Pan Tealight i Jaśminowa Rosa…

„Należy nadmienić, że Pan Tealight był nadzwyczaj wytrzymałym, obeznanym z zaskakującymi przymiotami natury, osobnikiem. Tudzież tworem, a może jednak bogiem, aniołem i awatarem, szatanem i wszelkim duchem? Cóż, gdybyśmy mieli zająć się osobowością, punktami zbieżnymi, które doprowadziły do tego, iż zamieszkał w tym, a nie innym miejscu, że wygląda jak wygląda, że tak naprawdę wie wszystko, ale stara się zapominać, żeby po prostu w życiu wciąż go coś zaskakiwało… chociaż, właśnie teraz czuł się zaskoczony.

A może podejrzliwie zirytowany?

Może nawet wkurzony?

Bo serio tego już było zbyt wiele! To już było, jak to mawiają współcześni – przegięcie na całej linii! Jaśminowa rosa? No kto to widział? Zdaniem Pana Tealighta obce, dziwnie perwersyjne byty, postanowiły przejąć jego znajomy świat, we własne i rozgorączkowane władanie!!! Ale po co? I dlaczego właśnie teraz? Najpierw był ten lawendowy deszcz. Zmrożony, w wielkich rożkach i kulkach spoczywał teraz w Zamkniętych W Wiecznej Zmarzliznie Podziemiach i skwapliwie był wylizywany. Pan Tealight udawał, że tego nie zauważa. Jak się wszyscy zażerają. Jak liżą i wciąż mlaskają… chociaż nie. Nie teraz!!! Teraz zbierali po łące i drzewach krągłe, zgrabne jaśminowe kropelki. I to wszyscy!!! Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wykulała się ze swojego sennego barłogu, porzuciła na chwilę Tego, Który Się Jej Teraz Śni i Nieśni, i pomagała Ojeblikowi – małej uciętej główce, która z braku odnóży przypisanych, aczkolwiek sprawnie posługując się nacukrzonymi, ożywionymi warkoczykami na głowie, pragnął zagarnąć wszystko dla siebie.

Pan Tealight mógł przysiąc, że coś jest z tymi rosowymi kryształkami nie tak, ale wciąż wątpił w swoje przeczucia. Chociaż one krzyczały, wrzeszczały, rozdzierały i tak skąpe szaty i wybijały mu drewniakami skomplikowane rytmy pod czaszką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Biel Helsinek” – … i czego się spodziewałam. No nie tego. W końcu to Finlandia, czyż nie? Kraina spokojności, wszelkiej poprawności, radosności… chociaż nie mówią „kocham cię”, piją wciąż, a i ciemności tam grasują, albo jasności. Bez wyboru, bez koloru! A jednak… ten bohater, ta historia, ten świat zdają się być całkiem odmienne od tego, co znamy. Kari Vaara i jego policyny świat to pełne agresji, przemocy i depresji środowisko. Tutaj nic nie jest szczęśliwe. A on, rodowity Fin ożeniony z Amerykanką widzi wszystko bez „różowych okularów”.

Z jednej strony to kryminał, z drugiej jednak opowieść o pewnym kraju, który w rzeczywistości przeraża. Oj tak, teraz zastanawiam się nad odwiedzinami u Św. Mikołaja. Nie dość, że pewno pije, to jeszcze ponury i wolnych obyczajów będzie…

Kari Vaara po zdiagnozowaniu przechodzi nie tylko operację, ale właściwie przemianę. Jego życie zmienia się tak drastycznie, iż ów praworządny inspektor zmienia się w mordercę. Jego pragnienie zrobienia czegoś w swoim mieście, zmienia go w owego bohatera, który nie bacząc na własne, zresztą pokiereszowane uczucia, nowonarodzoną córeczkę, żonę, która nie daje sobie rady w takim środowisku… stara się walczyć ze złem. Niestety to z czym walczy zmienia go… na gorsze.

Powieść trudno określić jako wyłącznie kryminał. Właściwie cała trylogia to bardziej obraz Finlandii, który odpycha, i który niestety jest prawdziwy, niż tylko opowieść gliniarza. To historia człowieka, który chciał się zmienić, który walczył, by w końcu odmówić… by zmienić zdanie. Z jednej strony przygnębiająca, z drugiej fascynująca. Zdająca się być przekręceniem faktów, miażdżąca niemiłosiernie nasze postrzeganie Północy… ale też może i bolesną prawdą?

To trylogia warta przeczytania. Dla owego świata, który nie jest taki, jak nam wpajano, dla bajki, która ma złe zakończenie…

Skaczę po skałach znaczonych przez ludzi w kropki, piegi, koła i krzyże, w statki, któe możliwe iż nie chciały dłużej pływać po morzu, tudzież po niebie… w dziwne stopy, linie i wszelakie komplikacje. Zastanawiam się nad tym jak… mieli tyle cierpliwości… dlaczego to robili, a potem już rozumiem. Stoję na wzgórzu, które teraz poznaczone drzewami i grubą warstwą liści kryje kurhan mężczyzny. Czy rzeczywiści pochowali go tutaj, by na zawsze opiekował się tym światem? A może chcieli, by bronił ich przed statkami napływającymi z północnego wschodu? A może zwyczajnie go lubili, dlatego wygrzebali masy głazowe, naznosili ziemi… a potem przychodzili tutaj, może jak ja, by zwyczajnie i po ludzku częściowo… pogadać.

Przynoszę orzechy, gałązki i cukierki. W końcu w gości nie można tak pójść z pustymi rękoma!!! Karmię duchy, które grupują się na granicy mojego oka. Zastanawiam się co tam robią, a w szczególności ten z zielonym płaszczem. Dziwnie mocno, mrocznie wybarwionym, który kryje się za pniem. Śledzi mnie? A może to ja jestem nie na miejscu? Może to nie on, a ja pozwalam sobie na nazbyt wiele?

Wyspa oddycha przeszłością. Zdaje się odpychać od siebie wszelaką nowoczesność, którą tak pieszczą a sobie turyści. Zresztą Turyścizna, zawsze dumnie i przewrotnie przekonana o własnej i jedynej słusznej mądrości, zdaje się nie zauważać przeszłości. Owych wrót, które przekraczają zmamieni rowerowymi ścieżkami i drogami, jeżdżąc po których nie trzeba się bać, iż zaraz wpadnie się do najgłębszych piekieł… Zresztą oni i tak dbają tylko o to, by przejechać jak najwięcej, przebiec jak najwięcej i zobaczyć to, co najlepiej odhaczane w przewodnikach…

Mało kto przysiądzie przy kurhanie i kości – tudzież popiołów raczej – zapyta się, no jak tam leci? Jak tam owe mroczne podziemne głębie? Jak owe podarowane ci dary, przydatne, czy znowu znajomi poskąpili na wytwórcy elementów podróżowania do pośmiertności? Czy czegoś ci nie potrzeba? A może chciałbyś posłuchać muzyki, wiesz, podrzucę ci mojego Ipoda.

W końcu dlaczego nie…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.