncepcji tej książki? A może tyle podobnych było, że nawet najbardziej intrygujące postacie fabuły nie dźwigną mnie z dywanu? Nie wiem, bynajmniej po kolejne części nie sięgnę. Opisy, bohaterowie, owo parcie na szkło… w powieści tak rozbudowanej, rodzinnej, oczekuje się czegoś tajemniczego, czegoś spajającego, czegoś co od razu człowieka przykuje i będzie krzyczało o więcej, będzie zadawało pytania i korciło by zajrzeć na ostatnią stronę…

… tego nie znalazłam.

„Klub Matek Swatek” – przyznaję, że zaskoczenie. Na takie powieści zwykle przypadają słowa: dowcipna, lekka i kobieca, więc ich użyję, bo ona taka jest. Tylko, że tutaj jest też owo coś więcej, co potrafią wykrzesać z siebie panie tylko w istotnym wieku i na dokładkę można to opisać, jako kryminał z babskim Bondem w tle… i jeszcze naprawdę się miejscami uśmiałam, więc dobrze jest. I choć znowu wszystko opiera się na miłości, owych niedogadankach pokoleniowych i tym całym szale, to jest w tej powieści jakaś taka nuta pogodności, która mnie… nie wkurza. Brak dosadnej cukierkowatości i w ogóle nie jest źle! Można czytać!

Wątek młodszej damy – ofiary – tak mnie nie wciągnął, jak same zaczepne podchody tzw. starszych pań! Ale wiecie, każdy znajduje coś dla siebie… ja nadzieję, że z wiekiem nie stanę się nudna i przewidywalna!

Słońce penetruje Wyspę. Wyspa chyba ma dość owej natrętności, owej wrednej, nadmiernie nagminnej i bezczelnie wciskającej się wszędzie ciepłoty i ogólnego oświecenia, więc zasnuła się chmurami. Ale Słońce się nie poddaje. Jak natręt, wredny troll poke poke poke Wyspę zza grubego parasola chmur…

… nie wiem czy takie ono wredne, czy takie zakochane. A może to zwyczajny stalker? A może szykuje coś większego, a w swojej dziwnie wrzącej szafce ma przesuszone zezwłoki poprzednich ofiar? Innych wysp? Może to nazywają efektem cieplarnianym? Może tak naprawdę owa prawda objawiona jest całkowicie inna… tak przerażająca, iż należy najpierw wynaleźć słowa, by ją opisać?

„Listonosz już się zbliża,
już stuka do mych drzwi,
czy książki mi przyniesie?
Czy też będę marny pył?
Osz nieszczęście niepojęte,
znów do czytania ino szum…
Oj kiedysz w swojej łasce
podrzucisz liter w papierze mi?” Ch. J.

No co… jak człek był mały, to sypał kwiatki bo miał fajne żółte buty! Ekhm! No co!

„Wielkieś uczynił pustki w koncie moim,
nieznajomy friendsie tym kliknięciem swoim.
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było,
twym okrutnym klikiem miejsce się zwolniło…” Ch.J.

BUQAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAaaa

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Na Gigancie… została wyłączona

Pan Tealight i Pomazaniec…

„– Imię i nazwisko?

– Abraham Pomazaniec.

– Urodzony? Miejsce i data?

Cisza zapadła w drewnianej szopie, niewielkiej, pełnej siana, smrodu kilku bydląt, kłaczków niewykorzystanego pierza i dziwnie nadpobudliwie, przesadnie i wrednie dla biednego otoczenia, ozłoconego żłoba, obrzuconego brylantami i innym szajsem. Był tam i koń, co nie mówił i owce skupione wyłącznie na sobie i robale, w mnogiej liczbie i gorąco było… ale i cicho, aż upadające musze gówienko narobiło hałasu i pytanie zabrzmiało znowu, tym razem głośniej…

– Urodzony kiedy?

– Wietrzny to był dzień, a i plucha… Nie tak jak mawiają inni. Ciężkie chmury zasłoniły i księżyc i gwiazdy. Pomroczność przerażające opanowała świat. Jak tylko wylazłem, to od razu chciałem wracać. Wcisnąć się z powrotem w ową rdzawą, rytmiczną ciepłotę, ale nie pozwolili. Przywiązali mnie do stołowej nogi, potem skombinowali klatkę, niewielką i boleśnie uciskającą moje rozrastające się ciało. Mówili, żem naznaczony, umyć się nie dali, zlazłoby z łatwością, wiem bo poplułem i już było lepiej, ale nic z tego. Nie pozwolili mi, nie dali. Zniewolili od razu tłumacząc, że to bóg jakiś mnie naznaczył. Nie wiem co zacz ten Bóg, ale imię ma krótkie, a przy tym dziwnie zdaje się być mglisty i straszny brudas z niego… no i wyznawców ma nie do końca teges, wiesz. Żeby nie rozpoznać we mnie siły, przecież gdyby tam, po tamtej stronie jakis Bóg mnie zmacał, to oddałbym szmaciarzowi! Pamiętałbym, mordy obił za dotykanie dzieciątka… bo urodziłem się zwyczajnie, wrzeszcząc, choć bardziej świadomie, niż ta reszta owiec i innych muszek owocówek. Niezależnie od płci, obiłbym go kosturem, zmieszał, zmielił i wypchał nim kiełbasy…

Zaczęło padać. Tak na zewnątrz jak i wewnątrz, stodoła przeciekała, zwierzęta zbiły się w ciaśniejsze grupki szukając najmniej mokrych miejsc i śmierdziały mocniej. Cóż za dziw, że mokra wełna tak przerażająco wali!

– Człowiek bogiem mnie naznaczył.

– Tak rozumiem, ale do protokołu potrzebne mi dokładne dane, pan się skupi! Bez fantastyki mi to, bo mnie skrzydła mokną! A i zwiastowanie mam jeszcze do zweryfikowania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mordercze miasto” – wstrząsająca, bolesna i brutalna książka. Gorzej, bo reportaż. Pełne krwi. Głośny, dobitny głos oskarżający USA o wykorzystanie świata za murem. O ową łatwość, z jaką można olać innych, bo nie są częścią nas… ale jednak mogą być przydatni… Czyż historia o tym już nie mówiła.

Pozycja dla tych o mocnych nerwach, którzy nie boją się zasnąć… to duchy pomordowanych szepczące ze stron, łapiące za nasze żywotne dusze i boleśnie proszące o zemstę!!!

„Ewangelia według Jezusa Chrystusa” – tak wiem, że to dzieło i w ogóle, ale jak dla mnie owo drugie wydanie doskonale wtopiło się w okres Jezuskowo-Judaszowy. No wiecie były powieści Zmierzchowe, były Tolkienowskie, Potterowe… teraz czas na hard porno, lata temu zaś mieliśmy okres Biblijny. Nie, że wszyscy na golasa, ale iż wszystko o Jezusie. Nagle odkryto nowe/stare ewangelie, nagle jakieś zamieszana z Brownem i ogólnie Św. Graal powraca… i chyba dlatego byłam taka sceptyczna. Książka, pięknie wydana, odleżała swoje… i chyba jeszcze poleży, bo przeczytanie po raz pierwszy trochę mnie odrzuciło i jednocześnie zaintrygowało.

Z jednej strony to wszystko już było, wiecie jak się skończy, rozważania o boskości, człowieczeństwie, inny kąt spojrzenia na znajome wypadki… a z drugiej coś w tych słowach jest. Gdyby czytać to nie bacząc na Biblię, cóż, gdyby czytelnik nie wiedział, był ową tabua rasa tej dziedziny, mógłby się może zafascynować od początku. Bo to jak fantastyka, czyż nie? No zależy od wiary… i chrześcijanom raczej nie polecamy. Można spojrzeć na wiarę z owej, hmmm, niewygodnje strony.

Problem z Turyścizną z Polski na Wyspie taki prawie jak kurna z muzułmanami! Oni chcą księdza… jakby za puści byli, by uznać cudowność natury za przejaw wszelakiej, najstarszej boskości. Owe kolorwe kamienie, drzewa pokornie poddające się wiatrom, trawy i kwiaty, czyste wody i święte źródła… Bo przecież nic nie odświeża tak, jak narzucenie Tubylcom swojej woli, co nie? Może należy najpierw poczytać? A może zwyczajnie kierować się tą tam, jak ją zwą…

… miłością do bliźniego?

Nie wiem, ale tutaj nie chodzi się do kościoła. Nie żeby ich nie było, są. Wyczesane i stare. Pogańskie runy przytulają się do chrześcijańskich krzyży, na cmentarzu młotek Thora doskonale współżyje z aniołami. Nikt nie ma problemów… poza niektórymi, dziwnymi turystami…

Tutaj wpuszczasz z rana świeże powietrze do domu i odbębniasz dzięki temu pacierze. Jedno kąpanie w morzu i zbawienie gotowe! Uśmiechnij się widząc te błękitne dzwonki skryte w ciężkiej trawie, delikatne i jakże filuternie brzmiące, a już awansem odpuszczone jest ci to, co się dopiero wydarzy…

… bo Wyspa WIE. I jeżeli tego nie czujesz, to widać mam w sobie zbyt mało wrażliwości. Może lepiej wycieczka po jakiejś galerii handlowej? Choć nie, przecież trzeba się pochwalić zdjęciami i pamiątkami, ale wyłącznie tymi najtańszymi, made in china, czyż nie… bo tak łatwiej. Mózg się nie przegrzeje od nadmiaru otwartości na nowe. Nie dotknie go cień zwątpienia…

… bo Wyspa nawraca, aczkolwiek niekoniecznie na taką stronę, na jaką jesteście przyzwyczajeni byc wywróceni!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomazaniec… została wyłączona

Pan Tealight i Plażowe lizaki-żuwaki…

„Gruchotały, szemrały, przy każdej większej fali tłukły się wzajemnie, odpryskując, szlifując, kształtując się, w końcu wygładzając aż tak, że pozostawało to tajemnicą wszechświata, iż w ogóle można tak… odczuwając przy tym zaskakujacą przyjemność… Potem, po wszystkim, tuliły się do siebie, by znowu odskoczyć odepchnięte falą, przykryte złocistym piaskiem i patrolowym nalotem wszelkiej buraczanej zieleniny. Te w wodzie pozostawały w ciągłym ruchu, radosne, wstrętnie wesolutkie, zawsze gotowe dać się porwać fali i przyrąbać w gołe, świecące bielą dupsko, ale te na plaży nudziły się. Wiatr ich nie ruszał, najczęściej nie miał siły, a może wrednie nie chciał, to jego całe muskanie, aj tam, nic nie wnosi. Raz po raz dopadła je jednak słona kropla, wtedy wyrywały ja sobie łapczywie, pragnąć drążenia i zmiany w swoich twardych ciałach, a potem osiadały na nich wodorosty i schły, lekko wrastając…

Kamienie.

… ogólnie życie na plaży wydawało się być nudne. Powolne i rozgrzane. Czasem obsikane przez psa, czasem obesrane przez mewy, ale najczęście… szumiące, nieruchawe, nudne i dziwnie stałe. Zawsze tak blisko siebie, zawsze ten obok tego, nawet dziwni turyści budujący z nich forty, tudzież inne dziwne konstrukcje wołające o pomstę do Boga Architektury i Wypasionych Dywanów, nie pomagały. Kamienie pragnęły być zauważane, dotykane, pieszczone i czczone! Kochane… i każdy z nich, ale to każdy marzył o swojej żabie. O pocałunku! Ale kto by całował kamienie? Któż byłby na tyle wariatem by to zrobić?

Tia… dobrze myślicie!

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki często przychodziła na plażę. Potykała się na równym piasku, wpychała nogi pomiędzy skały i wchodziła w nadmiernie bliskie kontakty z Kamieniami. Całowała je i pieściła, dłońmi i całą sobą. Oglądała, podziwiała i czciła. Stawiała im ołtarzyki, a one w zamian obiecały skamieniować każdego, na kogo wskaże. Jednak najbardziej obscenicznie kochały, gdy je całowała. Lizała, żuła, pożerała na twardo, bez gryzienia. Gdy stawały się częścią czystego szaleństwa i braku wszelakich ograniczeń, czy też i zahamowań.

Ale niestety nie mogła być żabą dla każdego z nich…

PS. Pamiętajcie, że nie ma miękkich kamieni!
PS2. – I co robisz takie wielkie oczy?
-Żeby moja dupa wydawała się mniejsza Kapturku!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane – „Czy wiesz, że cię kocham” – to jest tak… że jak się czyta już długo, właściwie nie pamięta się okresu bez owego czytania, to każda książka jest interesująca. Ale czasem trafia się na mur… i wali w niego łbem i wali i nic z tego, nie przełazi na drugą stronę.

„Ucisz mnie pocałunkiem” – po prostu nie pojmuję dlaczego taka książka, i to całe 3 tomy, w ogóle zostały wydane, a co dopiero wywrzeszczane bestsellerem. Bo tutaj nie tyle, że nie ma nic, ale pustka jest tak namacalna, że człowiek ślepnie, głuchnie i w ogóle przestaje istnieć. Wiem, że to dla starszych nastolatków, ale serio? Pytałam! Nie podobało im się! Więc dlaczego?

Wyspa ma lasy, rzeczki i stawy, ma wzniesienia i doliny, ma dwie części różniące się chronologicznie strasznie… i ma plaże. Różniste. Są takie, na które w ogóle trudno się dostać. Właściwie z płytkiej wody wystają tylko ostre kawałki granitu i gnejsu, więc wiecie, przy większej fali operacja plastyczna ciała gwarantowana. Są plaże piaszczyste, gdzie woda zdaje się być płytka i płytka i płytka… zmęczył się człowiek tym maszerowaniem wgłąb morza, a tu wciąż nawet dupska mu nie pomoczyło. Ot takie tam brodziki, wiadomo zupa!

I są plaże, które uwielbiam najbardziej…

Piaszczysto – kamieniste. Takie z widocznym, namacalnym i filuternym charakterem. Wystarczy się schylić i sięgacie po całe miliony lat. Skamieliny szczerzą się szczerbato i przekornie z każdego kąta, a krzemienie zabawiają się ze sobą w to kto jest większym piromanem.

Jeżeli jednak odrzucicie tą namacalność, jeżeli nie boicie się masażu dupska i siądziecie na kamieniach, wysłuchacie najwspanialszy koncert na świecie… bo w wietrzny dzień kamienie śpiewają. Śpiewają poprzez fale i powietrze.

Wodą i wiatrem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plażowe lizaki-żuwaki… została wyłączona

Pan Tealight i Sekret Wiedźmy…

„Właściwie tajemniczość jako taka, szeptana, duszona w sobie, niby tam jakże pożądliwie dająca osobie ją noszącą w sobie jakąś władzę nad innymi, owym znanym tekstem/zaklęciem: ja coś wiem, ale ci nie powiem… w wiedźmostwie być zwyczajnie  musiała. Po prostu lepiej ludzi nie straszyć, nadto. Znaczy lekkie drżenie, siekierka, kreda biegnąca po tablicy, szklany krzyk myjącego okna… wszystko w umiarze i elegancko… Ale ten Sekret Wiedźmy Wrony był tak bardzo dowcipny, tak porażająco pokrętny, tak chorobliwie niewyobrażalny, że musiał w końcu wyleźć na światło dzienne i zatańczyć hołubca w drewniakach, podkutych, na kamiennym murku, zagłębionym w rezonujące pudło.

Innej opcji nie było.

I dlatego Wielkie SzpiegOko pobiegło za Wiedźmą. No dobrze, gwoli ścisłości w akcie biologii owego bytu – ono ma niby takie nóżki, co nie i nie toczy się ino biegnie. Są też w opcji ze skrzydełkami, ale nadto drogie i wypasione, karmić trzeba, bulić trzeba, na stanie w Sklepiku było ino to nibynóżkowe! Biegło i biegło więc ono, raz się podtoczyło, potem zderzyło z rowerzystą, którego pożarło ze smakiem, razem ze szprychami, zagryzając pedałem… dietę trzeba utrzymać, drugi pedał na potem w papierek i już! Przełoży się oponką, mózgową oczywista! No więc darło w te pędy za Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki – znowu na odwyku od stron – bo przecież o coś musiało chodzić w tym jej jakże oficjalnym skradaniu się.

Gdy szła ulicą, z asfaltu wyłaziły wszelkie chwasty i pozowały na oranżeryjne damy, gdy przechodziła przez pola, te jak szalone najpierw wybuchały fioletem szczypiorów, potem żółcienią rzepaku, by w końcu wyzłocić się ciężkimi kłosami… a gdy przełaziła przez płotki, te ostrzyły strzechy i bardzo mocno starały się ją powstrzymać, ale nie udawało im się. Ona szła dalej. Czasem się potykała, dwa razy plaskaczem wyrżnęła w glebę, raz zaliczyła kępę pokrzyw potem wesele u ostów, strasznie lubią się przytulać… a na koniec, jak najzwyklejszy ciućmok wywaliła się na prostej, przez nikogo nie uczęszczanej drodze. I była na miejscu.

Miejsce leżało za niewielkim, białym domkiem ze srebrnymi dachówkami, i dziwnymi okuciami, z balkonem zwróconym w stronę skalistego wybrzeża, dość nisko kłaniającego się morzu. Nie było tutaj zbyt wiele drzew, poza dwoma karłowatymi dębami, za to były skały poznaczone żółtością, zielonkowatością i srebrzystością porostów. Były chaszcze i krzaki, ale dziwnie wolały się nie zbliżać do dziwnie regularnego pastwiska. Pastwiska, na którym pasł się Jednorożec?

Jednorożec i Wiedźma? To trochę niemożliwe, nie ta Wiedźma, nie nigdy! Ale ku prawdzie, czego Oko nie widziało, tego jego bliźniak Ucho nie usłyszy, nieprawdaż? Przetarło więc sobie soczewkę, załzawiło się strasznie przy tym, bo odnóża umorusane i nie zobaczyło dziwnego uśmiechu spływającego z wiedźmich ust, ruchu ręką, szelstu dębowych srobinek i tańcu traw… nie zobaczyło Wiedźmy dotykającej srebrzysto-białej sierści i kity wirującej niby wściekły wiatrak…

… a potem było już tylko pastwisko i biały koń. Może biekszy niż inne, może i bardziej kształtny i wyczesany, ale tylko KOŃ. Nie było Wiedźmy, ni połamanej trawy, nie było nikogo, tylko załzawione Oko, któe całkiem nie pamiętało, po co tu przylazło. I z której głowy wyszło… i dlaczego tak naprawdę jest samo, nie do pary…

… ale tak to jest, jak się gdzieś lezie bez mózgu!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Sasha” – gigantyczne zaskoczenie! Po pierwsze to wydawnictwo nie wydaje fantastycznych epopei, po drugie wiecie, jak coś przyrównują do Gry o tron, to w butach umarł – betonowych!

Ale okazuje się, że nie. Jak najbardziej epos. Powieść polityczna, walka o tożsamość społeczności chrakteryzującej się poczuciem honoru, wartościami wyższymi i pięknem własnej kultury… po drugiej stronie ów potężny byt, który zwyczajnie chce tylko pogan zmiażdżyć, bo tosz to POGANIE! Łączy ich osoba księżniczki oddanej w służbę mistrzowi. Fascynującej, odważnej, choć przecież nie pozbawionej wad. Tej, która dość szybko zrozumiała, że sukienki i herbatki, to nie dla niej… ale czy wykorzystywana przez obydwie strony odnajdzie swoje własne miejsce?

Pierwszy tom serii: „Próba krwi i stali” przenosi nas w świat, który z chęcią poznacie. Świat rycerskości, ale i zwykłych machlojek, dbania tylko o swój interes, ale też tych, którzy zdolni są się poświęcić. To nie jest łatwa lektura do poduszki, to wszechświat, w który musicie wejść, często zerkać na mapę, nie dać się zwieść i naprawdę pozwolić się wciągnąć. Musicie opowiedzieć się po którejś ze stron i podjąć pewne decyzje… To zwyczajnie naprawdę dobre fantasy!

Na poboczach czarnych, asfaltowych dróg Wyspy stoją małe budki. Właściwie nigdy nie wiadomo co się w nich znajdzie. W jednych są tylko jabłka i młode ziemniaki, w innych czereśnie, jagody… w tamtej mienią się kolorami bukiety, a wcześniej można było kupić sadzonki… Wystarczy wrzucić odliczoną walutę do zamkniętej szkatułki lub pudełka i natura może być twoja.

Ale trafiają się też budki mniej żywieniowe. Takie z kamiennymi trollami, które za kilka koron podejmą się strzec twego domu, lub ze skrzatami, których posiwiałe brody naznaczają okolicę. Można trafić na budkę, gdzie ktoś postanowił zwyczajnie oddać to, co już mu niepotrzebne i na taką, gdzie odważnie, a może jednak depseracko, artysta obciachał ceny i chce pozbyć się swoich dzieł…

Są też takie budki, lub stoliki, których nie widzisz zwyczajnie zdążając do jakiegoś, zapisanego w oczach celu… które przemykają pomiędzy znajomymi kształtami, zdają się być kompletnie niewidzialne, wtapiają się w otoczenie, mamiąc cię rozrośniętą plantacją pokrzyw, w którą naprawdę nie chcesz się wtarabanić.

Ale gdy czujesz, że coś ci umyka, że czegoś potrzebujesz, że coś musi się stać możliwe już, teraz, nie w przyszłości, ale w tym momencie, w tej chwili… cóż, za kilka koron w takich miejscach możesz nabyć spełnienie. Czar na przyśpieszenie marzeń, zaklęcie umożliwiające szybsze dotarcie do celu, albo też coś, co umniejszy rozrastajace się, bolące myślenie… bo czasem gdy szukasz, nie znajdujesz, ale gdy one szukają, zawsze wiedzą gdzie jesteś!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sekret Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Bóg Wielkich Kamieni…

„– Chcą mnie zabić, zwolnić, zniszczyć… wszystko to jest mi za jedno! – jęczał mały troll w jaskrawych spodenkach, o specyficznie granitowej, różowej i kompletnie dostępnej do inspekcji, dzięki przewiewności owego jedynego elementu garderoby, skórze. Czubki uszu i małe, krągłe stópki pokrywały mu mchy i porosty w zskakująco stonowanych barwach. Kłaczkowate pędy wyłaziły mu uszami i dziurkami od nosa, lekko podrygując, gdy się bardziej napuszał. – Podobno się nie nadaję! Podobno jestem za mało boski, jakby był na to jakiś miernik? Wyznacznik boskości, Deus BMI? Podobno nawet za mało wytworny i męski – skurczybyki chcą i to mierzyć? Do reklamy szamponów mnie nie wzięli, filmów o mnie nie nakręcili, na ramionach mnie nie noszą, no i nie mam fajnego toporka, łuku, racy czy czegotam, włosów długich i magicznych… No i ołtarzyków mi nie stawiają, z ofiarami też jest niezbyt… na szyję mnie sobie nie powieszą bo i jak, zresztą nawet jakby, a był taki jeden, zwodnik wyznawca, co to uczepił sobie głaz, a potem bach do wody. A nic z tego, leż tam sobie, nie będę cię wskrzesiwał, ni cię durniu w formie kamiennej nie oddam!

Leż sobie na cholernym dnie oszukańcu!

Troll, zwany inaczej Małym Bogiem Wielkich Kamieni podszedł do okna i nie zracając uwagi na zebranych dookoła stolika i solonych orzeszków, podrapał się po łysej, dziwnie wyszlifowanej głowie…

– Podobno nie wierzą. Nawet ci, którzy przychodzą do moich świątyń, do kamieni, co plotą wianki i rzucają ofiary, nie wierzą. Tańczą dookoła moich kamyczków, a one wierzą… zasłuchane są, oszołomione… a wiedzieć wam trzeba, że niesubordynowane strasznie są, takie jak ludzie dzieci, niezepsute, od razu polezą gdzieś, porozłażą się… a pilnować kamieni nie ma komu, bo też kto by o nich pomyślał. Jak je blondynka jedna z drugą cyckami obtuli, jak obcałuje, jak namiesza im w głowach – a wszyscy wiedzą, że kamienne głowy długo przechowują wspomnienia – to potem się rozkochują głazy i tak jest! I nie da się tego odwrócić.

A one nie wracają…

Pokręcił się Mały Bóg po pokoju, zajrzał za Kuchenną Zasłonkę, pogłaskał jej fałdki, na co zamruczała radośnie. Porozmawiał z każdym, grzecznie, nie bacząc na to, że niektórzy uśmiechają się, starając się nie widzieć, a inni znowu otwierali je szeroko, by zobaczyć więcej…

– Wiesz, że mówią coś o rozmiarze? Jakby wzrost miał znaczenie w boskości? I niby od kiedy to? Każdy może zrzucić grzmota!? A z przemianą materii u mnie doskonale, ktoś chce dowodów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Bramy raju” – zakończenie cyklu „Błękitnokrwiści”. Specyficzne zakończenie, bo właściwie składa się z czterech, przeplatających się opowiadań, które w którymś momencie dochodzą do wspólnego końca. Schuyler, Mimi, Tomasia, Bliss/Lawson opowiadają swoje historie. O tym wszystkim, co wydarzyło się po anielskim pogromie. Książę Piekieł ma swój plan, tylko czy można go jeszcze powstrzymać? Czy Anioły mogą uzyskać wybaczenie, a ci, którzy pozostaną na ziemi, zwyczajnie żyć? Czy można być wampirem i nie pić krwi?

Kto przeżyje, kto zostanie zbawiony?

„Błękitnokrwiści” mają swoich zwolenników i przeciwników. Co ważne – historia została doprowadzaona do końca, a cała reszta to już rzecz gustu. Jeżeli chodzi o mnie, to główna bohaterka została pożarta przez te, które miały być tylko jej tłem. I wiecie co? Podobało mi się to. To nie opowieść z mojej bajki, ale po poprzednim, dość mętnym tomie ten nie jest zły!!!

Recenzja: „Zawstydzeni”

Gorąco wietrzne porwało mi parasol z tarasu… niby nic wielkiego, ale kurcze no! to coś miało być ciężkie dostatecznie, by nie latać samo? Może mi się tam zalęgły MaryPoppinski jakieś? Kto to wie?

W tym świecie nazbyt wiele jest możliwe… Jak alarmy bombowe na Bornholmie? Przecież na mojej Wyspie to się nie zdarza! Turyścizna się nudzi? Tosz już im nie wystarcza piasku na plaży, wylegiwania się, byczenia, leniuchowania i wyżerania karmelków oraz czekoladek? Bo raczej mimo iż Tubylcy dysponują poczuciem humorzystości, to jednak bombki, to nie nasza specjalność. My specjalizujemy się w Gik Amok – polecany płci obojgu, zawsze na czasie, zawsze fansy i trendy, właściwie za darmo!!!

Tudzież w obliczu wielokrotnych, najpierw bankowych, teraz hotelowych alarmowatości, świat Wyspy opanował lekki chaos. Tysz urozmaicenie. Zawsze coś specyficznego, a może zwyczajnie dopasowujemy się do reszty świata?

Pierun wie? Znaczy niech se tam wie, nie będę go pytać, za gorący chłopak jak na taką aurę! Czasem nadmiar wiedzey może być doprawdy niezbyt trawienny… trawiowalny? Znaczy no przetwarzalny na kupy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Bóg Wielkich Kamieni… została wyłączona

Pan Tealight i Córeczka Tatusia…

„Niektóre rozmowy przebiegały spokojnie, niczym lejące się na chleb miodowe lepkości. Tłuste od słodyczy i poznaczone śladami pszczelich skrzydełek, łapek i pyłkowymi labiryntami.

Niektóre były naprawdę rozmowami, w których brały udział słowa, głosy, machające ręce i inne odnóża, latające talerze i filiżanki z herbatą. Czasem były pączki, dobre, bez durnych dziurek, z polewką i posypką i dżemikiem… a czasem powidłami, jak kto wolał. Czasem były kruche ciastka, które szalenie cieszyły tych najbliżej podłogi, oj to były uczty w niewidocznych gołym okiem szparach drewnianej podłogi…

… większość rozmów była jednak monologami. Występem jednego, najczęściej specyficznego aktora. Tak jak w tym momencie. Eleganckiego, dziwnie rogatego, używającego wybitnie nietuzinkowych perfum, a nawet własnej maszyny do tworzenia atmosfery dymnej… Cóż, miał facet klasę, a nawet jakby się przyjrzeć pod światło, ze trzy klasy!

– To moja córka. Moje dziecko. Kocham ją. Kimkolwiek jest, jakkolwiek wygląda i cokolwiek robi, powinienem być jednostronny, wyłącznie opowiadać się za nią i robię to. Jestem z niej dumny. Nawet z tymi wszelkimi jej specyficznościami, zdaje się być eleganckim ustroniem szaleństwa… ale jednak czasem zwyczajnie bym ją zmiażdżył. Zniszczył. Rozczłonkował boleśnie i wciąż żywą pociągnął smołą, potem piórami, wapnem, solanką, przysypał węglami, prochem doprawił, a w żarzący się węglami dzień jeszcze nakrył żeliwnym kotłem. I wyciszył. Niech tam dojdzie, niech skruszeje a może nawet dojrzeje.

A przecież nic nie zrobiła… nic, kompetnie nic. Jest grzeczna, poprawna w pokręcony sposób i uprzejma. Uśmiecha się… choć nie, nie to jest najgorsze. Najgorsze jest, że wciąż patrzy. Patrzy się tymi swoimi oczami na mnie! I nic nie mówi. Nie poznaje mnie, nie zna mnie, choć przysiągłbym, że coś przeczuwa, wie, może łudzi się… Bo te oczy, te oczy, którymi na mnie patrzy są takie moje!

– Najlepiej dać jej misia – Ojeblik odezwała się cichutko, lekko zaciągając się aromatem nieznajomego. – Działają… – pokręciła się dookoła, lekko postukując, co zawsze oznaczało potakiwanie małej, uciętej główki.

Rozmowy w Białym Domostwie kończyły się różnie. Czasem rozmówca zostawał na noc i zwykle spał z Wiedźmami z Pieca, albo u Smoka w Kominie. Czasem nagle, zdawało się w połowie zdania uciekał zostawiając ostatni kawałek makowca, dziwnie przerażony, gubiąc własnej roboty podróbki… znaczy podroby, no wiecie no… A czasem wydarzały sie rzeczy nadzwyczaj eleganckie jak liścik dziękczynny rankiem, zestaw wstążek dla Ojeblika, pięknie spakowanych…

… a na progu Chatki Wiedźmy pojawiał się miś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czarne koty i prima aprilis” – totalnie przerażająca książka dla osób z natręctwami. Serio, lepiej po nią nie sięgajcie, bo znajdziecie owe zapomniane elementy, które komplikują życie. Przypomną się nie tyle koty i drabiny, przesądy i mity, dziwne legendy i wszelkie co zrobić, żeby wyszczęścić, co zrobić żeby nie zapeszyć… Jakie dać imię, jak się wprowadzać, jak życie budować i je walić, jak grać i kogo przydepnąć i kiedy. Jak kochać, jak wychodzić za mąż i jak tłuc lustra… i wiele wiele wiele więcej, przerażająco więcej!!!

Oto książka o człowieczeństwie, które wie jak utrudnić swoje życie… znaczy się sól przez lewe ramię, splunięcie!


„Rewers” – czasem nie do końca rozumiem fenomeny. Na przykład taka powieść, do której namawiają mnie ludzie, uznając, że oto jest ów literacki Graal i nie mogę go zwyczajnie ominąć, wywalić ze śmieciami, umyć w zmywarce… I sięgam. Sięgam i potem nie do końca rozumiem. Bo tak, pewno, książka wydana pięknie. Tylko właściwie o czym miała ona być? O przełomach w życiu? Państwowości, przemijających ustrojach, owych sprawach, któe gdy już ostygną, nagle są zabawną dykteryjką?

Taki jest „Rewers”. Dobrze napisany, intrygujący, momentami śmieszny, potem wzruszający… aż w końcu przemija i mimo pozostawienia śladów, jakoś tak się rozmywa. Jak przeszłość. Co na pewno należy wspomnieć, oto powieść dla starszego pokolenia… młodsze nie zrozumie jej w ogóle, jakby spisano ją pismem linearnym A. Bo to przeminęło… dykteryjki… z życia.


Recenzje: „Bogowie muszą być szaleni” i moje stare stare stare opowiadanie „Sen Ósmy”.

Przeraża mnie ilość ludzi… są wszędzie. Nagle Wyspa dziwnie zrezygnowała z owej dumnie ofiarowanej każdemu autochtonowi przestrzeni. Teraz musimy się dzielić i nie wiem, ale jakoś mi to umknęło. Owe tłumy… Czy przez te lata było ich mniej? A może Turyścizna się namnaża ostatnio? Pączkują czy też przez kłącza… boję się im przyglądać. Owe wysoce pozytywne wielodzietne rodziny i znudzone nastolatki, które serio nie wiedzą co ze sobą zrobić… Kiedyś było to tak proste. Dziewczyny udawały, że nie widzą chłopaków i na odwrót. Podpierali ściany, robili z siebie głupków, szarżowali. Ot zaloty, no jakoś biologia musi wyjść na plus w tym całym szaleństwie, ale teraz… Jak oni się w ogóle poznają?

Czy ktokolwiek jeszcze się bawi w doktora?

Zabawy w doktora były fajne… Założę się, że do tego teraz jest już jakaś fikuśna aplikacja dla kilkulatków. Takie to mechaniczne. Jakby każdy miał swojego robota, a przecież przyjdzie mu, jeżeli w ogóle się uda, żyć z człowiekiem. Człowieki mają w końcu inne końcówki, aczkolwiek przyznam, że na seksie z robotami się nie znam… Bawiliście się w doktora?

Wyspa oblepiona Turyścizną wydaje się być dziwnie przygnębiona, jakaś taka obca, jakby nie ona… a jednak grając jednego z przyjezdnych o wiele łatwiwej się po niej poruszać, łatwiej się schować, szczególnie, gdy jest się mną. Tylko, że Turyścizna w końcu zacznie się rozmywać, puszczać w szwach, odda Wyspę… i znowu trzeba będzie być Tubylcem! Kocham być Tubylcem, ale wciąż nie wiem jak w tym języku bawić się w tego doktora i czy nie jest za późno…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Córeczka Tatusia… została wyłączona

Pan Tealight i Biedronkowe Kamienie…

„Przeglądała się Wiedźma Wrona w lustrach… niegdyś.

Przeglądała by zobaczyć coś więcej, coś innego, nowego, nietuzinkowego, pojedynczego egoistycznie. Tego coś zza tej drugiej strony tafli porysowanego szkła, coś, czego nawet ona nie potrafiła dostrzec w samej sobie, w przeszłości, przyszłości i mętnej teraźniejszości… coś, czego nie dotykała nawet jej wyobraźnia. Pociągniętego srebrną farbą, a jednak przepuszczającego wszelakie zło… Z czasem przestała się przeglądać. Przyglądać tamtym światom i samej sobie. Z czasem jak zegarów, zaczęła unikać luster, rzek i kałuż, polerowanych z wielką pieczołowitością powierzchni metalowych i lakierowanych. Zaczęła kochać owe szaro-bure powierzchnie, zachmurzone, nie godzące się odbijać byleczego. I choć wiedziała, że jest dość specyficznym byleczym, to jednak nie kłóciła się z nimi. Uwielbiała te powierzchnie pokazujące coś więcej. Wiedźmę z dwoma głowami, poszerzoną poprzez niedotykalne dla niej czasy i przestrzenie, zakrzywioną, falującą, jakoś tak ekologiczną.

Kochała siebie tylko w tych zakurzonych beczkach i siebie w polerowanych kamieniach. Siebie odbijającą się jakoś tak częściowo, dziwnie dyskretnie, przypadkowo, odbijającą się tylko swoim odbiciem w zajętych pokazywaniem innych obrazów ramach i taflach, które oblepiły masy muszych zezwłoków.

Rozumiała to…

I tylko gdy zasypiała nie wiedziała jednego, że gdy jej własna, obarczona codziennością, w której musiała ciągnąć ją samą, tożsamość, ciągnąc oczywiście boleśnie, z satysfakcją paskudną za kłaki świadomość związaną sznurówkami z wiedźmowatością i wszelakim pojebem jej właściwym, wybierała się za nią, ktoś stawał pod jej oknem. Czystym oknem małej sypialni i przeglądał się nie w nim, ale właśnie w niej. Niej samej. Dziwnie wciąż ruchomej, ale nie odbijającej się…

Były to Biedronkowe Kamienie. Gigantyczne głazy, pełne różowatości i szarości, krystalicznych żył i spęknieć. Owi stojący tancerze, zwyczajne rodziny i nie mniej zwyczajni bogowie, symbole i zapomnieni herosi… Poznaczone kubkowatymi wgłębieniami olbrzymy, rzezane niegdyś ludzką ręką, a potem i artystycznymi tysiącami lat, opisane owym tajemnym językiem, który odczytać można było tylko na odwrót, i tylko przeglądając się w jakiejś wiedźmie!

Stawały w oknie, świadome owej uśpionej, jakże spokojnej nieodbijalności Wiedźmy i czytały siebie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Klątwa opali” – wciągająca przygoda. Pierwszy tom cyklu „Kroniki Tortallu”. Z jednej strony kolejna opowieść o nastolatce… przygoda, odrobina magii, przyjaźń i praca nad sobą. Honor, odpowiedzialność, spłacanie długów. A z drugiej, jednak coś świeżego! Nasza bohaterka jest wrażliwa, trochę bardziej nietypowa, trochę mocniej oddana sprawie. Ot Szczenię zaledwie, ale rozmawiające z duszami unoszonymi przez srające gołębie i z wirami… widząca więcej, słysząca więcej, przywiązana dziwnym poczuciem odpowiedzialności do najbiedniejszej z dzielnic… choć nie musiała przecież. Bo jej życie mogłoby być inne.

Zresztą cóż to za życie – być Psem?

Powieść ma charakter przejrzystego, zwykłego dziennika, osobistej wyprawy nie tylko w świat otaczający Beccę, ale przede wszystkim i w nią samą. Odkrywającego powoli jej przeszłość i teraźniejszość, ale i specyficzny świat, w którym żyje. Jest prawdziwy, jakiś taki naturalny, normalny, a przecież i tak bardzo magiczny, fascynujący. Zresztą, nie oszukujmy się! Nie tylko nasza narratorka zachwyca, bo Tamorze Pierce udało się powołać do życia sporo postaci, w których można się zakochać, które są sobą, nie poddają się modzie, zadziornych, intrygujących, podejrzliwie wrednych, ale i tych nadzwyczaj honorowych…

Jednak najlepsze jest to, iż to dopiero początek przygody!

Wyspa poznaczona jest mniej lub bardziej Biedronkowymi Kamieniami. I to moja osobista ich nazwa, choć cała ta „biedronkowatość” ma się w rzeczywistości całkiem na opak. Interpretacje… cóż, raczej większość interpretuje je jednako, nie wysilając mózgownic, nie sięgają do kwiczącej z zasobu teorii wyobraźni, wypychającej paluchy do góry, zgłaszającej się jakże chętnie do odpowiedzi, nie odrzucając krępującej codzienności i wpojonych współczesnych norm… A przecież od solarnych systemów, od nieboskłonów i kalendarzy do prawdy może droga być daleka. Może ktoś zwyczajnie miał stukowego Touretta i tak sobie ino wgłębienia robił? Może lubił statki rysować, albo w specyficzny sposób czas zabijał? Może dłużników dekapitował tak mniej krwiście, a może tylko i wyłącznie ręka mu drżała, gdy kamyk sobie polerował?

Może…

Może tak naprawdę znaczyło to tak wiele, że współczesny osobnik, który do wszystkiego ma maszynki i ciężko mu dojść do sklepu, od razu rozgląda się za autem… nie jest w stanie tego objąć myślę leniwą? A może jednak tylko niewiele znaczyło – choć akurat w to trudno uwierzyć. By ustawić te kamienie, by je ozdobić, by wybrać właśnie takie głazy, przyciągnąć, w kółko niczym klocki poumieszczać, nie mogło to być OT NIC… więc czym to było? Tylko pomnikiem, pamiątką? Specyficznym wystrojem terenu, parkiem dla zmarłych? A może obrazem całego świata? Tu mamy kobietę, tu trzy staruchy, tu stoi młoda, tu matka, tu babka, a tam zwykły pisior i tyle… bo pewne sprawy się nie zmieniają. Ludzie rodzą się i umierają… płodzą się, wciąż tak samo w ciążę zachodzą – poza wyjątkami – a potem wydalają parazyta i od nowa.

Ale jeżeli pewne rzeczy się nie zmieniły, to dlaczego zanikło ich rozumienie? I dlaczego Biedronkowe Kamienie są tak zapomniane i niemożliwe do odczytania? A może jednak to one czytają nas?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biedronkowe Kamienie… została wyłączona

Pan Tealight i Nocne Wrony…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki spała.

Na płaskim, skołtunionym posłaniu wierciła się ona, książki, nienamalowane obrazy i niespisane opowieści. Pokotem leżeli wykorzystani przez nią bohaterowie wszelkich powieści i niemożliwe do scharakteryzowania podmioty wielce literackie. Oraz ci, których jeszcze nie dotknęła, nie zmacała, nie poznała, a dopraszali się tego, różnymi sposobami, aż zmęczeni zasnęli, czekając na kolejną akcję… Tam spod czerwonej poduszki wystawał ogon smoka, dość obśliniony, po drugiej stronie gołe półdupki Chochela, chochlika pisarskiego wiedźmy. Poniżej linii snów pełzały dziwnie ożywione, wszelkie diabły, utopce i demony, tęskniły za śpiacymi, ale wiedziały, że tylko teraz się pożywią bez utyskiwań na ich specyficzną dietę… Mieniący się kobaltem śluz pokrywał całą, nie zajętą przez Wiedźmę sferę.

Zawsze znikał rankiem i nikt nie wiedział o co mu chodzi.

Z drugiej strony strasznie chrapał, jak zwykle, rytmicznie gulgocząc i przełykając dziwaczne, nierealne napoje, Chowaniec Wiedźmy… jego strona łóżka jak zwykle wydawała się być jakże egoistycznie samotna, zawierająca wyłącznie jego, ale jakoś zawartości wiedźmiej strony snów, nie spieszyło się robić wycieczek. Wszyscy wiedzieli, że po Tamtej Stronie Pysia dzieją się toksyczne sprawy… Zbyt toksyczne nawet dla tych zbytnio mało widzialnych dla świata, lub tych jeszcze nie zdemiurgowanych. Nawet ci wykwitli z szatańskiego nasienia wzdrygali się na samą myśl. Wszelkie biaki, file i różnorakie łaki chrapały pospołu, nie bacząc na granice i zatargi, kłapiąc zębami na zbyt żwawe pchły i inne gryzaki…

Na wszystko to spoglądały dziwnie nazbyt żywotne oczy pluszaków i pulsujące ramy obrazów, a Wiedźma tylko śniła. Rozrzucone ręce kiełkowały ciemnymi piórkami, a nogi pokrywała dziwna łuska, ale nawet ci spod łóżka tego nie komentowali… mieli mało powietrza, co zdarzało się w zbyt ściśniętych środowiskach. Śliniła się, strużka cieczy leniwie zmierzała ku jej uchu gardząc prawami grawitacji, ale nie to było dziwne. Dziwne były trzy szare wrony siedzące na jej głowie, wczepione pazurami w skołtunione włosy, srebrzyste, dziwnie wyróżniające się swoją wykwintnością.

– Tylko miękkie tkanki, tylko soczyste, oczki podmroczki, śluziste…

– Gienka, ty się lepiej do roboty zabierz, serio jesteś opóźniona w czasie i przestrzeni, ssij z prawej strony ten o księciu, koniu i zamku, bo nam się towar opuści, omsknie na skali wiedźmowania i będziemy miały przedziobane! Wciągaj te pozytywne, rzygalnie tęczowe bzdury!

– Marzycieli nie rodzą
marzycieli tkają,
w proch tchną,
żywot obracają.

– No z kim ja kurna pracować muszę?!!! Wciągaj o pantofelku, wciągaj!

Bo są w świecie rzeczy, co stać się muszą i niby ludzie, którzy sobą powinni jednak pozostać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Skąd wieje wiatr” – opisywana jako powiesć oniryczna, rzeczywiście taką jest. Na poły realna, na poły baśniowa, ale jednak nie do końca spójna i czarująca. Kobiety, koty, mężczyźni, którzy niczeg nie rozumieją… oj nie jest to Bacigalupi czy Valente. To raczej autorka z potencjałem, która jednak nazbyt trzyma się wciąż rzeczyswistości.  Aczkolwiek warto spróbować, by przekonać się, że wciąż istnieją tacy, którzy próbują pisać inaczej, przekazać więcej!

„Morderstwo w Madingley Grange” – bardziej niż powieść kryminalna, dowcipna, sprawnie skonstruowana, kręcącą, wciągająca opowieść wybitnie angielska. Ot niewielka czarująca posiadłość, rodzeństwo, co to z chęcią przejmie ją z rąk ciotuni i pewien pomysł. Na grę starą jak świat. Zabijmy kogoś i rozwiążmy sprawę… Znamy to z Agathy Christie? Znamy, pewno… ale Graham dorzuca coś od siebie, ową subtelną dziwaczność społeczeństwa, współczesność, niespełnione marzenia…

… serio? Więcej tutaj ciekawej, pasjonującej mozaiki bohaterów niż rzeczywistego mordu i dlatego warto przeczytać! Dla niej zzombiłam nockę i nie żałuję. Kocham Caroline Graham, nawet jeżeli czasem zbyt wiele w niej Christie. A może właśnie dlatego? Pierun wie!!!?

Po palącej wprost suszy początku lata nadszedł lekki deszczowy dzień i wszystko ucichło. Jakby zalało wszelkie usta, nosy, gardła i inne wszelako mało chętnie macalne otwory głosowe. Tudzież te wydające takowe, zbieżne z dźwiękiem tony muzyczne. No sami wiecie. Wydawało się, że przez chwilę, bombardujący kroplami deszcz przegra z pragnieniem mojego sąsiada, by pobawić się jakąś warkoczącą zabawką… ale jednak natura wygrała. Wyspa chce ciszy. Albo zwyczajnie szykuje coś paskudnego, bo serio potrafi to, jak każda kobieta umie być wredna!

I dzięki temu wciąż zachowuje odpowiednia figurę na owej planszy bogów… te szachy, chińczyk, kości, monopoly, czy w co tam lubią sobie nami pograć?

Może czasem zwyczajnie nie chodzi tylko o nawodnienie rozpukujących się kasztanów, orzeszków choinkowych czy żołędzi? Może czasem jest w tym wszystkim coś więcej? Może jeszcze więcej niż mieści się nawet nazbyt wiele dumającemu osobnikowi pod kopułką? Może…

… może jest w tym jeszcze więcej, niż w ogóle można sobie wyobrazić? Oliwienie szafy do Narnii, podszywanie kapeluszów i odpajęczanie króliczych nor, szlifowanie hammerów, szlifowanie wrzecion i ostrzenie igieł? Mniejsza o cały ten bagaż myślowy, oto czas, w którym super się śpi i śni! I to mnie trochę przeraża, bo przecież to całe śnienie nie może być tylko chemią mózgu, nazbyt to wszystko pokitrane!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocne Wrony… została wyłączona