„Pan Tealight przemykający pomiędzy domami i drzewami, między uśpionymi uliczkami i ścieżkami, zamkniętymi kielichami kwiatów i całkiem wygaszonymi świeczkami, dziwnie uśpionymi latarniami… Cały taki dziwnie jednolity, w głębi swej kompletnej szarości cielesnej i czerniości płaszcza z głębokim kapturem… był niewidoczny. A może raczej i pora była taka, że głupio by było ją zarwać i podglądać, obserwować wnikliwie coś, co oko wykol, a i tak nie zobaczysz. Wydłub je, wystaw na zewnątrz, a zmrożone rankiem długo będziesz musiał rozgrzewać.
Ci co nockę zarwali zdążyli już wrócić do domów, opróżnić żołądki i usnąć, a ci, co zasnęli o bardziej przepisowej porze tkwili w środku koszmaru… mniejszego lub większego, bardziej lub mniej skomplikowanego, a czasem wprost komicznego lecz nie nam to oceniać. Ale on nie spał. On miał spotkanie z Panią Urwanych Snów. Mistrzynią Niedokończenia. Tą, co nie pozwalała zapomnieć, ale do końca życia zaszywała w każdym owo pytanie: a co by było dalej? Mistrzynią Wkurzenia. Tą, której siostrą była Zapominaczka… ta, któa zawsze wiedziała, że słowa mające na celu wspomóc zapamiętanie snu, znikną z twojej głowy, gdy tylko spojrzysz w okno, gdy ziewniesz, gdy chociaż nagle na chwilę przestaniesz o nich myśleć. Nawet jeżeli zapiszesz jakieś słowo, nauczony doświadczeniem… i tak nie będziesz pamiętał o co chodziło. I tylko czasem, w dziwnych chwilach swego istnienia podejdą do ciebie owe obrazy, ale nie będziesz potrafił ich połączyć… będziesz tylko czuł, że coś co zabrano…
Pani Urwanych Snów jak zwykle siedziała na niskim dębowym stołeczku przy piecyku. Piecyku, który nigdy nie zaznał ognia, ale za to wypchany był starymi szmatami. Jedną z nich, koronkowe majteczki w cukierkowym różu trzymała właśnie w dziwnie białych, szklistych dłoniach i drżącą ręką wypruwała z niej kolejne nitki… Znaczy drżącą i prawą i lewą… nie żeby miała trzy, albo odczepiała sobie… Klęłą przy tym niemożebnie, popisowo i raczej artystycznie i barokowo, wrzucając w to całą swą duszę i serce, ale na szczęście jak zwykle była sama. Sama poza swoją hodowlą miniaturowych, szkliście czarnych ślimaków, ale im to raczej nie przeszkadzało. Żyli ze sobą już od tak dawna, właściwie od początków świata, ale kto by tam wypominał… więc się przyzwyczaili. One gotowały swoją cuchnącą potrawkę z bliżej mało identyfikowalnych roślinek w sosiku z zagęstnikiem, a ona klęła i paliła swoją cuchnącą fajkę z czereśniowego drzewa. Z tego samego, które gdy się zawaliło spowodowało Pierwszy Koniec Świata.
Cóż, do wszystkiego z czasem można się przyzwyczaić.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Stąpam po grubej, chwiejnej dziwnie poduszce z liści. Zdawałoby się, że powinny już zgnić, zniknąć… ale wciąż tutaj są. Jakby nie były w tym roku pewne, czy chcą w ogóle odejść. Jakby owe młoge, zieloniutkie pączki pojawiające się na ICH gałęziach… zdawały się wrednymi uzurpatorami. Ot zwyczajowe konflikty pokoleń. A i sprawa zimy, która nie pozwoliła roślinkom wyśnić sobie umierania…
… bo umieranie trzeba wyśnić. Oswoić je jakoś. Ów dziwny, pierwotny, znajomy każdemu strach okiełznać, wsadzić do sporej klatki wysadzanej pstrokatymi, wybujałymi w swym ego diamencikami i zdobionej brokatem i chwościkami… A potem odziać go jeszcze w dziwaczny strój, śmiesznie prześmieszny, gacie koronkowe i szlafmycę… a potem spojrzeć na to ponownie i już się nie śmiać. Już uznać to za kolejny etap, jakąś przygodę, co do której nie mamy żadnej pewności… poza tą, że ona na każdego z nas czeka i biletów nie trzeba rezerować.
Spacerując pomiędzy kurhanami, brodząc w owej gęstej liściastej zupie, pomiędzy nagimi drzewami, srebrzystymi pniami… potykając się o resztki omszone, lądując dupskiem w bagienku umiejętnie zakrytym cieniutką warstwą złośliwej szeleszczości… No jakoś tak mi dobrze. Szepczą umarlaki, wbrew temu, co się innym może wydawać, nawet jak są w proszku, to gadają. Jakoś widać taka zwykłe urna ma dobrą akustykę, czy coś? Nie wiem, sprawdzę? Oj nie… ja chcę po prostu polecieć! Rozsypać się w proszek i polecieć. Tak by zawsze latać nad Wyspą. By być w mgłach i chmurach, w deszczu i gradzie, w wietrze i burzy, w Wiośnie, Lecie, Jesieni i Zimowej Zawiejce…
Po prostu. Bo jakoś tak nie chcę do końca odchodzić. Chcę zostać z kurhanami i krzemykami, z kamieniami i drzewami, wciąż kąpać się w owej przeszłości, w starości akceptowalnej z łatwością, przebywającej w rzeczywistości… w owych ruinach i zapomnieniu, w legendach i tym, co zarosło… w owych kamiennych rytach, wciąż nieodnalezionych, w tym wszystkim. Taki tam recycling i w ogóle. Żadne powolne rozkładanie, żadne zamknięcie trumny. Po prostu zwyczajnie, ale elegancko rozsypać się i polecieć.
A potem wrócić i zznowu polecieć…



