Pan Tealight i Pierwsze Sezonu Golasy…

„Właściwie, to chodzi chyba o nadmiar skóry. Nadmiar widoczny, nazbyt namacalny szczególnie odczuwalny nazbyt depresyjnie w wąskich przejściach, których nie da się wyminąć. Tam, gdzie czubeczki włosków zdają się kurczyć, kręcić, a nawet rosnąć z powrotem, coby ino tylko nie dotknąć obcego… A przecież to tylko drugi człowiek. Tak samo spocony, podobnie zmechacony, no dobrze może nie w stosunku do Wiedźmy Wrony Pożartej, bo ona hopla na punkcie depilancji ma, ale wiecie, dwie nogi, dwie ręce i głowa… więc o co chodzi? O aury, siły, a może obcych bogów, co z potem wydostają się ze swoich wyznawców, gotowi i napaleni, coby ino kolejny świat swoimi normami i tak zwanymi prawdami napełnić? Może chodzi o owo pojmowanie nadmierne poprzez niespodziewane zetknięcia? Nową metodę transmisji fanatyzmu? Dlatego może jakoś nie chce by jej dotykali. By ich skóra stykała się z nią całą… chociaż możnaby to wykorzystać – ku pamięci… A już szczególnie owe przypadki… niby przypadkie, ot jakieś otarcie, niby ino muśnięcie, włosy i włosy tylko przecież, owe ledwo widoczne, całkiem tylko czasem wyczuwalne, jakieś dziwnie… inne, złe i kosmicznie obce! Wtargnie w ową i tak porąbaną tożsamość i co wtedy?

– Nie chcę by ktoś mnie dotykał, a na dodatek tak na golasa? Mnie uczyli, że błąkając się po city trzeba mieć na sobie koszulkę, a nie tak z sutkami do klienta!? Ale widać tylko mnei uczyli, innych nie… więc gdzie jest ten mój świat, do którego savoir vivre’u mnie przygotowano? Bo raczej nie z Turyścizną… –

No i są jeszcze „przytulacze”!!! Doprawdy epidemia jakaś z nimi!!! Mimo całej szerokości chodnika – plus jeszcze ścieżka rowerowa i miejsce na mijanki – idą tak, by tylko się z kimś zetknąć. Piersią wypiętą do przodu, prą całą mocą swych kilogramów na czołowe cyckami zderzenie. I nawet jak ty już spełzłeś, na wszelki wypadek czując co się zbliża, do rowu, to oni już są tam za tobą… bo przecież świat się tak przeludnia, bo przecież wspólnota chwiejna, bo internet, i te sprawy, wzajemne ciepło chłodzi w owe upalne dni… oj przepraszam, podsiadłem?

– Koniuszki mojego jestestwa są gwałcone!!! –

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, się znaczy Ptaszydło i tyle… nie była istotą zdolną jakkolwiek żyć gromadnie…

Pan Tealight nawet nie podniósł znad notesu swojej mechatej szarej główki, już nie zwracał uwagi na telepiącą się wszelkimi swymi koniuszkami Wiedźmę Wronę, która zakamuflowała się pod kuchennym stolikiem, tym samym co mu wszystkie nogi dawno temu brutale – których przydusił w zemście – wyłamali, i stał na dziwnie chwiejnej konstrukcji z tych, co pod nim czuli się bezpiecznie… i pisał. Notował ponownie dziwne zachowania swojego jedynego obiektu badań i zastanawiał się co jeszcze można z niej wydusić. Mając na uwadze upał, możliwe iż wiele…

Tylko czy to nie nadmiar wiadomości. Czy wiedza ma swoje granice? A naukowość? Czy można ją ograniczać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Hide out” – … nie czai się w mroku. Tutaj zło jest blisko ciebie, zaraz obok. Malutkie, niepozorne, blimkające… właściwie chce dla ciebie jak najlepiej, więc może nie jest złem? W końcu samotność to ból, choroba wspólczesnych czasów… więc może dla ciebie koherencja to zmiana na lepsze?

Ale jednak, czy jesteś gotowy nie być sobą, nie mieć własnego zdania, być wyłącznie częścią czegoś wielkiego bez indywidualności? Częścią wielkiej mądrości, bez zmartwień, gdzie zawsze powiedzą ci co jest dobre, a co złe, gdzie ktoś powie ci co jest słuszne, jaką drogą masz podróżować, gdzie nie musisz nic mówić, a każdy wie o czym myślisz…

W gruncie rzeczy w dziwnie zimnej emocjonalnie codzienności nie wydaje się to AŻ tak przerażające? Nie dla wszystkich, są ludzie, któzy za brak tego bólu codziennego bycia tylko z samym sobą, są w stanie oddać siebie samych…

Drugi tom cyklu… i wielka zmiana. Tym razem autor pozwala sobie na zwątpienie. Jakby tracił siły, a może jednak po prostu chciał ukazać problem nadmiernej komputeryzacji świata z każdej strony. Wysłuchać wszystkich za i przeciw? Nasi bohaterowie wciąż uciekają. Ale jak uratować mają rodziny? Jak powiedzieć im, że ludzie z czipami w mózgach chcą z nich zrobić nie do końca robotów? No przecież kto w to uwierzy? Sama chyba bym nie uwierzyła, a może…

Ponownie niezwykła powieść sensacyjna, przygodowa, ale bardziej… wrażliwa. Tym razem autor kładzie nacisk na psychikę człowieka. Na to w jaki sposób ugina się ona pod naciskami. Co tak naprawdę jest bolączką codzienności? Opowiada o wolności wyborów, oraz o zdradzie i bólu… o głupocie i naiwności. Ale też o rodzinie, bo w końcu to ona jest dla wielu najważniejsza.

„Hide out” (kontynuacja „Black out”) jest niesamowity, wciąga, nie pozwala się oderwać. Niezależnie od wieku, jeżeli po prostu żyjecie w tych czasach, teraz, dzisiaj, odnajdziecie w niej własne lęki i niepewności. Bohaterów, z którymi możecie się identyfikować i takich, których znienawidzicie. Pewne zdania wbiją się wam w głowy na zawsze i już nigdy nie spojrzycie na sieć, jako na coś zwyczajnie zabawnego. Ułatwienie komunikacji, zwykła sprawa, rozwój, cywilizacja… Jednak przede wszystkim tym razem Eschbach zadaje bardzo niewygodne pytania. W końcu o wiele lepiej powiedzieć, że koherencja to zło! I tak spoglądać na ten cykl, jednak co… jeżeli to tylko zwyczajny, po prostu kolejny etap rozwoju człowieka?

Ewolucja?

Przyłączysz się?

Czy ja mogłabym należeć do takiej grupy? Oj nie… wkurnicza mnie zbyt wiele, a jednak i tak ów brak samotności, zawsze ktoś blisko, zdaje się być lekko nęcące. Wizja nieumierania, nie umierania w samotności… Nie wiem. Jednak jeżeli odwrócimiy sprawę, wywalimy flaki na zewnątrz… nagle uświadamiamy sobie jak bardzo wszyscy jesteśmy smaotni. Jak bardzo wydaje się nam, że sieć to rodzina…

Trochę straszne! I to mówię ja – SAMOTNIK!!!

Gorąco mi!!!

Strasznie, strasznie, ale to strasznie kurde mocno jest mi gorąco. Aż mi coś tam wrze, z ciała zdają się umykać w nadmiernym pośpiechu wszelkie oznaki wilgotności. Chyba nawet rdzewieję na uszach!!! Nie wiem dlaczego, ale serio rdzewieję. Może jednak w powietrzu jest nadmiar wilgotności i w połączeniu z palącym słońce, bulgoczacą krwią i wszelaką nadmierną przylepnością, jakoś tak przepuszczam… Na dodatek wymyślili sobie jakiś wyścig, czy coś. Jak i co, nie wiem do końca, bo mnie to nie interesuje, ale wiem jedno… z domu wyjść się nie opłaca. A raczej… boję się, bo będą ludzie. Porozstawiali się już dziwni, zatkali mi moje trawiaste przestrzenie, sklpy otwarte, a zwyczajowo złamana wronim jazgotem cisza… płonie oczekiwaniem.

Rowerzyści. Bez urazy, rozumiem. Ja jestem chodzaczem… wiem, że część chodnika do was należy, ale coby mi odcinać wyjazd z domu? Żebym ja jutro nie mogła wjechać sobie w dzicz na spacer? W jakąś nieznaną jeszcze część Wyspy, bo serio wciąż wiele takich jest… mimo wszystko. Mimo mojego pląsania, chodzenia, truchtania i spacerowania, mimo czołgania się, płaszczenia dupska, a czasem nawet naczworakowania! Już nawet nie chodzi o te pędzące jednośladowce… w końcu co mnie to, może nawet nie będzie mi się chciało jutro nigdzie iść, może upał stanie ścianą zaraz za moimi drzwiami i wyduszając ze mnie ostatnie siuśki zakrzyknie: NIE PRZEJDZIESZ… znaczy się you shall not pass, no wiecie cytatem lecę!

Cóż… więc odetną mnie od świata rowery. Wyścigowce szalone, pędzące i dziwnie nieświadome tych wszelkich górek i góreczek, podjazdów i krętych ślimaczków… Ktoś im powiedział, że to taka łagodna Wyspa… ha ha ha, szaleńcy no!!! Ale niech tam. Po prostu się taka już zamknięta czuję, uwięziona, dziwnie związana, potrząsajaca kajdanami. Ale bardziej dziwnie przerażają mnie ci ludzie. Tacy nienormalnie normalni. Ten pierwszy sort Turyścizny. Zwyczajny, głośny, strasznie śmiecący. Każdy z nich wychodzi ze sklepu z plastikową reklamówką, mimo że niosą w niej ino darmową gazetkę, ze zgrzewką piwa i butelkami, których oczywista nie wymienią na kasę… bo po co. Lepiej je zostawić w piasku na plaży, razem z woreczkami, z gówienkiem i czymś, o czym nie chcę myśleć, niech tubylcy posprzątają.

Wkurwia mnie to!!!

Bo ja lubię moją Wyspę czystą. Ona siebie taką też. Zostawiajcie śmieci u siebie! Dość mam sprzątania! Ale w tym żarze niestety będzie śmieci więcej. Ulotki, pierdoły, plastikowe kubeczki, jakby takim cudem było posiadanie przy sobie flaszki z wodą. Cóż, widać cywilizacja i ekologia nie obejmuje wszystkich. Chociaż… wiem, że gdy wysiadają z tych samochodów i spadają z siodełek, to nagle się zmieniają. Może jednak punkt siedzenia ma w tym wiele do powiedzenia?

A może ciśnienie mi podniósł ten durny pływacz co sobie wyczyścił ładownie i olej do nas spłynął? Nie wiem… ale nagle ten cały recycycling bierze w łeb. Jak widzę jak inni śmiecą i się rozmrażają… znaczy robi się ich więcej, to sobie myślę, że co mnie to obchodzi? Przecież ja tego w planach nie mam. Po mnie nie zostanie nic… I fajno! Pył i proch dla użyźnienia. I już…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwsze Sezonu Golasy… została wyłączona

Pan Tealight i Dwie Wiedźmy Tesame…

„Życie czasem wprost zmusza do pewnych eksperymentów, niczym pokrętnej wizji naukowiec, co to serio chce tylko sprawdzić jak daleko może popchnąć swoje laboratoryjne myszki. A potem jeszcze dalej i dalej. No nie można się im oprzeć, szczególnie gdy się spogląda na pustą lodówkę… znaczy w przypadku tej myszki dokładnie wylizane, pozbawione książek, miejsce przy łóżku. Wtedy, gdy tylko jeszcze przybędzie ktoś zdolny nadepnąć na jawny i wszystkim obwieszczony odcisk, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki jest w stanie wyjść z siebie i stanąć obok. I nie jest to jej wina, ale sprawa życia i ludzi, których się nie pytało o zdanie, a jednak…

Wiedźma Wrona stojąca obok takiej samej, idealnej, wprost odbiciowej Wiedźmy Wrony nie była eksperymentem, który mógł się jakkolwiek dobrze zakończyć. Wprost przeciwnie. Stwarzając pozory względnie spokojnego przebiegu zdarzenia, dla całej reszty świata, tej lekko wtajemniczonej, czyli potrafiącej i czytać ze zrozumieniem i słuchać, nadszedł czas zakładania srebrnych foliowych czapeczek. Znaczy się co najmniej. Ci co mieli, dokładnie przetrząsali zakamarki schronów i znosili tam ostatnie smakołyki. Ci, któzy jeszcze zdolni byli określić czas, udawali się w miejsca osłonięte i względnie zdolne do wykarmienia dusz i ciał. A cała reszta gapiła się i cykała fotki. Tylko Pan Tealight i Ojeblik – mała ucięta główka, wiedzieli że są w stanie zrobić coś. Znaczy owo magiczne i nie do końca definiowalne… COKOLWIEK.

Albo i nie.

Bo widzicie…

Jak tak się patrzy na świat, który był w stanie sprawić, że Wiedźma Wrona Pożarta pojawiła się w dwóch swych postaciach wcielonych i natchnionych, nie był chyba do końca pewien tego, co robi. Co więcej, chyba tak naprawdę gówno go to serio obchodziło, i o takie na rzadko i smrodliwe, co robi, a już tych ludzi to w ogóle… więc jeżeli ich nei obchodzi co robią, a płodzą się i zostawiają innych by żyli po nich, to dwojga postaci niepewność wcielona i strachliwość uskrzydlona na wroni, co się płodzić nie chce… nie musi się zajmować innych problemami?

Czyż nie?

A może jeżeli systemy zdarzeń, trzepnięcia motyla, mrówki podstępne tupnięcie i ogólna pszczela zarobkowość doprowadziły do podwójności dziwacznej magii… to może świat jednak tak chciał? Może? Więc po co poprawiać? Może tak naprawdę należy zostawić dwie i dać sobie siana i owsa…

W owym całym zamęcie myśli, pofukiwaniu jednej wiedźmy na drugą, ich dziwnych min tańcowaniu, bo przecież stroniące od lustra nie mogły zwyczajnie tak po prostu na siebie spoglądać… W tym zastopowaniu Pana Tealighta i Ojeblika, innych stworów dziwnej niepewności, Mały Przenośny Drepcząco Łiszingłell uśmiechał się tylko pod korbką i migotał otokiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Religia” – … i historyczna. Powieść historyczna podbiła moje serce już na samym początku… pewno gdy byłam zygotą, albo wcale mnie jeszcze nie było… Jakoś tak owa powtarzalność życia, pewna przewidywalność człowieczeństwa, które choć dróg ma wiele, zawsze wybierze tą najbardziej skomplikowaną, sprawiała, że uczyłam się własnej codzienności. Dlatego kocham wracać do owych historycznych perełek. Czy to pisanych zgodnie z faktami, czy jednak pozwalających inwencji pisarza zabłysnąć… zawsze odnajduję w nich coś, co pozwala mi znowu oddychać. Znowu stąpać po znajomej ziemi, znajomych, ludzkich zachowaniach, a jednak… za każdym razem wszystko to odkrywać jakoś tak, na nowo.

Tym razem druga połowa XVI wieku, czasy znajome, a jednak miejsca i wydarzenia rzadziej opiewane w powieściach historycznych. Sulejman Wspaniały, Joannici, Religia. W tych ramach nagle i brutalnie pojawia się życie Mattiasa. Mężczyzny, naznaczonego od najmłodszych lat. Awanturnika, najemnika, dostępnego dla tych, których na to stać. Wydaje się, że pseudo bohatera bez żadnych reguł i norm, bez kodeksu… a jednak, jak zwykle świat nie odkrywa wszystkich kart.

Nazwanie tej powieści przygodą jest dopełnieniem definicji. Bo jest tutaj wszystko: brutalność i delikatność, miłość i nienawiść, przeszłość odciśnięta w codzienności i codzienność naznaczająca przyszłość, romans i bitwa, magia i zwyczajność każdego dnia. Ale przede wszystkim w owym stylu Tima Willocksa jest cudowne rozpasanie, pewna nieprzewidywalność człowieczeństwa, zdrada i nadzieja, po prostu życie, które składa się z tak wielu wymiarów. Czas i przestrzeń, fantazja i zwykła wola przetrwania, ale przede wszystkim wiara… która potrafi zniszczyć każdego, nawet tych, którzy zdają się wcale nie mieć na nią baczenia. Fanatyzm…

Gorąco!!!

Strasznie gorąco!!! Kto to wymyślił, żeby w maju zwyczajnie trzeba było się chować w lodówce? Oj wiem, że jest nadzieja na szybszy skok w morskie otchłanie, ale serio… żar z nieba się leje!!! I jakoś tak się nie da już po prostu wypuścić się w dzicz. Zresztą dzicz nadrabia przez brak deszczu i ową żarliwość promieni z niebiesiech. Wszelakie zieloności wybiły z podłoża. Już nie ma w lasach pustki między drzewami, nie ma jak się skradać i nie baczyć na otoczenie. Wszystko nagle stało się bulbami zieloności. Nie rozpoznaję już gałęzi, czuję się przytłoczona przez trawy. Śliczne trawy, takie różnorodne, a jednak wysokie, takie nagle wystrzeliwujące spod stóp zdają się być groźnym najeźdźcą.

I pewno wszystko przez kleszcze. Jakoś tak przez owe apele trawy i łąki opustoszały. Dzikość ptaków i zwierzyny niskopiennej może się plenić we względnej chyba spokojności, bo ludź boi się kleszcza. Tak, teraz będzie o tym, że drzewiej tak nie bywało… bo nie bywało!!! Człowiek nago latał i jakoś tak nic się do niego nie przyczepiało, a nawet jeżeli coś użarło, urządliło czy uszczypnęło, to żyjąc w takiej, a nie innej szerokości geograficznej nie było w tym nic złego. Jeżeli tylko nie była to żmija, czy też stado szerszeni, to zwyczajnie pobolało i przestało…

… ale teraz bój sie kleszcza, bój się wiatru, bój się słońca.

Nie bagatelizuję niczego… masz rozum człowiecze, więc go używaj, ale nie jesteś mój drogi zwierzęciem domowym. Jeszcze kilka tysięcy lat temu wiedziałeś, że dom to miejsce by schować się przed złymi warunkami pogodowymi. Dziś zdajesz się między ścianami spędzać dnie i noce i wszelkie inne wymiary czasowe. Jakby na zewnątrz było owo groźne coś, co może cię oderwać od sieci, od telewizora, przykucia do facebooka, czy innego pointerestu. Jakby nagła utrata zasięgu była końcem wszelakiego życia na ziemi, chociaż ma dotyczyć tylko ciebie…

… a ja się gubić lubię. Może i utrata zasiegu na Wyspie nie jest taka łatwa, ale mieszkało sie już w czarnej, internetowej dziurze. I jakoś się żyło. Bo czasem mi się wydaje, że tutaj wystarczy dotrzeć do wybranego głazu albo mostu i zapukać w pieniek i już wszystko wiadomo, już się dodzwoniłeś pod jedyny warty zapamiętania numer – dwa stuki knykciem w prawo i dwa w lewo, a potem cmok pod korę. I oto dostępujesz wszetecznej, uzależniającej ciszy. Takiej, co doprawdy wyłącza wszystko i wszystkiego. Nie żeby cicho było, w końcu nie o to chodzi, ale za to szum drzew, stukot kamieni w strumieniu, poruszające się liście, wykluwajacy się świat… jakoś nie przeszkadzają na gonitwę myśli w sobie. Tylko jak wielu jest w stanie wytrzymać ino bycie z samym groźnym sobą? Podobno niewielu. Wyspa chyba też ogólnie samotności nie lubi, a moze lubi? W końcu baba to, więc kto ją tam do końca rozczytał?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dwie Wiedźmy Tesame… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Areferencje…

„… nie pytała.

Nie chodzi o to, że nie chciała być chwalona, no nawet może i czasem pogłaskana po pleckach, klep klep klep, kilka pokłonów, jakaś hosanna, jakieś allelujki, może i litania, wspominki wypominki, psalmik i hymn nawet… Czasem wywyższona, może mały pomniczek ino na chwilę, ulotny, z czekolady czy cukru niczym baranek wielkanocny… chociaż nie, raczej chyba nie, bo wtedy zaraz przychodziło zawstydzenie i cała masa wątpliwości, skrępowanie i dziwna osowiałość, a nawet gniew. Czy zasłużyła, czy nie, czy powinna, czy nie, a może jednak, gdyby było inaczej, gdyby było lepiej, a gdyby… Jednakowoż w jakimś stopniu była człowiekiem, więc chciała usłyszeć dobre słowo, ale nie prosiła o nie. Po prostu żyła, nie oceniała innych, zwyczajnie albo coś ją głaskało w środku w Wiedźmie, albo nie… Nie mogła walczyć z tymi wszystkimi stronami w sobie, nie dałoby się wytrzymać tego szelestu, a już wyobraźcie sobie to… koszmarne zagrożenie pożarowe!!!

Ale gdyby Wyspa ją zwolniła z roboty, oj nie byłoby referencji…

Nie żeby się szykowało, chociaż… Bo widzicie, w Wiedźmie Wronie Pożartej najwięcej było strachów i lęków, łomotań serca, uderzeń gorąca i zimna, potów i trzęsawek, telepań i najbardziej apokaliptycznych wizji. Jakoś tak zawsze lepiej było widzieć świat z najgorszej, i to najgorszej nader pokrętnie, strony. Zresztą należy jej przyznać, że nie skupiała się wyłącznie na potknięciach i meteorytach, na armageddonach i spadających z niebios fruwających, zaostrzonych myszkach komputerowych. Jakoś tak potrafiła wynaleźć wszystko, ale mówię kompletnie wszystko… łącznie z kwestią bakteryjną, wirusową, czy też po prostu skręconą kostką, albo ogłoszonym alarmem. Bo serio, no po co się ograniczać? Zresztą, szczególnie jak się ma z czego wybierać!?

Problem w tym, że nawet jeżeli wymyślisz wszystko, to i tak zawsze coś cię zaskoczy. Sporadycznie nawet to, że wszystko obraca się w nienajgorszą jednak stronę… ale to wiecie jedna na milion!!!

To nie było tajemnicą, ale jakoś umykało zawsze i wszystkim, niczym odłożona klątwą niewidzialności i niesłyszalności wiadomość, sekret stworzenia – że Wiedźma Wrona Pożarta zawsze uważała się za naj… najgorsze, najbardziej marne i najprawdziwiej niepozorne niestworzenie. Doprawdy nie da się jej umieścić już niżej. Ona już tam jest. W owym nisko. Tam, gdzieś w odle, który pogłąbiła dostarczoną łpatką i saperką, a potem dłońmi i skrzydłem metalowego motyla i łzami i potem i rzęsami, z których da się upleść niezłe worki na ziemię.

Tam, gdzie ona siedzi, tak naprawdę wszystko znowu się zaczyna, bo przecież i tak wsio kółkiem jest.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Światła pochylenie” – … w promocji była. Nie żeby był to jedyny powód, bo od dawna miałam na nią chrapkę, ale ostatnio jakoś smutne opowieści, prawdziwe i drążące nie znajdują we mnie przychylności. Może tak się dzieje, gdy codzienność nazbyt jest przygnębiająca? A może po prostu trzeba zwiększyć dawkę antydepresantów? Nie wiem… przyznam, że bałam się sięgając po te cieniutką książeczkę i… nadal się boję.

Oto opowieść ze świata, który na nas czeka, którego nie unikniemy… po życiu. Kolejna fantazja, a może nawet wizja zza owego welonu, który wciąż nie podał nam nic pewnego. Ze świata duchów… A dokładniej świata jednego ducha, dziewczyny, która błąka się podglądajac życia od ponad stu lat. Niepewna, zagubiona, samotna. Tak naprawdę dla niej to, że ktoś ją w końcu zauważa, jest prawdziwą transformacją egzystencji.

Oto opowieść fascynująca, piękna, romantyczna… Opowieść z pogranicza światów, opowieśc o samotności i dopełnieniu, jakie może ofiarować tylko drugi człowiek. O zrozumieniu, zauroczeniu i spełnieniu. Powieść tak pełna wrażliwości, owego zaciekawienia życia życiem… pełna pytań i nadziei. Opowieść o egzystencji, która bardzo łatwo popada w skrajności.

Historia miłości, która się nie dopełniła.

W tym debiucie jest wszystko i bóg i nadzieja i wiara i miłość. Umieranie i ponowne ożywanie. I konsekwencje, ciągłe wybory, bo może życie to jednak coś więcej… może to wszystko? Bo śmierć, to widać zawsze dopiero przysłowiowy początek. I to właśnie ona najczęściej uczy jak żyć…

Słońce pali. Czasem się zastanawiam, czy przez tą ową całkowitą światłość nie przygasa subtelne, dostępne z narodzenia Światło Wyspy. To przenikające każdego i wszystko, tylko tutaj, nadające aurom subtelne, drastyczne zabarwienia i kształty. Dziwne, niesamowite, namacalne. Niczym subtelne, a moze drażliwie nagminne i natrętne błogosławieństwo? Kto to tam wie? A może każdy inaczej to odbiera? Może zwyczajnie nie każdy może je dojrzeć… a jednak jakoś w to nie wierzę, bo Wyspa potrafi się dopasować do różnych szaleństw, sama rozumiejąc jego jądro. Jakoś tak wybiera zawsze marną nienormalność. Może tak łatwiej? Może tak naprawdę bez ram i nakazów, zwyczajnie spodziewasz się wszystkiego, więc ni się nie zawiedziesz, ni nie poczujesz się zraniony… zwyczajnie trwasz?

Nie lubię nadmiernej słoneczności. Może lubię być wyjątkowa? Kto to wie? Wyspa na pewo jest, wiec jakby co, jeżeli się zdecyduję, to mam od kogo się uczyć. Na razie obserwuję. Jak wszystko mięknie w owym żarze. Jak gałązki róż, jeszcze nie zdrewniałe, o mięsistych, cudownie lakierowanych liściach, takie czerwone, krwiste, jakby pochodziły wyłącznie z krwinek niechcianych… gotują się. Wszystko jest takie gorące. Takie dziwnie nie tyle wysuszone, co napuchniete i zmęczone. A może Wyspa nie potrzebuje aż tyle słońca, bo jest w stanie sama, własnym światłem wyżywić każdego?

Nie wiem… wiem tylko tyle ile widzę, słyszę, czuję… ile jestem w stanie poukładać w małym łbie i jakoś to przetrawić. Tym razem nie wydalam.

Światło Wyspy jest niesamowite, ale nie lubi konkurencji. Toleruje chyba tylko i wyłącznie ogień. Światło świec, ową subtelność pochodni, tę chwiejność i poddanie się pływom powietrza i westchnieniom zakochanych. Coś, co czuje myśli i potrafi podgrzać naprawdę nastroje. Tak po prostu, jako owa siła przedwieczna, jako coś ofiarowane przez niebiosa wraz z dźwiękiem i światłem. Ale skąd tak naprawdę pochodzi? Skąd berze swoją siłę i czym się karmi…

… może lepiej nie pytać?

Wykorzystują światło wszyscy. Pani Wyspy je kocha. Pławi się w nim i pląsa. Odziewa się w suknie wykonane wyłącznie z jego nici i to je wplata w swoje bujne włosy. A jednak… mimo owej powszechności i sławy, turyści nieczęsto zdają sobie z jego bytności sprawę. Z owej odmładzalności. Z możliwości czynienia cudów, chociażby tylko utrwalonych na fotografii… owych min, które już nigdy nie będą tak promienne jak w tej chwili. Uśmiechów, które doprawdy błyszczą radością. Które po raz pierwszy są w odpowiedniej chwili i miejscu. Nagle, niesamowicie po prostu pasują. Światło Wyspy pozwala każdemu, nie proszone, spojrzeć na siebie po raz pierwszy naprawdę. Ale czy podoba się wam to, co widzicie? A może owa nagła świadomość wad i głębokiego zakłamania… jest aż nazbyt przytłaczająca?

Może lepiej nie ryzykować siebie?

Znanego?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Areferencje… została wyłączona

Pan Tealight i Przenośny Drepcząco Łiszingłell…

„Prywatność.

Wiedźma Wrona Pożarta pewno uważała, że ją ma, a raczej… Dokładnie to wydawało się jej chyba iż jeżeli ona czegoś nie widzi, to tego czegoś zwyczajnie nie ma. A w jej przypadku niewidzenie i niesłyszenie przybierało całkiem odrębne standardy, nader wybiórcze… więc Pan Tealight podpatrujący co się dzieje w Chatce, gdy ona sama zatykała drzwi i okna i udawała, że jej nie ma… nie był podglądaczem. Nie był nawet wścibski. Ot zwyczajnie, może odrobinę dziwnie i nadgorliwie, po prostu dbał o spokój swojego świata. Tak jak teraz, gdy pochylony, tworząc prawie niewypukłą jedność z szarymi płytkami tarasu, starając się jak najmocniej uniknąć spotkania z Mrówkami Rozkosznego Plemienia, które jak co roku wybrały sie tutaj na wiosenno-letnią pielgrzymkę… połączoną z warsztatami, o których nikt nie miał pojęcia… I patrzył. Patrzył i nie wierzył, a może patrzył i po prostu nie oceniał?

Na szarej podłodze pokoju, skumulowana w tak zwane kucki, całkiem jak zwykle stroniąca od nadmiernego odzienia, czyli gacie i bluza, bełkotała coś Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Przed sobą miała kocioł, bulgoczący mimo braku jakiegokolwiek zauważalnego ognia, w którym pływały, a raczej przewalały się gęste od wzajemnych sąsiedzkich poruczeń: deseczki, zapałki, wkręty i nakładki, cegiełki i śrubeczki, małe gwoździe, kamyki, chyba kępy trawy, grzybki, kości, kwiaty, but, kapelusz, splątane ze sobą fartuchy, mop miniaturowy i chochla, a nawet barwne nici i sznurki, oraz dość poważnie sfatygowany zestaw do reparacji pończoch… chyba? Nad owym kłębem możliwości niezapowiadanego wybuchu, a już na pewno totalnego smrodu, stała przygarbiona, stosownie pomniejszona na niską okoliczność wzrostu Chatki Wiedźmy, sama w swej postaci Pani Wyspy!!!

Nie zapukał i nie zapytał, zresztą, czy otrzymałby odpowiedź, może raczej nie wpychać nieistniejącego nosa tam, gdzie może mu się nie spodobać? Zresztą, zwykle i tak Wiedźma Wrona się wygadywała. Jakoś tak po prostu, przy pomocy naparu i ciasteczek pieczonych gdy spała… Pewno będzie tak i tym razem. Ale gdy tylko nad kociołkiem zaczęło się formować coś dziwnego, przeszedł go dreszcz. I nie mógł za niego winić mrówek, bo wszystkie nagle zniknęły… co gorsza całą Chatkę otoczyła gęsta i szczypiąca mgła. Pan Tealight wiedział, że teraz nie ma co się ruszać ze znanego miejsca, bo pobłądzi jak nic… chociaż tak dobrze zna ten świat, każdą narodzoną trawkę i zemrznięty kamień… a jednak wolał nie kusić losu. Szczególnie, że zapomniał zabrać ze sobą peleryny, a to w niej zawsze miał te czekoladowe herbatniki, które Sam Los tak bardzo kochał. Czuł się naprawdę nagi… więc tylko spoglądał.

A za środka biło dziwne, mrocznie srebrne światło. Jakby pewne tego, że ze złotym mu nie do strachu… w owym świetle coś zaczęło przybierać postać małej puszki w brązach i zieleniach, ziemnistej takiej z czymś z niej sterczącym… robot, czy coś? Czyżby w końcu nienaturalnie pogańska Wiedźma Wrona, nawróciła się na technikę – nie chyba niemożliwe, Pan Tealight pokręcił głową we mgle, sam do siebie, nawet nie zauważając kulącego się obok niego Ojeblika – małej, uciętej główki, któa w jakiś sposób mimo mgły, znalazła drogę toczenia.

Ale daremne nadzieje i żale, i trud daremny i próżny i złorzeczenia, bo owa puszkowata obecność w końcu wyskoczyła na ruchliwych, chociaż maleńkich nóżkach, z bytności niemożliwej na szarą podłogę. Mgła zniknęła bez cienia swej obecności, bez strzępka, a światło olało sprawę uznając, że jak już jawnie jest wszystko, to go nie kręci. A obok nadal w kucki pogańskiej… stała telepiąc się małą studnia z kamienia, z drewnianym daszkiem, sznurkiem i kubełkim i dziwnie splątanymi ramionkami obluszczonymi, nakładała sobie na stópeczki maleńkie różowe kaloszki w baloniki i to z koronką! Znaczy kaloszki miały koronkę przy cembrowinie… znaczy no tam gdzie przytykały się one do kamienia… znaczy się… Świat miał w sobie tyle niemożliwych, ale oczywista, że tutaj na tej Wyspie Wiedźmie Nadwornej i Wewnętrznej musiało się zachcieć Przenośnego Drepczącego Łiszingłella.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Zcyklu przeczytane: „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich” – … marzenie. A może tylko strach? Tyle religii na tym świecie i tak naprawdę wciąż można się załapać na coś nowego, czy potwora od makaronów, czy wieloryba pływającego dookoła księżyca… albo płaska ziemia! Dla mnie hit, szczególnie te słonie i żółw – ale to całkiem inna bajka, jak pewno wiecie.

Oto jest opowieść o nieśmiertelności. Znaczy nie chodzi o to, że całkiem nie umrzecie… raczej o to, że jeżeli będziecie zdrowo i bezpiecznie żyć, to dzięki pomocy pewnego specyfiku, niewielkiej cenie i wieku poniżej 35 roku życia… starszym widać się nie opłaca… właściwie możecie być forever. Ale „who wants to live forever”? Niektórzy chcą. Mają różne powody, różne pragnienia… a tak naprawdę wszyscy boją się jednego – ŚMIERCI. Nie tego, co jeździ na Pimpusiu, ale tej wiekuistej, człowieczej, owego wygaśnięcia lampek na konsoli. Rzecz cała dzieje się w przyszłości. Całkiem nieodległej i mało dziwnej. Zwyczajnej bardzo i ludzkiej. Ludzie cierpią tutaj i kochają się. Zaganiani… właściwie nie do końca rozumiem, po co im owa nieśmiertelność?

Oto jest opowieść o świecie, w którym się nie umiera, jeżeli się nie chce, jeżeli się da. O tych za i przeciw, o następstwach pragnień większości. Powieść niesamowita, przejmująca, prawdziwa. Pewnie, że miejscami przewidywalna, ale napisana tak, że wydaje się wam, że wcale się tego nie domyślaliście. Więcej w niej socjo-psychologicznego wewnętrznego świata, niż owych wybuchów i tratowań, więcej człowieka… niż sensacji. Oto jest powieść, by wzbudzić w czytającym owe może i nieliczne zakurzone komórki rozmyślania… z jednej strony smutna, z drugiej… piękna. Opowieść o człowieku-bogu, który jednak nie do końca pojmuje swoje demiurgowskie zapędy. O wiekuistej piękności, która może się nawet i znudzić. I o tych, któzy mówią cudom: NIE!!!

Powieść przypomina mi trochę inną… „World War Z”. Ale nie z powodu zombie, lecz sposobu prowadzenia narracji, jakiegoś oderwania się od sytuacji, pewnej obserwacji, mniej samego udziłu. Dziennikarstwa. I tego, w jaki subtelny sposób potrafi zafascynować, chociaż przecież… nic się nie dzieje.

Pada, a jednak wcale mi się nie wydaje, coby Wyspa piła. Jakoś tak wszystko suche i kamieniste, dziwnie schropowaciałe. Może wszystko przechwytują szalejące zielenie, liście migoczące wciąż jeszcze ową połyskliwą nowością? Czyżby zamarła w nije wola życia, gdy tak spogląda na ową wrzeszczącą młodość? A może jednak jest to ten okres w roku, kiedy ma ten inny okres? Bo Wyspa, co jak co, ale ma swoje humory i etapy, gdy doprawdy nie do końca można ją odgadnąć. Chociaż nawet w tych jej entuzjastycznych godzinach i tak do końca nie jesteś w stanie rozpracować kobiety, czyż nie? Nawet chyba nie próbuję już. Po prostu jestem i pozwalam z siebie jej korzystać.

… więc pada.

Mało kropli podsumowywując, a biorąc pod uwagę owe przeszłe wcześniej dwa dni parne i duszne, wrzące i gorące, to raczej te kilka kropel nie wystarczy. Co będzie piła Wyspo? No tak o suchym gardle to daleko nie zapłyniemy! Może deszczowy rocznik ci nie odpowiada? A może jednak wolałabyś coś bardziej słodkiego, lub słonego… bo chyba nie kwaśnego? A może jednak? Cytrynowy powiew? Aromat czosnkowy? Nie no tego ostatniego mamy chyba pod dostatkiem. A moze to owe mocniejsze, drażniące zapachy tak cię oszołomiły? A może to ta szalona, jakże dziwnie wisząca nad tobą pełnia? Bo przyznam, że mnie ten księżyc przyprawia o palpitacje. Źle się z nim czuję, tak nad głową, jakbym nagle dochapała się aureoli, a z nią obszernego gabinetu ze skórzanymi siedzeniami, wielkim oknem i ulicą głośną za nim. Znaczy w dole za nim, bo pewno gabinet w strefie chmur z widkiem na inny kontynent – jak dla mnie wizja piekła!!! Do tego szkolenia i korporacyjny hajs. Oj nie, już serio wolę chyba te kadzie ze smołą!!! Przynajmniej skóra sie oczyści, chociaż tak przestraszliwie gorąco mi!!!

Za miesiąc już lato!

Ech no czemu, ale za to wiosna była i dziwna i niesamowita zarazem. Taka inna, jakby jedyna w życiu… jakby ktoś starał się pokazać od niemożliwej strony, udowodnić, że tak, może pokazać wszystko i nie znikać od razu. Nie migotać ino świeżynką spod pierzynki śnieżnej, a potem wybuchać nocą potajemnie zielenią. Oj tak, wiosna w tym roku leniwa i przedłużona była kosztem mojej ukochanej zimy, niestety. Ale cóż, nie płaczmy za niebyłym śniegiem i rozlanym mlekiem. Śnieg co go nie było i tak stopniał był, a z mleka śmierdziuch się ser zrobił i z podłogi go wygrzebywać nie będziemy. No za bardzo to dramatyczne nawet jak dla mnie!!!

Co było to było, a ciepło raczej nie dla mnie. Jakoś tak mroźność chyba tylkoe mnie trzyma czasem przy życiu. Aż taka do bólu. Szalona, jak siedzenie gołą dupą w śnieżnej zaspie, tudzież pogryzanie sopelów. Ale latość się już czai za progiem. Przygotowana na wszystko. Ma w plecaczku i namiot i zestaw do postawienia sommerhusa. Ma kaloszki, parasolkę ale i kocyk i zestaw do robienia babek. Nawet dmuchany basen ma i rękawki do pływania. I okularki z żabkami. Ciekawe, czy samo Lato to jeszcze nie wie jakie będzie? Bo w tym roku to ruda dziewczynka z iegami, w różowej sukieneczce, o oczu błękitnym, czystym, zwodząco nawinie niewinnym spojrzeniu. I ma jeszcze siostrę bliźniaczkę, jabyście nie wiedzieli!!! Serio, to o wiele mniej przerażają mnie starsze panie, co na smyczy prowadzają swoją szczękę obwiązaną apaszką…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przenośny Drepcząco Łiszingłell… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Bzykanie…

„Bzyk bzyk bzyk tak sobie bzykam. Taka w końcu moja praca, żadnych tam dwuznaczności. żadnych tam świństefek i w ogóle. Ino bzyk bzyk bzyk. Z kwiatka na kwiatek, bo przecież jednym się nie nasycę. Nie chodzi o to, iż taka ze mnie latawica, czy coś, po prostu więcej więcej i więcej chcę. Potrzebuję. Normy należy wyrobić, rekordy pobić i w duszy coś gra by ino bzykać!!! Bo inaczej się nie da, puchate takie ciałko no wiecie, nie może pozostawać w ciągłym nieruchu. Muszę latać i skakać, podfruwać i unosić się… oby tylko nie padało, bo taka kropla święconej wody, to serio powoduje kiepskie i nadzwyczaj rajcownie bolesne, piekielne odparzenia!

Żółte kwiatki, tak, te ostatnio zajmują mnie nie zwykle. I żółte motylki, szalone takie… dziwnie bardziej radosne i beztroskie niż cała rzesza pozostałych pięknolatawiców. Trzeba im oddać, że też zalatane jak nie wiem co. Nie pogadasz z jednym, drugiego tylko dogoniłam, a już go powiew zniósł ku kolejnemu mleczykowi. Właściwie jak tak na świat spoglądam latając, to wydaje mi się, żem powolna. Że pomiędzy jednym kwiatkiem, a drugim, upływają eony, które zdolne są mleczyka shapeszifternąć w dmuchawca, a potem przyjdzie taki szczeniak, ogonem zmaiecie i już lecą… unoszą się nasionkowi spadochroniarze. A na każdym nasionku plany podbicia świata. Dumne mini wojska przygotowane są na wszystko. Wyćwiczone i pełne nadziei na to, że to właśnie oni zmienią świat. W końcu będzie tak, jak mleczyki planowały. Nim spadochron z całym światem w uścisku opadnie na trawy, stoczy się ku ziemi i zapuści korzonka tworząc podwaliny nowego świata, wojska zdążą się przegrupować, zmienić generałów na tych o milszej aparycji i dokładnie przeładować pyłkową broń… tylko wiecie, coś się dzieje, gdy tak lecą. Gdy tak patrzą na owe barwy i kształty pod dnimi po prostu jakoś tak się zakochują w życiu i już im się nie chce naparzać. Jeden z drugim wolałby babkę ukręcić, masło zrobić, galaretkę z truskawkami… posprzątać chatę, znaleźć czas na haftowanie, a potem wypielić coś i coś posadzić.

I patrzeć jak rośnie…

Jak tak się lata, tak wiele można zobaczyć… I ogólnie trafić w dziwne miejsca. Wiecie z jaką łatwością można pomylić żółtą kieckę z polem mleczyków. A jak się wleci w taki babski świat, jak się zacznie bzycząco dobierać, no to ofiara ucieka i znowu i znowu i znowu… i w końcu trzeba sobie uświadomić, że chyba to jedna nie mleczyki. Za dużo pręcików, pyłków i ogólnie głośne jakieś. Ale tak dla pewności spróbuję jeszcze raz, może i wyżej zajęczy ten dwugałązkowy mleczyk?

Bzyk bzyk bzyk… a gdybym była trzmielem? No wiem, że wtedy to całe odchudzanie byłoby całkowicie zmienne objętościowo, ale jednak słodkie misiowe są takie te trzmieliki. Jakoś tak bezpieczne, chociaż pewno ucharatać potrafią. Bo taki szerszeń to wam powiem jest to niemiłosierne piekło miejscowe, co się rozlewa na wszelkie członki i głowę. Jak mnie jeden kiedyś dorwał, to w zaświatach uszy zatykali… więc może jednak zostanę w sobie. Jakoś tak znajomo i wygodnie i zawsze można marzyć, że da się coś jeszcze zmienić… bo musi, bo jak bzyk bzyk bzyk nie ja, to kto?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Stan wstrzymania” – … nie kumam. No po prostu nie mogłam. Właściwie nie byłam w stanie, jakbym powieść w kompletnie nieznanym języku oglądała. Chociaż nie, nieznany język korci by poznać, rozkochać się w literkach, jakoś tak zapuścić korzenia, a to… Nie chodzi o to, że powieść jest zła, po prostu dla mnie jest niezrozumiała. Bo ja się znam na komputerze tyle, coby nie oszaleć… a cała reszta to dla mnie najczystsza fantastyka.

Bo oto jest powieść komputerowa. Dla tych co grają i potrafią się naprawdę w tym rozpuścić, którzy w internetowym świecie rozumieją, że rzeczywistość to coś więcej i że… jeżeli popełni się tam zbrodnię, to należy ją rozwiązać. No i oto jest bohater. Taki, który niezbyt mocno, ale jednak będzie się starał… Bo Sue jest naprawdę intrygującą osobowością. Splataną lekko. Niesamowitą.

Wiecie co mnie najbardziej zniechęciło do lektury… narracja. Druga osoba, dziwnie oderwana od sieci. I te korporacyjne sztuczki, to nie dla mnie, a jednak… zatrzymam tę powieść, bo mnie zaintrygowała. W końcu ino krowa się nie zmienia, może i ja dorosnę kiedyś do wirtualności?

Do takiego świata?

Poznam ten dziwny język, zrozumiem to, co na razie jest dla mnie taką fantastyką, że mój jednorożec do niej nie doleci… ale może kiedyś?

Wychodzę. W plecaku woda i jabłko, do tego cukierki dla trolli, bo w końcu z podziemnym światem lepiej żyć dobrze, a nawet lepiej jeszcze. Po prostu warto się postarać. Jakoś tak dobrze być przygotowanym na to, co inni uznają za baśniowe i całkowicie niemożliwe. Tupu tupu tupu… czarne buty znowu robią się szaro-błotne.

Nie spodziewam się tego, że pogonią mnie krowy… mówiłam, że panicznie boję się krów, no serio… jakoś tak, nie wiem może to trauma z dzieciństwa… więc gdy wyłażę z lasu na przecinkę i nagle widzę czarniawe wyrośnięte stadko myślę sobie: no kurna, to teraz zginę. Mój Książę ma mnie obronić, ale jak mi jego poszarpią, to gdzie ja indziej cud taki, co mnie będzie chciał znajdę? No cóż… idę dalej. Sapię i pocę się, wraz z wodą wyłażą ze mnie durne, malutkie, niepotrzebne całkiem kłopotania się i problmy. Skapują na leśny dukt pełen szyszek i igiełek. Pobrązowiały… dziwnie pusty, chociaż święto i powinien być pełen truchtaczy i innych dziwnych jak ja. Może jednak spotykają się dziś gdzieś indziej i modlą się… St. Bededag.

A może jednak za ciepło dla nich? Bo nawet tuaj w Paradisbakkerne na dzielnym wielce i skryjnym jawnie drugim małym Gamleborgu, żarówka jak nie wiem co. Oj będzie łeb mi pękał!!! Ale za to jaki widok. Oj można było stąd dojrzeć nieprzyjaciela, schronić dziewoje i napitki i nie wpuszczać nikogo. A nawet i bez najeźdźcy zwyczajnie urządzać imprezy przy wielkim ognichu!!!

Ja wiem, że te krowinki to bardziej się mnie bały niż ja ich, ale jednak… one się zatrzymały udając, że ich nie ma, a ja przyśpieszyłam robiąc dokładnie to samo… Ha ha ha, to nie ja, to ino się pieniek czorny tak kula niezgodnie z prawami fizyki i już schowana jestem w lesie, już bezpieczna, a krowinki… No w końcu w cieniu się schowały nikłym bidulki i siorbiąc i parskając żłopią wodę. Bo wody tutaj sporo lustrzanej i gęstej, spokojnej w kistach i zagłębieniach. Mrocznej wody pełnej i legend i mitów, jakby tutaj właśnie one nabierały nowej siły, jakby tutaj właśnie się odświeżały, dopasowywały się do kolejnych czasów do nowych odbiorców. Bo w końcu wszystkie opowieści chcą być tylko słuchane, chcą żyć, zmieniać się, ale nigdy do końca. Nie mogą w końcu utracić samych siebie… nie mogą całkiem się przeistoczyć.

Bo czy te czasy są warte aż takich poświęceń? Utracenia historii? Zmian? A może… Jak tak człowiek idzie, to po kilku godzinach zmęczenie sprawia, że nie może robić już nic innego. Kompletnie nic innego. Tylko przebierać stopami. Nie machać łapami, nie siorbać wody, nie patrzeć na krzaki, liście i gałęzie… nie podziwiać. Możesz tylko iść. Wiesz, że to boli, jakoś po prostu wiesz, chociaż nie czujesz, jeszcze nie, nie aż tak… wszystko skupia się tylko na tym, żeby jednak się nie zatrzymywać. Nie zatrzymywać się, bo jeżeli staniesz choć na moment, jeżlei usiądziesz, to ból uderzy. I mimo uścisku Wyspy zapragniesz tylko spać. W ten sposób rodzą się Umęczeni. Duchy, które podglądają turystów zza skał przy studniach wodnych. Zazdrosne, ale też strzegące was, byście jednak do nich nie dołączyli, chociaż… lubią nowych w swoim towarzystwie.

Czasem więc nie upilnują… szczególnie brunetek.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Bzykanie… została wyłączona

Pan Tealight i Mag Poroniony…

„Wyskoczył na nią na pewno z tego ani i z owego, zawsze obecnego gdzieś obok każdego  z nas, mało nieznanego Niewiadomokąd. Przywarował dwa kroki przed nią, w lekkim półskłonie z wrednym uśmiechem i naiwnie, bo raczej nie odważnie, pozbawiony wszelkich obronnych powłok, chrapliwie wyrzucając z siebie kawałki śliny i buły z szynką i pomidorem zjedzonej w krzakach, zagryzanej kępką niedźwiedziego czosnku… wywarczał, krwawo niemalże, wyszarpał słowa ze swojej chudziutkiej, mierniutkiej i poszarzonej, okrytej szmatą postaci:

– Pójdź ze mną, będziesz moją niewolnicą. –

Trzeba mu oddać, że udało mu się zatrzymać Wiedźmę Wronę Pożartą. Ale bez przesady, słuchawek z uszu nie wyjęła, za to w rytm „Who you gonna call?” popatrywała lekko mrużąc czoło i rozcapierzając rzęsiska. Nie odchyliła głowy, nie przegięła jej, nie była zianteresowana. Raczej jakby zauważyła przeszkodę na trasie ku miejscu swego przeznaczenia i czekała, aż ona pierwsza ustąpi. Gdy tak się nie stało, a przeszkoda wciąż wyrzucała z siebie słowa, Wiedźma Wrona włączyła oczyska. A miała je straszne ciemne i przerażające. Doskonale odbijające świat i oceniające go w odłamkach bursztynów, w owej przeszłości, która nie obiecywała, że będzie nawet możliwość zaistnienia czegoś więcej, oczekiwania. W owych brązach i orzechowościach, jakoś tak każdy odnajdywał swoje grzechy. Nawet tego lizaka podebranego, gdy miało się pięć lat, smarkaczowi niższemu, rudemu i tłustemu, młodszemu o rok…

A jednak na niego to chyba nie działało?

– Pójdź, nie opieraj się, to i tak nie ma sensu… –

Pieklił się Mag Poroniony, stojąc na chodniku. Pojedyncze pasma czegoś na kształt smoły zaczęły się unosić wokół niego, splatając powoli wielką klatkę. Na ptaki? Ale on ich nie widział, dziwnie nierytmicznie, wkurwniczająco tupiąc wielką, kostropatą stopą o podłoże, powoli się z nie zagłębiał. Nagle spojawiony mu się w rękach kosturek, rozcinał powietrze nie do końca oczyszczoną i umocnioną swoją powierzchnią. Kolejne słowa wydobywały się z niego cichsze…

– Moja jest, moja. Znalazłem ją sobie, więc mogę ją sobie zabrać i nic ani nikt mi jej nie odbierze. A trza se było jej pilnować, a nie wierzyć, że jak po dacie do spożycia, to się nikt na ścierwo nie połasi. Się połasiłem, zabieram!!! –

Klatka się zamknęła, powoje czarniawe i kłącza splątały się, a w końcu coś zabulgotało, coś pufnęło, ktoś się rozkaszlał, ktoś jęknął: a takiego wała!!! I wszystko ucichło i się całkowiecie skończyło. Wyspa wssała w siebie problem i po prostu po wszystkiemu, pedantycznie posprzątała.

A Wiedźma? Ona poszła dalej. Właściwie niczego przecież nie słyszała, a i mało co widziała, bo z niej ślepa kwoka jest… Trza było przemyśleć szanowny panie owo porwanie, a nie tak z nagła pękł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dzieci cienie. Wśród zdradzonych. Wśród notabli” – … strach. Nagle, gdy człowiek naprawdę spojrzy na otoczenie, na ten świat dookoła, dzisiejszy… to pojawia się w nim strach. Bo przecież wszystko tak pasuje, przerażająco. Wszystko prowadzi do upadku. Cały ten dziwny świat, mimo iż w porywach tak piękny i niesamowity, jednak po przeczytaniu tej powieści otwiera nasze oczy. Otwiera je jeszcze bardziej. Na mroczność i strach.

Haddix jest niesamowita. W jakiś sposób udaje się jej nie tylko przedstawić przerażająco prawdopodobną wizję przyszłości, ale też sprawić, że zmienią się nasze poglądy. Czyni czytelnika bardziej świadomym następstw czynów, owego uderzenia skrzydła motyla, jakże nienamacalnego, nieważnie nieistotnego, a jednak…

Świat, który autorka opisała boli. Z jednej strony nie odbiega wcale od naszej codzienności, z drugiej zdaje się być piekłem dla tych, którzy narodzili się wbrew prawu. Bo przecież jak można narzucić cień zła komuś, kto tak naprawdę nie zrobił nic… Kogo jedyną winą jest to, że przeżył splątania komórek, przetrwał poród i oddycha, żyje, myśli, ma marzenia, jest człowiekiem? Oto opowieść o zakazanych nadprogramowych żywotach, świetna, niesamowita, wciągająca… ale też fizycznie przynosząca ze sobą ból. Nadmierne zamyślenie, zawirowania pod kopułką. Bo po tych stronach nie można już spojrzeć na świat jak wcześniej. Zwyczajnie.

To drugi tom (w rzeczywistości część 3 i 4) cyklu.

Nagle płatki zniknęły. Nie ma już umajonej kobiecości, panny młodej pełzającej w trwach, starającej się wyglądać tak pięknie jak świat. Owych błękitów i niebieskości, które tak bardzo nie przytlaczają kwiecenia się. Bo oto nadszedł czas zielenienia się. Zamglenia żwawych, świeżych aromatów, przytłoczenia gęstymi, ciężkimi, dziwnie tulipanowymi liśćmi niedźwiedziego czosnku… i zapachem. Jakby dookoła mnie wszekiej maści stworki podziemne, zajęły się masarstwem. Bo przecież kiełbaska to jest owo to, a i sezon grillowy jak najbardziej skrzydła rozwija, więc dlaczego nie sprawić sobie aromatycznej, grillowanej, czosnkowej uczty? Może całowania po tym nie będzie, ale hej, za to jaka wyżerka? No sami spóbujcie!!! Czy po takim spacerze, wzdłuż wielce szumnej rzeki, mimo deszczów wciąż płytkiej, spowolnionej wiosennym rozpasaniem… nie chce się wam czosnkowej grzanki z serkiem?

Oj tak, cukierkowe, niewinne aromaty są już przeszłością. Może powrócą z jakimiś turystami, zaopatrzonymi w wypasionych perfumeriach, ale to nigdy nie będzie to samo. Nie jak głogi dzikie, dziwne, zaniepokojone, samotne drzewka owocowe stojące w głębiach lasu… jak owe nienazwane krzaki, które choć niepozorne, to jednak oszałamiają, na pierwszy niuch większego nosa?

Wyspa zmienia się wciąż. Tak naprawdę jeden dzień nie jest podobny do drugiego. Świat tutaj się nie powtarza i zawsze jest naznaczony pewną niepewnością. Jak na przykład dzisiaj… miało padać i co? Słońce!!!

Wielkim grzebieniem czeszę trawy i zboża. Wielki jest strasznie, a wiatr wcale nie pomaga, jak zwykle mając w sobie wczesany i wwiany całkiem inny zamysł stylistyczny. Jednak nie mogę się przecież poddać, nie mogę tak po prostu przestać, więc mimo połamanych zębów mojego narzędzia, wciąż wychodzę w pustkę i pełnię zarazem i czeszę je. Może łatwiej by bylo z żelem z glonów, a może z lakierową podpuszką, ale jak tutaj znaleźć coś, co będzie odpowiadało przyszłemu chlebkowi? Jak pogodzić i wietrzne zapędy i te całkiem niesamowicie, gwarliwie moje własne?

Wychodzę w pola, dziwnie zagubiona, gdy cały horyzont nie mąci się morskością, ani leśnością żadną i czeszę. Możnaby powiedzieć, że robota głupiego, że przecież to wcale nie jest potrzebne, ale skąd owa pewność? Skąd wiecie jak wiele rytuałów powinno zostać odkrytych na nowo, przeniesionych z zakamarków wspomnień pierwotnego, roztańczonego DNA? Czego możemy być pewni? A może naprawde gdyby ptaki przed świtaniem nie zaczynały trelić, to słońce by nie wzeszło? A może rzucone pióro musi być oddane Czereśni Strażniczce, bo inaczej zło się rozpleni, chociaż złe nie jest tak do końca ono? A może… może jest na Wyspie tak wiele wiadomego i niewiadomego, że jakoś tak wszystko odpowiada i się znosi?

Wychodzę w pola na czuja, dziwnie odkryta, przerażona. Ale czuję, że muszę. Szaleństwo i to, co leczą elektrowstrząsami wzbiera we mnie… tutaj może żyć i się rozwijać. Tu jest potrzebne i jest normalnością.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mag Poroniony… została wyłączona

Pan Tealight i Nocni Panowie…

„Przybywali niezapowiedziani. Nie pożądani, nie upragnieni, nawet niezbyt oczekiwani. Dziwnie nie mieszczący się nawet w największych marzeniach, niesamowicie niemożliwi… Przyciągani dziwną, sobie tylko znaną siłą… a może jednak byli wypełnieniem podświadomych łkań i pragnień? Może tak naprawdę owe schyłkowe, ksieżniczkowe DNA, które musimy przecież gdzieś wstydliwie w sobie skrywać, krzyczało w każdej z pań błagając o ich wizytę?

Tak naprawdę nie mieli twarzy ni ciała. A jednak dziwnie namacalni ofiarowali ze sobą coś… niewypowiedzianego, często natychmiast zapominanego, gdy tylko sen odciągał ze śpiącej swoją mgłę. I chociaż po przebudzeniu każda z nawiedzonych zdawała się być bardziej niż zarumieniona, to jednak żadna nie mogła powiedzieć jak dokładnie wyglądał jej nocny gość.

Nocni Panowie wiedzieli co robią. Nie zostawiali śladów poza tym, co wszyscy nazywają „snem”, a co tak naprawdę się nie liczy… bo przecież co zdarzyło się we śnie nie mogło być winą śniącego… a może? Nie. Nawet te najbardziej skryte, najbardziej pruderyjne i najwierniejsze, wciąż unoszące się w Morzu Jedynej Miłości… nie protestowały. Żadna z nich nie krzyczała, żadna się do owych odwiedzin nie przyznawała. Czasem tylko spoglądając w oczy przyjaciółki widziały w nich coś znajomego, nagle odczuwały dziwną, żmijową jadowitą zazdrość… Nie mając właściwie powodu. Nie pamiętając. Mając w sobie wyłącznie owo uczucie, które pozwalało znowu przetrwać kolejny dzień. I kolejny, a potem kolejne…

Wszystko zaczynało się zwyczajnie. Łóżko i zmęczenie, albo jego brak. Ciągłe przekręcanie się z boku na bok, zwichrowane prześcieradło, dziwnie niewygodna poduszka… i nagle sen. Zwyczajny, ale też dziwnie bardziej namacalny. A w nim on, który ofiaruje ci wszystko, a ciebie uznaje za boginię. I będzie cię bronił i kochał zawsze, bo po to przyszedł na twój tylko świat. On pokona smoki i wredną babę w spożywczym, będzie kolekjonował fajki i papierki po czekoladkach ze słonikami. Będzie duży lub niski, zawsze tam, gdzie ma być, ale też nigdy się nie narzucający. Po prostu wrażliwy i wiedzący, słuchający, ale też i zadziorny. Idealny nieznajomy… Ofiaruje ci w tym śnie cały świat i całe życie. Będziesz tam i kochanką i matką, spełnieniem swoich marzeń, ale też tego, co jeszcze… takie dziwnie niewymarzone.

Ten sen ofiaruje ci wszystko. Świadomość istnienie po tamtej stronie kogoś, kto zawsze jest przy tobie, kto zmienia się wraz z czasem i twoimi kaprysami, ale wciąż pozostaje sobą. Nie mdłą fantazją, którą może dać ci dzień. Gdy otworzysz oczy, budząc się u boku swojego, zwykle kochanego, poczujesz się… dziwnie. Ale nie powiesz mu, nigdy. Za to, gdy tylko zamkniesz oczy przywołasz Nocnego Pana. A on może przyjdzie. A może już nie i pozostawi cię wyłącznie z tęsknotą. Za zrozumieniem. Ramionami, które tulą, ale nie oceniają. Za stanowczością, ale zawsze popartą uśmiechem…

Nocni Panowie zwani są też Mężami Spod Zamkniętych Powiek… ale niewiele z kobiet zgadza się by o nich rozmawiać.
Właściwie, to żadna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ballada” – … mimo uwielbienia dla autorki. Mimo tego jak zaczarowała mnie swoimi nowszymi opowieściami ta… mnie nie ujęła. Ni mnie fairy nie dmuchały, nie mnie ludziów codzienności nie tykały.

Nie rozumiem. Jeszcze nigdy nie zawiodłam się na tej autorce, a na dodatek książka obciążona tyloma nagrodami… a jednak nie moja historia. I jak to jest możliwe? Ot dziwadło ze mnie?

Może nazbyt rozwlekła, ale i krótka historia, dziwnie przegadana, niestety nadmierną ilością słów gadanych nie opisów. A może to moja wina, bo jednak nie czytałam pierwszego tomu? Ale przecież nie czułam niedosytu. Wkroczyłam w tę opowieść świadoma, naiwnie radosna, ale jakoś zwyczajnie… nie mogłam wpaść w rytm. Ni romansu, ni powieści o fairie… sorry o fejach! O ulotnych, pięknych, które zawsze biorą wszystko. Łamią serca, zabawiają się i drażnią. A może jednak nie? Może było tam coś, czego moja dusza nie zaakceptowała?

„Naprawdę potrzebne będą ci te jaja.”

No tak. Może tutaj drży rechocząc się mój osobisty błąd…

Deszczowo wsio łka. Krople zdają się całkiem nie uwzględniać praw fizyki, a już kompletnie olewać grawitację… a może zostały ekskomunikowane i już nie muszą? Albo dyspensy im ktoś udzielił i jakoś tak, z pozwoleństwem wszelkich boskich mocy mogą robić co chcą i jak im się podoba. W mokro. Jednakowoż przegrywają. Mimo wszelakiej napastliwej wilgotności i chmur malowniczo straszących… wrzące słonko zdaje się wybijać owe połyskliwości. Nie, nie damy się panoszyć niebiańskim łzom, tudzież siuśkom aniołków, czy jak to mawiali w dzieciństwie. W parę was krople, powracajcie do swoich nieboskłonów!!!

I wrzy wszystko na mojej Wyspie, dziwnie się w młodych, woskowanych listkach, gotuje. Wydobywające się z podziemnych ciemności kłącza, zdają się już na swym starcie naiwnym, bulgotać splątaniem. Jakby tak serio mimo wiatrów, wszystkim już było gorąco. Czy to zapowiedź koszmarnego, palącego lata, czy też może jedna wielka zmyłka i śnieżyca nas jakaś czeka? Letnia taka? A potem pory roku zrobią fikołka… i trzeba będzie opisywać świat od nowa?

Ale mi się podobały cztery pory roku… a może sześć ich było? Kto to wie… bez definicji też się da oddychać!!! Tylko choinka w lecie jakoś już mnie nie kręci, chociaż rozgrzana żywica oj już tak!!!

Ptaszyny wszelakie nadmiernie hałas czyniąc uganiają się za robaczkami i koszmarkami drobiejszych żywotów. Tych pełzających, w glebę się wgryzających, owych latających, co nierozważnie na płatku przysiądą… ale dzieni też nadszedł czas pożerania mleczyków. Owych puchatych cudnych główek. Jak się okazuje ostatnio zdrowa dieta w modzie. Czas porzucić może tłustą dżdżowniczkę i zabrać się za zielonkę? Ale czy one też nie mogą sobie żyć? Czy nie cierpią? Czy taki mleczyk nie ma swej rodziny i teraz łka mleczkiem patrząc jak mu żonie łeb wróbel wredny rozszarpywuje?

Ogólnie mówiąc wróbele i wszelako inne małe latacze mają w sobie ostatnio jakąś dziwną dzikość. A może człek jak był młodszy, to starał się jej nie zauważać, świadomy tego, że potrzeba mu w życiu owej krainy naiwnej lekkiej cudowności. Gdzie wszystko jest okej i nikt nikogo naprawdę nie zjada, bo wszyscy siorbią naiwnie im się oddającą Energię Rozpustnego Kosmosu? A teraz… wraz z mijającym czasem oczy nie tylko nie są szeroko zamknięte, ale wylatują z czachy, toczą się wszędzie, w każdą rurkę, norkę i załamanie i niby usteczkami krzyczą: no patrz, patrz, patrz, pokazujemy ci i musisz patrzeć. Prawda oto!!! ZŁA!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocni Panowie… została wyłączona

Pan Tealight i Roty oda w Inwokacji…

„Czasem, gdy Wiedźma Wrona Pożarta bledła, ale ino z odcieni… Gdy przynależne jej z dziwnych powodów kolory odchodziły w małe i znikome natężenie, jakby obrażone albo coś, by stała się właściwie cieniem siebie, albo i kogoś innego, w końcu jej własny cień nie do końca się z nią zgadzał na odbijania i podążania, na wieczne przywiązanie i inne takie… Gdy naprawdę zdawała się wyłącznie mgłą, chociaż wciąż jednak sobą… gdy wyprana nagle się okazywała, jakby zużyta nadmiernie, zmęczona może i od środka, materiał w końcu w niej nie najmłodszy…

Wypychali ją.

Nie cierpliwie. Nie ostrożnie. Raczej brutalnie, nie zwracając uwagi, nie bacząc, nie myśląc, w dziwnym pośpiechu, jakby ona sama naprawdę nie miała nic do powiedzenia. Jakby nikt nie słuchał już jej smutnie zblakłych słów. Bo przecież wciąż brzmiała, a może nie… Jednak, gdy to się działo, gdy tylko widzieli pierwsze objawy, gdy welony się wznosiły, a promienie wdzierały się wszędzie dzieląc Chatkę na tęczowe przesztrzenie… wiadomo było, że po prostu trzeba.

Wypychali ją w dzicz. By tam nabrała kolorów. Wypychali ją i całkiem nie bacząc na jakąkolwiek, urojoną na pewno, przynależną jej dostojność czy inne tam polityczne poprawności tudzież tolerancje – czy to się pije z lodem, czy jednak bez, ale oliwka czy cytrynka? I jaki kieliszek? – po prostu baziali Wiedźmą Wroną o kamienie, o owe srebrzystości, błękity, różowości i kupy… O drzewa, zieleniutkie, świeżutkie, o liście stare, by nabrać brązów. O odbijające się w wodzie błękity i biele chmur oraz szarości. Po prostu. Topili ją w kolorach, tych najprawdziwszych. Ocierali i naznaczali. Toczyli i obtaczali nie bacząc na ostre kamienie, na dziwnie niechętne otoczenie, które przekupywali opowieściami… nasycali ją.

A Rota wtedy śpiewała. W całym swoim niewielkim, pękatym ciałku ziemniaczka z oczkami, po prostu śpiewała…

Matko Wyspo
pod Twoją opiekę
uciekamy się
trąc zaspaną powiekę.

Niczym dziecię zbłąkane,
cielę zasapane,
z pełną myśli swobodą,
ku tobie skłaniamy ogon.

Bo tyś jest wszystko,
w tobie niemożliwe,
w tobie nieśmiałe
w tobie nieszkodliwe.

Bo Ty tylko zrozumiesz,
Ty tylko wytłumaczysz,
i Ty tylko Ty znaczysz…
nieśmiertelność dziwnych.

Mawiali, że Rota była pierwszym pluszakiem Pani Wyspy, jeśli ktoś był w stanie zrozumieć, uwierzyć, że mogła byc kiedyś dziecięciem… ale tylko Rocie uchodziło na sucho wszystko.

Po wodzie zresztą też!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Druga burza” – … i czas odbić ziemię. Świat, który był niegdyś nasz, a który przestaliśmy tak nazywać. Bo nam go odebrano, bo przestaliśmy odnajdywać nadzieję. Ale oto jest ona… nadzieja. Tylko, czy naprawdę? On uwierzył, że można wszystko zmienić, problem w tym, iż ów on nie jest typowym bohaterem. Serio, całkiem nietypowym raczej…

I oto drugi tom cyklu o Madsie. O mężczyźnie, co się niczemu nie kłaniał. Znaczy całkiem niczemu. Właściwie, to jego buta jest niesamowita. I w tym można się zakochać. W owej jego prostocie w ogarnianiu wszystkiego, w wierze w samego siebie, w desperacji pewnej, że kurde przecież gorzej być już nie może. Nagle stał się zbawcą, ma na podorędziu i elfy i krasnoludy… i walczy. Co gorsza, musi przekonać do siebie wszystkich, nawet tych, którzy go znają.

Czy podoła?

Tego wam nie powiem. Powiem za to, że jeśli tęsknicie za ową fantasy z odpowiednimi rasami, to jest oto ona. Z magią i smokami, z mieczami, koniami, no co tam jeszcze… upierdliwi starsi panowie, bardzo dosadne kruczo-wronie stworzenie i cała masa niespodzianek. A poza tym dobrze napisaną przygodową powieść. Powieść dla dorosłych, takich, którzy są w stanie zrozumieć ze stron trochę więcej…

Kocham uciekać w Wyspę. Tak po prostu, na całego, biorąc ze sobą butelkę z wodą, pewna tego, że jakby co i tak jakiś kibelek ze źródełkiem się zajmie. Bo co jak co, może to i Mniejszy Kraniec Świata, ale jednak toalety mamy. Nie ma potrzeby sikać na plaży, tudzież uganiać się za gęstszym drzewkiem! Więc idę. Uciekam. Przemykam między uliczkami, nielicznymi, ale jednak… znikam gdzieś za zakrętem, wpadam w skały. Pomiędzy drzewka, któe zdecydowały się na ów dziwny stosunek do twrdszych od siebie. A może to tylko przekora? Pokazanie, że ja też mogą?

W srebrzysto-błękitne głazy wpijają się korzeniami i gałęziami sosny. Znaczy nie tylko, są i brzozy. Na przykład te dwie, jakże figlarne, pokochały się na początku swojego świata i postanowiły zostać na zawsze razem. Objęły się w wiekuistym, ostatecznym, wiecznym tańcu i wgryzły w skałę. Ich korzenie raz znikają, by potem się pokazać. Dziwna jasność brzozowej kory ślicznie wtapia się w szorstkość kamienia. Kto jest tutaj górą, a kto doliną, kto miękkością, a kto skałą? Czy się kochają, czy tylko lubią? A może to jakaś umowa, niezrozumiała dla człowieka?

Wiedźma wie, ona rozumie, ona podejdzie, pogłaszcze, zagada i zaniesie w sobie ten obraz, by upuścić go w tych światach, które przychodzą, gdy wszystko znika. Gdy ciemność miękkością otacza każdego…

Kolejna para drzew w leśnej głusy też nie chce żyć osobno, w jakimkolwiek oddaleniu. Przytuliły się do siebie i się… całują, a nawet coś więcej. W dole zeszłoroczne liście, w górze te nowe, czerpiące z mądrości przeszłości. Nic tutaj nie ginie, nic nie jest ni złe ni dobre… A te drzewa? Przytulone do siebie stoją. Zawsze blisko, kor do kory… no tak, tylko w jednym miejscu mają głaz, może niewielki, ale w jaki sposób o je łączy? Czy kamień może być drzewem, a może drzewo kamieniem? Kto jest tutaj teraz, a kto pędząc zanosi opowieść poprzez welony czasu?

Nie pytam, po prostu idę i patrzę, dotykam, poję się, siebie nawilżam mądrością nieplotkowaną. Mądrością namacalną. Taką, która nie krzyczy, nie domaga się pochwał ni pokłonów, nie ma swoich celebrytów ani reperenetantów, ani nawet sklepików z pamiątkami. Bo po co jej? Ten kto widzi i czuje, wie, ten kto nie… cóż, tego nic już nie zmieni. Ni tagi ni teledysk z chwytliwą muzyką. Nic. Bo jeśli nie masz w sobie owej tęsknoty za ucieczką, za byciem z sobą, tylko i wyłącznie… oraz zduchami zamkniętymi w drzewnych korzeniach, w kamiennych rozpęknięciach… to nie odnajdziesz nawet cienia tej siły. Tego dziwnego, pierwotnego piękna.

Nie chcę wracać, chociaż braknie mi już tchu, może tutaj zostanę. Wtopię się w moją piękną Wyspę na zawsze, do końca, nie tylko duszą i sercem, ale przede wszystkim i ciałem… po co mi ono. Ciało.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Roty oda w Inwokacji… została wyłączona

Pan Tealight i Uroczo Piękny Książę…

„Uroczo Piękny Książę baziając paluchem, wskazującym na szeroką i zaawansowaną szlacheckość, po szybie sypialni Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, nie unikną owe dziwnego dźwięku. Tej nuty ścinającej białka i mleko w wymionach, powodującym gwłtowne przypływy i odpływy uczuć, ból zębów i tik w prawym oku. Tej pieśni jedynej podnoszącej umarłych do pionu, nawet z sypkiej konsystencji… i głosu, który pomimo wszelkiej wzbraniającej się w nim siły, nie uniknął obudzenia potarganej, pogiętej postaci w wyciągniętej koszulce i różowych gaciach w kropeczki. Dobrze, że chociaż szorty, a nie stringi no!!! Spłowiałych znacznie. No jakos naprawdę je lubiła, chociaż wolała się do tego nie przyznawać, a prać trza było!

Wciąż zamotana w sennym świecie podchodziła do okna, do skrzypienia, do baziającego palucha po nocnej ulewie śladach. A trzeba przypomnieć, że Wiedźma Wrona miała różne fobie, ale jedną z nich, wielką, tłustą i włochatą, odzianą tylko w fartuszek i kraciaste, pasujące do niego rękawice kuchenne, było czytanie od tyłu. Nachodziło ją od czasu do czasu częściej. I musiała. Po prostu nie mogła przejść obok tabliczki, plakatu, tudzież maczkiem spisanej instrukcji obsługi… nim nie odczytała jej tak, jak to z arabskimi wężykami bywało…

… więc możesz Uroczo Piękny Książę nazywać się tak naprawdę Mors… ale niestety ona tak tego nie odczyta.

Ona tak ciebie nie rozpozna. I nie chodzi tutaj o twoją posturę i dziwny wielki kożuch, chyba naturalny, czyżby zmieniał cię nocą w zwierza dosłownego? Nie chodzi o fryzurę z większej ilości włosów, niż ona ma na całym ciele. Nie chodzi o wzrost znaczny i szerokość barów niesamowitą. Ani o owe oczy jasne dziwnie… Ani o to, że podobno znacie się od zawsze, że jesteś jej, a ona twoja…

Wszystko tkwi w szczególach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Nadciąga burza” – … i przeczytałam „Cichy Don”. I inne tasiemce, gdzie mężczyźni byli szaleńczo zwierzęcy, a przyroda surowa. Gdzie nazwiska miały patronimiki, a wszystkie damy były… damami. Były takie powieści i tacy bohaterowie, ale nie spodziewałam się ujrzeć cząstki ich we współczesnej powieści, romansie przygodowym, z fantastycznymi elementami. Właściwie książce dla młodzieży, ale jednak… jest w niej taka tęsknota, taka elegancja, owa dziewczęcość nietknięta, naiwna, dawna, ale też siła dojrzałych kobiet, które wiedziały, że szyja ważniejsza od głowy.

To nie powieść wymagająca, to czytadło kreujące sny w owej części babskości, która serio wciąż pragnie być księżniczką. Która wciąż tęskni za magią większą. Bohaterka naiwna przesłodko, jak to drzewiej bywało (Petersburg XIXw.), odziana, z systemem wartości tamtych czasów, ale inna. Ma marzenie – być lekarzem, ale wiecie, księżniczkom nie wolno, więc… Zakocha się, oj pewno, ale też podzieli się z nami sekretem swej mocy. A potem nadal będzie sobą. Młodziutką, poddaną hormonom. I o to chodzi. By odpocząć i pobyć babą… Bo czemu nie. I ten dwór skrywający i elfy i ożywieńców. I wampiry oczywista, i zaklęcia i knowania…

Nie oczekiwałam po tej książce takiej spójności. Owej dorosłości pewnej, ale też i miękkiej dziewczęcości. Tamtych czasów przemykających się w moją codzienność z tych stron. Owych wyższych sfer, gdy jeszcze tak wiele można było…

Przemykam się. Trawa sięga mi już po kolana. Mleczyki zdają w niej rozmywać, jakby oszołomione jej szybkim wzrostem. Ową zielenią, która zdaje się po prostu przenikać każdego i wszystko. Nawet te ciężkie chmury. Ową szarą niebieskość opadającą na ziemię, by obdarzyć ją niespodziewanymi łaskotkami. Bo przecież nie wszystko musi być na poważnie, bo czasem serio nawet owe przyrodnicze aspiracje zmierzające ku wszelkiej kompulsywnej doskonałości, opuszczają gardę. Bo mogą, bo wiedzą, że powaga serio nie wpływa dobrze na mięśnie twarzy.

Moczę się więc. Oj pewno, że wypełzłam, nie zwracając uwagi na chmury i maleńkie pojedyncze krople deszczu. Mam to gdzieś. A może raczej po prostu potrzebuję właśnie tego? Nie wiem i nie pytam. Idę. Sama. A deszcz narasta. Jakby tak naprawdę ino czekał. Krople rosną jak po sporej dawce GMO, tudzież magicznego ciasteczka, co je zaiwanili Alicji od Królika… I uderzają we mnie. W jakiś sposób dobrze wiedzą, gdzie boli. Ciężkie, niczym ołowiane, rozgrzane paćki. Od razu jakoś tak się mi Alien przypomina. Co to była? Dwójka? A nie, chyba trójka, to w więzieniu?

Z ciężarną Sigourney?

I nagle krople znikają. Korci mnie sprawdzić zniszczenia, ale nie mam czasu, bo deszcz nie przestał padać. On się zmienił. W dziwne, śnieżne tańcowanie. Najpierw zamiast deszczowych, ciężkich i bolesnych kryształów pojawiły się rozczłonkowane na niemal mikroskopijne, ziarenka piasku niby kawałki chmurki. A potem nadeszły płatki czereśni. Wielką chmurą zakryły nieboskłon i zaczęły swój dziwny, upojny, mieszający zmysły, taniec. Wydawało się, że nie ćwiczyły, nie planowały, a jednak… może i w płatkach drzemie skrajnie zapomniane DNA, które ujawnia się raz na tysiąc lat? Może? Ale jeżeli to tylko dla mnie, tosz to marnotrastwo!!!

Patrzę na te płatki i powoli w nich płynę. Płynę poprzez ową wysoką trawę, wilgotną, która szybko dociera do sedna mnie, mrożąc, wspomagana północnym wiatrem. Poprzez owe zboża już wysokie, mleczyki i stokrotki, oraz kwiaty, które swoje imiona danwo zapomniały wierząc, że to i tak nie jest im potrzebne do bycia pięknymi. Mijam drzewa, na których liście jeszcze nie do końca zmatowiły ich ciemności splątane. Niczym panna młoda, której nie stać było na kieckę, więc się natura nad nią zlitowała, tudzież moja zabawna Pani Wyspa postanowiła się pośmiać… zmieniam się w nią. Dziewiczość Czereśniową. Mam te płatki wszędzie. Takie jedwabiste, niczym najmiękciejsze usta, wypełnione słowami. Odchodzę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uroczo Piękny Książę… została wyłączona

Pan Tealight i Inne Prawdziwości…

„O względnie pojmowanym poranku, czyli momencie kiedy to w końcu nazbyt rajcująca nocą Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, znaczy się Poganka Ptaszydło, zwlecze się w końcu z posłania, tudzież wyturla spod miśków dominancji… bynajmniej w jakiejś tam porze nie do końca definiowalnej, zmieniała się w Poddaną Wiernych Donkiszotów. Machała łapami niczym niski, aczkolwiek korpulentny wiatrak, zaganiała i odganiała przyszłość, skrzypiała kończynami i grała mięśniami. Jęczała i pokładała się ofiarujac szczególnie Chochelowi, któremu nic w niej się jeszcze nie znudziło, calkiem niezłe, niepowtarzalne za każdym razem przedstawienie…

Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony przyznawał się do owej fanatycznej obserwacji swojej podwładnej z niekłamaną dumą. Jakby mały, kochający cudze niewymowne, odkrył ów link łączący ją ze wszelako pojmowaną ludzką normalnością. Jakby juz wiedział co, gdzie jak i przede wszystki… za ile. Czy ona wiedziała, że patrzył… cóż, wiedziała, ale za nic w świecie nie dopuszczała do siebie owej wiedzy. Zresztą gdy tylko dotknęła czołem podłogi, gdy Chatka szyderczo i z pełnią swej szyderczości świadomością ugięła podwoje, by uczynić jej skłon bardziej wymagającym, a potem gdy się podniosła… coś się zmieniło.

Coś nagle zamigotało za szybą, pokazującą zwykle trawnik, krzaczki i Białe Domostwo w oddali, a potem pote z wiedźmiego czoła wyostrzył obraz. I teraz razem z Chochelem wpatrywali się w coś…

Sceneria niczym z bajuszki i to tej, co narodziła się przed wszelkimi normami obraźliwości innych. Po prawej, gdzie powinien być żywopłot i sąsiad, jest jeziorko i smok się w nim chlapiący. Na gałęziach tego, co winno być Inną Czereśnią Strażniczką rozwieszono różowe i turkusowe ręczniczki. Każdy z nich ma haftowany rombek i monogram, ale nawet mrużąc oczy trudno dojrzeć o co chodzi. Co za zacz? A te do skrzydeł, te do pazurów, a dodatkowo dwie głowy. Te do łap górnych, te do dolnych. Szczotka do pleców obsługiwana przez goblińską maszynę, stadko gremlinów zajęte robieniem ekologicznych bombelków, a smukłe elfy maści warzą, coby je krasnoludzkie niewolnice piękności mogły smoczej osobie wetrzeć w łuski.

No i we włosy, rzeczywiście, nie zapomniałam…

Bo po lewej stoi wieża. A z niej wyciekają kłaczory. Z okienka przy szczycie, gdzie ktoś strasznie fałszuje. Blade, splątane loki spływają ku zieloniutkiej trawie, jakby chciały się uwolnić od potwra w wieży, ale czy smok im pomoże, gdy sobie pazury na srebro już pomaziuje?

Ech, no żyć nie umierać, jak się ma takie warunki i do roboty tak blisko!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Martwe Jezioro” – … opowieści. O smokach, krasnoludach, elfach i magii. Nie wiem dlaczego, ale pojawia się ich coraz mniej. Jakby ponownie uznano je za nazbyt dziecinne, jak te kilkanaście lat temu, gdy wyróżniały je kolorowe okładeczki z obficie nakreślonymi cyckami. A przecież… przecież są takie niesamowite. Takie zawsze nieprzewidywalne, bo elfi i krasnolud to nie dla każdego to samo.

Na szczęście jest jeszcze Marcin Mortka.

Oto opowieść o bohaterach zwyczajnych i niezwyczajnych. Opowieść całkiem nie dla dzieci, i nie chodzi tutaj o dupcenie chopoki! Ale raczej o przeżycia, które w stanie są zrozumieć ci, którzy chociaż liznęli ich bólu i przerażenia. Oto historia pewnej krainy, która wiele przeżyła. A raczej przetrwali ci, którzy mieli dość sił by albo się poddać, albo zwyczjnie czekać na owego kogoś… na bohatera, na cud, na spełnienie się obietnic zawartych w legendach.

Mortka wprowadza nas w ten świat i ofiaruje nie tyle jednego bohatera, co całą wiązankę, złożoną z samych… ekhm, kwiatków. Na dodatek taką, do której po drodze da się jeszcze coś dobrać. I może krajką przewiązać owe historie? Oto są oni – oni tajemniczy. Onie niesamowici, całkiem nietypowi, ale też zwyczajni i ludzcy. Niektórzy lubią kiełbaskę, a inni znowu mają dzioby, co się zamknąć nie dadzą. No i jest jeszcze kraina… a ta, ma w sobie same niewiadome i drżące oczekiwanie.

Bawiłam się. Wkurzałam, waliłam po mordach… rozpustnie przyglądałam się owemu prostemu, pozbawionemu stylizacji językowi, rozkochiwałam się w niektórych bohaterach, innych znienawidziłam od razu… w zwyczajności. Zwyczajności owych bohaterów, którzy po prostu przeżyli. A teraz mam przed sobą drugi tom tej historii i nie mogę się go doczekać. Bo to dopiero początek. Magii, elfów, wszelkiej niepobłażliwości, oczekiwania, któe zmienić się ma w wypełnienie legend.
Tylko których?

Mewy zawzięcie okupują nadmorskie kamienie. Owe dziwnokształtne skały i formacje obsrane. Oto nastał czas wszelakiej ostrożności. Właściwie każdy człowiek jest dla nich zagrożeniem, każdy towarzyszący mu zwierzak, lub ten, który przyjdzie po nim… Dlatego lepiej na zapas krzyczeć i odganiać, wrzeszczeć, dziobać i obsrywać. A już jak się zbliżą nadto, za bardzo, za ciekawsko, okrutnie przerażająco… podlecieć z pazurami i z dziobem, i ową wszelką mocą zawistności, co to se myślą inni, że mogą wleźć na nasz teren, na mój teren, jak ja tu dziś mam dyżur? Jak się w końcu od starej wyrwałem, od malutkich od wygrzewania, od dokarmiania. Albo ten ciemniejszy, mniejszy Pan Mew, co to łka, bo tęskni za swą lubą, bo to ich cudowny, jedyny raz pierwszy, wciąż tak bardzo nie chcą się od siebie oddalać…

Każde plemię białoflajków wystawia straże. By nikt nie podszedł, gdy matki drzemią, gdy nikt nie ukradł, nie zniszczył przyszłości. Bo młode trzeba dokarmić, ale i przypilnować. Powiedzieć, by łapy w dziób nie wsadzały i smarków nie wyżerały, że to się wypluwa, tamtą stroną się wydala, a latanie dopiero po uzyskaniu pozwolenia będzie, nie nie teraz i nie nie dostaniesz do gniazda laptopa, nie nie, bo porysowałeś ekranik w ostatnim i zostawiłeś na nim kupkę!

Ciekawe, czy wychowanie w plemieniu Mew się zmieniło w ostatnich latach? Czy pisklaki domagają się inaczej ukształtowanych gniazd? Rodzice mają problemy z nastoletnią ciążą, narkotykami, nadmiernym pożeraniem świata przez wszelaką wirtualność? A może ja coraz mniej, bo nikomu się na nich siedzieć nie chce? Nie wiem, ale jak co roku skałki sa mocniej zasrane, plemię Mew wszelako bardziej skupione, dostojnie czekające. Takie obwarowane bezpiecznie, coby nikt nie był sam, jak już się wyklują i potem, jak na zmianę trzeba będzie wrzaskuny karmić. Czy myślą sobie Mewy, atakując pożerających przesmaczne, nęcące i jakże łatwe do zdobycia cudaczności turystów, że może lepiej byłoby wziąć tego oblizującego oblepione paluchy tłustszego pana, tak w kilku wojowników, kilka wkurzonych matek, i jakoś po raz pierwszy w życiu, w tym okresie mieć spokój na godzinkę lub dwie?

Tak mi się czasem wydaje, że myślę, gdy spoglądam na nie, gotowe z owymi żółciutkimi, wielkimi dziobami, czekające na dachach, przechadzające się po ulicy… baczące na to kto i z czym wychodzi z lodziarni. Bo w końcu po co wam ludzie wafelki? Lizać się liżcie, ale resztę oddajcie nam – zdają się krzyczeć. Dostojne. Z tymi czystymi błyszczącymi ślepiami. Takie wyprasowane, dziwnie umyte, wyglancowane. Jalby każda z nich miała na sobie unisex frak w śnieżnej bieli.

Patrzą na człowieka zawsze z boku, no logiczne przecież, trochę jak karp na wigilijnym stole… tylko im od razu chce się rzucić cukierka i uciekać. Z karpiem, to chyba jednak trochę inaczej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inne Prawdziwości… została wyłączona