Pan Tealight i Urwane Sny…

„Pan Tealight przemykający pomiędzy domami i drzewami, między uśpionymi uliczkami i ścieżkami, zamkniętymi kielichami kwiatów i całkiem wygaszonymi świeczkami, dziwnie uśpionymi latarniami… Cały taki dziwnie jednolity, w głębi swej kompletnej szarości cielesnej i czerniości płaszcza z głębokim kapturem… był niewidoczny. A może raczej i pora była taka, że głupio by było ją zarwać i podglądać, obserwować wnikliwie coś, co oko wykol, a i tak nie zobaczysz. Wydłub je, wystaw na zewnątrz, a zmrożone rankiem długo będziesz musiał rozgrzewać.

Ci co nockę zarwali zdążyli już wrócić do domów, opróżnić żołądki i usnąć, a ci, co zasnęli o bardziej przepisowej porze tkwili w środku koszmaru… mniejszego lub większego, bardziej lub mniej skomplikowanego, a czasem wprost komicznego lecz nie nam to oceniać. Ale on nie spał. On miał spotkanie z Panią Urwanych Snów. Mistrzynią Niedokończenia. Tą, co nie pozwalała zapomnieć, ale do końca życia zaszywała w każdym owo pytanie: a co by było dalej? Mistrzynią Wkurzenia. Tą, której siostrą była Zapominaczka… ta, któa zawsze wiedziała, że słowa mające na celu wspomóc zapamiętanie snu, znikną z twojej głowy, gdy tylko spojrzysz w okno, gdy ziewniesz, gdy chociaż nagle na chwilę przestaniesz o nich myśleć. Nawet jeżeli zapiszesz jakieś słowo, nauczony doświadczeniem… i tak nie będziesz pamiętał o co chodziło. I tylko czasem, w dziwnych chwilach swego istnienia podejdą do ciebie owe obrazy, ale nie będziesz potrafił ich połączyć… będziesz tylko czuł, że coś co zabrano…

Pani Urwanych Snów jak zwykle siedziała na niskim dębowym stołeczku przy piecyku. Piecyku, który nigdy nie zaznał ognia, ale za to wypchany był starymi szmatami. Jedną z nich, koronkowe majteczki w cukierkowym różu trzymała właśnie w dziwnie białych, szklistych dłoniach i drżącą ręką wypruwała z niej kolejne nitki… Znaczy drżącą i prawą i lewą… nie żeby miała trzy, albo odczepiała sobie… Klęłą przy tym niemożebnie, popisowo i raczej artystycznie i barokowo, wrzucając w to całą swą duszę i serce, ale na szczęście jak zwykle była sama. Sama poza swoją hodowlą miniaturowych, szkliście czarnych ślimaków, ale im to raczej nie przeszkadzało. Żyli ze sobą już od tak dawna, właściwie od początków świata, ale kto by tam wypominał… więc się przyzwyczaili. One gotowały swoją cuchnącą potrawkę z bliżej mało identyfikowalnych roślinek w sosiku z zagęstnikiem, a ona klęła i paliła swoją cuchnącą fajkę z czereśniowego drzewa. Z tego samego, które gdy się zawaliło spowodowało Pierwszy Koniec Świata.

Cóż, do wszystkiego z czasem można się przyzwyczaić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Stąpam po grubej, chwiejnej dziwnie poduszce z liści. Zdawałoby się, że powinny już zgnić, zniknąć… ale wciąż tutaj są. Jakby nie były w tym roku pewne, czy chcą w ogóle odejść. Jakby owe młoge, zieloniutkie pączki pojawiające się na ICH gałęziach… zdawały się wrednymi uzurpatorami. Ot zwyczajowe konflikty pokoleń. A i sprawa zimy, która nie pozwoliła roślinkom wyśnić sobie umierania…

… bo umieranie trzeba wyśnić. Oswoić je jakoś. Ów dziwny, pierwotny, znajomy każdemu strach okiełznać, wsadzić do sporej klatki wysadzanej pstrokatymi, wybujałymi w swym ego diamencikami i zdobionej brokatem i chwościkami… A potem odziać go jeszcze w dziwaczny strój, śmiesznie prześmieszny, gacie koronkowe i szlafmycę… a potem spojrzeć na to ponownie i już się nie śmiać. Już uznać to za kolejny etap, jakąś przygodę, co do której nie mamy żadnej pewności… poza tą, że ona na każdego z nas czeka i biletów nie trzeba rezerować.

Spacerując pomiędzy kurhanami, brodząc w owej gęstej liściastej zupie, pomiędzy nagimi drzewami, srebrzystymi pniami… potykając się o resztki omszone, lądując dupskiem w bagienku umiejętnie zakrytym cieniutką warstwą złośliwej szeleszczości… No jakoś tak mi dobrze. Szepczą umarlaki, wbrew temu, co się innym może wydawać, nawet jak są w proszku, to gadają. Jakoś widać taka zwykłe urna ma dobrą akustykę, czy coś? Nie wiem, sprawdzę? Oj nie… ja chcę po prostu polecieć! Rozsypać się w proszek i polecieć. Tak by zawsze latać nad Wyspą. By być w mgłach i chmurach, w deszczu i gradzie, w wietrze i burzy, w Wiośnie, Lecie, Jesieni i Zimowej Zawiejce…

Po prostu. Bo jakoś tak nie chcę do końca odchodzić. Chcę zostać z kurhanami i krzemykami, z kamieniami i drzewami, wciąż kąpać się w owej przeszłości, w starości akceptowalnej z łatwością, przebywającej w rzeczywistości… w owych ruinach i zapomnieniu, w legendach i tym, co zarosło… w owych kamiennych rytach, wciąż nieodnalezionych, w tym wszystkim. Taki tam recycling i w ogóle. Żadne powolne rozkładanie, żadne zamknięcie trumny. Po prostu zwyczajnie, ale elegancko rozsypać się i polecieć.

A potem wrócić i zznowu polecieć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Urwane Sny… została wyłączona

Pan Tealight i Swędzące Patyczki…

„Pajączek Rzężączek miał czkawkę. A że na taką czkawkę jakiej on się na owej wietrznej pajęczynce, oj o wiele wiele wiele więcej niż kawalerskie powiem, nie surowe M1 z garażem i basenem pod rynną, nabawił pomagała ino woda z dolnego, wartkiego, lekko już morskiego i solonego biegu Znajomej Rzeczki… więc udał się w drogę. By nie czkać więcej. Oczywista najpierw uplótł sobie intrygujące wdzianko z otworkami, coby w świat taki nie iść gołodupcem… w końcu tutaj narzeczona wisieć może na każdym rogu i pod każdym okapem… Potem dołożył do tego spadochron haftowany w śnieżynki, poczekał chwilę na odpowiedni wiaterek, wybrał linię z ulgą 50% i już…

… i wieje…

Podróż trwała krótko, ot dwie i pół sandwicza z muszką bez skrzydełek, bo wiadomo mania odchudzania i w pajączkowym świecie, a już jest na miejscu. Lekko opada na zgarbioną wierzbę wpatrzoną w morze i osuwa się do rzeki. Jest tak blisko morza, że czuje na włoskach słone powiewy, ale czkawka męczy, więc łyk jeden z małego żółtego listka i drugi łyk, potem przebieżka po piasku, turlanko i jeszcze łyk. I po wszystkiemu! Zdrowy i nieczkający pajączek rozgląda się… a tam coś ciemnieje wielkiego na plaży. Dziwnie drży, porusza się czasem, ale w większości niczym wielki wieloryb z baśni straszących pajączki w jajeczkach przy maminych odwłokach… Ciekawość może u pajączków też ma śmiertelny wymiar, ale w końcu to jakby wakacje dla Rzężączka, więc powoli na niewielkiej lotni podlatuje do owego plażowego bytu. I nie rozpoznaje go, chociaż prawdę mówiąc jest oczytanyn pajączkiem. Owa czarność ma cztery odnóża, które dziwnie łapczywie zagarniają do siebie zwykłe morskie patyczki… te same, których rechot, bo zawsze swędzą je kamyczki piasku, wdzierają się w dziureczki po gryzakach, tak mu przeszkadzał w dzieciństwie. Oj pamiętne dni, kiedy jeszcze jako jajo uczono go o ich wstydliwych chorobach, o przywarach i cnór braku. Patyczki – pajączek spluwa z odrazą, a potem wraca do wierzby, pakuje się i do domu… Po drodze spotka panią swego życia, która jednak po trzeciej ciąży odgryzie mu łeb i tyle z małżeńskiego szaleństwa, ale on o tym nie wiem i się nie dowie, znacy do czasu wiadomego się przecież nie dowie, więc żyć będzie w łagodnej, szczęśliwej nieświadomości…

… bo czemu nie!

A że Wiedźma Wrona Pożart dobrze gilgocze, łachocze i ogólnie pozbawia męczącej powłoczki Patyczki Swędzące, tosz przecież wcale nie jest tajemnica! Znaczy nie do dziś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plaże nadal puste poza kilkoma, wiadomo zmuszonymi do załatwiania się po zawietrznej psiakami. Ale w końcu nie szukam ludzi… bo i po co oni. Tuaj lepiej wpatrzyć się w to, co inni uznają za nicość zapomniawszy czasy dzieciństwa. Kamyczki i patyczki, skarby wielce falami wylizane. Przetrawione przez słoność i słoneczność, wypodróżowane w prawo i w lewo, a i na wskroś też. Cudowne. O kształtach takich, że trudno uwierzyć, że to nie rzeźby, że dla większości to śmieci, nic takiego, nie skarby ani nie kości… nie zapomniane, a wciąż poszukiwane legendami tajemne cząstki bereł, rzeźb bez nich nieskorych do wypowiedzenia słowa czy ruchu zaznania…

Aż człek nie wie, czy czołgać się, czy jednak zachować pozory spacerowania? Może udać, że coś się zgubiło, że tak naprawdę nie chodzi o te, na które inni nawet nie spoglądają. No chyba, że wysikanemu czworonogowi coś trzeba w otchłanie rzucić, coby się wybiegał, w domu potem nie jęczał… A co tam, nie będę udawać kogoś innego, kogoś dziwnością nie ukrzywdzonego… znaczy tam naznaczonego. Bo i jaki w tym cel? Moja to plaża w tej chwili, moje królestwo i mój czas i moi poddani…

Kochane patyczki połączone w dziwnym tańcu. Jakby pragnęły usilnie narobić nowych patyczków, ale jakoś im nie wychodzi. Może i układ planet nie ten, a może zwyczajnie otworki piaskiem zaszły, zatkały się kraniki? Ale co ja mam na to poradzić? Tosz nieznajomam w rozrodzie patyczków! I czy nie miały robić tego w wodzie, tosz ja gołą ręką je dotykam! Dotykam i głaszczę. Macam obrzydliwie zachłannie szukając dotykiem kształtów dziwnych, innych, najbardziej zaskakujących, najbardziej mamiących, perfekcyjnie wypolerowanych, gładkich niczym owo wstydliwe i owo wyłącznie co szeptane… myślami.

Czy naprawdę obchodzi mnie co robią? Biorę te, które chcą ze mną pójść, które po prostu kleją się do dłoni, muskają skórę, chwytają frędzle szalika. Zwyczajnie złaknione czegoś innego, a może czegoś raczej zaskakująco nudnego? Chcące być czyconymi, na postumencikach, dyndającymi u szyi, tudzież zamotanymi w skrzydła całkiem ukoślawionego amuletu…

… biorę je do Chatki, a potem nocą udaję, że ich nie słyszę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Swędzące Patyczki… została wyłączona

Pan Tealight i Zwyczajny Dzień…

„Obiecała Pani Wyspy w końcu Zwyczajny Dzień. Taki bez niespodzianek, co to najczęściej więżą i poją trucizną, leją uznając to za przewortną gimnastykę ku ogólnej zdrowotności, by potem urządzić sobie ze wciąż dychających zwłok trampolinę, piniatę i ogólną lakukaraczę! Bo serio, ale nudy to jakoś od dawno Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie zaznała. Owej smętnej codzienności, gdy oczekuje się ino na to, co ma być, na to co znajome i nic poza tym… bo wszystko, co nieznajome, to szczerze straszny strach!

Dlatego Pan Tealight z wyposażeniem swego życia, oraz Wiedźmą Wroną Pożartą i Chochelem wybrali się na wycieczkę. Rozsiedli się na Plaży Duszy i trzymając Wiedźmę na smyczy, coby za bardzo się nie zamoczyła, a i by przypilnować jej wiekuiście odkryte plecy, których serio bały się i portki i koszulka, no i oczywiście, by nikt jej nie porwał, jak to Chowaniec się obawiał… chociaż serio Chochel to się z tego zawsze śmiał. Jakimż zboczeńcem, wariatem i ogólnym degeneratem w swoim gatunku i poza nim musiaby być ów wiedźmokidnaper!??

Zresztą smycz była niebieska, więc nikt nie protestował. Wszystko co niebieskie, w odpowiednim oczywista odcieniu jest akceptowalne i zawsze piękne!!! Wiedźma Wrona spokojnie oblizywała kamienie, zbierając do koszulki te najbardziej się do niej lepiące, Ojeblik – mała, ucięta główka – jak zwykle zmoczyła głowę i trzeba ją było suszyć, a reszta, no cóż. Zabawy akwatyczne były ograniczone wciąż zimną aurą, ale większości to nie powstrzymywało. Przecież kiedy oni znowu dostaną całą plążę dla siebie, trzeba korzystać! Nie ma wyjścia. Kąpać się kiedy jest i woda, i miejsce, i mało obserwujących, którzy mogliby nie zrozumieć pewnych bąbelków, tudzież niektóre dźwięki uznać za nadzwyczajnie nadmiernie…

… ech no wiecie, nietypowe!

Wiedźmy z Pieca urządziły sobie pralnie i spa, oczywista mieszając bąbelki i piorąc co tylko się dało… unieść, lub spławić rzeczką, a potem doturlać na miejsce. Smok z Komina zaś pozbywał się zimowych, niechcianych nader, gości oraz upławów z nosa i grzybków z ogona – będą w weki w sosie octowym z krokusami. No i w końcu każdy miał zamiara doprowadzić się do ogólnopojmowanej wiosennej odrodczości. Bo przecież może niepotrzebni, ale dumę swą mają!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Golem i dżin” – … się człowiek nastawi. No bo jak się nie natawić, jeśli opowieść ma być o golemie. Stworzeniu z gliny, a jednak istocie. I o dżinie. Ognistym, spełniającym marzenia osobniku. Ileż to nadziei miałam, jakiej przygody oczekiwałam, niesamowitości… a co dostałam?

Eeeech…

… no bo kurcze nie wiem już, czy jestem taka wrednie wymagająca, czy co? Ale owe płytkie, dziwne osobowości, sztampowe zagrania, ciągłe skoki w boki… nie przekonują mnie. I nawet nie chodzi o to, że dzieje się tutaj nic… serio nic przez długi, długi, długi czas… a potem trochę mniej nic się dzieje… Raczej sam pomysł, by owe cudowne byty wprowadzić do buzujących Stanów Zjednoczonych, owego tygla kultur, powinien powalić wszystko na ręce, nogi, na kolana i rzęsy. A nic się nie dzieje. Znaczy ze mną, z owym cielęcymi oczami wpatrzonym czytelnikiem. Może to sprawa słów? Może owej niespójności w opisach, dziwnego braku duszy w całej powieści? A może… może po prostu wszystko rozwinie się później? Nie wiem, a i raczej się nie dowiem. Nie chcę wracać do tego świata, dobija mnie nuda! Owe wariacje chronologiczne wcale mnie nie intrygują, ale raczej denerwują swoją powtarzalnością. Zdawać by się mogło, że dżin poznał więcej świata… a tu nuda. Za to golem nowiutki, pewno miłość będzie… no i wiecie, raczej spokojnie można się domyślić co będzie… a tego też nie lubię.

Golemka i Dżin niech sobie tam się kochają… ja poszukam dla siebie raczej innych bohaterów.

Przeżuwam na plaży kamienie. Zdawać by się mogło, że nie mają smaku, a jednak… najpierw coś mniej wegetariańskiego, jakieś wapienne i zagubione, jakieś szczątki, odciski pradawnych bytów, opowieści o lodzie i ogniu, o buzowaniu tworzenia i zamarzaniu stałości. Te czerwone, rubinowe, smakują winogronami, a tamte szkliste, kryształowe i mleczne przyominają mi jabłka z ciocinej jabłoni, wspomnienie dzieciństwa. Takiej, jakich już chyba na świecie nie ma. Są fioletowe kamienie, co pachną jak gumki z czasów szkolnych, oraz te grafitowe, dziwnie dymiące. I są oczywiście szkliste krzemienie, zamknięte w korze, często przypieczonej…

… te zawsze tak bardzo pchają się ku słońcu. Niczym ziemniaczki w ognisku, co to postanowiły zachwycić wszystkich swoją wypieczoną skórką. Bez sensu zdaje się pożeranie kamyków na plaży, tom nie kura przecież, coby mi żołądek na skałę smaka miał, a jednak tak jakoś na tej diecie mi lżej. Jakby w rzeczywistości całą dietetyczną tabelkę kamyczki miały wypisaną opowieściami. O światach, z których przybyły, nagle rzucone falą w Wyspę, oj boleśnie, o wędrówce po dnie, albo ciągłym przesuwaniu się pomiędzy rybiastymi plemionami… o skarbach, o które się otarły, tajemnicach, których wciąż są elementami…

I po kiego walenia łazić na zakupy się pytam? Leżę na zimnych głazach, nie twierdzę, że wygodnie sobie leżę, bo wcale tak nie jest, ale za to różnorodnie. Sięgam ręką i znajduję kamień, który należy do plemienia Krwi i Traw. Ten pamiętający brodatych Wikingów, którzy zmęczeni, poranieni, ostatkiem sił dobili do Wyspy. To tutaj wielu z nich już zostało, a może i wszyscy… nie wiem, bo nie poznałam tej historii do końca… może tylko jeszcze nie? To tutaj znaleźli swój przejściowy raj. Trawy osuszyły im rany i łzy ukradkiem ocierane. W ziemię wsiąknęły marzenia, które zmiażdżył nowy bóg. Biały Pan, którego do końca nie zrozumieli poddani Odyna. To tutaj postanowili, że nigdy się nie poddadzą innemu myśleniu…

… czy pozostali wierni przysiędze? A któż to wie. Może i lepiej, by prawda nie ujrzała świata? Legendy nie powinny mieć zakończeń, nawet jeśli zdają się one być pozytywne. Jakoś tak wtedy owe opowieści umierają. Jakby naprawdę wypełnił się sen Losu i nic już nie pozostało. A przecież historie chcą żyć wciąż i wciąż. Może i od nowa pleść swoje tkaniny zdarzeń? Może spruć kilka wątków? Może dodać koloru, zmienić wełnę, dorzucić kilka materiałów dla zmiany faktury?

A kamienie wciąż noszą w sobie legendy. Te wieczne i te prawdziwe, które nigdy nie zaakceptowały swoich zakończeń, więc sięgam po kolejny kamień. Po krzemień, który tyle razy budził sobą ogień…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zwyczajny Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Gizelda Frykas…

„Gizelda Frykas miała wszystko. Posiadała wszystko! A owa cała, pojemna, grubaśna, radosna i cokolwiek dumna z siebie wszystkość miała oczywiście ją, Gizeldę. Zawierała się w niej i pięknie prosperująca firma ciastkarska, tucząca się sama wspbnie już na własny widok, cudowną przyszłość płożącą się na horyzoncie linią grubą, falistą, w pastelach… miała figurę niesamowitą, włosy wyłącznie na głowie i to w owym najwłaściwszym miejscu, i oczy co to wystawiały każdego na pokuszenie i łamały wszelkie przykazania. Miała absztyfikantów poprawiających jej humor, na każdym kroku, serenady pod oknem… truskawki i poziomki w śmietanie. Miała i rodzinę, która uprzejmie nie stawała jej na drodze, ale wypełniała rokazy…

Miło z ich strony!

No nawet cellulit jej zniknął z ud, więc serio powodów do narzekań nie miała. A jednak Gizelda Gryzelda Frykas, znaczy się Gryza – Gryzka dla przyjaciół… miała pragnienie, marzenie, życzenie. I wciąż śniła ową dziwną tęsknotę w sobie, tęsknotę za czymś jakże nieuchwytnym, niemożliwym, nawet dla niej, choć zdawało się, iż nie ma bóstwa, które by jej nie sprzyjało…

A jednak to jej pragnienie, może przez to, iż takie niesprecyzowane, że to tylko tchnienie… wciąż w niej dojrzewało.

Zniszczony dmuchawiec, nasionka wirujące na wiatr, ptaki przestraszone, na wszelki wypadek wzbijające się w przestworza, myśli i oddechy, marzenia i uczucia… dym, mgła, ulotne, niczego z tego ułapić się nie da… Ot by w końcu być! Żywą… a nie ino senną ułudą, marą… choć nie paskudą!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Nomen omen” – … czyli takie ot „długowyczekiwane”. Bo wiecie, niektórzy autorzy to idą na jakość, nie na ilość. Znaczy poganiasz takiego batogiem, straszysz zamknięciem lodówki, odebraniem napojów wyskokowych, gier wszelakich i książek… a oni wciąż nic! Marta Kisiel-Małecka to POTWORA jest!!! Straszna na dodatek!!! Po prostu OKRUTNA…

A recenzja? A będzie TUTAJ!!!

Wydawałoby się, że Wyspa jest mała. Ot właściwie niewielka. Ot okruszek piękna na morzu, co to w sobie ma i wraki i bomby, a i wszelkiego innego ohydnego śmiecia moc całą. A jednak… a jednak można tutaj żyć, złazić ją stopami we wszelkie strony poszerzone i podłużone i wciąż jej nie znać. Bo musiałbyś chyba w każdej roku porze, każdej dnia porze, zależnej jeszcze dodatkowo od aury… być w każdym miejscu jednocześnie, by ją poznać. A i tak nie byłoby to wszystko, bo w końcu aura każdego z mieszkańców też oddziaływuje na Wyspę. Na nasze postrzeganie. Na to, jak blisko podejdą ptaki, jak pogłaskają cię liście i czy akurat nie zajdzie ci drogi wielki korzeń, cobyś w końcu pozwolił ząbkom troszkę ziemi prosto z Wyspy zjeść…

Nie nudzę się. Wprost przeciwnie, raczej ogarnia mnie panika, że nie zdążę. Nie zobaczę wszystkiego. Każdego możliwego kształtu konara, każdego koloru nieba czy wody i każdej kropli filuternie uformowanej na pniu. Nie dotknę każdego rodzaju mchu, z gatunku tych najbardziej ugrzeszonych, co to peniskami podłoże znaczą, tudzież owych, co wyglądają jak maleńkie drzewka. Jakby w rzeczywistości ów podziemny ludek był znacznie mniejszy, niż mi się wydaje. I oczywiście moim trollom na strychu…

… bo one nic nie wiedzą, albo nie mówią…

Czasem zdaje się niemożliwym to, co widzę. A czasem wydaje mi się, że niemożliwe to tylko to, co mi wpojono, a naturalna dzikość Wyspy jest zwyczajnie, nawet miejscami nudnie, no normalna! Bo przecież ona nie udziwnia. Po prostu pozwala, by wszystko rosło, jak się komu podoba. W jaką kto chce stronę. Jak chcesz być leśną tancerką, proszę cię bardzo, a drzewkuj się niczym baletnica. Konary do góry, powykrzywiane, niczym ręce strające się układem powiedzieć nam więcej, wydrzeć sekrety, które zdolne byłyby… ale czy potrzeba nam rozwiązania tajemnic?

Wyspa jest fascynującą i piękną tajemnicą. I czasem mi się wydaje, że wiedza nazbyt mi ciąży. Że lepiej byłoby po prostu ją czcić, nie pytać, nie dociekać, po prostu wierzyć i ufać i oddychać… Czy nawet „niepragnąć”? Czy to możliwe? W owym postrzeganiu osobnika, jako tego, który zawsze chce nowego, który chce czekać na nowe, który bez nadziei na nowe nie umie rano obudzić się ze snu…

… ale w śnie też jest Wyspa, więc, czy mam wybór?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gizelda Frykas… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Spadamwodą…

„Wiedźma Wrona Pożarta odrzuciła kneblującą jej ruchy skorupę, w końcu podniosła się na dobre i ruszyła. Był na Wyspie On, Ten, którego wciąż jeszcze nie poznała. I choć dobrze wiedziała jak brzmi jego serce, w jaki sposób potrafi rzeźbić świat, jak podporządkowuje sobie wszystko, co najtwardsze… jakoś nigdy jeszcze się nie spotkali. Jakoś… ale w końcu ona podjęła decyzję, a on nie zaprzeczył, nie rzucił kłód, a te miał rzucone i nieposprzątane, zwyczajnie trochę tylko przesunął, tutaj nagarnął liści, tamte śmieci olał, w końcu jest dzielnym lodowcowym mężem, więc nie będzie się stroił we wstążeczki i tasiemki.

Zawołał ją… a ona przyszła.

Szła powoli, potykając się, jak to miała w zwyczaju. Nieznajomą drogę do Niego po raz pierwszy dokładnie macając. Bojąc się wysokości, wąskości i wszelkich poszumów… górą wrzeszczały na nią wszelakie latające, rozpościerające się już wiosennie i miłośnie na gałęziach. Dołem otaczała ją szumiąca woda. Po prawej spływała ze skał cienkimi i głębszymi strumyczkami, po lewej wymijając elfów poduszeczki, kamienne, mocno namszone otoczaki, rzeką rozpuszczała swoje włosy.

Ścieżka była kręta i wilgotna. To prowadziła stromo w górę, to nagle płasko leżąc pozwalała odpocząć. A potem znowu w dół i w górę. Jego odgłos ją prowadził, ale nie wiedziała czego się ma spodziewać. Dlatego, by rozproszyć Strach, który zawsze jej towarzyszył, by jakoś go związać, spowolnić, by po prostu na chwilę się zagubił… Wyspa miłosiernie przywołała dla swojej Wiedźmy mgłę. Otuliła ją, oblepiła i zmacała. Wdarła się do zewnętrzności i wnętrzności. Pomoczyła lekko strony i okładki, ale nie przesadzała. Wiedziała, czego się od niej wymaga, o co poproszono. Gdy tylko jeden krok rozdzierał mglistą zasłonę, gdy tylko cząsteczki mgielne rozrywały się i umykały w korony drzew, z tyłu buzowały już owe, młode i chętne do pracy. Gdy machnięcie dłoni rozerwało nici pajęczych pomocnic, zaraz je sklejano. A jednak… Strach nie odchodził daleko.

Nigdy nie odchodził przecież.

Dźwięk narastał… Kilka śliskich kamieni, dwa przytulone drzewa, schodzi jak zawsze za wysokie dla jej krókich nóg. I jest. On. Wielki, największy. Starzec Lodowcowy… z wielkim, kulistym nosem, spod którego spływają niczym wąsy dwie wodne, spienione linie. Na właściwie łysej czaszce gdzieniegdzie zieleni się soczysty mech, schodząc gęsto na policzki, skrywając oczy i uszy. Ale choć skrywa je, to jednak Wiedźma Wrona wie, że słyszy ją i szepcze do niej. I widzi… Widzi poza nią i w niej, obok i dookoła, widzi wstydliwe kłamstwa i niewygodne prawdy.

Jest piękny. Skończenie, a jednak w pełni trwającej zmienności. Z porostającym go po bokach niejednolitym lasem. Tutaj same tuje, modrzewie, świerki, a tam graby… jakby Paczłorkowe Lasy Wyspy nie chciały się ograniczać, a może tylko nie chciały się zdecydować na jedno? Tam w górze zagubiona budka lęgowa, czeka na swoją zawsze zakochaną, ćwierkającą parę, a w dole płyną ofiarowane orzechy i słodycze… Bo w końcu jak gdzieś idziesz, to zawsze przynosisz prezent! I ona mu też przyniosła. Wiedząc co lubi, dziwnie od zawsze wiedząc.

Składając życzenia, chociaż niewypowiadając ich… bo i po co?

Są w końcu przedwieczne rzeczy, które nie potrzebują nawet wiedźmiego krakania…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „W ofierze Molochowi” – … i opowieść się toczy. O chciwości. Człowieczeństwie, które wyzbyło się wszelkich własnych cech… ale w imię czego? Sławy? Zemsty? Miłości? A może jednak tylko bogactwa? Może tak naprawdę większość z nas w ciągłej pogoni za kasą, mszczącymi się za to, że ktoś ma, a oni nie…zapomina o wszystkim. A może wtłacza w siebie tylko nicość?

Tym razem znanej nam bohaterskiej prawniczce przyjdzie się zmierzyć z najprawdziwszym złem. Takim, które jest zdolne poświęcić każdego i wszystko, by osiągnąć cel. Dosłownie przejść po trupach do celu! A wszystko jak zwykle w cudownych okolicznościach przyrody pośród znanych nam bohaterów. Malownicza Kiruna staje się tłem dla brutanego morderstwa, oraz bólu tego, który pozostaje. Małego chłopca, którego porzucili już wszyscy. Który nikomu nie ufa, poza dziwnym policjantem, treserem psów. Rebeka, oraz mężczyzna o spalonej twarzy przejść będą musieli wiele piekieł, by odnaleźć się nawzajem… może nawet w trójkę?

Jest w tej ostatniej powieści Larsson jakaś liryczność. Troskliwość o owych poranionych, bunt przeciwko historiom, które kończą się źle. Samo śledztwo, chociaż szalenie interesujące, przewrotne i zaskakujące, jednak zdaje się blednąć przy czymś, co rodzi się pomiędzy tymi pokrzywdzonymi przez los. Zmaltretowanymi ciałami i duszami. Ludźmi, którzy tak bardzo pragną w końcu spokoju i miłości… Jest w tej historii owa subtelna psychologiczna gra, cudowne pokazanie osobowości, ludzi nietuzinkowych, żyć, które często miały pod górę. Jest i zbrodnia, która przeraża bardziej niż inne, bo uderza w owych najbardziej niewinnych…

… i jest w tej opowieści jakieś piękno, oczekiwanie i baśniowość… delikatność, której byśmy się nie spodziewali.

Pokryła się Wyspa mgłą. Jakby nagle przypomniały się jej dziewicze chwile z czasów, gdy Iskra upadła na ową bulbającą, mroczną pierwotną zupę, gdy pojawiło się Marzenie i Pragnienie… Może i rzeczywiście raz do roku, albo i pięć, jakoś tak się jej przypomina jak to było kiedyś, jak bardzo kochała i że tak naprawdę, nigdy nie przestała. Może, gdy kochała po raz pierwszy? Może był to ten dziwny czas owej pierwszej, najdziwniejszej miłości, który jest w stanie tylko czuć gdzieś w swoich korzeniach, tam gdzie drzemie Smok, a nie pamiętać tak naprawdę?

Mgły kłębią się jak szalone. Wydaje się, że rodzą się z ziemistych, świeżo rozoranych pól, które zdają się falowa owymi bruzdami i śladami opon. A może to tylko owe podziemne tajemnice w końcu zdecydowały się by nagotować bigosu ze świeżych mleczy i stokrotek, a przy okazji nagrzać wody na pranie, i w końcu wypędzić zeszłoroczność ze wciąż tchnących snami pościeli i posłań? Albo też Smok Wyspy wydalił pierwsze jaja, a te dymią jak najęte, niezbyt zadowolone z tego, że musiały opuścić miękkie i jakże intrygujące smocze ciało?

Jakże można się im dziwić?

Idziesz i przecinasz sobą ową całą mgielność. Ciężką, ale nie nazbyt wilgotną, jakby owa kropelkowość miała całkiem coś innego do roboty. Głupio tak zmuszać ową spokojność, dziwną opiekuńczość natury, która w ciągu zajęła się człowiekiem. Odcina go od innych, od problemów, światów nazbyt pokręconych, od owych niewygodnych butów, fiszbin i haftek, co się zawsze zrywają i dźgają człowieka w żebro. Od wysokich obcasów, silikonów, pustych, plastikowych twarzy, które tylko i wyłącznie za cel swój mają wszelką urodną nieruchomość… nie oddychać, nie pierdzieć, nie śmiać się. Nie mieć uczuć, nie cieszyć się, nie pocić.

Przecinam mgielność, a może to ona tylko na chwilę się rozstępuje? Tak na moment, pewna, że zaraz sobie ze mną poradzi. Zmyli moje i tak wadliwe zmysły i poprowadzi w niebyt tożsamości. Bo czemu nie? Przecież może! Może wszystko! Zatrze moje ślady, zwyczajnie rozmyje kształty i kolory. Pozwoli zniknąć tak na zawsze, do końca, tylko na chwilę, a może i na zawsze…

… bo może!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Spadamwodą… została wyłączona

Pan Tealight i Pokkers, Fandens i Tojfel…

„Wiedźma Wrona Pożarta, w nader niestosownej pozycji, z tyłkiem wysoko w górze, dziwnie przekonana, że całkiem, a całkiem, całkiem się znaczy go nie widać poprzez splątane krzaki jeżyn i malin… a owe krzaki radośnie pocierając do błysku swoje kolce już się szykowały, żeby…

Mniejsza o przyszłość. Wyżej wspomniana zajmowała się całkiem dziwną i mało typową jak dla niej okolicznością przyrody, którą było trzech niskich, nagich i wysoce wrażliwie dla innych oczu, owsłosionych mężczyzn. Z małymi srebrnymi kopytkami – aczkolwiek zawsze mógł to byc celofan, czy szklany bucik, a może i papierek od czekoladki – krótkimi, dziwnie króliczymi puchatymi ogonkami w ostrym różu i miękkich czerwieniach, oraz niepokojąco zagadkowymi, mocno osadzonymi na oczy, futrzanymi czapami zdobionymi kolorowymi piórkami… Nawet w okolicznościach łączki przez rzeczce przy Białym Domostwie, dość w sobie już dziwnej, o nader selektywnej roślinności i zboczeniu w stronę puchatych traw… ci trzej mężczyźni byli dziwni!!!

Gdy czajnik przenośny, o słodkim imieniu Świrek, radośnie pufnął parą i dumnie pyknął, potarł gołą stopą o drugą odzianą w dziurawą skarpetkę w szkocką kratkę, Wiedźma Wrona dostała swój przepisowy kubek zielonej herbaty z kwiatem jaśminu, który ją uspokajał i dalej prowadziła swoje szpiegowskie działania. Tylko czy to ona tak naprawdę obserowała?

Czy też obserwował ją samą ktoś?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Kości księżyca” – … opowieści w opowieściach. Skąpane symboliczności, przenośnie, domyślności i cała masa obrazów, które dopiero pod koniec spalatają się w jedną tkaninę. Bo chociaż życie zdaje się być proste i całkiem mało niesamowite, to jednak czasem coś się w nim zmienia, coś działa jako katalizator, coś ofiaruje nam klucze do innego świata…

I oto kolejna opowieści autora, który wpłynął na moje życie… kiedyś. Dawno, dawno, dawno temu zakochałam się w „Krainie Chichów”, potem było kilka kolejnych, ale ta mnie nie kupiła. Nie, nie znaczy to, że jest zła, po prostu to już było. Świat snów i tak zwana rzeczywistość. Kobieta, ciąża, przeszłość i przyszłość zmotane w garze teraźniejszości… jak to się skończy? Cóż, nie oszukujmy się, łatwo się domyślić. A może to tylko ja? No nie wiem, to w końcu możliwe. Nie żałuję, że przeczytałam, ale dla mnie wciąż ważniejsze są inne powieści tego autora. Ta nazbyt ocieka ckliwością, jakąś miękkością, ową kobiecością cukierkową, cudną taką, ot obrazek Najświętszej Panienki w kolorowanej pozłotkiem rameczce i rzeźbionym w różyczki. Jakoś tak to wszystko nazbyt rozmięka, jakoś mnie nie przekonuje. Jakoś… bardziej przypomina opowieści dla pań – chociaż senna część intryguje, oj pewno – niż coś, co wkroczyć miałoby w moją duszę, by dziwnie odmienić ją ponownie na zawsze…

Grzebię w kamieniach na plaży. Moją głowę wypełniają obrazy z przeszłości tych, którzy robili to przede mną, którzy wierzyli jak ja w cudowną świętość natury, którzy mnie naznaczyli i wciąż przywołują do siebie ze swoich kurhanów. Bo są pewni, świadomi tego, że im się poddam. Pewna ich mądrości – za co za każdym razem mnie wyśmiewają, pewna ich jakiejś wyższości, co dziwnie wzbudza w nich jeszcze większą wesołość i dziwne, dla mnie niemądre żarty. Cóż, potrzebujemy siebie wzajemnie. Ja ich słucham, oni się mogą wygadać, przynoszę im jedzenie, składam obiatę, zwyczajnie z nimi żyję… czyste szaleństwo, czyż nie?

Grzebię w tych kamieniach dotykająć krzemieni. Łapię te, które dziwnie pasują mi do dłoni. Niczym boskie jaja złożone tutaj, czekające na wariata, zdolnego zabrać je do domu, zakochanego w ich chropowatej, pomarszczonej skórce, w owej korze dziwnie poznaczonej odciskami paznokci, jakby ktoś bardzo zadbał o to, by nałożyć wszystkie pieczęcie, by opisać zaklęcia, by one nigdy się nie wydostały… a ja jak te durne, zapatrzone w błyskotki dziewczątko, biorę je ze sobą, kocham i nazywam moim szczęściem.

Osz durna baba!!!

Mają ze mną łatwo, te wszelkie moce. Jak z uczniakiem zawsze wybieranym jako ostatni do każdej gry, do każdej drużyny, każdego niespodziankowego Mikołaja. Teraz nagle zaskoczony i mile połechtany owym zainteresowaniem, ten dziecik zwyczajnie nie chce nikogo, czy też niczego, zawieść. Bo przecież mi nie wybaczą, bo przecież odejdą, bo przecież zwyczajnie już się nie będą chcieli ze mną bawić! Dlatego lecę, jak tylko zaszepczą w wiatr i fale, gdy tylko rzucą wiadomość w rzeczne niespokojności. Tudzież wyślą poleconym natychmiastowe ponaglenie. Od razu jestem gotowa i biegnę gubiąc po drodze i nogi i ręce, turlam się…

Podwładna przeszłości. nudny materiał na bohatera, który potrzebny jest tylko i wyłącznie temu, co juz przeminęło. O czym tak naprawdę nikt nie pamięta i serio, właściwie nobody cares!!! Ale może i ktoś taki być musi? Tuląca Gnaty? Przesypywaczka Łechtalnych Prochów, Głaskaczka Duchów? A może zwyczajna służba, ot niewolnik, co to serio błaga, by go nie wyzwalać i nawet nie domaga się wynagrodzenia. Chociaż czasem mu odbija. No nie oszukujmy się, w końcu to tylko ja, prosta wiedźma, nadmiernie rozgarnięta ino w owych marnych, niepotrzebnych rejonach…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pokkers, Fandens i Tojfel… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Wiosna…

„Zmienność płciowości pór roku nie zaskakiwała już Pani Wyspy, chociaż z Panem Tealightem, na owych herbacianych, zakrapianych grzybkami i soczkiem, comiesięcznych spotkaniach, zauważyli, lekko przerażeni, że wszystko zaczęło się wraz z przybyciem na Wyspę Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Ale cóż, tego nie mogli już cofnąć. Wyspa zadecydowała, więc muszą z tym żyć, znaczy z nią… Nikt w końcu nie ma lekko.

W tym roku Wiosna była NIĄ! Panią w średnim wieku. Taką lekko po best before, ale jednak wciąż wzbudzającą emocje. Zdolną czasem podnieść to, co już miało być niestojące. Pobudzić soki nawet w owych obumarłych konarach… Odważną, może jedyną taką, która wiedząc na co się porywa – a Wiedźma Wrona wciąż obrażona była za brak śniegu, za małe przymrozki, za robali nielodowe wyobracanie, wściekła, jadem prychająca, spojrzeniem na miejscu paląca… – więc wiecie, się raczej nie wybrzydza, co nie? Z naturą nie wygrasz… bab naturą.

W ramach powitania, bo lepiej nie myśleć o prawdzie, a życie w świata ułudzie pomaga na serce i trawienie… więc w owych ramach, sosnowych, szlifowanych, surowych, Wiedźma Wrona Pożarta powlokła się nową podpatrywać. Wciąż z szalikim, jakby chciała jednak przekonać kogoś do odwieszenia pracowitości na kołku, lub drzewie. Z torbą, bo przecież bez niej się od Wyspy przy wiatrach odrywa. Z kamieniami, bo obrona rzecz ważna, a kobieta słabą jest… I z orszakiem. Co do nich, włączamy tryb niewidzenia. Niewidzenia ich brunatnych, zbrązowiałych, dziwnie dziurawych ciał… bo przed nią biegły zeszłorocznością czasowości zwyobracane liście. Z rozwartymi paszczami, jadwymi kłami w pełni roboczości, z gotowymi szponami, szczekając i wyjąc, bubiąc po drodze blaszczki za stare na ową wycieczkę… biegły. A z nimi relatywnie ślepa Wiedźma wiedziała, gdzie znależć Przeklinaczne Przebiśniegi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „I tylko czarna ścieżka” – … i tylko jedna droga. Bo czasem zwyczajnie nie można zawrócić, nie można wybrać nowej. I chociaż to już kolejne spotkanie z prawniczką Rebeką Martinsson, to jednak zaskakuje. Dziwnie, niefrasobliwie wkrada się w nasz myśli i serca. Jakoś tak przychodzi jej to z dziwną łatwością. A może to przez to, że to właśnie ona, dziwna, skomplikowana, a jednak zaskakująca swoją siłą… przerażająca?

Rebeka po ostatnich wydarzeniach potrzebuje nie tylko siły, ale przede wszystkim nowego zajęcia. Dlatego osiada w starej chatce i przyjmuje pracę w Kirunie. Nic jej nie trzyma gdzie indziej, a do tego miejsca czuje melancholię, przywiązanie. W jakiś dziwny sposób odnajduje się tutaj ze starym sąsiadem i masą roboty. Do czasu kolejnej zbrodni oczywiście, bo przecież to wciąż kryminał. A może jednak bardziej powieść psychologiczna? Subtelne połączenie mitów i wierzeń, piękna natury dalekiej Północy i mrźnych dni? Owych subtelnych elementów odróżniających ten świat od tego, w którym o nim czytamy?

Nie wiem, ale w powieść wkracza się, marznie… a potem kocha bohaterów. Chociaż akurat co do tego, to zwyczajnie ma się wybór. Mój padł na najstarszych. Wspaniałych, silnych, zachartowanych, a jednak samotnych… lecz chociaż samotnych, to przecież nie małostkowych i zniedołężniałych! Bo ta książka jest właśnie o nich. O ludziach, którzy się nie poddają. O tych, którzy chociaż nie mieli dobrego startu postanowili walczyc o siebie… często jednak bez skrupułów. I o magii, o owych „ludzkich magicznościach”, które sprawiają, że się zmieniamy dla innych. I o kobiecie, która musi zdecydować, czy naprawdę chce dalej żyć…

… oj wiele tego „i o”, ale taka jest ta powieść. Nie historia jednego aktora, ale raczej społeczności, która zrodziła indywidualności.

I o wyrzutach sumienia…

Szukałam go.

Słyszałam jego wołanie od początku, ale jednak nie byłam w stanie do niego dotrzeć, jakby nie nadszed czas… A teraz jakoś tak zwyczajnie, w jakiś pewno dla większości nadprzyrodzony sposób tutaj zwany WYSPĄ… w końcu go poznałam. Całkiem nieprzygotowana. Całkiem nie spodziewająca się tego, co zobaczyłam. Całkiem może nie ja? A może właśnie przez owo zaskoczenia, tylko ja?

Otoczony zdobionymi rytami skałami… stoi i patrzy w morze. Przez wieki ową skalistą górkowatość pokryły drzewa, ale nie krzaki. Jakb baly się naruszyć strukturę. Na darmo szukać tutaj pięter leśnych. Tylko srebrzyste, proste pnie, znaczone oczami, zdającymi się mrugać w pełnym, wiosennym słońcu. A oto i on – Pan Opiekunów. Najwyższy Strażnik i Jedyna Ochrona. Śpi poprzez wieki, jednocześnie mając baczenie na pustki wzgórz i morze. Wpatrzony w ów jedyny punkt, leży tutaj w miejscu, któe ukochał. O które poprosił, by darowanu mu je na wieczność…

I oddali mu to miejsce wierząc, że ich ochroni. Że po nich będą bezpieczne ich dzieci i dzieci ich dzieci. Że kolejność będzie następowała, a tutaj zawsze będzie ktoś, kto zapamięta i przekaże opowieści i pieśni. Nawet wybrali pokłady skał, by nigdy nie rozwiał wzgórza, które mu usypali wiatr. Owe zagłębienia wypełniła woda, co oczywiście było ich zamysłem. Bo nie możesz żyć na zawsze, gdy nie masz przy sobie wody. Owego lustra, w którym przeglądać się będzie czas.

Próżna z niego istota.

Ale tylko się zaśmiał, gdy przyszłam. Czekał. Jemu w końcu wystarczyło, że wiedział, iż przyjdę. W końcu. Bo on ma czas… na wszystko. Na to by wpatrywać się w przeszłość i przyszłość unikając teraźniejszości. Ona nie ma znaczenia. By spokojnie przeżuwać ofiarowane mu tiktaki… no przyszłam nieprzygotowana, by pozostawić mi w duszy opowieści z przeszłości, odgłosy rycia i wpatrywania się w niebo, morze i kobiece łona. By po prostu… być dalej. Pan Opiekunów bezpieczny w swoim wielkim kurchanie. Nie baczący na opadające liście, ani nadmiernie i obficie, w zaskakujacych doprawdy kształtach, srające krowy…

… zazdroszczę mu owej powolności…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Wiosna… została wyłączona

Pan Tealight i Jaśminowa Rosa…

„Należy nadmienić, że Pan Tealight był nadzwyczaj wytrzymałym, obeznanym z zaskakującymi przymiotami natury, osobnikiem. Tudzież tworem, a może jednak bogiem, aniołem i awatarem, szatanem i wszelkim duchem? Cóż, gdybyśmy mieli zająć się osobowością, punktami zbieżnymi, które doprowadziły do tego, iż zamieszkał w tym, a nie innym miejscu, że wygląda jak wygląda, że tak naprawdę wie wszystko, ale stara się zapominać, żeby po prostu w życiu wciąż go coś zaskakiwało… chociaż, właśnie teraz czuł się zaskoczony.

A może podejrzliwie zirytowany?

Może nawet wkurzony?

Bo serio tego już było zbyt wiele! To już było, jak to mawiają współcześni – przegięcie na całej linii! Jaśminowa rosa? No kto to widział? Zdaniem Pana Tealighta obce, dziwnie perwersyjne byty, postanowiły przejąć jego znajomy świat, we własne i rozgorączkowane władanie!!! Ale po co? I dlaczego właśnie teraz? Najpierw był ten lawendowy deszcz. Zmrożony, w wielkich rożkach i kulkach spoczywał teraz w Zamkniętych W Wiecznej Zmarzliznie Podziemiach i skwapliwie był wylizywany. Pan Tealight udawał, że tego nie zauważa. Jak się wszyscy zażerają. Jak liżą i wciąż mlaskają… chociaż nie. Nie teraz!!! Teraz zbierali po łące i drzewach krągłe, zgrabne jaśminowe kropelki. I to wszyscy!!! Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wykulała się ze swojego sennego barłogu, porzuciła na chwilę Tego, Który Się Jej Teraz Śni i Nieśni, i pomagała Ojeblikowi – małej uciętej główce, która z braku odnóży przypisanych, aczkolwiek sprawnie posługując się nacukrzonymi, ożywionymi warkoczykami na głowie, pragnął zagarnąć wszystko dla siebie.

Pan Tealight mógł przysiąc, że coś jest z tymi rosowymi kryształkami nie tak, ale wciąż wątpił w swoje przeczucia. Chociaż one krzyczały, wrzeszczały, rozdzierały i tak skąpe szaty i wybijały mu drewniakami skomplikowane rytmy pod czaszką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Biel Helsinek” – … i czego się spodziewałam. No nie tego. W końcu to Finlandia, czyż nie? Kraina spokojności, wszelkiej poprawności, radosności… chociaż nie mówią „kocham cię”, piją wciąż, a i ciemności tam grasują, albo jasności. Bez wyboru, bez koloru! A jednak… ten bohater, ta historia, ten świat zdają się być całkiem odmienne od tego, co znamy. Kari Vaara i jego policyny świat to pełne agresji, przemocy i depresji środowisko. Tutaj nic nie jest szczęśliwe. A on, rodowity Fin ożeniony z Amerykanką widzi wszystko bez „różowych okularów”.

Z jednej strony to kryminał, z drugiej jednak opowieść o pewnym kraju, który w rzeczywistości przeraża. Oj tak, teraz zastanawiam się nad odwiedzinami u Św. Mikołaja. Nie dość, że pewno pije, to jeszcze ponury i wolnych obyczajów będzie…

Kari Vaara po zdiagnozowaniu przechodzi nie tylko operację, ale właściwie przemianę. Jego życie zmienia się tak drastycznie, iż ów praworządny inspektor zmienia się w mordercę. Jego pragnienie zrobienia czegoś w swoim mieście, zmienia go w owego bohatera, który nie bacząc na własne, zresztą pokiereszowane uczucia, nowonarodzoną córeczkę, żonę, która nie daje sobie rady w takim środowisku… stara się walczyć ze złem. Niestety to z czym walczy zmienia go… na gorsze.

Powieść trudno określić jako wyłącznie kryminał. Właściwie cała trylogia to bardziej obraz Finlandii, który odpycha, i który niestety jest prawdziwy, niż tylko opowieść gliniarza. To historia człowieka, który chciał się zmienić, który walczył, by w końcu odmówić… by zmienić zdanie. Z jednej strony przygnębiająca, z drugiej fascynująca. Zdająca się być przekręceniem faktów, miażdżąca niemiłosiernie nasze postrzeganie Północy… ale też może i bolesną prawdą?

To trylogia warta przeczytania. Dla owego świata, który nie jest taki, jak nam wpajano, dla bajki, która ma złe zakończenie…

Skaczę po skałach znaczonych przez ludzi w kropki, piegi, koła i krzyże, w statki, któe możliwe iż nie chciały dłużej pływać po morzu, tudzież po niebie… w dziwne stopy, linie i wszelakie komplikacje. Zastanawiam się nad tym jak… mieli tyle cierpliwości… dlaczego to robili, a potem już rozumiem. Stoję na wzgórzu, które teraz poznaczone drzewami i grubą warstwą liści kryje kurhan mężczyzny. Czy rzeczywiści pochowali go tutaj, by na zawsze opiekował się tym światem? A może chcieli, by bronił ich przed statkami napływającymi z północnego wschodu? A może zwyczajnie go lubili, dlatego wygrzebali masy głazowe, naznosili ziemi… a potem przychodzili tutaj, może jak ja, by zwyczajnie i po ludzku częściowo… pogadać.

Przynoszę orzechy, gałązki i cukierki. W końcu w gości nie można tak pójść z pustymi rękoma!!! Karmię duchy, które grupują się na granicy mojego oka. Zastanawiam się co tam robią, a w szczególności ten z zielonym płaszczem. Dziwnie mocno, mrocznie wybarwionym, który kryje się za pniem. Śledzi mnie? A może to ja jestem nie na miejscu? Może to nie on, a ja pozwalam sobie na nazbyt wiele?

Wyspa oddycha przeszłością. Zdaje się odpychać od siebie wszelaką nowoczesność, którą tak pieszczą a sobie turyści. Zresztą Turyścizna, zawsze dumnie i przewrotnie przekonana o własnej i jedynej słusznej mądrości, zdaje się nie zauważać przeszłości. Owych wrót, które przekraczają zmamieni rowerowymi ścieżkami i drogami, jeżdżąc po których nie trzeba się bać, iż zaraz wpadnie się do najgłębszych piekieł… Zresztą oni i tak dbają tylko o to, by przejechać jak najwięcej, przebiec jak najwięcej i zobaczyć to, co najlepiej odhaczane w przewodnikach…

Mało kto przysiądzie przy kurhanie i kości – tudzież popiołów raczej – zapyta się, no jak tam leci? Jak tam owe mroczne podziemne głębie? Jak owe podarowane ci dary, przydatne, czy znowu znajomi poskąpili na wytwórcy elementów podróżowania do pośmiertności? Czy czegoś ci nie potrzeba? A może chciałbyś posłuchać muzyki, wiesz, podrzucę ci mojego Ipoda.

W końcu dlaczego nie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jaśminowa Rosa… została wyłączona

Pan Tealight i Lawendowy Deszcz…

„Takiego jeszcze nie było, chociaż Pan Tealight był pewien, że gdzieś o nim czytał, a może słyszał…

… ale na własne oczy, chyba nie widział. No znaczy się patrzył teraz i na pewno widział, ale trudno mu było uwierzyć. Jako jedyny zresztą nie stał na łące przed Białym Domostwem i nie łapał lawendowych, zaskakująco ciepłych, wielkich kropel do pojemniczka po maśle, margarynie, jogurcie czy serku, albo bliżej wstydliwej do rozpoznania maści… tudzież butelce po szamponie, po soku, pudełku, w którym wciąż bulgotały rozumie ostatki śmietankowego budynia… o intrygującym imieniu: Gorzki Stefan Gromowładny.

Po prostu patrzył dziwnie niepewny, co też to wszystko oznacza. I doprawdy się dziwował, że nikt inny poza nim uciekał od owej lawendowości. Jakoś mu ona całkiem nie odpowiadała. Jakaś była dla niego nie na miejscu, jakoś tak nienaturalna nawet w świecie zwykłych dziwów i niesamowitości. Niestety nie mógł zapytać o zdanie Wiedźmy Wrony Pożartej, bo po dziwnej sennej absencji w końcu zaczęła znowu okupować Przestrzenie Za Zamkniętymi Oczami. Spotkała tam podobno kogoś, kogoś dziwnie nazbyt namacalnego, nazbyt postrzegalnego w innych światach. Nazbyt prawdziwego… ech, choć tak bardzo Pan Tealight starał się o tym nie myśleć, nie mógł przestać odczuwać dziwnej inwigilacji jego wszelako intymnych sfer…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dzieci demonów” – … i są powieści, których nie rozumiem. Jakoś tak naprawdę. Właściwie nie wiem co o niej powiedzieć, chociaż od przeczytania minęło już kilka dni… Z jednej strony zdaje się dziełem, mrocznym, smutnym, przygnębiającym. Opowieścią o miłości i inności, pragnieniu zwykłej normalności, walce o siebie… a z drugiej nic tu nie ma. A może jest tego CZEGOŚ tak wiele, że skąpana w owym smutku specyficzna narracja, jednak nie pozwala tego dostrzec?

Nie wiem. Wiem jedno, porusza. Trąca nuty gdzieś głęboko w nas, odkrywa nieznane, albo po prostu zmusi was byście rzucili owym cienkim tomem o ścianę. Porusza może nie tyle nowatorskim wejrzeniem, ale bardziej pasuje do Uczty Wyobraźni niż serii Prószyńskiego. Jest po prostu gdzieś wyżej, gdzieś głębiej. Opowiadając o dziwnych stworach, tworach, duszach, osobowościach, zagłębiając się w narracji w przeszłość, tłumiąc w nas każdą radość i uśmiech, każdą nadzieję pędząc na szafot i stos… zwyczajnie jednak w czytelniku pozostaje.

A jeśli pozwolimy sobie wyłącznie na odbiór symboliczny, na totalną przenośnię… cóż, można zwariować… więc jeśli macie odwagę, nie pragniecie tylko przygody i fantastycznych postaci, zapraszam. Ale pamiętajcie, bądźcie ostrożni. Bardzo, bardzo, bardzo ostrożni!!!

Zmęczona wytrącaniem z siebie kwiatków i młodych listków… Pani Wyspa jakoś tak pobladła. Może i napadło na nią owo dziwnie radosne w swojej robotności słońce, może jednak nie jest na to gotowa, może tak naprawdę z chęcią przwróciłaby się na drugi bok i nakryła po czubek głowy kołderką w słoniki? Może dalej śniłaby o owym dziwnym nieznajomym, który pojawił się w jej zakręconym życiu nagle… Wysokim, architekcie chyba? Cóż, poznali się pod otoczką szpiegowskiej afery, zapatrzyli się w siebie, ich macki zalgnęły, zawilgły, antenki zadźwięczały tą samą nutą, obwody przepaliły się nagle w owej dziwnie zawadiacko odważnej myśli…

… iż może to jest TO?

No sami widzicie, że nawet we snach Pani Wyspa skręca w drogi, którymi serio chyba nigdy nie podążał!!! Może nie całkiem obce, ale jednak dla niej dziwnie dotąd niestąpalne. Ciągle pewno były na nich roboty drogowe, ciągle studzienki wybijały, albo zmieniali nawierzchnię, czy coś… bynajmniej teraz nagle tylko tymi drogami stąpa. Bo nawet jak się budzi Pani Wyspa nie może zapomnieć o mężczyźnie. Mężczyźnie, który ją pokochał na zawsze, który chce jej nie tylko przychylić nieba, ale ją w nie zaiwnąć, niczym w najmiękciejszy kocyk, a gwiazdek nie będzie jej przynosił, tylko jednym ramienia ruchem zmiecie wszystki i złoży z nich jej naszyjnik, a coby nie było jej smutno, niebo rozświetli kolorowymi lampkami…

Grzeje się Pani Wyspa w tej nowej miłości, bo chociaż w snach najbardziej ona jednak namacalna, to za dnia też jakoś jej nie odstępuje. Nie ma w niej szalonych przygód, ani dziwnych podróży, bo wszystko, czego tak naprawdę ona potrzebuje, to powolna, cudowna, nudna zwyczajność. Spokojna, taka, w której nie ma wyzwań i w której naprawdę można spokojnie zasnąć… a gdy się budzisz, nie boisz się, że może świat się skończył, bo ty nie nadusiłeś jakiegoś guziczka, nie odebrałeś telefonu, od tygodnia nie sprawdzasz mejli… a tak właściwie zapomniałeś hasła do Deviantarta. Bo nagle wszystkie lajki, poke’i i wszelakie inne smsy nie są ważne. Bo przecież tak naprawdę to wszystko nie istnieje. Bardziej nienamacalne niż sny…

Wraca każdego wieczora Pani Wyspa do domu z małym atelier. Do kuchni z pokojem, do łazienki wielkiej i wanny w niej, do przestrzeni, w których jeżeli nie było okna na tej stronie, to od razu może się przecież pojawić, nie było dywaniku? Oj bo przecież wolę drewniane podłogi, no i jeżeli chodzi o te twoje bibeloty… że jakie bibeloty, a no masz rację, zniknęły tak ot…

I w snach Pani Wyspy tuli się do mężczyzny. Tuli się do niego, bo wie, że gdy on zniknie, oznaczać to będzie kolejny etap w jej życiu. A na razie nie jest na to gotowa… więc mości się na kanapie i wsuwa dłonie w miskę z popcornem. Żeby sen trwał jeszcze dłużej, żeby po prostu był…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lawendowy Deszcz… została wyłączona

Pan Tealight i Joga Spokojności…

„Siedzę.

Tak po prostu, zwyczajnie. Na podłodze i na własnym opierzonym, puchaty nader tyłku (choć i tak strasznie twardo mi). Całkiem nieskładnie tak siedzę, nieporządnie, tak mało poukładanie. Całkiem w ogóle i niechlujnie. Ręka mi opada, fałdki widać, zmarszczki się do pkna szczerzą, w oczach blasku pewno brak… choć gorączka obecna. Skrzywiona twarz pozbawiona jest wątpliwego i tak uroku. Ślinię się pewno, ale kogo to obchodzi? Włosy mam takie nieugładzone, jakby każdy z nich miał swoje własne błyszczące zdanie i własną myśl na dziś…

… nie obchodzi mnie to, obchodzi ciebie?
Najważniejsze, że mnie nie.

Siedzę i nic nie robię.

Nie pędzę, nie lecę, nie gonię za czymś co ktoś dziwny wpoił mi i nazwał jedyną prawdą, jedyną ważnością rzeczy. Po prostu sobie jestem, może i nieistotna, może i całkiem niepotrzebna, ale jestem… czyż to nie jest już ważne. Wdech i wydech, no i oczywista zmiana dup… Bo po co tak cały czas nieruchomo, przecież coś tam zaswędzi, coś zamruga, wiatr zawieje i przewieje.

Wciąż tylko siedzę. Nie odkrywam cudów, nie zmieniam świata. Nie jestem pewno i ekologiczna, bo wciąż otworem dupnym nie nauczyłam się wydychać ładnego, świeżego tlenu, ale może pochwą się nauczę w końcu? Podobno tak można, nie otwierać paszczy i wdech i wydech i orgazm. Gdybym to odkryła, gdybym to udoskonaliła, na pewno Nobel by się nadał… ale po co? Tak serio? Po co?

Tylko i wyłącznie jestem i choć mózg, a nawet owe wszystkie moje mózgi porozrzucane po całej niskiej mej krągłości… myślą. Pracują jak najęte, dziwnie rozochocone tym, że mają mnie całą dla siebie. Że nie rozprasza mnie kurczak w piekarniku, ni pranie, które w każdej chwili może przecież odlecieć. Że jakoś nie lecę do ogródka w mech, co to się narodził w imię trawy, wpychać cebulek krokusów. Już to przecież zrobiłam. I winogronka wsadzone też, choć pewno inaczej świat je nazywa. Więc tak tylko sobie siedzę i patrzę. I nie myślę, chociaż ręka drży, by zapisać słowa zrodzone przez dziwne trolle mikro w moich trzewiach. Coś mnie już telepie, coś popycha by robić, by działać, no COKOLWIEK!!! Ale nie, nie nie nie, ja przecież siedzę i patrzę. A niech będzie, nawet nie patrzę. Oczy może i otwarte, ale w rzeczywistości nie widzą Pana Tealighta, co rozłożył na mokrej trawie piankowy kocyk i swoją szarość nagą ku słoneczku wysuwa, ku Ojeblikowi, małej, uciętej główce, która w kraciastej chusteczce na włosach, pomazana dziwną mazią, opala się na całego, dzielnie, choć drżąco.

Czy oni też nic nie robią, czy robią coś?

Siedzę… całkiem światu niepotrzebna i nieistotna. Owo ogniwo, które serio postanowiło nie pracować. Kompletnie robić nic. Patrzyć, wąchać może, czasem zakaszleć, czasem zasmarkać… czasem zachwycić się kamykiem na plaży, czasem potulić drzewa. Oj nie ma zawodu: drzew tulacz. Byłabym w nim niezła pewno. Chociaż kto to wie, czy jako zawód wciąż byłoby to powołanie… bo owo siedzenie i słuchanie Wyspy, nawet nie patrzenie, nawet nie nastawianie uszu, ale właśnie dupą słuchanie powierzchni pod powierzchniami, bicia serca, w którego istnienie tak niewielu wierzy, to jestem właśnie ja prawdziwa ja. A nie ta, która siebie codziennie do durnot współczesności gania. Ja co się boi telefonu i zegarka. Ucieka z przestrzeni, wktórą watrzone są czenie otchłani telewizorów i złudna ułuda srebrzystości luster… co zawsze kłamią.

… po prostu jestem. Bo nie potrzebuję.

Przypisek Chochela, chochlika pisarskiego Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki: etap siedzenia, choć przemyślany nocą snów dziwnych, jak zwykle trwał tylko mgnienie i chwilkę. Może dwie sekundy, może i nawet o wiele mniej, ale wiecie, filozofia do niego, znaczy czas jej stworzenia w przypadku wiedźmy tej zagłebił się w nadświetlne, cofnął czas i VOILA!!! A teraz stuka garami w kuchni. ADHD przynależy owej rasie! Czekam aż zacznie sprzątać… znowu!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Rywalki” – … i książę. Bo mimo wszystko i pomimo tego, co się lęgnie obok wszystkiego, to czasem chcę tego pantofelka, co jednak ma więcej komórek i różdżki, Matki Chrzestnej, kiecki, pierścionka… może nadal przeraża mnie pojęcie gości, występów i tańców, ale jednak czemu nie? Może spróbować? Być księżniczką chociaż we śnie? Ową naj naj naj. Najpiękniejszą, cudowną, ideałem kobiecości, istotą młodości. Dziwnie nieskalaną…

… ona nie jest księżniczką. Ona tylko śpiewa. W owym świecie po apokalipsie, w owych dziwnych prawach, któe decydują o tym kogo pokochasz, kim jesteś w momencie narodzic. W owym bukiecie koszmarów i kłamstw. Ona jest taka normalna. Wrażliwa, ale też zakochana, typowo nastoletnia. A potem… potem pojawia się szansa i wyciąga ku niej rękę, by zrobić coś dla rodziny. Tylko, czy robi coś dla siebie? Czy tak naprawdę nie odrzuca prawdziwej miłości?

Ta powieść to nie dzieło. To raczej drzwi. Nieźle zdobione, lekko frywolnie nazbyt gustowne. To opowieść, do której gdyby dopisano tło historyczne byłaby świetną fantasy… a tak jest to wytchnienie. Takie, w którym każda księżniczka się odnajdzie. Nawet jeżeli zaprzecza owej „koronowalności”. Bo to opowieść o miłości, o prawdziwości uczuć, o nastoletnim niepoukładaniu, ale też pewnej odwadze… mimo wszystko. To historia, którą człek karmi swoje sny. By potem samemu być w nich kimś inny,… by uciec od świata. Ale to nie słodka utopia, lecz świat na granicy szaleństwa.

Jedni porównują system kast stworzonych w tej historii do dystryktów, inni Americę do Kopciuszka, a większość z czytelniczek zwyczajnie daje sobie oddech od codzienności zabieganej. Od garnków, ale i od zeszytów, od egzaminów i durnych znajomych. Od tego wszystkiego, co w dojrzewaniu szalone… bo czasem dobrze jest uciec. Bo tak fajnie by było, gdyby nam nie zależało by być księżniczką, a świat nagle zapętlił się wokół życia powolnego, w którym inni się martwią za nas…

W trawniku, który przez ową ciepłą zimę stał się bardziej mszasty niż ździabliasty kłębią się stokrotki. Nieśmiało wygrzewają się przebiśniegi zadziwione brakiem zmarzliny białej. A gdzie niegdzie zaczynają zielenią wybudzać się żonkile. Ale najbardziej dumny z siebie jest Złoty Krokuśniak. Ma ino ze dwa centymetry, no może i trzy. Ale dumny ze swojej kolorowalności jest strasznie. Rozczepia swoje podwójnie triskelowe, koronowalne ciało i wypina te pręciki… świntuszek jeden! Niby na wychudzonej, ale prężnej łodyżce się wspiera, ale kto by tam baczył na jego skryte w mchu i trawei doły. Nawet człek nie wie czy obute, czy na boso? Wszyscy zerkają na ową koronę. Złotą. Nie żółtą, ale właśnie złotą, jakby spiła całą pozłotkę ze świata i zagarnęła ją dla siebie. Bo tak może, bo nikt nie patrzył, bo ich nie obchodziło…

Z pręcika z pomarańczowymi wstawkami wzbija się pyłek. Mawiają, że najdroższy, ale Złoty o to nie dba. Po prostu nic go pyłek nie obchodzi, w końcu dla niego moc tkwi w cebulce!!! Niezbyt przepadając za pełnym słońcem gotuje się w owej ciepłocie, ale dzielny jest i wciąż stoi…

… i pręży się.

Może i się wywyższa Krokuśniak i nad Dekapitywalnymi Stokrotkami i nad Owymi Przebiśnieżnikami. Może i ma swoją dumnę, rozumiem, że wziął kurs z asertywności i pokochał siebie maksymalnie, ale… Zresztą niech się wypina i wywyższa, niech krzyczy i wrzeszczy płatkami, że taki cudny i piękny, że niepowtarzalny, że jedyny może w tym roku? Że jest! Niech krzyczy!!! Bo w końcu taka króciutka ta przestrzeń pomiędzy wiosną pełną, a zimą, pomiędzy światem ciepłym, w mnożeniu i płodzeniu rozkochanym, w kolorach, w świeżościach i zielenościach, że serio można go przegapić. A szkoda chyba. Szkoda zapomnieć, że są momenty w zwykłych porach roku, które choć nie do końca definiowalne, to warte poznania!

Dlatego kładę się na zimnej ziemi. Na mchu zroszonym nocnym mrozem, na owych stokrotkach i słucham krokusa. Bo czemu nie? Może ma coś dobrego do powiedzenia o szybkości przemijania, o owych momentach, które są w życiu przecież tak bardzo najważniejsze!!! O krótkości chwil, o wysysaniu cytryn do końca, o ogryzkach, w których soki wciąż płyną…

… o resztce, o owym ostatku, co zrobi nas i pięknych i gładkich!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Joga Spokojności… została wyłączona