„Gdy przybywał, zawsze zaskakiwał. Nie żeby wyłaniał się z ciemnej chmury, czy przy okazji odpalał perszinga, nie nic z tego. Przybywał cicho, ale zawsze zapowiedziany. Nie ciągnął za sobą natychmiastowych zgonów, nie potrzebował takiego pokłonu publiczności. Publiczność miał w końcu zawsze ze sobą… Nikt już nie zwracał uwagi na woreczki porozwieszane po całej jego powierzchni, subtelnych dźwięków ocierających się o siebie kości, pieszczotliwych gnatów szepczących do siebie wzajemnie świnstewka o szpiku i takich tam paliczkach.
Nawet nie haftem, skwapliwie zdobiącym ich wybrzuszone powierzchnie. Nawet nie kokardkami, które zdobiły frywolnie każdą z toreb.
Nawet nie duchami…
… upchniętymi ku owym nieznanym granicom niemożliwości. Ale właściwie tylko sobą samym. Woziduchówem. Choć tak gramatycznie, to Woziduchów do końca nie był pewien swej odmiany. Odmienności jednak tak. Raz był to paradny, kolorowy i przebiegle łatany odłam z cygańskiego taboru. Dźwięczący garnkami i patelniami, z zestawem chust i wstążek dla każdego. I z kartami. Raz zwykła furmanka, potem karoca, wóz drabiniasty szczelnie usianowiony, a potem dwa wagony kolei nader śmiałobieżnej, a nawet i dalekoskocznej. A dziś… a dziś przed zapłakanym nocnym deszczem Białym Domostwem pojawiła się śliczna, błyszcząca i świeżo lakierowana, z wymienionymi wszystkimi żaróweczkami… ciężarówka Coca-Coli.
Zwyczajnie kości po świecie się szwendają. Jakoś tak zwyczajnie i mniej zwyczajnie. O większości nikt już nie pamięta, a nawet ci, co pamiętają, to jednak nie do końca są zainteresowani ciągłą opieką nad ich duszami. Dlatego lepiej je oddać komuś, kto się nimi zajmie. Kto będzie im śpiewał kołysanki i dbał, żeby nadto na słońce i wilgoć się nie wystawiały. Kto pokaże im cały świat, o którym marzyły jeszcze siedząc w tym dziwnym człowieku, który zostawił sobie zwiedzanie i zabawę na stare lata… te wszystkie lata, których w końcu nie dożył.
Bo turystyka… to w końcu przemysł niesamowity!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Aparatus” – … a gdy kończę, to zawsze przypomina mi się dlaczego czytam. Po co. Właśnie by się oderwać od teraźniejszości, by czegoś się nauczyć, by lekturą zacząć też nową przygodę. By przypomnieć sobie przeszłość, rozrysować może i ową przyszłość niepewną. Andrzej Pilipiuk za każdym razem jest niesamowicie taki i cudownie jakiś!!!
Kolejna antologia opowiadań ze znanymi nam już bohaterami. Kolejna wyprawa w przeszłość znanych, w opowieści, o których słyszałam, legendy, które dawno temu naznaczyły moje dzieciństwo. Ponownie cudowna podróż. Wspaniali bohaterowie. Ot perełki, które powiązane w jedno tworzą obraz tęsknoty. Za innym światem. Za tajemnicami, za ową świadomością istnienia czegoś więcej…
Trzeba przyznać Pilipiukowi, że pomysł na stworzenie serii antologii z własnymi opowiadaniami zawsze opierającymi się na tych samych bohaterach: Skórzewski, Storm, Warszawa, carska Rosja, Wilno… historia miejsc powiązana z pojedynczymi żywotami wybucha przed czytelnikiem nie tylko opowieściami znajomymi, ale i tymi zaskakującymi. Przypominającymi dyskretnie do czego może zaprowadzić pasja. Ów wewnętrzny podszept, który zmusza nas do nauki, który mówi, iż powinniśmy wiedzieć, znać, dotknąć, zobaczyć, zasmakować… Że człowiek to coś więcej niż tylko osoba, która przed nami stoi… to przede wszystkim ów demiurg! Siła tworzenia! Wiara, miłość i nadzieja w to, że istnieją poza tym co widzimy owe sprawy prawdziwe tak samo choć nie aż tak… widzialne. Naprawdę niesamowite!
Rozlała się zima w ciepłą, wodnistą, kolejną niewiadomą porę roku. Ze śniegu pozostały tylko łzy. I nader podmokłe wszystko. Ciepło wygnało miły mrozek, wiatr ucichł. Czuję się naprawdę oszukana! I komu szkodziło to troszkę śniegu? Te mrozy niewielkie, a odświeżające naturę, owa puchowa kołderka na polach i łąkach, te skały ustrojone w soplowe kreacje? No komu? Co za menda straszliwa znowu magią swą uczyniła Nitowiosnęnitojesień?
Wszystko doprawdy w końcu zaczęło oddychać. Zimą. A teraz ponownie owa aura męcząca, ten Księżyc gigantyczny wglapiający się w okno, wstrętny podglądacz pederasta, czy coś w ten deseń. Kpiciel, mściciel i ogólnie mówiąc szpieg bez zer. Choć może Pan Twardowski miałby inne zdanie? Nie wiem, nie pytałam go… chyba się nie znamy. Choć jeżlei to on łyskał mi ostatnio światłem z niebiesiech mrocznych w okienko gdym zdejmowała moje niewymowne… to poznacie go po tym, że oślepł. A ostrzegałam łagodnie, coby w moją nagość swego kurde światła nie pchał? Ostrzegałam! Zresztą kto to widział, zboczeniec!!!
Bez śniegu owa powoli przemijająca dominacja nocy, zdaje się być bardziej… ekhm dominująca!!! Nic się na zewnątrz nie przewala, nic nie miga, nic nie skrada jakichkolwiek dostępnych promieni i nie przerabia ich na płatkową magię. Zaspy nie mają się czym karmić, nagle rozbłyskiwać całą swą tajemnicą, pewne, że dojrzy ją tylko i wyłącznie ów wybrany nieznany! Na większości domów już powyłączano świąteczne światełka. Gdzie niegdzie jeszcze tylko zdarza się migotać choinka. Widać podpisała dłuższą umowę, czy coś? Albo czeka na przyszły rok? Może składa się za przyciśnięciem jednego, dziwnego guziczka, więc można to zrobić w każdej chwili?
Trzymam naszą choinkę na trawniku. Znaczy ogólnie mówiąc w ziemi siedzi, więc raczej nigdzie nie łazi, choć nie powiem, że na pewno! Ubrana w światełka bezczelnie ma przywoływać śnieg. Bo tak. Bo na Yule go nie było i się taka oszukana czuję!!! Bo mi się kurna należy poprawnie politycznie, bo i czemu nie wykorzystać owych wrogich dziwnycb zapatrywań na świat? Bo tak!
… może jeszcze spadnie?




