Pan Tealight i Wiedźmia Celebryndza…

„Właściwie mówiła, że jej to nie interesuje. Że właściwie to ona seryjnie i na pewno niechętnie, a nawet z oporami dążącymi do skwapliwej destrukcji przeciwnika, jest przeciwna. Że w końcu nie po to się wiedźmia cielesność na mniejszym krańcu świata osadza, coby się w splendorze ludzkości, macankach i fotografowankach jakiś cudacznych pławić, żeby wciąż dbać o to co się ma na sobie, jak się wygląda, jakiś makijaż, włosy zawsze w tym samym miejscu… ale jednak. Czy to próżność, czy jednak z dawna tłamszona, niezaspokojona kobiecość? Pierun wie. Ale jakoś nikt do Pieruna po wiadomość ową nie pójdzie, więc na razie tylko może dyskretnie, śledząc wytapirowanego Ojblika i Pana Tealighta, sobie popatrzymy.

Poobserwujemy Wiedźmę Wronę Pożartą.

Idzie. Znaczy ogólnie tak się nazywa ową czynność, gdy stopy przemierzają płaszczyzny mniej lub bardziej skomplikowane. Aczkolwiek, czy powinna się tak chwiać, wciąż potykać, potem robić przysiady, kłaść się w trawie coby zdjęcia cykać? Pewno nie, ale kto to wie do końca co można wiedźmom? Bynajmniej mija kolejne metry, kolejne drzewa, kolejne błotniste przestrzenie. Wiatr ją obmacowywuje całkiem nie dbając o opinię publiczną. Nawet nie pieszczotliwie masakruje jej włosy, potem zwyczajnie wdziera się pod szalik, pod kaptury, które nigdy nie zostają na swoim miejscu, jakby same wiedziały gdzie i z kim chcą teraz się poocierać. Gałęzie zdają się kumulować w swoich fantazyjnych, koronkowych przestrzeniach. By tylko jej dotknąć, by chlastnąć po policzkach, by nakarmić ściółkę jej naskórkiem… zamyka oczy i idzie. Wie, że będzie bolało, ale stara się nie zwracać na to uwagi. Czuje jak maleńkie nasionka szepczącz, śpiewając, nucąc i gdybając… szybko i sprawnie zagłębiają się w kieszeniach i szwach jej bluzy. Pozwala na to… jakby mogła w ogóle zaprotestować?

Ech!

A jednak… wydaje się, że intryguje ją owo zainteresowanie drzew, krzewinek, ptaków, śmieci, piórek i duchów, wiatrów i powiewów mniejszych, gałązek i pniaczków. Kałuż i strumyczków, listowia i korzeni. Poddaje się tym szarpnięciom i muśnięciom. Jakby w rzeczywistości pożądała owego dziwnego zainteresowania. Tego dotykania, głaskania, owych małych śladów zainteresowania. Takie tam celebryctwo tych, co na żywych ludzi liczyć nie chcieli, nie mogli, a może zwyczajnie… może nie byli nigdy… może tak na prawdę nie są? Może przeszłość tymi swoimi zjełczałymi mackami jakoś tak naznaczyła przyszłość barierą nie do przebycia?

Idzie dalej. Grzęźnie w błocie, tapla się i nieprzyzwoicie brudzi. Wchłania w siebie całą istotę zmienności Wyspy, daje się prowadzić w miejsca, o których ona sama woli nie myśleć, nie pamiętać już… Jakby przyszła tutaj wysuszona, i dopiero po chwili znowu zaczynała żyć naprawdę. Jakby karmiła się nie tylko esencją, ale przede wszystkim owym zainteresowaniem. Pieszczeniem bolesnym. Zjednoczeniem wszystkich zmysłów. Śmiercią zimy i narodzinami zaklętymi w tym, co miało nastąpić.

Może tak naprawdę błąkała się bez sensu po tych lasach, bo chciała, by drzewa ją zauważyły. By zraniły, ale zarazem też uświadomiły jej prawdziwość istnienia? Jej własną bytność? Bryndza może… ale celebrycka!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „PLAY” – … a taka byłam no, raczej zniechęcona. Kolejna opowieść o miłości, młodych, co to zrobią wszystko pod naciskiem biologii życia… Pomyślałam sobie, że oj nie dla mnie, ale zaczęłam czytać. I wiecie co, może i nie dla mnie, może nie moja bajka, może nie mój czas, ale ta historia, sposób w jaki ją napisano, jak nakreślono bohaterów, jak cudownie oddano ową „męskę stronę” kochania… ujęła mnie i chyba nawet zaczarowała!!!

Bohaterowie są młodzi, połączeni więzami krwi, są braćmi. Leo i Aaron są też jednak doskonale różni. Jeden szalony, spragniony sławy, drugi znowu spokojny, zamknięty w sobie, ale i utalentowany. Miłość potrafi naprawdę zamieszać w ich życiu… na tyle, by im uświadomić co tak naprawdę jest w nim najważniejsze.

W pewnym sensie bałam się chyba owej „hiszpańskieh egzotyki”. Tej inności obecnych młodych i pozbawionych jeszcze hamulców. Ale mimo specyficznego, ostatnio obserwowanego wyzwolenia opowieści z tego rejonu ta… jest bardziej stonowana, lekko domowa, swojska. Urocza i zabawna, męska, inna. Dziwnie prawdziwa, chociaż opowiada o spełnieniu WIELKIEGO marzenia. Może dlatego, że nie pomija konsekwencji? Tutaj są one aż nazbyt DOROSŁE. Jeżeli coś zrobiłeś, musisz za to zapłacić. Ty, albo… ktoś, kogo kochasz!!! Ale najbardziej fascynuje w tej historii to, że napisana przez faceta opowiada o młodych mężczyznach. Takich, którzy wiedzą czego pragną i zrobią wszystko, a może i więcej by to osiągnąć…

… naprawdę polecam. Właśnie tym stojącym na owej krawędzi pomiędzy pełną dorosłością i buzującą młodością.

Wychodzę na zewnątrz. Stopami dotykam Wyspy, chociaż czasem, nawet pomimo kieszeni wypełnionych krzemieniami, wciąż skrzącymi iskry, zawsze w ruchu… wydaje się, że jednak góra i dół, ogólnie pojmowane, mieszają się miejscami. Moja głowa niezbyt lubi zagłębianie się w chmury. Jakoś ją ciągnie jak zwykle ku ziemi. Czasem wydaje się, że gdyby można… chodziłabym na rękach. Ale te iksowe łokcie serio tego nie ułatwiają. Więc idę i się kulę. Mocny wiatr serio uwielbia pomiatać czym się da. Jakby miał jakiś kompleks, czy coś? A może natręctwo? Chory może jesteś wiaterze? A może wiatry masz, lub też rozwolnienie powietrzne?

Nie odpowiada, ale nie oczekuję tego. Idę gdzie mnie prowadzi. Tak po prostu pozwalam się ciągnąć i pchać. Zbieram podawane mi patyczki, łapię rzucane szyszki. Ot tak, bo dają, więc biorę. Wącham każde drzewo, łykam kolejne powietrzne kule. Zdaje się, że powinnam się unosić, a jednak coraz bardziej ciążę ku ziemi. Jakbym miała się w nią zapaść, jakbym miała w niej zanurkować i płynąć, przedzierać się, mijając kamienie rozdzierać ziemię rękami… płynąć…

… płynąć.

Na Wyspie człowiek nie sprzeciwia się zewnętrzu. Jakoś tak nie warto, sił na sprzeciwianie nie ma, a i ogólnie robota to głupiego. Bo w końcu z bóstwem najwyższym walczyć się nie opłaca. I jeszcze z takim, co to potrafi się obrazić i łzy ronić takie wielkie i miny robić, że się serce samo kraje, chociaż kraje dość nierówno, a potem podaje na liściach sałaty z pachnącym dressingiem, srebrnymi sztućcami, na najwyższej metki tam porcelanie… i jeszcze ze świeżą sałatką.

Jakoś tak głupio się sprzeciwiać. Idzie się spać, gdy gaśnie światło, choć kury nie zmuszają, ani koguty pianiem nie dobijają. Gdy wieje, się cierpi, albo się oczyszcza, albo wiater do roboty zagania, albo za nas wszelkie liście pozmiata z trawnika… Albo albo? Gdy pada, cieszysz się, że podlewa i dokładnie suszysz gacie, gdy grzeje, po prostu się pocisz i nawadniasz co trzeba.

Ot tak, nie mówisz Wyspie: NIE.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.