Pan Tealight i Swędzące Patyczki…

„Pajączek Rzężączek miał czkawkę. A że na taką czkawkę jakiej on się na owej wietrznej pajęczynce, oj o wiele wiele wiele więcej niż kawalerskie powiem, nie surowe M1 z garażem i basenem pod rynną, nabawił pomagała ino woda z dolnego, wartkiego, lekko już morskiego i solonego biegu Znajomej Rzeczki… więc udał się w drogę. By nie czkać więcej. Oczywista najpierw uplótł sobie intrygujące wdzianko z otworkami, coby w świat taki nie iść gołodupcem… w końcu tutaj narzeczona wisieć może na każdym rogu i pod każdym okapem… Potem dołożył do tego spadochron haftowany w śnieżynki, poczekał chwilę na odpowiedni wiaterek, wybrał linię z ulgą 50% i już…

… i wieje…

Podróż trwała krótko, ot dwie i pół sandwicza z muszką bez skrzydełek, bo wiadomo mania odchudzania i w pajączkowym świecie, a już jest na miejscu. Lekko opada na zgarbioną wierzbę wpatrzoną w morze i osuwa się do rzeki. Jest tak blisko morza, że czuje na włoskach słone powiewy, ale czkawka męczy, więc łyk jeden z małego żółtego listka i drugi łyk, potem przebieżka po piasku, turlanko i jeszcze łyk. I po wszystkiemu! Zdrowy i nieczkający pajączek rozgląda się… a tam coś ciemnieje wielkiego na plaży. Dziwnie drży, porusza się czasem, ale w większości niczym wielki wieloryb z baśni straszących pajączki w jajeczkach przy maminych odwłokach… Ciekawość może u pajączków też ma śmiertelny wymiar, ale w końcu to jakby wakacje dla Rzężączka, więc powoli na niewielkiej lotni podlatuje do owego plażowego bytu. I nie rozpoznaje go, chociaż prawdę mówiąc jest oczytanyn pajączkiem. Owa czarność ma cztery odnóża, które dziwnie łapczywie zagarniają do siebie zwykłe morskie patyczki… te same, których rechot, bo zawsze swędzą je kamyczki piasku, wdzierają się w dziureczki po gryzakach, tak mu przeszkadzał w dzieciństwie. Oj pamiętne dni, kiedy jeszcze jako jajo uczono go o ich wstydliwych chorobach, o przywarach i cnór braku. Patyczki – pajączek spluwa z odrazą, a potem wraca do wierzby, pakuje się i do domu… Po drodze spotka panią swego życia, która jednak po trzeciej ciąży odgryzie mu łeb i tyle z małżeńskiego szaleństwa, ale on o tym nie wiem i się nie dowie, znacy do czasu wiadomego się przecież nie dowie, więc żyć będzie w łagodnej, szczęśliwej nieświadomości…

… bo czemu nie!

A że Wiedźma Wrona Pożart dobrze gilgocze, łachocze i ogólnie pozbawia męczącej powłoczki Patyczki Swędzące, tosz przecież wcale nie jest tajemnica! Znaczy nie do dziś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plaże nadal puste poza kilkoma, wiadomo zmuszonymi do załatwiania się po zawietrznej psiakami. Ale w końcu nie szukam ludzi… bo i po co oni. Tuaj lepiej wpatrzyć się w to, co inni uznają za nicość zapomniawszy czasy dzieciństwa. Kamyczki i patyczki, skarby wielce falami wylizane. Przetrawione przez słoność i słoneczność, wypodróżowane w prawo i w lewo, a i na wskroś też. Cudowne. O kształtach takich, że trudno uwierzyć, że to nie rzeźby, że dla większości to śmieci, nic takiego, nie skarby ani nie kości… nie zapomniane, a wciąż poszukiwane legendami tajemne cząstki bereł, rzeźb bez nich nieskorych do wypowiedzenia słowa czy ruchu zaznania…

Aż człek nie wie, czy czołgać się, czy jednak zachować pozory spacerowania? Może udać, że coś się zgubiło, że tak naprawdę nie chodzi o te, na które inni nawet nie spoglądają. No chyba, że wysikanemu czworonogowi coś trzeba w otchłanie rzucić, coby się wybiegał, w domu potem nie jęczał… A co tam, nie będę udawać kogoś innego, kogoś dziwnością nie ukrzywdzonego… znaczy tam naznaczonego. Bo i jaki w tym cel? Moja to plaża w tej chwili, moje królestwo i mój czas i moi poddani…

Kochane patyczki połączone w dziwnym tańcu. Jakby pragnęły usilnie narobić nowych patyczków, ale jakoś im nie wychodzi. Może i układ planet nie ten, a może zwyczajnie otworki piaskiem zaszły, zatkały się kraniki? Ale co ja mam na to poradzić? Tosz nieznajomam w rozrodzie patyczków! I czy nie miały robić tego w wodzie, tosz ja gołą ręką je dotykam! Dotykam i głaszczę. Macam obrzydliwie zachłannie szukając dotykiem kształtów dziwnych, innych, najbardziej zaskakujących, najbardziej mamiących, perfekcyjnie wypolerowanych, gładkich niczym owo wstydliwe i owo wyłącznie co szeptane… myślami.

Czy naprawdę obchodzi mnie co robią? Biorę te, które chcą ze mną pójść, które po prostu kleją się do dłoni, muskają skórę, chwytają frędzle szalika. Zwyczajnie złaknione czegoś innego, a może czegoś raczej zaskakująco nudnego? Chcące być czyconymi, na postumencikach, dyndającymi u szyi, tudzież zamotanymi w skrzydła całkiem ukoślawionego amuletu…

… biorę je do Chatki, a potem nocą udaję, że ich nie słyszę…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.