Pan Tealight i Pani Wiosna…

„Zmienność płciowości pór roku nie zaskakiwała już Pani Wyspy, chociaż z Panem Tealightem, na owych herbacianych, zakrapianych grzybkami i soczkiem, comiesięcznych spotkaniach, zauważyli, lekko przerażeni, że wszystko zaczęło się wraz z przybyciem na Wyspę Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Ale cóż, tego nie mogli już cofnąć. Wyspa zadecydowała, więc muszą z tym żyć, znaczy z nią… Nikt w końcu nie ma lekko.

W tym roku Wiosna była NIĄ! Panią w średnim wieku. Taką lekko po best before, ale jednak wciąż wzbudzającą emocje. Zdolną czasem podnieść to, co już miało być niestojące. Pobudzić soki nawet w owych obumarłych konarach… Odważną, może jedyną taką, która wiedząc na co się porywa – a Wiedźma Wrona wciąż obrażona była za brak śniegu, za małe przymrozki, za robali nielodowe wyobracanie, wściekła, jadem prychająca, spojrzeniem na miejscu paląca… – więc wiecie, się raczej nie wybrzydza, co nie? Z naturą nie wygrasz… bab naturą.

W ramach powitania, bo lepiej nie myśleć o prawdzie, a życie w świata ułudzie pomaga na serce i trawienie… więc w owych ramach, sosnowych, szlifowanych, surowych, Wiedźma Wrona Pożarta powlokła się nową podpatrywać. Wciąż z szalikim, jakby chciała jednak przekonać kogoś do odwieszenia pracowitości na kołku, lub drzewie. Z torbą, bo przecież bez niej się od Wyspy przy wiatrach odrywa. Z kamieniami, bo obrona rzecz ważna, a kobieta słabą jest… I z orszakiem. Co do nich, włączamy tryb niewidzenia. Niewidzenia ich brunatnych, zbrązowiałych, dziwnie dziurawych ciał… bo przed nią biegły zeszłorocznością czasowości zwyobracane liście. Z rozwartymi paszczami, jadwymi kłami w pełni roboczości, z gotowymi szponami, szczekając i wyjąc, bubiąc po drodze blaszczki za stare na ową wycieczkę… biegły. A z nimi relatywnie ślepa Wiedźma wiedziała, gdzie znależć Przeklinaczne Przebiśniegi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „I tylko czarna ścieżka” – … i tylko jedna droga. Bo czasem zwyczajnie nie można zawrócić, nie można wybrać nowej. I chociaż to już kolejne spotkanie z prawniczką Rebeką Martinsson, to jednak zaskakuje. Dziwnie, niefrasobliwie wkrada się w nasz myśli i serca. Jakoś tak przychodzi jej to z dziwną łatwością. A może to przez to, że to właśnie ona, dziwna, skomplikowana, a jednak zaskakująca swoją siłą… przerażająca?

Rebeka po ostatnich wydarzeniach potrzebuje nie tylko siły, ale przede wszystkim nowego zajęcia. Dlatego osiada w starej chatce i przyjmuje pracę w Kirunie. Nic jej nie trzyma gdzie indziej, a do tego miejsca czuje melancholię, przywiązanie. W jakiś dziwny sposób odnajduje się tutaj ze starym sąsiadem i masą roboty. Do czasu kolejnej zbrodni oczywiście, bo przecież to wciąż kryminał. A może jednak bardziej powieść psychologiczna? Subtelne połączenie mitów i wierzeń, piękna natury dalekiej Północy i mrźnych dni? Owych subtelnych elementów odróżniających ten świat od tego, w którym o nim czytamy?

Nie wiem, ale w powieść wkracza się, marznie… a potem kocha bohaterów. Chociaż akurat co do tego, to zwyczajnie ma się wybór. Mój padł na najstarszych. Wspaniałych, silnych, zachartowanych, a jednak samotnych… lecz chociaż samotnych, to przecież nie małostkowych i zniedołężniałych! Bo ta książka jest właśnie o nich. O ludziach, którzy się nie poddają. O tych, którzy chociaż nie mieli dobrego startu postanowili walczyc o siebie… często jednak bez skrupułów. I o magii, o owych „ludzkich magicznościach”, które sprawiają, że się zmieniamy dla innych. I o kobiecie, która musi zdecydować, czy naprawdę chce dalej żyć…

… oj wiele tego „i o”, ale taka jest ta powieść. Nie historia jednego aktora, ale raczej społeczności, która zrodziła indywidualności.

I o wyrzutach sumienia…

Szukałam go.

Słyszałam jego wołanie od początku, ale jednak nie byłam w stanie do niego dotrzeć, jakby nie nadszed czas… A teraz jakoś tak zwyczajnie, w jakiś pewno dla większości nadprzyrodzony sposób tutaj zwany WYSPĄ… w końcu go poznałam. Całkiem nieprzygotowana. Całkiem nie spodziewająca się tego, co zobaczyłam. Całkiem może nie ja? A może właśnie przez owo zaskoczenia, tylko ja?

Otoczony zdobionymi rytami skałami… stoi i patrzy w morze. Przez wieki ową skalistą górkowatość pokryły drzewa, ale nie krzaki. Jakb baly się naruszyć strukturę. Na darmo szukać tutaj pięter leśnych. Tylko srebrzyste, proste pnie, znaczone oczami, zdającymi się mrugać w pełnym, wiosennym słońcu. A oto i on – Pan Opiekunów. Najwyższy Strażnik i Jedyna Ochrona. Śpi poprzez wieki, jednocześnie mając baczenie na pustki wzgórz i morze. Wpatrzony w ów jedyny punkt, leży tutaj w miejscu, któe ukochał. O które poprosił, by darowanu mu je na wieczność…

I oddali mu to miejsce wierząc, że ich ochroni. Że po nich będą bezpieczne ich dzieci i dzieci ich dzieci. Że kolejność będzie następowała, a tutaj zawsze będzie ktoś, kto zapamięta i przekaże opowieści i pieśni. Nawet wybrali pokłady skał, by nigdy nie rozwiał wzgórza, które mu usypali wiatr. Owe zagłębienia wypełniła woda, co oczywiście było ich zamysłem. Bo nie możesz żyć na zawsze, gdy nie masz przy sobie wody. Owego lustra, w którym przeglądać się będzie czas.

Próżna z niego istota.

Ale tylko się zaśmiał, gdy przyszłam. Czekał. Jemu w końcu wystarczyło, że wiedział, iż przyjdę. W końcu. Bo on ma czas… na wszystko. Na to by wpatrywać się w przeszłość i przyszłość unikając teraźniejszości. Ona nie ma znaczenia. By spokojnie przeżuwać ofiarowane mu tiktaki… no przyszłam nieprzygotowana, by pozostawić mi w duszy opowieści z przeszłości, odgłosy rycia i wpatrywania się w niebo, morze i kobiece łona. By po prostu… być dalej. Pan Opiekunów bezpieczny w swoim wielkim kurchanie. Nie baczący na opadające liście, ani nadmiernie i obficie, w zaskakujacych doprawdy kształtach, srające krowy…

… zazdroszczę mu owej powolności…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.