Pan Tealight i Senni Panowie Niedwaj…

„Chatka Wiedźmy spała, lekko pochrapując drzwiami. Nad nią ciężko przewalały się chmury powodując, że zamiast nadmiernego jednolicie wkurzającego i wpływającego na porost włosów nocnego oświetlenia pełnoksiężycowego, świat nurzał się w cieniach i potworach. No cóż, też się muszą chłopaki zabawić, czyż nie? Chociaż trzeba przyznać, że dziewczyny bardziej straszą.

Może to element zaskoczenia?

Cholerny gender, czy inna uszminkowana dziwota?

Co do chmur, to gubiły się, szalały, tańczyły, wyglądały jak wysoce niesubordynowana, rozochocona banda niewolniczek, pędzonych na targ przez, nad podziw radosnego, poganiacza. Flirciary oczywiście chciały na targ. Ale jako kobiety zwyczajnie nie mogły tego powiedzieć wprost. Zresztą poganiacz był taki śliczny, że nie chciały go nazbytnio pogrążać w rozterkach. Ale nie wiedziały, a może wiedziały, że poganiacz Wiatr dobrze o tym wiedział, ale nie powiedział…

… a to było tak!

Na chmurach unosili się Senni Panowie. Nie było ich dwóch, ale cała masa. Siedzieli dziwnie zniechęceni, samotni choć w grupie, dziwnie zmaltretowani, chociaż przecież tacy podniebni. Wycyckani do cna ze wszelkich soków, wykorzystani do ostatniego powiewu smaku, wysuszeni, odwirowani. Każdy z nich kiedyś był ważny. Mieszkał w babskim cudnym śnie. Pozwalał kobiecie, która go śniła, być wszystkim czego pragnęła przez połowę jej życia… ale jednak kobieta się zmieniała. Z czasem większość z nich zapominała, a gdy już nic ich nie trzymało w snach, bledli by w końcu wypłynąć z nich na zawsze i nigdy już nie powrócić. Ale nie umierali przecież. One żyły w ich snach, więc… i oni musieli istnieć.

W noc taką jak ta, gdy pełnia księżyca szalała opromieniając skradzionym blaskiem Wyspę, oni się unosili na szybko mknących chmurach. Na owych tancerkach kochających wszelkie potwory. Spotykali się i plotkowali. O kobietach, z których każda pragnie czegoś innnego, o mężczyznach, którzy są tacy jakich one pragną, obok nich, na wyciągnięcie ręki i o snach…

… zawsze przecież niegrzecznych…

Bo może się wam wydawać, że to tylko sny! Chemia, biologia, zwykłe mózgu pocieszne pląsawice. Ale prawda jest o wiele prostsza. Ot… oto jest życie po zamknięciu oczu. Takie samo jak to, gdy się je otwiera. To co tutaj przeżyjesz zaboli, ten, którego pokochasz też pokocha. A to, co cię przerazi… przejdzie za tobą w ramiona czasu dnia. Bo przerażenie nie baczy na jakiekolwiek granice.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Krew, którą nasiąkła” – … bo śmierć nie czeka. Śmierć przychodzi zawsze w swój czas. Jakoś tak, widać ma układy z Czasem? A może po prostu jej czas jest owym jedynym słusznym? Jedynym, który tak naprawdę ma jakiekolwiek znaczenie? Jedynym prawdziwym…

Kolejne morderstwo sprawia, że nasza bohaterka powraca. Powraca do świata, który znała, od którego tak starała się uciec. W świat zimny, małomiasteczkowy. Rebeka odkrywa go na nowo. Jego dziwną prostotę, ale i skrytość. Tajemnice, któe nigdy nie wychodzą na wierzch i specyfoczną magię… a zamordowana pastor? Cóż, to tak naprawdę jest ona tylko jedną z macek losu, które upodobało się naszą prawniczkę.

Powiedzieć cokolwiek o treści, to już zbyt wiele. Należy przygotować się na czysty symbolizm, specyfikę Północy, inny świat, w którym pewne normy moralne znane nam, nie są uznawane. Gdzie pojęcie honoru ma całkiem inne znaczenie, a dobroć… cóż, wyraża się pomiędzy słowami. Bo tej powieści trzeba siebie oddać. Nie oczekiwać pasjonującej akcji, pozwolić jej wleźć nam pod skórę, zanurzyć się w jej stronach. Smakować każdą osobowość, którą ona odkrywa przed nami, boso stąpać po mchu… poznać lepiej głównych bohaterów i dziwnie, choć do końca, wtopić się w połamaną duszę Rebeki. Bo to, co przeżyła nie tylko ją zmieniło, ale przede wszystkim zawsze będzie stało obok niej… niezależnie od tego, co mówią inni.

Z jednej strony to wciąż kryminał. Zbrodnia, która musi opowiedzieć o sobie i ukarać winnych, z drugiej… psychologiczny obraz społeczności, która zawsze przyciąga tych, których wydała na świat. Połamanych rodzin, przetrąconych żyć, które do końca nie wiedziały kim są… smutna.
Przejmująca.

Stoję pod księżycową pełnią. Wiadomo, że nie zasnę. Zresztą Wyspa i tak dziwnie drży, więc po co męczyć się w łóżku. Stoję na zaskakująco ciepłym, zielonym trawniku i tęsknię za poprawnością pór roku, ale pełnia to nie czas na smutki. Może i nurtuje moje zmysły, może pobudza to, co powinno zawsze drzemać… ale nie mam na to wpływu. Jestem częścią czegoś, co może zniknąć, gdy to zrozumiem, więc nie myślę. Po prostu wyciągam wielką, szklaną miskę i zestaw łyżeczek w różnych kształtach.

Staję na palcach, ale nie przeklinam mojego niskiego wzrostu. Uwielbiam go… kokieteryjna cząstka mnie. W palcach mam łyżeczki, które zahaczając o mleczną pełnię, chyba z bakaliami, młócą też śmietankową i jagodową puszystość chmur. I nakładam do szklanej miseczki, potem zdobię stokrotkami i przebiśniegami, dziwnie skonfudowanymi ową jasnością. Gdy już jest pełna, pozwalam skrzatom porwać ją dla Pani Wyspy, jak zwykle udając złość, przykrywając radość… a potem wybieram największą ze srebrnych łyżek i czerpię niebiańskość dla siebie…

… bo do czegoś ta pełnia może się przydać.

Bo przecież pełnia musi się odnowić. A jak lepiej pomniejszyć księżyc? No zeżreć nadmiar i już! A jak cudnie działa na skórę. Nie macie pojęcia, albo macie, jeżeli też spędziliście ostatnie dwie noce wyżerając niebiańskie lody! Cera kurcze jak u jakiejś młódki… ale nie pryszczata taka, ino czysta! Bez naczynek, zaskórników, dziwnych łatek, załamań i ogólnego zawirowania w zmienności. Głos mi się poprawił, więc słychać mnie dalej i czyściej. A co do włosów, to nawet nie jesteście w stanie sobie tego wyobrazić. Sama jestem szalenie zaskoczona efektami diety.

Ale teraz księżyc już powoli maleje. Szczupleje, skurczybyk straszny! Jemu to z tą dietą jakoś łatwiej, choć potem jojo przywraca go znowu do pełni i tak serio nie wiem jak on się z tym czuje. Wiecie durnie trochę, no głupio maksymalnie spytać się kogoś, komu się oblizuje kratery, czy mu dobrze leci? Czy ogólnie życie w owej poukładanej i ciągłej zmienności mu odpowiada?

Hmmm?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Senni Panowie Niedwaj… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmia Celebryndza…

„Właściwie mówiła, że jej to nie interesuje. Że właściwie to ona seryjnie i na pewno niechętnie, a nawet z oporami dążącymi do skwapliwej destrukcji przeciwnika, jest przeciwna. Że w końcu nie po to się wiedźmia cielesność na mniejszym krańcu świata osadza, coby się w splendorze ludzkości, macankach i fotografowankach jakiś cudacznych pławić, żeby wciąż dbać o to co się ma na sobie, jak się wygląda, jakiś makijaż, włosy zawsze w tym samym miejscu… ale jednak. Czy to próżność, czy jednak z dawna tłamszona, niezaspokojona kobiecość? Pierun wie. Ale jakoś nikt do Pieruna po wiadomość ową nie pójdzie, więc na razie tylko może dyskretnie, śledząc wytapirowanego Ojblika i Pana Tealighta, sobie popatrzymy.

Poobserwujemy Wiedźmę Wronę Pożartą.

Idzie. Znaczy ogólnie tak się nazywa ową czynność, gdy stopy przemierzają płaszczyzny mniej lub bardziej skomplikowane. Aczkolwiek, czy powinna się tak chwiać, wciąż potykać, potem robić przysiady, kłaść się w trawie coby zdjęcia cykać? Pewno nie, ale kto to wie do końca co można wiedźmom? Bynajmniej mija kolejne metry, kolejne drzewa, kolejne błotniste przestrzenie. Wiatr ją obmacowywuje całkiem nie dbając o opinię publiczną. Nawet nie pieszczotliwie masakruje jej włosy, potem zwyczajnie wdziera się pod szalik, pod kaptury, które nigdy nie zostają na swoim miejscu, jakby same wiedziały gdzie i z kim chcą teraz się poocierać. Gałęzie zdają się kumulować w swoich fantazyjnych, koronkowych przestrzeniach. By tylko jej dotknąć, by chlastnąć po policzkach, by nakarmić ściółkę jej naskórkiem… zamyka oczy i idzie. Wie, że będzie bolało, ale stara się nie zwracać na to uwagi. Czuje jak maleńkie nasionka szepczącz, śpiewając, nucąc i gdybając… szybko i sprawnie zagłębiają się w kieszeniach i szwach jej bluzy. Pozwala na to… jakby mogła w ogóle zaprotestować?

Ech!

A jednak… wydaje się, że intryguje ją owo zainteresowanie drzew, krzewinek, ptaków, śmieci, piórek i duchów, wiatrów i powiewów mniejszych, gałązek i pniaczków. Kałuż i strumyczków, listowia i korzeni. Poddaje się tym szarpnięciom i muśnięciom. Jakby w rzeczywistości pożądała owego dziwnego zainteresowania. Tego dotykania, głaskania, owych małych śladów zainteresowania. Takie tam celebryctwo tych, co na żywych ludzi liczyć nie chcieli, nie mogli, a może zwyczajnie… może nie byli nigdy… może tak na prawdę nie są? Może przeszłość tymi swoimi zjełczałymi mackami jakoś tak naznaczyła przyszłość barierą nie do przebycia?

Idzie dalej. Grzęźnie w błocie, tapla się i nieprzyzwoicie brudzi. Wchłania w siebie całą istotę zmienności Wyspy, daje się prowadzić w miejsca, o których ona sama woli nie myśleć, nie pamiętać już… Jakby przyszła tutaj wysuszona, i dopiero po chwili znowu zaczynała żyć naprawdę. Jakby karmiła się nie tylko esencją, ale przede wszystkim owym zainteresowaniem. Pieszczeniem bolesnym. Zjednoczeniem wszystkich zmysłów. Śmiercią zimy i narodzinami zaklętymi w tym, co miało nastąpić.

Może tak naprawdę błąkała się bez sensu po tych lasach, bo chciała, by drzewa ją zauważyły. By zraniły, ale zarazem też uświadomiły jej prawdziwość istnienia? Jej własną bytność? Bryndza może… ale celebrycka!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „PLAY” – … a taka byłam no, raczej zniechęcona. Kolejna opowieść o miłości, młodych, co to zrobią wszystko pod naciskiem biologii życia… Pomyślałam sobie, że oj nie dla mnie, ale zaczęłam czytać. I wiecie co, może i nie dla mnie, może nie moja bajka, może nie mój czas, ale ta historia, sposób w jaki ją napisano, jak nakreślono bohaterów, jak cudownie oddano ową „męskę stronę” kochania… ujęła mnie i chyba nawet zaczarowała!!!

Bohaterowie są młodzi, połączeni więzami krwi, są braćmi. Leo i Aaron są też jednak doskonale różni. Jeden szalony, spragniony sławy, drugi znowu spokojny, zamknięty w sobie, ale i utalentowany. Miłość potrafi naprawdę zamieszać w ich życiu… na tyle, by im uświadomić co tak naprawdę jest w nim najważniejsze.

W pewnym sensie bałam się chyba owej „hiszpańskieh egzotyki”. Tej inności obecnych młodych i pozbawionych jeszcze hamulców. Ale mimo specyficznego, ostatnio obserwowanego wyzwolenia opowieści z tego rejonu ta… jest bardziej stonowana, lekko domowa, swojska. Urocza i zabawna, męska, inna. Dziwnie prawdziwa, chociaż opowiada o spełnieniu WIELKIEGO marzenia. Może dlatego, że nie pomija konsekwencji? Tutaj są one aż nazbyt DOROSŁE. Jeżeli coś zrobiłeś, musisz za to zapłacić. Ty, albo… ktoś, kogo kochasz!!! Ale najbardziej fascynuje w tej historii to, że napisana przez faceta opowiada o młodych mężczyznach. Takich, którzy wiedzą czego pragną i zrobią wszystko, a może i więcej by to osiągnąć…

… naprawdę polecam. Właśnie tym stojącym na owej krawędzi pomiędzy pełną dorosłością i buzującą młodością.

Wychodzę na zewnątrz. Stopami dotykam Wyspy, chociaż czasem, nawet pomimo kieszeni wypełnionych krzemieniami, wciąż skrzącymi iskry, zawsze w ruchu… wydaje się, że jednak góra i dół, ogólnie pojmowane, mieszają się miejscami. Moja głowa niezbyt lubi zagłębianie się w chmury. Jakoś ją ciągnie jak zwykle ku ziemi. Czasem wydaje się, że gdyby można… chodziłabym na rękach. Ale te iksowe łokcie serio tego nie ułatwiają. Więc idę i się kulę. Mocny wiatr serio uwielbia pomiatać czym się da. Jakby miał jakiś kompleks, czy coś? A może natręctwo? Chory może jesteś wiaterze? A może wiatry masz, lub też rozwolnienie powietrzne?

Nie odpowiada, ale nie oczekuję tego. Idę gdzie mnie prowadzi. Tak po prostu pozwalam się ciągnąć i pchać. Zbieram podawane mi patyczki, łapię rzucane szyszki. Ot tak, bo dają, więc biorę. Wącham każde drzewo, łykam kolejne powietrzne kule. Zdaje się, że powinnam się unosić, a jednak coraz bardziej ciążę ku ziemi. Jakbym miała się w nią zapaść, jakbym miała w niej zanurkować i płynąć, przedzierać się, mijając kamienie rozdzierać ziemię rękami… płynąć…

… płynąć.

Na Wyspie człowiek nie sprzeciwia się zewnętrzu. Jakoś tak nie warto, sił na sprzeciwianie nie ma, a i ogólnie robota to głupiego. Bo w końcu z bóstwem najwyższym walczyć się nie opłaca. I jeszcze z takim, co to potrafi się obrazić i łzy ronić takie wielkie i miny robić, że się serce samo kraje, chociaż kraje dość nierówno, a potem podaje na liściach sałaty z pachnącym dressingiem, srebrnymi sztućcami, na najwyższej metki tam porcelanie… i jeszcze ze świeżą sałatką.

Jakoś tak głupio się sprzeciwiać. Idzie się spać, gdy gaśnie światło, choć kury nie zmuszają, ani koguty pianiem nie dobijają. Gdy wieje, się cierpi, albo się oczyszcza, albo wiater do roboty zagania, albo za nas wszelkie liście pozmiata z trawnika… Albo albo? Gdy pada, cieszysz się, że podlewa i dokładnie suszysz gacie, gdy grzeje, po prostu się pocisz i nawadniasz co trzeba.

Ot tak, nie mówisz Wyspie: NIE.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmia Celebryndza… została wyłączona

Pan Tealight i Żywiołki Drobniejszego…

„Oj bo teraz to każdy sam sobie i sterem i okrętem i żeglarzem. Bo przecież czemu nie, jakoś tak każdy każdym może być i to dziwnie od razu, bez szkoły, bez bólu nauki, egzaminów, koszmarnych ćwiczeń, starania się, ot ładujesz sobie aplikację i już, zrobione. Każdy i falą sobie i sztormem i ciszą, owym niebem nocnym i niebem dziwnie dziennym… kompasem, mapą, wszelaką wyznacznością kierunku i wszelką zmyłką. Owym spokojem i łoskotem nagłym. Słonością i słodyczą, mew krzykiem i ryb chlupotem. Albatrosem i łabędziem. Kurą i kogutem… ot mamy takie możliwości i co z tego? Taki Żywiołek Drobniejszego, czy to płazu czy może jednak nie, to raczej musi mieć teraz utrudnione życie?

Bardzo utrudnione.

Jako element każdego elementu żywiołkowo żyjącego, nadzwyczajnie rozkochanego w swojej bytności, często podświadomie egoistycznie traktująceo otoczenie… Żywiołek Drobniejszego… znaczy każdy żywiołek, w każdym żywym elemencie zwyczajnie i po prostu napędzał świat. Ale Żywiołek Drobniejszego, zwany potocznie Guminem był elementem składowym Wiedźmy Wrony Pożartej. I ogólnie mówiąc życie miał dosyć niesamowite… chociaż pewnie gdybyści go zapytali, to na pewno by sarknął cichutko, a potem uśmiechnął się krzywo, bo taki niestety przez mamunię dobrze wychowany, no i w końcu tylko potaknął. Znaczy się główką. Bo ma tylko jedną. Taki troszkę to rodzaj wybrakowany, znaczy się specjalnej troski.

Żywiołek Wiedźmy był niewielki, niebieski intensywnie, świecący z ogonem, czterema łapkami, w tym przednimi dłuższymi, krępym korpusikiem lekko kulistym i łysą, przesadnie wyprasowaną główką. Ogólnie był lekko nadmiernie goły, ale w fartuszku w słoneczkniki z kieszonką na notatki i kraciastą chusteczkę, oraz dziwnymi, wielkimi rękawiczkami w maki. Poza tym był naprawdę świetnie wychowany i grzeczny i zwykle go nie było, ale dzisiaj na spacerze wpadł na niego Pan Tealight i do tej pory, a już noc nadeszła, nie może się z tego otrząsnąć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Krew stracharza” – … i już 10 tom. Kiedy to zleciało? I na dodatek każdy inny i wciąż trzyma w napięciu, a przecież już powinien się znudzić? W jaki sposób Delaneyowi się to udaje? Nie mam pojęcia, a może mam? Może to owa nie do końca nastoletniość w sposobie narracji, może pewna dorosłość, może rozwój bohaterów, kolejne tajemnice… A może jednak nietypowy brak naiwności w historiach, owa mroczność, ale też możliwość właściwie wszystkiego?

Nie wiem…

Z jednej strony ponownie opowieść chłopca, z drugiej jakby pełniejsza, wzbogacona w przeżycia jego przyjaciół i nieprzyjaciół. Wciąż jeszcze pod skrzydłami nauczyciela, ale jakby już mu się wymykał. Wciąż nie do końca rozumiejący swoje uczucia, zaskakiwany przez przeszłość, na którą nie miał wpływu…

… oj oczywiście wciąż opowieść o strachach. O walce z potworami mniej lub bardziej materialnymi, ze złem, które jednak nie zawsze ma tylko jedną stronę. Tylko, czy stracharz może sobie pozwolić na rozterki? Czy będzie wtedy zdolny wypełnić swoje powołanie? Czy Tom nie zawiedzie?

Nie mam pojęcia jak to autor robi, ale mnie, stare jednakowoż wiedźmie pomiotło każdy tom do siebie przekonuje, każdy intryguje, każdy jest jakiś… Każdy warto przeczytać, a potem, gdy noc nas osnuje swą pajęczyną… cóż, pozwolić umysłowi wędrować ponownie po jej drogach.

W ramach pogody był śnieg, deszcz, zawieja i obecnie lato… znaczy słonko, słonko, słonko i ogólna powolność zmysłów. Czyli wsio normalnie u Matki Wyspy! Jako macierz trzeba przyznać, że jest niesamowita! Każdemu rozkapryszonemu dziecku daje wsio po troszeczku. Temu śniegu, temu deszczu, tamtemu zawieje, temu wysuszy, a tamtego jeszcze na kamieniach poślizgnie i zwyczajnie w świecie, tym tutaj świecie, zaryje go nosem w zimne fale! Bo przecież sam chciał, zresztą dzieci uczyć trzeba, czyż nie? Teraz już będzie bardziej uważny, jak się mu zachciało zdjęcia robić dziwnie rozwiniętym mroźnym kwiatkom, co się na kamieniach w słonku odchudzały… znaczy tam zrzucały zimowy szron nadmierny.

Matka Wyspa to wspaniała odtworzycielka. Chociaż rozrzuca swoje nasiona po całym świecie, to jednak wyłącznie owe najbardziej ukochane i upragnione, te perfekcyjnie nieprzystosowane zdają się na powrót przyczepiać do pępowiny. I rodzić się od nowa, odtwarzać raz jeszcze… powracać na owe skaliste wybrzeża, różowe, szare, a nawet i niebieskie, bo co sobie będziemy żałować możliwości wystroju wnętrza… i po prostu żyć naprawdę.

Podglądając tak owe inne dzieci Matki Wyspy można dojść do szaleńczego spostrzeżenia, że co do tatusia, to sobie raczej nie żałowała. A jednak, jakoś wciąż łatwo ich rozpoznać. Owe siostry i braci, chociaż w życiu się do tego nie przyznamy, do jakiegokolwiek pokrewieństwa. Zwykle mają coś w oczach, takiego jak paproch co to próbujecie go wydłubać, ale nie idzie… pluje się, potem powieką łapie, ale nic z tego, wciąż coś tam uwiera!!! Pewno to owo lustro, co je Matka Wyspa odkupiła od Królowej Śniegu… no tak, bo w rzeczywistości to ona je rozbiła, a nie ta znacznie wyraziście zimniejsza pani od Kaja i Gerdy.

No wiecie, ups sorry!

Kajowi w rzeczywistości wpadł w oko paproch z rozbitej doniczki, a że chłopak w amoku był, to wiecie, dopiero Gerda zdołała mu ceramikę rozpuścic swoim wkurzonym spojrzeniem… no nie chciał się z nią w dom bawić, pamiętacie jak to jest gdy chłopcy nie chcą być chłopcami, a wy już macie welon z firanki i oczywiście suknię z zasłonki i bukiet z pola…

Mniejsza. Matka Wyspa jest wspaniała. Nawet można z nią dyskutować i nawet podobno nas słucha! Nawet marzenia spełnia, chociaż z chronologią jest na bakier… i w ogóle łatwiej kochać śliczną matkę. A śliczna, najpiękniejsza na świecie przecież ona jest! I nikt nie jest jak ona!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żywiołki Drobniejszego… została wyłączona

Pan Tealight i Trzecia Córka Trzeciego Króla…

„Właściwie wcale nie była niepozorna, jak mogłoby się każdemu wydawać, ale dostać królewnę do Sklepiku z Niepotrzebnymi było dziwne. Nie chodzi o brak koronowanych głów tutaj. Są i takie samotne owłosione i łyse, oraz takie prostetik bez oczów i z, są takie z postumencikami, a i takie dowcipne z korpusikiem i różnymi, wyrastającymi z nich elementami… ale większość z nich wciąż jest na wydaniu. Naprawdę mają wzięcie. Może i wracają często jako towar uszkodzony, ale kto by się czepiał daty przydatności do spożycia.

Ino jakowyś okrutnik jeden!!!

Zresztą mieć takiego Kopciuszka – 100 DKK za kilogram, lub 500 DKK na godzinę za sztukę – czy też Spiącą, która serio świetnie działa, nawet zamiast valium! Albo taka Śnieżka… szczególnie polecają je firmy robiące lodówki. Albo zwykła Panna z Wieży. Doprawdy posłuszne kobiety są w cenie! Ale ta była… bardziej inna. Piękna, złotowłosa, dziwnie puchata, ale i ulizana, grzeczna, posłuszna i lekko smutna. Zniewalająca owym dziwnie osłabiającym spojrzeniem wielkich, błękitnych oczu i długich, podkręconych genetyką rzęs.

Ubrana jednak w łachman…

– Jestem Trzecią Córką Trzeciego Króla, Nieposiadającą Imienia. Tą zbędną. Ot na wszelki wypadek, ale teraz wypadek już nie nastąpi, nic się nie stanie. Mojego świata już nie ma, zresztą nawet go nie pamiętam, nie tęsknię. Nie tęsknie ni za rodzicami, ni za zamkiem, zresztą ich też przecież nie ma. Pamiętam jak bardzo było zimno w lochu… tam mnie zepchnęli, gdy ścięto moich rodziców, rozwleczono zwłoki brata po polach dla lepszego urodzaju i zjedzono starszą siostrę. Mną się nie przejmowano, jestem Tą Zbędną. Tą na Wszelki Wypadek. Wepchnęli mnei do lochu… pamiętam, że wtedy obchodziło mnie jedno, że nie miała ze sobą szmacianego króliczka. Mojej ukochanej zabawki. Nikt nie wierzył, że umiała mówić… W końcu przecież nie istniałam. Byłam tylko na wszelki wypadek. A bez monarchii i ów wypadek stał się niemożliwy do zaistnienia. Ale to wtedy, w tym lochu po raz pierwszy się zdenerwowałam. Nie dlatego, że byłam rozpieszczona, nie dlatego, że nie było przy mnie rodziców, ale właśnie dlatego, że nie było króliczka. Bobek był dla mnie wszystkim. I wtedy chyba się zdenerwowałam w końcu mocniej, do końca. I jakoś tak się wybuchło państwo. Wieża się zawaliła, lochy nagle wydarły się na powierzchnię, wyszłam z nich, a tam był Bobek… i nikogo poza nim.

Mały, różowy króliczek z naderwanym uszkiem, pod względnie oględną opieką Ojeblika – małej uciętej główki, powoli krępował sobie uszy szmatką i wduszał na nie wściekle czerwoną perukę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Odlot” – … i romantycznie. Młoda dziewczyna z nader mało sprzyjających rozwojowi okolic przyczep kempingowych postanawia przeciw wszystkiemu i wszystkim, na złość losu podrzucanym kłodom… zostać pilotem. Bo tak. Bo właściwie przypisana jej dotychczasowej egzystencji obecność samolotów zdaje się ją popychać w tę dziwną stronę.

I jeszcze złość, że jej własne życie wymaga od niej tak wiele samozaparcia.

I matka, która się nią nie zajmuje, szkoła która właściwie nie uczy…

Spoglądając na owo życie współczesnych nastolatków jest w niej coś z bohaterki, która pokonując potwory w końcu zdobywa swój zamek. A w zamku jest i smok i królewicz. Co prawda nie do końca ten, a może ten, no wiecie jak to jest… kocha, nie kocha, kocha, nie kocha… I jak o coś prosi, dziwnie odmówić. Ona mówi tak i plącze swoje prawie już dorosłe życie.

Jennifer Echols ponownie zaprasza do sympatycznej, ale i prawdziwej opowieści o współczesnych młodych, tych, którzy wciąż mają ideały, któym się chce stawić czoła codzienności. Którzy kochają, ale i mierzą się z otaczającą ich bezmyślnością. Przyjemna, sympatyczna, ale i nie pozbawiona bolesnych momentów opowieść. Ot życie. Takie, w którym się i kocha i nienawidzi, a na własne szczęście trzeba zapracować. I pamiętać, by gdy się kocha… mówić o tym! Naprawdę niezła opowieść dla współczesnych nastoletnich, wciąż targanych niepewnością hormonalną młodych kobiet.

Albo może i tych starszych, które wciąż roamantycznie pragną odlecieć?

Deszcz, deszcz, deszcz… nie wychodzę. Ostatnio nabieram nieszczerej pewności, że powinnam się kąpać w oliwie, bo woda mnie całkowicie rozpuści. Z drugiej strony babska totalnie próżność narzuca mi myśli o dość szybkiej metodzie odchudzania… no korci nadzwyczajnie! Zresztą i tak nie mam odlotowych bucików, a nawet jakbym miała, to nei uśmiecha się mi ginięcie pod dziwaczną konstrukcją domową, choć najzwyklej w świecie latającą, z dziewczynką i psem za pilotów. Toto serio mnie całkiem nie interesuje!!! Na płasko źle wyglądam.

Rozlewam się na boczki!

Ale wiecie, Wiosna pewno idzie. Tłusta może i nadgorliwa, na pewno ten typ babska co to zawsze wszędzie być musi wcześniej, coby podyrygować km się da, wyżreć najlepsze babeczki, zlizać lukier z drożdżowego i pokusić się na pięć nadprogramowych kiełbasek z chrzanem i czosnkiem. Wiecie, bo przecież bidula wychudła, schorowana Zima całkiem sobie nie poszalała. Siedzi gdzieś i dyrgocze pod tymi dreszczami, co się na nią zrzuciły, całkiem taka nieszczęśliwa. Zatańczyła tylko raz, nie dała ziemi odpocząć… a wiecie, że dla kobiet, dla ich urody to sen serio jest najważniejszy!!! Wszyscy to przecież wiedzą!!! Więc może Zima to facet… mściwa bestia?

Nie wiem już, czy dokarmiać Zimę, czy nie? Złożyć jej w ofierze tego trzymanego w Piwnicach Niewidocznego Torturometu turystę? Tego co to się zagubił i nadzwyczajnie w świecie jakoś tak serio nie chciał odpłynąć. Nie żebym go zmuszała, by odpłynął. Naprawdę sam chciał tutaj zostać! Sam zadecydował, że Wyspy opuścić nie może, do końca ostatniego sezonu czekał i błagał coby mu znaleźć jakieś lokum, takie za darmoszkę najlepiej, znaczy i tak zapłaci za nie wszelką inną cenę, poza ową fiannsową, więc… Naprawdę samobójca z niego. I oczywiście po kilku samotnych tygodniach ma dość, więc…

… więc…

Ale oczywiście humantarnie. Znaczy naturalnie z zabawą. Dla mnie, niekoniecznie dla niego. Mnie się normy europejskie nie imają. Dzikusa straszna jestem taka, niewychowana dzikusa!!! Nieszkolona, no kompletnie total gupek wojskowy stopnia wyższego, co to kiedyś dostał nawet odznaczenie. Ale czy to pomoże? Czy Zima będzie po takiej ofierze żwawsza i radośniejsza? Skopie zbyt przedwczesny wizerunek tłustego wiosennego dupska, który to wisi mi wciąż przed oczami, niczym pokrętny omen nomen, w podomce we fiołki i się rozszaleje…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzecia Córka Trzeciego Króla… została wyłączona

Pan Tealight i Boga Egoista…

„Macki. Niewidoczne, a jednak nadmiernie lepliwe, czepialne i wtapiające się z dziwną łatwością w rzeczywistość przyszłości. Obecne i zaciekawione, muskające jednak owo wszelkie nieobecne w świadomości każdego tworzącego się człowieka. Nikt w końcu już nie zakłada amuletów, nikt przecież nie odgania złego… bo i któż miałby uznać to za zło? A może i każdy by uznał, gdyby tylko wiedział, iż to jest możliwe? Właśnie owo TO… Ale któż tam się akurat nad tym zastanawia. Dziecię ma się urodzić zdrowe i silne, najlepiej z diamentową wyprawką, złotymi obiciami i kompletem platynowych ząbków. Bezproblemowe, ogólnie mówiąc zawsze małe i pluszowe, pachnące. No i wiecie, jeszcze dzielne, odważne, piękne, obdarzone spadkiem i ręką czyniącą cuda, aczkolwiek ino najbliższym… znaczy mamie, bo taty to mama ostatnio nie kocha za bardzo… I jeszcze trzy wróżki i księżniczka i książę, dziecko niespodzianka.

… świat się właściwie nie zmienia. Poza tymi elementami, które mu na to pozwalają i tymi, o których dziwnie zapomina…

Boga Egoista, wyklęta na początku świata przez swoje boskie plemię, niezrozumiana, zawsze działała powoli i rozmyślnie. Zawsze była tam, gdzie musiała, zawsze wiedziała czego chce i to osiągała. Widząc przyszłość wyposażała swoje awatary w subtelne znaki. W codzienność pełną tego, co mogło ich ukształtować, by zwyczajnie nikt się nie mógł jej czepić. Na wszelki wypadek…

Najłatwiej było powiedzieć… jesteś egoistką. Zawsze do kobiety, a jednocześnie unosić się i upajać chmurą feministycznych bzdur. Jedno to prawo, a inne to nadmiary. Równość to równość, co w tym do płci? Dyrdymały. Nie będę nosić siat, a drzwi mają być przede mną otwierane. Bom sobie daą i tyle! Nie traktorem! I co? Wolno mi – myślała sobie nad rosołem Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, Poganka Pluszowa. Z jak zwykle nadal niewyobrażalnym dla siebie samej obrzydzeniem spoglądając w oka… zmącone lubczykiem, dziwnie wykrzywione i otłuszczone jednoznacznie serio starały się na nią nie spoglądać, ale była taka śmieszna. Nikt nie pytał, nie dowiadywał się, nie szukał prawdy, bo w dzisiejszych czasach wszyscy wiedzą. Każdy i lekarzem i sterem i katem i okrętem jednocześnie. Wątpliwości nikomu ci na imię! Osz nadmiar niekiedy bywa szkodliwy, więc pypeć ci na język na dupsko i na oko!

Już nie chodzi o to czy ją Zła Królowa piersią karmiła. Jakkolwiek zdaje się to teraz obrzydliwe i nawet jeżeli jadem od urodzenia pluła i szczęką niewidoczną odgryzała innym sutki… to jednak w dzisiejszej epoce psychowszelkologówitrów wytłumaczyłoby ją, czyż nie. Taka fajna powoda! Srututututut majtki z drutu, czyli cnowy pas i tyle! Bo egoistycznością biologiczną pewno jest właśnie wydanie potomka! To wy pragniecie bycia demiurgami. Wot boskości się wam zachciewa. Zadufani w sobie, w owej pełni bogactw puli swych genów, co to wydać ma na świat idealny cud… człowieka. Tego samego co to najpier milusi mały, a potem upierdliwy i dorosły będzie. Bo taki będzie. Nie zostanie mały. Odziedziczy wasze najgorsze cechy, dodatkowo w nadmiarze będzie przypominał nie was a rodziców, do których obecnie macie dziwny stosunek… Geny. Choroby dziedziczone, psychoczności wpojone. Teraz psychoczności, każda w swoim odchyle ma inną nazwę. Dziwny ten świat, czy dziwaczny? Determinatyw rozmnażania, a przepełniona ziemia? Ech, who cares?

Wiedźma przestała wpatrywać się w rosół dziwnie zmieszana myślami. Kota też w końcu nie miała ni psa. Ino Chowańca i pluszowego misia. A nawet misie… Mnożycie się… nagminnie. A przecież wydać to jedno, a wychować to drugie. Teraz nagle wychowywać mają inni, nie rodzic? Kto to widział? Mnożyć, mnożyć, mnożyć… a rozum to co? A pod stołem bidulo bezdomny siedzi i łka, zagubiony taki w zbyt ogromnym świecie. On w końcu ciasnoty lubi. Dobrze, że Pluszatek choć wciąga owe porzucone mózgi to na wadze nie przybiera, bo by Chatki było za mało! Tyle ich, tyle ich do pieczenia chleba, więcej ich więcej ich nam tu nie potrzeba!

Groszek do groszka,
jak cię nie zje kokoszka
to recesywna destrukcja
nagminną większością…

Sucha macico ty, osz by cię. Wiem, gdzie mam swój rozum i które moje myśli, po co mnie ma ktoś inny w nie gilgotać? Może i o to chodzi, że myślący przerwać nie powinni, bo w owym świecie własne zdanie i myślenie nie jest poprawne. I serio nie sprzyja przetrwaniu akurat takiego gatunku…

Właściwie, to pozwoliłaby się zjeść, zresztą nawet smaczna by pewno była, nietrujaca miejscami nawet. A jednak egoista z niej taka, czyż nie? Wiedźma, co dziecka nie chciała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Krąg” – … a teraz jest ciepło. Burza zdaje się targać przestrzeniami, pod którymi popełniono właśnie kolejną zbrodnię, oraz nagromadzonym tam żarem. Jest gorąco. W owych temperaturach zdolnych rozpuścić każdą plotkę komisarz Servaz prowadzi kolejne, wstrząsające śledztwo. Znaleziona w willi kobieta, a w szczególności owo specyficzne usytuowanie zwłok wstrząsnęło niewielkim miasteczkiem. Podejrzany jednak od samego początku jest aż nazbyt połączony z młodością komisarza. Z jego przeszłością, która rzutuje na rozwój śledztwa. Co jest prawdą, a co tylko ułudą? Jak wiele win, jak wiele zła może nosić w sobie każdy… jednak, szukamy tylko mordercy. Jednak czy naprawdę, tylko jednego mordercy?

I czy on wciąż jest gdzieś tutaj? Czy JH żyje?
Czy to koszmar sprzed kilku lat jest w rzeczywistości tym, który zabił?
Lecz jeśli tak, to dlaczego?

Powieść z jednej strony silnie połączona z „Bielszy odcień śmierci”, z drugiej dziwnie od niej oderwana. Rozpoczęte w pierwszym tomie serii wątki nie doczekały się rozwinięcia. Z jednej strony świat kręci się dalej, z drugiej… cóż, niektórzy pozostali w jednym miejscu. Komisarz Servaz za to z ową zbrodnią, z dziwnym telefonem, owym duchem mordercy idealnego, który mu umknął wiszącym wciąż nad nim… powraca do swojej przeszłości. Poprzez śmierć nieznanej mu kobiety owraca do czasów studenckich, które go tak naprawdę ukształtowały. I tak do końca nie wiadomo czy to zbrodnia, czy życie? Czy opowieść o historiach, które tak naprawdę nas tworzą, czy jednak o tym do czego są w stanie doprowadzić?

Wiele wątków, nie wszystkie potraktowane tak samo, masa zwrotów akcji, cudne napięcie i barwni bohaterowie, wspaniale oddający współczesne wędrówki ludów… ale wciąż się zastanawiam, że czegoś tutaj brakuje. Że czegoś nie ma, zabrakło któregoś ze zmysłów, a może ktoś go specjalnie usunął? Z drugiej strony gdyby miało być o wszystkim ile by tego było… ale jak nie ma być o wszystkim, to po co rzucać te kilka, natrętnie wirujących potem w czytelniku, niecieprliwych, dążących za wszelką cenę upierdliwości do odkrycia swych tajemnic… słów?

Kryminał, a może powieść psychologiczna? O młodości, o tym co ją tak naprawdę kształtuje, o wzorcach, rodzinie, ale też i pokaz tego do czego może doprowadzić takie, a nie inne życie. Niewypełnione, zagubione, niby zadowolone ze swego istnienia, ale wciąż niepewnie pytające: a co by było gdyby? Historia świata, miasta, społeczności, a jednak i nikogo. Kogoś zza ściany, ale też dziwnie fantastyczne ujęcie tożsamości grzesznika… Zaskakująca nierówność chornologiczna, swobodne, lekkie potraktowanie policyjnych reguł…

Gdy czyta się tego autora z jednej strony się wsiąka, z drugiej ma się ochotę w pewnym momencie rzucić książką… tylko dlaczego? Nie wiem, ale może kolejne tomy coś wyjaśnią? W końcu historia wciąż trwa… jedne złapany oznacza innego na wolności. Bo zło jak to mówią, nie śpi…

Wychodzę na zieloniutką, radośnie poznaczoną lekko rachotycznymi stokrotkami trawkę i słyszę piski. Dziwnie łkanie, lekko porodowe odgłosy. Wszystko jest wciąż wilgotne nocnym deszczem mimo dziwnie palącego słońca. Ono nie grzeje, nie głaszcze zaskakującą, nową ciepłotą – którą powinnam po zimie odczuwać niczym zbawienie – nie mami, nie pieści. Ono boli. Jest dziwnie czyste, jakby było na prochach, nie przespało czasu, który mu zabrano, owych kilku miesięcy, gdy serio było tak bardzo mrocznie i szarówkowo… jakby coś było nie tak! Czy to ten Mars czy Wenus, cokolwiek broi coś w niebiesiech i owych niebieskłonach, jest ciężko.

Ale robiąc kolejny krok przestaję się nad tym zastanawiać. Tak po prostu. Już dziwieni mnie to nie obchodzi. Ani palenie złota, ani żar, ani dziwna suchość powietrza przy tak mokrym podłożu. Bo wciąż coś płacze i łka, żałośnie coś tam rozdziera, aż w powietrzu fruwają wkurzająco nazbyt wybodzone robaczyszka.

Wsadzam nos w trawę i już wiem…

Miękka, dziwnie rozgrzana nagle ziemia burzy się. Spod jej skłębionych nadmiernie rozrośniętą, dziwnie nieumarłą trawką – wampiry, zombiaki, wilkołaki i inne w źdźbła zaklęte stworzenia popularne – powierzchni wydzierają się przebiśniegi. Choć nie do końca mają co przebijać. No co jak co, ale śniegu brak… a jednak wyłażą. Lekkie i dziwnie perfekcyjnie króciutkie, jakby w każdej chwili, jak im się za cieło zrobi po prostu zniknąć. Wsiorbać się z powrotem w ziemię i nie ukazać się więcej… znaczy więcej w tym roku oczywiście. Bo przecież one ino na chwilę, najlepiej by nikt ich nie dojrzał, bo przecież tylko na moment, by zadzownić, załomotać w owe bielejąco zieleniące się dzwoneczki swych kwiatów… by przywołać Nieznajomego. Osobnika, o którego istnieniu zbyt wielu zapomniało…

A Nieznajomy tylko czeka. Niecieprliwie. Podglądacz jeden. Zawsze jest w pobliżu przecież, nie odpuści żadnej sytuacji, czy to ciekawej czy nie… w końcu jak nie będzie ciekawa, to on ją już zmieni i przemieni w takową. A dzwoneczki jakże na temperaturę wrażliwe… już roznoszą w powietrzu przywoławczy dźwięk. Już się dzieje i dziać się będzie!!! Oj te ciekawe czasy. Kto by pomyślał, że klątwa sprzed wieków, obyś w takowych żył, będzie najbardziej bolesną…

Śnij Nieznajomy!
Śnij.
Śpij Nieznajomy!
Śpij.
Nie słuchaj, nie patrz,
nie żyj…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Boga Egoista… została wyłączona

Pan Tealight i Parazyt Wiedźmy…

„Mówią, że złego się nic nie ima. No może tylko małe puchate kotki z genetycznie zmienioną na różową, puchatą kitką? Albo tęczowe jednorożce, mające to do siebie, że wciąż się śmieją perliście, nawet wtedy gdy już ostrzycie siekierkę, co się na owych słodkich lukrowanych biedronkach stępiła… i ci ludzie, co to mówią coby się uśmiechnąć i wtedy wsio jest dobrze, wredne osobniki nie znające prawdziwego cierpienia, tudzież wrednie mające dostęp do świetnych antydepresantów i innych cudownych psychotropów, po których tylko można się śmiać… i tęczą srać.

Wszystko się zaczęło nie gdy w odpływie łazienki zamieszkał spragniony nagości i fluktuujący swą powierzchnią Bulgot, ale gdy w lodówce, która ogólnie z zewnątrz była pluszowa, a w środku zwykle przerażajaco pusta… jeżeli nie liczyć drogi na Ostrołękę, dwóch światów równoległych co zawsze miały śnieg, ale zwykle w różnych smakach oraz gromadki mikroskopijnych Yeti… zamieszkało coś. Coś dziwnego, włochatego i z wieloma mackami. Coś lubiącego gwizdać, tańczyć w krótkiej spódniczce owe machające odnóżami riverdanceowe kawałki i mruczeć niezależnie od stanu skupienia nad tym, co w danej chwili robiło.

Początkowo nikt nie zwracał na niego uwagi. Jakoś tak wyszło, że jak jest miejsce, to przecież można zajmować i głupio tak wypraszać przybysza, no chyba że by czekoladę wyżerał, lub w spiżarce miedzy wekami buszował… a on tego nie robił. Pewno głupio tak gościć kogoś, kto nie płaci, nie poinformował o przybyciu – pewno z obawy, że nie wpuszczą, w końcu zwykle tak było – i ogólnie hałasuje szczególnie nocą w miejscu, które winno być przybytkiem świętym… no wiecie, mieć w lodówce kogoś, kto nawet nie powiedział jak się nazywa.

Wszystko oczywiście do czasu. Ot potknęła się Wiedźma Wrona Pożarta o stareńki babuniny dywaniczek ze dartych misternie szmateczek, no i coby jako wrona orzeła sobie nie wywinąć i wiedźmiej facjaty nie uplaszczyć… chwyciła za rączkę lodówki. Ta, choć długo nie uchylana, pewno z owej radości rozszczerzyła na moc całą swoje wrota, a wystraszony włochaty gość w środku… pewno z powodu nagłej nagości, co ją eksponował na małym wiaderku po serku opalając się pod lampeczką… no wynik tego spotkania był taki, że przybył Pan Tealight z Ojeblikiem.

Nie żeby przyszli z dobrego serca. Jako mała, ucięta główka… Ojeblik ogólnie mówiąc serca nie miała, choć niektórzy twierdzili, że może zamiast mózgu, ale to chyba plotki, a Pan Tealight cóż, szary i dziwny, raczej takich osób o wnętrzności własne się nie pyta. No niegrzecznie jakoś!
Nieuprzejmie!
Bynajmniej z powodu oczywistego i naglącego przyszli, bo koszmarnego wrzasku dłużej nie dało się wytrzymać. A Wiedźma niepaląca, więc zanosiło się na uraczanie pianiem nieustannne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Badacz potworów” – … i dlaczego lubimy się bać. No o co chodzi z owym baniem. Spójrzmy na bajki z dzieciństwa, tutaj Czerwony Kapturek zeżarty z Babcią przez Wilka, tam księżniczka, co jej braci zamieniono w łabędzie, macocha ją wygnała, a teraz czas jej na plecenie pokrzywowych wdzianek… a znowu Jaś i Małgosia? Oj wiem, że wszystkie bajki kończą się dobrze… ta jednak może, no nie do końca. Bo oto macie przed sobą bajkę, która wciąż może trwać. Bajkę, która, jak z innymi to też miało miejsce, zawiera w sobie cząstkę prawdy. Problem w tym, że tak bardzo, bardzo bardzo mocno pragnieniecie, by jednak było odwortnie. Bo ta niewielka powieść zdaje się bajką, ale całkiem możliwe, że nigdy nią nie była…

O takich powieściach mawia się, że są klimatyczne. Iż gdy tylko zaczynamy czytać, nagle przenosimy się w czasie i dziwnym trafem znajdujemy się na innym kontynencie. Tym razem witamy w XIX wieku, dokładnie 1888 rok, Ameryka. Oto niewielkie miasteczko, w którym pracuje, a dokładniej badania prowadzi znany monstruolog doktor Warthrop. Ale obserwować go będziecie oczami młodzitkiego Willa Henry’ego. Sieroty. Dwunastolatka, który po śmierci rodziców przejął zajęcie, które niegdyś opętało jego ojca. Gdy go poznajemy ma się właśnie przekonać, że potwory są na świecie i to całkiem blisko. I niekoniecznie są znanymi mu ludźmi. Że potwory to nieposiadające głowy stwory gotowe żywić się… ludźmi.

Z kolejnymi stronami zapadamy się w pamiętnik mroczny, ciemny, brudny i ponury. Smutny. W którym tak naprawdę szczęśliwy koniec nastąpi gdy straci się tylko palec, a nie cała rękę… a wszystko w imię nauki, albo szaleństwa… Jak zwał tak zwał. Oto otwierają się przed wami wrota skrzypiące i zachlapane posoką. Tutaj sekcja zwłok zawsze odkrywa niespodziankę, która z chęcią wyżre wasze wątroby, by potem złożyć w nich swoje przeklęte jaja. BUUUUU!!!

Książka… oj nie dla dzieci, chociaż czy współczesne wychowane na morderczych grach maluchy są w stanie przerazić się zwłok? Pewno nie, ale jednak… raczej dla trochę większych dzieci. I dla tych dzieci, co to już nie okazują dowodu w pubie, a jednak pragną dramatu i przygody w szarościach i sepii z dodatkiem karminu. Oto opowieść pełna, fascynująca, w żaden sposób nie dziecinna i naiwna, ale zaskakująco rozkwitająca z każdą stroną. I choć w pewnym momencie zdaje się, że ni już nie może was zaskoczyć, bo to w końcu tylko dziecko… to jednak zaskakuje!

Wiatry wróciły, ciepłem spowiły Wyspę. Jakby chciały po prostu wymazać z mojej pamięci ten cudowny mrozek. Owo skrzypienie łagodne w nosie, te fałdy ziemi, w końcu się nie uginające… No cóż, niech im będzie, ale czy to już wiosna się znaczy, czy jeszcze nie? Posprzątać w ogródku, czy nadal sobie darować nadmierny wysiłek i po prostu wylenić się na spacerze? Co jak co Wyspa się na pewno sprząta. Po owych wielkich jesienno-zimowych wiatrach połamane gałęzie i drzewka trzeba zwyczajnie zwieść, a potem się zastanowić co dalej, czy z nich stołek, czy jednak szafka? Kolejne domki powoli odzyskują swoje płotki i doniczki z kwiatkami, a na gałązkach, zawinięte w korony drzew juz coraz rzadziej można dojrzeć dziwne maty, kubły na śmieci o pustych duszach i brzuchach oraz elementy garderoby.

Tutaj zbierają śmieci, tam znowu naprawiają odarte ściany. Powoli ludzie coraz częściej się otwierają, czy to chodzi o płaszczyk, czy kurteczkę, a wiatrom w to graj… się znaczy no w to im dmuchaj! Tą szarpną i przewrócą, z tamtej wysokiej blondyneczki skąpą futrzankę porwą i polecą.

Oj ubaw po wietrzne paszki!!!

Bo w końcu z wiaterem nie wygrasz. Jak grzeczny będziesz, to może jednak ci fanty oddadzą, ale jak się będziesz sprzeciwiał i zabawę powietrzną zatrzymywał się opierając, to nic z tego. Niezależnie od wagi wiatr zabierze i nie odda. W zagubionych i nietkniętych ludzką stopą, ręką, ani wzrokiem Pochmurnych Górach w wygasłym Wichurnym Wulkanie mieści się Komnata Utraconych. Legenda głosi, że znajdują się tam wszystkie porwane przez iwatry fanty. Te, które nigdy nie wróciły, bo jakoś tak dziwnie ludzie nie ucieszyli się z zabawy, więc musieli zapłacić utratą ukochanego przedmiotu. Czy była to makatka, obrazek, skórka z wiewiórki, szczęścliwa królicza łapka, ulubiony kotek, ukochana miednica…

Legenda mówi też, że wszystkie te rzeczy wierzą w Dzień Powrotu. To wtedy wulkan się przebudzi i zaczerpnąwszy zemsty z przepastnej, czarnej Otchłani Wszelkich Smutków, dmuchnie i wyrzuci przedmioty-fanty ze swoich trzewi, a one polecą… wrócą w końcu do domu…

Ale problem w tym, że nikt im nie powiedział, iż choć one istnieją, to ludzie, którzy je kochali już nie. Tego świata już nie ma.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Parazyt Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Blaszane Dziecko…

„Mimo wszelkich niedogodności, jakich można się domyślać, gdy macierz wykonana z raczej miękkich, łatwych do uszkodzenia elementów, a dziecko to blaszak… mimo owej pewności godzin, dni i lat spędzonych w szkołach, książkach i na myśleniu, że to się nie może udać, że nie może się tak naprawdę wydarzyć… Blaszane Dziecko przyszło na świat.

Na Wyspy świat.

Przyszło, a dokładniej wypłynęło ze zwykłej kobiety, codziennej i typowej, oglądającej seriale w telewizji i malującej paznokcie na różowo, kochającej buty i życie celebrytów. Pewnego dnia, choć i przepisowo po dziewięciu miesiącach, po prostu wydostało się z brzucha poznaczonego popękanymi naczynkami i rozstępami, ja inne dzieci przed nim. Bo nie był pierwszy, ale też i był. Te dzieci bardziej miękkie. Choć na początku wcale nie było takie twarde. Oj oczywiście dźwięk, który się rozległ, dzwoneczkowe BUUUM, gdy położna łupnęła je w tyłek, trochę zaniepokoiło Niebiosa, ale tyle tam mają roboty, tyle piórek do złpania, hossan do wyśpiewania, psalmów do wyklepania i litanijów, że szybko się odpokoili… I tak Blaszane Dziecko narodziło się, czknęło, odbiło wodami płodowymi i wrzaskiem oznajmiło swój życia start.

Teraz codziennie rano, gdy tylko zmieniano mu pieluszke na srebrnej dupci, gdy zasypka jak zwykle nie naznaczyła jej jeszcze lekko miękkiej powierzchni, donośny brzdęk oznajmiał, że pokarm jak najbardziej się przyjął. Bo co jak co, ale choć blaszane, o miękkości dentystycznego złota, zdolne było nie maltretując matki jak inni z cycka ciągnąć. I to ze smakiem.

Nikt się nie zastanawiał już jak owo dziwne dziecię wytworzyło ciało zywczajne, kobiece. Po dogłębnych badaniach bardzo niski, grubiutki i dziwnie owłosiony w nietypowych miejscach Profesor Lok stwierdził, że to wina zębów z puszki. A dokładniej starych koron, lekko srebrnych, założonych na trzonowcach. To za ich powodem, a dokładniej materii, z któej zostały stworzone, owo dziecię przyszło na świat.

Wot taka tam anomalia, a ząbki w rzeczywistości z meteorytu. Macierz w końcu w Rosji rodzona, więc wszystko było możliwe… i dziecko z blaszki i ciąża dziwnie niepokalana, a i zwiastowanie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” – Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Grillbar Galaktyka” – … ubawiłam się, rozbawiłam, roześmiałam, a potem zastanowiłam i już nie było mi do śmiechu. Bo ta opowieść Kossakowskiej to nie ino zabawa z kosmosem, humorystyczne rozprawienie się z ludzkimi przywarami żywnościowymi, ale przede wszystkim krytyka współczesności. Owej, która nie zje, nie wypije, a chodzi i wrzeszczy. Co to przyjmuje wszelkie treści narzucane przez telewizję i tak zwane poprawności polityczne… ot bo tak. Bo tak modnie, bo tak jest po dzisiejszemu, a głupio jest być starym grzybem… choć jeśli chodzi o grzyby, to jest ich wielka i lekko małomyślna społeczność, w której łapy, a dokładniej kapelusze i może też nóżki wpadnie Hermoso Madrid Iven.

Kuchni szef!

Tak ogólnie rzecz dzieje się w kosmosie. W takiej tam przyszłości mniej lub bardziej dalekiej. Żyją tutaj stworzenia intrygujące jak Pluszaki, lub specyficznie nieznajome, jak Ludzie. Są Bulwy i Jaszczury, a nawet mniej dziwni. Wszyscy – poza wyjątkami – mają coś wspólnego… by żyć potrzebują jedzenia. A wiecie jak to jest w cywilizacji. Krówki nie jedz bo myśli, ludziny nie bo krzyczy, a roślinka w końcu tyż może królem zostać, więc najlepiej żuj syntetyczną papkę! Jednak za wprowadzeniem owej papki możliwe iż kryje się spisek, który ma na celu zniszczenie świata jaki zna Iven i ci żyjący obok niego. I choć jest ino kucharzem, to rycerzem i bohaterem musi być też. Zresztą wyjścia nie ma, w końcu kuchnia to niebezpieczne miejsce, ostrza fruwają, przyprawy uczulają, więc się na pewno nadaje!!!

Maja Lidia Kossakowska fantastom znana jest. Mi akurat przypadła do gustu poza… aniołami. Jakoś ten świat „Siewcy wiatru” niezbyt mnie przekonał, ale tego, że pisać umie odmówić jej nie można – ha ha ha!!! Gorzej, wciąga, obserwuje świat ten dostępny każdemu, mataczy, a potem nie wiesz, czy nagle zadziałał żeńszeń, czy po prostu to ona zmusiła cię do myślenia po swojej drodze! Jakoś tak. A „Grillbar Galaktyka” jest płynny, humorystyczny, wszystkie macki i czułki na swoim miejscu ma, a nawet żgaczki i żuwaczki i sztuczną babci szczękę!

… więc do talerzy!!!

Tych latających i tych mniej!

Wypełzłam na Wyspy świat i sztachnęłam się nikłym chłodu powiewem. W powietrzu unosi się Wiosna w jasnym mlecznym mgły proszku, co to Wiedźmie zatoki do bólu doprowadza. Więcej, gramoląc się miedzy drzewa w owym migotaniu wciąż nisko latającego słonka widziałam kurna robaczki!!! A rano ubiłam pierwszego komara, więc sorry, ale kiepsko widzę pełzająco i bzycząco ten sezon! Pożrą nas do ostatniej krwi kropli i kości w pył!!!

ZUO!!! Trza nam mrozów, śniegów i ogólnej robactwa siły ubicia! No pór roku jak to drzewiej bywało, a nie takiej nitotot nitotamto! Wymarzniętych ryjków, poczerwieniałych nosków z powodów innych niż procentowe, tudzież ząbków sopele gryzących i języków do klamek przytwierdzonych… bo tak! Bo świat fajny jest jak roku cztery pory ma. Tak jakoś pewność się ma w owym naturalnym rzeczy prowadzeniu się. A ja chyba ostatnio zaczynam rasizmem pluć.

Cóż, pewno starość!!! Ech! Zaraz? Ale czy ja się stara nie urodziłam? Nie powinnam mocniej dziecinnieć?

Babrając się w błotku owej zimy, w zakamarkach otaczającej mnie leśności… bo dziś spacer był niemorski… doszłam do owego dziwnego wrażenia, że świat śliczny jest. Choć bezlistny, choć nad Gramyrem drzewa wycinają sprzątając po wichurach, chociaż wciąż coś komuś tam niehalo, to śliczna jest owa natura. Bo już ludzie to mniej, ale wiecie, ja tam problemy ze wzrokiem mam, może coś do mnie nie dociera w owej dwunogów urodności? Może tak być, czyż nie? Gdy tak się spogląda spomiędzy krzaków zmarniałych, dziwnie niezdecydowanych w swej naturze, czy to kwitnąć już, czy kurcze jeszcze nie? A może stare listki zrzucić… no gdy tak się gapię na ów świat, to jakoś tak mi wszystko kumka tam w pluszowo-książkowym środku mnie.

Jest i niebo i morze jest, kolorowe domki i krzaczki, drzewka przeróżne są i fantastycznie obrośnięte mchami pieńki. Są kształty gałęzi rozmaite takie i pięknie osamotnione pojedyncze, gotowe zbutwieć listki. Niczym rozebrane na części smocze skarby, nigdy nieodnalezione. Huba lnie się na korze, w górę drzew lub ku korzeniom, a pomiędzy tym coś skacze i ćwierka niosąc w dziobie – i to jednocześnie – wielką, czerwoną jagodę. I to takie niesamowite wszystko jest…

… niesamowite!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Blaszane Dziecko… została wyłączona

Pan Tealight i Woziduchów…

„Gdy przybywał, zawsze zaskakiwał. Nie żeby wyłaniał się z ciemnej chmury, czy przy okazji odpalał perszinga, nie nic z tego. Przybywał cicho, ale zawsze zapowiedziany. Nie ciągnął za sobą natychmiastowych zgonów, nie potrzebował takiego pokłonu publiczności. Publiczność miał w końcu zawsze ze sobą… Nikt już nie zwracał uwagi na woreczki porozwieszane po całej jego powierzchni, subtelnych dźwięków ocierających się o siebie kości, pieszczotliwych gnatów szepczących do siebie wzajemnie świnstewka o szpiku i takich tam paliczkach.

Nawet nie haftem, skwapliwie zdobiącym ich wybrzuszone powierzchnie. Nawet nie kokardkami, które zdobiły frywolnie każdą z toreb.

Nawet nie duchami…

… upchniętymi ku owym nieznanym granicom niemożliwości. Ale właściwie tylko sobą samym. Woziduchówem. Choć tak gramatycznie, to Woziduchów do końca nie był pewien swej odmiany. Odmienności jednak tak. Raz był to paradny, kolorowy i przebiegle łatany odłam z cygańskiego taboru. Dźwięczący garnkami i patelniami, z zestawem chust i wstążek dla każdego. I z kartami. Raz zwykła furmanka, potem karoca, wóz drabiniasty szczelnie usianowiony, a potem dwa wagony kolei nader śmiałobieżnej, a nawet i dalekoskocznej. A dziś… a dziś przed zapłakanym nocnym deszczem Białym Domostwem pojawiła się śliczna, błyszcząca i świeżo lakierowana, z wymienionymi wszystkimi żaróweczkami… ciężarówka Coca-Coli.

Zwyczajnie kości po świecie się szwendają. Jakoś tak zwyczajnie i mniej zwyczajnie. O większości nikt już nie pamięta, a nawet ci, co pamiętają, to jednak nie do końca są zainteresowani ciągłą opieką nad ich duszami. Dlatego lepiej je oddać komuś, kto się nimi zajmie. Kto będzie im śpiewał kołysanki i dbał, żeby nadto na słońce i wilgoć się nie wystawiały. Kto pokaże im cały świat, o którym marzyły jeszcze siedząc w tym dziwnym człowieku, który zostawił sobie zwiedzanie i zabawę na stare lata… te wszystkie lata, których w końcu nie dożył.

Bo turystyka… to w końcu przemysł niesamowity!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Aparatus” – … a gdy kończę, to zawsze przypomina mi się dlaczego czytam. Po co. Właśnie by się oderwać od teraźniejszości, by czegoś się nauczyć, by lekturą zacząć też nową przygodę. By przypomnieć sobie przeszłość, rozrysować może i ową przyszłość niepewną. Andrzej Pilipiuk za każdym razem jest niesamowicie taki i cudownie jakiś!!!

Kolejna antologia opowiadań ze znanymi nam już bohaterami. Kolejna wyprawa w przeszłość znanych, w opowieści, o których słyszałam, legendy, które dawno temu naznaczyły moje dzieciństwo. Ponownie cudowna podróż. Wspaniali bohaterowie. Ot perełki, które powiązane w jedno tworzą obraz tęsknoty. Za innym światem. Za tajemnicami, za ową świadomością istnienia czegoś więcej…

Trzeba przyznać Pilipiukowi, że pomysł na stworzenie serii antologii z własnymi opowiadaniami zawsze opierającymi się na tych samych bohaterach: Skórzewski, Storm, Warszawa, carska Rosja, Wilno… historia miejsc powiązana z pojedynczymi żywotami wybucha przed czytelnikiem nie tylko opowieściami znajomymi, ale i tymi zaskakującymi. Przypominającymi dyskretnie do czego może zaprowadzić pasja. Ów wewnętrzny podszept, który zmusza nas do nauki, który mówi, iż powinniśmy wiedzieć, znać, dotknąć, zobaczyć, zasmakować… Że człowiek to coś więcej niż tylko osoba, która przed nami stoi… to przede wszystkim ów demiurg! Siła tworzenia! Wiara, miłość i nadzieja w to, że istnieją poza tym co widzimy owe sprawy prawdziwe tak samo choć nie aż tak… widzialne. Naprawdę niesamowite!

Rozlała się zima w ciepłą, wodnistą, kolejną niewiadomą porę roku. Ze śniegu pozostały tylko łzy. I nader podmokłe wszystko. Ciepło wygnało miły mrozek, wiatr ucichł. Czuję się naprawdę oszukana! I komu szkodziło to troszkę śniegu? Te mrozy niewielkie, a odświeżające naturę, owa puchowa kołderka na polach i łąkach, te skały ustrojone w soplowe kreacje? No komu? Co za menda straszliwa znowu magią swą uczyniła Nitowiosnęnitojesień?

Wszystko doprawdy w końcu zaczęło oddychać. Zimą. A teraz ponownie owa aura męcząca, ten Księżyc gigantyczny wglapiający się w okno, wstrętny podglądacz pederasta, czy coś w ten deseń. Kpiciel, mściciel i ogólnie mówiąc szpieg bez zer. Choć może Pan Twardowski miałby inne zdanie? Nie wiem, nie pytałam go… chyba się nie znamy. Choć jeżlei to on łyskał mi ostatnio światłem z niebiesiech mrocznych w okienko gdym zdejmowała moje niewymowne… to poznacie go po tym, że oślepł. A ostrzegałam łagodnie, coby w moją nagość swego kurde światła nie pchał? Ostrzegałam! Zresztą kto to widział, zboczeniec!!!

Bez śniegu owa powoli przemijająca dominacja nocy, zdaje się być bardziej… ekhm dominująca!!! Nic się na zewnątrz nie przewala, nic nie miga, nic nie skrada jakichkolwiek dostępnych promieni i nie przerabia ich na płatkową magię. Zaspy nie mają się czym karmić, nagle rozbłyskiwać całą swą tajemnicą, pewne, że dojrzy ją tylko i wyłącznie ów wybrany nieznany! Na większości domów już powyłączano świąteczne światełka. Gdzie niegdzie jeszcze tylko zdarza się migotać choinka. Widać podpisała dłuższą umowę, czy coś? Albo czeka na przyszły rok? Może składa się za przyciśnięciem jednego, dziwnego guziczka, więc można to zrobić w każdej chwili?

Trzymam naszą choinkę na trawniku. Znaczy ogólnie mówiąc w ziemi siedzi, więc raczej nigdzie nie łazi, choć nie powiem, że na pewno! Ubrana w światełka bezczelnie ma przywoływać śnieg. Bo tak. Bo na Yule go nie było i się taka oszukana czuję!!! Bo mi się kurna należy poprawnie politycznie, bo i czemu nie wykorzystać owych wrogich dziwnycb zapatrywań na świat? Bo tak!

… może jeszcze spadnie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Woziduchów… została wyłączona

Pan Tealight i Nos w Pytajniki…

„Cała zadziwna i udziwnie mało roztropna sprawa z Pytajnikami była taka, że rosły, kwitły i rozmnażały się mocarnie, rok cały, nie bacząc na mrozy, upały, na śniegi i deszcze, na wszelkie szaleństwa aury oraz na cokolwiek innego… Zresztą ludzie ich unikali. Oficjalnie, podług wszelkich zielników i pana od biologii nie istniały. Ci, co w nie wpadli i odkryli na kurteczkach wytwornych dziwne wypalone ślady, zapominali szybko i omijali tamte miejsca. Ot wygodniej czasem nie wiedzieć, a Pytajniki miały to do siebie, że zwyczajnie robiły to, do czego je stworzono…

… zadawały je!

Pytania!

A ludzie ani inne stworzenia nie lubiły pytań. Owego dociekania, dokopywania się, owych wszelakich korzeni i z poprzednich wieków obrostów, rozwalania tych wszelkich osadów, co to się zdążyły już uklepać i uleżeć. Co im dobrze tam było i serio chciały tylko i wyłącznie fermentować… i robić się w węgielki i bursztynki, czy coś tam innego. Coś jeszcze bardziej niesamowitego?

Problem z Wiedźmą Wroną Pożartą był taki, że lubiła małpa kopać! Nie grzebać, a rozgrzebywać, ryć w nosie, wiercić w uchu, a potem zwyczajnie szpila w boczek i szczypa w pępek! A nos w Pytajniki!

– Dlaczego Kapturek nie zjadła wilka?

– Czy Kopciuszki są smaczne?

– Gdzie rosną najlepsze Buty Siedmiomilowe?

– Jaki książę ma na stanie najlepsze buty?

– Ile księżniczek trzeba, by wkręcić żarówkę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Demon luster” – … bo po prostu nieśpiesznie, a jednak z jajem. Bo jakoś tak łagodnie, a jednak mocno… Bo sensacyjnie, a niechybi i wewnętrznie coś mnie tam ucapiło. Oj pewno, lustra w domu pobite i co jak co, ale ostatnie okno maluję białą farbką… żadnych odbić! Żadnych łap z liszajami! Nic z tego, się nie dam porwać. Choć może i już dałam?

Szamanka od umarlaków wraca. Wydawałoby się, że miałą zdawać egzaminy a i robotę mieć w magicznym interesie, a co się stało? No obietnica się stała, a dokładnie to nieśmiertelna przysięga się stała i trza się zmierzyć z Kusicielem. Ale jednak aby w ogóle myśleć o owym mierzeniu się trzeba rozwiązć co najmniej kilka zagadek, zapoznać się z całą gamą intrygujących nowych znajomych oraz… przestać tak strzelać dookoła owymi obsydianowymi ślepiami. No ludzie się boją!

„Szamanka od umarlaków” – pierwszy tom dylogii – znaczy na razie dylogii? – była fajna, ale jednak nie powaliła mnie na kolana. Czy miałam wątpliwości kupując tom drugi? Oj pewno, ale coś mi zię zdawało, że będzie lepiej i jest! Jest niesamowicie i klimatycznie. Z jednej strony nasz bohaterka powoli dochodzi do serca problemu, z drugiej… cóż, ona zwyczajnie nie nudzi. Chrupki też nie nudzi, znaczy jak mu tam Łamliwy? No i każdy z naszych bohaterów ma swoją historię, która się przed nami z radością otwiera… i jest jeszcze Skittles. Kocham kobietę! Wzór cnót wszelakich… znaczy chciałam powiedzieć ideał! I Tekla! Mój typ babci! Grzebie człek w owych zwłokach, bo serio nadzieję ma na takiego przodka!

Tak ogólnie? Jeżeli nie czytaliście „Szamanki od umarlaków” nie ma boja, spokojnie możecie sięgnąć po ten tom, bo autorka wprowadza w fabułę nie tylko z jajem, nie tylko pomysłowo, ale przede wszystkim jest niesamowita w łączeniu tego co było i co będzie. I co jest, choć tutaj najczęściej jest Pech! Choć wiadomo główną bohaterką jest Ida! Co to widzi zmarłych, no i ogólnie się od nich nie może uwolnić, co ma ją nicość pochłonąć jak Demona Luster nie ucapi, a i dodatkowo może jej się oberwać od pewnje Rudej jędzy. A tak poza tym Ida to mądre dziewcze jest, choć często dość gupkowate no wiecie, wiek taki, dusza na ramieniu, znaczy na ręce, znaczy dusze wszędzie!

W tej historii jest wszystko. Jest fantastycznie i sensacyjnie, jest i miłosny wątek, z przeszłości, oraz przyjaźń, jest walka o wszystko i o nic, jest niesamowicie i bardzo tak na ziemi. I jeszcze cudny dom jest, choć straszny i spadek, bo dobry spadek nie jest zły. A poza tym jest Wrocław. A to miasto zawsze fajnie wygląda na stronach… i opowieść jest przejmująco niesamowita. O poświęceniu i stworach z luster, o pragnieniach ludzkich i tym, co tak naprawdę mogą osiągnąć… o historiach tych, którzy kochali na zawsze, do końca i co z chęcią wybraliby się do piekieł, gdyby tylko mogli. Bo to jest opowieść, przy której się nie możecie nudzić. W którą się wsiąkał, co przesyca was dziwnym, fiołkowym aromatem i mami…

Wyspa się ociepliła po niecałym tygodniu milusiego mrozowania. A co za tym idzie wiater lekko zelżał i można się było na spacer wybrać! A nad morzem pięknie. Sopele zwisają sobie śnieżne. Łkają ową ciepłotą całą, owymi słonecznymi, dziwnie białymi, rozżarzonymi łzami z koniuszków… prosto w morskie fale. Zaskoczone tym, że wciąż jeszcze tutaj są, że żadna fala ich nie zmyła, nie przekształciła w fantazyjny kawałek lody z dziurkami niewiadomego przeznaczenia, do których brak kluczyków. Zresztą kto by w taką nieznajomą dziurkę wkładał?

Świat dookoła łka. Zdawało się, że śniegu jest niewiele, a jednak tyle nagle wody dookoła. Spod niej wmykają się znowu zielone pola i szczerzą się swoimi trawkami do stalowego nieboskłonu. Cóż, nie zdążył sie świat uśpić i zbrązowieć… zresztą tutaj na Wyspie rzadko co ktoś poza turyścizną w lecie brązowieje. Nawet oni jak już to najpier prosiaczkowieją, na różowo, a potem… cóż, wracają do siebie.

Chcę tego śniegu. Chcę żeby został i się rozmnożył. Żeby powiało, a potem zaszeleściło błękitem niebo. Ot tak, tylko dlatego, że ja tak chcę. Że marzą mi się śnieżne ruczaje, głusze zaspowe, owe pustynie w bieli. I Wyspa ośnieżona, taka jaką niewielu mogło widzieć. Obklejona, opluszona. Po prostu inna. Dziwnie atypowo bajeczna. Gdy wszystkie dziwy są normalnością, a zwykły Książę potworem z wielką mordą i zębiskami i wilkiem pomiędzy siekaczami. Tutaj światem władają Babcie, co to serio lubią jeść lub bałamucić Czerwone Kapturki, bo czemu nie? W końcu żyjemy w epoce wszelakiej poprawności politycznej, więc jeśli one tak mają, jeśli to ich natura i religia, to przecież każdy musi to zaakceptować, czyż nie?

Czyż nie? Dziwny ten świat?

Tak bardzo dziwny, dlatego potrzebuję śniegu. By go przykrył, zakrył, zatkał i zagłuszył. By świat zasypany przestał tak szaleć. Coby mu znowu zaczęło odbijać w bardziej intrygującą stronę? Na przykład niech drzewka sadzi, albo w końcu zacznie sprzątać po sobie i nie produkuje tyle szajsu? To takie proste… ot mówi się tylko NIE! Więc… zdawałoby się, dlaczego to takie trudne?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nos w Pytajniki… została wyłączona

Pan Tealight i Pomocna Dłoń…

„Dłoń pomocna, znaczy jak jej się chciało, bo trudno Wiedźmę Wronę, nawet jak myśli się tylko o jej częściach i to tych całkiem mało zapasowych… no zmuszać je i ją do czegokolwiek. Bynajmniej dłoń, zresztą ta druga też – ot siła natręctw i względnego pedantyzmu stosowanego – odziana była w szarą rękawiczkę. Lekko znoszoną. Nie żeby jakiś wypas, ot skarpeta na rączkę z okryciem na każdy palec, ale jednak ciepła trochę, ulubiona, z mocnym ściągaczem. Niestety na każdym palcu lekkie przetarcie, paznokcie zalotnie pragną kontaktu ze światem… Bo w końcu ile można wytrzymać w zamknięciu i kto tam wie jakie światy ktoś taki jak Wiedźma może w rzeczywistości skupiać w owej mrocznej żałobie?

Reszta Wiedźmy Wrony Pożartej udała się za ręką. Nie mogła inaczej, zwyczajnie była do niej bardzo przywiązana, przyczepiona, powiązana i ogólnie nierozłączna. Zresztą słyszała ten głos od dłuższego czasu. Przywołujący ją, błagający, obiecujący zbawienie, w końcu ogólnie, szczególnie niecierpliwie i wstydliwie grożący, aż w końcu sypiący obelgami i obietnicami ogólnych, całkowicie niepotrzebnych zmian w jej zewnętrznej i wewnętrznej strukturze… całkiem niefajnych. Dlatego w końcu wyszła z Chatki. Odziała się w co było pod ręką, w końcu musiała jakoś dać wyraz swojemu niezadowoleniu i ogólnemu protestowi przeciwko przymuszaniu! Założyła bluzę, w którą zmieścić się mogły podręczne pluszaki i powoli, kolebiąc się na zaspach i zmrożonych, podstępnie skrytych brizdach ziemi, potykając się o piórka i sypkie, piaskowe zawieje… szła. Dalej i dalej. Za głosem, za intuicyjnym kopem w dupę, za każdym razem przypominającym jej, że nerwy w tamtych okolicach nadal mają jej za złe próby uczynienia z nich sprężystych, twardych i ogólnikowo pożądanych współcześnie… Cóż, nawet jej zdarzało się okrutnie błądzić, sprzeciwiać się najwyższemu bóstwu – czyli ogólnie sobie – oraz nadmiernie zadufanie myśleć o tym, że mogłaby powiedzieć swojej osobowości NIE. Najlepiej wyśpiewać głośno, z przytupem i zestawem kilku orkiestr symfonicznych.

Mniejsza… Szła, szła i w końcu doszła. Każdemu należy się jakaś nagroda na końcu, czyż nie? A tam czekała na nią ONA. Niesamowicie szczupła i dostojna. Zaskakująco samotna, choć otoczoa gromadą wyznawców. Bujna w owych granicach bujność dopuszczających, związła i dziwnie… nieodpowiednia na tę porę roku. Pałka, która się wiatrom nie dała. Ani ptakom, ani robalom, a teraz nagle, choć śniegi ją opadły, postanowiła się na wiatr rozpuścić, rozmnożyc… więc potrzebowała dłoni pomocnej. Jakkolwiek pokrętnie, miejscami osobliwie obrzydliwie to brzmiało, tylko Wiedźma Wrona miała owe dłonie dwie, niewielkie i pieszczotliwe…

Gdy odeszła i Pałka i Wiedźma gnały je nasionka na piórkach. Niektóre zostały z matką, inne udały się za tą, która je uwolniła, wykorzystując ją za darmową podwózkę w miejsca im nieznane. Dlatego gdy wracała Wiedźma do Chatki pluła i dziabała się w oczy, bo wciąż owe piórka próbowały wleźć w nią… a co będzie dalej? Się obaczy na wiosnę. Jakby co, pałki wzrosną w Wiedźmie. Na wilgotnej podkładce z rozkosznej, drżącej literatury… sercem i duszą pulsującej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Magia złota” – … i wciąż zaskoczenie. Bo mimo iż opowieść o nastolatce, że wydawałoby się to ino marne fantasy, jak to mówią, że ino kolejna przygoda, na pewno wszystko tak jak zwykle, to jednak jej dojrzałość wynikająca z trudnego dzieciństwa bohaterki, a może własnej magii, owa jej wewnętrzna i zewnętrzna siła, by mówić NIE… zaskakuje!!! Cała opowieść trzyma się kupy, wciąga, oszałamia wspaniałymi bohaterami, wciąż się zmienia, ewoluuje. A te zwierzaki, magiczne elementy, które posypują je jak najlepsze brokatowe wietrzne burze – po prostu dodaje całej historii smaczku!

A opowieść jest wielka i mądra, intrygująca i niesamowita. O miłości, przywiązaniu, przyjaźni, rodzinie, którą się wybiera na ścieżce życia… o tym jak wiele sił trzeba, by utrzymać miasto w jednej kupie, jak miękcy mogą być ci, na których pragniemy się oprzeć i jak bardzo silni ci, których podejrzewaliśmy o zmienność. I do tego wykład na temat pieniądza… gdyby ktoś jeszcze się nad tym zastanawiał. A wszystko jak zwykle w przygodowej, lekkiej historii spisanej w formie pamiętnika. Ale nie durnej, małostkowej, ale głębokiej, przemyślanej, fantastycznej.

Można ja przeczytać w jeden wieczór, a potem z dziwnym niepokojem, niesamowicie niecierpliwie czekać na dalszy ciąg!

Objadłam się śniegiem, przycupnęłam na poboczu i tak się kulę miotana powiewami, które serio chcą mnie usunąć sobie z drogi. Pewno, że chcę zmagazynować w sobie zimno, nic na to nie poradzę żem uzależniona! Kocham je! Wolę od owego żaru lata, od wygrzewania kości starych na plaży… widać wiecie, każda potwora znajduje swojego amatora. Jeżeli chodzi o zimno, książki, miśki, magię i kamienie, to będę ja! Jeżeli chodzi o samotne sopele, zapomniane bałwany i dziwnie niepodobające się nikomu urocze cosie… to będę ja!!! I gdy chodzi o porzucone piórka, dziwne kształty codzienności oraz czas spędzany na popędzaniu myśli – to też ja!

Bo w końcu tyle tego na świecie, że nie może być tak, by każdy robił i lubił to samo! Po prostu horror vacui wymaga, by każdy zaciapany element na kanwie życia, ktoś zwyczajnie pokochał. Ja wybiorę te niekochane, nielubione, niechciane, te zwykle zamazywane, albo ścierane… i moja Wyspa też! Bo gdzie jak nie tutaj miałyby znaleźć swoje miejsce owe nietypowe elementy rzeczywistości. Bo przecież one muszą też istnieć by było i to co łatwe i zawsze piękne, dla wszystkich.

Wyspa zdaje się przyciągać dziwnych, nietuzinkowych, owych zaskakująco niesamowicie niedopasowanych. Może to jednak naprawdę azyl dla atypowych? Może poza sezonem zwyczajnie wszystko łagodnieje, by dobrze wytresować swoich mieszkańców, nasycić ich swoim spokojem, by przeżyli kolejny rok? A może tylko tak mi się wydaje? Szukam w tej wyspowej codzienności czegoś więcej, czegoś wyjaśniającego to całe piękno, zrzucane, tłoczące się, przenikające…

… bo ono jest na Wyspie na każdym kroku. Zamotane w pajęczynach, papierku, w kupie chaotycznie zadowolonego psa, czy owym podniebnym obsrańcu, który serio znowu we mnie celuje!!! W mewach, wronach i sikorkach, bażantach uganiających się po polach i namiętnie wyśpiewujących pieśni pod moim oknem, o nader zboczonych porach nocnych i porannych. W liściach, zapomnianych owocach i pałce nad stawem, która serio bardzo chce być obrana… w palcach Wiedźmy, która słysząc jej wołanie, leci, a potem nie zdaje sobie sprawy usilnie z tego, czym tak naprawdę stały się jej dłonie, siejące dookoła wigoci nowe pałki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomocna Dłoń… została wyłączona