Pan Tealight i Lawendowy Deszcz…

„Takiego jeszcze nie było, chociaż Pan Tealight był pewien, że gdzieś o nim czytał, a może słyszał…

… ale na własne oczy, chyba nie widział. No znaczy się patrzył teraz i na pewno widział, ale trudno mu było uwierzyć. Jako jedyny zresztą nie stał na łące przed Białym Domostwem i nie łapał lawendowych, zaskakująco ciepłych, wielkich kropel do pojemniczka po maśle, margarynie, jogurcie czy serku, albo bliżej wstydliwej do rozpoznania maści… tudzież butelce po szamponie, po soku, pudełku, w którym wciąż bulgotały rozumie ostatki śmietankowego budynia… o intrygującym imieniu: Gorzki Stefan Gromowładny.

Po prostu patrzył dziwnie niepewny, co też to wszystko oznacza. I doprawdy się dziwował, że nikt inny poza nim uciekał od owej lawendowości. Jakoś mu ona całkiem nie odpowiadała. Jakaś była dla niego nie na miejscu, jakoś tak nienaturalna nawet w świecie zwykłych dziwów i niesamowitości. Niestety nie mógł zapytać o zdanie Wiedźmy Wrony Pożartej, bo po dziwnej sennej absencji w końcu zaczęła znowu okupować Przestrzenie Za Zamkniętymi Oczami. Spotkała tam podobno kogoś, kogoś dziwnie nazbyt namacalnego, nazbyt postrzegalnego w innych światach. Nazbyt prawdziwego… ech, choć tak bardzo Pan Tealight starał się o tym nie myśleć, nie mógł przestać odczuwać dziwnej inwigilacji jego wszelako intymnych sfer…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dzieci demonów” – … i są powieści, których nie rozumiem. Jakoś tak naprawdę. Właściwie nie wiem co o niej powiedzieć, chociaż od przeczytania minęło już kilka dni… Z jednej strony zdaje się dziełem, mrocznym, smutnym, przygnębiającym. Opowieścią o miłości i inności, pragnieniu zwykłej normalności, walce o siebie… a z drugiej nic tu nie ma. A może jest tego CZEGOŚ tak wiele, że skąpana w owym smutku specyficzna narracja, jednak nie pozwala tego dostrzec?

Nie wiem. Wiem jedno, porusza. Trąca nuty gdzieś głęboko w nas, odkrywa nieznane, albo po prostu zmusi was byście rzucili owym cienkim tomem o ścianę. Porusza może nie tyle nowatorskim wejrzeniem, ale bardziej pasuje do Uczty Wyobraźni niż serii Prószyńskiego. Jest po prostu gdzieś wyżej, gdzieś głębiej. Opowiadając o dziwnych stworach, tworach, duszach, osobowościach, zagłębiając się w narracji w przeszłość, tłumiąc w nas każdą radość i uśmiech, każdą nadzieję pędząc na szafot i stos… zwyczajnie jednak w czytelniku pozostaje.

A jeśli pozwolimy sobie wyłącznie na odbiór symboliczny, na totalną przenośnię… cóż, można zwariować… więc jeśli macie odwagę, nie pragniecie tylko przygody i fantastycznych postaci, zapraszam. Ale pamiętajcie, bądźcie ostrożni. Bardzo, bardzo, bardzo ostrożni!!!

Zmęczona wytrącaniem z siebie kwiatków i młodych listków… Pani Wyspa jakoś tak pobladła. Może i napadło na nią owo dziwnie radosne w swojej robotności słońce, może jednak nie jest na to gotowa, może tak naprawdę z chęcią przwróciłaby się na drugi bok i nakryła po czubek głowy kołderką w słoniki? Może dalej śniłaby o owym dziwnym nieznajomym, który pojawił się w jej zakręconym życiu nagle… Wysokim, architekcie chyba? Cóż, poznali się pod otoczką szpiegowskiej afery, zapatrzyli się w siebie, ich macki zalgnęły, zawilgły, antenki zadźwięczały tą samą nutą, obwody przepaliły się nagle w owej dziwnie zawadiacko odważnej myśli…

… iż może to jest TO?

No sami widzicie, że nawet we snach Pani Wyspa skręca w drogi, którymi serio chyba nigdy nie podążał!!! Może nie całkiem obce, ale jednak dla niej dziwnie dotąd niestąpalne. Ciągle pewno były na nich roboty drogowe, ciągle studzienki wybijały, albo zmieniali nawierzchnię, czy coś… bynajmniej teraz nagle tylko tymi drogami stąpa. Bo nawet jak się budzi Pani Wyspa nie może zapomnieć o mężczyźnie. Mężczyźnie, który ją pokochał na zawsze, który chce jej nie tylko przychylić nieba, ale ją w nie zaiwnąć, niczym w najmiękciejszy kocyk, a gwiazdek nie będzie jej przynosił, tylko jednym ramienia ruchem zmiecie wszystki i złoży z nich jej naszyjnik, a coby nie było jej smutno, niebo rozświetli kolorowymi lampkami…

Grzeje się Pani Wyspa w tej nowej miłości, bo chociaż w snach najbardziej ona jednak namacalna, to za dnia też jakoś jej nie odstępuje. Nie ma w niej szalonych przygód, ani dziwnych podróży, bo wszystko, czego tak naprawdę ona potrzebuje, to powolna, cudowna, nudna zwyczajność. Spokojna, taka, w której nie ma wyzwań i w której naprawdę można spokojnie zasnąć… a gdy się budzisz, nie boisz się, że może świat się skończył, bo ty nie nadusiłeś jakiegoś guziczka, nie odebrałeś telefonu, od tygodnia nie sprawdzasz mejli… a tak właściwie zapomniałeś hasła do Deviantarta. Bo nagle wszystkie lajki, poke’i i wszelakie inne smsy nie są ważne. Bo przecież tak naprawdę to wszystko nie istnieje. Bardziej nienamacalne niż sny…

Wraca każdego wieczora Pani Wyspa do domu z małym atelier. Do kuchni z pokojem, do łazienki wielkiej i wanny w niej, do przestrzeni, w których jeżeli nie było okna na tej stronie, to od razu może się przecież pojawić, nie było dywaniku? Oj bo przecież wolę drewniane podłogi, no i jeżeli chodzi o te twoje bibeloty… że jakie bibeloty, a no masz rację, zniknęły tak ot…

I w snach Pani Wyspy tuli się do mężczyzny. Tuli się do niego, bo wie, że gdy on zniknie, oznaczać to będzie kolejny etap w jej życiu. A na razie nie jest na to gotowa… więc mości się na kanapie i wsuwa dłonie w miskę z popcornem. Żeby sen trwał jeszcze dłużej, żeby po prostu był…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.