Pan Tealight i Joga Spokojności…

„Siedzę.

Tak po prostu, zwyczajnie. Na podłodze i na własnym opierzonym, puchaty nader tyłku (choć i tak strasznie twardo mi). Całkiem nieskładnie tak siedzę, nieporządnie, tak mało poukładanie. Całkiem w ogóle i niechlujnie. Ręka mi opada, fałdki widać, zmarszczki się do pkna szczerzą, w oczach blasku pewno brak… choć gorączka obecna. Skrzywiona twarz pozbawiona jest wątpliwego i tak uroku. Ślinię się pewno, ale kogo to obchodzi? Włosy mam takie nieugładzone, jakby każdy z nich miał swoje własne błyszczące zdanie i własną myśl na dziś…

… nie obchodzi mnie to, obchodzi ciebie?
Najważniejsze, że mnie nie.

Siedzę i nic nie robię.

Nie pędzę, nie lecę, nie gonię za czymś co ktoś dziwny wpoił mi i nazwał jedyną prawdą, jedyną ważnością rzeczy. Po prostu sobie jestem, może i nieistotna, może i całkiem niepotrzebna, ale jestem… czyż to nie jest już ważne. Wdech i wydech, no i oczywista zmiana dup… Bo po co tak cały czas nieruchomo, przecież coś tam zaswędzi, coś zamruga, wiatr zawieje i przewieje.

Wciąż tylko siedzę. Nie odkrywam cudów, nie zmieniam świata. Nie jestem pewno i ekologiczna, bo wciąż otworem dupnym nie nauczyłam się wydychać ładnego, świeżego tlenu, ale może pochwą się nauczę w końcu? Podobno tak można, nie otwierać paszczy i wdech i wydech i orgazm. Gdybym to odkryła, gdybym to udoskonaliła, na pewno Nobel by się nadał… ale po co? Tak serio? Po co?

Tylko i wyłącznie jestem i choć mózg, a nawet owe wszystkie moje mózgi porozrzucane po całej niskiej mej krągłości… myślą. Pracują jak najęte, dziwnie rozochocone tym, że mają mnie całą dla siebie. Że nie rozprasza mnie kurczak w piekarniku, ni pranie, które w każdej chwili może przecież odlecieć. Że jakoś nie lecę do ogródka w mech, co to się narodził w imię trawy, wpychać cebulek krokusów. Już to przecież zrobiłam. I winogronka wsadzone też, choć pewno inaczej świat je nazywa. Więc tak tylko sobie siedzę i patrzę. I nie myślę, chociaż ręka drży, by zapisać słowa zrodzone przez dziwne trolle mikro w moich trzewiach. Coś mnie już telepie, coś popycha by robić, by działać, no COKOLWIEK!!! Ale nie, nie nie nie, ja przecież siedzę i patrzę. A niech będzie, nawet nie patrzę. Oczy może i otwarte, ale w rzeczywistości nie widzą Pana Tealighta, co rozłożył na mokrej trawie piankowy kocyk i swoją szarość nagą ku słoneczku wysuwa, ku Ojeblikowi, małej, uciętej główce, która w kraciastej chusteczce na włosach, pomazana dziwną mazią, opala się na całego, dzielnie, choć drżąco.

Czy oni też nic nie robią, czy robią coś?

Siedzę… całkiem światu niepotrzebna i nieistotna. Owo ogniwo, które serio postanowiło nie pracować. Kompletnie robić nic. Patrzyć, wąchać może, czasem zakaszleć, czasem zasmarkać… czasem zachwycić się kamykiem na plaży, czasem potulić drzewa. Oj nie ma zawodu: drzew tulacz. Byłabym w nim niezła pewno. Chociaż kto to wie, czy jako zawód wciąż byłoby to powołanie… bo owo siedzenie i słuchanie Wyspy, nawet nie patrzenie, nawet nie nastawianie uszu, ale właśnie dupą słuchanie powierzchni pod powierzchniami, bicia serca, w którego istnienie tak niewielu wierzy, to jestem właśnie ja prawdziwa ja. A nie ta, która siebie codziennie do durnot współczesności gania. Ja co się boi telefonu i zegarka. Ucieka z przestrzeni, wktórą watrzone są czenie otchłani telewizorów i złudna ułuda srebrzystości luster… co zawsze kłamią.

… po prostu jestem. Bo nie potrzebuję.

Przypisek Chochela, chochlika pisarskiego Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki: etap siedzenia, choć przemyślany nocą snów dziwnych, jak zwykle trwał tylko mgnienie i chwilkę. Może dwie sekundy, może i nawet o wiele mniej, ale wiecie, filozofia do niego, znaczy czas jej stworzenia w przypadku wiedźmy tej zagłebił się w nadświetlne, cofnął czas i VOILA!!! A teraz stuka garami w kuchni. ADHD przynależy owej rasie! Czekam aż zacznie sprzątać… znowu!!!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Rywalki” – … i książę. Bo mimo wszystko i pomimo tego, co się lęgnie obok wszystkiego, to czasem chcę tego pantofelka, co jednak ma więcej komórek i różdżki, Matki Chrzestnej, kiecki, pierścionka… może nadal przeraża mnie pojęcie gości, występów i tańców, ale jednak czemu nie? Może spróbować? Być księżniczką chociaż we śnie? Ową naj naj naj. Najpiękniejszą, cudowną, ideałem kobiecości, istotą młodości. Dziwnie nieskalaną…

… ona nie jest księżniczką. Ona tylko śpiewa. W owym świecie po apokalipsie, w owych dziwnych prawach, któe decydują o tym kogo pokochasz, kim jesteś w momencie narodzic. W owym bukiecie koszmarów i kłamstw. Ona jest taka normalna. Wrażliwa, ale też zakochana, typowo nastoletnia. A potem… potem pojawia się szansa i wyciąga ku niej rękę, by zrobić coś dla rodziny. Tylko, czy robi coś dla siebie? Czy tak naprawdę nie odrzuca prawdziwej miłości?

Ta powieść to nie dzieło. To raczej drzwi. Nieźle zdobione, lekko frywolnie nazbyt gustowne. To opowieść, do której gdyby dopisano tło historyczne byłaby świetną fantasy… a tak jest to wytchnienie. Takie, w którym każda księżniczka się odnajdzie. Nawet jeżeli zaprzecza owej „koronowalności”. Bo to opowieść o miłości, o prawdziwości uczuć, o nastoletnim niepoukładaniu, ale też pewnej odwadze… mimo wszystko. To historia, którą człek karmi swoje sny. By potem samemu być w nich kimś inny,… by uciec od świata. Ale to nie słodka utopia, lecz świat na granicy szaleństwa.

Jedni porównują system kast stworzonych w tej historii do dystryktów, inni Americę do Kopciuszka, a większość z czytelniczek zwyczajnie daje sobie oddech od codzienności zabieganej. Od garnków, ale i od zeszytów, od egzaminów i durnych znajomych. Od tego wszystkiego, co w dojrzewaniu szalone… bo czasem dobrze jest uciec. Bo tak fajnie by było, gdyby nam nie zależało by być księżniczką, a świat nagle zapętlił się wokół życia powolnego, w którym inni się martwią za nas…

W trawniku, który przez ową ciepłą zimę stał się bardziej mszasty niż ździabliasty kłębią się stokrotki. Nieśmiało wygrzewają się przebiśniegi zadziwione brakiem zmarzliny białej. A gdzie niegdzie zaczynają zielenią wybudzać się żonkile. Ale najbardziej dumny z siebie jest Złoty Krokuśniak. Ma ino ze dwa centymetry, no może i trzy. Ale dumny ze swojej kolorowalności jest strasznie. Rozczepia swoje podwójnie triskelowe, koronowalne ciało i wypina te pręciki… świntuszek jeden! Niby na wychudzonej, ale prężnej łodyżce się wspiera, ale kto by tam baczył na jego skryte w mchu i trawei doły. Nawet człek nie wie czy obute, czy na boso? Wszyscy zerkają na ową koronę. Złotą. Nie żółtą, ale właśnie złotą, jakby spiła całą pozłotkę ze świata i zagarnęła ją dla siebie. Bo tak może, bo nikt nie patrzył, bo ich nie obchodziło…

Z pręcika z pomarańczowymi wstawkami wzbija się pyłek. Mawiają, że najdroższy, ale Złoty o to nie dba. Po prostu nic go pyłek nie obchodzi, w końcu dla niego moc tkwi w cebulce!!! Niezbyt przepadając za pełnym słońcem gotuje się w owej ciepłocie, ale dzielny jest i wciąż stoi…

… i pręży się.

Może i się wywyższa Krokuśniak i nad Dekapitywalnymi Stokrotkami i nad Owymi Przebiśnieżnikami. Może i ma swoją dumnę, rozumiem, że wziął kurs z asertywności i pokochał siebie maksymalnie, ale… Zresztą niech się wypina i wywyższa, niech krzyczy i wrzeszczy płatkami, że taki cudny i piękny, że niepowtarzalny, że jedyny może w tym roku? Że jest! Niech krzyczy!!! Bo w końcu taka króciutka ta przestrzeń pomiędzy wiosną pełną, a zimą, pomiędzy światem ciepłym, w mnożeniu i płodzeniu rozkochanym, w kolorach, w świeżościach i zielenościach, że serio można go przegapić. A szkoda chyba. Szkoda zapomnieć, że są momenty w zwykłych porach roku, które choć nie do końca definiowalne, to warte poznania!

Dlatego kładę się na zimnej ziemi. Na mchu zroszonym nocnym mrozem, na owych stokrotkach i słucham krokusa. Bo czemu nie? Może ma coś dobrego do powiedzenia o szybkości przemijania, o owych momentach, które są w życiu przecież tak bardzo najważniejsze!!! O krótkości chwil, o wysysaniu cytryn do końca, o ogryzkach, w których soki wciąż płyną…

… o resztce, o owym ostatku, co zrobi nas i pięknych i gładkich!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.